Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 27 czerwca 2012
Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.1

Chyba trudnym byłoby zadaniem – nie odczuwać choć odrobiny sympatii do zespołu, który dzisiejszego wieczora postara się stawić czoła niezwyciężonym Hiszpanom, będącym zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w turnieju Euro 2012. Jednak ich dzisiejsi rywale, zwani Bohaterami mórz (Herois do mar), również stoją przed ogromną szansą odniesienia wielkiego sukcesu. I śmiem twierdzić, że są oni, być może, bliżej osiągnięcia tego celu niż kiedykolwiek wcześniej. Bo przecież grać w piłkę lepiej od nich, potrafią naprawdę tylko nieliczni na świecie.

Portugalska drużyna, oczobitnie odziana na czerwono-zielono, intrygowała mnie już od lat pacholęcych, ot choćby specyficznym, właściwym tylko jej, sposobem przyklękania na jedno kolano do przedmeczowej fotografii.

portugal

Nazywani Brazylią Europy, bajeczni technicznie, przesycający swą grę prawdziwym artyzmem, istni poeci futbolu a jednocześnie twardzi, zadziorni, nieustępliwi, momentami wręcz brutalni w boiskowej walce. Od 12 lat nieustannie zaszczycają swą obecnością każdą dużą futbolową imprezę i dziś trudno byłoby nam sobie wyobrazić jakikolwiek Mundial lub Euro bez udziału Portugalczyków. A przecież, nim dla krajanów św. Antoniego, Camoesa i Magellana nastały, wciąż przecież trwające, piękne piłkarsko czasy, obfitujące w liczne sukcesy, naród ten, choć może trudno w to uwierzyć, czekał aż 32 lata na pierwszy, historyczny udział w Mistrzostwach świata (1966), potem kolejne 18 lat na grę w Mistrzostwach Europy (1984) i znów jeszcze następną dekadę (po nieudanym meksykańskim Mundialu;) na kolejny awans do wielkiej imprezy (1996). Dziś są niemal u szczytu piłkarskiej hierarchii futbolowego globu, wciąż jednak złaknieni największych sukcesów i wciąż gotowi do walki o nie, w pełni świadomi faktu, że stać ich na wiele, że stać ich na wszystko.

A zaczęło się w marcu 1934 roku na stadionie w Madrycie, gdzie Portugalczycy inaugurując swe oficjalne batalie o przepustkę na Mundial ponieśli sromotną klęskę z odwiecznym, hiszpańskim rywalem aż 0:9. Tydzień później, w lizbońskim rewanżu, przegrali już tylko 1:2. Bolało. Z udziału w następnych przedwojennych mistrzostwach globu wyleczyli ich Szwajcarzy. W swych pierwszych powojennych zmaganiach eliminacyjnych, w kwietniu 1950 r. Portugalczycy znów biorą lanie w Madrycie 1:5, choć na własnym boisku wywalczają już remis 2:2. Coś drgnęło? Nie za bardzo. Mundial 1954 wybijają im z głów Austriacy, którzy pastwią się nad nimi w Wiedniu niemiłosiernie - 1:9. Cenny pierwiosnek radości piłkarskim kibicom w Portugalii przynosi wywalczenie pierwszego eliminacyjnego zwycięstwa (el. MŚ '58) odniesionego 26 maja 1957 roku w Lizbonie nad Włochami 3:0. Nic to, że miejsce zajęte przez nich w trzydrużynowej grupie brzmi: ostatnie. Powoli Portugalczycy zaczynają się jednak oswajać z zupełnie obcym im do niedawna zjawiskiem odnoszenia zwycięstw w meczach o punkty. W eliminacjach do pierwszych Mistrzostw Starego Kontynentu pokonują aż dwukrotnie NRD (3:2 i 2:0), a nawet późniejszego finalistę imprezy - Jugosławię (zwycięstwo 2:1 i porażka 1:5). Nastąpiło pewne przełamanie. W lata 60-te wkracza już coraz raźniejszym krokiem zupełnie inny portugalski zespół, który nauczył się nawiązywać w miarę wyrównana walkę nawet z najlepszymi drużynami w Europie. Zresztą jest w oparciu o co budować i wzmacniać siłę reprezentacji. Znakomicie gra przecież wspaniała lizbońska Benfica, która tylko w latach 1961-1968 aż pięciokrotnie dociera do ścisłego finału klubowego Pucharu Europy, dwukrotnie wywalczając główne trofeum (1961 - 3:2 nad Barceloną; 1962 - słynne 5:3 nad Realem).  Zmagania o Mundial 1962 Portugalczycy akcentują remisem na własnym boisku z silną Anglią 1:1 oraz rozgromieniem Luksemburga 6:0. W drodze po awans na Mistrzostwa Europy 1964 zatrzymają ich po trzech zażartych bojach oraz bramce zdobytej przez Asparuchowa na 3 minuty przed końcem spotkania, Bułgarzy (3:1, 1:3 i w dodatkowym meczu 0:1).

Ale wreszcie nadchodzą upragnione i wytęsknione przez kibiców chwile chwały dla portugalskiej piłki. W eliminacje do angielskiego Mundialu Portugalczycy wchodzą znakomicie, rozpoczynając od czterech kolejnych zwycięstw (Turcja 5:1 i 1:0, w Czechosłowacji 1:0 oraz 2:1 nad Rumunią). Bramki w każdym z tych meczów (m.in. hattrick przeciwko Turcji, 2 gole zaaplikowane Rumunom) strzela niesamowity, urodzony w Mozambiku Eusebio, o którym niebawem usłyszy cały, nie tylko piłkarski, świat. Remis 0:0 wywalczony w przedostatnim eliminacyjnym meczu rozegranym 31 października 1965 roku na stadionie w Porto, przeciwko Czechosłowacji, zapewnia Portugalczykom historyczny awans do grona piłkarskiej elity świata. Podczas Mundialu, na boiskach Anglii, podopieczni brazylijskiego trenera Otto Glorii wyczyniają niesłychane wręcz rzeczy. Są prawdziwą rewelacją tych mistrzostw, a ich piękna, porywająca, ofensywna gra stanowi okrasę całego turnieju. Każdy mecz z udziałem Portugalczyków jest wydarzeniem wyjątkowym. Na początek, 13 lipca 1966 roku, na Old Trafford, po dwóch trafieniach głową Jose Augusto oraz bramce Jose Torresa - 3:1 z futbolową węgierską potęgą! Trzy dni później, na tym samym stadionie, dzięki trafieniom Eusebio i Torresa - gładkie 3:0 nad Bułgarami. Wreszcie 19 lipca 1966 roku, w Liverpoolu mecz pod każdym względem niezwykły, w którym Portugalia mierzy się z wielką Brazylią. Tego wieczoru gwiazda słynnego Pele, zdecydowanie zostaje przyćmiona przez strzelca dwóch bramek - niesamowitego Eusebio. 3:1!

eusebio

Portugalczycy we wspaniałym stylu wchodzą więc do ćwierćfinału. Tu czekają na nich Koreańczycy z Północy, skądinąd rewelacja tych Mistrzostw. Dramaturgia tego spotkania jest chyba niepowtarzalna. Koreańczycy obejmują prowadzenie dokładnie w 55 sekundzie meczu, a w 24 minucie prowadzą już 3:0!!! Niestety w swych rachubach dzielni Azjaci nie wzięli pod uwagę jak bardzo ów niekorzystny dla Portugalczyków wynik może rozjuszyć Eusebio. Ten, w przeciągu 32 minut strzela aż cztery kolejne bramki, już w 59 minucie meczu wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie! Potem jedno trafienie dokłada jeszcze Augusto i podopieczni Glorii mogą się cieszyć z efektownego zwycięstwa 5:3, dającego historyczny awans do czwórki najlepszych zespołów świata.

Rozegrany 26 lipca 1966 roku i obserwowany na londyńskim Wembley przez 93000 widzów, mecz pomiędzy Anglikami i Portugalczykami o wejście do finału okrzyknięty został zgodnie najwspanialszym widowiskiem tych mistrzostw. Wynik 2:1 (kontaktowy gol Eusebio z karnego w 82 min) zapewnił gospodarzom imprezy możliwość gry o złoto. Portugalczykom pozostała walka o 3 miejsce na świecie. Włożyli w tę batalię całe serce i pokonali reprezentację ZSRR 2:1 dzięki bezcennej bramce Torresa na 2 minuty przed końcem spotkania.

Zespół, który jeszcze kilka lat wcześniej przegrywał z Luksemburgiem, stał się teraz trzecią siłą piłkarskiego świata, okazał się być najskuteczniejszą drużyną całego turnieju (aż 17 goli w 6 meczach!), mającą w swych szeregach jednego z najlepszych piłkarzy tej imprezy a zarazem mundialowego króla strzelców (Eusebio z 9 bramkami). W symbolicznej, najlepszej "jedenastce" Mistrzostw znalazł się też kapitan reprezentacji Portugalii, również pochodzący z Mozambiku - Coluna.

Jeśli jednak ktoś myślał, że następne sukcesy same wpadną Portugalczykom do rąk - srodze się rozczarował. Trzeciej drużynie świata nie udało się wywalczyć awansu ani na ME 1968 (znów przeszkodzili Bułgarzy), ani też na następny Mundial w 1970 roku (Portugalia zajęła ostatnie miejsce w swej eliminacyjnej grupie, wygrywając tylko jeden mecz). W zmaganiach o awans na Euro 1972 Portugalczycy potrzebowali aż trzybramkowego zwycięstwa nad Belgami w ostatnim lizbońskim meczu. Stać ich było tylko na remis 1:1, w dodatku uratowany w ostatniej minucie spotkania. Udział w tak sympatycznie wspominanych nad Wisłą i Wartą niemieckich mistrzostwach 1974 roku, uniemożliwiła Portugalii, już kolejny raz, nieprzejednana bułgarska zapora. By wystąpić dwa lata później na europejskim czempionacie potrzebowali Portugalczycy dwóch zwycięstw w dwóch ostatnich spotkaniach na własnym boisku - z Czechosłowacją oraz Anglią. Oba zremisowali 1:1. A Czechosłowacy na zniweczeniu portugalskich marzeń o Euro nie poprzestali, lecz postanowili w ogóle wygrać całą imprezę. Obserwowanie argentyńskiego Mundialu 1978 jedynie w roli telewizyjnych widzów zapewnili portugalskim piłkarzom - Polacy, pokonując rywali w Porto 2:0 (dwie bramki dzisiejszego prezesa PZPN Grzegorza Lato) oraz remisując zwycięsko w Chorzowie 1:1, dzięki niesamowitemu trafieniu Kazimierza Deyny z rzutu rożnego. Kolejne eliminacyjne podejście do Mistrzostw Starego Kontynentu 1980 potłukło się o Belgów (późniejszych wicemistrzów zresztą), a w tabeli Portugalię wyprzedziła jeszcze Austria. Zmagania o udział w mistrzostwach świata organizowanych w 1982 r. u jedynego sąsiada - w Hiszpanii, to jedne z najmniej udanych w całej historii portugalskiej piłki. Przyniosły one następcom Eusebio porażki w co drugim meczu oraz przedostatnie miejsce w grupie.

