Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 23 października 2012
Wymazywanie Lance'a Armstronga

Fascynuje mnie sytuacja z Lancem Armstrongiem. Był człowiek - nie ma człowieka. Co się z nim stanie? Co zrobić ze śladami jego obecności w postaci rekordów i zwycięstw? To sytuacja rodem z książki Thomasa Bernharda "Wymazywanie".

Jak będzie przebiegał proces wymazywania Armstronga? Na początku będzie się o nim mówiło dużo. Że zły, że przemysł dopingowy, że zmuszał innych. Będzie sporo dyskusji, Armstrong znów będzie na pierwszych stronach gazet. Następnie ustali się co zrobić z rekordami i wygranymi wyścigami. Nazwisko zwycięzcy się wykasuje, laur przyzna drugiemu w kolejce albo nie przyzna w ogóle. Grunt to uporządkować sprawy formalne. Tak się kończy etap zakreślania miejsc do zmazania. Potem trzeba się brać za wymazywanie.

Armstrong zniknie z zestawień i publikacji. Początkowo będzie w nich funkcjonował z gwiazdką, drobnym drukiem albo w nawiasie, że został zdyskwalifikowany. Później, podczas aktualizacji zestawień zniknie z nich w ogóle. Za dwadzieścia lat trudno będzie znaleźć go w rankingach. Na pierwszych miejscach znajdą się inni. Jego obecność w jakimkolwiek sportowym kontekście będzie kłopotliwa. Oznaczała bowiem będzie niemą legitymizację jego dopingowej działalności. Tak jak kiedyś fotki z Papieżem czy Wałęsą nobilitowały, tak wkrótce stanie obok Armstronga będzie balastem.

Potem Amerykanin zniknie z przestrzeni publicznej. Ludzie przestaną o nim mówić. Młodzi kibice jeszcze na początku będą słyszeli, że wygrywał, ale oszukiwał. Potem już nie usłyszą o nim w ogóle. Po co mówić o kimś, kogo nie ma?

Fundacja Armstronga przestanie być łączona ze sportem. Na jej czele będzie stał łysawy facet, który wygrał walkę z rakiem. Dobrze ubrany biznesmen.

Za pół wieku na zdjęciu człowieka wygrywającego Tour de France ówcześni dojrzą nieznanego mężczyznę, który lubił sobie pojeździć na rowerze.

Czy za następne ćwierć wieku zniknie nawet ze zdjęć?

P.

piątek, 12 października 2012
Narody na granicy, reprezentacje na granicy. "Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki"

Łatwo jest powiedzieć, że Klose to świnia, która sprzedała się Niemcom. Łatwo jest mieć żal do Podolskiego, że biega z czarnym, a nie z białym orłem na piersi. Łatwo jest też nazywać zdrajcą Ernesta Wilimowskiego. Bo w ogóle łatwiej jest pewne rzeczy osądzać niż próbować je zrozumieć. Kapitalna książka Thomasa Urbana "Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki" dokonuje właśnie tego trudniejszego ruchu - tego związanego z opisaniem i zrozumieniem.

Niemiecki historyk w swoim dziele opisuje nad wyraz skomplikowane polsko-niemieckie sąsiedztwo. Skupia się przede wszystkim na okolicach Górnego Śląska, choć nie brakuje również historii z Wielkopolski i innych części kraju. W jedenastu tekstach autor bierze na warsztat przypadki ukazujące skomplikowanie i złożoność relacji polsko-niemieckich w XX i XXI wieku. W tym zbiorze znaleźć można historie absolutnie poruszające.

Urban ukazuje np. losy Fryderyka Scherfke, piłkarza Warty Poznań, przedstawiciela mniejszości niemieckiej i... strzelca pierwszego gola dla reprezentacji Polski na mistrzostwach świata podczas pamiętnego meczu z Brazylią na MŚ 1938.

