Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 01 sierpnia 2013
Lux-torpeda

Piękny dzień będą mieli dziś wszyscy kibice futbolu w Luksemburgu. Tamtejszy klub FC Differdange 03 wystąpi bowiem w III rundzie eliminacji Ligi Europy. Wszystko dzięki temu, że tydzień wcześniej, po sensacyjnym dwumeczu, Luksemburczycy wykopali za burtę międzynarodowych rozgrywek holenderski FC Utrecht!

W spotkaniu u siebie Luksemburczycy wygrali 2:1. W dramatycznym rewanżu rozgrywanym w Holandii padł natomiast remis 3:3, mimo że Holendrzy wygrywali już 3:1! Gole dla Holendrów tutaj, tutaj i tutaj, dwie bramki dla Luksów poniżej:

 

Bohaterem dwumeczu został Marokańczyk Omar Er Rafik, który strzelił dla FCD03 w sumie trzy gole. Kolejnym, po albańskim FC Laci i Utrechcie, zespołem w pucharowym kalendarzu Luksemburczyków jest wpisane właśnie na dziś norweskie Tromso. Kto wie, co się może wydarzyć.

Sukcesy FCD03 dają okazję by przypomnieć inne spektakularne europejskie awanse ekip z tego najmniejszego państwa Beneluksu.

Samo Differdange ma na swoim koncie jeden ciekawy szlak podboju. Dwa sezony temu, w II rundzie LE wyeliminował on Levadię Tallin (0:0 i 1:0), później co prawda zebrał baty od greckiego Olympiakosu Volou (0:3 i 0:3), ale Grecy zostali zdyskwalifikowani za korupcję, by w IV rundzie zmierzyć się z samym PSG (0:4 i 0:2). Rok później FCD03 wyeliminowało natomiast islandzkie NSI Runavik, by potem polec z KAA Gent.

Mistrzem awansów poza boiskiem jest FC Avenir Bergen. W 1974/1975 w ramach PZP kryzys na Cyprze wyeliminował Enosis Paralimni, natomiast wprowadzenie nieuprawnionego zawodnika sprawiło, że Szwedzi z Orebro sami wyeliminowali się z Pucharu UEFA 1995/1996. Własnymi nogami Luksemburczycy wykopali tylko Farerów z B36 Tornshavn (PZP 1992/1993).

Cztery razy swój pucharowy dwumecz zwyciężał także F91 Dudelange. Zespół kojarzony w Polsce głównie za sprawą Tomasza Gruszczyńskiego miewał także swoje piękne dni. W eliminacjach LM 2005/2006 Luksemburczycy wyeliminowali po dramatycznych zawodach niespodziewanie Bośniaków z Zrijnski Mostar (0:1 i... 4:0 po dogrywce!). W kolejnej rundzie zostali jednak usieczeni przez Rapid Wiedeń (1:6 i 2:3). W sezonie 2011/2012 F91 odprawił Santa Coloma z Andory (2:0 i 2:0), by potem odpaść ze słoweńskim Mariborem (1:3 i 0:2). Wreszcie sezon najpiękniejszy - el. LM 2012/2013. I runda - S.P. Tre Penne z San Marino (7:0 i 4:0). II runda - Red Bull Salzburg na łopatkach (1:0 i 3:4)!

 

W III rundzie zaporą nie do przejścia okazał się znowu Maribor (0:1 i 1:4).

Najbardziej doświadczoną pucharowo ekipą z Luksemburga jest jednak Jeunesse Esch. To jedyny zespół, który osiągnął drugą rundę eliminacji Pucharu Europy. W sezonie 1959-1960 boleśnie przekonał się o tym... ŁKS! Ówczesny mistrz Polski kompletnie skompromitował się w dwumeczu - na wyjeździe przegrał 0:5 (!!!!), by u siebie wygrać tylko 2:1. W kolejnej rundzie jednak miejsce w szeregu wskazał Luksemburczykom sam Real Madryt (0:7 i 2:5), późniejszy triumfator rozgrywek. W sezonie 1963/1964 wziętą w eliminacjach przeszkodą było fińskie Haka. Skandynawowie u siebie spokojnie wygrali 4:1, by w rewanżu sensacyjnie przegrać aż 4:0. W kolejnej rundzie JE wygrało nawet pierwszy mecz z Partizanem Belgrad (2:1), ale w Jugosławii zebrało już srogi oklep (2:6).