Jednak to właśnie na tej dolinie łez i rozpaczy narodziła się nowa siła portugalskiego futbolu. Eliminacje do Euro '84 znów skojarzyły Portugalczyków z mocnymi drużynami - zespół ZSRR należał do ścisłej światowej elity, a Polacy byli wówczas trzecią drużyną hiszpańskiego mundialu. Gdy legendarny, opromieniony sukcesami z 1966 roku Brazylijczyk Otto Gloria rezygnował po moskiewskiej, eliminacyjnej klęsce (0:5) z prowadzenia reprezentacji Portugalii wydawało się, że zespół ten nie ma już szans na włączenie się do rywalizacji o awans z drużyną radziecką. Jednak jesienny finisz Portugalczyków pod wodzą Fernando Cabrity był iście piorunujący. W tym, by taki właśnie był, wydatnie pomogli również polscy piłkarze. Po rozgromieniu Finlandii 5:0, Portugalczycy przyjechali pod koniec października do Wrocławia, który okazał się dla nich nader gościnny. Tajemnicą poliszynela jest, że biało-czerwoni, sami już bez szans na awans, postanowili przynajmniej wpłynąć na to, by pozbawić wspomnianego awansu również swego ukochanego Wielkiego Czerwonego Brata zza wschodniej granicy i jakoś nadmiernie nie przeszkadzali sympatycznym Portugalczykom w odniesieniu zwycięstwa nad Odrą. Znamienne były reakcje polskiej widowni, gdy po zwycięskim trafieniu Carlosa Manuela w 31 min., zaczęła ona bić brawo i skandować: "Portugalia! Portugalia!". Wrocławskie zwycięstwo było niezwykle ważnym krokiem do upragnionego celu, jednak decydująca walka miała zostać stoczona 13 listopada 1983 roku, w obecności 70 000 widzów na Estadio da Luz, z bezpośrednim konkurentem do awansu – drużyną ZSRR. Portugalczycy byli w tym spotkaniu zespołem lepszym, aktywniejszym i ambitniejszym. Dyrygowani na boisku przez Jaime Pacheco, prowadzili grę niemal od pierwszego do ostatniego gwizdka arbitra. Na grząskiej, trudnej murawie ich dominacja bazująca na znakomitym wyszkoleniu technicznym nie podlegała dyskusji. Decydująca akcja przyszła w 43 min., kiedy to na jeden ze swych rajdów zdecydował się niesamowity Chalana. Został podcięty w okolicach pola karnego, a sędzia odgwizdał nieco kontrowersyjną jedenastkę, którą na bramkę zamienił niezawodny snajper pochodzący z Angoli Rui Jordao. Ten sam zawodnik trafił jeszcze w słupek w drugiej części meczu. Okazje do strzelenia bramki miał również Diamantino, a także Oganesjan i Demianienko w zespole radzieckim, ale wynik nie uległ już zmianie i Portugalia mogła świętować swój historyczny, pierwszy awans do Mistrzostw Europy. Na lizbońskim stadionie wesoło powiewały liczne polskie flagi. Kibice portugalscy doskonale wiedzieli, komu powinni podziękować.

Francuskie Euro podopieczni Cabrity rozpoczęli 14 czerwca 1984 roku na stadionie w Strasburgu, bezbramkowo remisując z reprezentacją zachodnich Niemiec. 20 czerwca również podzielili się punktami z Hiszpanami. Prowadzenie dla Portugalczyków w tym meczu uzyskał w 52 min., po przepięknym uderzeniu, świetnie wyszkolony technicznie Antonio Sousa. Na ponad kwadrans przed końcem wyrównał jednak Santillana – 1:1. W swym ostatnim grupowym spotkaniu, 20 czerwca 1984 roku na stadionie w Nantes, Portugalia zagrała więc o wszystko. Tylko pokonanie Rumunów mogło zapewnić upragniony awans do półfinału. Gdy na 9 minut przed końcem spotkania Nene strzelił zwycięską bramkę (dzięki czemu został najstarszym zdobywcą gola w historii finałów Mistrzostw Europy), Portugalczycy niemal oszaleli z radości.

Kilka dni później, 23 czerwca 1984 roku, na Stade Velodrome w Marsylii, piłkarscy następcy wielkiego Eusebio stoczyli prawdziwie dramatyczny bój, który na trwałe zapisał się w historii europejskiej piłki. Podobnie, jak 18 lat wcześniej w Anglii, znów na ich drodze do upragnionego finału stanęli gospodarze i późniejsi zwycięzcy całego turnieju. Francuzi objęli prowadzenie po golu Domergue w 24 min. meczu. Jednak na kwadrans przed końcem, niezastąpiony Jordao wyrównał, a w 8 min. dogrywki, swoim drugim trafieniem sprawił, że cała piłkarska Francja niemal zamarła. Portugalczykom do pełni szczęścia zabrakło dosłownie sześciu minut! Wyrównanie Domergue, a potem jeszcze bezwzględne dobicie wycieńczonej portugalskiej defensywy przez Michela Platiniego, na minutę przed końcem dogrywki, sprawiło że to trójkolorowi świętowali awans do wielkiego finału, a kilka dni później zwycięstwo w całej imprezie.

Portugalia - Francja, Euro 1984

Portugalia jednak, podobnie jak na angielskim Mundialu, była prawdziwą rewelacją tych mistrzostw. Zespół ten zachwycił wszystkich swoją grą. Prawdziwą furorę zrobił dynamiczny Chalana, wybrany (wraz z Jordao) do jedenastki turnieju.

W eliminacje do Mistrzostw świata Mexico ’86 wchodzili więc Portugalczycy pełni nadziei. Grupę mieli jednak bardzo silną, z RFN, Szwecją oraz Czechosłowacją na czele. Rozpoczęli jednak znakomicie – w Sztokholmie, dzięki bezcennemu trafieniu swego znakomitego supersnajpera Fernando Gomesa, wygrali 1:0, a w Porto, po bramkach Diamantino i Carlosa Manuela pokonali Czechosłowację 2:1. Później jednak nie było już tak różowo, nienajlepsza gra (z trudem wymęczone zwycięstwo u siebie z Maltą 3:2), a także porażki odniesione na własnym terenie ze Szwedami (1:3), Niemcami (1:2) oraz w Pradze z Czechosłowacją (0:1), sprawiły że sytuacja Portugalczyków stała się niemal beznadziejna. Jednak 16 października 1985 roku wydarzyły się rzeczy, które po 20 latach znów umożliwiły występ portugalskiej drużynie na mundialowym turnieju. Tego dnia Portugalczycy sprawili ogromną sensację pokonując w Stuttgarcie aktualnych i późniejszych wicemistrzów świata – Republikę Federalną Niemiec 1:0. Wspaniała bramka Carlosa Manuela, uzyskana przez niego po efektownym strzale w 54 min. spotkania jest jedną z tych najpiękniejszych kart zdobiących dzieje portugalskiego futbolu.

Jednak nawet ona na niewiele by się zdała, gdyby Szwedzi wywalczyli choćby punkt na boisku w Pradze (a już od 8 min. prowadzili tam 1:0). Jednak kapitan reprezentacji naszych południowych sąsiadów - Ladislav Vizek skutecznie pogrzebał szanse na awans zespołu Trzech Koron. Na meksykańską imprezę, z drugiego miejsca, przebili się więc, wraz z Niemcami - Portugalczycy.

Zespół prowadzony przez jednego z uczestników (i to nie bylejakiego, bo przez zdobywcę decydującej bramki, zapewniającej 3 miejsce w meczu z ZSRR) rozegranego przed 20 laty angielskiego turnieju – Jose Torresa, stanowiący trzecią siłę francuskiego Euro sprzed kilkudziesięciu miesięcy, był z pewnością drużyną, którą stać było na wiele podczas meksykańskiego czempionatu. Potwierdzili to Portugalczycy już w swoim pierwszym meczu – na stadionie w Monterrey, 2 czerwca 1986, pokonując reprezentację Anglii 1:0. Zwycięskie trafienie, po ładnej akcji Diamantino, uzyskał na kwadrans przed końcem ten, który swoim golem zapewnił również wcześniej mundialowy awans – Carlos Manuel. Poskromienie dumnych synów Albionu mogło być jeszcze bardziej efektowne, bo mimo że w drugiej części meczu piłkarze Bobby Robsona przejęli inicjatywę na boisku, to jednak w końcówce spotkania fantastyczną okazję do strzelenia gola zmarnował przebojowy Paulo Futre, a nieco wcześniej arbiter nie podyktował ewidentnej jedenastki za faul na tym młodym napastniku FC Porto. Wydawało się, że po tak istotnym sukcesie Portugalczycy są teraz zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w grupie oraz jedną z ważniejszych sił całego turnieju. Ale dla podopiecznych Torresa schody miały się dopiero zacząć. Przed meczem z Polakami bardzo poważnej kontuzji, eliminującej go z dalszej gry na turnieju doznał kapitan zespołu, niezwykle doświadczony bramkarz Manuel Bento (bronił przeciwko Polsce jeszcze w meczach eliminacyjnych do argentyńskiego Mundialu 1978; był też pewnym punktem zespołu na Euro ‘84). 7 czerwca 1986, w obecności ledwie 15000 widzów na stadionie w Monterrey, Portugalczycy, będący liderem grupy, rozpoczęli mecz z biało-czerwonymi bardzo ostrożnie, niejako przyczajeni, oddając podopiecznym Piechniczka inicjatywę w pierwszej części spotkania. Potem to raczej oni zaczęli dochodzić do głosu, jednak gola zdobyli Polacy, po strzale Włodzimierza Smolarka w 68 min. Portugalia w końcówce solidnie przycisnęła (groźne strzały Sousy, niebezpieczne rajdy Futre), ale udało się nam dowieźć zwycięstwo do końca (choć w 84 min. cudem od straty gola uratował nas słupek). Pomimo porażki (poniesionej po raz pierwszy na mistrzowskim turnieju, w regulaminowym czasie gry, od czasu półfinałowej potyczki z Anglią w 1966 r.), Portugalczycy, jak się wydawało, wciąż jednak kontrolowali sytuację. W kończącym grupowe zmagania meczu z Maroko, do bezpiecznego awansu wystarczał im nawet remis. Spotkanie rozegrane w Guadalajarze po dziś dzień uznawane jest za zdecydowanie najgorsze ze wszystkich tych, które krajanie Eusebio kiedykolwiek rozegrali na wielkiej imprezie. Na tle rozpędzonych, grających z polotem i niesłychanym entuzjazmem, będących istną rewelacją turnieju, Marokańczyków (którzy, dla odmiany, pisali tym właśnie spotkaniem najpiękniejszą kartę w historii swych mundialowych zmagań), portugalscy piłkarze sprawiali wrażenie zagubionych, ospałych, ociężałych, nieporadnych oraz wolniejszych od rywali co najmniej o dwa tempa. Delikatnie osłodził swym rodakom ów guadalajarski koszmar, swoim pięknym, honorowym golem na 1:3 – Diamantino. Meksykańska przygoda okazała się jednak wielkim niewypałem, Portugalczycy zdołali strzelić zaledwie dwa gole, zajmując ostatnie miejsce w swej grupie.

Nie udało im się również awansować do rozgrywanych dwa lata później Mistrzostw Europy w Republice Federalnej Niemiec. W zmaganiach eliminacyjnych wyprzedzili Portugalczyków zarówno Włosi, jak i Szwedzi, a punkty odebrać potrafiła im nawet Malta (remis 2:2 w Funchal). Po meksykańskim Mundialu dla portugalskiej piłki rozpoczął się trwający blisko dekadę okres turniejowego postu i posuchy. Zespół przegrywał kolejne zmagania eliminacyjne, znów znalazł się gdzieś na marginesie wielkiego, reprezentacyjnego futbolu, jak działo się to już wcześniej przez całe lata, aż do 1966 roku, i potem przez następne 18 lat, do roku 1984.

