Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 19 września 2013
Z ziemi włoskiej do polskiej z remisem pod pachą

Miał być raj, miał być cud, a to wszystko nie tak! - śpiewała przepięknie Katarzyna Groniec w piosence ‘Sztuczny Miód’. Nie mam zamiaru powracać do frustrującego zagadnienia podchodów naszych zespołów pod bramy Champions League. Temat na sezon bieżący uważam za wyczerpany i choć odżyje on zapewne za rok w całej swej krasie niezmiennej aktualności, to jednak na razie skupmy się na tym, co jest - tu i teraz. Zamiast Ligi Mistrzów mamy bowiem Ligę Europejską. Zamiast CL - EL. Niby w tytule imprezy zmienia się zaledwie jedna, jedyna literka, ale czyni ona kolosalną różnicę. Miast pławić się w pięknej krainie piłkarskiego miodu, mistrzom Polski pozostaje na pociechę brodzenie w baryłkach miodopodobnego substytutu. Ale przecież i tu można zaznać nieco słodyczy i pokrzepić swe siły. Warto więc skorzystać z okazji. Tym bardziej, że rozgrywki grupowe LE to teren przez nasze zespoły nieźle już rozpoznany, a także plac boju, z którego niejednokrotnie zespoły rodzimej ekstraklasy wychodziły zwycięsko, awansując do kolejnych etapów rozgrywek (dwukrotnie Lech, jednokrotnie Legia i Wisła). Tym bardziej wreszcie, że na dzień dobry piłkarze Legii Warszawa zaznają być może jedynej w tym sezonie namiastki smaku nieosiągalnej Ligi Mistrzów. Choć bowiem w rozgrywkach znacznie mniej prestiżowych, to jednak wybiegną oni dziś wieczorem na legendarną, wspaniałą arenę Stadio Olimpico, by zmierzyć się z naprawdę wielkim klubem.

Wbrew pozorom, to może być bardzo ważny, prestiżowy mecz dla całej naszej klubowej piłki. I choć na włoskiej ziemi polski zespół jeszcze nigdy nie odniósł zwycięstwa w europejskich pucharach, to jednak kilka spotkań zapisało piękne karty w dziejach naszego futbolu.

Wiosną 1970 roku w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zabrzańskiemu Górnikowi przyszło się zmierzyć z zespołem AS Roma. Helenio Herrera, argentyński z francuskim paszportem słynny twórca i niestrudzony propagator idei catenaccio, zwany trenerskim „Magiem” (trener reprezentacji Francji, Hiszpanii, Włoch, a także m.in. FC Barcelony, Atletico Madryt czy Interu Mediolan, z którym odnosił największe sukcesy), zaraz po losowaniu, które skojarzyło ze sobą oba zespoły oświadczył: Jestem więcej niż pewien, że w finale znajdzie się Roma! Z uznaniem jednak wypowiadał się o drużynie Górnika, w sposób niedwuznaczny dając do zrozumienia, że najwybitniejszą indywidualność tego zespołu - Włodzimierza Lubańskiego bardzo chętnie widziałby w swoim zespole. AS Roma nie była wówczas drużyną, która dominowałaby w rozgrywkach Serie A. Raczej pałętała się gdzieś w środkowych rejonach ligowej tabeli, a w podstawowym składzie giallo-rossich biegało zaledwie dwóch graczy, którzy mieli na swoim koncie występy w reprezentacji (Capellini dwukrotnie zagrał dla Italii, natomiast Joaquin Peiro reprezentował Hiszpanię m.in.. podczas angielskiego mundialu ’66). Po latach, tylko Fabio Capello oraz Luciano Spinosi będą ważnymi postaciami dla Squadra Azzurra (obaj wystąpią m.in. przeciwko Polakom podczas MŚ ’74 w Niemczech). Rywalizacja toczyła się o wielki finał ważnych klubowych rozgrywek, więc Włosi pragnąc zwiększyć nieco swoje szanse uciekali się również do drobnych, niekoniecznie najczystszych przedmeczowych, pozaboiskowych przedbiegów.  Dość powiedzieć, że piłkarze Górnika swój pierwszy po wylądowaniu w Wiecznym Mieście trening, zmuszeni byli odbyć na trawniku w jednym z rzymskich parków, w otoczeniu zdumionych i zafascynowanych wydarzeniem miejscowych dzieciaków i spacerowiczów. Na szczęście w dniu pierwszego półfinałowego spotkania, 1 kwietnia 1970 roku, umożliwiono już zabrzanom wybiegnięcie na murawę Stadio Olimpico, gdzie w obecności niespełna 47000 widzów rozegrali oni naprawdę znakomite zawody. W 29 minucie gry, Lubański wyłożył piłkę Janowi Banasiowi, a ten potężnym strzałem uzyskał prowadzenie dla gości. Sam Lubański mógł jeszcze co najmniej dwukrotnie pokonać Ginulfiego, lecz najpierw trafił piłką w poprzeczkę, a potem mijając już golkipera Romy i mogąc znaleźć się przed pustą bramką pechowo się pośliznął. Rzymianie wyrównali w 53 minucie po bardzo problematycznym rzucie wolnym podyktowanym przez bułgarskiego arbitra (strzelcem Salvori) i zdecydowanie dominowali w drugiej części meczu, ale dobrze zorganizowana gra obronna zabrzan, dyrygowana przez Kostkę, Oślizłę i Gorgonia, nie pozwoliła gospodarzom na zwycięstwo. Jestem bardzo zadowolony z postawy moich chłopców - mówił po meczu Michał Matyas. Wiedział, co mówi. Górnicy rozegrali z Romą jeszcze dwa równie dramatyczne, remisowe spotkania, po czym słynny sędziowski rzut monetą ze Strasburga rozstrzygnął sprawę i to polski zespół zagrał w finale PEZP z Manchesterem City.

