Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 02 sierpnia 2012
Niezwykłe Sakartwelo cz. 2. Kluby małe i duże

O aktualnej kondycji reprezentacyjnej gruzińskiej piłki najlepiej pewnie byłoby milczeć, ale tak się akurat składa, że pisałem o niej już tutaj. Skupię się więc na wydarzeniach w tamtejszym futbolu klubowym, które miały akurat miejsce w czasie, gdy bawiłem w Gruzji.

Gdy wjeżdża się do Gori, miasta z którego pochodzi Józef Stalin, marszrutka kluczy po wielu wąskich ulicach, by wreszcie dotrzeć na dworzec autobusowy. Z jednej strony otacza go wielkie targowisko, a z drugiej pokaźnych rozmiarów stadion. To obiekt klubu DILA GORI.

"Dila" to "poranek" i chyba właśnie nastały czasy, w których nad Dilą Gori zaświeciło słońce. Zespół w minionym sezonie wywalczył Puchar Gruzji pokonując w finale mistrza kraju Zestafoni aż 4:1. Dzięki temu zespół z Gori może błyszczeć w Lidze Europy, mimo że zajął w tabeli dopiero piąte miejsce (mistrz gra w el. LM, druga i trzecia ekipa w LE). Prawda, że ma ładnie położony stadion?

A Dila w Europie prezentuje się świetnie. W pierwszej rundzie nieoczekiwanie dwukrotnie pokonała silne duńskie Aarhus GF.

Na wyjeździe sensacyjnie wygrała 2:1.

 

W ojczyźnie zaś ustrzeliła nawet jedno oczko więcej i skończyło się na 3:1.

 

W nagrodę Gruzini zmierzą się w kolejnej rundzie, czyli dziś i za tydzień, z cypryjskim Anorthosisem Famagusta. Gwiazdą zespołu z Gori jest reprezentant kraju Aleksander Guruli, były zawodnik Karpat Lwów, syn znanego nam świetnie Gii Gurulego. W ataku natomiast bryluje młody Mate Vatsadze - duży talent.

Gorzej w europejskich pucharach niestety powiodło mistrzom Gruzji 2012 z FC ZESTAFONI. Przegrali oni wyraźnie już w pierwszej rundzie i, co gorsza, z nielubianym sąsiadem zza miedzy - azerskim Neftczi Baku. Szczególnie bolesny był pierwszy mecz, kompromitująco przerżnięty 0:3. Oglądałem go na żywo w gruzińskiej telewizji. W rewanżu padł remis 2:2.

Co z pozostałymi drużynami reprezentującymi zakaukazki naród w europejskich pucharach? Wicemistrz METALURGI RUSTAWI w pierwszej rundzie pewnie odprawił albańskie Teuta Durres (3:0 i 6:1), by w kolejnej ulec znanym z EURO 2012 Czechom z Viktorii Pilzno (1:3 i 0:2).

 

Natomiast trzecie w tabeli TORPEDO KUTAISI szybko zakończyło swoją pucharową przygodę odpadając już w pierwszej rundzie z kazachskim FK Aktobe (1:1 i 0:1).

Co ważne i zarazem ciekawe, Metalurgi i Dila swoje domowe mecze rozgrywały na Stadionie Narodowym im. Borisa Pachaidze w Tbilisi, ponieważ ich obiekty nie spełniały wymogów UEFA. Swoje ligowe mecze rozgrywa na nim najbardziej znany gruziński klub Dinamo Tbilisi, a także reprezentacja narodowa. W moim odczuciu stołeczny obiekt szału nie robi.

Pomimo moich estetycznych wątpliwości UEFA zadecydowało, że właśnie na tym stadionie odbędzie się Superpuchar Europy 2015.

