Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 05 września 2013
Zeszyty z lat 90. Kucharski i Skrzypek jak Beverly Hills 90210

Zeszyty z piłkarzami reprezentacji Polski

fot. PZPN

Sporo można zarzucić nowym władzom Polskiego Związku Piłki Nożnej ze Zbigniewem Bońkiem na czele, ale na pewno nie to, że nie odbudowuje wcześniej czarnego jak smoła wizerunku. PZPN przygotował na start nowego roku szkolnego całą kolekcję zeszytów z piłkarzami reprezentacji Polski. Co prawda już pokolenie urodzone w latach 90. nazywam pokoleniem Ligi Mistrzów, bo z moich obserwacji wynika, że dalece bardziej niż kiedyś dzieciaki przywiązują się do wielkich zagranicznych klubów niż tym najbliższym geograficznie, z kadrą narodową na czele, tym niemniej - nie wyobrażam sobie, by mały fan piłki nożnej przeszedł obok takiego zeszytu obojętnie. I nawet jeśli kupi sobie zeszyty z Barceloną, to i na brulion z biało-czerwonymi rodziców namówi.

Zeszyty FC Barcelona - Cesc Fabregas, Andres Iniesta, Xavi

O tym, że zeszyty sprzedawane w Biedronce (w poznańskich ich nie widziałem, ale wierzę, że ogólnie można je dostać) są hitem świadczyć mogą gratulacje, jakie Krzysztof Stanowski z Weszło składał sekretarzowi PZPN Maciejowi Sawickiemu: Brawa za zeszyty z reprezentacją, wypuszczone na nowy rok szkolny. 400 tys. sprzedanych w tydzień!!!

I tylko dziwi mnie, że nikt na taki genialny w swej prostocie pomysł nie wpadł przez poprzednie 15 lat. Bo pod koniec lat 90. - na moment i chyba trochę przez przypadek - pojawiły się zeszyty z polskimi piłkarzami w narodowych barwach. Konkretnie - dwa zeszyty.

Pamiętam, bo gdy je zobaczyłem, to oczy prawdopodobnie wyszły mi na wierzch.

Był to już co prawda czas kolorowych okładek z bohaterami serialu Beverly Hills 90210 (tu podziękowania za fotkę dla koleżanki Ewy i jej starszej siostry składującej stare notatki) i całą zgrają innych aktorów, od dziewczyny z sąsiedztwa Sandry Bullock do jupijaej Bruce'a Willisa,

Zeszyty z lat 90., stare zeszyty, Beverly Hills 90210

Zeszyty z lat 90., stare zeszyty, Sandra Bullock

ale polska piłka, a konkretnie polska reprezentacja za drugiej kadencji Antoniego Piechniczka znaczyła maleńko (mniej więcej tyle co teraz, bo o punkty też nie umiała pobić nikogo silniejszego od Mołdawii).

I pomimo tej słabości na okładkę zeszytów - obok tych wszystkich Banderasów i Bradów Pittów - trafili... Cezary Kucharski i Paweł Skrzypek. Co do tego pierwszego pewność mam absolutną, co do drugiego - 99 proc. Dlaczego akurat oni mieli osładzać dzieciakom upływanie kolejnych 45 minut, a nie np. wschodząca gwiazda Marek Citko czy kapitan reprezentacji Piotr Nowak? Nie mam bladego pojęcia. Może pod wpływem dobrej gry przeciw Brazylii? Może ich zdjęcia prezentowały się najefektowniej (na pewno był to czas takich strojów firmy Nike)? A może ich agenci byli najbardziej obrotni i dogadali się z Unipapem Strzegom (o ile mnie pamięć nie myli). Jeśli ktoś pamięta te (lub inne piłkarskie) zeszyty z końcówki lat 90. (1997 rok?) lub cokolwiek wie w tym temacie - każde świadectwo będzie na wagę złota. Może komuś taki zeszyt jeszcze zalega w szafie i może podrzucić fotkę?

Można je zgłaszać również na profilu Numer10 na facebooku,

można też zacząć nas obserwować na twitterze, na którym chyba zagadamy Cezarego Kucharskiego o sprawę tamtego zeszytu.

A tutaj można zobaczyć jak Cezary Kucharski jako przedostatni Polak (później był tylko Ebi Smolarek) zdobył gola w hiszpańskiej ekstraklasie. Może Bartłomiej Pawłowski pójdzie w jego ślady.

B.

PS Jeśli powstanie nowa wersja notki Atrybuty futbolowej młodości, postaram się, by zeszyty z piłkarzami pojawiły się obok Stomili, Sport Telegramu, Tsubasy i plastrów na nosy.

PS 2

Krótko potem Unipap wydał kolekcję zeszytów przy okazji mistrzostw świata we Francji. Pomylił przy tej okazji Zinedine'a Zidane'a z Jordanem Leczkowem. Wielkie brawa.

Zeszyt z lat 90., piłka nożna, Florian Maurice, Zinedine Zidane, Jordan Leczkow Letchkov

poniedziałek, 02 września 2013
Obcokrajowcy spoza dziesiątki

Przy okazji meczu Piast - Śląsk (1:1) i debiutu w nim byłego reprezentanta Holandii Collinsa Johna pomyślałem o następującej rzeczy. Różne mogą być wskaźniki jakości ligi - te obiektywne (punkty, powodzenie w europejskich pucharach) i te subiektywne. I tak pomyślałem, że do tych drugich można byłoby - bardzo umownie! - zaliczyć także ilość reprezentantów zagranicznych państw z pierwszej dziesiątki rankingu UEFA, którzy trafiają do polskiej ekstraklasy. Aktualny ranking UEFA wygląda następująco:

1. Hiszpania
2. Anglia
3. Niemcy
4. Włochy
5. Portugalia
6. Francja
7. Ukraina
8. Rosja
9. Holandia
10. Turcja

Przyjmując, że nie narzucamy żadnych ograniczeń czasowych, to mamy tu do czynienia z tysiącami zawodników. Ilu z nich trafiło do Polski? Według mich obliczeń - sześciu. Tak, w historii funkcjonowania najwyższej klasy rozgrywkowej w naszym kraju tylko sześciu zawodników z elitarnej europejskiej dziesiątki zawitało pod nasze futbolowe strzechy. Gościliśmy dwóch reprezentantów Niemiec, dwóch z Holandii i dwóch z ZSRR/Rosji (Ukraina). Oto oni:

ULRICH BOROWKA

Reprezentacja: 6-0 (1988, cztery mecze na EURO 1988)
Polska: Widzew Łódź (1997, 8-0)

MARCO REICH

Reprezentacja: 1-0 (1999, towarzyski mecz z Kolumbią)
Polska: Jagiellonia Białystok (2010, 15-2)

ANATOLIJ DEMJANENKO

Reprezentacja: 80-6 (1981-1990, kapitan podczas MŚ 1986 i EURO 1988)
Polska: Widzew Łódź (1991/1992, 13-0)

OLEG SALENKO

Reprezentacja: 8-6 (1993-1994, 3 mecze i 6 goli na MŚ 1994, król strzelców) + dla Ukrainy 1-0 (1992)
Polska: Pogoń Szczecin (2000, 1-0)

KEW JALIENS

Reprezentacja: 10-0 (2006-2007, 1 mecz na MŚ 2006)
Polska: Wisła Kraków (2011-2013, 46-1)

COLLINS JOHN

 

Reprezentacja: 2-0 (2004)
Polska: Piast Gliwice (2013-)

Zdaję sobie sprawę, że to bardzo subiektywne spojrzenie, ale nawet ono może być interesującym miernikiem (nie)atrakcyjności naszej ligi. Co ciekawe, zestawienie niewiele się zmieni, jeżeli rozszerzylibyśmy o pięć kolejnych reprezentacji w rankingu (11. Belgia 12. Grecja 13. Szwajcaria 14. Cypr 15. Dania - z tego zbioru mamy u siebie tylko reprezentanta Cypru). Trudno się dziwić zawodnikom najmocniejszych kadr - w końcu nikt nie chce odpadać w pucharach z Azerami i Litwinami.

