Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 12 czerwca 2012
Bitwa warszawska 2012

„Była sława w wojsku naszym o wielkości i potędze wojska nieprzyjacielskiego i obawiali się niektórzy tego, żeby nas wielkością swą wróg nie ścisnął. Choć tedy hetman wiedział, iż gotowości słusznej nie masz i nie spodziewał się jej, na samą łaskę Boską przyszło mu się zdać i spróbować szczęścia” (Stanisław Żółkiewski Początek i progres wojny moskiewskiej)

Jednym z moich pierwszych, świadomych wspomnień skrytych gdzieś na dnie pamięci, jest pewien letni wieczór na wsi, w najpiękniejszym miejscu mego dzieciństwa, i cała rodzina (ta szeroko pojęta) skupiona wokół telewizora, bo oto Polska gra z ‘Ruskimi’. I choć jako niespełna 4-letni basałyk nie doczekałem wówczas końcowego gwizdka, przegrywając nierówną batalię ze snem, to jednak biało-czerwoni znakomicie  poradzili sobie i bez mojego wsparcia, zwycięsko acz bezbramkowo remisując z ZSRR i wywalczając sobie tym samym miejsce pośród czterech najlepszych drużyn świata. I kiedy dzisiejszego wieczora, po niemal 30 latach od tamtych chwil, na murawę Narodowego w Warszawie znów wybiegną zespoły Polski i Rosji, historia w pewnym sensie zatoczy koło, a serca wielu z nas zabiją szybciej i jakoś szczególnie mocno.

Rosja nie jest i pewnie jeszcze długo nie będzie dla nas rywalem zwyczajnym, obojętnym, neutralnym, stricte sportowym. Tak jak nie będzie ona nigdy takim rywalem dla Gruzji lub Litwy, tak jak Turkowie nie będą nim dla Armenii, Anglicy dla Irlandczyków, Hiszpanie dla Portugalczyków itp. Nad ilością zbrodni i krzywd doznanych przez polski naród z rąk naszych rosyjskich braci przez co najmniej ostatnie cztery stulecia, do porządku dziennego może przejść tylko kompletny ignorant. Cztery rozbiory Polski, poniewieranie jej, poniżanie, topienie we krwi powstań niepodległościowych, mordowanie, katowanie, wysiedlanie synów narodu polskiego na nieludzką ziemię, pozbawienie bytu państwowego na 123 lata, a potem znów jeszcze na ponad 5. Rzeź warszawskiej Pragi, masakra na Placu Grzybowskim, nawała bolszewickich hord, Katyń, Obława Augustowska, maltretowanie narodu przez czerwonych oprawców - długo by wymieniać… I to bezczelne plucie nam w twarz przez obecnego KGB-owskiego krwawego watażkę na moskiewskim tronie. I to, całkiem świeże, zupełnie bezkarne katowanie i kopanie po twarzy polskich stewardów przez rozwydrzony rosyjski, chuligański motłoch. Niewątpliwie, choć próbować trzeba, to jednak nie jest nam łatwo naszych braci Moskali pokochać.

Znam ludzi, którzy już po losowaniu grup turnieju finałowego Euro 2012, mówili że można przegrać dwa pozostałe mecze, ale z ‘Ruskimi’ wygrać po prostu trzeba. Być może coś w tym jest, bo przecież jedynym hokejowym zwycięstwem nad ZSRR (6:4) żyjemy po dziś dzień, i niewiele nas obeszło, że przecież przegraliśmy wówczas mistrzostwa, spadając do grupy B. Wszystkie ważne mecze o stawkę, które toczyli nasi piłkarze z reprezentacją Związku Radzieckiego, również gdzieś tam podskórnie nabrzmiałe były tym wszystkim, co działo się w sferze pozasportowej, a co zwano pięknie „przyjaźnią polsko-radziecką”. Po upadku ZSRR (co dziś w naszej stolicy, dzięki uprzejmości graniczącej z debilizmem, jej lokalnych władz, zamierzają świętować rosyjscy kibice, wymachując przy tym flagami… z sierpem i młotem) wydawało się w latach 90., że całe to napięte jak struna pozasportowe zaplecze pojedynków polsko-rosyjskich, upuści z siebie zbędne powietrze, ale po wydarzeniach ostatnich kilkudziesięciu miesięcy wiemy już, że przynajmniej w najbliższym czasie szans na to większych raczej nie ma.

