Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Sport - skutek uboczny: śmierć.

Stara maksyma "sport to zdrowie" chyba jeszcze nigdy nie była tak nieaktualna jak w ciągu ostatniego miesiąca. Na przełomie marca i kwietnia pożegnało się bowiem ze światem kilku młodych jeszcze sportowców.

Dzisiaj (16.04) samobójstwo popełnił 24-letni (!) koreański piłkarz Lee Kyung-hwan. Wedle doniesień prasowych uczynił to nie móc znieść hańby jaką było odkrycie jego udziału w aferze korupcyjnej. Więcej o sprawie tutaj. Bliżej nas, bo w Czechach, na podobny desperacki krok zdecydował się 25-letni (!) Roman Svamberg, zawodnik drugoligowego zespołu Graffin Vlasim (więcej o sprawie tutaj). W sobotę (14.04) zawału serca podczas meczu Serie B dostał 25-letni (!) Piermario Morosini z zespołu Livorno.

Tego samego dnia w niewyjaśnionych jeszcze okolicznościach zginęła wenezuelska 27-letnia (!) siatkarka Veronica Gomez Carabali (więcej o niej tutaj). W czwartek (12.04) w wypadku na skuterze zginął młodziutki 17-letni (!) zawodnik Lazio Rzym Mirko Fersini. Dokładnie 4 kwietnia, w wieku 45 lat, po długiej chorobie zmarł w Hiszpanii były chorwacki piłkarz Dubravko Pavlicic, którego pamiętam jeszcze z EURO 1996 (więcej o sprawie tutaj).

Pod koniec marca (25.03) natomiast zasłabł na boisku i zmarł włoski srebrny medalista olimpijski z IO Atlanta 1996 37-letni Vigor Bovolenta. Więcej o nim tutaj.

Cofając się jeszcze dalej natkniemy się również na śmierć Henryka Bałuszyńskiego i Włodzimierza Smolarka, a także dramatyczne okoliczności zawału 23-letniego zawodnika Boltonu Fabrice'a Muamby.

Dlaczego o tym piszę? Uważam bowiem, że trzeba cały czas podkreślać, że współczesny sport coraz częściej doprowadza sportowców - ich ciała i umysły - do sytuacji granicznych, w których to coraz częściej stają się oni przegranymi. Ekstremalne oczekiwania i presja ze strony kibiców, mediów, trenerów i rywali (zarówno z drużyny przeciwnej, jak i tych konkurujących o miejsce w składzie) sprawia, że prędzej czy później organizm nie daje już rady. Krótko po śmierci Morosiniego jego były klubowy kolega z Udinese Di Natale zwrócił uwagę, że liczba meczów rozgrywanych we Włoszech pustoszy organizmy piłkarzy. Gdzie indziej znowu można przeczytać, że w meczach hokejowych jest więcej przemocy niż przez dekadę na Bronksie. Wszystko to razem czyni z profesjonalnego sportu radioaktywne pole, które sprawia, że po osoby na nim działające Ponury Żniwiarz przychodzi częściej niż po hydraulików czy piekarzy.

Warto o tym wszystkim pamiętać, gdy organizatorzy zawodów rowerowych będą przekonywali do nowych, jeszcze bardziej niebezpiecznych tras, a piłkarskich arbitrów będzie oskarżało się o to, że - jak to napisał dziś Mielcarski - zbyt konsekwentnie gwiżdżą faule.

Śmierć gruzińskiego saneczkarza i dlaczego musiało do niej dojść

Epitafium dla Henryka Bałuszyńskiego

P.

Tytuł tekstu, nie bez przyczyny, zapożyczyłem z tej książki.

niedziela, 15 kwietnia 2012
Nad fiordy, by zapomnieć

Jeżeli miałbym wskazać zawodnika, który w ekstraklasie zaliczył tylko jeden mecz i był to mecz koszmarnie nieudany, to z pewnością wskazałbym na Łukasza Jarosińskiego.

