Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 04 października 2012
Czereś, czyli talibowie, Chiny i ZOMO

Dzisiaj 41. urodziny obchodzi zawodnik, którego większość kibiców kojarzy tylko z jednym meczem, mimo że na swoim koncie ma on mistrzostwo Polski i tytuł króla strzelców. Sylwester Czereszewski. Czereś.

Pierwszym klubem zawodnika urodzonego w leżącej przy polsko-litewskiej granicy Gołdapi była Korona Klewki (stąd też słynna ksywa - Pele z Klewek!). To w tej właśnie miejscowości grasować mieli swego czasu talibowie. Czereszewski jednak na pewno ich nie spotkał, ponieważ od początku 1989 roku terminował już w Stomilu Olsztyn. Z tym klubem grał z sukcesami w niższych ligach, aż odezwało się po niego wojsko. Przymusową służbę postanowił odrobić on jednak w policji. Bieganie w mundurze tak mu się jednak spodobało, że chciał kontynuować tę ścieżkę rozwoju także po zakończeniu służby zasadniczej. Wtedy jednak na powrót zarówno do piłki jak i Olsztyna namówić go miał Bogusław Kaczmarek. Jak twierdzi dziś były asystent Leo Beenhakkera – gdyby nie on, to Czereszewski pracowałby w ZOMO. Piłkarz chyba też nie żałuje swojego wyboru, bo po półtora roku udało mu się awansować ze Stomilem do ekstraklasy. W najwyższej lidze drużyna przez długi czas była sensacją rozgrywek (po dziesięciu kolejkach sezonu 1994/1995 zajmowała 5. miejsce), a sam zawodnik został okrzyknięty Odkryciem Roku 1994 przez tygodnik „Piłka Nożna”. Potem w stolicy Mazur bramkostrzelny gracz spędził jeszcze dwa lata, w międzyczasie trafiając również do reprezentacji Polski prowadzonej przez Henryka Apostela.

Jego dobra gra nie umknęła szperaczom z Łazienkowskiej. I tak na początku 1997 roku Czereszewski przeniósł się do stolicy, a wraz z nim trafił tam również duet z Częstochowy – Paweł Skrzypek i Jacek Magiera. Poza tym na miejscu na piłkarza czekał już jego druh z Olsztyna - Tomasz Sokołowski. Być może dzięki takiej kompanii Czereszewski szybko wpasował się w zespół. Już w pierwszym sezonie wywalczył krajowy puchar (strzelił bramkę w finale) i wicemistrzostwo Polski (trafił w pamiętnym meczu z Widzewem Łódź). Potem jego pozycja w zespole wciąż rosła i w efekcie kędzierzawy napastnik spędził w Legii aż pół dekady, w tym czasie zdobywając z drużyną mistrzostwo Polski (2002), Puchar Polski (1997) i Puchar Ligi (2002), a indywidualnie również tytuł króla strzelców (1998). W sumie dla ekipy z ulicy Łazienkowskiej rozegrał 116 ligowych meczów i zdobył 45 goli.

Gorzej natomiast wyglądała jego kariera reprezentacyjna. Czereszewski w kadrze rzucano na różne pozycje (od napastnika, przez skrzydłowego, po rozgrywającego oraz... defensywnego pomocnika) i w efekcie nie za bardzo miał on pole do popisu. W zasadzie jedynym jego występem, który pamiętają fani biało-czerwonych był ten w eliminacjach do EURO 2000 przeciwko Bułgarii w Burgas (wrzesień 1998), gdzie ówczesny legionista strzelił dwie bramki.


Kryzys kariery Czereszewskiego przyszedł jeszcze podczas jego pobytu w Legii. Piłkarz niezadowolony z treningów pod okiem Drogomira Okuki postanowił przenieść się aż do... Chin!

Po kilku miesiącach pobytu tam i wyczerpujących podróżach samolotami na mecze ligowe postanowił wrócić jednak do Warszawy. Stołeczny klub w połowie rundy jesiennej przyjął zawodnika z powrotem do składu, a ten odwdzięczył mu się dobrą grą (6 goli w 11 meczach) i sporym wkładem w mistrzowski tytuł (2002). Po wypiciu szampana dobry nastrój jednak prysnął i zawodnikowi podziękowano za współpracę. Postanowił więc on poszukać szczęścia na Cyprze w zespole AEL Limmasol. Ta decyzja okazała się jednak kompletną pomyłką. Klub z Wyspy Afrodyty zerwał bowiem kontrakt z Polakiem... zanim jeszcze wystartowały rozgrywki ligowe. W efekcie jesienią 2002 roku Czereszewski nieoczekiwanie stał się bezrobotny.

Wtedy rękę po niego wyciągnął Lech Poznań. Kolejorz fatalnie zaczął sezon 2002/2003. Jako beniaminek zwyciężył w pierwszej kolejce z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (2:0), ale potem było już tylko gorzej. Zespół nie tylko nie potrafił wygrywać, ale także strzelać bramek (9 goli w 12 kolejkach). Zawodnicy odpowiedzialni za siłę ofensywną, albo popadli w apatię (Reiss, Ślusarski, Goliński), albo okazali się zwyczajnie za słabi na ekstraklasę (Bugaj, Przysiuda). Pomysłem trenera Baniaka na rozwiązaniem tego problemu miało być właśnie ściągnięcie Czereszewskiego. Krótko jednak po tym jak były reprezentant Polski zameldował się przy Bułgarskiej Baniak... ulotnił się spod tego adresu. Po serii fatalnych wyników (drugie w sezonie zwycięstwo Lech odniósł dopiero w 13. kolejce!) najpierw zastąpił go Czesław Jakołcewicz, a potem Bohumil Panik. Ten pierwszy mocno stawiał na eks-stomilowca. Czereszewski grał u niego całe mecze na środku pomocy wraz z Michałem Golińskim. Panik natomiast sadzał go zwykle na ławce i wpuszczał dopiero w końcówkach jako zmiennika Reissa, Ślusarskiego lub Gajtkowskiego. W całym sezonie 2002/2003 w barwach Kolejorza nasz bohater uzbierał 18 spotkań i 5 goli. Co ciekawe miał on chyba ulubione drużyny do dręczenia, bo trafiał do siatki w obu meczach ze Szczakowianką Jaworzno (2:2 i 2:1) i Wisłą Kraków (2:3 i 2:4).

