Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 07 grudnia 2012
Mister Świat

Odgrażałem się już tutaj wielokrotnie, że o nim napiszę. Tak się złożyło, że dziś obchodzi on 35. urodziny, więc ucieczki od obietnicy już nie ma. Panie i Panowie, Miodrag Andjelkovic - jeden z największych piłkarskich obieżyświatów, którzy zagrali w polskiej lidze.

Nasz bohater przyszedł na świat w 1971 roku Kosowie, dokładnie w Kosovskiej Mitrovicy. Od dziecka jednak nie miał wątpliwości co do swojej serbskiej tożsamości. Być może to początkowe miejscowo-etniczne wrażenie niepełnego dopasowania sprawiło, że Andjelkovic później już nieustannie podróżował po świecie w poszukiwaniu własnego miejsca.

W piłkę zaczął grać jeszcze w dzisiejszym Kosowie, w klubie Trepca Mitrovice. Następnie trafić do OFK Belgrad, a więc stołecznego klubu dzisiejszej Serbii. Tam jako osiemnastolatek zagrał w 13 meczach i strzelił jednego gola. Zaprezentował się na tyle dobrze, że otrzymał ofertę z Hiszpanii od Espanyolu Barcelona. Oczywiście skorzystał i w sezonie 1995/1996 bawił już na Półwyspie Iberyjskim.

W stolicy Katalonii jednak mu nie szło. Zagrał tylko w trzech spotkaniach Primera Division (bez gola) i został wypożyczony do Almerii. Tam też obeszło się jednak bez sukcesów (4 mecze bez gola).

Przyszła więc pora pożegnać się ze słoneczną Hiszpanią. Jesień 1997 Andjelkovic spędził w Niemczech w Greuther Furth (2-0, 2.Bundesliga), a wiosnę 1998 w Izraelu w Hapoelu Petach Tikwa (11-0). Wobec skuteczności godnej przejechanego jeża kariera Serba znalazła się na zakręcie. W tych okolicznościach Andjelkovic wrócił do ojczyzny. W Serbii nasz napadzior odżył. Spędził świetny rok w OFK Belgrad (27-11) i pół roku w FK Sardit (10-7). Ciągnęło jednak chłopaka w świat...

Wybór padł na Turcję. W Antalayspor Kulubu Serb bawił jesienią 2000 (12-3). Potem skoczył aż do Brazylii! Wiosna 2001 to słynne Fluminense (13-3), jesień 2001 to chwilunia w OFK Belgrad (1-0), a potem z powrotem do Brazylii na wiosnę 2002, ale tym razem już do Coritiba FC.

Trudno więc się dziwić, że gdy Andjelkovic przed rozpoczęciem sezonu 2002/2003 zawitał do Polski, konkretnie do łódzkiego Widzewa, to witany był jak Marco Polo. Słuszne warunki fizyczne i barwne CV kazały widzieć w nim - w i tak wesołym przecież wówczas Widzewie (Darci, Beaud, Giuliano, Terlecki, Włodarczyk, Węgrzyn i inni) - potencjalną gwiazdę drużyny. Dla drużyny rozegrał jednak tylko 18 meczów ligowych i strzelił raptem jednego gola (drugiego dorzucił w pucharowym spotkaniu z Polarem Wrocław). Stało się to w przegranym 2:4 meczu z Wisłą Kraków (to w tym meczu Hermes strzelił chyba najpiękniejszą bramkę w swojej karierze). Serb podczas swojego pobytu w Łodzi mocno rozczarowywał, a wiosną 2003 zmagał się z urazami, w efekcie których dopiero pod koniec sezonu wrócił do składu. Dodatkowo klub w pewnym momencie przestał mu płacić, więc temat jego dłuższej gry dla Widzewa w ogóle się nie pojawił.