Żeby jednak nie było, że rozbijamy się tylko po gruzińskich salonach, to jeszcze wizyta na stadionie FC BORŻOMI. Ta miejscowość to jeden z najbardziej znanych gruzińskich górskich kurortów. Otaczają ją góry, w centrum jest piękny park mineralny, a w bezpośrednim sąsiedztwie ogromny park naturalny. No i oczywiście najsłynniejsza w Gruzji woda mineralna. W czasach ZSRR rozbijała się tam partyjna wierchuszka, potem kurort lekko się zakurzył. Teraz zaczyna się na nowo rozkręcać, czego wskaźnikiem były choćby starania o organizację zimowych IO 2014. Tak czy owak, jest tam też drużyna piłkarska. Nie zapisała się niczym szczególnym w historii. W latach 2004-2009 występowała w najwyższej gruzińskiej Umaglesi Liga. Spadła z niej jednak z hukiem i od tego czasu gra na jej zapleczu. A stadion ma taki:

Głównym atutem tego obiektu było to, że zaraz obok niego mieściła się niezła restauracja.

Gruzini kochają piłkę, ale równocześnie mają dystans do swoich klubowych zespołów. Człowiek w informacji turystycznej w Borżomi na pytanie o miejscowy zespół nie mógł przestać się dziwić dlaczego o to pytam. Nasz gruziński kolega, gdy usłyszał, że planuję wybrać się na obiekt Dinamo Tbilisi, to spytał czy chcę pobiegać po tamtej bieżni, bo innego sensu nie widzi. Liczą się tylko to, co eksportowe - koszulki Kachy Kaładze w Milanie, ewentualnie trykoty reprezentacji narodowej. Poza tym FC Barcelona, Manchester United, Arsenal, Real... W całej stolicy nie sposób dojrzeć czegokolwiek związanego z najsłynniejszym klubem w całym kraju, czyli Dinamem Tbilisi. W tej kwestii Gruzini muszą jeszcze trochę popracować. Mimo że wielbią oni swoją ojczyznę ponad wszystko, to takich drobnych lokalizmów wciąż się nieco wstydzą. A przecież to jest najciekawsze i najwartościowsze.

P.

Czytaj także:

Niezwykłe Sakartwelo cz. 1. Sport w Gruzji

Perła Kaukazu cz. I

Perła Kaukazu cz. II

Nieobliczalna Perła Kaukazu

Gruzińskie skarby z przeszłości

FC Zestafoni - nowa siła w gruzińskim futbolu

Którzy odeszli: Nodar Kumaritaszwili

Chodziarz z Kalisza pójdzie dla Gruzji

środa, 01 sierpnia 2012
Niezwykłe Sakartwelo cz. 1. Sport w Gruzji

Do niektórych miejsc uczucie bywa trudne i rodzi się bardzo powoli. Niektóre miasta i regiony odpychają, zwodzą, wystawiają nasze dobre chęci na próbę czasu. Inne z kolei uwodzą od pierwszej chwili, otumaniają i uderzają do głowy niczym alkohol. Jak dobre wino. Jak GRUZJA.

 

Każdy kto śledzi tego bloga, ten wie, że Perła Kaukazu od początku jest jego cichą muzą. O ile jednak przedtem była ona przedmiotem uczucia platonicznego, tak teraz dostąpiłem przyjemności obcowania z nią w sposób bezpośredni. Niezwykłość Gruzji wiąże się z zawieszeniem tego kraju między Zachodem a Wschodem, między Europą a Azją, między Kaukazem Północnym a Kaukazem Południowym (wystarczy przeskoczyć kilka górek i już się jest w Dagestanie czy Osetii Północnej), między Przeszłością a Przyszłością. Tam wszystko jest hybrydą, niedookreśleniem, przedziwną mieszanką, która wymyka się klasyfikacji, a którą łatwiej przyswajać za pomocą emocji niż rozumu. Mityczne Sakartwelo to miejsce niezwykłe, inne niż wszystkie inne.

Choć głównym sportem narodowym Gruzinów jest z pewnością picie wina i biesiadowanie, to oczywiście świetnie sobie radzą również w wymagających nieco większego wysiłku aktywnościach. Najlepiej idzie im na wszelkiego rodzaju matach. Mali, krępi, owłosieni, z wydatnymi brwiami i do tego cholernie silni - tacy właśnie są Gruzini. Dlatego też należą do absolutnej elity zapaśniczej. W tej dyscyplinie zdobyli oni 9 ze wszystkich swoich 19 medali olimpijskich - 1x brąz na IO 1996, 3x brąz na IO 2000, 1x srebro na IO 2004, 2x złoto oraz 2x brąz na IO 2008). Kolejne sześć krążków to zasługa judo - 1x brąz IO 1996, 1x brąz IO 2000, 1x złoto i 1x srebro na IO 2004, 1x złoto na IO 2008 i świeżutkie 1x złoto na IO 2012. Herosem ostatnich dni jest właśnie judoka Lasza Szawdatuaszwili.