Status rezerwowego przy Bułgarskiej zupełnie jednak nie odpowiadał Czereszewskiemu, a nowy trener Libor Pala także nie przejawiał zainteresowania jego usługami. Piłkarz odszedł więc do Górnika Łęczna, gdzie występował przez 1,5 roku, ale w końcu pożegnano go po licznych kontuzjach i na skutek konfliktu z... Bogusławem Kaczmarkiem.

 

Przez całą rundę zawodnik pozostawał bez pracy i dopiero na początku sezonu 2005/2006 zatrudniła go Odra Wodzisław. Bohater z Burgas był tam jednak dopiero czwartym napastnikiem za Maciejem Korzymem, Adamem Czerkasem i Łukaszem Masłowskim. Po zakończeniu rundy jesiennej opuścił więc on śląskie miasteczko i wrócił na Mazury. Tak właśnie zakończyła się profesjonalna kariera piłkarska króla strzelców 1998.

 

Ale... Czereszewski pozostał przy futbolu. W 2008 roku otworzył szkółkę piłkarską w Olsztynie, gdzie zajął się szkoleniem juniorów. Od sezonu 2011/2012 w warmińsko-mazurskiej B-klasie występuje także zespół Czereś Sport Olsztyn. Jego prezesem i trenerem jest były reprezentant Polski, a najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem... oczywiście on sam. Natomiast początku obecnego sezonu zespół połączył się z KS Fortuną Gągławki i dzięki temu dziś występuje już w A-klasie.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego "Heeej Lech!"

środa, 03 października 2012
Zniknięcie potęgi. Rocznica końca NRD

3 października 1990 roku, a więc równo 22 lata temu, doszło do zjednoczenia Niemiec. Było to wydarzenie, które nie tylko zmieniło losy polityczno-gospodarcze całej Europy, ale również jej porządek sportowy. Oto bowiem zniknęło pompowane sterydami mocarstwo, które w perspektywie kolejnych lat mogło w światowym sporcie znaczyć jeszcze więcej niż dzisiaj Chiny. Mowa oczywiście o Niemieckiej Republice Demokratycznej. Świetnym przewodnikiem po świecie enerdowskiego sportu jest książka Dariusza Wojtaszyna "Sport w cieniu polityki. Instrumentalizacja sportu w NRD".

To pozycja naukowo-historyczna, to każdy kibic powinien być usatysfakcjonowany po jej lekturze. Ci, którzy w enerdowskiej przeszłości orientują się gorzej - będą mieli okazję zapoznać się z mechanizmami sportowej maszyny. Ci, którzy pamiętają jak ona działała, z pewnością dowiedzą się rzeczy, które przedtem funkcjonowały jako plotka.

Można zaryzykować tezę, że dla NRD sport jeszcze ważniejszy niż gospodarka czy kultura. Sport był bowiem oknem na świat, możliwości nawiązywania kontaktów z innymi krajami oraz pokazywania wszem i wobec, że nawet na zachodzie Europy najlepiej sprawdza się jeden model rozwoju państwa - ten socjalistyczny. Sportowcy stali się więc "dyplomatami w dresach" i pełnili nie mniej istotną rolę niż czołowi politycy.

Sport w NRD był więc wszędzie. Rozkwitały kluby przyzakładowe: Dynamo - policja i służba bezpieczeństwa, Lokomotive - kolej, Stahl - przemysł ciężki i hutnictwo, Aktivist - przemysł surowcowy, Vorwarts - milicja ludowa, a później wojsko itd. Organizowano masowe zawody, zakładano szkoły i uczelnie sportowe, goniono do uprawiania gimnastyki, dofinansowywano uprawianie określonych dyscyplin, a stowarzyszenia sportowe skupiały aż 22% obywateli kraju (inna sprawa w jaki sposób byli oni tam werbowani). Poza sportem masowym kładziono wielki nacisk na wyniki sportowe. To wszak one miały być wizytówką państwa za granicą. W tym celu, poza morderczymi treningami, o czym warto jednak pamiętać, enerdowskich sportowców szprycowano całym farmakologicznym wówczas arsenałem. Autor książki pisze o czterech fazach rozwoju dopingu w NRD:

- faza preanaboliczna, lata 60-te, stosowano głównie środki pobudzające na bazie amfetaminy;

- faza anaboliczna, od 1964 roku, szprycowanie sterydami anaboliczno-androgennymi;

- centralna faza anaboliczna, od 1974 roku, stosowanie sterydy anaboliczne wchodzi w zenit - w tym okresie trwa już centralnie zarządzana ich dystrybucja, opis dawkowania i badania naukowe;

- faza postanaboliczna; lata 80-te, wobec kampanii antydopingowych zamiast sterydów stosuje się bardziej wyszukane środki - psychotropy, doping krwią, baby-doping (porażająca metoda - wykorzystywanie w najważniejszych zawodach skrajnej mobilizacji organizmu w okresie wczesnej ciąży, później usuwanej);

Jak wiemy już dzisiaj, w większości przypadków sportowcy nawet nie wiedzieli, że lecą na sterydach, bo trenerzy i lekarze takiej wiedzy im nie przekazywali.

Autor książki pokazuje do jakich spektakularnych skutków doprowadziła taka pseudosportowa polityka. NRD w krótkim czasie stało się bowiem jednym z najważniejszych graczy we światowym sporcie! Enerdowcy, jako samodzielna reprezentacja występowali w latach 1965-1990 (przedtem MKOl nie uznawał rozdziału państwa niemieckiej, więc i reprezentacja była wspólna). Rzut oka na medale zdobywane przez NRD na kolejnych letnich igrzyskach, dla porównania - na tle RFN.