I choć pierwsze mecze Euro 2012 faworyta naszej wzajemnej piłkarskiej konfrontacji karzą upatrywać raczej w Rosjanach, wiele wskazuje na to, że meczu tego nie tylko nie przegramy, ale jest znaczna nadzieja na odniesienie zwycięstwa. Na ważnych turniejach bowiem, spotykaliśmy się z reprezentacją ZSRR w 1972 roku oraz w 1982. I były to dla nas mecze bardzo udane. Daty również bardzo wymowne, zważywszy że działo się to równo 40 oraz 30 lat temu.

5 września 1972 na stadionie w Augsburgu, w obecności ledwie 5 000 widzów, jeszcze do 79 minuty przegrywaliśmy z ZSRR 0:1. Jednak trafienia Deyny z karnego oraz Szołtysika na 3 minuty przed końcem spotkania zapewniły nam bezcenne zwycięstwo. W zespole radzieckim wystąpiło wówczas trzech Rosjan (Rudakow, Łowczew, Jewrużychin).

4 lipca 1982 roku na słynnym Camp Nou w Barcelonie potrzebowaliśmy remisu z ZSRR, by zagwarantować sobie awans do najlepszej czwórki turnieju. Po ciężkiej batalii, którą obserwowało 65 000 widzów, cel został osiągnięty (Rosjanie w składzie to Dasajew, Gawriłow i Andriejew), m.in. dzięki słynnemu holowaniu piłki w narożniku boiska w końcówce meczu przez ś.p. Włodzimierza Smolarka oraz niemal heroicznej postawie całego zespołu.

Poza wspomnianymi dwoma turniejowymi potyczkami na neutralnym terenie, Polacy rozegrali również dwa bardzo istotne mecze o stawkę na własnym boisku.

20 października 1957, w niedzielne południe, biało-czerwoni stoczyli niezapomniany bój w ramach eliminacji mistrzostw świata z ówczesnymi mistrzami olimpijskimi z Melbourne, reprezentacją Związku Radzieckiego (choć właściwie śmiało można ją było nazwać rosyjską reprezentacją, gdyż tylko jeden gracz z podstawowego składu pochodził spoza Rosji). Padł wówczas rekord frekwencji na stadionie w Chorzowie, niepobity po dziś dzień. 100 000 widzów stworzyło niesamowitą, niepowtarzalną atmosferę. Ruskie mieli strach w oczach. Ryk widowni wręcz paraliżował. Po plecach przebiegały mi ciarki z wrażenia, ale to mobilizowało. Dla nich ten wrzask trybun, jakiego ja nigdy potem już nie słyszałem, musiał być przerażający - wspominał Floreński, jeden z uczestników spotkania. Elementy pozasportowej rywalizacji były może wówczas najżywsze, najświeższe i najbardziej obecne. Ojciec naszego bramkarza - Edwarda Szymkowiaka zginął kilkanaście lat wcześniej w Katyniu, a kilku innych zawodników również było boleśnie doświadczonych ‘przyjaźnią’ Wielkiego Brata zza wschodniej granicy. Polacy, po bramkach Cieślika wygrali 2:1, a po zwycięstwie na trybunach chorzowskiego kolosa zapanował fantastyczny, ogromny entuzjazm, kibice odśpiewali zwycięzcom „Sto lat!”, radości i świętowaniu zwycięstwa nie było końca.