Fryc Scherfke, jak na niego mawiali koledzy, urodził się w Poznaniu, ale wychowywany był w niemieckim duchu - chodził do niemieckojęzycznego gimnazjum, był również protestantem. Żył jednak w przyjaźni z Polakami i gdy otrzymał powołanie do biało-czerwonej kadry, to nie wahał się ani chwili. Gdy Niemcy wkroczyli do stolicy Wielkopolski Scherfke podpisał volklistę i został wcielony do Wehrmachtu. Początkowo praktykował jednak głównie jako animator życia sportowego w Kraju Warty, a następnie jako mechanik. Dopiero później angażowany był do prac na kolei. Dzięki nim miał on pomagać swoim byłym kolegom z boiska - m.in. znanemu warciarzowi i bramkarzowi reprezentacji Polski Marianowi Fontowiczowi. Pod koniec wojny Scherfke dostał się do niewoli brytyjskiej, a po jej zakończeniu otworzył sklep z meblami w Brandenburgii. Socjalistyczna propaganda nazwała go zdrajcą, ale z czasem coraz częściej pojawiały się głosy mówiące o zasługach byłego zawodnika w pomaganiu swoim kolegom z Poznania. Dobry Prusak? Zły Polak? Nie wiem.

Niezwykle interesująca jest również historia Ernesta Wilimowskiego. Większość fanów jednak ją zna, więc ograniczę się do kilku ciekawostek. Ezi urodził się w 1916 roku jako obywatel Rzeszy. W tym samym roku jego ojciec jako niemiecki żołnierz poległ na froncie. Początkowo chłopak nosił więc nazwisko po matce - Ernest Prandella. Matka chowała go po niemiecku - w tym języku z nim rozmawiała, do takiej szkoły posyłała, wreszcie zapisała do zespołu 1. FC Katowice - futbolowego bastionu mniejszości niemieckiej. Nazwisko Wilimowski Ezi otrzymał po ojczymie, który go adoptował, gdy chłopak miał 13 lat. Roman Wilimowski był z kolei polskim patriota zaangażowanym w powstania śląskie i z miejsca wysłał przyszłą gwiazdę do polskojęzycznego gimnazjum. W tak złożonych warunkach rozwija się tożsamość młodego Eziego. A to dopiero przygrywka do dalszych, często dramatycznych wybór narodowościowych genialnego napastnika.

Praktycznie każda historia, którą przytacza autor i każda postać, o której opowiada, ukazują złożoność i tragizm relacji polsko-niemieckich. Duszną atmosferę czuć z kartek książki podczas czytania o niedokończonym meczu między Wisłą Kraków a 1. FC Kattowitz z 1927 roku. Dla przeciętnego fana hieroglifem pozostaje sytuacja Mazurów, którzy po wojnie wyjeżdżali do Niemiec zasilali tamtejsze kluby sportowe. Oni sami zwykle nie uważali się za Polaków, ale w miejsce ich najliczniejszej piłkarskiej kolonii - Schalke Gelsenkirchen - to przecież słynny "Polackenclub". Nutka sensacji towarzyszy opowieściom o konspiracyjnych meczach podczas wojny (jak przewieźć piłki na taki tajny mecz!?), a nostalgii - przy tekście o zagładzie sportu żydowskiego (np. słynna swego czasu Hasmonea Lwów).

Ciekawe wątki mają również z pozoru dobrze nam znane historie polskich piłkarzy, którzy po wojnie trafiali do Niemiec. Pierwszym z nich był Stefan Majewski, który dziś wprost przyznaje, że jego wnuki "są Niemcami" (w jakiej kadrze zagrają?). Podoba mi się również cytat Andrzeja Iwana o swoim transferze do Bochum i rozmowach między trenerem Vfl Hermannem Gerlandem a prezesem Górnika Zabrze: "Gerland zdawał się być już zmęczonym pobytem w Polsce, nieustannym chlaniem. (...) Chyba nie zdawał sobie sprawy z groteskowości tej sytuacji: przy alkoholu, za którym nie przepadał, prowadził rozmowy na temat sprowadzenia do Niemiec nałogowego alkoholika".