Włoskie Il Mondiale w 1990 roku również przeszło podopiecznym Artura Jorge koło nosa, choć jeszcze do ostatniego eliminacyjnego pojedynku zachowywali oni teoretyczne szanse na wywalczenie sobie udziału w tej imprezie. Trzeba przyznać, że Portugalczycy bardzo pechowo, po drodze, pogubili eliminacyjne punkty – najpierw w Lizbonie, w samej końcówce meczu, Silvinho przepuścił kuriozalną, dającą Belgom remis 1:1, bramkę van der Lindena, a potem na 8 minut przed końcem arcyważnego pojedynku w Pradze, nie potrafili przeszkodzić w uzyskaniu przez Michala Bilka (dzisiejszy trener Czechów) zwycięskiego trafienia dla Czechosłowacji (1:2). W tym wszystkim zabrakło też po prostu odrobiny szczęścia. Na skutek czego w swej ostatniej eliminacyjnej batalii, Portugalczycy potrzebowali w Lizbonie aż czterobramkowego zwycięstwa nad Czechosłowacją. Zremisowali 0:0 i pozostali w domu.

W eliminacyjnych rozgrywkach do Euro 1992 zabrakło już naprawdę bardzo niewiele do osiągnięcia upragnionego awansu. Zwycięzcy zmagań – Holendrzy, wyprzedzili depczących im po piętach Portugalczyków zaledwie o 2 pkt. Punkty te przespali portugalscy piłkarze na stadionie w Atenach, gdzie jeszcze na 22 min. przed końcem wyjazdowego spotkania z Grecją prowadzili 2:1, by ostatecznie polec 2:3. Pomimo tego, nawet remis w przedostatnim eliminacyjnym meczu z Holendrami w Rotterdamie, mógłby zapewnić awans portugalskiej drużynie. Jednak owego jesiennego wieczora, Portugalczycy ponieśli swoją jedyną w historii porażkę z reprezentacją Holandii (0:1), którą zresztą wcześniej, u siebie, pokonali 1:0, i musieli rozstać się z pięknymi marzeniami o szwedzkim Euro.

Ale w portugalskim futbolu niewątpliwie coś drgnęło. Pojawiło się młode, niesamowicie zdolne pokolenie piłkarzy, którzy pod wodzą Carlosa Queiroza, a prowadzeni na boisku przez Joao Vieirę Pinto, Luisa Figo i Rui Costę zdobyli dwukrotnie, w 1989 oraz 1991 roku, młodzieżowe mistrzostwo świata. Zaczęli oni stopniowo, powolutku przenikać do dorosłej, narodowej reprezentacji. Bardzo solidnie prezentowały się też zespoły klubowe – w 1987 roku FC Porto wywalczyło Puchar Mistrzów, a w latach 1988 oraz 1990 do finału tych rozgrywek dobrnęła lizbońska Benfica. Było więc na bazie czego budować przyszłość portugalskiej piłki.

Eliminacje do amerykańskiego World Cup 1994 zostały jeszcze przez Portugalczyków przegrane na rzecz późniejszych wicemistrzów świata – Włochów oraz rewelacyjnych Szwajcarów, ale już bardzo minimalnie. W roku 1993 Portugalia prezentowała się naprawdę znakomicie, wygrywając kolejno pięć eliminacyjnych spotkań i nie tracąc w nich żadnej bramki (m. in. wspaniałe zwycięstwo 5:0 nad Szkocją oraz niezwykle cenne 1:0 nad Szwajcarią). Ogromnie istotna była przedostatnia eliminacyjna batalia z Estonią. Na stadionie w Porto, gospodarze potrzebowali czterobramkowej wiktorii, by móc potem jechać po remis w wieńczącym zmagania, wyjazdowym pojedynku z Włochami. Estończycy jednak, głównie dzięki niesamowitym paradom Martina Pooma, bronili się tego dnia zaciekle, przegrywając zaledwie 0:3 (choć Portugalia dość szybko objęła prowadzenie 2:0 i wydawało się, że cel swój osiągnie bez większych problemów). Wszystko to sprawiło, że 17 listopada 1993 r. na San Siro w Mediolanie, Portugalczycy potrzebowali zwycięstwa nad Włochami, by wystąpić na amerykańskiej imprezie. Zagrali odważnie, dobrze i dzielnie. Mecz był ostry, momentami wręcz brutalny. W końcówce Portugalczycy postawili wszystko na jedną kartę i mocno natarli na Włochów, ale podopieczni Arrigo Sacchiego skutecznie skontrowali i w 83 minucie Dino Baggio rozwiał wszelkie portugalskie nadzieje. Piłkarzom puściły nerwy i polski arbiter Ryszard Wójcik musiał wyrzucić z boiska Fernando Couto. Bohaterowie mórz po raz kolejny zmuszeni byli pożegnać się z marzeniami o wielkim turnieju, ale dla portugalskiej piłki, po blisko dekadzie niepowodzeń znów zaczęło wychodzić słońce.

Koniunkturę na lepsze czasy, w dużej mierze, podobnie zresztą, jak Polakom w roku 2000, napędziło Portugalczykom szczęśliwe losowanie eliminacyjnej grupy do Euro '96. Właściwie tylko Irlandczycy wydawali się być godnym rywalem dla ekipy Antonio Oliveiry. 7 września 1993 roku na Windsor Park w Belfaście zespół czerwono-zielonych, od bramki Rui Costy już w 8 minucie meczu, rozpoczął swój powrotny marsz na piłkarskie salony. Portugalczycy wygrali aż cztery kolejne mecze (wyjazdowe z Irlandią Płn. i Łotwą oraz na własnym terenie z Austriakami i Liechtensteinem), zatrzymując się dopiero w Dublinie, gdzie 1:0 pokonała ich Irlandia. Potem jednak znów okazała seria zdobyczy punktowych stała się udziałem Portugalii, a  efektowne zwycięstwo 3:0 odniesione 15 listopada 1995 roku na lizbońskim Estadio da Luz, w wieńczącym eliminacyjne zmagania spotkaniu, nad tymiż samymi Irlandczykami, postawiło wyraźny stempel na pięknej chwili powrotu portugalskiej drużyny, po dziesięcioleciu przerwy, do wielkiego turnieju.

Po 30 latach od pamiętnego Mundialu, na którym to Eusebio, Coluna i spółka oczarowali swą grą cały piłkarski świat, znów Portugalczycy mieli zagrać na szczęśliwych dla nich angielskich murawach. Na dzień dobry 9 czerwca 1996 r., chłopcy Oliveiry, po golu Ricardo Sa Pinto, zremisowali w Sheffield z obrońcami tytułu Mistrza Europy – Duńczykami 1:1. Kilka dni później, dzięki trafieniu Fernando Couto udało im się jednak pokonać w Nottingham Turków 1:0. W ostatnim grupowym spotkaniu, 19 czerwca, na boisku w Nottingham, Portugalczycy wznieśli się na wyżyny i efektownie pokonali aż 3:0 bardzo silnych przecież Chorwatów (gole Figo, Pinto i Domingosa; ten ostatni był zresztą najskuteczniejszym zawodnikiem czerwono-zielonych w eliminacjach). Rozbudzone apetyty na przywiezienie kolejnego medalu z angielskiej ziemi, rozwiali jednak w ćwierćfinale, rewelacyjni na tym turnieju Czesi - 23 czerwca na Villa Park w Birmingham. Pomimo dość zdecydowanej optycznej przewagi podopiecznych Oliveiry, Karel Poborsky strzelił w 53 min. tego meczu najpiękniejszą bramkę całego turnieju, posyłając piłkę kunsztownym lobem nad kapitanem portugalskiej jedenastki – Vitorem Baią. Bohaterowie mórz wracali do domu na pewno nieco zawiedzeni, ale wstydu własnym kibicom z pewnością nie przynieśli.

Z tym bowiem postanowili poczekać do pierwszych meczów po angielskim Euro. A że spotkania te inaugurowały zarazem ich zmagania eliminacyjne do francuskiego Mundialu ’98, śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Portugalczycy zawalili sobie sprawę awansu do tego turnieju już w blokach startowych. 0:0 w Erewaniu z Armenią oraz porażka 1:2 w Kijowie z Ukrainą, sprawiły, że ponownie, po kilkuletniej przerwie, prowadzący narodowy zespół trener Artur Jorge miał ciężki orzech do zgryzienia. Zgryźć się go zresztą już nie udało, tym bardziej, że na wiosnę Portugalczycy stracili też punkty w Belfaście, gdzie zaledwie zremisowali (0:0). Niewiele dała ambitna pogoń w tabeli za Niemcami (w konfrontacji z którymi zresztą, portugalska ekipa wypadła zdecydowanie najkorzystniej, dwukrotnie remisując – 0:0 i 1:1) oraz Ukrainą (w Porto gospodarze triumfowali, wygrywając 1:0) i zwycięstwa nad pozostałymi rywalami. Ostatecznie Portugalczycy zakończyli zmagania na 3 miejscu, z jednym punktem straty do Ukraińców (zagrali oni w barażach) oraz trzema punktami do Niemców. Trzeba jednak przyznać, że w tej batalii eliminacyjnej, podopiecznym Artura Jorge szczęście wybitnie nie sprzyjało. W Kijowie dali sobie wydrzeć remis 1:1 na 2 minuty przed końcem spotkania (bramka Maksymowa), a w Berlinie zaledwie 9 minut zabrakło im do odniesienia zwycięstwa nad niemieckim zespołem (wyrównujący gol Kirstena). Bogatsi o te 3 pkt. świętowaliby swój drugi w historii awans na Mundial. Z tym jednak musieli jeszcze poczekać.

Pomimo nieobecności na francuskim święcie futbolu, Portugalczycy mieli już naprawdę wspaniałych zawodników oraz znakomitą drużynę, gotową do walki nawet z największymi tuzami piłkarskiego świata. 6 września 1998 r., pokonując efektownie Węgrów 3:1, w obecności 50 000 widzów na Nesptadionie w Budapeszcie, podopieczni nowego już trenera Humberto Coelho, rozpoczęli 14-letni serial, który trwa do dziś – nieprzerwanej passy udziału w największych piłkarskich turniejach. Swą eliminacyjną grupę do Euro 2000, Portugalczycy wraz z Rumunami zdominowali bardzo wyraźnie. Dość powiedzieć, że poza dwumeczem z Rumunią (0:1 i 1:1), podopieczni Coelho potknęli się tylko w Baku, gdzie zremisowali z Azerbejdżanem 1:1. Pozostałe spotkania wygrali, najczęściej w bardzo efektownym stylu oraz pokaźnych rozmiarach (Węgry 3:0, 3:1; Słowacja 1:0, 3:0; Azerbejdżan 7:0, Liechtenstein 8:0, 5:0). Uczyniło ich to najskuteczniejszym, zaraz po Hiszpanach, zespołem eliminacji Euro 2000 (32 gole w 10 grach!; najwięcej strzelił Joao V. Pinto – 9). Pomimo zwyciężenia grupy przez Rumunów, Portugalczycy jako zespół z najlepszym bilansem, spośród wszystkich tych, które zajęły drugie lokaty, awansowali bezpośrednio na Mistrzostwa Europy. Na niezapomniane dla nich Mistrzostwa Europy.