 

22 maja 1983 roku, w batalii o francuskie Euro 84, na które ostatecznie ani nam, ani ZSRR nie udało się dotrzeć, na Stadionie Śląskim w obecności 75 000 kibiców padł remis 1:1, a prowadzenie dla naszej drużyny uzyskał Zbigniew Boniek. W zespole radzieckim wystąpiło wówczas czterech Rosjan (Dasajew, Łarionow, Czerenkow, Andriejew).

 

Wreszcie w jedynym, rozegranym na naszym terenie spotkaniu z samodzielną już drużyną Rosji wygraliśmy towarzysko, znów w Chorzowie, 27 maja 1998 roku, 3:1. Prowadzenie dla naszego zespołu uzyskał Mirosław Trzeciak, a dwa kolejne, zwycięskie trafienia dołożył Tomasz Hajto, najprawdopodobniej ratując tym samym przed dymisją głowę selekcjonera Janusza Wójcika.

Na ważnych turniejach jesteśmy więc górą. Grając z Rosjanami u siebie, również częściej z nimi wygrywamy niż remisujemy. Nie przegraliśmy póki co, ani razu. Na naszą korzyść zdaje się też przemawiać fakt, że zagramy w tym spotkaniu w białych strojach. A to dla polskich piłkarzy raczej szczęśliwe wdzianka - jeszcze nigdy nie przegraliśmy w nich meczu na turnieju rangi mistrzowskiej (wygrywaliśmy z Portugalią 1:0 w 1986, z Kostaryką 2:1 w 2006 oraz zremisowaliśmy z Austrią 1:1 w 2008; również niemal wszystkie zwycięskie mecze na olimpiadzie w Barcelonie przed dwudziestu laty rozegraliśmy w jednolitych białych strojach).

Nieco ponad 400 lat temu, 4 lipca 1610 roku pod Kłuszynem, bohaterski hetman Żółkiewski zdecydował się na krok, który mógł wydawać się szaleństwem. Ze swym niewielkim, ledwie 4-tysięcznym wojskiem postanowił uderzyć na wielokrotnie liczniejszą, niemal 50-tysięczną armię rosyjską, posiadającą miażdżącą przewagę nad Polakami. I wygrał. W sierpniu 1920 roku generał Haller przeleżał długi czas krzyżem w jednym z warszawskich kościołów błagając o cud podczas nawały bolszewickich hord na stolicę Polski, błagając o cud nad Wisłą. A potem wraz z genialnym gen. Rozwadowskim oraz Sikorskim, przy wsparciu Piłsudskiego, poprowadzili swych bohaterskich, wierzących w ‘niemożliwe’ rodaków do zwycięskiej batalii nad potężnym wrogiem.

Franciszek Smuda pod względem potencjału moralnego, mentalnego, duchowego i strategicznego Żółkiewskim, Hallerem czy Rozwadowskim z pewnością nie jest. Ale wierzę, że dziś podczas wieczornej, futbolowej bitwy warszawskiej na Stadionie Narodowym, poprowadzi swych podopiecznych do zwycięstwa nad rywalem niewątpliwie faworyzowanym, niezwykle silnym i dla nas bardzo szczególnym. Wierzę, że ten wtorkowy wieczór będzie nasz, że wygramy 2:1, a sportowa, piłkarska Rosja powtórzy dziś przed Polakami warszawski gest cara Wasyla Szujskiego sprzed nieco ponad 400 laty, tak pięknie oddany przez Jana Matejkę.

R.

piątek, 08 czerwca 2012
Nie być jak Jacek Krzynówek. Polska Grecji gola strzeli

Jacek Krzynówek przed meczem Polska - Niemcy

O tym, że Jacek Krzynówek był najlepszym polskim piłkarzem pierwszej dekady XX wieku XXI wieku pisaliśmy tu i raz i dwa. Niestety, Wielka Mała Stopa, choć była ojcem i matką sukcesów Polaków w eliminacjach, a w Lidze Mistrzów częstowała golami i Real z Casillasem w bramce, i Romę, i Liverpool z Dudkiem, to na mistrzostwach świata i Europy zawodziła.