Trzy sezony później jesienią 1972 roku rozgrywki Pucharu Zdobywców Pucharów znów były świadkiem dobrego występu polskiej drużyny na włoskiej ziemi. Warszawskiej Legii przyszło się mierzyć z naprawdę znakomitym wówczas AC Milanem. W stolicy Polski, po fantastycznym, wyrównującym golu świeżo upieczonego mistrza olimpijskiego - Kazimierza Deyny (spośród legionistów również Ćmikiewicz i Gadocha maczali swe nogi w monachijskim złocie) padł wynik 1:1. Podopiecznym Lucjana Brychczego nie dawano więc większych szans na sukces w mediolańskiej potyczce z włoskim gigantem klubowego futbolu. Milan prowadzony przez Nereo Rocco zdobywał kilka sezonów wcześniej i Puchar Mistrzów, i Puchar Interkontynentalny, i Puchar Zdobywców Pucharów. 8 listopada 1972 roku na słynnym San Siro, w obecności 35000 widzów, w boju przeciwko legionistom trykot rosso-nerich przywdziali m.in. Karl-Heinz Schnellinger (cztery mundiale dla zachodnich Niemiec, srebro MŚ w 1966 oraz brąz w 1970) oraz aż trzech mistrzów Europy z 1968 roku (Pierino Prati oraz Roberto Rosato, który zaliczył ponadto dwa mundiale) na czele z najsłynniejszym z nich, legendarnym - Gianni Riverą (łącznie cztery mundiale na koncie). Jednak i legioniści mieli naprawdę ogromne atuty. To nie przypadek, że po spotkaniu w Warszawie Włosi, doceniając klasę rywala zdecydowali się na indywidualne krycie aż trzech polskich piłkarzy - Deyny, Gadochy i błyskotliwego Tadeusza Nowaka. Szczególnie Deyna, strzelec fenomenalnego gola na stadionie Dziesięciolecia, budził ogromny respekt u rywali. Słynny Rivera uznał go za zdecydowanie najlepszego piłkarza pierwszego starcia obu ekip. Na mediolańskiej murawie już w 10 minucie Piotra Mowlika pokonał Giulio Zignoli. Legioniści jednak rozegrali na San Siro naprawdę znakomite spotkanie, które potem przez długie lata uchodziło wśród wielu za najlepszy wyjazdowy mecz, jaki nasz zespół klubowy stoczył na europejskiej arenie. Tuż przed przerwą stan nie tylko meczu, ale i całego dwumeczu wyrównał Jan Pieszko. Po przerwie trwał więc ciąg dalszy wielce dramatycznego boju. Nieuchwytny dla rywali był niesamowity Deyna. Jego strzał najpierw wybił z linii bramkowej Schnellinger, a potem jeszcze  Pierangelo Belli jakimś cudem obronił uderzenie popularnego Kaki. W regulaminowym czasie Milan remisuje z Legią 1:1. Potrzebna jest więc dogrywka, podczas której Deyna trafia w słupek mediolańskiej bramki. Na kilkadziesiąt sekund przed zakończeniem dogrywki, Mowlika pokonuje Luciano Chiarugi. Legioniści, po arcydramatycznym, fantastycznym boju muszą więc uznać wyższość Milanu. Mediolańczycy przejdą też wszystkie pozostałe zapory, z których jednak żadna już nie sprawi im tyle problemów, co warszawska i sięgną po Puchar Zdobywców. Co ciekawe, niespełna dwa lata później na Neckarstadionie w Stuttgarcie, 55-krotny defensor reprezentacji Italii - Romeo Benetti, znów będzie musiał przyglądać się z bliska, podobnie jak podczas warszawskiego pucharowego boju, fantastycznej bramce strzelonej przez Deynę, która tak na dobrą sprawę wyrzuci Squadrę Azzurra z niemieckiego mundialu ’74.

Ponad 13 lat później 27 listopada 1985 roku warszawska Legia znów toczy swój wielki bój na mediolańskiej ziemi. Tym razem jednak na San Siro legioniści walczą o awans do ćwierćfinału Pucharu UEFA z Interem. Zespół Mario Corso naszpikowany jest znakomitymi graczami. Znajduje się w nim wówczas aż czterech aktualnych mistrzów świata z 1982 roku (Giuseppe Bergomi, Fulvio Collovati, Marco Tardelli i Alessandro Altobelli). Jest tam również ówczesny filar defensywy Squadra Azurra, uczestnik Euro ’80 Giuseppe Baresi. Są też dopiero szykujący się wówczas do swych wielkich reprezentacyjnych karier - bramkarz Walter Zenga oraz obrońca Riccardo Ferri. Jest wreszcie znakomity irlandzki Liam Brady. Wszyscy oni stają do walki na San Siro przeciwko podopiecznym młodego polskiego trenera - Jerzego Engela (w zespole Interu nie wybiegł tamtego wieczoru na murawę gwiazdor reprezentacji RFN: Karl-Heinz Rummenigge). Jednak i w składzie Legii nie brakuje wówczas ciekawych, zdolnych, wartościowych zawodników (m.in. Dziekanowski, Buncol, Karaś, Kazimierski, Kubicki, Wdowczyk). Podopieczni Engela absolutnie nie zamierzają ustępować pola mediolańczykom. Na San Siro bramkę Zengi bardzo groźnie ostrzeliwują Wdowczyk, Buncol, Buda. Pełnym blaskiem błyszczy największa gwiazda warszawskiego zespołu - Dariusz Dziekanowski, który swoim występem oczarował wielu w Italii. Na tle wspaniałych, twardych włoskich defensorów, błyskotliwa gra Dziekanowskiego wzbudza pośród mediolańskich trybun szmer podziwu. Piłkarz, który kilkanaście dni wcześniej strzelił włoskiej reprezentacji (z Bergomim, G.Baresim, Collovatim i Altobellim na pokładzie) w Chorzowie wspaniałego, zwycięskiego gola i tym razem jest nieuchwytny dla rywali z Półwyspu Apenińskiego. Antonio Corso oceniając po meczu na San Siro próby unieszkodliwienia przez swoich piłkarzy Dziekana podsumował je jednym dosadnym słowem: „bezradność”. To właśnie Dziekanowski sprytnie zagrywa piłkę do Zbigniewa Kaczmarka, który staje oko w oko z golkiperem Interu jednak przenosi piłkę nad poprzeczką. Inter dwukrotnie poważnie zagraża bramce Polaków, jednak najpierw strzał Altobellego głową, znakomicie broni Kazimierski, a w drugiej minucie doliczonego czasu gry Brady trafia piłką w słupek. Legioniści pozostawiają po sobie bardzo dobre wrażenie. W warszawskim rewanżu, po świetnym, dramatycznym meczu, mediolańczycy w samej końcówce dogrywki wyrzucą jednak Legię z pucharów.