Te piękne czerwcowe wieczory 2000 roku, które podopieczni Coelho pozwolili przeżywać nie tylko własnym kibicom, ale i wszystkim sympatykom futbolu, zachwycającym się ich porywającą, brylantową grą, zapisały jedne z najwspanialszych kart w całych dziejach europejskiego piłkarstwa. Zresztą do dziś wielu twierdzi, że ze wszystkich pięciu medalowych zespołów reprezentacji Portugalii, to właśnie ta drużyna była najsilniejsza, najefektowniejsza, po prostu najlepsza. Każdy jej mecz był niesamowity. Zresztą zaczęło się jak u Hitchcocka - od trzęsienia ziemi. Kiedy w 18 minucie meczu rozgrywanego 12 czerwca 2000 r., na stadionie w Eindhoven, Vitor Baia, musiał po golu Mc Manamana już po raz drugi (wcześniej trafił Scholes) wyciągnąć piłkę z własnej bramki, zapewne wielu portugalskich kibiców po cichu żegnało się już z jakimikolwiek nadziejami na osiągnięcie przez ich drużynę czegoś wielkiego na tym turnieju. Jednak już 4 min. później Luis Figo, fenomenalnym strzałem uzyskał kontaktowe trafienie i skutecznie poderwał swój zespół do walki. Jeszcze przed przerwą fantastycznym strzałem głową wyrównał Joao V. Pinto, a kwadrans po zmianie stron Nuno Gomes całkowicie wywrócił do góry nogami początkowy scenariusz meczu. 3:2 z Anglikami na dobry początek, po znakomitym, buzującym emocjami, niesamowitym meczu!

Kilka dni później w Arnhem, Portugalczycy jakoś szczególnie porywająco nie zagrali, ale dzięki szczęśliwemu trafieniu głową, w ostatniej minucie spotkania z Rumunami, Costinha zapewnił swojej drużynie kolejny komplet punktów oraz pewny już awans do ćwierćfinału. 20 czerwca na słynnym De Kuip w Rotterdamie Coelho potraktował zamykające zmagania grupowe spotkanie z Niemcami jako dobry moment, by dać odpocząć przed decydującą batalią o półfinał, swoim czołowym zawodnikom. Brzmi to aż nieprawdopodobnie, więc warto powtórzyć raz jeszcze – w meczu z wciąż aktualnymi Mistrzami Europy, którzy za wszelką cenę musieli wygrać to spotkanie, Coelho zagrał niemal całkowicie rezerwowym składem (na murawę wybiegło od pierwszej minuty ledwie trzech graczy z podstawowego składu!) i rozniósł Niemców 3:0! To właśnie ten mecz, dał całemu piłkarskiemu środowisku lekcję poglądową, jak potężną siłą rażenia dysponują na tym turnieju Portugalczycy, gromiący w rezerwowym składzie, zespół wciąż przecież dzierżący miano najlepszego w Europie. Sergio Conceicao, który tego dnia ośmieszał niemiecką defensywę, z najlepszym bramkarzem świata Oliverem Kahnem na czele. Skompletował hat trick (wywalczył tym sobie miejsce w jedenastce do końca turnieju), choć wcale nie był napastnikiem. Piłkarskie Niemcy już dawno, od niepamiętnych wręcz czasów, nie zostały przez kogokolwiek tak boleśnie upokorzone, i to na turnieju rangi mistrzowskiej.

Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.2

24 czerwca 2000 roku na amsterdamskiej ArenaA po dwóch bramkach Nuno Gomesa, Bohaterowie mórz, zwyciężyli Turków 2:0, zapewniając sobie trzeci w historii awans do finałowej czwórki. Wbrew pozorom zwycięstwo nad Turcją wcale nie przyszło łatwo, choć przewaga Portugalczyków w tym spotkaniu często była wyraźna. W odniesieniu sukcesu pomogła czerwona kartka dla Alpaya już po pół godzinie gry, oraz obroniony przez Vitora Baię rzut karny Arifa. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Turcy dysponowali wówczas naprawdę ogromnie silnym zespołem, który już dwa lata później, niemal w identycznym składzie wywalczył na azjatyckim Mundialu miano trzeciej drużyny świata. Holenderska ziemia okazała się być bardzo szczęśliwą dla portugalskiej reprezentacji, która wygrała tam swoje wszystkie cztery turniejowe mecze. 

Jednak przyszedł czas na przeprowadzkę do Belgii, gdzie na brukselskim stadionie, 28 czerwca 2000 r., zespół Coelho miał, po 16 latach od Euro '84, znów zagrać o wielki finał z drużyną francuską. I zagrał mecz zupełnie niezwykły, który natężeniem swej dramaturgii w niczym nie ustępował temu sprzed kilkunastu lat. Tym razem jednak to Portugalczycy objęli prowadzenie po bardzo przytomnym strzale, zaliczającego swoje czwarte trafienie na tym turnieju, Nuno Gomesa w 18 min. spotkania. Po przerwie Francuzi przejęli inicjatywę na boisku i w 51 min. wyrównał Henry. W ostatniej minucie zawodów niekwestionowanym bohaterem całej Portugalii mógł zostać Abel Xavier, jednak zmierzającą do bramki, po jego znakomitym uderzeniu głową, piłkę fantastyczną paradą wybronił Barthez. Mecz zakończył się remisem 1:1, więc potrzebna była dogrywka. A w niej na kilka minut przed końcem doliczonego czasu gry, bardzo bliski uzyskania złotej bramki, dającej upragniony awans do finału, był Joao V. Pinto. Jednak na 3 minuty przed serią jedenastek, ten który kilka chwil wcześniej mógł zostać wielkim bohaterem – Abel Xavier nie potrafił, w polu karnym, uciec na czas z ręką z linii strzału sunącego na portugalską bramkę, i bezlitosna piłka przypadkowo odbiła się od jego kończyny górnej. Jeszcze mniej od niej litosny austriacki sędzia Benko podyktował jedenastkę. Portugalczycy nie potrafili się pogodzić z decyzją arbitra oraz z faktem, że cały ich morderczy niemal wysiłek włożony w to spotkanie, cała ich tytaniczna praca wykonana na boisku, wszystkie najpiękniejsze marzenia o wspaniałym sukcesie, tak starannie pielęgnowane, mają teraz zostać zmarnotrawione w jednym momencie, na skutek jednego, przypadkowego, nieszczęśliwego zagrania, na skutek jednej bezlitosnej decyzji. Bohaterom mórz puściły teraz nerwy, już wcześniej napięte jak struna podczas całej tej brukselskiej batalii. Nuno Gomes obejrzał czerwoną kartkę, a Luis Figo na znak protestu opuścił boisko i zaczął schodzić do szatni, jeszcze nim jego przyszły klubowy kolega z madryckiego Realu, Zinedine Zidane uzyskał z jedenastki złote trafienie, dające Trójkolorowym przepustki do finału, a pogrążające całą sportową Portugalię w smutku i złości. Pomimo bolesnej porażki po heroicznym boju ze zdecydowanie najlepszą przecież wówczas na świecie drużyną Francji, Portugalczycy odnieśli na Euro 2000 ogromny sukces. Dość powiedzieć, że w każdym ze swoich pięciu spotkań na turnieju strzelali co najmniej jednego gola (sztuki takiej, na tych mistrzostwach, zdołali dokonać jeszcze tylko wspomniani Francuzi), uzyskując ich łącznie 10, a więc średnio dwa w jednym spotkaniu, co na turnieju tej rangi ma swoją wymowę. Swoją wspaniałą, błyskotliwą, ofensywną grą Bohaterowie mórz zachwycili cały Stary Kontynent.

Zespół ponownie objął teraz Antonio Oliveira, który prowadził Portugalczyków 6 lat wcześniej na angielskim Euro. W eliminacjach do azjatyckiego Mundialu 2002, los nie był dla Portugalii jakoś nadmiernie łaskawy, kojarząc ją m .in. z silnymi Holendrami oraz Irlandczykami. Jednak Portugalczycy mieli już wtedy tak znakomitą drużynę, że nawet najmocniejszy rywal nie robił na nich nadmiernego wrażenia. Swoją klasę udowodnili bardzo szybko, już wczesną jesienią pokonując w Rotterdamie zespół, który przecież wraz z nimi dzierżył miano trzeciej piłkarskiej siły starego Kontynentu. Rozjechanie Holendrów na ich terenie 2:0 (bramki Sergio Conceicao i Paulety), upewniło wszystkich w słusznym przekonaniu, że postawa czerwonych-zieloncyh na zakończonym niedawno Euro, nie była jednorazowym, efemerycznym wybrykiem, lecz owocem wysiłku jednego z najlepszych zespołów na świecie. Dwukrotne podzielenie się punktami z Irlandczykami (1:1 i 1:1) oraz remis u siebie z Holandią 2:2 (Figo wyrównał z karnego już w doliczonym czasie gry) w najmniejszym nawet stopniu nie zagrodziły podopiecznym Oliveiry drogi do zwycięstwa w grupie, gdyż byli oni bezwzględni w ogrywaniu pozostałych rywali, uzyskując w meczach z nimi komplet punktów (Estonia 5:0, 3:1; Cypr 6:0, 3:1; Andora 7:1, 3:0). Portugalczycy nie przegrali żadnego ze swych spotkań, a także okazali się najskuteczniejszą, spośród wszystkich biorących udział w eliminacyjnych zmaganiach europejskich reprezentacji, zdobywając aż 33 gole w 10 spotkaniach (Pauleta i Nuno Gomes po 7, Figo - 6), co daje imponującą średnią 3,3 gola na mecz.

O swym pierwszym mundialowym spotkaniu na koreańskiej ziemi, cała Portugalia chciałaby zapewne jak najszybciej zapomnieć. Nim sprawiający wrażenie zaspanych i rozkojarzonych, portugalscy piłkarze na dobre się rozbudzili, przegrywali już z USA, po dwóch błędach Vitora Baii aż 0:3. Próbowali jeszcze ratować sytuację, ale stać ich było tego dnia tylko na zmniejszenie i ucywilizowanie rozmiarów porażki po golu Beto oraz samobójczym trafieniu rywali - 2:3. Drugi grupowy mecz - z Polakami, którzy podobnie jak Portugalczycy, wrócili na mundial po 16 latach nieobecności, był dla obu zespołów, które przegrały swe pierwsze boje, spotkaniem o wszystko. Biało-czerwoni, ustawieni przez Jerzego Engela nadspodziewanie ofensywnie, rozpoczęli spotkanie bardzo raźnie, rozgrywając naprawdę niezłe zawody. Nadziali się wprawdzie na piorunującą odpowiedź Paulety w 14 min., ale do 60 min. toczyli bardzo wyrównany bój z podopiecznymi Oliveiry. Wtedy to jednak wspomniany trener postanowił desygnować do gry gwiazdora światowego futbolu - Rui Costę, karnie posadzonego na ławce rezerwowych. Wejście Costy sprawiło, że gra Portugalczyków nabrała polotu i skuteczności. To właśnie po jego akcjach z Luisem Figo, swoje kolejne bramki zdobywał Pauleta, a w samej koncówce, rozgrywanego w ulewie meczu, sam Rui Costa, po pięknej akcji z Capucho (znali się i świetnie rozumieli jeszcze ze złotej, młodzieżowej reprezentacji) zadał Polakom ostatni cios. Bardzo efektowne zwycięstwo 4:0, odniesione po naprawdę niezłej grze, przywróciło portugalskim kibicom wiarę w to, że ich zespół zawojuje jeszcze Azję.