 

Pozostałe krążki to zasługa ciężarów (1x brąz na IO 2000, 1x złoto na IO 2004, oba krążki zdobył Giorgi Asanidze), boksu (1x brąz na IO 2000) i strzelectwa (1x brąz na IO 2008).

Inną dyscypliną, w której Gruzini radzą sobie bardzo dobrze jest rugby. Reprezentacja tego kraju to europejska czołówka w tym sporcie (poza wyspiarzami silniejsi od nich są tylko Francuzi i Włosi), a najlepsi zawodnicy kadry brylują w telewizyjnych spotach i na okładkach kolorowych czasopism. W latach 2008-2012 czterokrotnie wygrywała European Nations Cup (takie europejskie mistrzostwa drugiej dywizji), brała też udział w MŚ 2007 i 2011. Potężna gromadka, której największą gwiazdą jest Merab Kwirikaszwili.

Co poza tym? Gruzini nieźle sobie radzą w koszykówce. Na EuroBaskecie 2011 wyszli ze swojej grupy i odpadli dopiero w drugiej fazie. Mają też oni swojego reprezentanta w NBA. Jest nim popularny i porywczy zarazem Zaza Paczulia z Atlanta Hawks.

Należy też pamiętać, że Gruzja to prawdziwa wylęgarnia szachowych arcymistrzów ze słynną Noną Gaprindaszwili na czele. Poza tym - to oczywiste, ale warto to podkreślić - Gruzini przez całe lata zasilali wszelkiej maści reprezentacje sportowe ZSRR.

Czegoś brakuje? Oczywiście piłki nożnej. Ale o tym w kolejnym wpisie.

P.

Czytaj także:

Perła Kaukazu cz. I

Perła Kaukazu cz. II

Nieobliczalna Perła Kaukazu

Gruzińskie skarby z przeszłości

Którzy odeszli: Nodar Kumaritaszwili

Chodziarz z Kalisza pójdzie dla Gruzji

poniedziałek, 30 lipca 2012
Chodziarz z Kalisza reprezentuje Gruzję na igrzyskach. Historia Macieja Rosiewicza

Maciej Rosiewicz, chodziarz z Kalisza, który na igrzyskach olimpijskich Londyn 2012 reprezentuje Gruzję

- Udział w igrzyskach to dla mnie coś bezcennego. Każda sekunda w wiosce olimpijskiej, wśród sportowców z całego świata, wynagradza mi ponad 10 lat ciężkich treningów i ostatni stresujący rok - opowiada Maciej Rosiewicz z Kalisza. W chodzie na 50 km w Londynie (11 sierpnia) będzie reprezentował biało-czerwone barwy, ale nie będą to, jak wcześniej, barwy Polski, lecz Gruzji, która umożliwiła mu start na igrzyskach olimpijskich.

Trenuje go Krzysztof Kisiel, ten sam, z którym Robert Korzeniowski zdobył nieraz olimpijskie złoto. - W sporcie zawdzięczam mu wszystko. Przygarnął mnie, choć moja wartość sportowa była nikła, a on ćwiczył najlepszego chodziarza świata - mówi o szkoleniowcu 34-letni Maciej Rosiewicz.

Próbował biegania i triathlonu, do chodu ostatecznie zwolnił dopiero na trzecim roku studiów w Poznaniu. Pomogli mu w tym... celnicy. - To było 11 lat temu, gdy trzeba było mieć pozwolenie na pracę na Wyspach. Jechałem autobusem do kolegów, którzy zarabiali przy zbieraniu owoców. Prosili, bym przywiózł im trochę jedzenia z kraju. Zostałem wyrwany do kontroli, a że pół plecaka było załadowane zupkami w proszku, cofnęli mnie z granicy. To była chyba najszczęśliwsza deportacja na świecie! - opowiada chodziarz. Wrócił do Polski i zanotował dwa świetne starty, a od trenera usłyszał: - Chłopie, masz do tego zdrowie!