LIO 1968 - NRD: 25 medali (9 złotych), 5. miejsce w klasyfikacji medalowej; RFN: 26 (5), 8m.

LIO 1972 - NRD: 66 (20), 3 m.; RFN: 40 (13), 4 m.

LIO 1976 - NRD: 90 (40), 2 m.; RFN: 39 (10), 4 m.

LIO 1980 - NRD: 126 (47) 2 m.; RFN: bojkot

LIO 1984 - NRD: bojkot; RFN: 59 (17), 3 m.

LIO 1988 - NRD: 102 (37), 2 m.; RFN: 40 (11), 5 m.

Podobnie te dysproporcje rysowały się w przypadku igrzysk zimowych (odsyłam na strony 135-143 książki). Można zauważyć, że osiągnięcia obu ekip w 1968 roku były jeszcze bardzo podobne, a dwadzieścia lat później dzieliła je różnica ponad sześćdziesięciu zdobytych krążków! Warto przywołać kilka najciekawszych postaci z tamtego okresu: zabójcza sprinterka Renate Stecher, niepobity pływak Roland Matthes, kulomiot Udo Beyer, maratończyk Waldemar Cierpinski, pływaczki Barbara Krause, Kornelia Ender i Kristin Otto, słynna łyżwiarka Katarina Witt, zastępy kolarzy na turbodopalaniu - Bernd Drogan, Lothar Thomas, Uwe Raab czy załogi kajakarskie i wioślarskie. Wszyscy oni mieli w swoim kraju rangę bogów i sympatię wszystkich polityków.

Gorzej jednak wiodło się tym, którym socjalistyczny ustrój, mimo sportowych sukcesów, nie podobał się za bardzo i postanowili uciec do RFN. Przykładem tego może być popularny enerdowski piłkarz Lutz Eigendorf. Cztery lata po tym jak uciekł do kapitalistycznej części Niemiec zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w wypadku ("wypadku") samochodowym. Za wydarzeniem stać miało oczywiście Stasi. Świetny tekst o nim tutaj (tutaj jeszcze inny, ale po turecku, więc trzeba jechać translatorem), a tutaj i tutaj (dwie części) kapitalny tekst o zagadce jego śmierci.

Warto jeszcze przez chwilę pochylić się nad kondycją piłki w NRD. Mimo usilnych starań, szczególnie na początku istnienia państwa (specjalna klasyfikacja i ekstra dotacje) NRD nigdy nie stało się mocarstwem piłkarskim. Enerdowskie kluby w europie były zwykłymi średniakami. Zdarzyły się jednak dwa rodzynki w tym mętnym cieście. W 1974 roku 1.FC Magdeburg wygrało Puchar Zdobywców Pucharów. W drodze po to trofeum drużyna odprawiła NAC Breda, Banik Ostrawa (0-2 i 3-0), Beroe Stara Zagora, Sporting Lizbona a w finale słynny AC Milan (2-0).

 

Natomiast w 1981 roku, w tym samych rozgrywkach, Carl Zeiss Jena dotarł do finału. Po drodze wyeliminował AS Roma (0-3 i 4-0!), Valencię, Newport County i Benfikę Lizbona. Jak wyglądał finał z Dinamo Tbilisi to już jednak wszyscy wiemy, bo pisałem o tym tutaj.

Jeszcze gorzej wyglądają dokonania piłkarskiej reprezentacji kraju. Starała się zakwalifikować do wszystkich imprez w latach 1958-1990. Udało jej się tylko raz. W 1974 roku awansowała na mundial rozgrywany w... RFN. Tam NRD spisywało się bardzo dobrze. Na inaugurację wygrało z Australią (2-0), potem zremisowało z Chile (1-1), by w ostatnim meczu grupowym odnieść największe zwycięstwo w swojej historii - pokonać RFN (1-0)!

 

Euforia jednak szybko została ostudzona. W drugim etapie grupowym (tak, był wtedy taki) enerdowcy przegrali z Brazylią (0-1) i Holandią (0-2) oraz zremisowali z Argentyną (1-1) i nie dane już im było bić się o medale. Mistrzostwo zdobyła zaś reprezentacja... RFN.

Po upadku muru struktury sportowe ze stemplem "NRD" stopniowo znikały. Do dziś jednak zbierane jest żniwo tamtego systemu w postaci chorób genetycznych i problemów hormonalno-płciowych byłych mistrzów sportu. Piętno pozostało i choćby dlatego warto pamiętać, o tym, co działo się za naszą zachodnią granicą przez niemal pół wieku.

P.

Jedyna taka stolica

Przekorna niemiecka rewolucja jakości

wtorek, 02 października 2012
Podgórski mógł lepiej, ale mógł też gorzej

Tomasz Podgórski, błyszczący od początku sezonu kapitan Piasta Gliwice, jest zawodnikiem o bardzo ciekawej przeszłości. Przez niemal całą swoją karierę pozostaje on związany z gliwickim klubem (niemal = półroczne wypożyczenie do Zawiszy Bydgoszcz wiosną 2010). Z zespołem tym grał już w ekstraklasie (lata 2008-2009), ale większość kibiców usłyszała o nim dopiero teraz.

Niemniej ciekawa jest reprezentacyjna przeszłość Podgórskiego. Urodzony w 1985 roku piłkarz załapał się do rocznika, nad którym trenerską pieczę w młodzieżowych reprezentacjach Polski sprawował Andrzej Zamilski. Od samego początku jego ekipa odnosiła mniejsze i większe sukcesy. Najpierw, jeszcze bez Podgóskiego, awansowała do ME U-17 2002. Tam nie wyszła z grupy z Niemcami, Gruzją i Węgrami. Zaliczyła trzecie miejsce - zwycięstwo z Węgrami, remis z Gruzją, porażka z Niemcami.  Polska ekipa w składzie: Łukasz Fabiański, Krystian Kalinowski, Piotr Stawowy, Mariusz Solecki, Tomasz Szczepan, Marcin Kowalczyk, Marcin Tarnowski, Michał Pędzich, Krzysztof Kruczek, Grzegorz Bartczak, Paweł Jurgielewicz, Mateusz Spaczyński, Klaudiusz Łatkowski, Patryk Buława, Marcin Juszczyk, Radosław Feliński, Marcin Borowczyk, Michał Lemanowicz. Prawda, że z dzisiejszej perspektywy królują postacie egzotyczne? Większość z nich nie zagrała nawet nigdy w ekstraklasie. Ciekawostki: dla Niemiec strzelał były gracz Górnika Paul Thomik oraz... Lukas Podolski. Gwiazdą Anglii był Rooney, a dla Czechów trafiał Michal Papadopulos z Zagłębia Lubin. Przebieg składów do wglądu tutaj.