Wiarę tę jednak, kilka dni później, w bardzo okrutny sposób złamali na boisku koreańscy piłkarze. Dzień 14 czerwca 2002 r. stanowi z pewnością jedną z ciemniejszych dat w całej historii portugalskiego futbolu. Portugalczycy, którzy musieli wówczas zagrać o zwycięstwo ze współgospodarzami azjatyckiego turnieju, na wypełnionym po brzegi stadionie Incheon przegrali 0:1. Mecz kończyli w dziewiątkę, bo już w 27 min. Joao V. Pinto, a w 66 min. Beto, zostali usunięci przez arbitra z placu gry. Koreańczycy dobili zdziesiątkowanych, wściekłych i wciąż mimo wszystko walczących o komplet punktów, podopiecznych Oliveiry, i nie bez wsparcia arbitra (nie pierwszego i nie ostatniego zresztą na tym turnieju), wyrzucili z imprezy trzeci zespół Europy.

Odpadnięcie po raz drugi, i jak dotąd ostatni w całej swej historii, z mistrzowskiego turnieju już w fazie grupowej, było ogromnym ciosem dla głodnych sukcesów portugalskich kibiców. Powszechnie i zgodnie uznano więc, że jeśli organizowane przez Portugalczyków Mistrzostwa Europy w 2004 r. mają zakończyć się dla nich dobrym wynikiem sportowym, niezbędne jest przeprowadzenie dość rewolucyjnych zmian. Przede wszystkim zatrudniono na selekcjonerskiej posadzie Luiza Felipe Scolari, który na tym samym Mundialu, będącym klęską portugalskiego zespołu, wywalczył z prowadzoną przez siebie reprezentacją Brazylii tytuł Mistrza Świata. Tenże Scolari znacznie zmienił oblicze portugalskiego zespołu. Podziękował za grę kilku znaczącym, doświadczonym zawodnikom, bez których wcześniej, przez całe lata, niewielu wyobrażało sobie zespół czerwono-zielonych. Zakończyli swą reprezentacyjną przygodę m.in. wieloletni kapitan Vitor Baia, Jorge Costa, Sergio Conceicao, Joao. V. Pinto, a rola w zespole Fernando Couto czy Rui Costy została znacznie zredukowana. Brak tego ostatniego, świetnego przecież gracza, budził największy opór, również wewnątrz drużyny. Kilku zawodników, z Figo na czele, zagroziło wręcz strajkiem. Scolari jednak się nie ugiął i odważnie realizował swą autorską wizję, z naturalizowanym Brazylijczykiem Deco, jako mózgiem portugalskiej drużyny. Znaczną siłę w tej drużynie, szczególnie w tylnych formacjach, stanowili również inni, obok Deco, piłkarze FC Porto (m. in. Paulo Ferreira, Ricardo Carvalho, Nuno Valente, Costinha, Maniche), które tuż przed Euro, zwyciężyło pod wodzą charyzmatycznego trenera Jose Mourinho w Champions League (rok wcześniej okazali się też najlepsi w Pucharze UEFA). 12 czerwca 2004 roku na stadionie w Porto gospodarze Euro 2004 r., zainaugurowali to wielkie święto futbolu pojedynkiem z Grecją. Pojedynkiem, który okazał się być totalna klapą. Honorowe trafienie wschodzącej gwiazdy światowego futbolu - Cristiano Ronaldo, w ostatniej minucie meczu, jedynie złagodziło rozmiary porażki z Grekami do stanu 1:2. Na głowę Scolariego spadła lawina krytyki, tym bardziej, że mało kto zdawał sobie wówczas sprawę z faktu, z jak silną w rzeczywistości drużyną przegrali gospodarze imprezy swój mecz otwarcia. Scolari wziął więc sprawy w swoje ręce i znacznie przemeblował skład, ze szczególnym uwzględnieniem linii defensywnej, która została wręcz diametralnie przebudowana. Couto i Rui Costa teraz już na dobre wylądowali na ławce rezerwowych. Opaskę kapitańską przejął Luis Figo, a do podstawowego składu przebijał się zaledwie 19-letni wówczas, rewelacyjny Cristiano Ronaldo. W swym drugim spotkaniu, już po przeprowadzce na lizboński Estadio da Luz, Portugalczycy po znacznie lepszej grze pokonali Rosjan 2:0 (trafienia Maniche w 7 min. oraz wprowadzonego niespełna pół godziny wcześniej Rui Costy w 88 min.). Ale 20 czerwca na Stadio Alvalade w Lizbonie, w obecności 50 000 widzów, przyszło gospodarzom imprezy rozegrać mecz o wszystko ze swym odwiecznym rywalem - reprezentacją Hiszpanii. Po niesamowitym, zaciętym boju oraz bezcennym trafieniu niezawodnego Nuno Gomesa w 57 min., Portugalczycy wygrali 1:0, wyrzucając Hiszpanów z turnieju i zapewniając sobie zwycięstwo w grupie. Może to właśnie wtedy narodził się prawdziwy zespół Scolariego.

4 dni później, w pojedynku ćwierćfinałowym, rozgrywanym na Estadio da Luz, Portugalczycy wraz z Anglikami stworzyli ociekające piłkarską dramaturgią i buzujące od kibicowskich emocji widowisko, które w pamięci futbolowych fanów żyć będzie jeszcze przez całe następne dziesięciolecia. Bramka Owena już w 3 min. spotkania, sprawiła że Portugalczycy musieli przez niemal cały pojedynek heroicznie walczyć o wyrównanie strat. Gdy w 76 min. Scolari postanowił zdjąć z boiska Luisa Figo, nie tylko kapitanowi gospodarzy (Figo poczuł się urażony tym gestem i obraził się na selekcjonera, na krótko na szczęście) zdawało się to posunięciem obłąkańczym, człowieka który stracił nieco kontakt z rzeczywistością, a zarazem ostatnim gwoździem do trumny portugalskich marzeń o medalu na własnym Euro. Jednak Brazylijczyk doskonale wiedział co robi, wprowadzając w samej końcówce na podmęczonych Anglików, dżokera Heldera Postigę (który nigdy wcześniej i nigdy później na tym turnieju już nie zagrał) oraz głodnego gry Rui Costę. Ten pierwszy już 6 minut po pojawieniu się na placu, uzyskał głową wyrównujące trafienie, po którym cały stadion utonął w niewypowiedzianej euforii. Ten drugi, już w dogrywce, strzelił pozwalającą Portugalczykom objąć prowadzenie, bramkę, którą nazwać fenomenalną byłoby czymś stanowczo zbyt małym. Co prawda Lampard wyrównując w 115 min. stan meczu na 2:2, usiłował popsuć gospodarzom ich wielkie święto, ale po niezwykle emocjonującej serii jedenastek (fantastyczny majstersztyk Heldera Postigi, przed którym pokłonić do ziemi musiałby się nawet sam Panenka; przestrzelili m. in. Beckham i Rui Costa) oraz fantastycznej postawie bramkarza Ricardo, który nie tylko obronił strzał z wapna Vassela, ale i jeszcze sam uzyskał decydujące trafienie z karnego dla swojej drużyny - Portugalia zapewniła sobie kolejny, trzeci już medal Mistrzostw Europy.

30 czerwca 2004 r. jest niewątpliwie datą zupełnie wyjątkową w całych dziejach portugalskiego futbolu. Tego dnia na najszczęśliwszym dla nich na tych Mistrzostwach stadionie Jose Alvalade w Lizbonie (tu wygrali oba swoje poprzednie spotkania - z Rosją 2:0 oraz Hiszpanią 1:0), który okazał się być szczęśliwym raz jeszcze, Bohaterowie mórz po raz pierwszy i jak dotąd ostatni w swej historii, rozstrzygnęli pojedynek o udział w ścisłym finale wielkiego turnieju na własną korzyść. Bezcenne trafienie, dające Portugalczykom prowadzenie w półfinałowym meczu z Holandią, uzyskał po strzale głową w 26 min. Cristiano Ronaldo. Kilka minut po przerwie, po fantastycznym uderzeniu Maniche było już 2:0. Ale emocje aż do końca spektaklu zagwarantował kibicom, stoper reprezentacji Portugalii Jorge Andrade strzelając w 63 min. do niewłaściwej bramki i zmniejszając rozmiary zwycięstwa swego zespołu do stanu 2:1.

Po końcowym gwizdku arbitra, cała Portugalia oszalała ze szczęścia i na kilka dni zamarła w podszytym jednak głębokim entuzjazmem oczekiwaniu na finałową rozgrywkę z Grekami. Bowiem pomimo grupowej porażki sprzed zaledwie trzech tygodni, zdecydowanym faworytem finału zdawali się być gospodarze Euro. Niezwykle przejmujące są momentami fragmenty, kręconego podczas turnieju dokumentu ''Geracao Scolari'', ukazujące portugalski zespół jako ogromnie zżytą ze sobą, świadomą upragnionego celu, rodzinę. Przedmeczowe odprawy, którym towarzyszy wspólna modlitwa przy figurce Matki Bożej fatimskiej, prowadzona za każdym razem przez innego zawodnika, wzajemne motywowanie się, okazywanie sobie wsparcia, i ten wszędobylski 'Tata Scolari', z troską, serdecznością, wręcz ojcowską czułością, ściskający każdego ze swych podopiecznych, którzy zaraz wyjdą stoczyć piłkarski bój. A na każdym niemal skrawku trasy przejazdu reprezentacyjnego autokaru wiwatujące tłumy. 4 lipca 2004 roku nie był jednak świętem portugalskiego futbolu, na które wszyscy z tak ogromnym utęsknieniem wyczekiwali. Całą imprezę postanowili gospodarzom popsuć bezlitośni Grecy. Perfekcyjnie zorganizowani w defensywie, podopieczni Otto Rehhagela, umiejętnie podcinali skrzydła kolejnym portugalskim atakom. A potem w 57 min. po błędzie Ricardo oraz Ferreiry, Charisteas uciszył swym golem Estadio da Luz. To nie był dzień Portugalczyków. Ich jedynymi słabymi występami na tym turnieju okazały się pierwszy i ostatni mecz - oba przeciwko Grekom, oba przegrane. Właściwie chłopcy Scolariego odnieśli na tych Mistrzostwach ogromny sukces - zostali drugą drużyną Starego Kontynentu, odsyłając przecież po drodze do domu takie piłkarskie potęgi, jak Hiszpania, Anglia czy Holandia. A jednak w decydującym momencie, w tym najważniejszym meczu, rozgrywanym przecież przed własną publicznością - zawiedli. Stąd ogromny niedosyt i przemożne poczucie wśród portugalskich fanów, że ciężko będzie jeszcze kiedykolwiek powtórzyć tak sprzyjającą zdobyciu głównego trofeum, sytuację w finałowym meczu.

por2004

Bohaterowie mórz musieli teraz wstać, otrzepać się z bitewnego pyłu i walczyć dalej o sukcesy dla portugalskiej piłki. Jak niesamowicie silnym są zespołem podopieczni Scolariego, przekonali się sami o sobie już bardzo szybko po zakończeniu Euro. W swym kolejnym zmaganiu o prawo startu w niemieckim Mundialu, roznieśli 13 października 2004 w Lizbonie Rosję aż 7:1!!! (po dwa gole Cristiano Ronaldo oraz Petita, po jednym Paulety, Deco i Simao). Zresztą całe te eliminacje przeszli oni jak burza, deklasując wręcz rywali (po Rosjanach największe baty zebrał Luksemburg 6:0, 5:0 oraz Estonia 4:0 i Łotwa 3:0), tylko trzykrotnie remisując (m.in. wyjazdy na Słowację 1:1 i do Rosji 0:0), nie przegrywając żadnego meczu oraz strzelając (obok Czech) największą ilość goli (35) spośród wszystkich europejskich reprezentacji startujących w tych rozgrywkach (11 trafień Paulety, 7 - Cristiano).