Kaliski chodziarz ma też zdrowie do pracy z młodzieżą. Najpierw uczył angielskiego, teraz wuefu w Zespole Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Kaliszu.

Z kolejnych mistrzostw Polski w chodzie na 50 km przywoził medale (cztery srebrne, trzy brązowe), wygrywał w Austrii i na Łotwie, ale do optymalnego wyniku zawsze ciut brakowało. W 2008 r. zabrakło dokładnie 53 sekund. - Czułem już zapach igrzysk w Pekinie. Byłem sfrustrowany, ciężko jest godzić sport wyczynowy z pracą - wspomina.

- Pomyśl, jaki czas mógłbyś osiągnąć, gdybyś przygotowywał się tak jak my! - mówił mu dwa lata temu kadrowicz Rafał Fedaczyński.

Maciej Rosiewicz pobił wtedy swój życiowy rekord na 50 km (3:55 - to był 20. wynik w Europie i 32. na świecie) i doszedł do wniosku, że chce postawić na chód. - Ale miałem już wtedy dwójkę dzieci, więc nie mogłem zostawić szkoły. Od jednego pana w związku lekkoatletycznym usłyszałem, że jestem za stary. Próbowałem też w samorządzie i u sponsorów, ale potrzebnego wsparcia nie znalazłem - mówi.

W marcu ub. roku zwrócił się więc o pomoc do kraju, w którym Polacy traktowani są z wyjątkową życzliwością. - Na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego prezydent Micheil Saakaszwili przyleciał z USA aż pięcioma samolotami, pomimo pyłu wulkanicznego z Islandii. Napisałem list do jego kancelarii i przedstawiłem motywację startu dla Gruzji. Już po dwóch tygodniach dostałem odpowiedź, co muszę wypełnić, by starać się o obywatelstwo - opowiada lekkoatleta.

1 września, dwa miesiące po złożeniu dokumentów i referencji, Maciej Rosiewicz dostał drugi paszport. Choć w marcu wypełnił minimum olimpijskie B dla krajów, które chcą wystawić tylko jednego reprezentanta w konkurencji (a takim jest Gruzja), w drodze na igrzyska mógł się potknąć o procedury. Międzynarodowa federacja lekkoatletyczna pozwoliła mu reprezentować Gruzję, ale... dopiero od września. W końcu, po odwołaniach, wydała zgodę, ale jako gruzińskiego zawodnika musiał go jeszcze zaakceptować Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Zrobił to dopiero w czerwcu!

Maciej Rosiewicz, chodziarz z Kalisza, który na igrzyskach olimpijskich Londyn 2012 reprezentuje Gruzję

- Każdy może mnie oceniać, ale niech najpierw postawi się w mojej sytuacji. Przez ponad 10 lat łączyłem treningi z pracą w szkole, latem z pracą w sadzie. Nie wyjeżdżałem na obozy do ciepłych krajów. Polska zawsze będzie moją ojczyzną. Kocham jej historię, kulturę i tradycję. Ale oddzielam to od instytucji, przez które byłem pozostawiony samemu sobie. Byłem wręcz wyśmiewany, mówiono mi ''kończ waść''. Przygarnęła mnie Gruzja. Tam nie usłyszałem, że jestem za mało perspektywiczny - tłumaczy swoją decyzję Maciej Rosiewicz. - Myślę, że nie należę do najgorszych polskich patriotów. Ale pewien etap mam już za sobą i teraz moim marzeniem jest godne reprezentowanie Gruzji, mam do spłacenia dług wdzięczności. Nie przejmuję się, co kto o mnie pomyśli, czy dla jednych będę zdrajcą, a dla innych inspiratorem. Gdybym był taki cwany, nie czekałbym tak długo z ubieganiem się o drugie obywatelstwo, nie ryzykowałbym braku zgody na start na igrzyskach i tego stresu, który przeżyłem. Długo wierzyłem, że będę mógł przygotowywać się w lepszych warunkach i osiągać lepsze wyniki. Śmieję się, gdy słyszę, że chodzi mi o pieniądze. Chodzi o igrzyska! Bogdan Wenta i Władysław Kozakiewicz, z różnych względów, w pewnym momencie zaczęli reprezentować Niemcy. Ten pierwszy niedawno usłyszał na meczu w Płocku, że nigdy nie będzie Polakiem.