Czytaj także:

Oleg Salenko z Archiwum X

Ci piękni zagraniczni trenerzy w swoich pięknych reprezentacjach

P.

UWAGA! A o blogowym facebooku pamiętacie? Dzisiaj piszemy tam m.in. o Romanie Oreszczuku!

czwartek, 29 sierpnia 2013
Polska radocha z remisu. Po Euro i Legii czas z nią skończyć

I znowu byliśmy panami świata, a co najmniej panami sytuacji. Już znowu były łapcie w górze spory kawałek przed metą. Jak u kolarza, który przedwcześnie zaczął celebrować wygraną, by niepostrzeżenie zostać wyprzedzonym przez bezczelnego, nie umiejącego się dostosować do scenariusza rywala. Tym razem rywal z Rumunii nie przyjął do wiadomości, że remis w pierwszym meczu - choć na jego terenie - wcale nie oznaczał jego porażki. I niepostrzeżenie wpalił Legii dwa gole zanim Dusan Kuciak zdążył się porządnie rozgrzać.

Abstrahuję od tego, że w Warszawie nie wyciągnięto żadnych wniosków ze wszystkich nastu poprzednich nieudanych polskich bojów o Ligę Mistrzów, bo o tym na blogu już pisaliśmy. Bardziej zastanawia mnie to przekonanie sporej części kibiców (większości? chyba tak) oraz dziennikarzy (choćby Michała Pola czy kolegi Radka Nawrota, o odlatujących telewizjach nie wspominając), że oto po remisie w Bukareszcie do awansu brakuje już tak maleńko, tyci tyci.

Ja wiem, że Legia umiała wywalczyć awans w pucharach bezbramkowym remisem u siebie - nie tylko z Molde, ale i wcześniej z Gaziantepsporem. Ja wiem, że najczęściej wspominany polski mecz to remis na Wembley z Anglią w 1973 roku (sam jego zapomniane sceny tu zresztą przypominałem).

Natomiast.

Czy naprawdę wszystkim zdążyło już z głów wyparować, że dopiero co rok temu Polska na Euro już wypinała pierś do orderu, już się widziała (prawie wszyscy ją widzieliśmy - od piłkarzy przez kibiców do bukmacherów) w ćwierćfinale, choć dwóch pierwszych meczów nie wygrała?

Czy zapomnieli o czeskim prysznicu, który znów pokazał, że w konfrontacji nadziei z rzeczywistością polski kibic ostatecznie zawsze musi się czuć jak zbity pies.

Czy tak dawno był remisowy mecz reprezentacji z Anglią w Warszawie, po którym znów niektórym się wydawało, że co to nie my i dopiero Ukraińcy musieli nam przypomnieć, że my to ci, którzy nie umieją wygrać z nikim poważnym w Europie (co można było pokazać boleśnie za pomocą takiej oto mapki)?

To właśnie przy okazji spotkania z Anglikami powstał mem, który udanie oddaje takie podejście. Na całym świecie remis oznacza remis. Tylko w Polsce remis oznacza zwycięstwo.

W poniższym spisie bojów polskich drużyn w pucharach (być może jakiś mi umknął lub źle zaznaczyłem, późno już), w których pierwsze starcie kończyło się remisem, wiele jest takich ostatecznie zakończonych klapą. Niektórych żal tym bardziej, im lepsza była postawa Polaków w pierwszym spotkaniu - jak Wisły z Lazio czy Lecha oraz Legii z Barceloną. Legia po Bukareszcie rozbudziła nadzieje bardziej ze względu na średnią postawę Rumunów i potężną tęsknotę za Ligą Mistrzów niż swoją grą. I - jak pokazuje doświadczenie - wynikiem.

Może więc wreszcie skończmy z cieszeniem się z remisów polskich piłkarzy. Nie wierzmy w ich wyższość nad rywalem dopóki nie dostaniemy twardych dowodów w postaci zwycięstwa. Bez nich pozostanie tylko łapanie się za głowę.

Polska - Czechy, Euro 2012

Najpierw remis na wyjeździe

1955/1956 CL R1 Djurgardens IF  Swe - Gwardia Warszawa  Pol 0:0 4:1
1969/1970 CL QF Galatasaray  Tur - Legia Warszawa  Pol 1:1 0:2
1969/1970 CW R1 Olympiakos Pireus  Gre - Górnik Zabrze  Pol 2:2 0:5
1969/1970 CW SF AS Roma  Ita - Górnik Zabrze  Pol 1:1 2:2 1:1
1974/1975 CL R1 Hvidovre IF  Den - Ruch Chorzów  Pol 0:0 1:2
1974/1975 EL R1 FC Nantes  Fra - Legia Warszawa  Pol 2:2 1:0 
1975/1976 EL QF Hamburger SV  Ger - Stal Mielec  Pol 1:1 1:0 
1976/1977 EL R1 Celtic  Sco - Wisła Kraków  Pol 2:2 0:2 
1977/1978 EL R1 Manchester City  Eng - Widzew Łódź  Pol 2:2 0:0 
1978/1979 EL R3 Borussia Mönchengladbach Ger - Śląsk Wrocław  Pol 1:1 4:2 
1979/1980 EL R1 AGF Aarhus  Den - Stal Mielec  Pol 1:1 1:0 
1980/1981 EL R1 Manchester United  Eng - Widzew Łódź  Pol 1:1 0:0 
1981/1982 CW R1 Vaalerengen IF  Nor - Legia Warszawa  Pol 2:2 1:4 
1985/1986 EL R1 Borussia Mönchengladbach Ger - Lech Poznań  Pol 1:1 2:0 
1985/1986 EL R3 Inter Ita - Legia Warszawa  Pol 0:0 1:0 
1986/1987 EL R1 LASK Linz  Aut - Widzew Łódź  Pol 1:1 0:1 
1987/1988 CL R1 Olympiakos Pireus  Gre - Górnik Zabrze  Pol 1:1 1:2 
1987/1988 CW R1 Real Sociedad  Esp - Śląsk Wrocław  Pol 0:0 2:0 
1988/1989 CW R2 FC Barcelona  Esp - Lech Poznań  Pol 1:1 1:1 5:4
1989/1990 EL R1 RoPS Rovaniemi  Fin - GKS Katowice  Pol 1:1 1:0 
1989/1990 CW R1 FC Barcelona  Esp - Legia Warszawa  Pol 1:1 1:0 
1990/1991 CW R2 Aberdeen  Sco - Legia Warszawa  Pol 0:0 0:1 
1991/1992 EL R1 Hamburger SV  Ger - Górnik Zabrze  Pol 1:1 3:0 
1996/1997 CW Q  Llansantffraid  Wal - Ruch Chorzów  Pol 1:1 0:5 
1997/1998 CW Q  Glenavon  Nir - Legia Warszawa  Pol 1:1 0:4 
1998/1999 EL Q1 Newtown  Wal - Wisła Kraków  Pol 0:0 0:7
2000/2001 EL Q1 Żeljeznicar Sarajewo  Bos - Wisła Kraków  Pol 0:0 1:3 
2001/2002 EL R1 Hajduk Split  Cro - Wisła Kraków  Pol 2:2 0:1
2002/2003 EL R4 Lazio Rzym  Ita - Wisła Kraków  Pol 3:3 2:1  
2003/2004 EL Q1 FK Ventspils  Lat - Wisła Płock  Pol 1:1 2:2
2003/2004 EL R2 Manchester City  Eng - Groclin Grodzisk  Pol 1:1 0:0 
2003/2004 EL R1 Hertha BSC  Ger - Groclin Grodzisk  Pol 0:0 0:1 
2003/2004 EL Q1 Cementarnica Skopje  Mac - GKS Katowice  Pol 0:0 1:1
2003/2004 EL R2 Vaalerengen IF  Nor - Wisła Kraków  Pol 0:0 0:0 4:3
2004/2005 EL R1 FK Ventspils  Lat - Amica Wronki  Pol 1:1 0:1
2005/2006 EL R1 RC Lens  Fra - Groclin Grodzisk  Pol 1:1 4:2 
2006/2007 EL Q2 SV Mattersburg  Aut - Wisła Kraków  Pol 1:1 0:1 
2006/2007 EL Q2 Czernomorec Odesa  Ukr - Wisła Płock  Pol 0:0 1:1
2007/2008 EL Q1 MKT-Araz  Azb - Groclin Grodzisk  Pol 0:0 0:1 
2007/2008 EL Q2 Dnipro Dniepropetrowsk  Ukr - GKS Bełchatów  Pol 1:1 4:2
2009/2010 EL Q3 Broendby IF  Den - Legia Warszawa  Pol 1:1 2:2 
2010/2011 EL Q2 Valletta FC  Mlt - Ruch Chorzów  Pol 1:1 0:0
2012/2013 EL Q2 Chazar Lenkoran  Azb - Lech Poznań  Pol 1:1 0:1
2012/2013 EL Q2 Metalurgs Lipawa  Lat - Legia Warszawa  Pol 2:2 1:5 
2013/2014 CL Q3 Molde FK  Nor - Legia Warszawa  Pol 1:1 0:0
2013/2014 CL Q4 Steaua Bukareszt  Rom - Legia Warszawa  Pol 1:1 2:2