Pamiętam, jak leciałem ze szkoły do domu, by zdążyć na początek pierwszego za mojego życia meczu Polski na mistrzostwach świata. Pamiętam, jak idąc wzdłuż ciągnącego się przez dziesięć klatek i wznoszącego się na dziesięć pięter bloku nie spotkałem żywej duszy. Przez pootwierane okna słyszałem tylko odgłosy przedmeczowego studia. Pamiętam, że mecz z Koreą Południową, tak przeze mnie wyczekiwany, minął mi błyskawicznie. Skończył się źle, a nie musiał. Bo mógł zacząć się doskonale. Od gola już w drugiej minucie. Wydaje mi się, że trener klubowy Jacka Krzynówka w Norymberdze, niemiecki mistrz świata Klaus Augenthaler, powiedział później: - Nie mogłem uwierzyć, że Jacek tego nie strzelił. Na treningach wykorzystywał 9 na 10 takich sytuacji.

(od 2:32)

Po mundialu w którymś z tzw. tygodników opiniotwórczych tzw. osoba z głośnym nazwiskiem w showbiznesie (nie pamiętam już kto) wysmażyła nawet cały list (otwarty?), który można streścić w zdaniu: ''To wszystko przez Krzynówka''. Tak, zmarnował tę szansę, ale w Korei - obok Pawła Kryszałowicza - i tak był moim zdaniem zdecydowanie najlepszym grajkiem drużyny Jerzego Engela.

Kolejna polska inauguracja, cztery lata później z Ekwadorem, była istnym koszmarem. Zespół Pawła Janasa był cieniem samego siebie, korzystne sytuacje zaczął stwarzać dopiero przy stanie 0:2 (Ireneusz Jeleń i Paweł Brożek). Była jednak jedna - fakt, że niewielka - szansa na gola przy bezbramkowym remisie. Niestety, to był jeden z gorszych rzutów wolnych w życiu Jacka Krzynówka (00:43).

 

W końcu Euro 2008 i dobra okazja już w pierwszej minucie. Jens Lehmann daleko przed bramką, piłka na linii pola karnego. I piłka po strzale Jacka Krzynówka frunąca w niebo.

Nikt mi nie wmówi, że Jacek Krzynówek nie miał umiejętności, by w tych sytuacjach przymierzyć celnie, że nie był w stanie wpakować futbolówki do siatki rywali. Nikt mi też nie wmówi, że w meczu otwarcia Euro 2012 Polacy nie są w stanie pokonać serii bez gola na otwarcie turnieju, która w ich przypadku trwa sześć imprez (i 38 lat). Że nie są w stanie pokonać Greków. Ja w to wierzę. Pytanie, czy polscy piłkarze w to wierzą.

Cieszę się, że choć Franciszek Smuda twierdził ''Żadnych innych nowych etatów nie będzie. Psychologa też nie, bo nie mamy w drużynie wariatów'', to taka osoba w sztabie reprezentacji jednak się znalazła. I może pomóc na to pytanie odpowiedzieć.

Wszystko zaczyna się i kończy w głowach. Z wielu frazesów powtarzanych przez trenerów ten wydaje mi się wyjątkowo prawdziwy.

B.

Ten drugi, ciekawszy mecz: Rosja - Czechy  

Przez niego Rooney przestał być rekordzistą. Johan Vonlanthen, najmłodszy strzelec w historii Euro

PS Można w końcu polubić bloga na FB, jakby kto pytał.

środa, 06 czerwca 2012
Przez niego Rooney przestał być rekordzistą. Johan Vonlanthen, najmłodszy strzelec w historii Euro

Europa właśnie usiłowała zamknąć gęby rozdziawione po tym, jak Wayne Rooney z francuskiej obrony zrobił wiatrak, a szwajcarski ser przedziurawił dwa razy. Ten drugi wyczyn przyniósł mu tytuł najmłodszego strzelca gola w historii mistrzostw kontynentu.