Kolejny raz sprawdza się więc twierdzenie, że w Europie nie ma już kelnerów, a na pewno nie są nimi Luksemburczycy.

P.

UWAGA! Spoko, jeżeli nie interesują Was najbardziej ezoteryczne ciekawostki futbolowe, to wcale nie musicie lubić facebookowego profilu bloga. 

wtorek, 30 lipca 2013
(Skromny) Import królów trwa

Polską ekstraklasę, dokładniej - Zawiszę Bydgoszcz, zasilił kolejny zagraniczny król strzelców. Portugalczyk Bernardo Vasconcelos w swojej długiej (ma już 34 lata) i ciekawej karierze (grał w Portugalii, Holandii, w Izraelu i na Cyprze) uzbierał sporo goli, ale dopiero 18 trafień, które zaliczył w sezonie 2012/2013 dla Alki Larnaka dały mu koronę najlepszego snajpera - króla strzelców ligi cypryjskiej.

Przy tej okazji uświadomiłem sobie, że tekst na temat importowanych królów strzelców w naszej lidze, który popełniłem 2,5 roku temu, stał się już mocno nieaktualny. W tak zwanym międzyczasie nasze krajowe rozgrywki zasiliło bowiem kilku nowych zawodników, którzy po plecakach chowają strzeleckie korony.

Największym wydarzeniem był transfer dwukrotnego (2008 i 2009) króla strzelców ligi greckiej - Argentyńczyka Ismaela Blanco.

 

Blanco spędził w AEK Ateny cztery lata i - ten drugi, co tu ze mną bloguje, miał tego naoczne dowody - w stolicy Grecji był prawdziwym idolem. Jego gole wiodły ligowego średniaka na podium ekstraklasy (dwa wicemistrzostwa) i po krajowy puchar (2011). Gdy jesienią 2011 roku opuszczał zespół na rzecz meksykańskiego San Luis FC tłumy kibiców płakały. Meksykańska przygoda okazała się jednak niewypałem i wiosną 2012 roku, dość niespodziewanie i w ostatniej chwili okienka transferowego, Blanco zasilił Legię Warszawę. Nadzieje były ogromne, ale były król strzelców był cieniem samego siebie. Snuł się po boisku ociężały i zaliczył tylko sześć ligowych ogonów. Z Warszawy trafił do 2. Bundesligi do TSV Monachium (13 meczów bez gola!), dziś dogorywa w argentyńskim CA Lanus.

Nie mniejszym wydarzeniem był transfer do Wisły Kraków króla strzelców ligi serbskiej sezonu 2010/2011 i zarazem jej mistrza oraz zdobywcy krajowego pucharu - Ivicy Iliewa.

Iliew to było wówczas głośne nazwisko - reprezentant Serbii, uczestnik Ligi Mistrzów z Partizanem, piłkarz z doświadczeniem w Serie A, Bundeslidze i lidze greckiej. Nadzieje były więc wielkie... Serb spędził pod Wawelem dwa lata i dziś trzeba już przyznać, że zawiódł. Na pewno nie okazał się pomyłką w stylu Blanco, ale jakoś nie potrafił wpasować się w drużynę. Nawet gdy błyszczał indywidualnymi umiejętnościami, to niezbyt wiele z tego wynikało. Daleki jestem także od tego, aby oceniać go wyłącznie przez pryzmat strzelanych goli (nigdy nie był klasycznym napastnikiem), ale cztery trafienia na dwa lata to trochę mało. Jeżeli do tego dodać wysoki kontrakt, to okazuje się, że Biała Gwiazda grubo przestrzeliła. Po ostatnim sezonie odszedł z Wisły i jak na razie nie ma nowego klubu.