Najpierw remis u siebie
1969/1970 CL SF Legia Warszawa  Pol - Feyenoord  Ned 0:0 0:2
1970/1971 EL R1 Ruch Chorzów  Pol - Fiorentina  Ita 1:1 0:2
1971/1972 EL R2 Zagłębie Wałbrzych  Pol - UT Arad  Rom 1:1 1:2
1972/1973 CW R2 Legia Warszawa  Pol - AC Milan  Ita 1:1 1:2
1973/1974 CW R1 Legia Warszawa  Pol - PAOK Saloniki  Gre 1:1 0:1
1973/1974 EL QF Ruch Chorzów  Pol - Feyenoord  Ned 1:1 1:3
1974/1975 EL R1 Górnik Zabrze  Pol - Partizan Belgrad  YUG 2:2 0:3 
1975/1976 EL R2 Śląsk Wrocław  Pol - Royal Antwerp  Bel 1:1 2:1 
1976/1977 CW QF Śląsk Wrocław  Pol - Napoli  Ita 0:0 0:2 
1976/1977 EL R2 Wisła Kraków  Pol - RWD Molenbeek  Bel 1:1 1:1 4:5
1980/1981 EL R1 Śląsk Wrocław  Pol - Dundee United  Sco 0:0 2:7 
1982/1983 EL R1 Stal Mielec  Pol - KSC Lokeren  Bel 1:1 0:0 
1982/1983 EL R1 Śląsk Wrocław  Pol - Dynamo Moskwa  URS 2:2 1:0 
1983/1984 EL R1 Widzew Łódź  Pol - IF Elfsborg  Swe 0:0 2:2
1986/1987 EL R1 Legia Warszawa  Pol - Dnipro Dnepropetrowsk  URS 0:0 1:0
1986/1987 CW R2 GKS Katowice  Pol - FC Sion  Sui 2:2 0:3  
1986/1987 EL R2 Widzew Łódź  Pol - KFC Uerdingen  Ger 0:0 0:2 
1987/1988 EL R1 Pogon Szczecin  Pol - Hellas Verona  Ita 1:1 1:3 
1989/1990 CL R1 Ruch Chorzów  Pol - CSKA Sofia  Bul 1:1 1:5 
1992/1993 EL R1 GKS Katowice  Pol - Galatasaray  Tur 0:0 1:2 
1992/1993 EL R1 Widzew Łódź  Pol - Eintracht Frankfurt  Ger 2:2 0:9 
1995/1996 CL QF Legia Warszawa  Pol - Panathinaikos  Gre 0:0 0:3 
1995/1996 EL Q  Zagłębie Lubin  Pol - Szirak Giumri  Arm 0:0 1:0 
1996/1997 EL R2 Legia Warszawa  Pol - Besiktas  Tur 1:1 1:2
1998/1999 EL R2 Wisła Kraków  Pol - AC Parma  Ita 1:1 1:2 
1999/2000 EL R2 Widzew Łódź  Pol - AS Monaco  Fra 1:1 0:2  
2000/2001 CL Q3 Polonia Warszawa  Pol - Panathinaikos  Gre 2:2 1:2
2000/2001 EL R2 Wisła Kraków  Pol - FC Porto  Por 0:0 0:3  
2001/2002 EL R2 Legia Warszawa  Pol - Valencia  Esp 1:1 1:6 
2002/2003 EL R3 Wisła Kraków  Pol - Schalke 04  Ger 1:1 4:1 
2006/2007 EL Q1 Zagłębie Lubin  Pol - Dynamo Mińsk  Bls 1:1 0:0 
2006/2007 EL R1 Legia Warszawa  Pol - Austria Wiedeń  Aut 1:1 0:1 
2008/2009 EL Q1 Legia Warszawa  Pol - FC Homel  Bls 0:0 4:1 
2008/2009 EL R3 Lech Poznań  Pol - Udinese  Ita 2:2 1:2 
2009/2010 CL Q2 Wisła Kraków  Pol - Levadia Tallin  Est 1:1 0:1 
2011/2012 EL Q3 Śląsk Wrocław  Pol - Lokomotiw Sofia  Bul 0:0 0:0 4:3
2011/2012 EL Q4 Legia Warszawa  Pol - Spartak Moskwa  Rus 2:2 3:2
2011/2012 EL R2 Legia Warszawa  Pol - Sporting CP Por 2:2 0:1 
2011/2012 EL R2 Wisła Kraków  Pol - Standard Liege  Bel 1:1 0:0 
2012/2013 EL Q4 Legia Warszawa  Pol - Rosenborg BK  Nor 1:1 1:2 

czwartek, 22 sierpnia 2013
Swój na swego. Bratobójcze ślady na pucharowych szlakach (cz.1)

Wczorajszego wieczoru, na gorącym stadionie w Bukareszcie, Łukasz Szukała wydłużył listę polskich piłkarzy, którym w rozgrywkach europejskich pucharów dane było w barwach swego zagranicznego klubu zagrać przeciwko polskiemu zespołowi. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że choć Szukała tak naprawdę nie grał nigdy w naszej rodzimej lidze, a jego kariera rozgrywała się na boiskach niemieckich, francuskich i rumuńskich, to jednak mecz przeciwko Legii rozgrywał on już jako świeżo upieczony reprezentant Polski. Łukasz Szukała nie jest pierwszym polskim piłkarzem, który w barwach rumuńskiej Steauy stara się zastopować podejście mistrza Polski pod Champions League – tym był już przed sześciu laty Paweł Golański. Szukała stanowi jednak kolejne ogniwo w szeregu kilkudziesięciu już piłkarzy, w których żyłach płynie polska krew, a którzy w ‘obcym piłkarskim mundurze’ stanęli do pucharowej, boiskowej potyczki przeciwko polskiej drużynie. Rozdzielił nas, mój bracie, / zły los i trzyma straż (…) / W dwóch wrogich sobie szańcach / stoimy ja i ty. (…) / I wołasz mnie i mówisz: / To ja, twój brat... twój brat! W kontekście piłkarskich, boiskowych rozgrywek warto trzymać się z dala od tego typu wzniosłych, przejmujących rymów Edwarda Słońskiego, lecz historia polsko-polskich konfrontacji na niwie europejskich pucharów godna jest niewątpliwie tego, by się nad nią przez chwilę pochylić.