Na kolejny bój podczas którego polski zespół nie polegnie na włoskiej ziemi czekamy niespełna sześć lat. I znów macza w nim swe palce warszawska Legia. O ile jednak świetne, dramatyczne, heroiczne wyjazdowe boje przeciwko mediolańskim: Milanowi i Interowi, nie przyniosły Polakom upragnionego awansu, o tyle wiosną 1991 roku, wreszcie udaje się legionistom przejść włoską zaporę. W walce o półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów los kojarzy Legię z Sampdorią Genua. Pisaliśmy już niegdyś o tych meczach w notce Ścigając Jacka Cyzio, więc ograniczę się tylko do przypomnienia faktu, iż zespół z Genui był wówczas prawdziwą klubową potęgą na Starym Kontynencie. Pagliuca, Vierchowod, Cerezo, Michajliczenko, Lombardo, Dossena, Vialli, Mancini - te nazwiska nawet dziś mówią same za siebie, a wszystko to pod batutą trenerskiej znakomitości - Vujadina Boskova. W Warszawie legioniści niespodziewanie wygrali 1:0, ale i tak nie dawano im większych szans w rewanżu. 20 marca 1991 roku na Luigi Ferraris w Genui w obecności niespełna 26000 widzów rozbłysła jednak gwiazda Wojciecha Kowalczyka. W 19 minucie pomimo asysty Lanny i Vierchowoda, Kowal znakomitym strzałem lewą nogą pokonuje Pagliukę. Genueńczycy rzucają się do odrabiania strat, ale fenomenalnie broni Maciej Szczęsny, który obok Kowalczyka jest tego dnia zdecydowanie największą gwiazdą warszawskiego zespołu. Szczęsny znakomicie wybrania istne stuprocentówki Viallego, Manciniego i Michajliczenki. Po przerwie Kowalczyk po zagraniu Leszka Pisza podwyższa sensacyjne prowadzenie gości na 2:0. W 68 minucie spotkania Roberto Mancini zdobywa kontaktową bramkę dla Sampdorii. Dwie minuty przed końcem Vialli wyrównuje stan meczu. I wtedy zaczyna się dramat. Do piłki czem prędzej bieży Mancini, by wyplątać ją z polskich sieci, ale Szczęsny toczy heroiczny bój o futbolówkę, by zyskać kilka cennych sekund. Gorąca, południowa krew Manciniego osiąga temperaturę wrzenia i włoski napastnik kopie Szczęsnego, po czym ponownie próbuje wyrwać mu piłkę. Szczęsny jednak nie zamierza dać się bezkarnie turbować słynnemu zawodnikowi i wymierza mu soczysty prawy prosty w facjatę. Mancini upada. Po chwili sam polski bramkarz zostaje spoliczkowany przez Cerezo. Na boisku iskrzy wcześniej już wielokrotnie, ale teraz emocje wybuchają po obu stronach bardzo gwałtownie. Niemiecki arbiter Ziller pokaże Manciniemu żółty kartonik, a Szczęsnemu pomacha czerwienią na do widzenia. Władysław Stachurski wykorzystał już limit zmian w swoim zespole, więc do bramki zmuszony jest wskoczyć na ostatnie minuty Marek Jóźwiak. Do zakończenia spotkania naprawdę mało czasu, a Włosi potrzebują aż dwóch trafień, jednak biorąc poprawkę na fakt, iż grają w przewadze, u siebie, a w polskiej bramce stoi nie-bramkarz, przy pomyślnych wiatrach, nawet w dwie minuty mogliby się uporać z tym zagadnieniem. Tym bardziej, że niemiecki sędzia przedłuża spotkanie aż o niemal 6 minut. Sampdoria tylko jakimś cudem nie zdobyła gola na 3:2, jednak Jóźwiak zachował czyste konto i jak się potem chwalił, jest być może jedynym bramkarzem, który nie dał się pokonać w europejskich pucharach. Polski zespół na włoskiej ziemi osiąga więc remis, który wreszcie jest zwycięskim!