Wayne Rooney miał wtedy 18 lat, siedem miesięcy i 24 dni. Poprzedni rekordzista - Jugosłowianin Dragan Stojković - kiedy strzelał gola Francji 19 czerwca 1984 roku, miał 19 lat, trzy miesiące i 16 dni...

 

Krnąbrny angielski nastolatek cieszył się zaszczytem przez zaledwie cztery dni. Tak bowiem jak nieoczekiwane były kolejne triumfy Greków na Euro 2004, tak do historii wszedł Szwajcar Johan Vonlanthen. Gdy strzelał gola Francji miał 18 lat i 137 dni.

 

Simonem Ammannem szwajcarskiego futbolu jednak nie został, właśnie zakończył zawodowo grać w piłkę w wieku zaledwie 26 lat. Jak mu to wychodziło przez osiem lat między Euro 2004 a Euro 2012?

Rekord mistrzostw Europy Johan Vonlanthen pobił jako piłkarz holenderskiego PSV Eindhoven, ale w klubie Philipsa rozczarował (trafił do niego z - nomen omen - Young Boys Berno). Z PSV w świat ruszali przecież tak wybitni snajperzy jak Romario, Ronaldo, Ruud van Nistelrooy i Mateja Keżman, więc zaledwie trzy ligowe gole Szwajcara nie wywołały u nikogo nawet drgnięcia powieki. Na pół roku został wysłany po nauki do Włoch, ale duch Roberto Baggio unoszący się nad boiskiem Brescii do niczego go nie natchnął. Dopiero kolejne wypożyczenie, podczas którego zdobył sześć goli dla holenderskiej Bredy, pozwoliły mu załapać się do kadry na mistrzostwa świata w Niemczech. Tu jednak dopadł go pech. W ostatniej chwili z turnieju wyeliminowała go kontuzja uda.

Skrzydeł miał mu dodać Red Bull. Z klubem z Salzburga dwa razy zdobył mistrzostwo Austrii, ale statystyki nadal miał marniutkie: przez trzy sezony zdobył zaledwie 11 goli. I nie zmieni tego elegancko skrojony filmik.



Nie lepiej było w kadrze. Szwajcarzy przerżnęli Euro 2008 na własnym terenie, a Johan Vonlanthen zagrał we wszystkich trzech meczach - w dwóch wszedł z ławki, w trzecim zszedł po godzinie. W meczu otwarcia z Czechami mógł, a nawet powinien doprowadzić do remisu. Z bliska strzelił nad Petrem Cechem - trafił w poprzeczkę.



Wydawało się, że piłkarz z tej matni się nie wydobędzie, gdy - jak wybawienie - przyszła oferta z FC Zurichu. Pierwszy raz skończył sezon ligowy z dwucyfrową liczbą trafień, ale przede wszystkim został bohaterem eliminacji Ligi Mistrzów - w meczach z Mariborem i Ventspilsem strzelił trzy gole. W samej LM Szwajcarzy szans już oczywiście nie mieli, a dla Vonlanthena mecze z Realem Madryt i Milanem były ostatnim kontaktem z wielkim futbolem.

Johan Vonlanthen

Potem był już tylko jeden mecz dla Salzburga i sześć dla Itagui Ditaires - po powrocie do Kolumbii, ojczyzny matki i miejsca, gdzie się urodził. W końcu powiedział: - Futbol nie znaczy dla mnie teraz tyle samo, co wcześniej. Czuję się teraz bardzo dobrze, jestem szczęśliwy. Chcę, aby dziecko dorastało w Kolumbii.

On też tam dorastał. Jego pierwszym futbolowym wspomnieniem był mecz mistrzostw świata w USA (1994) między Kolumbią, a Szwajcarią - ojczyzną ojczyma, którą potem reprezentował.