Na początku września 1959 roku doszło do jednej z największych kompromitacji polskiej klubowej piłki w całych jej dziejach. Ówcześni Mistrzowie Polski, futboliści ŁKS (m.in. z legendarnym późniejszym trenerem – Leszkiem Jezierskim w składzie) doznali w Esch druzgocącej klęski z luksemburskim Jeunesse 0:5. Dwa tygodnie później, 23 września 1959 roku oba zespoły rozegrały w Łodzi spotkanie rewanżowe, w którym minimalnie lepsi okazali się być gospodarze, wygrywając zaledwie 2:1 i odpadając z ogromnym hukiem z pucharowej zabawy. W zespole z Luksemburga przez półtorej godziny po murawie łódzkiego stadionu biegał m.in. Władysław Janik. Nazwisko tego piłkarza przewinęło się już na tym blogu w kontekście Królewskich opowieści, czyli opisu dziejów spotkań polskich futbolistów z wielkim Realem Madryt. Przy okazji wspominania pucharowych batalii polsko-polskich możemy jednak pozwolić sobie na to, by przy Janiku zatrzymać się nieco dłużej, bo jego historia nie jest z pewnością jedną z tych, jakich wiele. Nim Władysław Janik zainaugurował dzieje naszych pucharowych bratobójczych zmagań i wyrzucił z pucharów graczy ŁKS, miał już w swym dorobku dziesięcioletni futbolowy staż w luksemburskim zespole z Esch (trykot Jeunesse będzie przywdziewał łącznie aż przez 14 lat). Postać to zaprawdę intrygująca. Zasłony tajemnicy znad biografii futbolisty uchyla nieco Witold Łastowiecki w swej bezcennej publikacji „Piłkarscy gastarbeiterzy”. Janik, „syn małżeństwa polskich dyplomatów, którzy jeszcze przed wojną zamieszkali w Wielkim Księstwie, do 32 roku życia był tzw. bezpaństwowcem – czyli człowiekiem bez przynależności narodowej, starał się o paszport luksemburski, polskiego zdobyć w tamtej sytuacji politycznej nie mógł, tak więc dopiero w 1958 roku stał się obywatelem nowego kraju”. Przyjazd z Księstwa do komunistycznej Polski i rozegrany na łódzkim stadionie pierwszego dnia jesieni 1959 roku mecz, musiały być dla niego bardzo szczególnym i wyjątkowym doświadczeniem.

Na następny pucharowy bój naszego zespołu z piłkarzem, w którego żyłach przewijają się i krople polskiej krwi czekamy parę ładnych lat. 28 września 1966 roku w I rundzie Pucharu Mistrzów, Górnik Zabrze potyka się ze wschodnioniemieckim Vorwaertsem. Bramki drużyny z Berlina strzeże wówczas Alfred Zulkowski. W Zabrzu Zulkowski broni wprost fantastycznie dając się pokonać zaledwie dwukrotnie Ernestowi Polowi (w tym raz z karnego) i ratując Niemców przed znacznie wyższą porażką aniżeli 1:2. Kilkanaście dni później w Berlinie jednokrotnego reprezentanta NRD o polskim nazwisku pokonuje tylko Włodzimierz Lubański, lecz tym razem to Niemcy wygrywają 2:1. Potrzebny jest więc dodatkowy, trzeci pojedynek, który rozstrzygnie o sprawie awansu. 26 października 1966 roku, w neutralnym Budapeszcie, Lubański (trafia dwukrotnie) z Polem zdecydowanie już odczarowują bramkę Vorwaertsu, a i sam Zulkowski nie może zaliczyć tego występu do specjalnie udanych. Górnik wygrywa 3:1 i przechodzi dalej.

Równolegle do spotkań zabrzan z berlińczykami toczy się dwumecz warszawskiej Legii z innym wschodnioniemieckim zespołem – Chemie Lipsk. W Lipsku pewnie wygrywają gospodarze, pokonując Legię 3:0. W niemieckim zespole po lipskiej murawie biegają m.in. Horst Slaby i Klaus Lisiewicz. Co ciekawe, obaj zawodnicy o polskich nazwiskach, w meczu rewanżowym w Warszawie (padł remis 2:2) nie wzięli udziału, mimo że byli znaczącymi postaciami swego zespołu. Lisiewicz reprezentował nawet enerdowskie barwy podczas Igrzysk olimpijskich w 1964 roku.

Trzy sezony później, znów przeciwko warszawskiej Legii, zagra w Pucharze Mistrzów francuski defensor z polskimi korzeniami. W listopadzie 1969 roku 3-krotny reprezentant trójkolorowych Roland Mitoraj musi jednak uznać wyższość wspaniałej Legii Vejvody, której zwycięski marsz zatrzyma się dopiero na półfinałowym szczeblu rozgrywek. Dzięki bramkom Deyny i Pieszki legioniści dwukrotnie pokonują (2:1, 1:0) St. Etienne Mitoraja, który oba spotkania rozgrywa w pełnym wymiarze.

We wrześniu 1970 roku wielki Górnik Zabrze, pragnąc powtórzyć swój sukces z ubiegłego sezonu i ponownie dotrzeć do finału Pucharu Zdobywców Pucharów rozpoczyna te rozgrywki z przytupem, deklasując duński Aalborg 8:1 i 1:0. W obu tych spotkaniach w barwach skandynawskiego zespołu występuje zawodnik o swojsko brzmiącym nazwisku – Bąk. Ale ciężko znaleźć jakiekolwiek źródła, które mogłyby w choć nieznacznie poszerzyć naszą skromniutką wiedzę na temat tego tajemniczego gracza oraz jego ewentualnych polskich korzeni.

Sezon później, znów do konfrontacji z Górnikiem Zabrze, choć już w ramach rozgrywek o PKME, staje Olympique Marsylia, a w jej składzie piłkarze o domieszce polskiej krwi: Eduoard Kula oraz Jacques Novi. Francuzom udaje się wyrzucić silnego Górnika z pucharów (2:1, 1:1) już w I rundzie.

Następnej jesieni chorzowskiemu Ruchowi bezwzględnie wybija z głowy dalszą pucharową przygodę Dynamo Drezno (3:0, 1:0). Barwy zespoły z NRD przywdziewa w obu tych spotkaniach olimpijski reprezentant NRD z 1972 roku - Frank Ganzera, a podczas rewanżu w Dreźnie na boisku pojawia się z ławki rezerwowych również Eduard Geyer. Szczególnie ciekawą postacią jest właśnie ten drugi. Urodzony w 1944 roku w zajętym pięć lat wcześniej przez Niemców i włączonym do Rzeszy Bielsku (dziś: Bielsko-Biała) futbolista, odnosi po zakończeniu kariery znaczne sukcesy również w roli szkoleniowca. To właśnie Geyer jest ostatnim w dziejach selekcjonerem reprezentacji NRD oraz trenerem, który m.in. doprowadza Dynamo Drezno do półfinału Pucharu UEFA (w 1989 roku), a długo po upadku muru berlińskiego wprowadza do Bundesligi i prowadzi w niej przez trzy sezony Energie Cottbus (m.in. z naszym Juskowiakiem, Kałużnym, Kobylańskim i Wawrzyczkiem na pokładzie).

Sezon później, 19 września 1973 roku na stadionie w Chorzowie w ramach rozgrywek I rundy Pucharu UEFA, Ruch pokonuje niemiecki WSV Wuppertal aż 4:1. Jednym z ogniw bezlitośnie dziurawionej przez chorzowian niemieckiej defensywy jest Jurgen-Michael Galbierz. W wuppertalskim rewanżu Galbierz już nie zagra, a Niebiescy minimalnie przegrają (4:5), lecz pewnie przeskoczą niemiecką zaporę.

W sezonie 1975/1976 mielecka Stal dociera aż do ćwierćfinału Pucharu UEFA. Tam na jej drodze los stawia Hamburger SV. Z Hamburga Polacy przywożą cenny remis 1:1, jednak 17 marca 1976 roku na stadionie w Mielcu to goście wygrywają 1:0. W ataku HSV, 75 minut rewanżowego spotkania zagra Klaus Zaczyk. Urodzony w 1945 roku piłkarz polskiego pochodzenia z zachodnioniemieckim paszportem był w Bundeslidze bardzo znaczącą postacią. Rozegrał w niej bowiem równo 400 spotkań, zdobywając 61 goli (głównie dla HSV, ale również dla Karlsruher oraz Nurnberg). Zaczyk jeden raz wystąpił również w reprezentacji RFN (w 1967 roku), uwieńczając to wydarzenie trafieniem, a także sięgnął ze swym HSV, w sezonie następującym po mieleckiej konfrontacji, po Puchar Zdobywców Pucharów.