Najskromniejszy w tym gronie jest Deivydas Matulevicius. Litwin jako 20-latek trafił do Odry Wodzisław. Tam przez dwa lata grywał ogony, ale chwilami dawał próbki sporego talentu. To tej przygodzie wrócił na rok do ojczyzny i... został królem strzelców ligi litewskiej 2011 w barwach Żalgirisu Wilno.

 

Być może dzięki temu otrzymał po raz kolejny szansę nad Wisłą - w czasie pożogi ściągnęła go do siebie dołująca Cracovia. W spadających wówczas z ekstraklasy Pasach panował wtedy jednak wielki bałagan. Litwin prawie nic nie grał i po sezonie przeszedł do zespołu rumuńskiej ekstraklasy - Pandurii Targu Jiu. Tam radzi sobie świetnie - w poprzednich rozgrywkach zdobył 10 goli.

W formie ciekawostki należy pamiętać także, że były napastnik Śląska Wrocław Johan Voskamp to król strzelców holenderskiej Eerste Divisie w sezonie 2010/2011.

Fajnie, że naszą ligę zasilają kolejni goleadorzy z tytułami królewskimi. Szkoda tylko, że tak rzadko się w niej sprawdzają.

P.

Pamiętacie o blogowym facebooku? Jak nie, to pamiętajcie. Nie pożałujecie.

poniedziałek, 29 lipca 2013
Złoty Puchar zabrany w drodze do Rio

Gold Cup 2013 już za nami. Wiemy, że przez najbliższe dwa lata tytuł najlepszej ekipy strefy CONCACAF dumnie dzierżyć będą Amerykanie.

Trudno powiedzieć, że takie rozstrzygnięcie jest w jakiś sposób szokujące. W końcu tylko raz zdarzyło się, że Gold Cup wygrał ktoś spoza dwójki USA - Meksyk (była to Kanada w 2000 roku). Jednocześnie triumf dla USA pozostaje o tyle ważny, że stanowi potwierdzenie właściwego kierunku zarządzania reprezentacją, który obrał nowy trener Jurgen Klinsmann. Można oczywiście gderać, że turniej rozgrywany u siebie (prawda), że Meksyk wysłał drugi skład (prawda), że konkurencja w tym roku wyjątkowo kiepska (prawda). Mimo wszystko zwycięstwo w turnieju to jednak zawsze spore wyzwanie i rzadko udaje się to drużynom z przypadku. Amerykanom się udało i chwała im za to.

Jeszcze kilka słów o gwiazdach i gwiazdkach turnieju. MVP turnieju został świetnie wszystkim znany Landon Donovan. Amerykanin strzelił 5 goli (zdobył Złoty But), sporo asystował i był mózgiem ekipy spod gwieździstego sztandaru. 31-letni Donovan podczas turnieju przekroczył próg 150 meczów w kadrze stając się zarazem jednym z najbardziej doświadczonych reprezentantów na świecie. I znowu nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie to, że kilka miesięcy przed turniejem... zniknął! Kapitan USA zmagał się z depresją, przerwał grę w piłkę i zaszył się nie wiadomo gdzie. Wrócił dopiero po czterech miesiącach i okazało się, że przerwa dobrze mu zrobiła.

Innym reprezentantem USA, który błyszczał na Gold Cup 2013 i również wywalczył Złoty But dla najlepszego strzelca jest Chris Wondolowski. To kolejny zawodnik, który nie wyskoczył z pudełka. Wondolowski to dwukrotny król strzelców MLS (2010 i 2012) i najlepszy zawodnik ligi ostatniego sezonu. W kadrze występuje już dwa lata, ale przedtem na niego specjalnie nie stawiano. Na Gold Cup 2013 pokazał, że jest rasowym goleadorem, którego głównym atutem pozostaje gra głową. Na jego niekorzyść natomiast działa wiek. Zawodnik, którego dziadek pochodzi z Warszawy, ma już na karku 30 lat - trochę dużo jak na kadrowego świeżaka.