Kolejna impreza to ME U-19 2005 w Szwajcarii - znów bez Podgórskiego. Skład Polaków: Łukasz Fabiański, Piotr Celeban, Grzegorz Bartczak, Klaudiusz Łatkowski, Sebastian Madera, Marcin Tarnowski, Tomasz Szczepan, Marcin Smoliński, Marcin Kowalczyk, Sławomir Peszko, Łukasz Piszczek, Marcin Juszczyk, Piotr Stawowy, Łukasz Żyrkowski, Grzegorz Szymanek, Jakub Błaszczykowski, Łukasz Jasiński, Michał Ilków-Gołąb. Skład silny, trzeba przyznać. Mimo to biało-czerwoni odpadają już po fazie grupowej z kompletem porażek z Turcją, Niemcami i Hiszpanią (zachęcam to przejrzenia sobie składów z tych mistrzostw - do wglądu tutaj).

Po helweckim czempionacie reprezentacji rocznika 1985 przyszło się bić o awans na Igrzyska Pekin 2008. Zamilski postanowił zmienić nieco zasoby personalne. Wypadają najsłabsi z poprzedniej kadry, a w ich miejsce pojawiają się nowi - lepsi. Dzięki temu do kadry przebił się Tomasz Podgórski. Oto ekipa bijąca się o chińską olimpiadę: Łukasz Fabiański, Grzegorz Bartczak, Grzegorz Wojtkowiak, Dawid Kucharski, Jakub Rzeźniczak, Błażej Telichowski, Jakub Błaszczykowski, Tomasz Bandrowski, Mariusz Zganiacz, Łukasz Trałka, Marcin Smoliński, Piotr Celeban, Łukasz Piszczek, Sebastian Szałachowski, Tomasz Podgórski.

Patrząc na zawodników, z którymi Podgórski grał w młodzieżowej kadrze, to można powiedzieć, że biją go oni na głowę. Gdzie bowiem jest dziś nasz bohater, a gdzie Błaszczykowski, Fabiański, Piszczek czy nawet Bandrowski z Celebanem. Z drugiej jednak strony, jeśli spojrzeć na to, z kim Podgórski przegrywał rywalizację na poziomie kadry U-17 czy U-19, to widać, że ciężką pracą można osiągnąć więcej niż samym talentem. Najbardziej utalentowany zawodnik z tamtego rocznika Tomasz Szczepan dziś kopie w II-ligowej Calisii Kalisz. Szczebel niżej, bo w III-ligowym Lechu Rypin ruchu na świeżym powietrzu zażywa inny ówczesny as - Marcin Tarnowski.

Czyli ten Podgórski nie jest taki dobry jak koledzy, ale i nie taki zły jak koledzy.

P.

Młode złoto i tragedie

Zapomniany brąz mistrzostw Europy U-16 1990

niedziela, 30 września 2012
Dariusz Dziekanowski

dd

Już sam dźwięk tych słów elektryzował przed laty, z różnych zresztą powodów, polskiego kibica, a i dla choćby średnio zorientowanego fana piłki kopanej na Starym Kontynencie niósł ze sobą pewne istotne znaczenie. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać z jakąkolwiek poważną opinią dotyczącą Dziekanowskiego, a wyrażaną przez ludzi znających się na futbolu, na szkoleniu, której osią i fundamentem zarazem nie byłby zachwyt nad olbrzymią skalą talentu, jakim dysponował popularny Dziekan. Przyznają to wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z tym piłkarzem, mając okazję biegać z nim wspólnie po zielonej murawie, w tej samej lub przeciwnej drużynie, razem trenować,  tudzież przyglądać się z bliska jego boiskowym wyczynom. Mówią o tym selekcjonerzy, trenerzy, piłkarze. Chwilę potem pojawia się nieodłączne „ale” i litania „gdybań”, dlaczego kariera Dziekanowskiego potoczyła się tak, a nie inaczej. Uważam, że pisanie zwykłej, blogowej notki, poświęconej byłemu reprezentantowi Polski, któremu dzisiejszej niedzieli stuknie półwiecze na naszym pięknym świecie – nosi znamiona pewnej profanacji, bo Dziekanowski to solidny materiał na dobrą, naprawdę ciekawą literaturę oraz nie gorsze kino. A jednak nie napisać o nim choćby kilku linijek, i to na blogu ochrzczonym Numerem 10, byłoby jednak zaniechaniem godnym pożałowania.

Dariusz Dziekanowski jest niewątpliwie dzieckiem piłkarskiej Warszawy. Tu się urodził, tu się wychował, swym unikalnym futbolowym talentem obdarował aż trzy zespoły ze stolicy i to chyba właśnie w niej przeżył najpiękniejsze chwile swej piłkarskiej kariery. Kariery, która wystartowała niezwykle obiecująco. Dziekanowski zaczyna swą przygodę z dorosłym futbolem w drugoligowej Polonii, dla której debiutancką bramkę uzyskuje późną jesienią 1978 roku. Trenerem Czarnych Koszul jest wówczas Jerzy Engel, z którym Dziekanowski spotka się jeszcze na ścieżkach swej kariery, w murach tego samego miasta, choć już w zupełnie innym klubowym budynku. Na razie jednak Poloniści spadają do trzeciej ligi, ale zdolny Dziekanowski pozostaje na drugoligowych murawach, znajdując zatrudnienie w lokalnym rywalu – Gwardii Warszawa. Tam wychowanek Czarnych Koszul tworzy legendarny już dziś, a wówczas kipiący młodością i entuzjazmem, niesamowity ofensywny tercet wespół z Krzysztofem Baranem i Markiem Banaszkiewiczem. Przez dwa sezony gwardziści przypuszczają szturm na pierwszą ligę i w końcu, latem 1981 roku udaje się ów awans wywalczyć (Dziekanowski we wspomnianych obu sezonach na zapleczu Ekstraklasy zdobywa dla Gwardii 20 goli).