Zaledwie pół roku musimy czekać, by po renomowanym Zaczyku na polskie boiska zawitali w barwach niemieckiego zespołu kolejni piłkarze napędzani polską krwią. 15 września 1976 roku FC Koeln pokonuje GKS Tychy 2:0 a linię obrony przed słynnym Haraldem Schumacherem tworzą m.in. Jurgen Glowacz oraz Harald Konopka. Podczas rewanżu rozegranego 29 września 1976 roku w Tychach (1:1), Konopka wybiega w pierwszym składzie a na kwadrans przed końcem zostaje zmieniony właśnie przez Głowacza. Konopka był przez wiele lat czołowym obrońcą Bundesligi (rozegrał w niej 352 spotkania), dane mu było nawet zagrać na argentyńskim Mundialu w 1978 roku (nie przeciwko Polakom jednak, lecz w meczu z Włochami). Glowacz również był znaczącą postacią w lidze zachodnioniemieckiej, w której rozegrał 253 spotkania, broniąc przez lata barw FC Koeln, a potem również Werderu Brema i Bayeru Leverkusen.

Rok później, we wrześniu 1977 roku w I rundzie Pucharu UEFA, Odra Opole rywalizuje z enerdowskim FC Magdeburg. Ciekawy pojedynek trenerski toczą ze sobą Antoni Piechniczek oraz Klaus Urbanczyk. Triumfuje ostatecznie zespół prowadzony przez Urbanczyka (1:1, 2:1; co ciekawe w Magdeburgu trafi dla Odry Józef Klose, ojciec późniejszego superstrzelca reprezentacji Niemiec Miroslava Klose). Urodzony w 1940 roku w Halle Klaus Urbanczyk, odnosi znaczące sukcesy już jako piłkarz. Ponad 30-krotnie przywdziewa reprezentacyjny trykot NRD. W 1964 roku obrońca o polskich korzeniach wywalcza olimpijski brąz, a indywidualnie zostaje wybrany we wschodnich Niemczech zarówno piłkarzem jak i sportowcem roku. Jako trener dwukrotnie doprowadza swój Magdeburg do wicemistrzostwa Oberligi, dwukrotnie zdobywa Puchar NRD a we wspominanej właśnie edycji Pucharu UEFA, po pokonaniu opolskiej przeszkody (a nie była to wcale przeszkoda byle jaka, bo stanowili ją m.in. Młynarczyk, Wójcicki, Klose czy Piechniczek na trenerskiej ławce), zatrzymuje się dopiero na szczeblu ćwierćfinałowym. Urbanczyk do całkiem nieodległych czasów Mirko Slomki oraz Marka Zuba był jedynym szkoleniowcem, w którego żyłach krążyła domieszka polskiej krwi, a który poprowadził w pucharowych bojach zagraniczną drużynę przeciwko zespołowi z Polski.

22 listopada 1978 roku jesteśmy świadkami pierwszego trafienia piłkarza o polskich korzeniach przeciwko polskiemu zespołowi w ramach rozgrywek europejskich pucharów. W 37 minucie meczu III rundy Pucharu UEFA rozgrywanego w Moenchengladbach, Krystian Kulik pokonuje z jedenastki bramkarza wrocławskiego Śląska – Zygmunta Kalinowskiego i zapewnia swej Borussii prowadzenie do przerwy. Tuż po niej wyrównuje jednak Mieczysław Olesiak i mecz kończy się niespodziewanym remisem 1:1.

W zespole, który prowadzi Udo Lattek, poza jednym z najlepszych wówczas graczy na świecie – Allanem Simonsenem oraz późniejszymi znakomitymi szkoleniowcami Winfriedem Schaefferem i Ewaldem Lienenem gra również inny, obok Kulika, piłkarz o polskim rodowodzie – Helmut Dudek. We wrocławskim rewanżu Śląsk walczy bardzo dzielnie, ale Simonsen niemal w pojedynkę rozstrzyga o losach meczu (2:4), ustrzelając hat-tricka. Na murawę wrocławskiego stadionu wybiegnie już tylko jeden z naszego duetu w BMG – Krystian Kulik. Warto temu piłkarzowi poświęcić nieco więcej uwagi, bo jest z pewnością tego godzien. Urodzony w 1952 roku najprawdopodobniej w Starych Siołkowicach (choć niektóre źródła wskazują również na Zabrze) Krystian Kulik, jeszcze jako mały chłopiec opuszcza Polskę. Gdy ma 19 lat biega już po boiskach Bundesligi w barwach Borussii Moenchengladbach. Trykot BMG będzie przywdziewał niemal równo przez całą dekadę, odnosząc naprawdę ogromne sukcesy. Trzy razy z rzędu wywalczy mistrzostwo Bundesligi (1974/75; 75/76; 76/77; do czwartego kolejnego tytułu w sezonie 77/78 zabraknie korzystniejszego bilansu bramek), wystąpi łącznie aż w dziewięciu meczach finałowych (!) o Puchar Mistrzów, Puchar Interkontynentalny czy Puchar UEFA. Dwukrotnie uda mu się zdobyć Puchar UEFA (1975 i 1979). Podczas finałowego spotkania o to trofeum w 1980 roku przeciwko Eintrachtowi Frankfurt, Kulik zdobywa dwa gole - najpierw wyrównuje na 1:1 strzelając bramkę do szatni w 45 min., a potem na 2 minuty przed końcem meczu, swym trafieniem rozstrzyga o losach spotkania (3:2; w rewanżu to jednak frankfurtczycy wygrywają szczęśliwie 1:0 i zgarniają trofeum). Krystian Kulik rozegrał w Bundeslidze w barwach BMG 220 spotkań, strzelając w nich 38 goli. W samych tylko rozgrywkach europejskich pucharów bilans tego polskojęzycznego piłkarza jest również bardzo efektowny: 69 meczów i 13 zdobytych bramek. Co ciekawe we wspominanej przez nas edycji Pucharu UEFA 78/79, po odprawieniu z kwitkiem wrocławian, Borussia trafia na Manchester City. 20 marca 1979 roku w Moenchengladbach dochodzi do interesującego pojedynku Kulik-Deyna. Krystian Kulik otwiera wynik w 45 minucie spotkania. Kazimierz Deyna pojawia się na murawie po godzinie gry i odpowiada honorowym trafieniem w 78 minucie meczu. Niemcy wygrywają 3:1 i nie ma na nich silnych w tamtej edycji Pucharu UEFA.

kulik

Warto jednak pochylić się i nad drugą postacią ważną dla nas w zespole BMG podczas ich pojedynku ze Śląskiem. Bo tak na dobrą sprawę cała ta już właściwa historia zmagań polsko-polskich w europejskich pucharach rozpoczyna się dopiero właśnie od niego. Wszyscy wymienieni wcześniej piłkarze, począwszy od Janika, mieli z Polską więcej lub mniej wspólnego, a po ich żyłach krążyła bardziej lub mniej rozcieńczona polska krew. Najczęściej przychodzili jednak na świat już na obczyźnie i niejednokrotnie już tylko polsko brzmiące nazwisko, które przetrwało przez pokolenia było ostatnim pomostem łączącym ich w jakikolwiek sposób z naszym narodem, z naszym krajem. Helmut Dudek to już jednak zupełnie inna historia. Urodzony w Bytomiu w 1957 roku swoje umiejętności piłkarskie kształcił właśnie w Polsce. Zdolny junior bytomskich Szombierek zadziwiająco szybko przebija się do pierwszego składu seniorskiego zespołu i jeszcze jako 17-letni chłopak gania za piłką po boiskach naszej ekstraklasy, trafiając nawet do bramki rywali. Bardzo szybko postanawia też uciec do lepszego świata i spróbować przy okazji swojej szansy na wielką karierę. 20-letniemu polskiemu obrońcy nie udaje się jednak wywalczyć pewnego miejsca w składzie jednej z najsilniejszych wówczas drużyn na Starym Kontynencie. W trykocie Borussii Moenchengladbach przez dwa sezony rozegra łącznie zaledwie 12 spotkań (6 w Bundeslidze, 4 w Pucharze UEFA oraz 2 w Pucharze Niemiec). A jednak, jako pierwszy w historii Polak ma on swój udział w wywalczeniu ważnego europejskiego trofeum (mecz ze Śląskiem stanowił na tej drodze dla Dudka kolejny i ostatni zarazem akcent). Po dwuletniej przygodzie w zachodnich Niemczech Helmut Dudek wyjeżdża szukać szczęścia aż do Stanów Zjednoczonych, gdzie przez ponad 8 lat jest prawdziwą gwiazdą tamtejszych rozgrywek. 