W takiej sytuacji Andjelkovic tradycyjnie wrócił do Serbii. Jesień 2003 to OFK Belgrad (7-2). Ale za to potem rozpoczęła się najbardziej spektakularna wycieczka naszego bohatera. Wiosna 2004 to... Korea Południowa! W Incheon United zaliczył on 11 meczów i 4 gole. Te występy okazały się trampoliną do Japonii i Cerezo Osaka (jesień 2004, 4-1). Kolejny przystanek - Kazachstan, Irtysz Pawłodar (wiosna 2005, 6-1). Następny - Ukraina, Metalurg Zaporoże (jesień 2005, 10-2). Potem pół roku przerwy (dlaczego!:)) i wreszcie wisienka - Al-Ahli z Arabii Saudyjskiej (jesień 2006). Słowem, trzy lata prawdziwego road tripu, po pół roku na miejscówkę.

Po takim rozbracie nastąpił tradycyjny wlot do OFK Belgrad (wiosna 2007, 9-0), a potem dalsze zwiedzanie. Swoimi wdziękami Serba skusiły tym razem... Chiny. W Dalian Shide spędził on jesień 2007 (2 gole), a w Yantai Yiteng wiosnę 2008 (7 goli). Po tym wojażu chyba przeszła mu nieco ochota na dalekie peregrynacje. Nie oznacza to jednak, że przekreślił te bliższe. Wybór padł na niedaleką Rumunię. Obieżyświata zapragnął mieć w swym składzie zespół Pandurii Targu Jiu (wiosna 2009, 5-0), a później International Curtea de Arges (jesień 2009, 1-0). Nasz napadzior nigdzie szału nie zrobił, więc spakował plecak i dawaj do... Kanady!

Tam przytulił go Brantford Galaxy z Canadian Soccer League. Serb w Kraju Klonowego Liścia spędził rok, rozegrał 15 meczów i strzelił 8 goli. Wystarczająco, aby zapracować na transfer.. do Malty! Skorzystał on bowiem z oferty Valletta FC. Co ciekawe, ten ruch owiany jest mgiełką tajemnicy, bo jedne źródła informują o tej przeprowadzce, a inne milczą w jej temacie. Faktem jest, że nie znalazłem nigdzie bilansu rzeczonego pobytu Serba na wyspie św. Pawła, więc należy przy nim postawić znak zapytania. Pewność mamy natomiast tylko, że Andjelkovica w profesjonalnej piłce widziano po raz ostatni jesienią 2011 roku, gdy zagrał 13 meczów (bez gola) w serbskim OFK Mladenovac.Prawdopodobnie zakończył swoją karierę i... oddał się podróżom?:)

Podsumowując, jeden zawodnik, 17 lat kariery, 23 kluby z 17 (lub 16) krajów z 4 kontynentów (!!!). A wszystko tylko po to, żeby ukryć, że nie umie się strzelać goli.

P.

poniedziałek, 03 grudnia 2012
Cztery zdziwienia z Alejandro Cabralem

Zdziwienie nr 1: Alejandro Cabral przechodzi do Legii Warszawa

Mistrz świata U-20 2007, który tytuł karczował ramię w ramię z Kunem Aguero, Angelem Di Maria czy Everem Banegą. Wychowanek legendarnego Velezu Sarsfield. Mistrz Argentyny 2009, choć rozegrał tylko pięć spotkań (Clausura). Czego taki gość szuka w polskiej lidze?

Zdziwienie nr 2: Alejandro Cabral gra średnio

Mimo swojego potężnego CV Cabral nie błyszczy. W pierwszej części sezonu 2010/2011 Maciej Skorża częściej widzi go na ławce albo nawet w drużynie Młodej Legii. Gracz z kraju tanga jest wolny, skupiony głównie na defensywie i zupełnie nie dogaduje się z kolegami z drużyny. Wiosną Cabral częściej pojawia się na boisku, ale i tak jest tylko trzecim - za Vrdoljakiem, Borysiukiem i Golem - środkowym pomocnikiem. W końcówce sezonu Argentyńczyk ma kilka przebłysków (strzela ważne gole Widzewowi, Koronie i Wiśle), ale nikt nie ma wątpliwości, że jego dni przy Łazienkowskiej są już ostatecznie policzone. Dlaczego się nie sprawdził?