Po niespełna dwunastu latach, znów polscy piłkarze po znakomitym spotkaniu wywożą remis z Italii. I znów muszą zetknąć się z Roberto Mancinim, który jest teraz szkoleniowcem rzymskiego Lazio. 20 lutego 2003 roku, krakowska Wisła Henryka Kasperczaka rozgrywa naprawdę bardzo udany mecz, będąc zespołem lepszym od Lazio (z m.in. Marchegianim, Dino Baggio, Couto, Simeone, Oddo, Mihajlovicem, Stankovicem, Fiore, Claudio Lopezem i Chiesą w składzie) choć zaledwie remisując 3:3. Chyba właśnie wtedy na Stadio Olimpico przed ponad dekadą, polski zespół był najbliższy pierwszego, historycznego zwycięstwa na włoskiej ziemi. Zabrakło nieco szczęścia, nieco doświadczenia, nieco konsekwencji, nieco lepszego bramkarza niż Hugues, nieco mniej pechowego obrońcy niż Jop itp. Sukces był naprawdę na wyciągnięcie ręki. Gdy w drugiej połowie spotkania Wisła prowadziła w Rzymie 3:2 (po fantastycznym golu Kalu Uche oraz trafieniach z karnego Macieja Żurawskiego) i śmiało mogła strzelać kolejne gole, dobijając będącego już na łopatkach rywala, to Enrico Chiesa, istna zmora naszych klubowych drużyn w pucharach, wyrównał stan meczu. Po meczu na Stadio Olimpico, po raz pierwszy od wieków całych, włoska prasa zgodnie zachwycała się grą polskiego zespołu. W krakowskim rewanżu Lazio znów dość szczęśliwie wygrało 2:1 i Wisła straciła naprawdę ogromną szansę na awans, który był bliżej niż na wyciągnięcie ręki.

I wreszcie ostatni, jak dotąd, remis naszej drużyny we Włoszech. Zaskakujący co najmniej tak samo jak wyczyn warszawskiej Legii w bojach z Sampdorią, bo przecież nikt nie dawał polskim piłkarzom najmniejszych szans. Jesienią 2010 roku poznański Lech w żałosnym stylu odpadł z rywalizacji o Ligę Mistrzów. Najpierw jakimś cudem prześliznął się w rywalizacji z azerskim Interem Baku, a potem fatalnie zaprezentował się w konfrontacjach z całkiem przeciętną wówczas Spartą Praga, przegrywając dwukrotnie 0:1. Potem wyszarpana w meczach z Dnipro (wszystko oparło się o bramkę zdobytą w Dniepropietrowsku przez Arboledę, a potem na trzymaniu zwycięskiego bezbramkowego remisu w Poznaniu) promocja do fazy grupowej EL. I dopiero tam, 16 września 2010 roku na stadionie w Turynie, nastąpiła istna, niespodziewana eksplozja poznańskiej lokomotywy. Po pół godzinie gry Lech prowadził już na Juventusie 2:0, dzięki trafieniom Artjoma Rudnevsa. Do prywatnej rywalizacji z Łotyszem postanowił przystąpić Giorgio Chiellini, strzelając dwa gole i wyrównując na 2:2. W 68 minucie strzałem z ponad 30 metrów pokonał Kotorowskiego słynny Alessandro Del Piero. Jednak w drugiej minucie doliczonego czasu gry fantastycznym trafieniem odpowiedział ponownie Rudnevs, który został bohaterem wieczoru i zapewnił Kolejorzowi sensacyjny remis z Juventusem w Turynie 3:3.

W całych dziejach zmagań polsko-włoskich na niwie europejskich pucharów nigdy nie udało się naszemu zespołowi wygrać w Italii. Sześciokrotnie polskie drużyny remisowały na włoskiej ziemi (choć Legia w 1972 roku przegrała ostatecznie z Milanem po dogrywce), tocząc wspaniałe, niezapomniane boje i będąc nieraz naprawdę o krok od upragnionego zwycięstwa. Znacznie częściej jednak polskie zespoły schodziły pokonane z włoskich stadionów. Poza opisanymi spotkaniami dość blisko wywiezienia remisu z Włoch byli też piłkarze Zagłębia Lubin w 1990 roku (przegrali w Bolonii 0:1, tracąc gola w drugiej minucie doliczonego czasu gry; Włosi mieli jednak w tym meczu znaczną przewagę, a Cabrini przestrzelił karnego) oraz Lecha Poznań w 2009 roku (w 91 minucie spotkania Kikut zaliczył fatalną stratę piłki, po której Udinese skontrowało poznaniaków walczących o zwycięstwo, które dałoby im awans, na skutek czego Di Natale ustalił wynik na 2:1). W obu przypadkach jednak remis nie dawałby nic obu naszym zespołom, które by osiągnąć upragniony awans potrzebowały w obu wspomnianych spotkaniach zwycięstwa. Dzielnie walczyła również Wisła Kasperczaka w Parmie i choć po golu Adriana Mutu na kwadrans przed końcem przegrała 1:2, to jednak w Krakowie odrobiła straty i wyeliminowała Włochów. Natomiast w 1974 roku warszawska Gwardia choć minimalnie przegrała we Włoszech z Bologną 1:2 (bramka Stanisława Terleckiego), to jednak w rzutach karnych pokonała gospodarzy, awansując do następnej rundy.

Jak nie przyznawałem piłkarzom Legii większych szans w konfrontacji o awans do Ligi Mistrzów z bukareszteńską Steauą, tak teraz uważam, że podopieczni Jana Urbana mają szansę sprawić na Stadio Olimpico miłą niespodziankę i wzbogacić kolekcję polskich remisów na włoskiej ziemi o kolejny. Szansy tej upatruję jednak raczej w fakcie, nie traktowania ze śmiertelną powagą rozgrywek Ligi Europejskiej przez zespoły z tak prestiżowych lig, jak Serie A (sformułowanie „europrzystawka” użyte dziś przez włoską prasę uważam za jak najbardziej trafnie opisujące stosunek możnych do EL). Upatruję jej również w tym, iż rzymski klub, którego barwy reprezentowali przed laty tacy gracze jak Laudrup, Gascoigne, Poborsky, Salas czy Crespo niekoniecznie udanie inauguruje swe zmagania w EL. Dość powiedzieć, że Lazio w ostatniej dekadzie jeszcze nigdy nie wygrało na dzień dobry w grupowych rozgrywkach Ligi Europejskiej. Mimo, iż aż trzy na cztery takie spotkania piłkarze z Lacjum grali u siebie (w tym m.in. z Salzburgiem i Vaslui). Wreszcie upatruję tej szansy w pięknie futbolu po prostu. Bo któż spodziewał się niegdyś, że Legia stawi czoła Sampdorii, a Lech nagle eksploduje w Turynie. Czekam więc dziś na remis na Stadio Olimpico, czekam na udany mecz polskiej drużyny na tle znanego, mocnego rywala, czekam na pierwszą i być może ostatnią tej jesieni choćby namiastkę emocji rodem z niedostępnej dla naszych zespołów Ligi Mistrzów, na plaster prawdziwego miodu w krainie miodopodobnego substytutu.