Szumu wokół siebie się nie spodziewał. - Były u mnie dwie telewizje i radio, a jeszcze niedawno moje treningi nad Prosną obserwowały tylko... kaczki - śmieje się.

Trzej chodziarze na 50 km, którzy będą reprezentowali Polskę w Londynie, mają lepsze czasy od niego. W Gruzji Maciej Rosiewicz konkurencji nie ma. I choć cztery dni po oficjalnym otwarciu igrzysk skończy 35 lat, start w Londynie może nie być jego ostatnim na największej sportowej imprezie świata.

- Wystartujesz dla nas za cztery lata na igrzyskach w Rio de Janeiro? - to pierwsze zdanie, jakie usłyszał od szefa gruzińskiego komitetu olimpijskiego. Gruzini wiążą więc z nim nadzieje nie tylko na udany wynik w Londynie. Możliwe, że po igrzyskach Maciej Rosiewicz przejdzie na zawodowstwo. Takie jest przynajmniej jego marzenie.

A te ostatnio mu się spełniają. Gdy pierwszy raz przyleciał do stolicy Gruzji, na widok siedziby prezydenta zażartował, że niedługo będzie z nim kosztował wino. Prawie trafił: w towarzystwie Micheila Saakaszwilego raczył się szampanem razem z całą kadrą olimpijską. - Prezydent powiedział mi, że przyjemnie jest gościć Polaka w reprezentacji Gruzji - relacjonuje chodziarz.

Michaił Saakaszwili

Gdy na początku lipca leciał do Tbilisi na zaprzysiężenie olimpijskie, jego żona Monika rodziła trzecie dziecko. Nazajutrz szef federacji lekkiej atletyki mógł wygłosić trzy toasty: za Polskę, za przyjaźń polsko-gruzińską i za nowo narodzoną córkę chodziarza. Starsza z jego córeczek ma na imię Nina. - Tak jak patronka Gruzji. Ale to akurat przypadek! - mówi Maciej Rosiewicz.

B.

Pod tym tekstem wrzuconym na Poznań.Sport.pl można zagłosować w sondzie: Co sądzisz o decyzji Macieja Rosiewicza, który na igrzyskach reprezentuje Gruzję?

niedziela, 22 lipca 2012
Ignac Tłoczyński szlachetny jak herbata. Ależ on grał w tenisa

Ignacy Tłoczyński, zdjęcie z czasopisma Lawn Tennis Polski

Na kortach Olimpii na Golęcinie zakończył się właśnie turniej Poznań Open. Zobaczyłem, jak triumfował Jerzy Janowicz, który tydzień temu został trzecim polskim tenisistą w pierwszej setce rankingu ATP od czasu Wojciecha Fibaka. Gracz, który najdoskonalej odbijał rakietą piłkę w naszym kraju przed Fibakiem, też przyszedł na świat w Poznaniu. A w tenisie zakochał się właśnie na Golęcinie.

Ignacy Tłoczyński urodził się 14 lipca 1911 r. Mówiono o nim Ignac, a mówił cały kraj. Nie tylko z powodu wybitnych umiejętności. Tłoczyński brał udział w meczach rozgrywanych w niezwykłych okolicznościach. I sam swoje potyczki niezwykłymi czynił.

Spotkania z Niemcami

- Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości w 1918 r., jako dziecko, chodziłem z mego domu na Jeżycach, gdzie się urodziłem, do Lasku Golęcińskiego. Tam na kortach grywali Niemcy. To mnie interesowało i wciągnęło - opowiadał Ignacy Tłoczyński.

Pochodził z niezamożnej rodziny. Na kortach przy ul. Noskowskiego najpierw podawał piłki podczas meczów. Szybko rozwinął jednak talent tenisowy: zaczął dorabiać jako trener i sparingpartner. Pół roku przed pełnoletnością Ignaca działacze AZS wystąpili o zakwalifikowanie go jako amatora. Wówczas status amatora był sporym wyróżnieniem.