O nieprzeciętnym talencie piłkarza znad Wisły robi się coraz głośniej. Piłkarz Gwardii kroczy na czele wspaniałego pokolenia 1962 (byli tam też Urban, Tarasiewicz, Furtok, Wdowczyk i jeszcze wielu, wielu innych), które miało, jak wierzono, popchnąć w przyszłości nasz futbol do wielkich sukcesów. Dziekanowski jest niekwestionowaną gwiazdą reprezentacji Polski do lat 18. Dwukrotnie zdobywa z tą drużyną wicemistrzostwo Europy. Na finałowym turnieju, rozgrywanym na boiskach we wschodnich Niemczech, Dziekan trafia trzykrotnie do siatki rywali. Najważniejszą bramką jest ta uzyskana w ścisłym finale na stadionie w Lipsku, a dająca Polakom prowadzenie w 34 min. meczu przeciwko Anglikom. Ostatecznie jednak Synowie Albionu, po golach Allena i Gibsona w ostatniej fazie spotkania, przechylają szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po roku, na wiosnę 1981, znów Polacy grają znakomicie (Dziekanowski strzela na turnieju aż 5 goli) i docierają do ścisłego finału. Tam jednak, na stadionie w Dusseldorfie, muszą uznać wyższość gospodarzy, ulegając zespołowi RFN 0:1.

Wydaje się, że dla Dziekanowskiego bramy do wielkiej piłkarskiej kariery stają otworem. Zaledwie 2 miesiące po wywalczeniu drugiego z rzędu młodzieżowego wicemistrzostwa Europy, w sierpniu 1981 r., Dariusz Dziewanowski wdziera się przebojem na boiska Ekstraklasy. Ówczesny gwardzista strzela dla swojego klubu jesienią 6 ligowych bramek, a 15 listopada 1981 r., na stadionie olimpijskim we Wrocławiu, w meczu eliminacyjnym do hiszpańskiego Mundialu przeciwko Malcie zalicza swój debiut w dorosłej reprezentacji Polski. W 68 min. tego spotkania, 19-letni wówczas piłkarz, zastępuje na boisku Smolarka, a już 12 min. później strzela Maltańczykom gola. Wszystko toczy się jak w bajce.

Dla wielu wydaje się oczywistym, iż dla młodziutkiego warszawskiego brylantu powinno znaleźć się miejsce w mundialowej ekipie na Espana ‘82. Dziekanowski zagra jeszcze w lutowym, towarzyskim meczu kadry z reprezentacją Mediolanu (wygrany przez biało-czerwonych 2:1), ale piękny sen o udziale w hiszpańskim Mundialu przerywa mu swą decyzją Antoni Piechniczek. Dziekan zostaje w domu, a Mistrzostwa świata obejrzy tylko w telewizji. Szkoda. Dla młodego, ponadprzeciętnie utalentowanego gracza ten turniej mógł być prawdziwą trampoliną do wielkiej futbolowej przygody. Tym bardziej, że Polacy odnieśli na hiszpańskim turnieju niewiarygodny wręcz sukces. Szlify nabrane na imprezie tej rangi, każda minuta spędzona na murawie, mogły w przyszłości bardzo wyraźnie zaprocentować. To jeden z ważniejszych momentów w jego karierze. To jeden z istotniejszych kluczy do zrozumienia, dlaczego potoczyła się ona później tak, a nie inaczej. Niespełna dwa miesiące po Mundialu, kadra biało-czerwonych rozgrywa towarzyski mecz na paryskim Parc de Princes, gdzie miażdży gospodarzy, gromiąc Francuzów w stosunku 4:0. To jest już drużyna, której pewnym punktem staje się Dziekanowski. Wywalcza sobie niepodważalne miejsce w podstawowej jedenastce. Strzela ważną bramkę w eliminacyjnym spotkaniu do Euro ‘84 przeciwko Finlandii. Można więc zaryzykować twierdzenie, że do występu na hiszpańskim Mundialu zabrakło mu zaledwie kilkudziesięciu dni lub też po prostu dobrej woli i odwagi selekcjonera.

Sezon 1982/83 jest ostatnim spędzonym przez Dziekana w gwardyjskich barwach. Jego klub spada z ekstraklasy, ale po Dziekanowskiego wyciąga ręce potężny wówczas łódzki Widzew. Dziekan przechodzi do Łodzi za niebotyczną jak na ówczesne polskie warunki kwotę. W Widzewie gra i strzela bramki w europejskich pucharach, jako piłkarz tego klubu strzela też kolejne gole dla reprezentacji. Ale nie czuje się dobrze w przemysłowym mieście. Udziela słynnego wywiadu, w którym zwierza się, że łódzkie powietrze mu nie służy, że sytuacja w klubie i atmosfera wewnątrz zespołu jest wręcz fatalna, że dochodzi nawet do tego, iż podczas meczów koledzy celowo unikają podawania mu piłki. Wraca więc do ukochanej Warszawy. Miejsca, które zawsze wita go z otwartymi rękami. Tym razem zachwyca kibiców stołecznej Legii. Już w debiucie strzela bezcenną bramkę w końcówce meczu z gdyńskim Bałtykiem. Swoją grą, swym piłkarskim kunsztem, wspaniałym, niespotykanym na naszych boiskach dryblingiem, znakomitym wyszkoleniem technicznym – rozkochuje w sobie bez opamiętania kibiców przy Łazienkowskiej. Na pozostałych polskich, ligowych boiskach jest najczęściej, najmocniej i najgłośniej wygwizdywanym graczem, jako właśnie symbol, nielubianej Legii. Dziekanowski był w tym kontekście takim ówczesnym, polskim, ligowym Cristiano Ronaldo. Gwizdano na niego przeraźliwie, ale wszyscy i tak doceniali jego ogromną piłkarską klasę, jego olbrzymie umiejętności.

