Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 06 lipca 2012
Mistrzostwa klasy średniej

Zakończone nie tak dawno mistrzostwa Europy ukazały jak silna w polskim społeczeństwie jest klasa średnia. To był turniej stworzony z myślą o niej i to ona najlepiej się na nim czuła.

Kręcąc się po Warszawie w dniu meczu Polska - Grecja, a później siedząc na trybunach Stadionu Narodowego, miałem głębokie poczucie, że przebywam właśnie wśród ludzi, którzy - być może po raz pierwszy jako tak liczna grupa! - nie odczuwają potrzeby udowadniania innym, że dobrze im się powodzi. Biało-czerwonych kibiców stać było na to, żeby robić różne fajne rzeczy, a teraz przyszli się na świąteczną imprezę pod tytułem "mecz na EURO 2012". Nie było jednak w tym wszystkim za grosz napięcia, którą czasem można zobaczyć w lożach vipowskich (kto bliżej szyby, żeby tylko było dobrze widać), nie było też rozbuchanej konsumpcji spod znaków rosyjskich oligarchów. Ot, bycie tam było czymś normalnym. Siedzimy, oglądamy, kibicujemy, fajnie jest.

Dla tej części polskiego społeczeństwa naturalne jest to, że może sobie pozwolić na pewne rozrywki, nawet na te bardziej elitarne. Swoich pieniędzy nie wydaje w sposób ostentacyjny. To raczej model opierający się na jeżdżeniu wiekowym samochodem (ale sprawnym, jeżdżącym), ale zapewnieniu dzieciom dobrej szkoły, lekcji języka i zagranicznych wakacji. Ta klasa średnia nie różni się zbytnio od tej zachodniej, więc także nie pretenduje usilnie do podkreślania tego braku dystansu.

W kontekście przynależenia do tej klasy niezwykle ważna pozostaje dziś także umiejętność zabawy. Trzeba dysponować odpowiednim kapitałem kulturowym - znać odpowiednie kody, wiedzieć jak się zachować w danych sytuacjach, co wolno, a czego nie wolno. Dlatego też na Narodowym nie widziałem, żeby ktoś się schlał, ani też nie słyszałem, aby ktoś śpiewał, że "Legia/Lech/Wisła to k....". Pewne zachowania nie wypadają w tym środowisku, bo za dużo jest do stracenia. Jeszcze ktoś wziąłby nas za parcha.

Głównym mechanizmem dokonującym selekcji publiki są oczywiście pieniądze. W tym przypadku ceny biletów wynosiły od kilkuset złotych wzwyż. Wiele osób, abstrahując od tego, że nie miało szczęścia w losowaniu, po prostu nie było w stanie sobie pozwolić na taki wydatek. Ten coraz częściej stosowany mechanizm, aby dobrać grupę, która ma być odbiorcą danego wydarzenia. Czasem on się sprawdza (jak na EURO 2012), a czasem nie (jak np. w przypadku Legii, która chciała wykonać podobny krok). Warto zauważyć, że takie manewry mają wielką moc wykluczania całych grup społecznych, które wstępu na stadion nie mają i już raczej nie będą miały.

EURO 2012 podkreśliło siłę polskiej klasy średniej - jej liczebność, moc nabywczą oraz umiejętność zabawy. Jak każda wielka impreza, ukazała również, że nie jest to impreza jednakowo dla wszystkich.

P.

niedziela, 01 lipca 2012
Hiszpania - Włochy, czyli na chwilę przed wielkim finałem

Dzisiejszy, kijowski finał naszego polsko-ukraińskiego Euro 2012 będzie wydarzeniem pod wieloma względami wyjątkowym. Wbrew pozorom bowiem, nieczęsto się zdarza, by do decydującego meczu o zwycięstwie w mistrzostwach Europy czy świata, docierały zespoły rzeczywiście najlepsze w przekroju całego turnieju. W tym wypadku, mam wrażenie jednak, iż tak właśnie się stało. Dodatkowo, po raz pierwszy w dziejach futbolu, możemy być świadkami sytuacji, w której uda się wreszcie komuś (w tym przypadku Hiszpanom), nie tylko obronić tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu, ale również trzeci raz z rzędu wygrać wielką imprezę (wcześniejsze triumfy na Euro 2008 oraz Mundialu 2012). Do pojedynku ze sobą, staną dzisiejszego wieczora rywale niewątpliwie siebie godni, prawdziwi arystokraci światowego futbolu, dwa wspaniałe zespoły, mające w swych szeregach wielu wybitnych piłkarzy, prowadzone z trenerskich ławek przez znakomitych szkoleniowców.

ita82

Hiszpania, mistrz Europy 2008

Włosi i Hiszpanie. Hiszpanie i Włosi. Dwie futbolowe potęgi. Dwa narody bez których trudno byłoby sobie wyobrazić nasz europejski organizm. Narody, których historia przeplatała się wzajemnie ze sobą przez całe długie epoki. A przecież Hiszpania nawet własną nazwę (łac. Hispania) zawdzięcza Rzymianom, którzy właśnie tak, a nie inaczej postanowili wołać na ojczyste ziemie swych dzisiejszych finałowych rywali. Rzymianie, którzy przez ładnych kilka wieków panowali nad hiszpańskim zakątkiem Starego Kontynentu. A potem z kolei, po kilkunastu stuleciach, to Hiszpanie w Złotym Wieku swej potęgi, na czas jakiś, sami sięgnęli po władzę nad znacznym obszarem włoskich ziem. Również w piłkarskim, dziejowym rozrachunku nieco przeplatała się na przemian ich wzajemna dominacja nad sobą, choć nie podlega dyskusji niezaprzeczalny fakt, iż to na piersiach reprezentantów włoskiego futbolu spoczywa dziś więcej orderów i medali (cztery razy mistrzostwo świata, raz mistrzostwo Europy, dwa wicemistrzostwa świata, jedno wicemistrzostwo Europy oraz po jednym brązowym medalu MŚ i ME) niż ma to miejsce w przypadku drugiego kijowskiego finalisty (jeden triumf w mistrzostwach świata oraz dwa tytuły mistrza i jeden wicemistrza Europy). Jednak w ostatnich kilku latach to właśnie Hiszpanie wyrośli na największą futbolową potęgę globu i to oni, świętując obecnie swój piłkarski Złoty Wiek, wydają się być faworytem wieczornego starcia na zielonej Ukrainie.

Piłkarskie boje włosko-hiszpańskie i hiszpańsko-włoskie, mają swoją wspaniałą, fascynującą, niemal stuletnią już historię. Pierwszym i od razu jakże istotnym starciem obu ekip, był olimpijski pojedynek rozegrany 2 września 1920 roku, o godz. 15.20, w obecności zaledwie 10 tys. widzów na stadionie w Antwerpii. Niekwestionowanym bohaterem sportowej Espanii został tego dnia Felix Sesumaga, który dwukrotnie (w 43 i 72 min.) pokonał włoskiego golkipera. A że czyste konto zachował w hiszpańskiej bramce legendarny Ricardo Zamora (ten 19-letni wówczas zawodnik został jednak usunięty w trakcie meczu z boiska, bo sprowokowany faulem, sam postanowił bokserskim ciosem wymierzyć rywalowi sprawiedliwość), piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego mogli świętować swój sukces. Zresztą w ogóle był to dla nich turniej ogromnie udany i zwieńczony srebrnym medalem olimpijskim.

W marcu 1924 roku oba zespoły, pierwszy raz spotkały się towarzysko (0:0 w Mediolanie), a dwa miesiące później, niespełna 4 lata po antwerpskim starciu, 25 maja 1924 r., znów igrzyska olimpijskie były świadkiem ich ważnego piłkarskiego pojedynku. Choć na paryskim stadionie znów jedyne i zarazem decydujące trafienie było udziałem Hiszpana (Pedro Vallany na sześć minut przed końcem meczu), to jednak był to gol samobójczy i tym razem to piłkarze z Półwyspu Apenińskiego mogli zatriumfować.

Serial olimpijskich potyczek włosko-hiszpańskich znalazł swą kontynuację również na amsterdamskich igrzyskach. 1 czerwca 1928 r., po zaciętej walce toczonej również w dogrywce, pojedynku nie udało się rozstrzygnąć (prowadzenie dla Hiszpanów uzyskał Domingo Zaldua w 11. minucie, wyrównał Adolfo Baloncieri w 63.). W dodatkowym, rozegranym 3 dni później spotkaniu, Włosi tym razem roznieśli swych rywali aż 7:1 (dwa gole Virginio Levratto, po jednym Mario Magnozzi, Angelo Schiavio, Baloncieri, Fulvio Bernardini, Enrico Rivolta; honorowe trafienie Jose Maria Yermo). Ale dwie najważniejsze, przedwojenne futbolowe batalie pomiędzy Italią i Espanią miały dopiero nadejść.