Najlepszym tenisistą w kraju był wtedy Maks Stolarow, który w 1930 r. kroczył po trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i związany z tym puchar na własność. W finale Stolarowa pokonał jednak 19-latek z Poznania. W ten sposób Tłoczyński zdobył pierwszy i jedyny w barwach poznańskiego AZS tytuł mistrza Polski. Krótko potem przeszedł do Legii Warszawa, w której występował aż do wybuchu wojny. - W 1939 roku, w moim rodzinnym mieście, udało mi się zwyciężyć po raz piąty [w mistrzostwach Polski - red.]. Wspaniały puchar zostawiłem pod opieką matki w jej mieszkaniu. W czasie okupacji podczas rewizji zabrali go Niemcy i ślad po nim zaginął - mówił tenisista. Inną pamiątkę sportową, złoty zegarek na rękę, stracił przez kontrolę niemieckiego patrolu.

W czasie wojny wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej i kolportował prasę podziemną. Poza tym, razem z przyjaciółmi Jadwigą Jędrzejowską (finalistką tenisowego Wimbledonu w 1937 r.) i biegaczem Januszem Kusocińskim (złotym medalistą olimpijskim w 1932 r.) prowadził gospodę "Pod kogutem", gdzie zbierały się tłumy Polaków. Kusociński nie przeżył wojny. Tłoczyński otarł się o śmierć podczas Powstania Warszawskiego. - W pierwszych dniach bombardowania zostałem ciężko ranny. Ocalałem cudem - opowiadał. Zmarł wiele lat później, w Boże Narodzenie 2000 r. w szkockim Edynburgu, gdzie osiadł po wojnie. Na Wyspach był znany jako Mr Tloc.

Ignacy Tłoczyński, Henner Henkel, gospoda ''Pod Kogutem''

Ignac walczył z Niemcami jeszcze przed wybuchem światowego konfliktu. Na korcie. Między 19 a 21 maja 1939 r. rozegrano mecz Pucharu Davisa, rozgrywek męskich reprezentacji narodowych. Mecz, z którym związane było potężne napięcie. Atak militarny Niemców na Polskę był już wtedy kwestią czasu. Dwa tygodnie wcześniej minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosił słynne przemówienie, w którym podkreślał, że bezcenny jest tylko honor.

Tenisiści odbijali piłkę, a polska publiczność okrzykami "Ha-ha" wyrażała dezaprobatę wobec postawy prezydenta Czechosłowacji Emila Hachy, który skapitulował przed Adolfem Hitlerem. Polska drużyna przegrała 2:3, ale Ignacy Tłoczyński wygrał oba swoje mecze. W tym przeciw trzeciemu tenisiście świata Hennerowi Henkelowi (6:4, 6:8, 6:4, 6:3). To było najcenniejsze zwycięstwo poznańskiego mistrza tenisowego w karierze, którego notowania sięgały wtedy piątki najlepszych graczy Europy.

Z jeńcem i z królem

Po upadku Powstania Warszawskiego Tłoczyński trafił do niewoli, do obozu jenieckiego nieopodal Salzburga. - Wśród jeńców francuskich był trener tenisa, który widział mnie w Paryżu w 1939 r. na kortach Rolanda Garrosa [poznaniak był tam wśród ośmiu najlepszych - red.]. Zaproponował mi mecz. Aby dostać się do francuskich baraków, trzeba było sporo ryzykować. Musiałem przebierać się to w mundur angielski, to we francuski, przedzierać się przez wyciętą furtkę w drutach kolczastych. Gdy dotarłem do Francuzów, trudno mi było uwierzyć w to, co zobaczyłem. Kort z czarnej ubitej ziemi z wymalowanymi liniami, krzesło sędziowskie, a wokół kortu kilkuset widzów - jeńców! Dostałem szorty, buty i rakietę, sędzia zapowiedział, że wystąpi "Champion de Pologne - Ignacy Tłoczynski". Grałem całkiem nieźle, jak na tak długą przerwę, lecz przegrałem w pięciu setach - opowiadał tenisista po latach.