W Legii Dziekanowski rzeczywiście odżył. Został wybrany piłkarzem roku w Polsce w 1985 roku. To właśnie tu, znów pod wodzą Jerzego Engela, przyszło Dziekanowi stoczyć cztery niezapomniane, pucharowe boje z mediolańskim Interem. To były prawdziwe piłkarskie wojny, porywające, emocjonujące, dramatyczne. W obu z nich nieznacznie lepsi okazali się być ostatecznie Włosi, ale Dariusz Dziekanowski (strzelił jedną bramkę) swoją znakomitą grą wywarł na włodarzach klubu z Mediolanu piorunujące wrażenie. W tak zwanym międzyczasie dołożył jeszcze na stadionie Śląskim w Chorzowie fantastyczne trafienie, dzięki któremu Polacy pokonali włoskich mistrzów świata 1:0. Wszystko to sprawiło, że zaczęto mówić o transferze legionisty do wielkiego Interu, gdzie mógłby stworzyć wspaniały ofensywny tercet wespół z Altobellim i Rummenigge (i powiedzmy to otwarcie: potencjałem czysto piłkarskim, Dziekanowski obu wspomnianym gwiazdorom światowego futbolu na pewno nie ustępował). Temat odżywał i powracał nie raz. Ale piłkarzowi po prostu nie pozwolono na ten transfer. Zablokowano mu tę szansę. Podarto w strzępy marzenia o pięknej karierze w najwspanialszej i najmocniejszej wówczas lidze świata. Inter spasował, nie miał zamiaru się szarpać z beznadziejną polską, czerwoną rzeczywistością. Sam Dziekanowski wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreślał potem, że był to decydujący, przełomowy moment w jego karierze. Temat odżył jeszcze na chwilę w lecie 1987 roku, kiedy to bardzo zapragnęła Dziekanowskiego w swych szeregach Pescara, która właśnie wkroczyła do Serie A. Piłkarzowi pozwolono nawet pojechać na trzydniowe testy do Włoch, ale tylko po to, by i tak ostatecznie zablokować mu ten transfer. Kilkadziesiąt dni później, po jesiennym, towarzyskim meczu z reprezentacją Czechosłowacji w Bratysławie, ucieczkę do lepszego świata proponował Dziekanowskiemu Bayer Leverkusen. Wszystko ze strony Niemców było już ponoć gotowe, dopięte na ostatni guzik, ale Dziekanowski uciekać nie chciał.

Dariusz Dziekanowski był wówczas, wciąż przecież młodym jeszcze, 25-letnim zawodnikiem, ale mentalnie był już graczem, którego kariera, tak na dobrą sprawę dobiegła w pewnym sensie końca. Wydaje się, ze wszelkie sportowe ambicje i motywacje wyparowały z niego niemal bezpowrotnie. Stracił wszelkie złudzenia. Przypuszczał, że do końca swych piłkarskich dni ugrzęźnie w naszej ligowej szarzyźnie. Jego postawa coraz częściej przypominała pewien rodzaj wcale nie słodkiej, lecz bardzo świadomej, beznadziejnej zemsty na tych, którzy uniemożliwili mu spełnienie najpiękniejszych piłkarskich marzeń. Grał chimerycznie, egoistycznie, irytująco, z aż nazbyt rzucającym się w oczy brakiem jakiegokolwiek zaangażowania, często przechodząc obok meczu. Przebłyski niezwykłego kunsztu wciąż jeszcze się zdarzały, ale już coraz rzadziej Dziekanowskiemu chciało się je ujawniać. Sprawiał wrażenie cynicznego, ironicznego, zobojętniałego na wszystko człowieka Doszło nawet do tego, że gdy jesienią 1988 roku, polscy ligowcy mieli zagrać w Mediolanie towarzyskie spotkanie z reprezentacją ligi włoskiej, Dziekanowi będącemu wówczas królem strzelców Ekstraklasy, zablokowano możliwość wyjazdu na ten mecz, odsuwając go od kadry. Uczyniono to na wniosek Strejlaua, który chciał w ten sposób ukarać zawodnika, nie stawiającego się od kilku dni na treningi Legii bez żadnego usprawiedliwienia.

Gdy wreszcie pozwolono mu wyjechać na kontrakt do Celtiku Glasgow w 1989 roku, Dariusz Dziekanowski miał 27 lat, czyli wciąż był jeszcze w bardzo dobrym piłkarsko wieku. Ale to nie był już ten Dziekanowski. Mimo to, Billy McNeill niemal piał z zachwytu nad nowym nabytkiem Celtów: Dziekanowski był wspaniały, miał niesamowity talent. Był świetnie wyszkolony technicznie. W Celtiku przez dwa sezony Dziekan ustrzelił 22 gole (w tym 10 ligowych), ale nie zawsze zachwycał. Choć pucharowej batalii z Partizanem Belgrad, w którym Polak strzelił 4 gole, a jednego wypracował, nie zapomną w Glasgow jeszcze przez dziesięciolecia. To był ten prawdziwy Dziekanowski, który rzeczywiście podejmuje trud ujawnienia swego olbrzymiego talentu, którym został tak hojnie obdarowany.

Potem była jeszcze gra na zapleczu Premier League – w zespole Bristol City, gdzie dojrzewał w cieniu Dziekana późniejszy gwiazdor MU i reprezentacji Anglii, Andy Cole. Polak jest tam po dziś bardzo ciepło wspominany i uchodzi za prawdziwą legendę klubu. A potem jeszcze tułaczka po niższej lidze niemieckiej w barwach Alemanii Aachen oraz bezskuteczna próba przebicia się choć raz do podstawowego składu FC Koeln, prowadzonego przez Mortena Olsena. Na koniec jeszcze powrót do Polski, oczywiście do Warszawy, by zakończyć karierę w barwach, w których ją rozpoczął, czyli w czarnej, polonijnej koszuli.