Zdziwienie nr 3: Alejandro Cabral debiutuje w reprezentacji Argentyny

Tym większe było więc zdziwienie kibiców, gdy w czerwcu 2011 Cabral najpierw otrzymuje powołanie, a później debiutuje w reprezentacji Argentyny! Co prawda mecz towarzyski, co prawda z Polską, co prawda występuje piąty garnitur, co prawda szkoleniowcem Albicelestes jest Sergio Batista, który zna legionistę z reprezentacji młodzieżowych, ale - reprezentant Argentyny, to reprezentant Argentyny. I to na dodatek z polskiej ligi. Będzie o czym opowiadać.

Zdziwienie nr 4: Alejandro Cabral zostaje mistrzem Argentyny


Latem 2011 Cabral wraca do Velezu Sarsfield. Tam - dość nieoczekiwanie dla kibiców znad Wisły - staje się podstawowym zawodnikiem drużyny. Stanowi jej trzon w Aperatura i Clausura 2011/2012.

Cabral stoi drugi z prawej

Wczoraj natomiast Velez z nim w składzie zapewnił sobie triumf w Torneo Inicial 2012. Cabral w ramach tego turnieju rozgrywa 18 meczów i strzela dwa gole.

Jest centralną postacią i widać to nie tylko na boisku, ale i na zdjęciu z pucharem. Alejandro idealnie w środku, między golasem a gościem w koszulce.

Kariera Cabrala po opuszczeniu Legii to kolejny dowód na to, że czasami dobrym piłkarzom coś nie służy. Niektórym nie służy polska ekstraklasa. Kolejne zdziwienie?

P.

poniedziałek, 26 listopada 2012
"Postfutbol". Co się w piłce pozmieniało i jak o tym pisać.

 

Autorzy książki "Postfutbol. Antropologia piłki nożnej", czyli Mariusz Czubaj, Jacek Drozda i Jakub Myszkorowski, parafrazując w jednym z fragmentów Victora Turnera stwierdzają, że "piłka nożna to dżoker w talii antropologicznych aktów". Gra z dżokerem czasami bywa jednak trudniejsza niż się wydaje. Jaką partię udało się rozegrać tercetowi twórców książki?

Na początek o tym, co mi się podobało:

+ Przede wszystkim podoba mi się to, że taka pozycja jak "Postfutbol" w ogóle pojawiła się na rynku wydawniczym. Większość książek poświęconych piłce, to wątpliwej jakoś biografie piłkarzy lub trenerów. Dodatkowo, gdy nauki humanistyczne pochylają się nad piłką nożną, wtedy - z kilkoma wyjątkami - powstają maszkaronowate zbiorówki, w których brylują osoby nieznające się na sporcie lub niepotrafiące pisać, a najczęściej łączące obie te cechy. W tym kontekście zawsze cieszy książka, która w przystępny sposób pokazuje kulturowy wymiar futbolu i jego dynamikę jako zjawiska społecznego.  Oby tylko utrzymać taki kurs.

+ "Postfutbol" to wartościowy detektor miejsc wrażliwych współczesnej piłki, tych przestrzeni, w których jest ona najbardziej podatna na zmiany. Autorzy wprost wskazują, gdzie znajdują się najbardziej cywilizacyjnie zmodyfikowane obszary futbolu. Są to przede wszystkim reprezentacje medialne, ciała sportowców i kibiców, język mówienia o piłce oraz towarzyszący jej kontekst globalizacji. Mając taką mapę łatwiej później pogłębiać poszukiwania.

+ Bardzo wartościowy jest pierwszy rozdział książki dotyczący społecznych początków piłki nożnej w Anglii. Brakowało w polskojęzycznej literaturze takich kilku akapitów na temat okresu preinkubacji współczesnej piłki, która dokonała się właśnie w Anglii. Swoją drogą chylę kapelusz przed wykazywaną przez autorów (autora?) w różnych częściach książki znajomością ligi angielskiej.