Podczas Il Mondiale rozgrywanego, w rządzonej już wówczas przez Benito Mussoliniego Italii, na stadionie we Florencji, rozegrano mecze, które na trwałe zapisały się w piłkarskich annałach. W walce o awans do półfinału imprezy doszło do starcia dwóch naprawdę znakomitych drużyn. Wśród znawców futbolu, nie brakuje opinii, że był to, aż do czasu obecnej, XXI-wiecznej złotej epoki narodowej reprezentacji, najlepszy zespół Espanii w całej jej historii. Nic więc dziwnego, że 31 maja 1934 roku, piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego ustawili gospodarzom poprzeczkę bardzo wysoko. Po pół godzinie gry i trafieniu Luisa Regueiro, objęli prowadzenie 1:0. Wyrównującego gola do szatni uzyskał Giovanni Ferrari. Walka na boisku była niezwykle zacięta, nerwowa, chwilami bardzo ostra. Cudów w swej bramce dokonywał niepowtarzalny Ricardo Zamora. Zresztą był to w ogóle pojedynek dwóch wspaniałych bramkarzy, będących kapitanami swoich drużyn, w rolach głównych wystąpili bowiem Giampiero Combi i Ricardo Zamora (podobnie jak dziś Buffon i Casillas, tak Combi i Zamora reprezentowali wówczas barwy odpowiednio Juventusu oraz Realu Madryt, który nosił wtedy nazwę FC Madrid). Rozstrzygnięcia nie przyniosła nawet dogrywka. Doszło do sytuacji precedensowej, po raz pierwszy w krótkiej jeszcze wówczas mundialowej historii, zaistniała potrzeba dodatkowego pojedynku między zainteresowanymi zespołami. Nazajutrz włoscy i hiszpańscy piłkarze znów stanęli naprzeciw siebie, na wypełnionym po brzegi stadionie we Florencji (mecz ten okazał się dla gospodarzy kasowym rekordem turnieju). Włosi wystawili zmieniony niemal w połowie zespół, a Hiszpanie zagrali właściwie zupełnie nową drużyną. Wielu piłkarzy obu teamów, z Zamorą, Schiavio i Ferrarim na czele, było po prostu zbyt wycieńczonych fizycznie po morderczym wysiłku z dnia poprzedniego. W meczu rozegranym 1 czerwca 1934 r., gospodarzom pomagały niestety nie tylko ściany. Wydatnie wspierał ich również, wieloma swoimi, wręcz skandalicznymi decyzjami, szwajcarski arbiter Rene Mercet (po tym jego popisie, szwajcarska federacja wykluczyła go, pozbawiając na zawsze prawa prowadzenia piłkarskich spotkań). Być może, legendarnemu Giuseppe Meazza, przez następne lata, mąciła nieco radość ze zwycięskiego gola na 1:0 dla Italii, nieznośna świadomość, że uzyskał go dzięki niewłaściwej reakcji Merceta. Rozpędzona włoska machina, pod kierunkiem Vittorio Pozzo, przełamując hiszpańską zaporę, już do końca turnieju nie znalazła dla siebie równie wymagającego rywala, zdobywając piłkarski, światowy prymat. Tytuł mistrza świata obronili oni zresztą również 4 lata później.

Poza premierową, mediolańską, bezbramkową potyczką z 1924 r., Hiszpanie i Włosi, w czasach przedwojennych, spotykali się potem ze sobą jeszcze pięciokrotnie. Na Półwyspie Iberyjskim raz górą byli gospodarze (1:0 w Bilbao w 1925 r.), a dwukrotnie padał remis - 1:1 w 1928 r., 0:0 w 1931). W meczach rozegranych na włoskiej ziemi triumfowali i gospodarze (2:0 w 1927 r.), i Hiszpanie (3:2 w 1930 r.). Rozegrano nawet jeden pojedynek w czasie trwania II wojny światowej, w Mediolanie 19 kwietnia 1942 r. górą byli Włosi, pokonując rywali aż 4:0.

W czasach powojennych, przez niemal 35 lat, jedynym polem zmagań obu ekip, były potyczki towarzyskie. W pierwszej rozegranym po wojnie, w 1949 r., na madryckim stadionie górą była Italia (3:1). Potem stoczono jeszcze sześć spotkań włosko-hiszpańskich bez stawki, w których zdecydowanie częściej triumfowali już reprezentanci Hiszpanii (zwycięstwa: 3:1 w Barcelonie 1960, 2:1 w Cagliari 1971, 2:1 w Madrycie 1978; remisy: 1:1 w 1959 r. w Rzymie, 2:2 w 1970 r. w Madrycie; triumf Italii 1:0 w 1978 r. w Rzymie).

Aż wreszcie przyszedł rok 1980. Włosi, będący gospodarzem całej imprezy, trafili na Hiszpanów już w swym inaugurującym pojedynku fazy grupowej. 12 czerwca 1980 r. na mediolańskim stadionie San Siro oba zespoły bezbramkowo zremisowały. Dla Hiszpanów (na których ławce, wśród graczy rezerwowych, siedział m. in. ich dzisiejszy selekcjoner Vicente del Bosque; zaliczył jeden występ na tamtym Euro) był to zresztą ich jedyny punkt na włoskim turnieju. Gospodarze imprezy, podopieczni Enzo Bearzota, zajęli w niej wówczas czwarte miejsce, choć już 2 lata później, w niewiele zmienionym przecież składzie, podczas hiszpańskiego skądinąd mundialu, byli najlepsi na świecie. Co ciekawe, na włoskim Euro 1980, bramki Italii strzegł jej kapitan – Dino Zoff, bramkarz, który bronił już w zwycięskim finale Mistrzostw Europy z 1968 roku, potem w również zwycięskim finale Mundialu 1982, a po kolejnych wielu latach, już jako selekcjoner squadra Azurra, poprowadził swych podopiecznych, w tym razem przegranym finale Euro 2000.

Sześć lat później, jesienią 1986 roku, doszło wreszcie do pierwszego starcia obu ekip w ścisłym finale mistrzowskiej imprezy. Były to, co prawda rozgrywki młodzieżowe, ale mistrzostwa Europy do lat 21 cieszyły się na Starym Kontynencie zawsze sporym prestiżem. Tym bardziej, że oba zespoły były wówczas naszpikowane wieloma zawodnikami, którzy w niedalekiej przyszłości mieli stać się prawdziwymi gwiazdami, wybitnymi uczestnikami najważniejszych piłkarskich imprez i decydować o obliczu całego europejskiego futbolu. Finałowy dwumecz włosko-hiszpański z 1986 roku był niezwykle ciekawy i ogromnie dramatyczny. W pierwszym pojedynku na Stadio Olimpico w Rzymie, 10 października 1986 r., to goście dość niespodziewanie, po strzale Caldere, objęli prowadzenie na kilka minut przed zejściem do szatni. Tuż po przerwie wyrównanie Italii zapewnił Gianluca Vialli. A na niespełna kwadrans przed końcem, fantastycznym, cudownym trafieniem uszczęśliwił swój rzymski stadion, mózg i dyrygent prowadzonej przez Azeglio Viciniego drużyny – Giuseppe Giannini.

Kilkanaście dni później w Valladolid, prowadzonym przez legendarnego Luisa Suareza (mistrz Europy z 1964 r.) Hiszpanom, udało się jednak odrobić straty. Choć już w chwilę po samobójczym trafieniu Cravero (37.), niezwykle precyzyjnym, kilkudziesięciometrowym zagraniem popisał się znów Giannini, a Francini ulokował piłkę w bramce rywali, to jednak w 76 minucie Roberto (dwa lata później, piłkarz Barcelony nie będzie miał litości również dla poznańskiego Lecha, strzelając mu dwa gole w europejskich pucharach) swym trafieniem zapewnił gospodarzom dogrywkę. Ona nie przyniosła jednak rozstrzygnięcia i tego trzeba było poszukiwać w serii rzutów karnych. Tu niewątpliwym bohaterem okazał się Juan Carlos Ablanedo, który obronił aż trzy kolejne jedenastki, nie pozwalając rywalom pokonać się z wapna ani razu i zapewniając swym rodakom młodzieżowe mistrzostwo Europy. Bohater Valladolid - Ablanedo, przez całą karierę pozostał wierny Sportingowi Gijon (399 występów ligowych w jego barwach), a choć jako rezerwowy dwukrotnie pojechał na Mundial, to zaliczył tylko cztery występy w dorosłej reprezentacji. Nigdy nie udało mu się nawiązać walki z niezagrożonym przez całe lata na tej pozycji Andonim Zubizarretą.

Piłkarze, którzy rozegrali pomiędzy sobą finałową, młodzieżową rozgrywkę, stanowili trzon dorosłych reprezentacji, które już niespełna dwa lata później, zmierzyły się ze sobą na frankfurckim Waldstadionie podczas niemieckiego Euro ’88. Można powiedzieć, że Walter Zenga, Riccardo Ferri, Roberto Donadoni, Fernando De Napoli, Giuseppe Giannini, Roberto Mancini i Gianluca Vialli, pod opieką Azeglio Viciniego, po prostu, jak to mawiał Wojciech Kowalczyk, zmienili szyld i jechali dalej. 14 czerwca 1988 r. byli zespołem lepszym od Hiszpanów (w ich barwach Andrinua, Sanchis i Gallego pamiętali młodzieżowy dwumecz) i zasłużenie pokonali rywali 1:0. Choć zwycięstwo wcale nie przyszło łatwo. Pamiętam, jak bardzo, w swej chłopięcej, nieco irracjonalnej miłości do drużyny Italii, drżałem wówczas o końcowy wynik tego spotkania. Squadra Azurra miała wyraźną przewagę i atakowała zespół Zubizarrety, Michela, Gordillo, Butragueno i Bakero, ale ci bronili się bardzo umiejętnie. Vicini zdecydował się jednak na znakomite posunięcie, wpuszczając na 20 minut przed końcem spotkania, prawdziwego, piłkarskiego idola mego dzieciństwa, napastnika mediolańskiego Interu, co zwał się Alessandro Altobelli. Tenże Altobelli (strzelec gola w finale MŚ 1982 oraz bezsprzecznie najlepszy włoski gracz na MŚ 1986), wspaniałym balansem ciała, właściwie nie dotykając nawet piłki, rozmontował hiszpańską defensywę, umożliwiając Viallemu strzelenie zwycięskiego gola na kwadrans przed końcem meczu. Włosi zdobyli na tym turnieju brązowy medal, Hiszpanie po rozgrywkach grupowych zmuszeni byli wracać do domu.