R.

wtorek, 17 września 2013
Planeta Piotrówka. Najbardziej afrykański z polskich klubów

Wczoraj wielu fanów z zainteresowaniem śledziło wyniki losowania par w ostatniej fazie eliminacji do MŚ 2014 w Afryce. Dla przypomnienia, pary te wyglądają następująco:

Wybrzeże Kości Słoniowej - Senegal
Etiopia – Nigeria
Tunezja – Kamerun
Ghana – Egipt
Burkina Faso - Algieria

Przy okazji przypomniałem sobie, że przecież taką małą Afrykę mamy również w polskiej lidze. Namiastkę futbolu z Czarnego Lądu od wielu już lat można bowiem spotkać w Piotrówce - wsi położonej w województwie opolskim, w powiecie strzeleckim, w gminie Jemielnica. Tamtejszy LZS Piotrówka stał się mekką grajków z Afryki.

Wszystko na poważnie zaczęło się wiosną 2010 roku, kiedy ekipę z Opolszczyzny zasilił znany i lubiany Emmanuel Ekwueme. W zespole już wówczas było kilku Afrykańczyków - m.in. Dzikami Gwaze i Patmore Shereni. Tolek wykonał jednak jeszcze parę telefonów i koniec końców ekipa do wiosennych starć przystąpiła z czterema graczami z Zimbabwe i trzema z Nigerii.

Sezon: 2009/2010
Prezes: Ireneusz Strychacz
Trener: Grzegorz Wagner, Marek Koniarek (od marca 2010)
Obrońcy:
Patmore Shereni (14.09.84, ZIM, 190/84).

Pomocnicy: Emmanuel Ifeanyi Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75, W, Znicz Pruszków), Christian Gainet (22.05.88, ZIM/GBR, W, brak klubu), Dzikamai Andre Gwaze (22.04.89, 179/71, ZIM, KS Wisła),  Chidi Frank Obaka (05.09.89, NGA),
Napastnicy: Roland Emeka John (15.09.87, NGA, 182/75, J -> MKS Kluczbork), Peter Nzerumbaye (19.11.87, ZIM, W, brak klubu)
Miejsce: IV liga 2009/2010, grupa: opolska, 2. miejsce (za Oderką Opole) i awans

Afrykańska taktyka okazała się skuteczna i Piotrówka mogła cieszyć się z awansu do III ligi. Władze klubu poszły więc za ciosem. W kolejnych rozgrywkach kadra LZS liczyła już 10 Afrykańczyków i jednego Ukraińca.

Sezon: 2010/2011
Trener: Marek Koniarek (od marca 2010)
Obrońcy:
Paddington Shereni (25.06.86, ZIM), Patmore Shereni (14.09.84, ZIM, 190/84),

Pomocnicy: Hiyancinte Crespin (08.09.86, SEN, J), Emmanuel Ifeanyi Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75, J), Alirou Nsangou (31.08.84, CMR, 175/75, W), Chidi Frank Obaka (05.09.89, NGA), Bernard Obiado Ocholeche (24.05.87, 185/75, NGA, Podbeskidzie Bielsko-Biała, J -> Górnik Polkowice),  Ihor Wons (15.04.87, UKR, 176/70, W, Marspyrt Nagórzanka),
Napastnicy: Idrissa Séga Cissé (01.01.90, SEN), Roland Emeka John (15.09.87, NGA, 182/75),  Peter Nzerumbaye (19.11.87, ZIM, 177/74, J), Babatunde Shola (17.02.92, NGA)
Miejsce: III liga 2010/2011, grupa: opolsko-śląska, 11. miejsce

Pomimo takiego wzrostu ilości stranieri, to jednak wciąż Polacy rozdawali karty w Piotrówce. To przede wszystkim oni zajmowali miejsce w pierwszym składzie i stanowili o grze zespołu. Idrissa Cisse z ośmioma golami został wówczas zaledwie trzecim strzelcem LZS, za Łukaszem Mieszczakiem (11 goli) i Maciejem Wolnym (9 goli).

Stan ten utrzymał się także podczas następnej edycji rozgrywek. Pomimo dziewięciu przybyszów z Afryki w kadrze, tylko trzech wychodziło w pierwszej jedenastce (choć akurat Cisse został najlepszym strzelcem drużyny).

Sezon: 2011/2012
Trener: Maciej Lisicki (od czerwca 2011), Marcin Molek (od 27 września 2011), Krzysztof Kiełb (od stycznia 2012), Aleksander Mużyłowski, Ryszard Czerwiec (od 9 maja 2012)
Obrońcy:
Frank Adu Kwame (16.05.85, GHA),  Munyaradzi Shumba (26.04.90, GHA, J -> nie wznowił treningów),

Pomocnicy: Emmanuel Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75), Lucky Ekwueme (25.06.89, NGA, 189/79, W),  Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77), Chidi Obaka (05.09.89, NGA, J -> Stal Zawadzkie),
Napastnicy: Sani Goringo Abubakar (02.09.85, NGA, W), Idrissa Cissé (01.01.90, SEN -> Ruch Radzionków), Daniel Onyekachi (24.08.85, NGA, 178/78, Polonia Nowy Tomyśl, J -> SQC Bình Định (Qui Nhơn)),
Miejsce: III liga 2011/2012, grupa: opolsko-śląska, 11. miejsce

Szczyt afrykańskiego zaciągu przyszedł na sezon 2012/2013. Wtedy kalejdoskopowo zmieniający się szkoleniowcy mieli do dyspozycji dziesięciu Afrykańczyków oraz trzech Brazylijczyków i jednego Ukraińca.