+ Szalenie ciekawy i płodny intelektualnie jest rozdział 5 "Ciało piłkarza". Można znaleźć w nim świeże spojrzenie związane z równowagą, a w zasadzie jej brakiem, między sportem kobiet i mężczyzn (ss. 177-185). Jednym z przyczynków do rozważań jest sytuacja z kobiecych MŚ 2011, podczas których Szwedka Josefine Oqvist... wymieniła się z jednym z kibiców na koszulki.

+ Zresztą w całej książce znajdujemy ciekawe kategorie poprzez które można analizować współczesną piłkę. Przeźroczystość wielkich imprez (s. 207), przestrzenie hetero- i hipertopiczne, prosumenckość futbolu itd. Skrzących intelektualnie fragmentów w "Postfutbolu" nie brakuje.

+ Wreszcie w kilku miejscach trafić też można na pyszne piłkarskie ciekawostki. Ot, choćby, kto nie zna historii asyryjskich klubów w Szwecji, to dzięki "Postfutbolowi" na pewno poszerzy sobie horyzonty i uporządkuje wiedzę na ten temat. Dla mnie natomiast największym odkrycie jest wspomniany w tekście film dokumentalny o pakistańskim miasteczku Sialkot żyjącym z szycia piłek (ss. 255-256).

Były o zaletach, przyszła więc pora na wady. Teraz o tym, co mi się w książce nie podobało.

- Niestety, nic nie ujmując walorom "Postfutbolu", to jest w niej kilka aspektów, z którymi mi zupełnie nie po drodze. Po pierwsze, nie za bardzo wiem do kogo skierowana jest ta pozycja. Dla przeciętnego kibica napisana jest ona zbyt hermetycznym językiem (zwykłemu fanowi-Kowalskiemu poleciłbym raczej książkę Foera). Dla przedstawicieli nauk społecznych (czy nawet szerzej - humanistycznych) pozostaje ona z kolei zbyt "lekka". "Postfutbol" to esej, opowieść snuta przez trzech autorów, wypowiedź niezwykle ciekawa, ale - poza wykorzystywanym tu antropologicznym słownikiem - w zasadzie nieumocowana naukowo. Nie znajdziemy w niej zbyt wielu odwołań do innych prac naukowych, umocowań analizowanych wątków w literaturze przedmiotu, o badaniach własnych nie wspominając (w tym kontekście podtytuł "Antropologia futbolu" jest mocno na wyrost, powiedziałbym, że brzmi jak fanfaronada). Tak więc książka panów Czubaja, Drozda i Myszkorowskiego to pozycja ciekawa dla wszystkich, ale dla nikogo porywająca.

- Idąc dalej tym tropem, wielki niedosyt pozostawia we mnie to, że niektóre tematy są potraktowane przez autorów niezwykle płytko. Nie chodzi nawet brak ich pogłębienia, ale o to, że momentami sygnalizowane tematy są mijane zupełnie bokiem. Nie wiem np. o czym jest podrozdział "cyborgizacja futbolu", ale na pewno nie o cyborgizacji futbolu. Podobnie ma się rzecz z "piłką glokalną" czy kibicowską "biopolityką". Mamy ładne hasła, ale nic za nimi nie stoi.

- Kolejna rzecz - przykłady. Myślę, że przeciętnego kibica-czytelnika najbardziej interesowałoby to, w jaki sposób refleksje autorów widoczne są w przestrzeni współczesnej piłki. Tymczasem autorzy często nie ułatwiają mu zadania. Przykładów z rzeczywistego życia sportu - poza kilkoma fragmentami - podają niewiele, a jak już to czynią to w połowie przypadków nie wykraczają poza oklepane motywy. Ile razy można czytać o ręce Boga Maradony? Ile razy o (nie)bramce Hursta w finale MŚ 1966? Oczywiście mamy tu przywołania niezwykle świeże i nieintuicyjne, ale w moim odczuciu są one w mniejszości. Dla mnie zawsze największymi smaczkami są ilustracje spoza pierwszych stron gazet, takie które trzeba skądś wygrzebać i dopiero pokazać szerszej publice. W tym obszarze jestem po lekturze bardzo niezaspokojony.