Nie minął nawet rok od pojedynków Śląska z Borussią i w Pucharze Mistrzów znów przychodzi potykać się naszemu zespołowi z drużyną z Niemiec (tym razem z ich czerwonej części). 19 września 1979 roku w Berlinie Dynamo rozbija chorzowski Ruch 4:1.

Dwa trafienia zanotował wówczas (19 min. na 2:0, 80 min. na 4:0) grający tamtego dnia z numerem 10 na plecach Hartmut Pelka.

Innym piłkarzem biegającym wspomnianego wieczoru po berlińskiej murawie, w którego żyłach krążyła również polska krew był Frank Terletzki. Zarówno Pelka, jak i Terletzki (na szczęście i my mieliśmy wówczas w Polsce swojego świetnego Stanisława Terleckiego) byli bardzo mocnymi punktami w zespole mistrza NRD. Oboje wystąpili też w bezbramkowym rewanżu w Chorzowie.

Jednak na prawdziwie fascynujący i jedyny w swoim rodzaju bratobójczy pojedynek w pucharach przyszło nam poczekać do wiosny 1983 roku. Przeciw polskiemu zespołowi stanął tym razem nie tylko Polak z krwi i kości, ale zarazem największa wówczas i absolutnie niekwestionowana gwiazda naszej narodowej reprezentacji. Co więcej, piłkarz, który nasz kraj opuścił jak najbardziej legalnie, za zgodą totalitarnej władzy, a do tego kontynuował swą piłkarską karierę w  jednym z najlepszych klubowych zespołów jakie wówczas wydeptywały murawy stadionów na całym futbolowym świecie. To był rzeczywiście istnie bratobójczy pojedynek, bo Zbigniew Boniek, o którym mowa, musiał stanąć oko w oko do konfrontacji z zespołem, z którego odchodził do Serie A, a w którym przeżył najowocniejszy dotąd okres swojej kariery. Musiał stanąć naprzeciw piłkarzom, z którymi do niedawna, przez lata, dzielił wspólną klubową szatnię, z którymi jeszcze niespełna 3 lata wcześniej wyrzucał za burtę Pucharu UEFA właśnie Juventus (Boniek strzelił wówczas w Turynie decydującego o awansie karnego dla Widzewa), a z kilkoma z nich Zibi wciąż przecież spotykał się w reprezentacyjnej szatni. Musiał stanąć przeciwko swoim łódzkim kibicom, którzy przez lata go kochali, nieśli na skrzydłach swego dopingu, których tyle razy uszczęśliwiał i którzy do niedawna daliby się za niego pokroić. A do tego niebywała wręcz stawka meczu - walka o wejście do finału, który rozstrzygnie o tym, który klubowy zespół kopie piłkę najlepiej w całej Europie. Jeśli to nie jest futbolowa, bratobójcza piłkarska batalia, to cóż nią jest?…

6 kwietnia 1983 roku Juve pokonuje Widzew 2:0 i trudno przecenić wkład Bońka w drugą bramkę dla gospodarzy. Dwa tygodnie później w Łodzi pada remis 2:2 i to właśnie po faulu Młynarczyka na Bońku, Platini ustala wynik spotkania z jedenastki (bramki Surlit-2 oraz Rossi i Platini). Gdy w Łodzi na jakieś 20 minut przed końcem spotkania holenderski liniowy arbiter zostaje trafiony rzuconą z trybun butelką po wódce, która poważnie rani go w głowę i spotkanie zostaje przerwane, to właśnie Zibi gorąco i skutecznie namawia swych kolegów z Juve, by kontynuować mecz. Zbigniew Boniek oba półfinałowe spotkania przeciwko Polakom rozegrał w pełnym wymiarze czasu i był niewątpliwie jeśli nie najlepszym, to jednym z najlepszych piłkarzy tego dwumeczu. Do dziś na pytanie czego lub kogo zabrakło wówczas w Widzewie, wszyscy odpowiadają: Bońka! Był wtedy w swoim żywiole i być może z nim ten Puchar Mistrzów byłby nasz! - wspominał po latach w swej biografii spisanej przez Jacka Perzyńskiego inny uczestnik półfinałowych spotkań, z widzewskiej strony barykady, Włodzimierz Smolarek.

   

 

Niespełna pięć miesięcy później w I rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów znów krzyżują się szlaki Bońka i polskiej drużyny. Juventus rozbija w Turynie 7:0 Lechię, która dopiero co wywalczyła awans z III ligi polskiej do wyższej klasy rozgrywkowej. 28 września 1983 roku w pamiętnym gdańskim rewanżu, śledzonym z trybun przez nieprzebrane tłumy polskich fanów, po golach Marka Kowalczyka i Jerzego Kruszczyńskiego sensacja wisi w powietrzu, ale ostatecznie podopieczni Trapattoniego ratują zwycięstwo nad naszym drugoligowcem. Wynik na 3:2 dla Juve ustala na 7 minut przed końcem spotkania właśnie Zbigniew Boniek, strzelając lewą nogą w krótki róg bramki Tadeusza Fajfera. Na wiosnę to właśnie piłkarze Juve wzniosą triumfalnie ku górze Puchar Zdobywców.

Jesienią 1984 roku w szranki z naszymi zespołami stają dwaj zachodnioniemieccy piłkarze polskiego pochodzenia. Pierre Littbarski (którego dziadek był warszawiakiem), bajeczny technicznie, jeden z najbłyskotliwszych wówczas graczy jakich nosi ziemia, późniejszy mistrz świata z 1990 roku, a także wicemistrz świata z lat 1982 i 1986, wraz ze swoim FC Koeln wyrzuca za pucharową burtę Pogoń Szczecin. To właśnie Littbarski, pokonując Marka Szczecha, strzeli na kwadrans przed końcem pierwszego meczu w Kolonii bramkę przesądzającą o zwycięstwie Niemców 2:1. W Szczecinie Polacy są naprawdę bliscy odrobienia strat, lecz zarówno Adam Kensy, jak i Marek Leśniak nie potrafią pokonać z rzutów karnych Schmachera, a Littbarski popisuje się cudownym zagraniem do Beina, po którym ten ostatni przesądza sprawę awansu, zapewniając gościom zwycięstwo 1:0.

littbarski

Natomiast inny późniejszy brązowy medalista Euro 88’ – Uli Borowka, będzie musiał wraz ze swą Borussią Moenchengladbach uznać wyższość łódzkiego Widzewa. Niemcy wygrają co prawda pierwszy mecz 3:2 (Borowka wejdzie na końcowe 7 minut), jednak w Polsce zwycięskie trafienie Włodzimierza Smolarka na 1:0 przesądzi o awansie polskiego zespołu. Co ciekawe, Borowka, który 7 listopada 1984 roku wybiegał po łódzkiej murawie całe 90 minut, kilkanaście lat później powróci jeszcze na ten stadion, by przez jakiś czas reprezentować barwy… łódzkiego Widzewa właśnie. Uli Borowka wyrownuje pucharowe porachunki z polskim futbolem już następnej jesieni eliminując w I rundzie Pucharu UEFA poznańskiego Lecha. W Moenchengladbach, po wyrównującym golu Damiana Łukasika pada niespodziewany remis 1:1 (Borowka rozegrał to spotkanie w pełnym wymiarze czasu). 2 października 1985 roku na stadionie w Poznaniu triumfują jednak goście, wygrywając 2:0, choć twardy i nieustępliwy defensor BMG polskiego pochodzenia, musi tym razem opuścić murawę już w 27 minucie meczu.