Sezon: 2012/2013
Trener: Ryszard Remień (od lipca 2012), Zbigniew Smółka (od 17 września 2012), Krzysztof Kapelan (od 19 września 2012), Jan Żurek (od 29 listopada 2012)
Obrońcy:
Filipe (07.02.85, 179/78, BRA, W, bez klubu), Frank Adu Kwame (16.05.85, GHA),  Jewhenij Sawczuk (23.02.90, UKR), Patmore Shereni (14.09.84, 190/84, ZIM, W, bez klubu),

Pomocnicy: Attah Teche Abanda (16.12.89, CMR, W),  Emmanuel Ekwueme (22.11.79, 177/75, NGA, W, bez klubu), Galdino (18.11.85, 180/71, BRA, W, bez klubu), Dzikamai Gwaze (22.04.89, 179/71, ZIM, W, bez klubu), Sunday Ibrahim (20.12.80, 172/72, NGA, bez klubu, J), Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77), Bernard Ocholeche (24.05.87, 185/75, KP Piaseczno, J), Jean Paulista (28.11.77, 176/72, BRA, Polonia Bytom, J -> Skra Częstochowa),
Napastnicy: Sani Goringo Abubakar (02.09.85, 169/66, NGA), Idrissa Cissé (01.01.90, SEN, Ruch Radzionków, J -> Okocimski KS Brzesko, W, Okocimski KS Brzesko),
Miejsce: III liga 2012/2013, grupa: opolsko-śląska, 9. miejsce

Choć obcokrajowcy wciąż stanowili uzupełnienie składu, to wkład kilku z nich stał się kluczowy dla wyników zespołu. Adu Kwame strzelił 12 goli, Cisse - 11, a Gwaze - 4. Cała reszta drużyny w sumie dorzuciła do tego jeszcze tylko 10 trafień.

Obecny sezon to z kolei zmiana polityki personalnej i reorientacja na Kraj Kawy. Jej następstwem jest aż dziesięciu Canarinhos w zespole. Sprawą zainteresowała się nawet TVP!

Wesołych miłośników samby uzupełniają dwaj gracze z Zimbabwe, Kameruńczyk i nieśmiertelny Tolek Ekwueme.

Sezon: 2013/2014
Trener: Tomasz Hejduk
Bramkarze:
 Frances (08.05.87, BRA), Rodrigo (25.07.94, BRA). 
Obrońcy:  Filipe (07.02.85, BRA, 179/78)Jorge (31.01.92, BRA), Thiago (07.04.93, BRA). 
Pomocnicy: Alberto (29.11.91, BRA), Kelvin Bulaji (22.05.93, ZIM), Igor (12.02.88, BRA), Cássio (09.03.92, BRA), Emmanuel Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75), Galdino (18.11.85, BRA, 180/71), Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77). 
Napastnicy: Dzikamai Gwaze (22.04.89, ZIM, 179/71), Mozart Gomes (07.12.92, BRA)

Miejsce: III liga 2013/2014, grupa: opolsko-śląska

I to właśnie oni występują w pierwszym składzie. W ostatnim meczu ze Startem Namysłów w podstawowej jedenastce wybiegło tylko trzech Polaków (Iwan, Mańkowski, Barć). Kiedy Piotrówka zostanie opolską Chelsea, która puści w bój samych obcokrajowców?

Losowanie par w Afryce, mundial w Brazylii... LZS już to wszystko przewidział i zdaje się, że pod tym właśnie kątem komponuje swój skład.

P.

poniedziałek, 16 września 2013
Wielogłos o nieistniejącym maratończyku. "Ostatni wyścig" Jeana Hatzfelda

Poznański maraton zbliża się wielkimi krokami. Faworytem w nim mógłby być Etiopczyk Ayanleh Makeda. Mógłby, gdyby nie został zdyskwalifikowany. Mógłby, gdyby w ogóle istniał. Długodystansowe popisy, choć niezwykle sugestywne i toczone ramię w ramię z prawdziwymi postaciami ze sportowych aren, to jednak tylko zmyślona rzeczywistość książki Jeana Hatzfelda "Ostatni wyścig".

Przyznam, że jeszcze nie czytałem tak wciągających opisów biegania, jak w nowej pozycji Wydawnictwa Czarne. Każdy bieg głównego bohatera niemal się współodczuwa. Zderzamy się ze ścianą po 30 km, czujemy oddech ścigających nas Kenijczyków, męczymy się z olimpijską trasą.

Rozmawiałem z Ayanlehem o biegu bez wdawania się w szczegóły, ponieważ trasy maratony nie da się zaplanować, dopóki choć raz jej się nie przebiegnie. Ja się boję Japończyka, Ayanleh Amerykanina, Tirunesh nie dowierza Githuce, bo z założenia się nie ufa Kenijczykom. Ale przede wszystkim boimy się Ameryki, tłumu na ulicach, nagród idących w setki tysięcy dolarów, porywistego wiatru wiejącego to w twarz, to z boku.