Młody golkiper otrzymał szansę debiutu w ekstraklasie, a także w dorosłej drużynie Wisły, w 28. kolejce sezonu 2006/2007. Sezonu, pozwolę sobie przypomnieć, szczególnego. Oto bowiem Biała Gwiazda znajdowała się wówczas w futbolowym rowie tektonicznym. W trakcie tego jednego sezonu aż czterokrotnie dochodziło do zmian trenerów (Moskal za Petrescu, Okuka za Moskala, Nawałka za Okukę, Moskal za Nawałkę). W efekcie krakowianie zakończyli rozgrywki na najgorszym miejscu od czasu powrotu do ekstraklasy, czyli na wstydliwej ósmej pozycji (cztery pozycje za plecami Cracovii). Gdy wawelskie królestwo chyliło się już ku upadkowi trener Moskal postanowił dać szansę trzeciemu (za Dolhą i Pawełkiem) bramkarzowi - właśnie młodziutkiemu (ur. 1988) Jarosińskiemu.

Potrafię sobie wyobrazić jak drżały mu kolana, gdy dowiedział się, że wystąpi w pierwszym składzie w meczu z Dyskobolią. On, osiemnastolatek, przeciwko Świerczewskiemu, Sikorze i całej reszcie mocnej bandy z Grodziska. Może nie spał w nocy, może wyobrażał sobie, że to dla niego życiowa szansa i że jak się odpowiednio pokaże, to kto wie...

Niestety, życie boleśnie zweryfikowało jego marzenia. Zawodnicy Groclinu obeszli się z nim bardzo srodze. Lato i Sikora mijali go jak krzesło, Ivanovski strzelił obok niego (w tych trzech przypadkach osobną kwestią pozostaje sabotaż uprawiany przez "linię defensywną" Wisły), a Świerczewski... Cóż, podejrzewam, że gol Świra zabolał najbardziej.

Bilans debiutu? Koszmarny występ, koszmarne błędy i jedna z najwyższych od lat porażek Białej Gwiazdy na własnym boisku. Po tym spotkaniu Jarosiński nigdy już nie wystąpił w Wiśle. Mimo że terminował pod Wawelem jeszcze 3 lata, a na Reymonta zmieniali się trenerzy, to żaden z nich nie sięgnął po pechowego golkipera. W 2010 roku golkiper opuścił Kraków i przeniósł się do Górnika Polkowice, a później do MKS Kluczbork.

A tak w ogóle to dlaczego o nim piszę? Otóż właśnie przeczytałem, że dziś zadebiutował w... drugiej lidze norweskiej. Dokładniej - w zespole Alta IF. Być może w tym malowniczo położonym skandynawskim miasteczku wymaże wiślacką traumę i jeszcze kiedyś pokaże, że powinien otrzymać druga szansę w polskiej ekstraklasie.

P.

piątek, 13 kwietnia 2012
Nie wszystkim się udało w Borussii

Oklaskując bramki Roberta Lewandowskiego oraz popisy Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, a także wspominając świetne występy Ebiego Smolarka, warto mieć na uwadze, że nie wszystkie polskie kariery w Borussii poukładały się równie pięknie. Zawojować Dortmund próbowała bowiem większa grupa naszych zawodników, ale niestety nie wszystkim się to udało.

W kwestii czasów zamierzchłych dotarłem do takich informacji:

Pierwszym Polakiem w Borussii był Marian Brezinski. Nie zrobił jednak kariery podobnie jak Joachim Siwek pozyskany z Polonii Bytom w 1977 r. W latach 80. do Dortmundu przyjechał Tadeusz Krafft z Szombierek Bytom, ale zaliczał w zespole tylko epizody.

W czasach znacznie nam wszystkim bliższych pierwsze fiasko zaliczył Michał Janicki (ur. 1982).

