Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 02 maja 2013
Ivan Turina nie żyje. Olbrzym, który dał Lechowi Puchar

Ivan Turina

Ivan Turina nie żyje, 2 maja rano został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu w Szwecji. Prawdopodobnie zmarł na serce. Zostawił ciężarną żonę i dwójkę dzieci.

Jeśli można powiedzieć, że jakikolwiek mecz Pucharu Ekstraklasy zapadł mi w pamięć, to było to spotkanie Lecha Poznań z GKS Bełchatów (1:3). To był debiut Ivana Turiny w Kolejorzu i mój debiut na trybunie prasowej. Potem widziałem jego radość w Chorzowie po zdobyciu przez Lecha Pucharu Polski, a także w sierpniu minionego roku w Solnie, gdy już jako gracz AIK pokonał poznaniaków.

Gdy Lech nie zdobył w 2009 r. mistrzostwa kraju, Chorwat został uznany jednym z kozłów ofiarnych. Nie zgadzał się tym mianem, bo jak słusznie zauważał - Kolejorz z nim w składzie nie przegrał żadnego meczu ligowego.

Bohaterem Kolejorza był przede wszystkim po półfinale Pucharu Polski z Polonią Warszawa, po którym powstał poniższy tekst, puszczony w Gazecie Wyborczej Poznań. 

O poznańskiej drużynie od dłuższego czasu można było powiedzieć wszystko, ale nie to, że bramkarz wybronił jej mecz. Aż do minionej środy. Gdyby nie Ivan Turina, Lecha nie byłoby w finale Pucharu Polski.

Gdyby nie Chorwat, Lech Poznań nie wygrałby Pucharu Polski w 2009 roku. Bramkarz był bohaterem rewanżowego meczu półfinałowego z Polonią Warszawa. Oto tekst Gazety Wyborczej Poznań o bramkarzu po tamtym wyczynie.

Kilkadziesiąt sekund przed gwizdkiem sędziego, oznaczającego dogrywkę w meczu Polonii i Lecha, Jacek Kosmalski mógł rozstrzygnąć spotkanie na korzyść gospodarzy. Mógł, ale jego strzał głową z bliska obronił instynktownie Turina. Dodatkowe 30 minut gry nie przyniosło goli, co oznaczało konkurs rzutów karnych. Nadzieję na awans kibice Lecha upatrywali w swoim bramkarzu. W końcu od miesięcy słyszeli o niesamowitych umiejętnościach bronienia jedenastek przez Chorwata. Legendy okazały się zgodne z rzeczywistością. Turina najpierw fantastycznie obronił niezły strzał Radka Mynara, potem na tyle przestraszył Jarosława Latę, że ten podał mu piłkę wprost w ręce, by w końcu Radosław Majewski sam nie trafił w bramkę. W ten sposób w środę, kilka minut po godzinie 20, chorwacki bramkarz został bohaterem Poznania. Wcześniej, z wyjątkiem meczu z Feyenoordem, Chorwatowi raczej szczędzono pochwał.

Do stolicy Wielkopolski przyjechał w sierpniu w ubiegłego roku. Był trzecim testowanym przez Lecha bałkańskim bramkarzem, ale jak zauważył Józef Młynarczyk, ’’pierwszym gotowym do gry, ukształtowanym i ogranym’’. Nic dziwnego, w końcu Turina, który przyszedł na świat w 1980 r., przed grą w ekstraklasie odnosił sukcesy w lidze chorwackiej. Z Dinamem Zagrzeb wygrał w 2006 r. dublet, a w eliminacjach Ligi Mistrzów mierzył się z gwiazdami Arsenalu. W Pucharze UEFA Chorwatów i Turinę pogrążył... Ireneusz Jeleń, a obecny bramkarz Lecha, który przy golach straconych z Auxerre popełnił błędy, myślał nawet o zakończeniu kariery.
Do poznańskiego klubu przyszedł z greckiej Skody Xanthi za ok. 200 tys. euro. Największe zastrzeżenia pod adresem mierzącego 197 cm bramkarza dotyczą wprowadzania przez niego piłki do gry. - Ivan ma bardzo wielką stopę, ciężko mu odpowiednio ułożyć but i stąd te problemy z wybiciami - mówi Młynarczyk, były trener bramkarzy Lecha. Legendarny polski golkiper chwali współpracę z Chorwatem: - Lubi nad sobą pracować, zresztą z jego budową ciała to konieczne, by nie zapuścić się fizycznie. Dobrze radzi sobie w sytuacjach sam na sam, mocny jest też na przedpolu.