Dwa lata później, w 1990 roku, w ćwierćfinałowym dwumeczu Mistrzostw Europy znów trafiły na siebie młodzieżowe reprezentacje obu krajów. W Ankonie Włosi wygrali 3:1, a w rewanżu rozegranym na stadionie Logrones - Hiszpanom udało się pokonać rywali tylko 1:0. Triumfowała więc młoda drużyna Italii.

1 sierpnia 1992 roku, po 64 latach, znów miało dojść do olimpijskiej konfrontacji hiszpańsko-włoskiej. Gospodarze barcelońskich igrzysk grali na tym turnieju fantastycznie. Włosi przeciwnie – doznali w rozgrywkach grupowych druzgocącej klęski w meczu z Polską (0:3). W ćwierćfinałowym pojedynku na stadionie w Valencii, po ciekawym, zaciętym meczu oraz zwycięskim trafieniu Kiko w 38 minucie, górą byli podopieczni Vicente Miery (m .in. z Josepem Guardiolą w składzie), choć Włosi zagrali znacznie lepiej niż w poprzednich spotkaniach. Hiszpanie wygrali zresztą wszystkie swoje mecze na turnieju w Barcelonie (najzacieklejszy opór stawili Polacy w finałowym spotkaniu) i zdobyli olimpijskie złoto. Podopieczni Cesare Maldiniego musieli pożegnać się z imprezą.

Spośród uczestników tego olimpijskiego starcia, tylko czterech zawodników (Albertini i Dino Baggio oraz Abelardo i Luis Enrique) wybiegło niespełna dwa lata później na bostoński Foxboro Stadium, by w obecności 54 tysięcy widzów stoczyć ćwierćfinałową batalię amerykańskiego World Cup 1994. Prowadzenie dla podopiecznych Arrio Sacchiego uzyskał po efektownym, właściwym sobie, uderzeniu z dystansu Dino Baggio w 25 minucie. Hiszpanie grali jednak w tym meczu bardzo dobrze. I choć zostali ewidentnie skrzywdzeni przez węgierskiego arbitra tego spotkania Sandora Puhla, który powinien podyktować jedenastkę za brutalne uderzenie, przez włoskiego obrońcę Mauro Tassottiego, bez piłki, w polu karnym, w twarz Luisa Enrique oraz wyrzucić winowajcę z boiska (a żadnej z tych rzeczy nie uczynił) to jednak udało im się wyrównać po strzale Jose Luis Caminero w 58 minucie. Na boisku iskrzyło i było bardzo nerwowo. Espania miała przewagę i znakomite sytuacje do zdobycia gola (najdogodniejszą zmarnował Julio Salinas; znakomicie strzelał też Hierro), mocno przycisnęła Włochów, jednak to oni zadali decydujący cios. Na 2 min. przed końcem meczu Italia wyszła ze znakomitą kontrą, po której niekwestionowana gwiazda amerykańskiego World Cup, Roberto Baggio dał swym rodakom upragnione zwycięstwo, a Hiszpanów przyprawił o płacz.

2 lata później, 31 maja 1996, a więc niespełna dekadę po jesiennych pojedynkach z Rzymu i Valladolid, znów doszło do drugiego, historycznego i zarazem ostatniego jak dotąd, aż do dzisiejszej niedzieli, starcia włosko-hiszpańskiego w ścisłym finale mistrzowskiego turnieju. I znów była to batalia pomiędzy reprezentacjami U-21. Oba zespoły naszpikowane były późniejszymi wielkimi gwiazdami światowego futbolu (Buffon, Panucci, Cannavaro. Nesta, Raul). W rozgrywanym w Barcelonie finale prowadzenie dla gości już w 11 min. uzyskał Francesco Totti. Wyrównał tuż przed przerwą Raul Gonzalez. Azurri przez niemal całą dogrywkę musieli radzić sobie w dziewiątkę, ale udało im się przetrzymać ten trudny okres gry i doprowadzić do serii jedenastek. W niej triumfowali podopieczni Cesare Maldiniego, którzy dzięki znakomitej postawie Angelo Pagotto (nie potrafili pokonać go z wapna ani de la Pena, ani Raul) oraz decydującemu karnemu strzelonemu przez Domenico Morfeo sięgnęli po tytuł młodzieżowego Mistrza Europy.

Kolejne, po igrzyskach w Barcelonie, olimpijskie starcie Hiszpanii i Włoch nastąpiło w odległym Sydney 23 września 2000 roku. Tu dzięki bezcennej bramce, którą na cztery minuty przed końcem spotkania uzyskał Gabri, to Espana zwyciężyła w walce o półfinał. W meczu tym wystąpił również Xavi Hernandez, którego będziemy mieli szansę obejrzeć także w dzisiejszym, kijowskim finale Euro. Piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego zakończyli australijskie igrzyska całkiem udanie, bo ze srebrnymi medalami na szyjach.

W ostatnim piętnastoleciu, aż do polsko-ukraińskiego Euro, dorosłe reprezentacje obu dzisiejszych rywali rozegrały ze sobą również kolejne pięć spotkań towarzyskich. W marcowych pojedynkach w Barcelonie w 2000 r. oraz w Elche w 2008 r. triumfowali gospodarze, zwyciężając odpowiednio 2:0 (bramki Alfonso 61' i Abelardo 79'; bronił w tym spotkaniu Buffon) i 1:0 (Villa 77’). W meczach rozgrywanych na włoskim terenie, padły dwa remisy - najpierw w 1998 w Salerno 2:2 (Inzaghi 33' i 82' – de Pedro 74' Raul 82 k.), a potem w Genui w 2004 r. 1:1 (Torres 52' - Vieri 55'). Wreszcie w ostatnim pojedynku obu ekip przed Euro 2012, na stadionie w Bari 10 sierpnia 2011 roku podopieczni Cesare Prandellego pokonali zespół del Bosque 2:1 (Montolivo 11' Aquilani 83' - Xabi Alonso 37' k.).

Jednak nim się to stało, na poprzednim Euro 2008, wiedeński stadion był świadkiem historycznego, ćwierćfinałowego pojedynku hiszpańsko-włoskiego. Po bezbramkowym remisie i serii rzutów karnych, w których główne role odgrywali dwaj wspaniali bramkarze – Gianluigi Buffon oraz Iker Casillas (został bohaterem, nie pozwalając się pokonać z jedenastki De Rossiemu i Di Natale; decydujące trafienie uzyskał Fabregas), po raz pierwszy po wojnie udało się Hiszpanom (prowadzonym wówczas przez Luisa Aragonesa) przejść Włochów w bezpośrednim z nimi starciu na mistrzowskiej imprezie (grało w tym meczu wielu zawodników, których zapewne i dziś ujrzymy na kijowskiej murawie: Buffon, Chiellini, De Rossi, Cassano, Di Natale, Casillas, Ramos, Xavi, Iniesta, Silva, Fabregas, Torres).

A gdy to się udało, już nikt nie był potem w stanie, zagrodzić im drogi do upragnionego złotego medalu Mistrzostw Europy. Później zdobyli też mistrzostwo świata, by dziś po raz trzeci w okresie ostatnich 4 lat, stanąć do finałowego pojedynku w wielkim turnieju. Ich rywalem będą Włosi. Dwa wielkie zespoły, znające się bardzo dobrze i prowadzone do boju przez swoich dwóch wspaniałych bramkarzy-kapitanów, a zarazem najlepszych graczy Euro 2012: Ikera Casillasa i Gianluigi Buffona. Dwa zespoły, które spotkały się już na tym turnieju, przed niespełna miesiącem na stadionie w Gdańsku, gdzie po trafieniach Antonio di Natale oraz Cesca Fabregasa padł remis 1:1.

najlepsi z najlepszych

Tacy gracze jak Iker Casillas, Sergio Ramos, Andres Iniesta, Xavi Hernandez, Xabi Alonso, Cesc Fabregas czy Fernando Torres (strzelec zwycięskiej, finałowej bramki na Euro sprzed 4 lat) mają ogromną szansę, by przejść do historii i dziś na stadionie w Kijowie, po raz trzeci zagrać w finale wielkiego turnieju. I by po raz trzeci go wygrać. Natomiast triumfatorzy Mistrzostw świata sprzed 6 lat: Gianluigi Buffon, Andrea Pirlo czy Daniele De Rossi będą mieli szansę, by po raz drugi wybiec w wielkim finale, i po raz drugi go wygrać.

Szykuje się wspaniały piłkarski wieczór. Ostatni, pożegnalny wieczór naszego pięknego, polskiego Euro 2012. Niech wygrają najlepsi!  

R.

Antonio Cassano czyli Piotruś Pan zaczyna dojrzewać?

Nadzieje kontra rzeczywistość i poczucie winy jak u Amelii. Ból istnienia po Polska - Czechy

Dobre połowy to są w Dalmorze. Liczy się całość.