W ostatnim rozdziale książki autor pochyla się nad Klose (ur. 1978) i Podolskim (ur. 1985). Obaj oni urodzili się w Polsce, ale obu też od dziecka przysługiwał niemiecki paszport, bowiem ich przedkowie byli przesiedleńcami ze Śląska i Mazur. Klose opuścił Polskę jako siedmiolatek i przez Francję osiedlił się wraz z rodziną w Niemczech. Waldemar Podolski wraz z żoną i 2-letnim synkiem Łukaszem wyjechał do Niemiec, gdy mały piłkarz miał 2 lata. Obaj panowie swoje całe życie przeżyli w Niemczech, obaj tam chodzili do szkół i tam się uczyli grać w piłkę. Obaj też mają rodzinę w Polsce. Klose mówi dziś o sobie: "Jestem Ślązakiem i Europejczykiem. Zdrajcy? A w tle pojawia się także historia Dariusza Wosza, którego rodzicom odebrano polski paszport po przyjeździe do NRD, a 10-letni wówczas chłopak ledwo dukał coś po niemiecku.

Książka Urbana to pozycja o tyle także przydatna, że nie tylko opisuje jednostkowe futbolowe dzieje, ale wydobywa również ich historyczno-społeczny kontekst. Trudno zrozumieć wybory Ślązaków podczas II wojny światowej, jeżeli nie wie się jaka sytuacja tam wówczas panowała. Autor właśnie to robi - w przystępny sposób zakreśla tło relacji polsko-niemieckich na Górnym Śląsku, w Poznaniu, w Krakowie, na Mazurach. Nie twierdzę, że po lekturze książki już je w pełni zrozumiałem, ale przynajmniej mam nieco jaśniejszy ogląd.

Zastanawiam się tylko nad trafnością tytułu. Być może na Śląsku nie było nigdy czarnego i białego orła, ale był ten trzeci - czarno-biały.

P.

środa, 10 października 2012
Osiem greckich ciekawostek

1. Oryginalny sposób zaistnienia w świadomości greckich kibiców wymyślił sobie były zawodnik Widzewa Łódź - Stefano Napoleoni. Od początku tego sezonu Włoch występuje bowiem z numerem 1 na koszulce!

 

Być może Napoleoni poszedł tropem Argentyńczyka Ricardo Verona z OFI Kreta, który od dwóch lat biegał z takim oznaczeniem na plecach. Niestety ten zabieg nie przyczynił się do podniesienia jego formy, a wręcz przeciwnie - niski numer zdaje się mu nieco ciążyć. W poprzednich dwóch edycjach grając z numerem "27" strzelił odpowiednio 7 i 8 goli. Teraz nie trafił jeszcze ani razu, a jego Levadiakos po sześciu kolejkach zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli.

2. Czerwoną latarnią ligi jest natomiast AEK Ateny. W klubie tym występuje były reprezentant Polski Roger.

On również przed sezonem zmienił numer na trykocie - z "7" na godną "10". Zagrał też w pięciu z sześciu spotkań tego sezonu, ale nawet pies z kulawą nogą nie zainteresował się w jakiej jest obecnie dyspozycji.

3. W przeciętnym Panthrakikosie odnalazł się czołowy jeszcze niedawno snajper francuskiej Ligue 1 - pochodzący z Tahiti Marama Vahirua. W swojej karierze błyszczał w Nantes, OGC Nice i Lorient, nieco mniej w Nancy i Monaco. W Grecji jeszcze nie zdobył żadnej bramki.

4. Z marazmu nie może ciągle wyjść Panathinaikos Ateny. Koniczynki w sześciu grach zdobyły raptem siedem punktów. Atmosfera wokół dowodzącego zespołem Jesualdo Ferreiry, byłego coacha Benfiki, Bragi, FC Porto i Malagi, robi się podobno coraz gęstsza.

5. Przyzwoicie radzi sobie natomiast nowy klub Mirosława Sznaucnera - beniaminek Veria FC. Pomimo skromnej kadry lokuje się on na 7. pozycji w tabeli. Kolegą Polaka został niedawno Carlo Costly!

Kariera Honduranina nie układała się zbyt dobrze po opuszczeniu Bełchatowa. Fiaskiem był pobyt w Birmingham City, kontuzje trafiły go w rumuńskim FC Vaslui, kiepsko było także w meksykańskim Atlasie Guadalajara i amerykańskim Houston Dynamo (tylko dwa gole). W Verii na razie CC także bez gola. Czy tym razem będzie lepiej?