Szansa na udział w wielkiej piłkarskiej imprezie nie przepadła Dziekanowskiemu bezpowrotnie wraz z brakiem powołania na hiszpański Mundial. Reprezentacja Piechniczka awansuje bowiem również i na następne Mistrzostwa świata, rozgrywane w Meksyku. Zresztą Dziekanowski położył w tym awansie ogromne zasługi strzelając trzy bramki w dwumeczu przeciwko Grekom. Szczególnie jego dwa trafienia, uzyskane w zabrzańskim pojedynku były trudne do przecenienia. W tym spotkaniu Dziekanowski ujawnił wiele ze swego piłkarskiego kunsztu.

Sam meksykański Mundial 1986, był dla Dziekana, jak i zresztą dla całej naszej ekipy, wielkim rozczarowaniem. Ale w przypadku Dziekanowskiego zawód był tym sroższy, że to w nim pokładano największe nadzieje i to na jego dobrą postawę liczono najbardziej. Dość powiedzieć, że po pierwszym meczu z Maroko (0:0), Piechniczek otwarcie skrytykował boiskową postawę właśnie Dziekanowskiego, zarzucając mu, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla bramki rywala, ściągając z boiska już w 55 min. meczu oraz odgrażając się, że jeśli Dziekan jeszcze na tym turnieju w ogóle zagra, to już wyłącznie w drugiej linii, a nie w ataku, gdzie jest bezproduktywny. Dziekanowski obraził się na selekcjonera za te słowa, ale w kolejnych spotkaniach zagrał już pełne 90 minut na pozycji, jaką wyznaczył mu Piechniczek. Szczególnie udany był występ przeciwko Portugalii, podczas którego Dziekanowski kilka razy popisał się udanymi akcjami, zagraniami i dryblingami, a także zaliczył efektowną, bezcenną asystę przy jedynym na tym Mundialu, golu dla naszej drużyny. Po zakończonym turnieju, suchej nitki na Dziekanowskim nie zostawił kapitan naszej reprezentacji Zbigniew Boniek, który bardzo głośno wyrażał swoje zdumienie, że tak ogromnie utalentowany gracz, jak Dziekanowski nie wykorzystał tak wspaniałej okazji jak Mundial, by wobec całego świata ujawnić eksplozję swego nieprzeciętnego potencjału. To miał być Mundial Dziekanowskiego, tak jak poprzedni Mundial był Mundialem Bońka – mówił piłkarz Serie A.

Po Mexico ’86 stery kadry objął Wojciech Łazarek. W przegranych pod jego wodzą eliminacjach do Euro ’88, Dziekanowski uzyskał trzy trafienia. Potem próbował postawić na niego jeszcze Andrzej Strejlau, który doskonale znał Dziekana z pracy w Legii. W wywiadzie dla „France Football” nasz selekcjoner nazwał kiedyś swego podopiecznego „polskim Cantoną” oraz prawdziwym „enfant terrible” polskiego futbolu. Porównanie, trzeba przyznać, całkiem trafne. W nowej drużynie Strejlaua, Dziekanowski, już jako piłkarz Celtiku rozegrał naprawdę znakomity mecz z Anglią w Chorzowie. Po raz ostatni, wybiegł na murawę w narodowych barwach, jesienią 1990 roku, strzelając zresztą Turkom jedynego, zwycięskiego dla naszej drużyny gola. Rozpoczął więc swą przygodę z reprezentacją od strzelania bramki i na strzeleniu gola ją zakończył.

Dariusz Dziekanowski w opinii wielu był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy na całym Starym Kontynencie w latach 80. Na naszym, rodzimym podwórku, być może nie było w historii piłkarza o większym potencjale niż on. Jeszcze jesienią 1993 r., gdy Dziekanowski po długiej przerwie znów zawitał do Legii, będąc już przecież ledwie cieniem gracza sprzed lat, tak wspominał go Wojciech Kowalczyk. Wolałem grać z Dziekanem, niż z nim nie grać, bo to był świetny zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał taki Rataj, czy Beret na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. Dziekan miał mnóstwo wyćwiczonych piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Na zimowym zgrupowaniu były piłkarz Bristol został jednak karnie wyrzucony z zespołu.

Bardzo cenne wydaje się być to spojrzenie na osobę i karierę Dziekanowskiego, jakie pozostawił po sobie jego partner zarówno z widzewskiego, jak i reprezentacyjnego ataku ś.p. Włodzimierz Smolarek (w wartościowej książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”). Darek był zawodnikiem z zupełnie innej epoki. Był elokwentny, pewny siebie i nie miał kompleksów. Często miał własny punkt widzenia, który głośno artykułował. (…) Może rzeczywiście zbyt często mecze dobre przeplatał meczami słabymi. Te wahania formy były zadziwiające dla wszystkich. (…) Największym mankamentem Darka było, że kiedy przejął piłkę, zrobił technicznie kilka zwodów, nie szedł za ciosem z piłką do przodu. Wydawało się, że był za miękki. Kiedy pilnowano go, czy wokół niego kręcili się mocni, twardzi i zdecydowani piłkarze, on jakby pasował, odpuszczał, rezygnował z walki. Darek często szybko się zniechęcał, jeśli coś nie szło po jego myśli. Czasami obrażał się i irytował na cały świat, a tego nikt nigdy nie lubi. Wyglądało to tak, jakby stał z boku drużyny. Nie lubił, kiedy ktoś go pouczał lub powiedział coś niemiłego. (…) Ach ten Dziekan. Te jego zwody, dryblingi, tańce z piłką naprawdę były świetne. Często być może za szybko zadowalał się w meczu tym, co już zrobił i później odpuszczał, grał nonszalancko. Pod tym względem przypominał mi Węgra Lajosa Detari, z którym grałem razem w Eintrachcie. O Detarim przez cały czas trwania jego kariery mówiło się, że to wielki talent, który kiedyś wreszcie eksploduje i pokaże, na co go stać. Zmieniał kluby, zmieniał ligi, ale nigdy do końca nie błyszczał tak, jak powinien. Potrafił w meczu zagrać kilka fenomenalnych piłek, a później usunąć się w cień na zasadzie – ja już dzisiaj swoje zrobiłem, niech inni pokażą, co potrafią. Z Dziekanem było chyba podobnie. Miał zbyt duże wahania formy, i to w czasie jednego meczu. Szkoda.