Na własne oczy: 3x 1:1, Indonezyjczyk i mafia biletowa. Tuzin myśli po 12 meczach Euro 2012

Bitwa warszawska 2012 

Nie być jak Jacek Krzynówek. Polska Grecji gola strzeli

Przez niego Rooney przestał być rekordzistą Euro. Johan Vonlanthen



piątek, 29 czerwca 2012
Przewrotna niemiecka rewolucja jakości

Gdy cały świat cmoka nad Włochami, ja, chyba z wrodzonej przekory, chciałbym docenić Niemców. Choć wczoraj Mario Balotelli z wrodzonym sobie wdziękiem powiedział im "Auf Wiedersehen", to warto zauważyć, że nasi zachodni sąsiedzi wywalczyli medal na czwartej z rzędu wielkiej imprezie: 2006 - brąz, 2008 - srebro, 2010 - brąz, 2012 - brąz. Takiej passy nie ma ani Hiszpania (zdaję sobie oczywiście sprawę, że dwa złota i trzy kolejne finały są fajniejsze niż cztery medale o niższych nominałach, ale w tym wypadku, to akurat nie o to chodzi), ani Włosi (2006 - złoto, 2008 - ćwierćfinał, 2010 - blamaż i ostatnie miejsce w grupie), ani Portugalia (2006 - IV miejsce, 2008 - ćwierćfinał, 2010 - 1/8 finału). W ich wypadku fascynuje mnie jednak nie tyle pasmo sukcesów, o ile rewolucja, która dokonała się w ich stylu gry.

Jak wiemy bowiem sukcesów Niemcom nigdy nie brakowało. Dowcip polegał jednak na tym, że zdobywane one były metodą walca i pruskiej wręcz organizacji gry. Futbol prezentowany przez biało-czarną reprezentację był wybiegany, wyorany, wypchany i wręcz wymordowany. Po boisku hasali z gracją enerdowskich gimnastyczek zwaliści atleci, którym w wybranych formacjach towarzyszyły techniczne rodzynki pokroju Hasslera, Scholla, Ballacka czy Klinsmanna. Oczy piekły i... bolało serce, gdy taki team zdobywał najwyższe laury - mistrzostwo świata w 1990 roku i mistrzostwo Europy w 1996 roku.

Spektakularne przesilenie tego myślenia o futbolu można było oglądać podczas EURO 2000 i EURO 2004. Wówczas niemiecki fussball dwukrotnie sięgnął dna. Już w eliminacjach do ME 2000 widoczne były pewne kryzysowe sygnały. Choć następny Gerda Mullera wygrali swoją grupę, to ani razu nie udało im się pokonać wicelidera - Turcji (0:0 i 0:1). Turniej w Belgii i Holandii obnażył ich jednak w pełni. Zaczęło się od remisu z Rumunią (1:1), po którym rozpaczali kibice niemal wszystkich landów. Gdyby wiedzieli co ich czeka w kolejnych spotkaniach, to doceniliby ten punkcik. Podopieczni Ericha Ribbecka przegrali bowiem z Anglią (0:1) i zostali prawdziwie wychłostani przez Portugalię (0:3 i hat-trick Sergio Conceicao).

 

Szybki rzut oka na zastęp zakapiorów, który puścił wówczas w bój selekcjoner: Markus Babbel, Thomas Linke, Jens Nowotny, Marko Rehmer, Dietmar Hamann, Jens Jeremies, Marco Bode, Christian Ziege, Ulf Kirsten, Carsten Jancker. Ktoś za nimi tęskni? Nikt?

Powtórka z rozrywki nastąpiła cztery lata później. Zanim jednak do tego doszło, to niemiecka czujność została uśpiona zaskakującym srebrem mistrzostw świata 2002 pod wodzą Rudiego Vollera. Krytycy wytykali, że w drodze po medal team nie pokonał żadnej europejskiej drużyny a odprawiał jedynie światowych średniaków - Arabię Saudyjską, Kamerun, Paragwaj, Stany Zjednoczone i Koreę Południową; nie dał rady Irlandii [1:1], a tym bardziej w finale Brazylii (0:2). Ile ten medal realnie wniósł do niemieckiej myśli futbolowej pokazał właśnie turniej w Portugalii. Podczas niego deutsche manschaft zremisowało z Holandią (1:1) i Łotwą (0:0) oraz przerżnęło z Czechami (1:2).

Kilka mocnych nazwisk z tamtej ekipy? Worns, Baumann (ale nie Zygmunt, tylko Frank), Brdaric, Bobic czy tradycyjny już Nowotny. Pyszności.

Dopiero przyjście Klinsmanna odmieniło niemiecki futbol. Nowy coach nadał mu polotu i gracji, ściągnął go z huśtawki, postawił na stabilnym podium światowego futbolu, lecz... nie na jego najwyższym stopniu. Niemcy grają efektownie, preferują totalną ofensywę i stabilną defensywę. Mają fenomenalnych pomocników, dwóch środkowych i jednego bocznego obrońców, bramkarza oraz środkowego napastnika. Poza tym mogą pochwalić się jedną z najsprawniejszych na świecie maszynek produkujących co roku nowocześnie grających zawodników. Z każdej młodzieżowej reprezentacji niemal połowa chłopaków robi później karierę w dorosłym futbolu. Z taką fabryką są oni skazani na sukcesy. Pytanie tylko, czy na te największe.

Na EURO 2012 podopieczni Loewa okiełznali Portugalię, zdusili Holandię, kontrolowali Duńczyków i zdemolowali Greków. Ale w tym najważniejszym momencie zabrakło im koncentracji. Po raz kolejny na wielkiej imprezie zabrakło postawienia kropki nad i. Być może Ozil z Kroosem, Hummelsem i Badstuberem chcieli postawić tę kropkę w sposób zbyt wyrafinowany. Być może w takiej sytuacji przydałby się ordynarny kleks w wykonaniu Carstena Janckera albo Marco Bode?

Jak widać nie można mieć wszystkiego.

P.

czwartek, 28 czerwca 2012
Mistrza trzeba rzucić na dechy, nie wystarczy być lepszym

Żałuję, że uczestnicy donieckiego półfinału nie spotkali się w finale, a jeszcze bardziej żałuję odpadnięcia Portugalii. W starciu z Hiszpanią widać było w jej grze pomysł, widać było - momentami - wręcz pewną bezradność mistrzów świata i Europy. Gdy było pewne, że przepustkę do gry o złoto zapewnią lepsze strzały z jedenastu metrów i lepszy fachowiec między słupkami, awansu Hiszpanów zdawał mi się tyleż pewny (co po chwili się stało), co niesprawiedliwy.

I niesprawiedliwy wydaje mi się nadal. Po pierwsze jednak, przypomniało mi się, w jaki sposób odpadały drużyny ściskające tytuł za mojego kibicowskiego życia. I były to albo porażki w dużych rozmiarach, albo dotkliwe, bo zadane przez dużo słabszego rywala. Mistrz - jak w boksie - przez pretendenta albo był nokautowany, albo punktowany bardzo zdecydowanie. Tak się składa, że od 1994 roku, mistrz nie odpadał po rzutach karnych. Nie przegrał też wczoraj.

Mistrzostwa świata w USA (1994) to szokująca porażka Niemców z Bułgarami. Niemców, którzy przecież w tym meczu prowadzili, by przerżnąć po cudownych golach Christo Stoiczkowa i Jordana Leczkowa.



W Anglii w 1996 roku tytuł mistrzów kontynentu bronił Duński Dynamit. Został rozbrojony jeszcze w grupie, choć pierwszy mecz z Portugalią zremisował (1:1), a trzeci z Turcją wygrał (3:0). O braku awansu zdecydowała jednak upokarzająca przegrana 0:3 z Chorwacją, której najlepszą ilustracją jest sposób w jaki Davor Suker pokonał Petera Schmeichela.



Dwa lata temu Brazylijczycy zostali obici dopiero w finale na Stade de France, ale jakiż to był nokaut w wykonaniu Zinedine'a Zidane'a i jego kumpli. 3:0 to obok brazylijskiego triumfu 5:2 nad Szwecja w 1958 r. najwyższe rozmiary wygranej w finale mundialu.

Porażka broniącej tytułu Brazylii z Francją w 2006 r. (0:1) to najbardziej nikła przegrana z tych tu prezentowanych.

Bo już w 2000 roku mistrzowie Europy Niemcy przerżnęli spektakularnie. Jedynego gola i jedyny punkt zdobyli w pierwszym meczu z Rumunią (1:1 i Mehmet Scholl), potem było 0:1 z Anglią i 0:3 z Portugalią, opiewaną w poprzednim wpisie.

Rok 2002 to klapa francuska - bez zwycięstwa i bez gola! Przypomnijmy: po 0:1 z Senegalem w meczu otwarcia, było 0:0 z Urugwajem (i czerwona kartka dla Heny'ego) i 0:2 z Danią.

Tragedii (z kibicowskiego punktu widzenia) greckiej w 2004 roku nie byłoby, gdyby Hellada w ćwierćfinale nie pokonała francuskich obrońców tytułu. Trójkolorowi podczas portugalskiego Euro spisywali się przeciętnie, ale ich porażka z armią Otto Rehhagela była jednak szokiem.

Grecy dostali za swoje cztery lata później: obili ich Szwedzi (0:2), Rosjanie (0:1) i Hiszpanie (1:2).

W końcu mistrzostwa świata w RPA to klęska Włochów chyba jeszcze boleśniejsza niż w przypadku Francuzów osiem lat wcześniej. W grupie śmiechu niemal porównywalnej do polskiej grupy A na tym Euro, Italia nie wygrała ani z Paragwajem (1:1), ani z Nową Zelandią (1:1), a ze Słowacją dostała w tytę (2:3).

To po pierwsze.