Ten zdolny swego czasu zawodnik trafił do zespołu juniorów Borussii wiosną 1998 roku prosto z SMS Kraków. W Dortmundzie zabawił pół roku i ten czas należy chyba potraktować po prostu jako fragment większej objazdówki po Europie. Zawodnik potem udał się bowiem w tan po szkółkach Ajaxu, drużynie Pogoni Szczecin, amatorskiej ekipie Wolfsburga i Eintrachcie Braunschweiger. W międzyczasie Janicki przestał być już młody i przestał także być zdolny. Kolejne jego kluby lokowały się w coraz niższych klasach rozgrywkowych, a nasz bohater i tak w nich nie błyszczał: kilka spotkań w Zagłębiu Sosnowiec, Gutersloh, Stali Stalowa Wola i Hutniku Kraków. Kres jego karierze położył wyrok więzienia w związku z popełnieniem przez niego... bigamii! Więcej o sprawie tutaj, tutaj i tutaj. Jeżeli któryś z Czytelników wie, co obecnie porabia Michał Janicki, to będziemy wdzięczni za informacje.

Dwa lata później szczęścia w amatorskim zespole BVB postanowił poszukać Tomasz Kosztowniak (ur. 1977) (niektóre źródła podają, że towarzyszył mu niejaki Arkadiusz Grad, ale nigdzie nie udało mi się potwierdzić tej informacji).

Kosztowniak to mistrz Europy U-16 z 1993 roku, gdzie grał wspólnie z m.in. Szymkowiakiem i Kukiełką. W polskiej ekstraklasie zaliczył pięciominutowy debiut ze Śląskiem Wrocław, po czym postanowił wyjechać do Niemiec. W Niemczech przebywał 3,5 roku, z czego dwa w amatorach Borussii. Po powrocie do ojczyzny grał w Śląsku, a później w niższych ligach, głównie w okolicach Wrocławia.

W 2004 roku zawodnikiem drużyny juniorów Borussii został posiadający polskie obywatelstwo Marcus Piossek (ur. 1989).

Młody zawodnik przez 2,5 roku terminował w zespole juniorów, by zostać dostrzeżonym i w wieku 19 lat zasilić rezerwy zespołu z Dortmundu. Tam przez 1,5 roku grał ogony. Jednak w sezonach 2008/2009 i 2009/2010 Piossek był pewnym punktem swojej drużyny - bronił, asystował i strzelał. Kolejne rozgrywki zaczął już w nowym klubie - jako zawodnik trzecioligowego Rot Weiss Ahlen. Tam Polak spisywał się świetnie - w 35 meczach strzelił 7 goli (jedna z jego bramek tutaj). W efekcie przeniósł się do występującego w 2. Bundeslidze Karlsruher SC. Nie udało mu się jednak (jeszcze) wywalczyć tam miejsca w pierwszym zespole, więc jak na razie ogrywa się w czwartoligowych rezerwach.

W latach 2003-2005 juniorem Borussii był także Sebastian Tyrała (ur. 1989).

Zawodnik, który przyszedł na świat w Raciborzu, przed sezonem 2005/2006 zasilił już drugą drużynę BVB. Tyrała był przez dłuższą chwilę traktowany w Dortmundzie niczym materiał na przyszłą gwiazdę. W efekcie już jako 18-latek krążył między rezerwami a pierwszą drużyną! Wyglądało to następująco: 2005/2006 - czwartoligowe rezerwy; 2006/2007 - 6 meczów w Bundeslidze i 13 w rezerwach; 2007/2008 - 1 w Bundeslidze i 19 w rezerwach; 2008/2009 - 32 mecze i 7 goli w rezerwach; 2009/2010 - 36 meczów i 4 gole w już trzecioligowych rezerwach. Jego problemem było w dużej mierze to, że był za dobry na rezerwy, a za słaby na pierwszą drużynę.



Po odejściu z Borussii Tyrała przez rok bawił w 2. Bundeslidze w Vfl Osnabruck (31 mecze i 4 gole), a obecnie występuje w tej samej klasie rozgrywkowej w zespole Greuther Furth. Ciekawe czy jeszcze kiedyś wróci do BVB. I do reprezentacji Polski. Jeżeli ktoś chce poczytać sobie więcej o Tyrale to odsyłam tutaj, tutaj i tutaj.

Ostatnią wreszcie nieudaną przygodą w Dortmundzie może się pochwalić David Blacha (ur. 1990). Juniorem tamtejszego klubu został on przed sezonem 2007/2008.