6. Sensacją sezonu jest jak na razie inny beniaminek - Platanias Chanion. Zespół ten w 2009 roku awansował do... trzeciej ligi! Zajął w niej piąte miejsce, ale dzięki tabunom relegowanych w skutek afery korupcyjnej klubów został on awansowany na zaplecze ekstraklasy. Wejście do Superleague Platanias zawdzięcza już jednak samemu sobie - zwyciężył bowiem grupę barażową.

7. Szkoleniowcem trzeciego PAOK Saloniki jest Georgios Donis. Pamiętamy go? Najszybszy zawodnik kapitalnej drużyny Panathinaikosu Ateny, która w 1996 roku awansowała do półfinału Ligi Mistrzów. Ależ on przeganiał wtedy legionistów w pamiętnym dwumeczu...

8. Pierwsze miejsce już oczywiście okupuje Olympiakos Pireus. Jeżeli zwycięży znów w całych rozgrywkach, to będzie to jego trzeci triumf z rzędu i piętnasty w ciągu ostatnich siedemnastu lat (Panathinaikos wygrywał w 2004 i 2010 roku). I niech ktoś mi powie, że liga grecka nie jest nudna.

P.

piątek, 05 października 2012
Za szybki

Spore było moje zdziwienie, gdy przeglądając zasoby personalne ukraińskich ligowców w kadrze Zakarpatii Użgorod znalazłem najszybszego swego czasu piłkarza Europy - Davida Odonkora.

 

Ten urodzony w 1984 roku syn Ghanijczyka i Niemki wchodził do wielkiej piłki w Dortmundzie. Debiutanckie kroki w pierwszym zespole Borussii stawiał w sezonie 2001/2002, ale pewnym jego punktem został dopiero dwa lata później. Jako prawoskrzydłowy (chwilami również prawy pomocnik) dorobił się opinii niezwykle prędkonogiego zawodnika. W żółtej koszulce zasuwał w sumie cztery lata.

Klub zmienił dopiero po MŚ 2006. Sam wyjazd na tę imprezę był dla niego sporą niespodzianką. Odonkor miał oczywiście doświadczenie w młodzieżowych reprezentacjach - zaliczył w nich niemal wszystkie szczeble (U-17, U-18, U-19, U-20 i U-21), ale do seniorskiej kadry zawsze mu nieco brakowało. Tym bardziej więc zaniemówił, gdy w maju 2006 Jurgen Klinsmann ni z gruchy, ni z pietruchy wysłał mu zaproszenie na najważniejszą niemiecką imprezę XXI wieku. Odonkor nie okazał jednak tremy i dobrze zaprezentował się w towarzyskich przedmundialowych grach z Japonią, Szwecją i Gruzją. W efekcie, już podczas mistrzostw, Klinsi posyłał go w bój jako dżokera w meczach z Kostaryką, Polską (grupa), Argentyną (ćwierćfinał) i Włochami (półfinał). Odonkor mocno szarpał, robił dużo wiatru i zaliczył jedną asystę. Wiemy z kim. Jak krzyczał wtedy komentujący zawody Roman Kołtoń: "Co zrobił Dudka, on musi być przy Odonkorze!!!".

Jedyne co mi zostało na osłodę zapaści psychicznej po tym meczu, to tylko świadomość, że Odonkor nie jest taki znowu szybki. Jeleń był szybszy.

Po niemieckim turnieju skrzydłowy postanowił przenieść się do Betisu Sewilla. Nie była to jednak dobra decyzja. W stolicy Andaluzji nie potrafił udowodnić, że umie coś więcej niż latać wte i wewte. Efekt: trzy sezony, w tym jeden spadkowy i jeden na zapleczu ekstraklasy, kontuzje, częste ugniatanie ławki i tylko jeden gol w Primera Division.

Wytchnieniem była kadra, gdzie jeszcze wciąż mu w miarę ufano. Grał trochę w okolicznych potyczkach towarzyskich (w starciu z Rumunią strzelił swojego jedynego gola w koszulce z czarnym orłem) i eliminacjach EURO 2008, dostał powołanie na ten turniej, ale w Austrii zaliczył już tylko epizod (połówka w przegranym spotkaniu z Chorwacją). To było jego pożegnanie z reprezentacją.