Kariera klubowa Johana Vonlanthena byłaby dla nas dużo ciekawsza, gdyby... prawdą okazały się plotki o jego transferze do Polski. A tych plotek trochę było.

Przegląd Sportowy (10 stycznia 2011):

- Graliśmy niedawno w Lidze Europejskiej z Lechem Poznań. Oglądałem mecz w telewizji i byłem pod ogromnym wrażeniem atmosfery na stadionie. Koledzy z drużyny, którzy grali w Poznaniu, opowiadali mi, że nigdy czegoś takiego nie przeżyli - mówi Vonlanthen, który we wspomnianym spotkaniu (Lech wygrał 2:0) nie załapał się nawet do kadry meczowej Red Bulla. - Wiem, że liga polska się rozwija. Powstają u was nowe obiekty z myślą o EURO 2012. Tutaj mógłbym wrócić do wielkiej gry - dodaje Szwajcar. 

Kontrakt Vonlanthena z mistrzem Austrii wygasa za pół roku. Szwajcar jest do wzięcia za 200 tysięcy euro i chciałby zarabiać 360 tysięcy rocznie w tej samej walucie. Wstępnie zainteresowana jego pozyskaniem jest Polonia Warszawa. - Jest taki temat, ale na razie za wcześnie, by mówić o konkretach - przyznaje prezes Czarnych Koszul Józef Wojciechowski. 

Trenerem Polonii niedawno został Holender Theo Bos, który Vonlanthena może pamiętać z występów w Eredivisie w barwach PSV i NAC Breda. - W Polsce Szwajcara interesują trzy kluby. Oprócz Polonii także Lech Poznań i Wisła Kraków - mówi Maciej Falek, menedżer pilotujący transfer. - Lech dlatego, że mógłby dogadać się po hiszpańsku z trenerem Jose Marią Bakero - wyjaśnia Falek. (...)

Jego pobyt w Salzburgu od 2006 roku to prawdziwa katastrofa. Dziennikarze „Blicka" wyliczyli, że każda minuta spędzona przez niego na boisku kosztowała Red Bulla 1145 franków szwajcarskich. Piłkarz zarobił przez cztery lata 6,5 miliona franków. W przeliczeniu na cały mecz oznacza to 103 000 za występ.

Przy tak wypełnionej śwince-skarbonce futbol faktycznie może nie mieć takiego znaczenia, co wcześniej.

B.

piątek, 01 czerwca 2012
Trzy

Trzy. Tyle właśnie zwycięstw odniosła w swojej historii reprezentacja Andory - ostatniego rywala Polaków przed rozpoczęciem EURO 2012.

Skuteczność zawodników z górzystego księstwa nie powala, bo te trzy wiktorie udało się zebrać w - bagatela - 103 spotkaniach, toczonych od 1998 roku. Cóż to więc za mecze chwały?

Zwycięstwo numer 1, kwiecień 2000. Mecz towarzyski Andora - Białoruś 2:0.

Zwycięstwo numer 2, kwiecień 2002. Mecz towarzyski Andora - Albania 2:0.

Zwycięstwo numer 3, październik 2004. Mecz el.MŚ 2006 Andora - Macedonia 1:0.



Kompletne zestawienie spotkań Andory można znaleźć tutaj. Podejrzewam, że za każdym razem przegrani przeciwnicy musieli szukać swoich szczęk gdzieś na glebie, a ichniejsze federacje postulowały rozwiązanie reprezentacji i przekazanie pieniędzy na walkę z globalnym ociepleniem.

Pewnie to głupio zabrzmi, ale zazdroszczę reprezentantom Andory tych trzech meczów. Podejrzewam, że dały one im oraz ich rodakom, tyle radości i satysfakcji, ile dałoby Polakom zwycięstwo w EURO 2012.