Dariuszowi Dziekanowskiemu, jednemu z najzdolniejszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek pojawili się między Odrą a Bugiem, niewątpliwie zablokowano olbrzymią szansę na właściwy i adekwatny do skali posiadanego talentu, rozwój jego piłkarskiej kariery. Dziś możemy już tylko pogdybać, jak wyglądałaby piłkarska przygoda Dziekanowskiego, gdyby dano mu szansę na hiszpańskim Mundialu, czy przede wszystkim, gdyby pozwolono mu spróbować swych sił w najsilniejszej wówczas na świecie Serie A. Być może boiskowa rywalizacja z takimi graczami jak Maradona czy Platini oraz wdrożenie w profesjonalne funkcjonowanie poważnego klubu, wyzwoliłyby w młodym i wciąż jeszcze kształtującym wówczas swój piłkarski charakter zawodniku, niezbędną motywację i ambicję. Ale z drugiej strony, warto też pamiętać i o tym, że również sam Dziekanowski nader często przeszkadzał własnej karierze, zarówno swoją postawą boiskową, jak i pozaboiskową. Oczywiście, można żałować, że nie znalazł się trener czy selekcjoner, który w odpowiednim momencie dotarłby do tego niełatwego na pewno zawodnika. Ale wypada również użalić się i nad tym, że dotrzeć do Dziekanowskiego nie udało się chyba nawet jemu samemu. Nie ulega wątpliwości, że polski futbol miał w osobie Dariusza Dziekanowskiego jednego z najznakomitszych piłkarzy w całej swej historii. Tak, jak nie ulega wątpliwości, że mógł mieć najlepszego z najlepszych. 

R.

czwartek, 27 września 2012
Piłkarska pustynia Skorży

Choć Maciej Skorża w Arabii Saudyjskiej będzie miał całkiem uznanych kolegów na trenerskich ławkach (piszę o tym tutaj), to po boisku biegają jednak piłkarze. A z tym będzie już trochę gorzej. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych arabskich lig, do saudyjskich szejków raczej nie przybywają zbyt tłumnie przybysze zza granicy.

Bezsprzecznie najbardziej znanym kibicom takim graczem jest Kameruńczyk Modeste M'bami.

Ten defensywny pomocnik to wieloletni filar reprezentacji Kamerunu, zawodnik Sedan, PSG i OM (z tymi klubami występował w Lidze Mistrzów i Lidze Europy) oraz hiszpańskiej Almerii. W Arabii przywdziewa od niedawna koszulkę Al-Ittihad.

Większe pole do manewru będę mieli fani śledzący rozgrywki w Ameryce Południowej. Choć sporo w Arabii Brazylijczyków i Argentyńczyków, to zaledwie garstka dała się jakoś poznać pozaazjatyckiej publiczności. Wraz z M'bamim w Al-Ittihad zarabia Diego Souza - dwukrotny reprezentant Brazylii, były piłkarz Gremio, Palmeiras, Atletico Mineiro i Vasco Da Gama.

Fernando Menegazzo z Al-Shabab trafiał z kolei w Serie A dla Sieny i przez pół dekady dla Girondins Bordeaux (również w Lidze Mistrzów).

Gwiazdą Al-Hilal jest Wesley - w FC Vaslui król strzelców ligi rumuńskiej poprzedniego sezonu, poza tym były zawodnik CD Alaves, Grasshoppers Zurich i klubów portugalskich.

W Al-Ahli błyszczy jednorazowy reprezentant Argentyny Diego Morales oraz król strzelców poprzedniego sezonu w Arabii - Brazylijczyk Victor Simoes (w przeszłości m.in. Club Brugge i Botafogo). Kibice mogą także kojarzyć wypożyczonego z Meksyku do Al-Nassr bramkostrzelnego reprezentanta Ekwadoru - Jaime Ayoviego. Maciej Skorża będzie miał zaś pod swoją opieką Brazylijczyka Cassio (znanego z popisów w Portugalii i Rapidzie Bukareszt) oraz naturalizowanego Chorwata Carlosa Santosa (wieloletniego piłkarza Dinama Zagrzeb). 

Kończąc jeszcze wątek afrykański, to kolegami z pierwszego składu Wesleya są Senegalczyk Kader Mangane (znany z gry w RC Lens i przede wszystkim Stade Rennes) oraz Marokańczyk Adil Hermach (niemal pięć lat w Lens), a w Al-Faisaly zarabia Togijczyk Christophe Grondin (całe lata w KAA Gent).

Natomiast najtrudniej znaleźć w Arabii wartościowych Europejczyków. Jednym z nielicznych ciekawych eksponatów jest piłkarz Al-Ittihad - jednokrotny reprezentant Chorwacji i były zawodnik Hajduka Split Anas Sharbini.

Prawda, że jak na stymulowany petrodolarami rynek nie wygląda to zbyt okazale? Jeżeli porównamy ten zestaw chociażby do kadr klubów katarskich, to widać dysproporcje. Nie oznacza to jednak wcale, że z racji mniejszej ilości cudzoziemców liga arabska jest gorsza. Oznacza to tylko, że Skorża będzie miał mniej znajomych twarzy wokół siebie i będzie trudniej mu się z nimi dogadać:)

P.

Zagraniczni zawodnicy w azjatyckich klubach

Puchar Azji 2011 na Z Czuba