Udział w niemieckim turnieju rozpoczęli Portugalczycy bez szaleństw, skromnie pokonując 11 czerwca na stadionie w Kolonii - Angolę 1:0 po bramce Paulety już w 4 min. meczu. Kilka dni później po pięknym trafieniu Deco oraz golu Cristiano Ronaldo z karnego (w obu przypadkach wypracował te sytuacje kapitan Figo), zwyciężyli na frankfurckim Waldstadionie Iran 2:0. Rozgrywki grupowe zakończyli 21 czerwca w Gelsenkirchen zdobywając komplet punktów w pojedynku z silnym i groźnym przecież Meksykiem (2:1 po golach Maniche oraz Simao z karnego). 25 czerwca 2006 roku na stadionie w Norymberdze Portugalczycy stoczyli z Holendrami prawdziwy bój o ćwierćfinał. Mecz ten na trwałe zapisał się na kartach mundialowych dziejów. Nie stało się tak jednak ze względu na porywającą grę, jaką uraczyli kibiców piłkarze obu drużyn, lecz z powodu niesłychanej wręcz brutalności tego meczu. Rosyjski arbiter obdarował zawodników obu reprezentacji aż czterema czerwonymi i szesnastoma żółtymi kartkami! A dodać wypada, że w żadnym wypadku nie można go posądzić o jakąkolwiek przesadę w szermowaniu wspomnianymi kartonikami. To, co działo się tego dnia na murawie śmiało można by podsumować jednym słowem – rzeźnia. Z boiska wylecieli przed czasem Costinha, Boulahruz, Deco oraz van Bronckhorst, a bardzo nielicznym zjawiskiem byli na placu ci gracze, którzy nie zostaliby ukarani jakimkolwiek kartonikiem. Ofiarą brutalnego, momentami wręcz chamskiego polowania na kości z obu stron, padł m.in. Cristiano Ronaldo, który po pół godzinie meczu, nie był już w stanie kontynuować gry. Fotografia schodzącego z boiska z płaczem, młodziutkiego piłkarza, pocieszanego przez Scolariego, obiegła potem cały świat. Na marginesie tych wydarzeń warto, mimo wszystko, wspomnieć że w 25 min. Maniche strzelił pięknego gola, dającego Portugalii upragniony awans do ćwierćfinału.

1 lipca 2006 r. na stadionie w Gelsenkirchen, miało więc dojść do kolejnej powtórki meczu (podobnie jak w przypadku konfrontacji z Holendrami) rozegranego 2 lata temu na portugalskim Euro. Tym razem jednak podopieczni Scolariego nie dali sobie wbić bramki, a że jej też Anglikom nie strzelili, po bezbramkowym remisie, który utrzymał się również do końca dogrywki, znów trzeba się było zmierzyć na karne. I tu znów największym atutem czerwono-zielonych okazał się niesamowity wręcz specjalista od jedenastek – bramkarz Ricardo. Obronił aż trzy rzuty karne (Lamparda, Gerrarda i Carraghera), a że Simao, Postiga i Cristiano Ronaldo (uzyskał decydujące trafienie z wapna) strzelali celniej, Bohaterowie mórz znów mogli świętować obecność w wielkiej turniejowej czwórce. Scolari dokonał rzeczy historycznej. Po raz pierwszy udało się bowiem Portugalczykom dwa razy pod rząd awansować do półfinału mistrzowskiej imprezy.

5 lipca 2006 r. na stadionie w Monachium na czerwono-zielonych czekali jednak ich półfinałowi prześladowcy – reprezentanci Francji. Francuzi nie zachwycali na niemieckim Mundialu, lecz dzięki swemu wyrachowaniu oraz kunsztowi Zidane’a, jakoś zaliczali kolejne turniejowe przeszkody. Choć Portugalczycy wydawali się być nawet delikatnym faworytem tego starcia, to jednak na bawarskiej murawie nie rozegrali dobrego spotkania. Być może przegrali je gdzieś w głowach, jeszcze przed meczem, bo piłkarsko byli od Francuzów chyba nawet nieco lepsi. Bardzo blisko strzelenia upragnionej bramki byli Maniche i Pauleta. Już w doliczonym czasie gry, Figo, dobijając świetny strzał Cristiano Ronaldo, chybił dosłownie z kilku metrów od bramki. Ale przecież liczy się tylko to, że w feralnej 33 minucie półfinałowego spotkania, Ricardo Carvalho, pechowo zahaczył Thierrego Henry, i że choć Ricardo znów był bardzo bliski obrony jedenastki, Zinedine Zidane wpakował mu piłkę do siatki, ponownie rozwiewając (jak w 2000 roku) portugalskie marzenia o finale.

Trzy dni później, 8 lipca, Portugalczycy pożegnali się z niemieckim Mundialem 2006, pojedynkiem o 3 miejsce, toczonym przeciwko gospodarzom turnieju. Dziwny był to mecz. Portugalczycy grali w piłkę, czyniąc to zresztą naprawdę bardzo pięknie, ale to Niemcy strzelali gole. Właściwie całą sprawę, podopieczni Klinsmanna, załatwili w niecałe 19 minut, kiedy to pomiędzy 58 a 77 min. spotkania objęli prowadzenie aż 3:0 (jedną z bramek strzelił dla Niemców portugalski obrońca Petit). Rezultat tego spotkania, to jeden z najbardziej niesprawiedliwych, i najmniej oddających przebieg wydarzeń na boisku, wyników jakie tylko pamiętam. W 88 min. Nuno Gomes strzelił gola na 1:3, przypominając własnym kibicom, że powinni cieszyć się i świętować, bo przecież ich reprezentacja odniosła na Mistrzostwach świata w Niemczech naprawdę olbrzymi sukces. Po tym turnieju, zakończył swą wspaniałą reprezentacyjną karierę legendarny Luis Figo.

Podczas eliminacyjnych zmagań do Euro 2008, polscy kibice mieli możliwość przyjrzeć się z bliska reprezentacji Portugalii. I trzeba uczciwie przyznać, że sprawiała ona wówczas wrażenie zespołu nieco wypalonego, który w nie najsilniejszej przecież grupie ciułał kolejne remisy, grając bardzo przeciętnie. 11 października 2006 r. w Chorzowie, Polacy wręcz zmietli podopiecznych Scolariego, którzy wraz z Cristiano Ronaldo stanowili jedynie tło dla wspaniale grających tego dnia biało-czerwonych. Właściwie Bohaterowie mórz ocknęli się ze swego eliminacyjnego snu zaledwie na chwilę, by rozgromić Belgów w Lizbonie 4:0. Dość powiedzieć, że Portugalczycy nie potrafili wygrać żadnego ze spotkań z zespołami bezpośrednio z nimi walczącymi o przepustki na Euro (remisy z Serbią 1:1, 1:1 i Finlandią 0:0, 1:1, lizboński remis z Polską 2:2). Znamienne, że 24 listopada 2007, podczas wieńczącego eliminacyjne zmagania pojedynku z Finami w Porto, gospodarze drżeli, by utrzymać bezbramkowy remis, który zapewniał im awans do Mistrzostw Europy z drugiego miejsca, zza pleców Polski. Portugalczycy swój cel więc osiągnęli, ale dawno już nie zaprezentowali się tak beznadziejnie w walce o ważny turniej.

Wydawało się więc wielu, że portugalska drużyna będzie jedynie dogorywać na szwajcarskich boiskach. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Ujrzeliśmy jakby nowy (choć przecież znany z eliminacji), odmieniony zespół, łaknący zwycięstw, grający efektownie i do przodu. Na dzień dobry, 7 czerwca w Genewie, po bramkach Pepe i Raula Meireles, odprawili Turków 2:0. A kilka dni później, 11 czerwca, rozegrali naprawdę wspaniałe spotkanie i rozbijając Czechów 3:1 (gole strzelili: Deco, Cristiano Ronaldo oraz Ricardo Quaresma), zapewnili sobie już po dwóch genewskich meczach, awans do ćwierćfinału.

Swój ostatni grupowy pojedynek, podopieczni Scolariego wyraźnie odpuścili gospodarzom i przegrali ze Szwajcarami w Bazylei 0:2. Porażka ta nie odebrała im jednak zwycięstwa w grupie. 19 czerwca, w tejże samej Bazylei, Bohaterowie mórz, stanęli do pojedynku z Niemcami o wejście do wielkiej czwórki. Choć na boisku przeważali Portugalczycy, to podobnie, jak 2 lata wcześniej w mundialowym meczu o 3 miejsce, gole strzelali Niemcy. Po bramkach Schweinsteigera oraz Klosego, w przeciągu zaledwie czterech minut zrobiło się 2:0 dla naszych zachodnich sąsiadów. Dzięki sprytowi oraz niesamowitemu instynktowi strzeleckiemu, będącego na tym turnieju kapitanem zespołu, Nuno Gomesa, chłopcy Scolariego, tuż przed przerwa złapali kontakt z rywalem na 1:2. Jednak pomimo licznych ataków na bramkę Lehmanna, to Ballack po godzinie gry strzelił bramkę, podwyższając prowadzenie niemieckiej drużyny na 3:1. Scolari rzucił wszystkie siły do odrabiania strat, w tym swego niezawodnego dżokera Heldera Postigę, ale ten zdołał jedynie zmniejszyć rozmiary porażki, strzelając w 87 min. głową na 2:3. W końcówce zespół portugalski bardzo mocno przycisnął Niemców, ale to po ich stronie było tego dnia sportowe szczęście. Znów trzeba było uznać wyższość rywali. Wraz z gwizdkiem arbitra, kończącym to spotkanie, zakończyła się też pewna, bardzo piękna i niezwykle udana epoka w dziejach portugalskiego futbolu, tzw. Scolariada, podczas której reprezentacja tego kraju wywalczyła swój największy sukces w historii - tytuł wicemistrza Europy (2004), a także miano czwartej drużyny świata (2006) oraz dotarła do ćwierćfinału Euro 2008.