Autor uczynił z biegania coś więcej niż sport, nawet coś więcej niż hartowanie ducha i wykuwanie życiowych cnót. Nie brnąc w górnolotną metafizykę opisuje on bieganie Etiopczyka jako pewien alternatywny sposób bycia w świecie i radzenia sobie z nim. Przemieszczając się za Makedą po kolejnych kartkach powieści dokonujemy nie tylko wiwisekcji głównego bohatera, ale także tysięcy innych afrykańskich biegaczy, dla których ten sport znaczy dużo więcej niż mogłoby wydawać się sytym obserwatorom ze Starego Kontynentu.

Wszystko byłoby więc pięknie i szlachetnie, gdyby nie plama na krystalicznej sylwetce Ayanleha. Plama, która z czasem staje się dziurą, w którą zapada się główny bohater. Po wywalczeniu olimpijskiego złota w organizmie Etiopczyka wykryta zostaje niedozwolona substancja. Makeda zostaje zdyskwalifikowany i... strącony w niebyt. Bez prawa głosu, bez rozprawy. Po prostu wymazany.

Polot "Ostatniego wyścigu" polega w dużej mierze na tym, że choć dotyczy on perypetii afrykańskiego biegacza, to główny bohater pojawia się w nim przede wszystkim w opowieściach innych. Jego mistrzostwo i upadek jest narracyjnym wytworem bliskich mu osób - żony, trenera, fizjoterapeutki. Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną do "Rashomon" Kurosawy czy "Podejrzanych" Bryana Singera. To właśnie ci bohaterowie mówią o sukcesach i porażkach Ayanleha, oni są jego rzecznikami. Były mistrz maratońskich tras sam się nie wypowie, bo jest miotany gdzieś na froncie jako niski stopniem żołnierz etiopskiej armii.

Hatzfeld wyczuwa zasłonę subtelności kulturowych, które sprawiają, że białemu człowiekowi trudno pojąć motywacje i zachowania ludzi z Afryki. Dziennikarz, jedna z postaci powieści, chce drążyć, szukać, odkręcać, naprawiać. Nie rozumie mentalności ludzi z Czarnego Lądu. Ich honorowego pogodzenia się z pewnymi sprawami. Trudnej do pojęcia pokory i stanu zaakceptowania określonych kolei losu.

- My, Afrykanie, boimy się kar wymierzanych przez białych.

Historia Makedy przypomina mi nieco historię z "Hańby" Coetzeego, gdzie decyzje zgwałconej dziewczyny, która myśli i czuje już po afrykańsku, są niezrozumiałe dla jej myślącego "po białemu" ojca.

Gwoli uczciwości na zakończenie jednak dodam, że opisywana tu książka nie jest pozycją wybitną. Czyta się ją z zainteresowaniem, ale chwilami autor osiada na mieliznach, jak choćby palcem na wodzie pisany wątek romansu dziennikarza. Na usprawiedliwienie Hatzfelda działa przede wszystkim fakt, że chyba lepiej czuje się on w reportażu a nie w fikcji. A że "Ostatni wyścig" jest fikcją niech przekona wszystkich to, że w maratonie na igrzyskach w Atenach (2004) i Pekinie (2008) nie wygrywał Ayanleh Makeda, ale - odpowiednio - Włoch Stefano Baldini (2:10:55)

oraz Samuel Kamau Wanjiru z Kenii (2:06:32 - rekord olimpijski).

Tak więc książka na pewno jest fikcją, ale lęk Afryki przed Europą pozostaje prawdziwy.

P.

wtorek, 10 września 2013
Islandii powrót stulecia na 4:4. Teraz mundial?

Szwajcaria - Islandia 4:4

Strona sportowa z dziennika Frettabledid po meczu Szwajcaria - Islandia (z islandzkiego na polski - ''Powrót stulecia'').

O ile z polskich remisów - zwłaszcza klubowych - rzadko kiedy wynika ostatecznie coś dobrego, to mały dzielny naród z północy kontynentu swoją udaną gonitwą za Helwetami przybliżył się do debiutanckiego udziału w wielkiej piłkarskiej imprezie. Ilościowo w odrobionych stratach Islandczycy nie przebili co prawda Szwedów, którzy z Niemcami wyciągnęli z 0:4 na 4:4, ale jeśli spojrzymy na urodę tych goli...

(tu z komentarzem szwajcarskiej tv - ''To nie może być!'' - słychać po 3., a zwłaszcza 4. golu)

Szwajcaria - Islandia 4:4 (3:1)
0-1 Jóhann Berg Guðmundsson ('3)
1-1 Stephan Lichsteiner ('15)
2-1 Fabian Schär ('27)
3-1 Stephan Lichsteiner ('30)
4-1 Blerim Dzemaili ('54, karny)
4-2 Kolbeinn Sigþórsson ('56)
4-3 Jóhann Berg Guðmundsson ('66)
4-4 Jóhann Berg Guðmundsson ('90)

Sytuacja w grupie E, przez jednych nazywaną najsłabszą, a przeze mnie po prostu najciekawszą, wygląda tak, że po siedmiu grach Szwajcar ma 15 punktów, Norweg 11, Albańczyk i  Islandczyk po 10, Słoweniec 9, a Cypryjczyk 4.

Islandia ma przed sobą jeszcze mecze z Albanią (dziś u siebie), Cyprem (też u siebie) i na koniec spotkanie w Oslo. Z Norwegami już w tych eliminacjach wygrali, z Albanią też, a na Wyspie Afrodyty się potknęli, ale to akurat jedyny rywal, na którym goście z Gejzerów zrobili punkty w poprzednich eliminacjach. To nie jest tak, że oni nie mogą tego zrobić.

Islandczycy nazywają spotkanie z Albanią bardzo ważnym, ''a może nawet najważniejszym od bardzo bardzo dawna''. Z presją radzą sobie różnie, co pokazała wtopa na Cyprze zaraz po wygraniu z Norwegią. Chyba nie zdają sobie do końca sprawy z tego, że swoje losowanie można porównać tylko z losowaniem Polaków na Euro 2012.