W zwycięskiej drużynie podobał mi się także Brek Shea (pisałem o nim tutaj, wielki talent) i mikry Joe Corona, a niespodzianką (raczej pozytywną) w bramce Jankesów był dość starawy już Nick Rimando z Realu Salt Lake City.

Najlepszym bramkarzem turnieju został uznany golkiper Panamy - Jaime Penedo. Dla bramkarza Kanałowców to miłe wyróżnienie, bo występuje on już w kadrze od dekady. Ostoją defensywy srebrnych medalistów był zabójczo solidny kapitan Roman Torres, który został bohaterem półfinału z Meksykiem.

Poza tym w reprezentacji Panamy dobrze radził sobie także ofensywny duet rutyniarz Blas Perez i młody Gabriel Torres (trzeci z królów strzelców). Temu pierwszemu już nie w głowie chyba wielkie transfery, ale Torres może zapragnąć zamienić ekwadorski Zamora FC na coś ciekawszego.

W bezbarwnym Hondurasie błysnął 20-latek z Anderlechtu - Andy Najar.

Fajne wrażenie za to zrobił młody skład Meksyku. Z "10" na plecach błyszczał w nim Marco Fabian (1.70 m, świetny technik). Może już pora na transfer do Europy?

W ataku przyjemnie dla oka wspierał go Raul Jimenez. Inni? O Rodolfo Zelayi pisałem już tutaj. Strachem napawała składająca się z dryblasów reprezentacja Trynidadu i Tobago, z atakiem w postaci wielkich rastamanów Kenwyne Jonesa i Keona Daniela.

Największym przegranym turnieju jest zdecydowanie skompromitowana Kanada, a pomimo wysokich zwycięstw w grupie blado wypadła też Kostaryka.

Gold Cup 2013 wygrała najlepsza drużyna turnieju. Kolejny test czeka Amerykanów za rok w Brazylii. Ciekawe czy Klinsmann będzie w stanie poprowadzić ich po medal mundialu.

P.

piątek, 26 lipca 2013
Piękne przewrotki śląskich beniaminków w pucharach. Piast i zaginione wideo z Odry

Marcin Robak (Piast Gliwice) po strzeleniu gola przewrotką z Karabachem Agdam

Szkoda, strasznie szkoda, że Piast Gliwice nie wyeliminował azerskiego Karabachu Agdam. Szkoda też, że Śląsk Wrocław w głupi sposób pozbawił się kompletu punktów za tę rundę do rankingu UEFA. Że te liczby po przecinku nie mają znaczenia? Powiedzcie to Wiśle Kraków, która miała być rozstawiona w eliminacjach Ligi Mistrzów albo wicemistrzowi Polski, który też miał w nich grać.

Piast zaprezentował się przyzwoicie, wstydu nie przyniósł, natomiast - umówmy się - smutne to dla polskich kibiców czasy, w których odpadnięcie z klubem z Azerbejdżanu wstydu już nie robi. Śląski beniaminek w europejskich pucharach żegna się pięknym golem Marcina Robaka,

 

który to przypomniał mi o innym śląskim debiutancie w pucharach.

To już szesnaście lat (prawie co do dnia) od meczów Odra Wodzisław - Pobeda Vitaminka Prilep. O rewanżowym wyjeździe do Macedonii szeroko na swoim blogu pisał Paweł Czado. Tam Odra przegrała - tak jak Piast w Baku - 1:2. Najpierw jednak wodzisławianie urządzili gościom na swoim obiekcie (kilkanaście dni wcześniej zalanym podczas powodzi) srogie lanie. I tu znów pojawia się śląska przewrotka, ale - uwaga - nie chodzi o strzał zakończony golem, ale o asystę. Sławomir Paluch pięknie do Jacka Polaka i jest 1:0. Sam Paluch podwyższył na 2:0, aż w końcu wynik na 3:0 ustalił szczególnie bliski sercom i metrykom autorów tego bloga Mariusz Nosal - o którym niestety słuch zaginął.

Nasze pojemne jak szafa Lesiaka archiwa akurat dysponują unikatowym skrótem z tego spotkania.