- Pomijam kwestię tego, że niektóre ważne w moim odczuciu tematy-wskaźniki nie pojawiają się w ogóle w książce. Zawsze bowiem można komuś wytknąć, że o czymś nie napisał albo zapomniał (choć dla mnie jednym z najważniejszych czynników przemian współczesnego futbolu jest jego medykalizacja i technicyzacja treningu i osobiście dziwię się, że w "Postfutbolu" nie znalazło się miejsce dla tych zjawisk). Pomijam też to, że niektóre rozdziały nie wnoszą nic nowego do omawianych zagadnień (vide rozdział o narracjch).

- Wreszcie mały fanowski drobiażdżek. Autorzy piszą w pewnym miejscu, że Bogusław Cygan zostawał królem strzelców w barwach Zagłębia Lubin (s. 176). Tymczasem słynny wąsal z zakolami koronę przywdziewał oczywiście jako piłkarz Stali Mielec (a przedtem grał również w Szombierkach Bytom). Z drugiej strony pomysł, żeby przeciwstawić fizyczność najlepszego goleadora ekstraklasy 1995 dzisiejszym wymuskanym gwiazdom - pyszność!

Podsumowując, "Postfutbol" to pozycja interesująca i wartościowa. Mimo swoich wad trafnie ukazuje główne mechanizmy odpowiedzialne za dynamikę współczesnej piłki oraz rzuca światło na ich nieoczywiste konsekwencje. Warto więc po nią sięgnąć, szczególnie w perspektywie zbliżającej się przerwy w ligowych rozgrywkach.

P.

niedziela, 25 listopada 2012
W Brazylii źle, czyli dobrze

W piątek posadę selekcjonera reprezentacji Brazylii stracił Mano Menezes. Władze federacji oraz kibice byli głęboko niezadowoleni z poziomu, który prezentuje kadra Canarinhos. Bilans Menezesa jako szkoleniowca Kanarków to 21 zwycięstw, 6 remisów i 6 porażek. Biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o Brazylii, a więc futbolowej potędze, można stwierdzić, że dorobek to superkiepski. Dodatkowo należy mieć na uwadze, że na te kiepskie osiągi składa się także fatalny występ na Copa America 2011. Brazylia odpadła tam w ćwierćfinale z Paragwajem (0:0, k. 0:2 - cztery zepsute karne!), przedtem w ogóle z trudem do niego awansując (0:0 z Wenezuelą, 2:2 z Paragwajem, 4:2 z Ekwadorem). Następca Dungi seryjnie również przegrywał mecze z silnymi drużynami - z Argentyną (trzykrotnie! - 0:2, 3:4, 1:2), Francją (0:1) Niemcami (2:3) i Meksykiem (0:2). Jeżeli się jest fanem z Kraju Kawy, to takie wyniki muszą boleć.

Ciosem posyłającym Menezesa na deski był "zaledwie" srebrny medal prowadzonej przez niego reprezentacji olimpijskiej (z Meksykiem). Nokautującą kropką nad "i" okazała się natomiast porażka Brazylii w czwartkowym meczu z Argentyną (1:2). Kibice Canarinhos nie powinni jednak załamywać rąk. Warto bowiem pamiętać, że ostatni największy sukces Brazylii również wykuwał się w aurze wielkiego kryzysu.

Po mundialu 1998, który Ronaldo i spółka zakończyli jako wicemistrzowie świata, pracę stracił Mario Zagallo. Schedę po nim przejął Vanderlei Luxemburgo.