A po drugie, jeśli chodzi o niesprawiedliwość w sporcie, to jak z kolejarzem i szefem-zawiadowcą na stacji. Mistrza, tak jak szefa, tak po prostu ograć nie można.

B.

środa, 27 czerwca 2012
Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.1

Chyba trudnym byłoby zadaniem – nie odczuwać choć odrobiny sympatii do zespołu, który dzisiejszego wieczora postara się stawić czoła niezwyciężonym Hiszpanom, będącym zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w turnieju Euro 2012. Jednak ich dzisiejsi rywale, zwani Bohaterami mórz (Herois do mar), również stoją przed ogromną szansą odniesienia wielkiego sukcesu. I śmiem twierdzić, że są oni, być może, bliżej osiągnięcia tego celu niż kiedykolwiek wcześniej. Bo przecież grać w piłkę lepiej od nich, potrafią naprawdę tylko nieliczni na świecie.

Portugalska drużyna, oczobitnie odziana na czerwono-zielono, intrygowała mnie już od lat pacholęcych, ot choćby specyficznym, właściwym tylko jej, sposobem przyklękania na jedno kolano do przedmeczowej fotografii.

portugal

Nazywani Brazylią Europy, bajeczni technicznie, przesycający swą grę prawdziwym artyzmem, istni poeci futbolu a jednocześnie twardzi, zadziorni, nieustępliwi, momentami wręcz brutalni w boiskowej walce. Od 12 lat nieustannie zaszczycają swą obecnością każdą dużą futbolową imprezę i dziś trudno byłoby nam sobie wyobrazić jakikolwiek Mundial lub Euro bez udziału Portugalczyków. A przecież, nim dla krajanów św. Antoniego, Camoesa i Magellana nastały, wciąż przecież trwające, piękne piłkarsko czasy, obfitujące w liczne sukcesy, naród ten, choć może trudno w to uwierzyć, czekał aż 32 lata na pierwszy, historyczny udział w Mistrzostwach świata (1966), potem kolejne 18 lat na grę w Mistrzostwach Europy (1984) i znów jeszcze następną dekadę (po nieudanym meksykańskim Mundialu;) na kolejny awans do wielkiej imprezy (1996). Dziś są niemal u szczytu piłkarskiej hierarchii futbolowego globu, wciąż jednak złaknieni największych sukcesów i wciąż gotowi do walki o nie, w pełni świadomi faktu, że stać ich na wiele, że stać ich na wszystko.

A zaczęło się w marcu 1934 roku na stadionie w Madrycie, gdzie Portugalczycy inaugurując swe oficjalne batalie o przepustkę na Mundial ponieśli sromotną klęskę z odwiecznym, hiszpańskim rywalem aż 0:9. Tydzień później, w lizbońskim rewanżu, przegrali już tylko 1:2. Bolało. Z udziału w następnych przedwojennych mistrzostwach globu wyleczyli ich Szwajcarzy. W swych pierwszych powojennych zmaganiach eliminacyjnych, w kwietniu 1950 r. Portugalczycy znów biorą lanie w Madrycie 1:5, choć na własnym boisku wywalczają już remis 2:2. Coś drgnęło? Nie za bardzo. Mundial 1954 wybijają im z głów Austriacy, którzy pastwią się nad nimi w Wiedniu niemiłosiernie - 1:9. Cenny pierwiosnek radości piłkarskim kibicom w Portugalii przynosi wywalczenie pierwszego eliminacyjnego zwycięstwa (el. MŚ '58) odniesionego 26 maja 1957 roku w Lizbonie nad Włochami 3:0. Nic to, że miejsce zajęte przez nich w trzydrużynowej grupie brzmi: ostatnie. Powoli Portugalczycy zaczynają się jednak oswajać z zupełnie obcym im do niedawna zjawiskiem odnoszenia zwycięstw w meczach o punkty. W eliminacjach do pierwszych Mistrzostw Starego Kontynentu pokonują aż dwukrotnie NRD (3:2 i 2:0), a nawet późniejszego finalistę imprezy - Jugosławię (zwycięstwo 2:1 i porażka 1:5). Nastąpiło pewne przełamanie. W lata 60-te wkracza już coraz raźniejszym krokiem zupełnie inny portugalski zespół, który nauczył się nawiązywać w miarę wyrównana walkę nawet z najlepszymi drużynami w Europie. Zresztą jest w oparciu o co budować i wzmacniać siłę reprezentacji. Znakomicie gra przecież wspaniała lizbońska Benfica, która tylko w latach 1961-1968 aż pięciokrotnie dociera do ścisłego finału klubowego Pucharu Europy, dwukrotnie wywalczając główne trofeum (1961 - 3:2 nad Barceloną; 1962 - słynne 5:3 nad Realem).  Zmagania o Mundial 1962 Portugalczycy akcentują remisem na własnym boisku z silną Anglią 1:1 oraz rozgromieniem Luksemburga 6:0. W drodze po awans na Mistrzostwa Europy 1964 zatrzymają ich po trzech zażartych bojach oraz bramce zdobytej przez Asparuchowa na 3 minuty przed końcem spotkania, Bułgarzy (3:1, 1:3 i w dodatkowym meczu 0:1).

Ale wreszcie nadchodzą upragnione i wytęsknione przez kibiców chwile chwały dla portugalskiej piłki. W eliminacje do angielskiego Mundialu Portugalczycy wchodzą znakomicie, rozpoczynając od czterech kolejnych zwycięstw (Turcja 5:1 i 1:0, w Czechosłowacji 1:0 oraz 2:1 nad Rumunią). Bramki w każdym z tych meczów (m.in. hattrick przeciwko Turcji, 2 gole zaaplikowane Rumunom) strzela niesamowity, urodzony w Mozambiku Eusebio, o którym niebawem usłyszy cały, nie tylko piłkarski, świat. Remis 0:0 wywalczony w przedostatnim eliminacyjnym meczu rozegranym 31 października 1965 roku na stadionie w Porto, przeciwko Czechosłowacji, zapewnia Portugalczykom historyczny awans do grona piłkarskiej elity świata. Podczas Mundialu, na boiskach Anglii, podopieczni brazylijskiego trenera Otto Glorii wyczyniają niesłychane wręcz rzeczy. Są prawdziwą rewelacją tych mistrzostw, a ich piękna, porywająca, ofensywna gra stanowi okrasę całego turnieju. Każdy mecz z udziałem Portugalczyków jest wydarzeniem wyjątkowym. Na początek, 13 lipca 1966 roku, na Old Trafford, po dwóch trafieniach głową Jose Augusto oraz bramce Jose Torresa - 3:1 z futbolową węgierską potęgą! Trzy dni później, na tym samym stadionie, dzięki trafieniom Eusebio i Torresa - gładkie 3:0 nad Bułgarami. Wreszcie 19 lipca 1966 roku, w Liverpoolu mecz pod każdym względem niezwykły, w którym Portugalia mierzy się z wielką Brazylią. Tego wieczoru gwiazda słynnego Pele, zdecydowanie zostaje przyćmiona przez strzelca dwóch bramek - niesamowitego Eusebio. 3:1!

eusebio

Portugalczycy we wspaniałym stylu wchodzą więc do ćwierćfinału. Tu czekają na nich Koreańczycy z Północy, skądinąd rewelacja tych Mistrzostw. Dramaturgia tego spotkania jest chyba niepowtarzalna. Koreańczycy obejmują prowadzenie dokładnie w 55 sekundzie meczu, a w 24 minucie prowadzą już 3:0!!! Niestety w swych rachubach dzielni Azjaci nie wzięli pod uwagę jak bardzo ów niekorzystny dla Portugalczyków wynik może rozjuszyć Eusebio. Ten, w przeciągu 32 minut strzela aż cztery kolejne bramki, już w 59 minucie meczu wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie! Potem jedno trafienie dokłada jeszcze Augusto i podopieczni Glorii mogą się cieszyć z efektownego zwycięstwa 5:3, dającego historyczny awans do czwórki najlepszych zespołów świata.

Rozegrany 26 lipca 1966 roku i obserwowany na londyńskim Wembley przez 93000 widzów, mecz pomiędzy Anglikami i Portugalczykami o wejście do finału okrzyknięty został zgodnie najwspanialszym widowiskiem tych mistrzostw. Wynik 2:1 (kontaktowy gol Eusebio z karnego w 82 min) zapewnił gospodarzom imprezy możliwość gry o złoto. Portugalczykom pozostała walka o 3 miejsce na świecie. Włożyli w tę batalię całe serce i pokonali reprezentację ZSRR 2:1 dzięki bezcennej bramce Torresa na 2 minuty przed końcem spotkania.

Zespół, który jeszcze kilka lat wcześniej przegrywał z Luksemburgiem, stał się teraz trzecią siłą piłkarskiego świata, okazał się być najskuteczniejszą drużyną całego turnieju (aż 17 goli w 6 meczach!), mającą w swych szeregach jednego z najlepszych piłkarzy tej imprezy a zarazem mundialowego króla strzelców (Eusebio z 9 bramkami). W symbolicznej, najlepszej "jedenastce" Mistrzostw znalazł się też kapitan reprezentacji Portugalii, również pochodzący z Mozambiku - Coluna.