Potem już było tylko gorzej. Sezon 2011/2012 spędził w spadającej z 2. Bundesligi Alemannii Aachen, a od początku obecnych rozgrywek zarabia na chleb właśnie w ukraińskiej Zakarpattii Użgorod. Niemiec zagrał na razie w 10 meczach i strzelił 2 gole. Jeden z nich był nawet całkiem zacny.

Na nic to się jednak zdało, bo jego zespół zdobył tylko siedem punktów i zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli.

Nie sądzę, żeby Odonkor chciał zapuścić korzenie w Użgorodzie, więc interesuje mnie jaki będzie jego kolejny klub. Obstawiam coś z Chin albo Kataru.

P.

czwartek, 04 października 2012
Czereś, czyli talibowie, Chiny i ZOMO

Dzisiaj 41. urodziny obchodzi zawodnik, którego większość kibiców kojarzy tylko z jednym meczem, mimo że na swoim koncie ma on mistrzostwo Polski i tytuł króla strzelców. Sylwester Czereszewski. Czereś.

Pierwszym klubem zawodnika urodzonego w leżącej przy polsko-litewskiej granicy Gołdapi była Korona Klewki (stąd też słynna ksywa - Pele z Klewek!). To w tej właśnie miejscowości grasować mieli swego czasu talibowie. Czereszewski jednak na pewno ich nie spotkał, ponieważ od początku 1989 roku terminował już w Stomilu Olsztyn. Z tym klubem grał z sukcesami w niższych ligach, aż odezwało się po niego wojsko. Przymusową służbę postanowił odrobić on jednak w policji. Bieganie w mundurze tak mu się jednak spodobało, że chciał kontynuować tę ścieżkę rozwoju także po zakończeniu służby zasadniczej. Wtedy jednak na powrót zarówno do piłki jak i Olsztyna namówić go miał Bogusław Kaczmarek. Jak twierdzi dziś były asystent Leo Beenhakkera – gdyby nie on, to Czereszewski pracowałby w ZOMO. Piłkarz chyba też nie żałuje swojego wyboru, bo po półtora roku udało mu się awansować ze Stomilem do ekstraklasy. W najwyższej lidze drużyna przez długi czas była sensacją rozgrywek (po dziesięciu kolejkach sezonu 1994/1995 zajmowała 5. miejsce), a sam zawodnik został okrzyknięty Odkryciem Roku 1994 przez tygodnik „Piłka Nożna”. Potem w stolicy Mazur bramkostrzelny gracz spędził jeszcze dwa lata, w międzyczasie trafiając również do reprezentacji Polski prowadzonej przez Henryka Apostela.

Jego dobra gra nie umknęła szperaczom z Łazienkowskiej. I tak na początku 1997 roku Czereszewski przeniósł się do stolicy, a wraz z nim trafił tam również duet z Częstochowy – Paweł Skrzypek i Jacek Magiera. Poza tym na miejscu na piłkarza czekał już jego druh z Olsztyna - Tomasz Sokołowski. Być może dzięki takiej kompanii Czereszewski szybko wpasował się w zespół. Już w pierwszym sezonie wywalczył krajowy puchar (strzelił bramkę w finale) i wicemistrzostwo Polski (trafił w pamiętnym meczu z Widzewem Łódź). Potem jego pozycja w zespole wciąż rosła i w efekcie kędzierzawy napastnik spędził w Legii aż pół dekady, w tym czasie zdobywając z drużyną mistrzostwo Polski (2002), Puchar Polski (1997) i Puchar Ligi (2002), a indywidualnie również tytuł króla strzelców (1998). W sumie dla ekipy z ulicy Łazienkowskiej rozegrał 116 ligowych meczów i zdobył 45 goli.

Gorzej natomiast wyglądała jego kariera reprezentacyjna. Czereszewski w kadrze rzucano na różne pozycje (od napastnika, przez skrzydłowego, po rozgrywającego oraz... defensywnego pomocnika) i w efekcie nie za bardzo miał on pole do popisu. W zasadzie jedynym jego występem, który pamiętają fani biało-czerwonych był ten w eliminacjach do EURO 2000 przeciwko Bułgarii w Burgas (wrzesień 1998), gdzie ówczesny legionista strzelił dwie bramki.


Kryzys kariery Czereszewskiego przyszedł jeszcze podczas jego pobytu w Legii. Piłkarz niezadowolony z treningów pod okiem Drogomira Okuki postanowił przenieść się aż do... Chin!