Nowe przyszło wraz ze starym, czyli z osobą Carlosa Queiroza, który powracał po latach ku sterom narodowego zespołu. Ale to nowe rodziło się w srogich bólach. 10 września 2008 r., na Alvalade w Lizbonie przegrała Portugalia z Duńczykami niezwykle ważny i prestiżowy pojedynek eliminacyjny do afrykańskiego Mundialu 2010. Przegrała rzec by trzeba dość frajersko, bo aż do 83 min. prowadziła, dzięki trafieniu Naniego z pierwszej połowy. Wtedy to wyrównał Bendtner. Gdy jednak w 86 min. Deco z karnego przywrócił prowadzenie gospodarzom wydawało się, że 3 pkt pozostaną w Lizbonie. Podopieczni Queiroza zdążyli jednak pozwolić jeszcze rywalom wbić sobie dwie bramki i przegrali 2:3. Gdy dodamy do tego fakt, że przez następne trzy spotkania eliminacyjne nie potrafili oni nawet strzelić gola (dwukrotne bezbramkowe remisy ze Szwedami oraz 0:0 u siebie z Albanią), to mamy całkiem wyraźny obraz kryzysu, jaki dopadł drużynę Queiroza. Kompletu punktów na gwałt trzeba było teraz szukać, tam gdzie znaleźć je było najtrudniej, czyli w wyjazdowym spotkaniu z Duńczykami. Portugalczycy mieli w tym meczu niemal miażdżącą przewagę na boisku, stworzyli całe mnóstwo sytuacji bramkowych, a mimo to, dopiero doświadczony, naturalizowany Brazylijczyk Liedson, uratował im remis na 4 min. przed końcem spotkania. Ostatecznie udało się Portugalii wyszarpać kosztem Szwedów (podobnie jak w el. do MŚ 1986) drugie miejsce w grupie, które zagwarantowało im udział w barażowych potyczkach z Bośnią i Hercegowiną. W obu tych listopadowych spotkaniach, w Lizbonie oraz Zenicy, czerwono-zieloni odnieśli skromne zwycięstwa po 1:0 (bramki zdobyli Bruno Alves oraz Raul Meireles).

Podczas południowoafrykańskiego Mundialu, los na pewno nie dawał nadmiernych forów Portugalczykom już na starcie. Dostali się oni do tzw. grupy śmierci, w której rywalizować mieli z Brazylią oraz Wybrzeżem Kości Słoniowej, a także Koreą Północną. Chyba większość z nas dała się wówczas nabrać, że czekają nas prawdziwe futbolowe uczty. Pojedynki Portugalii z Brazylią oraz Wybrzeżem srodze jednak rozczarowały, kończąc się bezbramkowymi remisami. Koreańczyków z Północy, z którymi znów po 44 latach od angielskiego Mundialu 1966, przyszło im się zmierzyć, rozbili piłkarze Queiroza aż 7:0 (Tiago – 2, Meireles, Simao, Hugo Almeida, Liedson, Cristiano Ronaldo). 29 czerwca 2010 r. na stadionie w Kapsztadzie, rywalem Portugalczyków w walce o ćwierćfinał byli Hiszpanie, zespół wyprzedzający swoją epokę i wyraźnie dystansujący całą resztę stawki. Prowadzeni na boisku przez swego kapitana Cristiano Ronaldo, Bohaterowie mórz starali się jak mogli stawić opór potężnej hiszpańskiej armadzie, ale byli po prostu słabsi. Przegrali minimalnie, acz zasłużenie 0:1, a mecz kończyli w dziesiątkę, gdyż w końcówce wyrzucony został z boiska obrońca Ricardo Costa. Przegrali zresztą z przyszłymi zwycięzcami całego turnieju, bezwzględnie najlepszą drużyną globu. Ocena występu podopiecznych Queiroza na afrykańskim Mundialu była więc w pewnym sensie znacznie utrudniona. Trudno przecież mieć pretensje do zespołu, który bezbramkowo remisuje z bardzo silnymi drużynami Brazylii czy Wybrzeża lub przegrywa minimalnie z galaktyczną Hiszpanią, z którą przegrywa każdy. Tym bardziej, że Koreańczyków, z którymi tak strasznie męczyli się sami Canarinhos (wygrywając ledwie 2:1), Portugalczycy przecież rozbili 7:0. A jednak to chyba nawet nie wyniki były w tym wszystkim najważniejsze. Ale styl gry, wyrachowany, asekurancki, nieciekawy, w ogromnym stopniu zabijającym entuzjazm i polot w poczynaniach portugalskiej drużyny, czyli to wszystko dzięki czemu, zachwycała ona przez całe poprzednie lata.

Po fatalnym początku eliminacji do Euro 2012 (remis w Guimaraes z Cyprem 4:4! oraz porażka w Oslo z Norwegami 0:1), dla większości stało się jasne, że ten zespół z Queirozem na czele daleko nie zajedzie. Na selekcjonerskim stolcu zasiadł teraz Paulo Bento, który miał ratować portugalskie szanse na udział w Mistrzostwach Europy. Efekt był niemal natychmiastowy – 8 października 2010 na stadionie w Porto, Bohaterowie mórz znów wszystkich zachwycili, wygrywając dzięki bramkom obu swych wirtuozów (dwa gole Naniego oraz jedno trafienie Cristiano Ronaldo) 3:1 z Duńczykami. 4 dni później, w identycznych rozmiarach, pokonali też Islandię w Reykjaviku (C. Ronaldo, Meireles, Postiga). A potem 17 listopada 2010 r. dokonali rzeczy wręcz niewiarygodnej – rozgromili podczas towarzyskiego meczu w Lizbonie, wspaniałą reprezentację Hiszpanii aż 4:0!!! Nikt nie miał już wątpliwości, że Paulo Bento jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Potem jeszcze bezcenne czerwcowe zwycięstwo nad Norwegią (1:0), po bramce niezawodnego Heldera Postigi, rozgromienie Cypru w Nikozji 4:0 (C. Ronaldo – 2, Almeida, Danny) oraz zwycięstwo nad Islandią w Porto 5:3 (Nani – 2, Postiga, Moutinho, Eliseu). Dopiero ostatni, wieńczący eliminacyjne batalie mecz z Duńczykami w Kopenhadze przyniósł rozczarowanie (porażka 1:2 i piękny gol Cristiano Ronaldo na osłodę) oraz konieczność gry w barażach o prawo udziału w Euro 2012. Jednak, szczególnie drugi pojedynek z Bośnią i Hercegowiną (podczas pierwszego, padł w Zenicy, bezbramkowy remis) był prawdziwą manifestacją portugalskiej siły rażenia. Przepiękne, fantastyczne bramki, jakie zdobyli Nani i Cristiano Ronaldo (zaliczył dwa gole), w wygranym przez podopiecznych Paulo Bento 6:2 (dwukrotnie trafił też Postiga, raz Veloso) lizbońskim rewanżu, były okrasą całej piłkarskiej jesieni w Europie.

cr

Portugalczycy stają dziś przed ogromną szansą, by po raz drugi w całej swojej historii awansować do finału wielkiej piłkarskiej imprezy. Posiadają też wszelkie argumenty ku temu, aby ów upragniony cel osiągnąć. Mają w swych szeregach najgenialniejszego piłkarza na świecie, jakim jest kapitan ich zespołu Cristiano Ronaldo (będący prawdziwym ewenementem w europejskim futbolu – gra już na piątym turnieju mistrzowskim pod rząd i w każdym z nich strzelał co najmniej jednego gola). Mają wyśmienitego Naniego. Mają wreszcie cały zastęp pozostałych, znakomitych zawodników. Potencjał jaki drzemie w tym zespole jest potężny i całkowicie nieobliczalny. Stać ich na każdy, nawet największy sukces. I choć wszystko zdaje się przemawiać na korzyść aktualnych Mistrzów świata i Mistrzów Europy – Hiszpanów, Bohaterowie mórz choćby niespełna półtora roku temu, w listopadowym, lizbońskim spotkaniu, w którym rozgromili swych odwiecznych rywali aż 4:0, udowodnili wszem i wobec, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.

wtorek, 26 czerwca 2012
Precedens Montolivo. Nie strzelili karnego, uratowali ich kumple

Włochy - Anglia 0:0, Euro 2012, rzuty karne, pierwszy z lewej Ricardo Montolivo
Włochy - Anglia 0:0, Euro 2012, rzuty karne, pierwszy z lewej Ricardo Montolivo

Jeśli komuś się wydaje, że historia mistrzostw Europy zna już wszystkie numery, to błądzi jak Mario Balotelli podczas zakładania koszulki. Oto podczas boju Anglików z Włochami w rzutach karnych doszło do precedensu i nie chodzi tu oczywiście o odpadnięcie synów Albionu. Pierwszy raz w dziejach Euro zdarzyło się, by awansował zespół, który jako pierwszy zmarnował karnego w serii jedenastek.

Nie sądzę, by był drugi człowiek na ziemi, który czułby taką radochę z awansu Włochów jak Riccardo Montolivo. Już gdy podchodził do piłki miałem wrażenie, że jest spięty jak agrafka. I nie trafił.

Na jego szczęście zawiedli też Ashley Young i Cole. Jak to Anglicy.

Na liście gości, którym w konkursie jedenastek na Euro przypadł zonk, jest wiele ciekawych nazwisk. Tych piłkarzy, których zły strzał nie pociągnął drużyny na dno pogrubiam. Nie ma jednak wśród nich nikogo, kto - jak Riccardo Montolivo - zepsułby strzał nim zrobił to przeciwnik.

2008

ćwierćfinał Włochy - Hiszpania 0:0, k. 2-4
Daniele De rossi - Daniel Guiza - Antonio Di Natale

ćwierćfinał Chorwacja - Turcja 1:1, k. 1-3
Luka Modrić, Ivan Rakitić, Mladen Petrić

2004

ćwierćfinał Anglia - Portugalia 2:2, k. 5-6
David Beckham - Manuel Rui Costa - Darius Vassell

ćwierćfinał Szwecja - Holandia 0:0, 4-5
Zlatan Ibrahimović - Philip Cocu - Olof Mellberg

2000

półfinał Holandia - Włochy 0:0, k. 1-3
Frank de Boer, Jaap Stam - Paolo Maldini - Paul Bosvelt

1996

ćwierćfinał Hiszpania - Anglia 0:0, k. 2-4
Fernando Hierro, Miguel Angel Nadal

ćwierćfinał Holandia - Francja 0:0, k. 4-5
Clarence Seedorf

półfinał Francja - Czechy 0:0, k. 5-6
Reynald Pedros

półfinał Anglia - Niemcy 1:1, k. 5-6
Gareth Southgate

1992

półfinał Holandia - Dania 2:2, k. 4-5
Marco van Basten

1984

półfinał Dania - Hiszpania 1:1, k. 4-5
Preben Elkjaer Larsen

1980

mecz o III miejsce Włochy - Czechosłowacja 1:1, k. 8-9
Fulvio Collovati

1976

finał Niemcy - Czechosłowacja
Uli Hoeness

 

Na mistrzostwach świata rund jest więcej, konkursów rzutów karnych też było więcej, więc i przypadki takie jak Riccardo Montolivo się zdarzyły. Ale też nie za wiele razy. Konkretnie trzy: Niemiec Uli Stielike w 1982 roku, Szwed Hakan Mild w 1994 i Argentyńczyk Hernan Crespo w 1998.