Jeśli jednak ktoś myślał, że następne sukcesy same wpadną Portugalczykom do rąk - srodze się rozczarował. Trzeciej drużynie świata nie udało się wywalczyć awansu ani na ME 1968 (znów przeszkodzili Bułgarzy), ani też na następny Mundial w 1970 roku (Portugalia zajęła ostatnie miejsce w swej eliminacyjnej grupie, wygrywając tylko jeden mecz). W zmaganiach o awans na Euro 1972 Portugalczycy potrzebowali aż trzybramkowego zwycięstwa nad Belgami w ostatnim lizbońskim meczu. Stać ich było tylko na remis 1:1, w dodatku uratowany w ostatniej minucie spotkania. Udział w tak sympatycznie wspominanych nad Wisłą i Wartą niemieckich mistrzostwach 1974 roku, uniemożliwiła Portugalii, już kolejny raz, nieprzejednana bułgarska zapora. By wystąpić dwa lata później na europejskim czempionacie potrzebowali Portugalczycy dwóch zwycięstw w dwóch ostatnich spotkaniach na własnym boisku - z Czechosłowacją oraz Anglią. Oba zremisowali 1:1. A Czechosłowacy na zniweczeniu portugalskich marzeń o Euro nie poprzestali, lecz postanowili w ogóle wygrać całą imprezę. Obserwowanie argentyńskiego Mundialu 1978 jedynie w roli telewizyjnych widzów zapewnili portugalskim piłkarzom - Polacy, pokonując rywali w Porto 2:0 (dwie bramki dzisiejszego prezesa PZPN Grzegorza Lato) oraz remisując zwycięsko w Chorzowie 1:1, dzięki niesamowitemu trafieniu Kazimierza Deyny z rzutu rożnego. Kolejne eliminacyjne podejście do Mistrzostw Starego Kontynentu 1980 potłukło się o Belgów (późniejszych wicemistrzów zresztą), a w tabeli Portugalię wyprzedziła jeszcze Austria. Zmagania o udział w mistrzostwach świata organizowanych w 1982 r. u jedynego sąsiada - w Hiszpanii, to jedne z najmniej udanych w całej historii portugalskiej piłki. Przyniosły one następcom Eusebio porażki w co drugim meczu oraz przedostatnie miejsce w grupie.

Jednak to właśnie na tej dolinie łez i rozpaczy narodziła się nowa siła portugalskiego futbolu. Eliminacje do Euro '84 znów skojarzyły Portugalczyków z mocnymi drużynami - zespół ZSRR należał do ścisłej światowej elity, a Polacy byli wówczas trzecią drużyną hiszpańskiego mundialu. Gdy legendarny, opromieniony sukcesami z 1966 roku Brazylijczyk Otto Gloria rezygnował po moskiewskiej, eliminacyjnej klęsce (0:5) z prowadzenia reprezentacji Portugalii wydawało się, że zespół ten nie ma już szans na włączenie się do rywalizacji o awans z drużyną radziecką. Jednak jesienny finisz Portugalczyków pod wodzą Fernando Cabrity był iście piorunujący. W tym, by taki właśnie był, wydatnie pomogli również polscy piłkarze. Po rozgromieniu Finlandii 5:0, Portugalczycy przyjechali pod koniec października do Wrocławia, który okazał się dla nich nader gościnny. Tajemnicą poliszynela jest, że biało-czerwoni, sami już bez szans na awans, postanowili przynajmniej wpłynąć na to, by pozbawić wspomnianego awansu również swego ukochanego Wielkiego Czerwonego Brata zza wschodniej granicy i jakoś nadmiernie nie przeszkadzali sympatycznym Portugalczykom w odniesieniu zwycięstwa nad Odrą. Znamienne były reakcje polskiej widowni, gdy po zwycięskim trafieniu Carlosa Manuela w 31 min., zaczęła ona bić brawo i skandować: "Portugalia! Portugalia!". Wrocławskie zwycięstwo było niezwykle ważnym krokiem do upragnionego celu, jednak decydująca walka miała zostać stoczona 13 listopada 1983 roku, w obecności 70 000 widzów na Estadio da Luz, z bezpośrednim konkurentem do awansu – drużyną ZSRR. Portugalczycy byli w tym spotkaniu zespołem lepszym, aktywniejszym i ambitniejszym. Dyrygowani na boisku przez Jaime Pacheco, prowadzili grę niemal od pierwszego do ostatniego gwizdka arbitra. Na grząskiej, trudnej murawie ich dominacja bazująca na znakomitym wyszkoleniu technicznym nie podlegała dyskusji. Decydująca akcja przyszła w 43 min., kiedy to na jeden ze swych rajdów zdecydował się niesamowity Chalana. Został podcięty w okolicach pola karnego, a sędzia odgwizdał nieco kontrowersyjną jedenastkę, którą na bramkę zamienił niezawodny snajper pochodzący z Angoli Rui Jordao. Ten sam zawodnik trafił jeszcze w słupek w drugiej części meczu. Okazje do strzelenia bramki miał również Diamantino, a także Oganesjan i Demianienko w zespole radzieckim, ale wynik nie uległ już zmianie i Portugalia mogła świętować swój historyczny, pierwszy awans do Mistrzostw Europy. Na lizbońskim stadionie wesoło powiewały liczne polskie flagi. Kibice portugalscy doskonale wiedzieli, komu powinni podziękować.

Francuskie Euro podopieczni Cabrity rozpoczęli 14 czerwca 1984 roku na stadionie w Strasburgu, bezbramkowo remisując z reprezentacją zachodnich Niemiec. 20 czerwca również podzielili się punktami z Hiszpanami. Prowadzenie dla Portugalczyków w tym meczu uzyskał w 52 min., po przepięknym uderzeniu, świetnie wyszkolony technicznie Antonio Sousa. Na ponad kwadrans przed końcem wyrównał jednak Santillana – 1:1. W swym ostatnim grupowym spotkaniu, 20 czerwca 1984 roku na stadionie w Nantes, Portugalia zagrała więc o wszystko. Tylko pokonanie Rumunów mogło zapewnić upragniony awans do półfinału. Gdy na 9 minut przed końcem spotkania Nene strzelił zwycięską bramkę (dzięki czemu został najstarszym zdobywcą gola w historii finałów Mistrzostw Europy), Portugalczycy niemal oszaleli z radości.

Kilka dni później, 23 czerwca 1984 roku, na Stade Velodrome w Marsylii, piłkarscy następcy wielkiego Eusebio stoczyli prawdziwie dramatyczny bój, który na trwałe zapisał się w historii europejskiej piłki. Podobnie, jak 18 lat wcześniej w Anglii, znów na ich drodze do upragnionego finału stanęli gospodarze i późniejsi zwycięzcy całego turnieju. Francuzi objęli prowadzenie po golu Domergue w 24 min. meczu. Jednak na kwadrans przed końcem, niezastąpiony Jordao wyrównał, a w 8 min. dogrywki, swoim drugim trafieniem sprawił, że cała piłkarska Francja niemal zamarła. Portugalczykom do pełni szczęścia zabrakło dosłownie sześciu minut! Wyrównanie Domergue, a potem jeszcze bezwzględne dobicie wycieńczonej portugalskiej defensywy przez Michela Platiniego, na minutę przed końcem dogrywki, sprawiło że to trójkolorowi świętowali awans do wielkiego finału, a kilka dni później zwycięstwo w całej imprezie.

Portugalia - Francja, Euro 1984

Portugalia jednak, podobnie jak na angielskim Mundialu, była prawdziwą rewelacją tych mistrzostw. Zespół ten zachwycił wszystkich swoją grą. Prawdziwą furorę zrobił dynamiczny Chalana, wybrany (wraz z Jordao) do jedenastki turnieju.

W eliminacje do Mistrzostw świata Mexico ’86 wchodzili więc Portugalczycy pełni nadziei. Grupę mieli jednak bardzo silną, z RFN, Szwecją oraz Czechosłowacją na czele. Rozpoczęli jednak znakomicie – w Sztokholmie, dzięki bezcennemu trafieniu swego znakomitego supersnajpera Fernando Gomesa, wygrali 1:0, a w Porto, po bramkach Diamantino i Carlosa Manuela pokonali Czechosłowację 2:1. Później jednak nie było już tak różowo, nienajlepsza gra (z trudem wymęczone zwycięstwo u siebie z Maltą 3:2), a także porażki odniesione na własnym terenie ze Szwedami (1:3), Niemcami (1:2) oraz w Pradze z Czechosłowacją (0:1), sprawiły że sytuacja Portugalczyków stała się niemal beznadziejna. Jednak 16 października 1985 roku wydarzyły się rzeczy, które po 20 latach znów umożliwiły występ portugalskiej drużynie na mundialowym turnieju. Tego dnia Portugalczycy sprawili ogromną sensację pokonując w Stuttgarcie aktualnych i późniejszych wicemistrzów świata – Republikę Federalną Niemiec 1:0. Wspaniała bramka Carlosa Manuela, uzyskana przez niego po efektownym strzale w 54 min. spotkania jest jedną z tych najpiękniejszych kart zdobiących dzieje portugalskiego futbolu.

Jednak nawet ona na niewiele by się zdała, gdyby Szwedzi wywalczyli choćby punkt na boisku w Pradze (a już od 8 min. prowadzili tam 1:0). Jednak kapitan reprezentacji naszych południowych sąsiadów - Ladislav Vizek skutecznie pogrzebał szanse na awans zespołu Trzech Koron. Na meksykańską imprezę, z drugiego miejsca, przebili się więc, wraz z Niemcami - Portugalczycy.