Plusy tego okresu: przez dwa lata popisów w odblaskowej koszulce udało mu się wywalczyć juniorskie wicemistrzostwo Niemiec 2009 (w jednej drużynie z Mario Goetze!). Minusy tego okresu: Blacha nie wyszedł nigdy poza drużynę młodzieżową. Sezony 2009/2010 i 2010/2011 spędził więc już w Rot Weiss Ahlen (odpowiednio w 2. i 3. Bundeslidze), a obecnie gra w trzecioligowym SV Sandhausen.

Samo życie - jednym się udaje, inni nie wyjdą już nigdy poza trzecią ligę. A jeszcze inni mają dwie żony.

P.

wtorek, 10 kwietnia 2012
Pierwszy zakonnik na ligowym boisku w Polsce

Brat Ezechiel i Marcin Wasilewski

fot. franciszkanie.pl

Na zakończenie Świąt Wielkiej Nocy przypomniał mi się tekścik, który niecałe pięć lat temu (tu drapie się po siwej brodzie) poszedł na Z czuba.

Brat Ezechiel z wareckiego klasztoru Bernardynów jako pierwszy zakonnik w historii polskiego futbolu zagrał w lidze. Konkretnie w Jutrzence Warta, drużynie sieradzkiej okręgówki. 32-latek jest wychowankiem ŁKS Łódź - był w jednej grupie trampkarzy z Maciejem Terleckim, ba - jak wspomina, sadzał go nawet wówczas na ławie.

Przed wstąpieniem do zakonu grał ponadto w Bzurze Ozorków, Kalwariance Kalwaria (podczas pobytu w seminarium) oraz Orle Parzęczew. Jako brat Ezechiel, zadebiutował w barwach Juve (dumny przydomek zespołu z Warty) wiosną tego roku [2007], w meczu przeciwko Mabudo Suchoczasy. Grając najczęściej na pozycji środkowego pomocnika, rozegrał dla Jutrzenki 6 meczów, raz asystując przy golu oraz otrzymując jedną żółtą kartkę. Z rezultatów do których udało mi się dotrzeć (nie znam wyniku jednego meczu z udziałem zakonnika) jasno wychodzi, że żadnego spotkania w którym grał brat, Jutrzenka nie przegrała (remisy 2:2 z WKS w Wieluniu i z Wartą Działoszyn oraz zwycięstwa: 2:1 z Mabudo i Zawiszą Pajęczno i 2:0 z Pogonią Kolumna). To się nazywa pomoc niebios! Zakonnik, który dorobił się pseudonimu boiskowego Ezi (ciekawe, czy wie, że taki sam nosił Ernest Wilimowski) w obecnym sezonie już niestety nie kontynuuje gry w zespole Jutrzenki - z powodu ''transferu'' do innego miejsca zakonnego.

A jak to się w ogóle stało, że trafił na boiska okręgówki? - Do drużyny trafiłem dzięki piłkarzom Jutrzenki. Zwróciłem ich uwagę podczas zajęć rekreacyjnych w hali w Warcie. Zanim zagrałem w meczu sparingowym, zdążyłem wystąpić w halowym turnieju w Sieradzu. Wygraliśmy tam, a ja zostałem królem strzelców - mówił brat Ezechiel.

Pozyskanie zakonnika do Jutrzenki nie było proste. Działacze klubu musieli uzyskać zgodę braci bernardynów. Mecze klasy okręgowej rozgrywane są najczęściej w niedzielę, kiedy zakonnicy mają do odprawienia 7 mszy świętych (a było ich tylko pięciu). Trzeba było znaleźć kogoś, kto mógłby zastąpić brata Ezechiela w jego obowiązkach zachrystianina. Trenerom udało się dojść do porozumienia z gwardianinem - zgoda początkowo dotyczyła tylko meczów rozgrywanych w Warcie, ale jak się z czasem okazało i na boiskach przeciwnika dane było bernardynowi chwalić Boga swą grą.