Odra Wodzisław Śląski - Pobeda Prilep 3:0 (23.07.1997) przez numer10

Odra Wodzisław - Pobeda Vitaminka Prilep 3:0 (1:0)

Bramki: Polak (34.), Paluch (48.), Nosal (68.).

Odra: Kłoda - Staniek, Brzoza, Skorupa, Sowisz - Sibik, Wieczorek (78. Pluta), Zagórski (68. Bałuszyński), Polak - Wosz (63. Nosal), Paluch. 

Przypomnijmy, że zanim Odra zagrała w Pucharze UEFA, wystartowała w... Pucharze Intertoto. W klubie nikt nie spodziewał się awansu do "normalnych" pucharów, więc już udział w pucharze lata traktowano jako wielką szansę i promocję. Start w Intertoto Odra zaczęła od porażki 2:4 z Rapidem Bukareszt u siebie (było już 0:4; gole Przemysław Pluta i Paweł Sibik), potem były baty w Lyonie (2:5, dwa razy Krzysztof Zagórski), po nich... tygodniowe wczasy całego zespołu w Nicei, dalej bezbramkowy remis z Żiliną w Jastrzębiu (podczas powodzi w Wodzisławiu) i na deser niesamowite zlanie Austrii w Wiedniu, 5:1 po hattricku Zagórskiego i golach Wieczorka i Sowisza.

Zdjęcie Sowisza w japońskim Kyoto Purple Sanga, a także sporą część powyższych informacji można znaleźć w monografii Odry, o której w jednym z następnych wpisów.

B.

UWAGA! Blogowy facebook wciąż szuka swoich fanów. Na nim jeszcze więcej eksplozji neurotycznych ciekawostek i niesamowitych historii.

PS Dwie zagadki, bez nagród.

1) Jaki kolor miały stroje Odry podczas meczu w Macedonii?

2) Skąd pochodzi skrót wodzisławskiego spotkania z Pobedą?

PS 2

Mecz Lecha z Honką Espoo został odbębniony, święte prawo poznańskiego zespołu, że wygrał specjalnie się nie przemęczając. Natomiast nie dziwię się osobom, które były rozczarowane, bo zapłaciły 40-50 zł za bilety na tego typu sparing. Na takie mecze klub powinien dać dwa razy niższe ceny.

środa, 24 lipca 2013
Kryzys, czyli wszystkiemu winny Gresko

Jednym z moich ulubionych sposobów wyjaśniania obecnego kryzysu gospodarczego na przykładzie piłki, to wskazywanie palcem na kolorowe lata 1998-2006 i kwoty, które kluby czołowych lig europejskich (nie jacyś dorobkiewicze z obrzeży kontynentu) płaciły za piłkarzy. Do dziś w pierwszej dziesiątce najdroższych zawodników utrzymuje się Zinedine Zidane (za 73,5 mln do Realu w 2001 roku; 2 miejsce w rankingu), Figo (do Realu za 60 mln euro w 2000 roku; 5 m.) i Hernan Crespo (do Lazio za 55 mln w 2000 roku; 9 m.), a zaraz za nią mieszczą się Gianluigi Buffon (do Juve za 54,2 mln w 2001 roku; 11 m.), Gaizka Mendieta (za 48 mln do Lazio w 2001 roku; 12 m.), Rio Ferdinand (za 46 mln do Manchesteru w 2002 roku; 14 m.), Andrij Szewczenko (za 46 mln do Chelsea w 2006 roku; 15 m.), Christian Vieri (za 45 mln do Interu w 2000 roku; 16 m.) i Ronaldo (za 45 mln do Realu w 2002 roku; 17 m.). Takie bajońskie sumy płacone za zawodników, którzy nawet grając kapitalnie nie mieli możliwości się spłacić, a zwykle byli kompletnymi niewypałami (Mendieta albo Szewczenko) napompowały bańki, które prędzej czy później musiały eksplodować.