Zespół prowadzony przez jednego z uczestników (i to nie bylejakiego, bo przez zdobywcę decydującej bramki, zapewniającej 3 miejsce w meczu z ZSRR) rozegranego przed 20 laty angielskiego turnieju – Jose Torresa, stanowiący trzecią siłę francuskiego Euro sprzed kilkudziesięciu miesięcy, był z pewnością drużyną, którą stać było na wiele podczas meksykańskiego czempionatu. Potwierdzili to Portugalczycy już w swoim pierwszym meczu – na stadionie w Monterrey, 2 czerwca 1986, pokonując reprezentację Anglii 1:0. Zwycięskie trafienie, po ładnej akcji Diamantino, uzyskał na kwadrans przed końcem ten, który swoim golem zapewnił również wcześniej mundialowy awans – Carlos Manuel. Poskromienie dumnych synów Albionu mogło być jeszcze bardziej efektowne, bo mimo że w drugiej części meczu piłkarze Bobby Robsona przejęli inicjatywę na boisku, to jednak w końcówce spotkania fantastyczną okazję do strzelenia gola zmarnował przebojowy Paulo Futre, a nieco wcześniej arbiter nie podyktował ewidentnej jedenastki za faul na tym młodym napastniku FC Porto. Wydawało się, że po tak istotnym sukcesie Portugalczycy są teraz zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w grupie oraz jedną z ważniejszych sił całego turnieju. Ale dla podopiecznych Torresa schody miały się dopiero zacząć. Przed meczem z Polakami bardzo poważnej kontuzji, eliminującej go z dalszej gry na turnieju doznał kapitan zespołu, niezwykle doświadczony bramkarz Manuel Bento (bronił przeciwko Polsce jeszcze w meczach eliminacyjnych do argentyńskiego Mundialu 1978; był też pewnym punktem zespołu na Euro ‘84). 7 czerwca 1986, w obecności ledwie 15000 widzów na stadionie w Monterrey, Portugalczycy, będący liderem grupy, rozpoczęli mecz z biało-czerwonymi bardzo ostrożnie, niejako przyczajeni, oddając podopiecznym Piechniczka inicjatywę w pierwszej części spotkania. Potem to raczej oni zaczęli dochodzić do głosu, jednak gola zdobyli Polacy, po strzale Włodzimierza Smolarka w 68 min. Portugalia w końcówce solidnie przycisnęła (groźne strzały Sousy, niebezpieczne rajdy Futre), ale udało się nam dowieźć zwycięstwo do końca (choć w 84 min. cudem od straty gola uratował nas słupek). Pomimo porażki (poniesionej po raz pierwszy na mistrzowskim turnieju, w regulaminowym czasie gry, od czasu półfinałowej potyczki z Anglią w 1966 r.), Portugalczycy, jak się wydawało, wciąż jednak kontrolowali sytuację. W kończącym grupowe zmagania meczu z Maroko, do bezpiecznego awansu wystarczał im nawet remis. Spotkanie rozegrane w Guadalajarze po dziś dzień uznawane jest za zdecydowanie najgorsze ze wszystkich tych, które krajanie Eusebio kiedykolwiek rozegrali na wielkiej imprezie. Na tle rozpędzonych, grających z polotem i niesłychanym entuzjazmem, będących istną rewelacją turnieju, Marokańczyków (którzy, dla odmiany, pisali tym właśnie spotkaniem najpiękniejszą kartę w historii swych mundialowych zmagań), portugalscy piłkarze sprawiali wrażenie zagubionych, ospałych, ociężałych, nieporadnych oraz wolniejszych od rywali co najmniej o dwa tempa. Delikatnie osłodził swym rodakom ów guadalajarski koszmar, swoim pięknym, honorowym golem na 1:3 – Diamantino. Meksykańska przygoda okazała się jednak wielkim niewypałem, Portugalczycy zdołali strzelić zaledwie dwa gole, zajmując ostatnie miejsce w swej grupie.

Nie udało im się również awansować do rozgrywanych dwa lata później Mistrzostw Europy w Republice Federalnej Niemiec. W zmaganiach eliminacyjnych wyprzedzili Portugalczyków zarówno Włosi, jak i Szwedzi, a punkty odebrać potrafiła im nawet Malta (remis 2:2 w Funchal). Po meksykańskim Mundialu dla portugalskiej piłki rozpoczął się trwający blisko dekadę okres turniejowego postu i posuchy. Zespół przegrywał kolejne zmagania eliminacyjne, znów znalazł się gdzieś na marginesie wielkiego, reprezentacyjnego futbolu, jak działo się to już wcześniej przez całe lata, aż do 1966 roku, i potem przez następne 18 lat, do roku 1984.

Włoskie Il Mondiale w 1990 roku również przeszło podopiecznym Artura Jorge koło nosa, choć jeszcze do ostatniego eliminacyjnego pojedynku zachowywali oni teoretyczne szanse na wywalczenie sobie udziału w tej imprezie. Trzeba przyznać, że Portugalczycy bardzo pechowo, po drodze, pogubili eliminacyjne punkty – najpierw w Lizbonie, w samej końcówce meczu, Silvinho przepuścił kuriozalną, dającą Belgom remis 1:1, bramkę van der Lindena, a potem na 8 minut przed końcem arcyważnego pojedynku w Pradze, nie potrafili przeszkodzić w uzyskaniu przez Michala Bilka (dzisiejszy trener Czechów) zwycięskiego trafienia dla Czechosłowacji (1:2). W tym wszystkim zabrakło też po prostu odrobiny szczęścia. Na skutek czego w swej ostatniej eliminacyjnej batalii, Portugalczycy potrzebowali w Lizbonie aż czterobramkowego zwycięstwa nad Czechosłowacją. Zremisowali 0:0 i pozostali w domu.

W eliminacyjnych rozgrywkach do Euro 1992 zabrakło już naprawdę bardzo niewiele do osiągnięcia upragnionego awansu. Zwycięzcy zmagań – Holendrzy, wyprzedzili depczących im po piętach Portugalczyków zaledwie o 2 pkt. Punkty te przespali portugalscy piłkarze na stadionie w Atenach, gdzie jeszcze na 22 min. przed końcem wyjazdowego spotkania z Grecją prowadzili 2:1, by ostatecznie polec 2:3. Pomimo tego, nawet remis w przedostatnim eliminacyjnym meczu z Holendrami w Rotterdamie, mógłby zapewnić awans portugalskiej drużynie. Jednak owego jesiennego wieczora, Portugalczycy ponieśli swoją jedyną w historii porażkę z reprezentacją Holandii (0:1), którą zresztą wcześniej, u siebie, pokonali 1:0, i musieli rozstać się z pięknymi marzeniami o szwedzkim Euro.

Ale w portugalskim futbolu niewątpliwie coś drgnęło. Pojawiło się młode, niesamowicie zdolne pokolenie piłkarzy, którzy pod wodzą Carlosa Queiroza, a prowadzeni na boisku przez Joao Vieirę Pinto, Luisa Figo i Rui Costę zdobyli dwukrotnie, w 1989 oraz 1991 roku, młodzieżowe mistrzostwo świata. Zaczęli oni stopniowo, powolutku przenikać do dorosłej, narodowej reprezentacji. Bardzo solidnie prezentowały się też zespoły klubowe – w 1987 roku FC Porto wywalczyło Puchar Mistrzów, a w latach 1988 oraz 1990 do finału tych rozgrywek dobrnęła lizbońska Benfica. Było więc na bazie czego budować przyszłość portugalskiej piłki.

Eliminacje do amerykańskiego World Cup 1994 zostały jeszcze przez Portugalczyków przegrane na rzecz późniejszych wicemistrzów świata – Włochów oraz rewelacyjnych Szwajcarów, ale już bardzo minimalnie. W roku 1993 Portugalia prezentowała się naprawdę znakomicie, wygrywając kolejno pięć eliminacyjnych spotkań i nie tracąc w nich żadnej bramki (m. in. wspaniałe zwycięstwo 5:0 nad Szkocją oraz niezwykle cenne 1:0 nad Szwajcarią). Ogromnie istotna była przedostatnia eliminacyjna batalia z Estonią. Na stadionie w Porto, gospodarze potrzebowali czterobramkowej wiktorii, by móc potem jechać po remis w wieńczącym zmagania, wyjazdowym pojedynku z Włochami. Estończycy jednak, głównie dzięki niesamowitym paradom Martina Pooma, bronili się tego dnia zaciekle, przegrywając zaledwie 0:3 (choć Portugalia dość szybko objęła prowadzenie 2:0 i wydawało się, że cel swój osiągnie bez większych problemów). Wszystko to sprawiło, że 17 listopada 1993 r. na San Siro w Mediolanie, Portugalczycy potrzebowali zwycięstwa nad Włochami, by wystąpić na amerykańskiej imprezie. Zagrali odważnie, dobrze i dzielnie. Mecz był ostry, momentami wręcz brutalny. W końcówce Portugalczycy postawili wszystko na jedną kartę i mocno natarli na Włochów, ale podopieczni Arrigo Sacchiego skutecznie skontrowali i w 83 minucie Dino Baggio rozwiał wszelkie portugalskie nadzieje. Piłkarzom puściły nerwy i polski arbiter Ryszard Wójcik musiał wyrzucić z boiska Fernando Couto. Bohaterowie mórz po raz kolejny zmuszeni byli pożegnać się z marzeniami o wielkim turnieju, ale dla portugalskiej piłki, po blisko dekadzie niepowodzeń znów zaczęło wychodzić słońce.