 

Nowy selekcjoner postanowił mocno przewietrzyć kadrę i postawić na zawodników z ligi brazylijskiej. W żółtej koszulce zaczęły się wtedy pojawiać tabuny zawodników, o których dziś nikt już nie pamięta (Djair? Scheidt? Cesar II? itd.). Efekty były raz lepsze (5:1 z Rosją, 3:1 z Holandią), a raz gorsze (0:1 z Koreą Południową). Potem nadeszła zwycięska Copa America 1999 (na którą Luxemburgo przeprosił się m.in. z Ronaldo oraz Roberto Carlosem) oraz efektowny, choć zakończony wicemistrzostwem Puchar Konfederacji 1999 (m.in. 4:0 z Niemcami i 8:2 z Arabią Saudyjską). Wszyscy spodziewali się, że Brazylia już jest jedną nogą mistrzem świata. I wtedy zaczęło się psuć. Najpierw Canarinhos przestali wygrywać (0:2 z Argentyną, 2:2 z Holandią, 0:0 z Hiszpanią). Potem zaczęli tracić punkty w eliminacjach do MŚ 2002. Od marca do sierpnia 2000 Canarinhos odnotowali takie wyniki w kwalifikacjach - 0:0 z Kolumbią, 3:2 z Ekwadorem, 1:0 z Peru, 1:1 z Urugwajem, 1:2 z Paragwajem, 3:1 z Argentyną, słynne 0:3 z Chile

i 5:0 z Boliwią. Fani byli zdezorientowani i przestali w zespole prowadzonym przez Luxemburgo rozpoznawać swoją reprezentację. Potem przyszedł kolejny blamaż. Prowadzona przez VL olimpijska reprezentacja Brazylii odpada już w ćwierćfinale z Kamerunem. Wyrok zapadł szybko i kilka dni po powrocie z Sydney Luxemburgo przestał być szkoleniowce kadry z Kraju Kawy.

Na jeden mecz zastąpił go asystent Candinho (swoją drogą zastąpił go nieźle, bo wygrał w kwalifikacjach z Wenezuelą 6:0), a wkrótce właściwym szkoleniowcem został Emerson Leao.

 

Wejście zanotował niezłe, bo wygrał z Kolumbią (1:0) i towarzysko z USA (2:1). Problem pojawił się wraz z kolejnymi spotkaniami eliminacyjnymi. W trzech kolejnych grach Brazylia uzbierała bowiem... 1 punkt! Przegrała z Ekwadorem (0:1), zremisowała z Peru (1:1) i przegrała z Urugwajem (0:1). Przez krótki moment Canarinhos zawiśli wtedy na trzecim od końca miejscu w tabeli kwalifikacji strefy CONMEBOL. Szansą na odkucie się miał być Puchar Konfederacji 2001. Wszyscy liczyli na sukces, a Emerson Leao... odpływał. Do Japonii zawiózł skład przedziwny, pełen zawodników ledwo rozpoznawalnych dla przeciętnego kibica. Dość powiedzieć, że linia pomocy i ataku Brazylii w meczu otwarcia Pucharu wyglądała tak: Leo, Leomar, Vampeta (kapitan!), Vagner II, Ramon - Washington II, Sony Anderson. Kibice drapali się po głowie i zastanawiali się co to w ogóle za banda. O co chodziło selekcjonerowi? Do dziś nikt nie wie. Canarinhos wygrali z Kamerunem (2:0), zremisowali z Kanadą (0:0) i Japonią (0:0), by w półfinale przegrać z Francją (1:2), a w meczu o trzecie miejsce z Australią (0:1). Tego było już za wiele i po powrocie z Azji Emerson Leao został wykopany z hukiem. Jego następcą od 1 lipca 2001 roku został Luiz Felipe Scolari.

 

Początki - znowu ciężkie. Brazylia fatalnie wypadła na Copa America 2001. Ze swojej grupy wyszła z bólem (0:1 z Meksykiem, 2:0 z Peru, 3:1 z Paragwajem), ale już w ćwiećfinale została usieczona przez Honduras (0:2). Potem nadeszły trudne mecze eliminacyjne - 2:0 z Paragwajem, 1:2 z Argentyną, 2:0 z Chile, 1:3 z Boliwią i 3:0 z Wenezuelą. Koniec końców Brazylia zakończyła kwalifikacje na 3. miejscu, za Argentyną i Ekwadorem, z 30 punktami na koncie. Tyle samo miał czwarty Paragwaj, a zmuszony do bitwy w barażach z piątego miejsca Urugwaj zebrał tylko o trzy mniej. Jakkolwiek surrealistycznie by to nie brzmiało, to w Kraju Kawy wszyscy głęboko odetchnęli, że reprezentacji udało się awansować na mundial.