Przed początkiem światowego konfliktu Tłoczyński wygrywał nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Zdobywał tytuły międzynarodowego mistrza Portugalii, Łotwy i Walii. - Podczas jednego z bankietów wydawanych dla uczestników turnieju w Monte Carlo minister Józef Beck zaczął mnie przedstawiać królowi Szwecji Gustawowi V. To króla bardzo rozbawiło, gdyż w tym czasie znaliśmy się już dobrze z niejednego turnieju - wspominał znajomość z monarchą, przeciw któremu grywał towarzysko.

Król Szwecji Gustaw V, Jadwiga Jędrzejowska, Ignacy Tłoczyński, Ernest Wittman

W 1934 r. Ignac zagrał na kortach Legii pokazowy mecz z uważanym przez wielu za najwybitniejszego tenisistę w historii, Amerykaninem Billem Tildenem. Wygrał jednego seta.

Gdy w spotkaniu z Francuzem Jeanem Borotrą sędzia podjął złą, lecz korzystną dla Polaka decyzję, ten oddał rywalowi punkt, dwa razy celowo serwując w siatkę. Działo się to w momencie, gdy Tłoczyński miał... piłkę meczową! Spotkanie i tak wygrał, a w ten sposób stał się wzorem gry fair.

Herbaciany bodziec

Ignacy Tłoczyński wpisał się do historii naszego tenisa nim pierwszy raz został mistrzem kraju. Wiosną 1930 roku, przyczynił się do historycznego, pierwszego zwycięstwa Polski w Pucharze Davisa. Rywalami byli Rumuni. Pierwszy mecz Ignac wygrał łatwo. Trudniej było w drugim pojedynku, ze starszym o 17 lat Nicolae Mishu. Rumun był do tego stopnia poirytowany swoją niemocą w starciu z młokosem, że w pewnym momencie celowo posłał piłkę w publiczność. Wybuchł skandal, sędzia był zmuszony przerwać spotkanie. Nerwowo było do końca, bo przy remisie 2:2 o rozstrzygnięciu decydował piąty set.

W nim poznaniak prowadził, ale coraz częściej musiał schodzić z kortu, kulejąc z powodu skurczów. Gdy masaże przestały działać, kapitan reprezentacji Aleksander Olchowicz przyniósł Ignacowi herbatę. Herbatę, do której - jak się później okazało - dolał... koniaku. Po wznowieniu gry Tłoczyński wygrał seta do zera, a cały mecz 6:3, 7:9, 7:5, 4:6, 6:0. Szczęśliwi kibice nosili go na rękach, a sam bohater zdradzał potem z przymrużeniem oka w czasopiśmie "Lawn-Tennis Polski" sekret swojego sukcesu: "Szklanka dobrze osłodzonej herbaty między 3 a 4 setem jest dla mnie znakomitym bodźcem do dalszej gry".

"Przegląd Sportowy" podsumował to spotkanie słowami, które można odnieść do całej kariery Ignacego Tłoczyńskiego: "Ten tenisista o dziecinnej jeszcze budowie, o chłopięcych, cienkich ramionach wykazał hart ducha i siłę nerwów starego, zaprawionego w bojach mistrza. Wykazał przy tym ogromny talent tenisowy, niezwykłą orientację i przytomność umysłu. Miał zawsze na ustach ów przemiły uśmiech sportowca z krwi i kości, uśmiech radości, gdy udała mu się piłka, uśmiech podziwu, gdy dobrze zagrana piłka przeciwnika, była dlań nie do odbicia. Uśmiech taki rzadko widywaliśmy na naszych kortach i był on, jak i gra Tłoczyńskiego, jakby zapowiedzią nowej epoki w tenisie polskim".

B.

Wypowiedzi Ignacego Tłoczyńskiego pochodzą z rozmowy przeprowadzonej przez czasopismo "Tenis" w 1997 r. Zdjęcia (drugie, trzecie i czwarte) z książki ''Tenis Polski ma 100 lat''.