P.

wtorek, 29 maja 2012
Niespełnienie killera

Jedna z najpoważniejszych zagwozdek mojego dzieciństwa wcale nie dotyczyła odwiecznego pytania "dokąd tupta nocą jeż?". Frapowało mnie zupełnie inne zagadnienie. Otóż w latach dziewięćdziesiątych nie mogłem zrozumieć dlaczego Marek Koniarek, najlepszy napastnik Polski nie gra w reprezentacji Polski.

Marek Koniarek podczas swojej gry w Widzewie był zjawiskiem, którego dziś trudno szukać na ojczystych stadionach. To był gość posiadający snajperski instynkt doskonały. Piłka zawsze spadała pod jego nogi, choćby akurat w danej chwili był zajęty piciem kawy. Koniarek potrafił wykorzystać 10 na 10 sytuacji sam na sam z bramkarzem. Wciskał im futbolówkę między nogi, przerzucał ją nad głowami i trykał lekko obok ucha. Pan pola karnego. Prawdziwy killer.



I ten człowiek, który w polskiej ekstraklasie strzelił łącznie 104 bramki, w biało-czerwonej kadrze zagrał... dwukrotnie. Tak, dwukrotnie.

Zadebiutował w niej w wieku 24 lat jako obiecujący napastnik GKS Katowice. Po nieudanych MŚ 1986 selekcjonerem został Wojciech Łazarek. Zaczął on szukać nowych zawodników do swojej drużyny - sięgnął również po m.in. Marka Leśniaka czy Andrzeja Rudego. Koniarek posłany w bój został w towarzyskim meczu z Irlandią w Warszawie. A że z boju tego wyszedł zwycięską ręką niech świadczy fakt, że Orły wygrały 1:0 a jedyną bramkę strzelił właśnie debiutant z GKS.



Kolejna i... zarazem ostatnia gra supersnajpera w kadrze miała miejsce pół roku później, podczas towarzyskich zawodów z Finlandią (3:1) w Rybniku. Koniarek wystąpił tam w drugiej połowie. Kiedyś czytałem, że podczas tego zgrupowania impreza była tak zakrapiana, że nawet abstynenci, a takim był podobno Koniarek, nie byli w stanie utrzymać następnego dnia imbryczka z herbatą w ręce. Nie wiem ile w tym prawdy, ale faktem jest, że Koniarek nie nigdy więcej nie zagrał już w reprezentacji.

W moim odczuciu działo się to ze sporą stratą dla naszej kadry, bo w połowie lat dziewięćdziesiątych nasz bohater mógł być bardzo cennym uzupełnieniem dla niezwykle chimerycznego wówczas zestawu snajperów Juskowiak - Kowalczyk.

Z drugiej strony mogę się jednak mylić. Mocną stroną Koniarka nie była bowiem chyba nigdy odporność psychiczna. Być może w związku z tym nie udało mu się nigdy zawojować zagranicznych klubów (a próbował dwukrotnie - w Niemczech i Austrii), ani pociągnąć Widzew za uszy w europejskich pucharach. Może więc coś było na rzeczy?

Dziś Marek Koniarek - obecnie dyrektor sportowy II-ligowego Rozwoju Katowice - skończył 50 lat. Kto widzi jakiegoś jego godnego boiskowego naśladowcę?

P.

PS Jeden z tych co tu jeszcze blogują dodaje coś od siebie w kwestii Koniarka: "A tak na marginesie, Koniarek mógł zrobić naprawdę dużą karierę, ale podniszczył mu ją skutecznie wszechwładny wówczas śp. Marian Dziurowicz. Koniarek był w pewnym sensie, tak jak Dziekanowski, Urban, Rudy i inni, ofiarą chorego, czerwonego systemu. Potem, w Widzewie, to już nie było to, a poza tym te 3-dychy z hakiem na karku też robiły swoje. Bardzo przypominał mi potem Koniarka - Frankowski. Podobna łatwość w strzelaniu goli. I też reprezentacji nie zawojował. Tak czy siak, atak GieKSy: Furtok-Koniarek, to był jeden z najlepszych naszych ligowych ataków ostatniego 30-lecia".