W pierwszej połowie 2002 roku przyszły łatwe zwycięstwa (6:0 z Boliwią, 1:0 z Arabią Saudyjską, 6:1 z Islandią, 1:0 z Jugosławią i 4:0 z Malezją) i remis (1:1 z Portugalią) w meczach towarzyskich. A jak było później - pamiętamy.

 

Tak więc fani Brazylii - otrzyjcie łzy. Być może wasza ukochana reprezentacja jest na najlepszej drodze, by zdobyć w 2014 roku mistrzostwo świata.

P.

czwartek, 08 listopada 2012
Piłkarski szczyt sekretarza Sawickiego

Pamiętam dobrze Macieja Sawickiego, świeżo upieczonego sekretarza PZPN z czasów, gdy grał jeszcze w piłkę. Działo się to w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w momencie, w którym byłem w stanie wyrecytować z pamięci skład każdej drużyny ekstraklasy.

Sawicki pojawił się w składzie Legii wiosną 1998 roku jako 19-letni młokos. Na Łazienkowską nie miał daleko, bo trafił tam z innego stołecznego klubu - Ursusa. Szans na grę nie miał jednak zbyt wielkich. Wątły, ale szybki, z charakterystyczną fryzurą na grzyba. W ataku Wojskowych straszyły jednak wówczas takie nazwiska jak Czereszewski, Kucharski, Mięciel czy Karwan. Mimo to Sawicki dostawał czasem szanse pojawienia się na boisku i... świetnie je wykorzystywał. Do końca sezonu 1997/1998 zagrał w 5 meczach i strzelił dwa gole (Pogoni [1:1] i KSZO [3:1]!

W kolejnym sezonie nasz bohater nie rozpędził się tak jak oczekiwano. Zagrał tylko w siedmiu meczach i dopiero w ostatnim z nich i zarazem ostatnim w sezonie 1998/1999 strzelił gola. Ale za to w jakim ważnym meczu, w derbach z Polonią Warszawa [3:0].

Sezon 1999/2000 to osiem ogonomeczów i jeden gol - w spotkaniu z Górnikiem (2:2 - kto chce zobaczyć ładne bramki strzelane przez zabrzan w tym meczu to niech kliknie tutaj i tutaj). Legia w tamtych rozgrywkach zajęła dopiero 4. miejsca, więc kierownictwo dokonało małych czystek. Pozbyto się także Sawickiego, który trafił do Stomilu Olsztyn.

Na Warmii wiodło mu się nieco lepiej - przede wszystkim więcej grał, głównie dlatego, że miał mniejszą konkurencję w ataku. Swoją drogą, to spotkał tam bardzo oryginalne towarzystwo: śp. Dariusza Marciniaka, Piotra Tyszkiewicza, Piotra Matysa, Tomasa Ramelisa, Abela Salamiego i Eddyego Dombraye. Jak widać ekipa była wesoła, ale olsztynianie grali przez cały sezon kiepski i utrzymali się w ekstraklasie tylko dzięki barażom (przy okazji - tamten barażowy dwumecz z Górnikiem Polkowice [0:0 i 0:0 k. 5:4] do dziś uważam za najnudniejszy dwumecz jaki kiedykolwiek widziałem). Sawicki występował dużo (26 meczów), ale strzelał nie za wiele (3 gole - ze Śląskiem [1:0], Widzewem [1:1] i Odrą [1:2]). Po zakończeniu rozgrywek Sawicki wrócił do Legii, ale już tylko do rezerw (dwa sezony), później do Korony Kielce (III liga, wiosna 2003 i sześć goli - warto byłoby dziś podpytać Sawickiego jak wyglądał tamten okres w Kielcach:)). I w zasadzie wtedy zakończyła się przygoda z piłką na wysokim poziomie.

Od połowy listopada będziemy mogli obserwować kolejną odsłonę tej przygody. O jej początkach można przeczytać tutaj.

P.