To jednak tylko jeden życiodajny zastrzyk dla inkubującego się potwora pod nazwą "kryzys". Drugi, być może nawet ważniejszy, to masa krytyczna przedziwnych transferów, w których bardzo przeciętni zawodnicy zostali przehandlowani za astronomiczne kwoty, które nijak miały się do ich umiejętności. Dla mnie patronem takich ruchów jest obchodzący dziś właśnie 36. urodziny Vratislav Gresko.

O przyszłym na świat w 1977 roku w małym słowackim miasteczku Tajov defensorze pewnie nikt by dzisiaj już nie pamiętał, gdyby nie jego niezwykła kariera klubowa. Gresko swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał w Dukli Bańska Bystrzyca, a w wieku 20 lat przeniósł się do Interu Bratysława. Dwa lata dobrej gry w stołecznym klubie zaowocowało dość niespodziewanym transferem do Bayeru Leverkusen!

W Bundeslidze Słowak przez 1,5 roku rozegrał tylko 15 meczów, do tego dorzucił jeszcze 5 w Lidze Mistrzów. W tym czasie rozpoczął także swoją reprezentacyjną karierę. Te, trzeba przyznać, dość wątłe osiągnięcia wystarczyły jednak, aby w październiku 2000 roku Gresko przeniósł się do Interu Mediolan za niemal 5 mln euro! (sic!). Wielu fanów przecierało oczy ze zdumienia, ale włoscy bossowie właśnie taką kwotę postanowili wysupłać z kieszeni. Jako lewy obrońca Słowak spędził w Mediolanie niemal dwa lata obok takich tuzów jak Ronaldo czy Vieri. Jego szczytowym osiągnięciem tego okresu jest piękny gol strzelony w ćwierćfinale Pucharu UEFA z AEK Ateny.

Zakończenie pięknego snu Gresko i zarazem bolesna deziluzja włodarzy klubu przyszły podczas ostatniej kolejki sezonu 2001/2002. Inter mający wtedy jeszcze szanse na mistrzostwo przegrał na wyjeździe z Lazio (4:2) grzebiąc zarazem marzenie o scudetto (zajął 3. miejsce). Czarnym bohaterem spotkania okazał się właśnie Słowak, który asystował przy drugiej bramce Poborskiego.

Po tym spotkaniu spadła na niego fala krytyki i było jasne, że dla reprezentanta Słowacji nie ma już przyszłości w Interze. Po zakończeniu rozgrywek szybko wymieniono go na Matiasa Almeydę z Parmy. Od tego czasu rozpoczęło się bujanie Greski. Pół roku spędził w Parmie (5 meczów), cztery lata w Blackburn (40 meczów), rok w Norymbergii (15 meczów), rok w Bayerze Leverkusen (21 meczów), a od 2011 roku występuje w drugoligowym słowackim zespole ZP SPORT Podbrezova. Tam wreszcie jest kapitanem i liderem (przynajmniej był nim w sezonie 2011/2012).

Personalnie nie mam nic przeciwko Gresce, ale dla mnie stanowi on właśnie symbol alternatywnej ekonomii uprawianej przez wiele (większość) klubów na przełomie wieków. Właśnie tworzenie takich spekulacyjnych baniek - w tym przypadku dotyczących cen zawodników - doprowadziło do zapaści wielu instytucji funkcjonujących w obrębie rynku finansowego. Ktoś powie - zawodnik kosztuje tyle, ile ktoś za niego zapłaci. OK. Ktoś inny doda, że nie warto się czepiać, bo to przecież prywatne pieniądze klubów. OK. Tylko to wszystko razem pospinane jest z równie nadętym i niewydolnym systemem bankowym i prowadzi do znanych nam świetnie i bolesnych zarazem konsekwencji.

A poza tym to wszystko jest zwyczajnie głupie, bo kto widział, żeby szanujący się klub wykładał pięć baniek za bardzo przeciętnego kopacza.

P.

UWAGA! Blogowy facebook wciąż szuka swoich fanów. Na nim jeszcze więcej eksplozji neurotycznych ciekawostek i niesamowitych historii.