- W szkole podstawowej nie miałem sobie równych na boisku, wołali na mnie Boniek. A potem, już w liceum, kiedy poczułem powołanie, biegałem raczej do kościoła. A teraz realizuję powołanie w powołaniu. To cudowne, że mogę być w zakonie i jednocześnie uprawiać moją ukochaną dyscyplinę - mówił brat Ezechiel, którego idolem był Marco Van Basten.

(...)

Najbardziej spektakularne wydarzenie w temacie duchownych biegających za piłką, to jednak z całą pewnością Halowe Mistrzostwo Europy zdobyte w lutym tego roku [2007] przez Reprezentację Polskich Księży. W poprzednich dwóch triumfowali Chorwaci, a Polacy zajmowali drugie miejsca. W Sarajewie odbywała się trzecia edycja mistrzostw. W półfinale nasi rodacy pokonali gospodarzy z Bośni 1:0, a w finale polscy duchowni pokonali po rzutach karnych Chorwatów 5:4 (w regulaminowym czasie gry był remis 1:1). Królem strzelców turnieju został ks. Marcin Olszewski, który zdobył sześć bramek. W turnieju wzięło udział 10 drużyn reprezentujących: Polskę, Austrię, Węgry, Włochy, Portugalię, Rumunię, Słowenię, Hiszpanię, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę.

Reprezentacja Polskich Księży składa się z zawodników z diecezji: kieleckiej, sandomierskiej, radomskiej, sosnowieckiej i tarnowskiej. Grającym trenerem jest ks. Dariusz Sieradzy z parafii w Pińczowie.



Od czasu napisania tekstu brat Ezechiel został ojcem Ezechielem, a jego gole przyczyniły się do zdobycia złotego (2011) oraz brązowego medalu (2012) Mistrzostw Europy Księży w Halowej Piłce Nożnej.

B.

''Ezechiel Szaron'' - o sparingu Lecha w Stęszewie i grajku, który oblał testy u Smudy

Marek Saganowski strzelił gola w derbach Łodzi - jak 16 lat temu w Wielką Sobotę

wtorek, 03 kwietnia 2012
Gambia - Poznań - Walonia

Nie każdego dnia do polskiej ekstraklasy trafia piłkarz z egzotycznej jak na piłkarskie warunki Gambii. Nie każdy też taki zawodnik po latach staje się gwiazdą ligi belgijskiej. A takie właśnie niezwykłe okoliczności wiążą się z byłym lechitą – Ebrahimą Sawanehem. Były lechita w weekend znów wpisał się na listę strzelców.



Gambijczyk trafił do Lecha Poznań jesienią 2004 roku jako osiemnastoletni zawodnik, który właśnie rozwiązał kontrakt z niemieckim klubem Rosenhoehe 1895 Offenbach. W Polsce początkowo trenował z Cracovią, jednak Pasy nie zdecydowały się na transfer. Przybył więc do stolicy Wielkopolski, gdzie na testy przyjął go Czesław Michniewicz. Ibou (albo Ibo), bo tak go nazywano, z miejsca zyskał sobie sympatię pracowników klubu – dużo się uśmiechał i władał aż trzema językami. Do tego był dobry technicznie i bardzo szybki. Problem z nim był jednak taki, że z racji skomplikowanej umowy ze swoim byłym klubem, mógł zacząć grać w Lechu dopiero od wiosny 2005. Kolejorz zdecydował się jednak na włączenie go do kadry i tym sposobem Afrykanin został pierwszym w historii Lecha Gambijczykiem.

Trener Michniewicz nie widział jednak dla niego miejsca w pierwszym składzie. Sawaneh był tyleż szybki i zwinny, co wątły, surowy taktycznie, a także kompletnie zagubiony. Szkoleniowiec Kolejorza stawiał w ataku najpierw na Piotra Reissa oraz Zbigniewa Zakrzewskiego, potem na Damiana Nawrocika, Krzysztofa Gajkowskiego i Marcina Wachowicza, a dopiero później na młodego Afrykanina. W efekcie zdążył on zaledwie zaliczyć debiut w ekstraklasie – pojawił się na boisku na trzy minuty w wygranym wyjazdowym meczu z Polonią Warszawa (2:0).