Koniunkturę na lepsze czasy, w dużej mierze, podobnie zresztą, jak Polakom w roku 2000, napędziło Portugalczykom szczęśliwe losowanie eliminacyjnej grupy do Euro '96. Właściwie tylko Irlandczycy wydawali się być godnym rywalem dla ekipy Antonio Oliveiry. 7 września 1993 roku na Windsor Park w Belfaście zespół czerwono-zielonych, od bramki Rui Costy już w 8 minucie meczu, rozpoczął swój powrotny marsz na piłkarskie salony. Portugalczycy wygrali aż cztery kolejne mecze (wyjazdowe z Irlandią Płn. i Łotwą oraz na własnym terenie z Austriakami i Liechtensteinem), zatrzymując się dopiero w Dublinie, gdzie 1:0 pokonała ich Irlandia. Potem jednak znów okazała seria zdobyczy punktowych stała się udziałem Portugalii, a  efektowne zwycięstwo 3:0 odniesione 15 listopada 1995 roku na lizbońskim Estadio da Luz, w wieńczącym eliminacyjne zmagania spotkaniu, nad tymiż samymi Irlandczykami, postawiło wyraźny stempel na pięknej chwili powrotu portugalskiej drużyny, po dziesięcioleciu przerwy, do wielkiego turnieju.

Po 30 latach od pamiętnego Mundialu, na którym to Eusebio, Coluna i spółka oczarowali swą grą cały piłkarski świat, znów Portugalczycy mieli zagrać na szczęśliwych dla nich angielskich murawach. Na dzień dobry 9 czerwca 1996 r., chłopcy Oliveiry, po golu Ricardo Sa Pinto, zremisowali w Sheffield z obrońcami tytułu Mistrza Europy – Duńczykami 1:1. Kilka dni później, dzięki trafieniu Fernando Couto udało im się jednak pokonać w Nottingham Turków 1:0. W ostatnim grupowym spotkaniu, 19 czerwca, na boisku w Nottingham, Portugalczycy wznieśli się na wyżyny i efektownie pokonali aż 3:0 bardzo silnych przecież Chorwatów (gole Figo, Pinto i Domingosa; ten ostatni był zresztą najskuteczniejszym zawodnikiem czerwono-zielonych w eliminacjach). Rozbudzone apetyty na przywiezienie kolejnego medalu z angielskiej ziemi, rozwiali jednak w ćwierćfinale, rewelacyjni na tym turnieju Czesi - 23 czerwca na Villa Park w Birmingham. Pomimo dość zdecydowanej optycznej przewagi podopiecznych Oliveiry, Karel Poborsky strzelił w 53 min. tego meczu najpiękniejszą bramkę całego turnieju, posyłając piłkę kunsztownym lobem nad kapitanem portugalskiej jedenastki – Vitorem Baią. Bohaterowie mórz wracali do domu na pewno nieco zawiedzeni, ale wstydu własnym kibicom z pewnością nie przynieśli.

Z tym bowiem postanowili poczekać do pierwszych meczów po angielskim Euro. A że spotkania te inaugurowały zarazem ich zmagania eliminacyjne do francuskiego Mundialu ’98, śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Portugalczycy zawalili sobie sprawę awansu do tego turnieju już w blokach startowych. 0:0 w Erewaniu z Armenią oraz porażka 1:2 w Kijowie z Ukrainą, sprawiły, że ponownie, po kilkuletniej przerwie, prowadzący narodowy zespół trener Artur Jorge miał ciężki orzech do zgryzienia. Zgryźć się go zresztą już nie udało, tym bardziej, że na wiosnę Portugalczycy stracili też punkty w Belfaście, gdzie zaledwie zremisowali (0:0). Niewiele dała ambitna pogoń w tabeli za Niemcami (w konfrontacji z którymi zresztą, portugalska ekipa wypadła zdecydowanie najkorzystniej, dwukrotnie remisując – 0:0 i 1:1) oraz Ukrainą (w Porto gospodarze triumfowali, wygrywając 1:0) i zwycięstwa nad pozostałymi rywalami. Ostatecznie Portugalczycy zakończyli zmagania na 3 miejscu, z jednym punktem straty do Ukraińców (zagrali oni w barażach) oraz trzema punktami do Niemców. Trzeba jednak przyznać, że w tej batalii eliminacyjnej, podopiecznym Artura Jorge szczęście wybitnie nie sprzyjało. W Kijowie dali sobie wydrzeć remis 1:1 na 2 minuty przed końcem spotkania (bramka Maksymowa), a w Berlinie zaledwie 9 minut zabrakło im do odniesienia zwycięstwa nad niemieckim zespołem (wyrównujący gol Kirstena). Bogatsi o te 3 pkt. świętowaliby swój drugi w historii awans na Mundial. Z tym jednak musieli jeszcze poczekać.

Pomimo nieobecności na francuskim święcie futbolu, Portugalczycy mieli już naprawdę wspaniałych zawodników oraz znakomitą drużynę, gotową do walki nawet z największymi tuzami piłkarskiego świata. 6 września 1998 r., pokonując efektownie Węgrów 3:1, w obecności 50 000 widzów na Nesptadionie w Budapeszcie, podopieczni nowego już trenera Humberto Coelho, rozpoczęli 14-letni serial, który trwa do dziś – nieprzerwanej passy udziału w największych piłkarskich turniejach. Swą eliminacyjną grupę do Euro 2000, Portugalczycy wraz z Rumunami zdominowali bardzo wyraźnie. Dość powiedzieć, że poza dwumeczem z Rumunią (0:1 i 1:1), podopieczni Coelho potknęli się tylko w Baku, gdzie zremisowali z Azerbejdżanem 1:1. Pozostałe spotkania wygrali, najczęściej w bardzo efektownym stylu oraz pokaźnych rozmiarach (Węgry 3:0, 3:1; Słowacja 1:0, 3:0; Azerbejdżan 7:0, Liechtenstein 8:0, 5:0). Uczyniło ich to najskuteczniejszym, zaraz po Hiszpanach, zespołem eliminacji Euro 2000 (32 gole w 10 grach!; najwięcej strzelił Joao V. Pinto – 9). Pomimo zwyciężenia grupy przez Rumunów, Portugalczycy jako zespół z najlepszym bilansem, spośród wszystkich tych, które zajęły drugie lokaty, awansowali bezpośrednio na Mistrzostwa Europy. Na niezapomniane dla nich Mistrzostwa Europy.

Te piękne czerwcowe wieczory 2000 roku, które podopieczni Coelho pozwolili przeżywać nie tylko własnym kibicom, ale i wszystkim sympatykom futbolu, zachwycającym się ich porywającą, brylantową grą, zapisały jedne z najwspanialszych kart w całych dziejach europejskiego piłkarstwa. Zresztą do dziś wielu twierdzi, że ze wszystkich pięciu medalowych zespołów reprezentacji Portugalii, to właśnie ta drużyna była najsilniejsza, najefektowniejsza, po prostu najlepsza. Każdy jej mecz był niesamowity. Zresztą zaczęło się jak u Hitchcocka - od trzęsienia ziemi. Kiedy w 18 minucie meczu rozgrywanego 12 czerwca 2000 r., na stadionie w Eindhoven, Vitor Baia, musiał po golu Mc Manamana już po raz drugi (wcześniej trafił Scholes) wyciągnąć piłkę z własnej bramki, zapewne wielu portugalskich kibiców po cichu żegnało się już z jakimikolwiek nadziejami na osiągnięcie przez ich drużynę czegoś wielkiego na tym turnieju. Jednak już 4 min. później Luis Figo, fenomenalnym strzałem uzyskał kontaktowe trafienie i skutecznie poderwał swój zespół do walki. Jeszcze przed przerwą fantastycznym strzałem głową wyrównał Joao V. Pinto, a kwadrans po zmianie stron Nuno Gomes całkowicie wywrócił do góry nogami początkowy scenariusz meczu. 3:2 z Anglikami na dobry początek, po znakomitym, buzującym emocjami, niesamowitym meczu!

Kilka dni później w Arnhem, Portugalczycy jakoś szczególnie porywająco nie zagrali, ale dzięki szczęśliwemu trafieniu głową, w ostatniej minucie spotkania z Rumunami, Costinha zapewnił swojej drużynie kolejny komplet punktów oraz pewny już awans do ćwierćfinału. 20 czerwca na słynnym De Kuip w Rotterdamie Coelho potraktował zamykające zmagania grupowe spotkanie z Niemcami jako dobry moment, by dać odpocząć przed decydującą batalią o półfinał, swoim czołowym zawodnikom. Brzmi to aż nieprawdopodobnie, więc warto powtórzyć raz jeszcze – w meczu z wciąż aktualnymi Mistrzami Europy, którzy za wszelką cenę musieli wygrać to spotkanie, Coelho zagrał niemal całkowicie rezerwowym składem (na murawę wybiegło od pierwszej minuty ledwie trzech graczy z podstawowego składu!) i rozniósł Niemców 3:0! To właśnie ten mecz, dał całemu piłkarskiemu środowisku lekcję poglądową, jak potężną siłą rażenia dysponują na tym turnieju Portugalczycy, gromiący w rezerwowym składzie, zespół wciąż przecież dzierżący miano najlepszego w Europie. Sergio Conceicao, który tego dnia ośmieszał niemiecką defensywę, z najlepszym bramkarzem świata Oliverem Kahnem na czele. Skompletował hat trick (wywalczył tym sobie miejsce w jedenastce do końca turnieju), choć wcale nie był napastnikiem. Piłkarskie Niemcy już dawno, od niepamiętnych wręcz czasów, nie zostały przez kogokolwiek tak boleśnie upokorzone, i to na turnieju rangi mistrzowskiej.