Po kilku miesiącach pobytu tam i wyczerpujących podróżach samolotami na mecze ligowe postanowił wrócić jednak do Warszawy. Stołeczny klub w połowie rundy jesiennej przyjął zawodnika z powrotem do składu, a ten odwdzięczył mu się dobrą grą (6 goli w 11 meczach) i sporym wkładem w mistrzowski tytuł (2002). Po wypiciu szampana dobry nastrój jednak prysnął i zawodnikowi podziękowano za współpracę. Postanowił więc on poszukać szczęścia na Cyprze w zespole AEL Limmasol. Ta decyzja okazała się jednak kompletną pomyłką. Klub z Wyspy Afrodyty zerwał bowiem kontrakt z Polakiem... zanim jeszcze wystartowały rozgrywki ligowe. W efekcie jesienią 2002 roku Czereszewski nieoczekiwanie stał się bezrobotny.

Wtedy rękę po niego wyciągnął Lech Poznań. Kolejorz fatalnie zaczął sezon 2002/2003. Jako beniaminek zwyciężył w pierwszej kolejce z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (2:0), ale potem było już tylko gorzej. Zespół nie tylko nie potrafił wygrywać, ale także strzelać bramek (9 goli w 12 kolejkach). Zawodnicy odpowiedzialni za siłę ofensywną, albo popadli w apatię (Reiss, Ślusarski, Goliński), albo okazali się zwyczajnie za słabi na ekstraklasę (Bugaj, Przysiuda). Pomysłem trenera Baniaka na rozwiązaniem tego problemu miało być właśnie ściągnięcie Czereszewskiego. Krótko jednak po tym jak były reprezentant Polski zameldował się przy Bułgarskiej Baniak... ulotnił się spod tego adresu. Po serii fatalnych wyników (drugie w sezonie zwycięstwo Lech odniósł dopiero w 13. kolejce!) najpierw zastąpił go Czesław Jakołcewicz, a potem Bohumil Panik. Ten pierwszy mocno stawiał na eks-stomilowca. Czereszewski grał u niego całe mecze na środku pomocy wraz z Michałem Golińskim. Panik natomiast sadzał go zwykle na ławce i wpuszczał dopiero w końcówkach jako zmiennika Reissa, Ślusarskiego lub Gajtkowskiego. W całym sezonie 2002/2003 w barwach Kolejorza nasz bohater uzbierał 18 spotkań i 5 goli. Co ciekawe miał on chyba ulubione drużyny do dręczenia, bo trafiał do siatki w obu meczach ze Szczakowianką Jaworzno (2:2 i 2:1) i Wisłą Kraków (2:3 i 2:4).

Status rezerwowego przy Bułgarskiej zupełnie jednak nie odpowiadał Czereszewskiemu, a nowy trener Libor Pala także nie przejawiał zainteresowania jego usługami. Piłkarz odszedł więc do Górnika Łęczna, gdzie występował przez 1,5 roku, ale w końcu pożegnano go po licznych kontuzjach i na skutek konfliktu z... Bogusławem Kaczmarkiem.

 

Przez całą rundę zawodnik pozostawał bez pracy i dopiero na początku sezonu 2005/2006 zatrudniła go Odra Wodzisław. Bohater z Burgas był tam jednak dopiero czwartym napastnikiem za Maciejem Korzymem, Adamem Czerkasem i Łukaszem Masłowskim. Po zakończeniu rundy jesiennej opuścił więc on śląskie miasteczko i wrócił na Mazury. Tak właśnie zakończyła się profesjonalna kariera piłkarska króla strzelców 1998.

 

Ale... Czereszewski pozostał przy futbolu. W 2008 roku otworzył szkółkę piłkarską w Olsztynie, gdzie zajął się szkoleniem juniorów. Od sezonu 2011/2012 w warmińsko-mazurskiej B-klasie występuje także zespół Czereś Sport Olsztyn. Jego prezesem i trenerem jest były reprezentant Polski, a najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem... oczywiście on sam. Natomiast początku obecnego sezonu zespół połączył się z KS Fortuną Gągławki i dzięki temu dziś występuje już w A-klasie.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego "Heeej Lech!"