W przerwie między sezonami powiało jednak nadzieją dla młodego grajka. Michniewicz posyłał go bowiem w bój podczas spotkań Pucharu Intertoto (zagrał z Karvanem Jewlach i RC Lens). Gdy jednak na początku sezonu 2005/2006 do kadry zespołu został włączony Paweł Buzała, to Sawaneh znów spadł na dno klubowej hierarchii napastników. Jesienią zagrał tylko w jednym meczu ligowym (1:3 z Dyskobolią) i jednym w Pucharze Polski (4:1 z Okocimskim Brzesko, w tym spotkaniu zdobył on też swoją jedyną bramkę dla Kolejorza), a po zakończeniu rundy odesłano go do drużyny rezerw. Stało się jasne, że przy ul. Bułgarskiej nie ma już miejsca dla Gambijczyka. W czerwcu 2006 roku Ibou spakował walizki i opuścił Poznań. Po raz drugi spróbował zahaczyć się w Cracovii, lecz tam znów nie udało mu się dogadać z władzami krakowskiego klubu. Zrażony pasmem niepowodzeń postanowił opuścić Polskę.

Decyzję tę Sawaneh okupił półrocznym bezrobociem. W końcu jednak udało mu się zakotwiczyć w Belgii. Kontrakt zaoferował mu drugoligowy wówczas KSK Beveren. Ta lokalizacja okazała się strzałem w dziesiątkę. Choć w swej pierwszej rundzie w nowej drużynie (wiosna 2007) Gambijczyk wystąpił tylko w czterech meczach i strzelił jednego gola, to władze klubu postanowiły mu zaufać. Ibou spłacił ten kredyt z nawiązką. W kolejnym sezonie strzelił 21 goli i został największą gwiazdą KSK.



Na tej fali przeniósł się do pierwszoligowego KV Kortrijk. Tam Sawaneh pogrywał kibicom na nerwy niezwykle chimerycznymi występami. Najpierw zaliczył sezon fatalny (2008/2009 - bez gola w 19 grach!), potem udany (2009/2010 - 8 goli), a następnie znów fatalny (okrągłe zero trafień w 17 spotkaniach jesienią 2010). Ta sinusoida przerzuciła go w końcu do KV Mechelen. Ruch ten okazał się jednak totalnym nieporozumieniem (tylko 1 gol wiosną 2011), więc Gambijczyka chętnie oddano do beniaminka Jupiler League - RAEC Mons. I nagle jakby w koszulce walońskiej ekipy zaczął biegać inny zawodnik! Ibou z miejsca odzyskał skuteczność. Strzelił ważną bramkę Standardowi Liege, a potem dorzucił jeszcze dwie w meczu z Zulte Waregem. Pokonał również golkipera swojego byłego pracodawcy z Kortrijk, a także teamów Oud-Heverlee Leuven, KVC Westerlo (tydzień temu) oraz Beerschot AC (w miniony weekend). Dzięki trafieniom jego oraz Francuza Jeremy’ego Perbeta (z 23 golami przewodzi obecnie w tabeli strzelców) skromny zespół z Mons zajmuje bezpieczne miejsce w środku ligowej tabeli.



Eks-lechita ma dziś wyrobioną w Belgii opinię i raczej nie grozi mu bezrobocie. W międzyczasie trafił on również do reprezentacji Gambii, gdzie jego partnerem w ataku jest Momodou Ceesay – gwiazda grającej niedawno w Lidze Mistrzów słowackiej Żyliny. W sumie uzbierał on jak na chwilę obecną trzy występy w kadrze swojej ojczyzny. Tutaj można obejrzeć skrót najświeższego reprezentacyjnego występu Ibou - towarzyskiej potyczki z Meksykiem (1:5) w 2010 roku.

W tym kontekście niezwykle ciekawe wydaje się to, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby jednak został w Lechu.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego "Heeej Lech!"

z meczu z Górnikiem Zabrze w sezonie 2011/2012

P.