Na Wyspę Gejzerów przelewam potężną dawkę swojej kibicowskiej miłości, nie tylko tę poświęconą kibicowaniu maluczkim. W kraju, gdzie w książce telefonicznej ludzie są porządkowani według imion (za dużo jest tych samych nazwisk - pochodzących od imion rodziców, z końcówką -sson lub -dottir), a piłka kopana na wielu boiskach może lądować w oceanie, czas płynie wolno i przyjemnie. - Mało rzeczy się tu zmienia. Długo można to lubić, ale w końcu zaczyna cię wkurzać, że musisz chodzić do tych samych knajp, w których spotykasz tych samych ludzi - tłumaczył mi mieszkający na wyspie przez dekadę Iworyjczyk Yapi. Gdyby reprezentacja awansowała na mundial w Brazylii, byłby to przełom, o jakim Islandczycy chyba nawet nie marzyli.

O meczu Islandia - Albania, a może też i o San Marino - Polska będzie na profilach Numer 10 na facebooku i Twitterze.

B.

piątek, 06 września 2013
Na wszystkich poligonach gra o tron

Nie tylko w Europie pasjonująco zapowiadają się dzisiejsze mecze kwalifikacyjne do MŚ 2014. Na żadnym kontynencie nie zabraknie emocji, na wielu z nich będzie słychać płacz zawodników żegnających się z mundialem.

Najbardziej elektryzujących widowisk można spodziewać się na Czarnym Lądzie. Tam w 10 grupach drużyny rywalizują o pierwsze miejsca w tabeli, które dają awans do trzeciej - ostatecznej - fazy kwalifikacji. W pięciu parach spotkają się tam triumfatorzy grup, a zwycięzcy dwumeczów pojadą na mundial. Na razie swoje grupy wygrały już WKS (gr. C), Egipt (gr. G) i Algieria (gr. H). W aż pięciu przypadkach dziś zetrą się ze sobą aktualny lider z wiceliderem, a rozstrzygnięcie tych meczów określi sprawę awansu. I tak w grupie B Tunezja (11 pkt.) zagra z Republiką Zielonego Przylądka (9 pkt.). W grupie D Ghana (12 pkt.) podejmie Zambię (11 pkt.). Choć Ghanijczycy mają więcej oczek, to przewaga psychiczna stoi po stronie Chipolopolo. Zambijczycy wygrali pierwsze spotkanie (1:0), a także pamiętny półfinał PNA 2012.

W grupie F Nigeria (9 pkt.) zmierzy się z Malawi (7 pkt.), w grupie I Kamerun (10 pkt.) z Libią (9 pkt.), a w grupie J - Senegal (9 pkt.) z Ugandą (8 pkt.). W pierwszym spotkaniu Lwów Nieposkromionych sensacyjnie wygrali Libijczycy (2:1).

Jeszcze weselej będzie w grupie A i E, gdzie o awans biją się wciąż trzy drużyny. W tej pierwszej RPA (8 pkt.) gra z Botswaną (7 pkt.), a Środkowa Afryka (3 pkt.) z Etiopią (10 pkt.). Dla Etiopczyków to wielka szansa na potwierdzenie swojego zmartwychwstania. W grupie E natomiast Burkina Faso (9 pkt.) zmierzy się z Gabonem (7 pkt.), a Niger (3 pkt.) z Kongo (10 pkt.). Będzie się działo!

W Azji pasjonująco zapowiada się baraż o 5. miejsce w AFC. Daje ono bowiem prawo gry w interkontynentalnym barażu z piątą ekipą z Ameryki Południowej. Szansę na ten bój mają Jordania i Uzbekistan. Mecze odbędą się dziś i 10.09. Szczególnie Uzbekistan ma na tym etapie rachunki do wyrównania. W 2006 roku został on bowiem skandalicznie przekręcony w dwumeczu z Bahrajnem (1:1 i 0:0).

W strefie CONCACAF jeszcze wszystko możliwe, ale szlagierowo zapowiada się spotkanie wicelidera z Kostaryki (11 pkt.) z liderem USA (13 pkt.) oraz rywali z nad i spod awansowej kreski - trzeciego Meksyku (8 pkt.) z czwartym Hondurasem (7 pkt.). Meksyk z Hondurasem zgotowały piękne widowisko i fani liczą na powtórkę.

W Ameryce Południowej poza grą są już Paragwaj (!) i Boliwia (znowu). Pozostałe siedem drużyn bije się o cztery miejsca bezpośredniego awansu i jedno barażowe. Ciekawie na pewno będzie w spotkaniu drugiej Kolumbii (23 pkt.) z trzecim Ekwadorem (21 pkt.), a także walczącego o życie Urugwaju (16 pkt.) w dusznym Peru (14 pkt.). W październiku Celestes urządzili sobie niezłą strzelankę w meczu z tym samym przeciwnikiem.

Na naszym kontynencie oczywiście również mamy dziś sporo ciekawych spotkań, tym bardziej, że eliminacje wkraczają w decydującą fazę. Wyjątkowo interesująco będzie w meczach Włochy - Bułgaria i Rumunia - Węgry, a także w całej grupie E.

Nie ukrywam, że bardzo cieszyłbym się móc obejrzeć w Brazylii występy takich reprezentacji jak Etiopia, Węgry, Uzbekistan, Republika Zielonego Przylądka (pięknie zagrała na PNA 2013) i albo nawet Malawi. Lekkie przewietrzenie składu stałych bywalców mundialu chyba wszystkim wyszłoby na dobre.

P.

Na naszym facebooku wielkie wydarzenie nie przesłaniają nam tych mniejszych, jak choćby rocznica założenia Foto-Higiena Gać czy urodziny Sławomira Wojciechowskiego.