17 września 1986 roku łódzki Widzew pojechał do austriackiego Linzu, by w ramach I rundy Pucharu UEFA zmierzyć się z tamtejszym LASK. Ważnym punktem defensywy gospodarzy był niemal 30-letni już wówczas Dariusz Gajda. Nim były piłkarz Włókniarza Zelów i Concordii Piotrków czmychnął z komunistycznej Polski do Austrii, aż przez cztery sezony (lata 1981-1985) grał dla ŁKS. Zanim więc pucharowy los skojarzył Widzew z Linzem, Gajda zdążył już uzbierać na swoim koncie udział w aż ośmiu łódzkich derbowych bataliach, więc można śmiało rzec, iż w bojach przeciwko byłemu klubowi Młynarczyka, Bońka i Smolarka był zahartowany. Na niewiele się to jednak zdało. Z Austrii Widzew przywiózł remis 1:1 (całe spotkanie Gajdy), a w Łodzi Wiesław Wraga zapewnił gospodarzom zwycięstwo 1:0. Dynamiczny były obrońca ŁKS raczej specjalnie niczym publiczności nie zachwycił i opuścił murawę na Widzewie już w przerwie rewanżowego spotkania. Na boiskach austriackiej Bundesligi kontynuował jednak swą przygodę z Linzem jeszcze przez kilka sezonów.

Bardzo ciekawie było też we wrześniu 1987 roku. Wówczas to w I rundzie PKME los skojarzył ze sobą Górnika Zabrze i Olympiakos Pireus. Nie byłoby w tym nic intrygującego, gdyby nie fakt, iż bramki Greków strzegł Jacek Kazimierski. Okoliczności w jakich były bramkarz Legii przechodził kilka miesięcy wcześniej do zespołu mistrza Grecji nadają się na ciekawą książkę. Ograniczymy się więc jedynie do przypomnienia, iż w kwietniowym spotkaniu o być albo nie być na Euro 88’ dla polskiej reprezentacji, Kazimierski paskudnie przepuścił na stadionie olimpijskim w Atenach strzał Saravakosa, by chwilę później przyklepać kontrakt z Olympiakosem. Selekcjoner Wojciech Łazarek nie zamierzał się bawić w owijanie w bawełnę i już na konferencji prasowej obrazowo wyjaśnił, iż on złapał by strzał Saravakosa do kapelusza, popijając w międzyczasie kawę, a Jacek Kazimierski o reprezentacyjnym swetrze może zapomnieć. I rzeczywiście Kazimierskiemu nie zaufał już nigdy więcej żaden polski selekcjoner. Za to Kazimierski miał okazję przypomnieć o sobie polskim kibicom, bodaj po raz ostatni za swego piłkarskiego życia, właśnie przy okazji dwumeczu Górnika z Olympiakosem. W Grecji pada remis 1:1 (Kazimierskiego pokonuje Joachim Klemnz). Andrzej Iwan w swej książce „Spalony” opisuje greckie podchody pod polskich piłkarzy, by odpuścili rewanż w Zabrzu. Rekompensatą dla Iwana miał być… właśnie intratny kontrakt z Olympiakosem. Odpuścił jednak ktoś inny. Tenże sam Iwan nie ma bowiem większych wątpliwości, że strzał zza pola karnego, po którym uzyskał w Zabrzu drugie trafienie dla swego zespołu był jak najbardziej do obrony. Ostatecznie Górnik wygrał 2:1 (prowadzenia dla Górnika uzyskał Ryszard Cyroń) i awansował dalej. Całkiem niedawno na TVP Sport można było obejrzeć cały ten mecz raz jeszcze. Utkwił mi w pamięci jeden obrazek, gdy po końcowym gwizdku Kazimierski niespecjalnie przejęty porażką swego zespołu przyjacielsko pozdrawia Józefa Wandzika i innych graczy Górnika. Cóż, Grecy wiedzieli kogo biorą i w jaki sposób biorą, więc teraz trzeba było płacić za to rachunki. Raczej specjalnie nie zaskakuje fakt, że Kazimierskiemu w Pireusie podziękowano za grę bardzo szybciutko.

Trzy lata po odprawieniu przez zabrzan z kwitkiem Kazimierskiego udaje się poznańskiemu Lechowi wyrzucić z pucharowej zabawy dwóch kolejnych Polaków w greckich trykotach. Piłkarską wczesną jesienią 1990 roku Kolejorz gra naprawdę rewelacyjnie. Najpierw pokonuje w stolicy Wielkopolski Panathinaikos Ateny z Józefem Wandzikiem i Krzysztofem Warzychą w składzie 3:0. Dla Wandzika jest to wybitnie nieudane spotkanie. Już w pierwszych sekundach meczu fauluje szarżującego w polu karnym Pachelskiego (jedenastkę na gola zamienia Czesław Jakołcewicz), a potem daje się zaskoczyć Jakołcewiczowi strzałem z grubo ponad 30 metrów. Trzecie trafienie dokłada Marek Rzepka i Lech niespodziewanie deklasuje mistrzów Grecji..

Kolejne dwa trafienia nasz ówczesny reprezentacyjny golkiper zmuszony jest wyplątywać z sieci swojej bramki podczas rewanżowego zwycięstwa Lecha w Atenach 2:1 (gole Bogusława Pachelskiego i Kazimierza Moskala). Nasz wyborowy snajper Krzysztof Warzycha przez 180 minut dwumeczowego boju nie jest w stanie wyrządzić krzywdy Kazimierzowi Sidorczukowi strzegącemu bramki mistrzów Polski.

 Kilka tygodni po zwycięskich bataliach Lecha z Panathinaikosem na froncie II rundy Pucharu UEFA przeciw polskiemu klubowi znów stanęło równocześnie aż dwóch naszych znakomitych graczy. 24 października 1990 roku GKS Katowice gra z Bayerem Leverkusen. I to właśnie tego dnia ma wspaniałą okazję, by przypomnieć o sobie polskim kibicom filigranowy uczestnik dwóch mundiali (82, 86), brązowy medalista z mistrzostw świata w Hiszpanii – Andrzej Buncol. Gdy wyjechał z Polski po meksykańskiej imprezie i zdecydował się przyjąć niemieckie obywatelstwo (choć przecież polskiego nigdy się nie zrzekł) w peerelowskiej propagandzie uczyniono z niego niemal przestępcę i wroga publicznego, którego należy stosownie potępić a potem najlepiej dokładnie wymazać z kibicowskiej pamięci za jego niecny postępek. Jesienią 1990 roku pochodzący przecież ze Śląska Buncol pojawia się na katowickiej murawie po pół godzinie gry, zmieniając strzelca pierwszej bramki dla Bayeru – Andreasa Thoma. Tuż po przerwie były piłkarz Ruchu i Legii podwyższa wynik spotkania na 2:0 i tym samym niemal przekreśla nadzieje katowiczan na awans do następnej rundy. Mecz kończy się zwycięstwem gości 2:1. 7 listopada 1990 roku na boisku w Leverkusen przypomni o sobie polskim kibicom kolejny nasz świetny zawodnik. Marek Leśniak gra tego dnia naprawdę znakomicie. Jest szybki, dynamiczny, nieuchwytny dla obrońców gieksy. To właśnie on w 28 minucie rewanżowego spotkania otwiera wynik meczu pokonując Janusza Jojkę. Kolejne bramki dla Niemców padną dopiero w samej końcówce meczu i Bayer wygra aż 4:0, a Buncol z Leśniakiem wyrzucą z hukiem GKS Katowice z europejskich pucharów.