1982

RFN - Francja 3:3, k. 5:4
Uli Stielike - Didier Six, Maxime Bossis



1986

Brazylia - Francja 1:1, k. 3-4
Socrates - Michel Platini - Julio Cesar

Meksyk - RFN 0:0, k. 1-4
Fernando Quirarte, Raul Servin

Belgia - Hiszpania 1:1, k. 5-4
Eloy

1990

Irlandia - Rumunia 0:0, k. 5-4
Daniel Timofte

Jugosławia - Argentyna 0:0, k. 2-3
Dragan Stojković - Diego Maradona - Dragoljub Brnović - Pedro Troglio - Faruk Hadzibegić

Włochy - Argentyna 1:1, k. 3-4
Roberto Donadoni, Aldo Serena

RFN - Anglia 1:1, k. 4-3
Stuart Pearce, Chris Waddle

1994

Meksyk - Bułgaria 1:1, k. 1-3
Garcia Aspe - Krasimir Bałakow - Marcelino Bernal, Jorge Rodriguez

Szwecja - Rumunia 2:2, k. 5-4
Hakan Mild - Dan Petrescu, Miodrag Belodedici



Brazylia - Włochy 0:0, k. 3-2
Franco Baresi - Marcio Santos - Daniele Massaro, Roberto Baggio

1998

Argentyna - Anglia 2:2, k. 4-3
Hernan Crespo - Paul Ince, David Batty



Włochy - Francja 0:0, k. 3-4
Demetrio Albertini - Bixente Lizarazu - Luigi Di Biagio

Brazylia - Holandia 1:1, k. 4-2
Philip Cocu, Ronald de Boer

2002

Hiszpania - Irlandia 1:1, k. 3-2
Matt Holland - Juan Valeron - David Connolly - Juanfran - Kevin Kilbane

Hiszpania - Korea 0:0, k. 3-5
Joaquin

2006

Szwajcaria - Ukraina 0:0, k. 0-3
Marco Streller - Andrij Szewczenko - Tranquillo Barnetta, Ricardo Cabanas

Niemcy - Argentyna 1:1, k. 4-2
Roberto Ayala, Esteban Cambiasso

Anglia - Portugalia 0:0, k. 1-3
Frank Lampard - Hugo Viana - Steven Gerrard - Petit - Jamie Carragher

Włochy - Francja 1:1, k. 5-3
David Trezeguet

2010

Japonia - Paragwaj 0:0, k. 5-3
Yuichi Komano

Urugwaj - Ghana 1:1, k. 4-2
John Mensah - Maxi Pereira - Dominic Adiyiah

B.

Euro 2012 na blogu

Nadzieje kontra rzeczywistość i poczucie winy jak u Amelii. Ból istnienia po Polska - Czechy

Dobre połowy to są w Dalmorze. Liczy się całość.

Na własne oczy: 3x 1:1, Indonezyjczyk i mafia biletowa. Tuzin myśli po 12 meczach Euro 2012

Bitwa warszawska 2012 

Nie być jak Jacek Krzynówek. Polska Grecji gola strzeli

Przez niego Rooney przestał być rekordzistą Euro. Johan Vonlanthen

niedziela, 24 czerwca 2012
Antonio Cassano czyli Piotruś Pan zaczyna dojrzewać?

Antonio Cassano, mecz Włochy - Chorwacja 1:1, Euro 2012, Poznań, obok sędzia Howard Webb
Piotruś Pan - Peter Pan

O jego sprowadzenie do Realu Madryt prosił ponoć sam król Hiszpanii Juan Carlos. W królewskim klubie, tak jak i we wszystkich włoskich, w których grał, prędzej czy później wszyscy mieli go dość. Mało kto jednak śmiał negować to, że Antonio Cassano to napastnik znakomity.

Jeśli w dalszej części turnieju będzie strzelał gole tak jak w Poznaniu, a Włosi nie będą pozwalali rywalom na nic tak jak Irlandczykom, wielki talent może w końcu osiągnąć w piłce coś wielkiego. W końcu, bo Antonio Cassano przyszedł na świat w dniu zdobycia przez Italię mistrzostwa świata w 1982 roku.

Wcześniej w odniesieniu sukcesu permanentnie przeszkadzał mu jego charakter. W biednej dzielnicy Bari wychowywał się bez ojca, godzinami kopał piłkę na parkingu i zadawał się z podejrzanymi typami. Sam przyznał, że gdyby nie futbol, pewnie byłby kryminalistą.

W zespole juniorów miejscowego klubu gole zdobywał hurtowo. Gdy raz uznał, że bramkarz jego drużyny zbyt się nudzi, zaczął obstrzeliwać bramkę swojej drużyny. W zespole seniorów zadebiutował jako 16-latek i już w drugim spotkaniu wydarł dla Bari zwycięstwo w pojedynku ze słynnym Interem Mediolan.



Ciekawe jest, że pierwszego gola dla Bari strzelił wtedy Hugo Ennyinnaya, później gracz Odry Opole (tu mój stary tekst na Zczuba o nim). A jeden z tych, co tu blogują, oglądał wtedy na Rai Uno program ''90º minuto'' ze skrótem tego spotkania i rości sobie prawo do bycia odkrywcą talentu Cassano - pewnie nie on jeden.

Z ogonka klubów chętnych do zatrudnienia młodego geniusza najwięcej zapłaciła AS Roma. Prawie 29 mln dolarów za transfer było nowym rekordem wśród piłkarzy nastoletnich. Minimalnie przebił go potem Javier Saviola przechodzący do Barcelony.

Wieczne Miasto miało ze swoim ''Piotrusiem Panem'' wieczne kłopoty. Obrażony piłkarz potrafił opuścić drużynę w trakcie treningu lub w ogóle się na nim nie pojawić. Trener Fabio Capello wiele razy upominał i karał Cassano, wyrazem jego bezradności było wymyślenie neologizmu ''cassanate'' (niezdyscyplinowanie połączone z talentem). Piłkarz w swojej biografii otwarcie przyznał, że na boisku rzadko zużywa więcej niż połowę swoich sił. W Madrycie, do którego trafił z Rzymu, musiał się starać jeszcze mniej, bo przez dwa sezony zdobył dla Realu tylko dwa gole.

Odrodził się w Sampdorii Genua. Gra zespołu i życie miasta toczyło się wokół niego. Jakoś znoszono jego fochy, takie jak rzucanie w sędziego koszulką po czerwonej kartce.



Czar ostatecznie prysł, gdy Antonio Cassano, przy całym zespole, wulgarnie zwymyślał 74-letniego prezesa, który ośmielił się go poprosić o przyjście na kolację z kibicami. Stracił pracodawcę, ale tylko na chwilę, bo przygarnął go AC Milan. W Mediolanie wszystko szło dobrze, aż nagle w listopadzie minionego roku podczas powrotu z meczu zaczął widzieć jak przez mgłę, miał problemy z mówieniem i poruszaniem się. Okazało się, że wrodzona wada serca spowodowała wylew. Włosi martwili się, że po operacji nie zdąży wrócić do formy, czy w ogóle do gry, przed Euro 2012.

Na boisku pojawił się znów w kwietniu. Cesare Prandelii powołał go do kadry i dał prestiżowy numer 10. ''Piotruś Pan'' odwdzięczył mu się golem w trzecim meczu w Poznaniu, który przełamał przeciętną, acz heroiczną irlandzką obronę. Zadał tym samym cios Giovanniemu Trapattoniemu. Selekcjoner Irlandczyków, a dawniej też Włochów, powiedział kiedyś o Antonio Cassano, że to ''geniusz, który może doprowadzić do szaleństwa w pięć minut''.

Dla kadry Trapattoniego zdobył zresztą dwie bramki na Euro 2004 w spotkaniu z Bułgarią, toczonym równolegle do szwedzko-duńskiej układanki na 2:2. Jeśli dziś strzeli gola na wagę wyeliminowania Anglików przykryje to wszystkie jego poprzednie gole i ekscesy.

B.

Notka to poszerzony fragment tekstu Piotruś Pan i Super Mario. Oni strzelali gole na Euro 2012 w Poznaniu z Poznań.Sport.pl

Euro 2012 na blogu

Nadzieje kontra rzeczywistość i poczucie winy jak u Amelii. Ból istnienia po Polska - Czechy

Dobre połowy to są w Dalmorze. Liczy się całość.

Na własne oczy: 3x 1:1, Indonezyjczyk i mafia biletowa. Tuzin myśli po 12 meczach Euro 2012

Bitwa warszawska 2012 

Nie być jak Jacek Krzynówek. Polska Grecji gola strzeli

Przez niego Rooney przestał być rekordzistą Euro. Johan Vonlanthen

czwartek, 21 czerwca 2012
Irlandzka duma bez uprzedzenia

Nie było na EURO 2012 drużyny, która grałaby gorszą piłkę niż Irlandia. Przybysze z Zielonej Wyspy zaprezentowali futbol archaiczny, polegający głównie na grze w powietrzu i twardej obronie. Zero polotu, zero punktów. Mimo to obecność Irlandczyków na turnieju może okazać się najważniejszym wydarzeniem mistrzostw. Ba, być może nawet przełomem cywilizacyjnym. Wszystko za sprawą ich kibiców.

Tak jak wymalowani na zielono fani przypominali swoim wyglądem Marsjan, tak też ich zachowanie z polskiego punktu widzenia mogło być odebrane jak z innej planety. Irlandczycy zaprezentowali bowiem janusowe oblicze uwielbienia swojej ojczyzny. W kraju, w którym z wysokości mównicy sejmowej politycy codziennie umierają za ojczyznę, a na łamach gazet trwa nieustający konkurs na najlepszego Polaka, nasi goście pokazali co to znaczy cieszyć się z bycia Irlandczykiem.

Ta irlandzkość objawia się bowiem przykładem, a nie gębą pełną frazesów. To pewna postawa poparta konkretnym zachowaniem, a nie wielka erystyka. Niby banalne, a jednak zmiana jakościowa jakby nie z tego świata.

Przywiązanie Irlandczyków do swojej kultury to dialogiczny patriotyzm. Irlandczyk mówi: „Mój kraj i moja kultura są świetne, naprawdę kapitalne. Najlepsze na świecie! Pozwól, że cię do tego przekonam. Napiję się z tobą piwa, nauczę piosenki, opowiem o tym, kim jest Robbie Keane, o zielonych polach i monumentalnych klifach. Ale... Twój kraj i Twoja kultura też są super! Też najlepsze na świecie. Z przyjemnością podłapię kilka słówek, jakieś piosenki, czy przepis na pierogi. Chętne się nauczę, bo Twoje jest naprawdę świetne. Nie wiem czy aż takie świetne jak moje, ale świetne”.

Jaki jest skutek tej postawy? Irlandczyk nie ma problemów z chodzeniem po ulicach w barwach narodowych, z godłem czy flagą swojego kraju na koszulce. Jest on fanem swojego kraju i wszystkiego tego, co się z nim wiąże. Toż to nacjonalizm! - ktoś krzyknie. Oczywiście, ale w tym wypadku miłość do swojej ojczyzny polega na jej godnym reprezentowaniu. Na tym, aby swoim zachowaniem udowadniać na każdym kroku, że gdzieś tam na mapie Europy istnieje taka zielona wysepka jak Irlandia i mieszkają na niej bardzo fajni ludzie. To duma z bycia Irlandczykiem, ale bez uprzedzenia do tych, którzy nimi nie są. Nie jest to więc z pewnością miłość zaborczego kochanka, który licytuje się kto jest lepszym obywatelem i pierze w ryja wszystkich tych, których za takich nie uważa.

Taki patriotyzm pociąga mnie wiele bardziej niż biało-czerwony łysol obtłukujący pięściami Rosjan czy inne nacje. Z takim patriotyzmem chce się spotykać i chce się z nim poznawać. Może warto spróbować takiego podejścia? Sukces takiego społecznego eksperymentu byłby według mnie o wiele cenniejszy niż lśniące stadiony.

Verba docet, exempla trahunt – słowa uczą, przykłady pociągają.

P.