Tekst poszedł rok temu w Gazecie Wyborczej Poznań w setną rocznicę urodzin tenisisty

czwartek, 19 lipca 2012
Brenes ośmieszył Casillasa, a Subasić Boruca. Gwiazdki Chazara Lenkoran

Dla Chazara Lenkoran awans do drugiej rundy eliminacji Ligi Europejskiej jest pierwszym w historii jego występów w europejskich pucharach. Był on możliwy, bo azerski zespół ma w składzie kilku grajków z międzynarodowym obyciem.

Reprezentacja Kostaryki uczestniczy nie tylko w mistrzostwach Ameryki Północnej i Środkowej (Gold Cup - Złoty Puchar), ale jest też zapraszana na południe - do Copa America. Dzięki temu piłkarze z tego kraju mogą zagrać na dwóch kontynentalnych imprezach.
Jednym z nich jest Randall Brenes, który tego lata wzmocnił Chazara Lenkoran. Siedem ze swoich 22 występów w narodowej kadrze napastnik zanotował na turniejach.
Debiut na mistrzostwach miał świetny: w 2005 roku strzelił dwa gole w meczu z Kubą (potem bez gola skończył boje z USA i Hondurasem). Rok temu na Gold Cup zagrał znowu z Kubą, ale swoją jedyną bramkę, za to na wagę punktu zdobył w 95. minucie meczu z Salwadorem!

O ile z tego występu może być zadowolony, to nie wspomina mile wizyty na Copa America. Już w 28. minucie meczu z Kolumbią wyleciał z czerwoną kartką, a spotkanie, które mogło sensacyjnie wyrzucić argentyńskich gospodarzy z turnieju skończyło się klęską Kostaryki 0:3.

A bardzo wierzyłem, że perełka Joel Campbell i jego kumple dadzą radę.

Pomimo trafień na mistrzostwach kontynentu, cały świat podziwiał jego gola w spotkaniu towarzyskim. Bo był to gol strzelony Hiszpanii, po błędzie Ikera Casillasa. Brenes dał Kostaryce prowadzenie 1:0, a mistrzowie świata i Europy uratowali remis 2:2 w ostatniej minucie.

Na arenie klubowej Randall Brenes strzelał gole do tej pory gole tylko w kostarykańskim CS Cartagines i norweskich Bodo/Glimt i Kongsvinger.

W dużo mocniejszej lidze miał za to okazję wystąpić Adrian Pit. Rumun, którego grę lewą nogą bardzo chwalił trener Lecha Poznań Mariusz Rumak, ma na koncie trzy oficjalne występy w pierwszym zespole AS Roma! W sezonie 2009/2010 zagrał dwa mecze Serie A (Livorno, Siena) i jeden Pucharu Włoch (Triestina) obok takich graczy jak Daniele De Rossi, Simone Perotta, Mirko Vucinić, Philippe Mexes, John Arne Riise i Juan. Trener Claudio Ranieri nie delegował więc Adriana Pita na boisko w meczach o niskiej randze czy pośród zastępu rezerwowych. Pit w koszulce Romy wygląda tak.

Adrian Pit, AS Roma

Rumun był wypożyczany z Rzymu do Pisy i Triestiny, przed przyjazdem do Włoch był gwiazdą w na zapleczu szwajcarskiej ekstraklasy, w AC Bellinzona. W ojczyźnie reprezentował UT Arad i Universitateę Cluj (nie mylić z CFR Cluj, uczestnikiem Ligi Mistrzów), z którego na początku 2011 roku trafił do Azerbejdżanu. To rumuński skrzydłowy miał asysty w spotkaniu poprzedniej rundy z estońskim Nomme Kalju.

Rumunem, który dyryguje obroną Chazara jest Adrian Scarlatache. W maju jego gol w finale Pucharu Rumunii był jedynym, dzięki czemu Dinamo Bukareszt było lepsze od Rapidu.

Z reprezentantów Azerbejdżanu w Chazarze Lenkoran polscy kibice powinni kojarzyć jedno nazwisko. Branimir Subasić, napastnik urodzony w Belgradzie, jednego z goli w kadrze zdobył przeciwko Polsce (w Baku w 2007 r. Polacy wygrali 3:1).

Subasić w meczach z Kalju Nomme zdobył dwa gole, a Scarlatache i Rusłan Abisow - po jednym. Stawiam manata, że Lechowi Poznań też coś strzelą.

B.