 

Przeczytaj też:  Swój na swego. Bratobójcze ślady na pucharowych szlakach  (cz.2)

wtorek, 20 sierpnia 2013
Anglia mogła paść przed Kubą Błaszczykowskim

A jak już by nie padła cała Anglia, to choć kompleks polskich piłkarzy co do strzelania goli w Premier League. Oto bowiem minęło już 21 lat od ostatniego takiego gola, gdy Robert Warzycha wpakował piłkę do bramki Manchesteru United strzeżonej przez Petera Schmeichela (wideo w linku).

Nie mam wątpliwości co do tego, że dla Jakuba Błaszczykowskiego Dortmund jest w tej chwili lepszym miejscem do grania w piłkę niż Manchester City (a może nie lepszym, a łatwiejszym). Jednocześnie, z wypowiedzi piłkarza w poniedziałkowej rozmowie z Robertem Błońskim z Gazety wnioskuję bez podobnych wątpliwości, że temat jego przejścia do MC był. Stwierdzeniu o tym, że zainteresowanie Anglików to ''spekulacje'', kapitan reprezentacji de facto zaprzecza już w następnym zdaniu, że kierował się potencjałem drużyny.

- Transfer do Manchesteru City? Ostatnio w Anglii byłem w maju. W Londynie, na finale Champions League. A wcześniej? Nie pamiętam. Zostawmy spekulacje, zostałem w Dortmundzie. Kierowałem się potencjałem drużyny, Borussia ma naprawdę ogromne możliwości. Zanim postanowiłem przedłużyć kontrakt, poszedłem do trenera Kloppa. Zapytałem, czy po sezonie nie odejdzie. Powiedział, że zostanie i to był kolejny argument, który zadziałał.

Został więc Klopp, a razem z nim Błaszczykowski i - póki co - Robert Lewandowski.

Anglicy już widzieli Lewandowskiego w Manchesterze United,

on sam już się widział w Bayernie. Mam nadzieję, że ostatecznie porzuci chęć goszczenia na bawarskim Oktoberfeście i wybierze Anglię lub Hiszpanię, względnie Włochy. Podobne kibicowskie życzenie przeprowadzkowe kieruję do Błaszczykowskiego, bo o ile Bundesligę nasi piłkarze podbijają lepiej lub gorzej - ale podbijają - to z innymi czołowymi ligami jest licho.

A już w Premier League - nie licząc bramkarzy - polscy piłkarze od dwóch dekad nie znaczą NIC. To wielkie NIC, to wielkie ZERO towarzyszy mi przez całe kibicowskie życie - gdy wspominany na wstępie Warzycha strzelał dla Evertonu dopiero w nie wchodziłem. Oglądając ligę angielską mam wręcz wryte w podświadomość przeświadczenie, że to rozgrywki dla piłkarzy kopiących piłkę do bramki ze wszystkich krajów świata oprócz jednego, Polski. Coś jak ta ostatnia osada Gallów z Asterixem i Obelixem broniącą się przed rzymianami. Jakby polskim piłkarzom odgórnie nie dawano do Premier League wiz, a jeśli już taką cudem zdobędzie, to będzie to tylko wiza tymczasowa, koniecznie z pieczątką ''jak strzelisz gola, to akurat nie zostanie uznany'' (vide Grzegorz Rasiak z Liverpoolem), względnie ''strzelanie golom zespołom z Premier League dozwolone tylko w Pucharze Anglii'' (vide Euzebiusz Smolarek w Boltonie).

21 lat! To nawet w Mississippi człowieka w tym wieku już łaskawie uznają za dorosłego.

To nawet na polską drużynę w Lidze Mistrzów czekamy krócej, bo - póki co - 17 lat.

To nawet - wydawać by się mogło trwająca wiecznie - rozłąka reprezentacji Polski z wielką imprezą, między Meksykiem 1986 a Koreą 2002 to było 16 lat.

Nie wiem, czy Kuba Błaszczykowski by się w Manchesterze City odnalazł (problemy z tym miałby raczej mniejsze niż Kazimierz Deyna), całkiem możliwe, że przyszłoby mu wchodzić z ławki rezerwowych, przy czym gole to on strzelał w Borussii też wtedy, gdy Klopp akurat na niego nie stawiał (patrz: bramkaw pierwszym sezonie w Lidze Mistrzów z Marsylią, zaraz po tym meczu mówił, że zastanawia się nad odejściem). Takiego gola mógłby strzelić nawet w pierwszym ligowym meczu MC, dokładnie 21 lat po Warzysze. Mógłby, prawda?

Co do tego, że Robert Lewandowski w takiej Anglii by coś wcelował nie mam już żadnych wątpliwości, to w końcu nie reprezentacja.

Po drodze było jeszcze paru panów, którzy w Premier League, już-tuż-tuż byli, ale ostatecznie sprawa upadła. Z moich ulubionych historii niedoszłych transferów spowiadali się jakiś czas temu w Przeglądzie Sportowym następujący panowie:

Tomasz Łapiński

Jednym z powodów był lęk przed lataniem. - To był istotny argument, by nie wyjeżdżać. Choć nie jedyny - mówi Łapiński. Najpoważniejsza oferta nadeszła z Londynu. Szefowie West Hamu byli gotowi dać za niego 1,6 mln funtów, ale najpierw chcieli mu się przyjrzeć przez kilka dni. - Nie jestem królikiem doświadczalnym, żebym się sprawdzał na testach – uważa Łapiński, który nigdy nie skusił się na zagraniczną ofertę.

Marek Citko

W czasie, kiedy właściciele Widzewa dzielili przyszłe zyski, Citko poleciał na rekonesans do Blackburn. - I przeraziłem się tym miastem. Było szaro, mgła, w oddali jakieś pastwiska. Idealne miejsce, żeby się rozpić albo wrócić do hazardu. Odstraszał mnie poziom drużyny, Blackburn broniło się przed spadkiem. Naciski w Widzewie były duże, właściciele się grzali, ale powiedziałem, że odejdę do klubu z czołowej czwórki, a nie do cieniasów - opowiada Citko.

Paweł Wojtala

- Wyszły mi niezłe mecze w reprezentacji i dlatego pojawiły się możliwości transferu. Przede wszystkim do Liverpoolu. Niestety, epopeja kontuzji znów dała o sobie znać... Uraz mnie wykluczył i The Reds zdecydowali się za jakiś czas na innego piłkarza HSV, Stephane'a Henchoza. Na Wyspy Brytyjskie mogłem trafić jeszcze rok później - do Sheffield Wednesday. Nie dostałem jednak pozwolenia na pracę, a wcześniej w Liverpoolu jako kadrowiczowi załatwiono by ten dokument.

To nie jest tak, że na gole Polaków w Hiszpanii i Włoszech nie czekaliśmy długo. Bo czekaliśmy. W Hiszpanii konkretnie 86 016 godzin, czyli 3584 dni, czyli 512 tygodni, czyli 9 lat, 9 miesięcy i 23 dni.

14 grudnia 1997: Gijon - Salamanca 1:1, Cezary Kucharski (gol od 1:29);

Cezary Kucharski, Sporting Gijon

8 października 2007: Racing Santander - Real Valladoid 2:0, Euzebiusz Smolarek (poniżej też inne gola dla Racingu i... słupek w meczu z Realem),


Euzebiusz Smolarek strzela w słupek w meczu Real Madryt - Racing przez numer10

W Serie A dziesięć lat też nie stuknęło, ale też było blisko.

8 marca 1998: Brescia - Lecce 3:2, Marek Koźmiński (foto).

13 maja 2007: Palermo - Ascoli 2:3, Radosław Matusiak (foto)


Radosław Matusiak - gol w meczu Ascoli - Palermo przez numer10

Pamiętajmy też, że Kamil Glik w zeszłym sezonie strzelił gola Lazio.

Z ciągnących się latami - jak w polskich sądach - spraw nasi kibice dłużej niż na polskiego gola w Premier League musieli czekać chyba tylko na... gola kadry na Wembley. Od Domarskiego do Citki minęły 23 lata. Anglia, cholera jasna!

 B.

Na profilu Numer 10 na FB lubimy podyskutować o wyższości derbów Poznania w okręgówce nad meczami modern football. Można polubić