Obok Ivana Djurdjevicia, Turina uznawany jest za najbardziej charakternego spośród bałkańskiej kolonii w Lechu. - Jest trochę impulsywny, potrafi się zezłościć, ale to wszystko w ramach mobilizacji siebie i kolegów - zastrzega Młynarczyk.

A co z legendarnymi umiejętnościami bronienia karnych? Młynarczyk: - To wszystko prawda, widzieliśmy to praktycznie od początku jego pobytu w Poznaniu. Co tu dużo mówić, kilku chłopaków zakłady z nim przegrało...

Turina po meczu z Polonią swój popis skomentował krótko: - To po prostu moja robota.

B.

środa, 01 maja 2013
Królewskie opowieści, czyli wszystkie pucharowe szarże Polaków przeciwko Realowi

rl.

Real Madryt jest na futbolowej mapie Europy klubem zupełnie wyjątkowym, niepowtarzalnym i niepodrabialnym. Występ przeciwko Królewskim jest niewątpliwie dla wielu piłkarzy na całym świecie wielkim, często jednak niespełnionym marzeniem. Dla tych, którym dane było kiedykolwiek wybiec na zieloną murawę, by stoczyć pojedynek z najsłynniejszym bodaj klubowym zespołem globu, są to zazwyczaj już na zawsze chwile starannie przechowywane i pielęgnowane w najpiękniejszych zakamarkach skarbca sportowych wspomnień. Dziś, gdy jeszcze na dobre nie ostygły emocje po wczorajszym wieczorze na Santiago Bernabeu, a w niespełna tydzień po fenomenalnym dortmundzkim czteropaku bramkowym Roberta Lewandowskiego, przyjrzyjmy się raz jeszcze przez moment wszystkim pucharowym zetknięciom polskich piłkarzy z legendą i potęgą Królewskich z miasta Madryt.

Na dobrą sprawę opowieść należałoby rozpocząć już od 13 czerwca 1956 roku. Wówczas to, w rozgrywanym na paryskim Parc des Princes ścisłym finale Pucharu Krajowych Mistrzów Europy, Real Madryt pokonał Stade Reims 4:3. We francuskim zespole zagrało aż pięciu piłkarzy polskiego pochodzenia (Robert Siatka, Simon Zimny, Leon Glovacki, słynny Kopa, czyli Raymond Kopaszewski, oraz Janusz Templin). Czterej pierwsi urodzili się już jednak na francuskiej ziemi i reprezentowali narodową drużynę Trójkolorowych. Templin, który we wspomnianym paryskim finale strzelił nawet gola (w 10 min. podwyższył prowadzenie Reims na 2:0) przyszedł na świat w polskiej rodzinie, w należącym przed wojną do Niemiec Opolu.

Ponad 3 lata później, jesienią 1959 roku w barwach luksemburskiego Jeunesse Esch, możliwość występu przeciw Królewskim na Santiago Bernabeu ma kolejny piłkarz polskiego pochodzenia - Władysław Janik. Urodzony w Luksemburgu napastnik, raczej jednak podziwia z murawy popisy Ferenca Puskasa, Alfredo di Stefano, Herrery i Gento, aniżeli sam sprawia jakiekolwiek zagrożenie pod madrycką bramką. Jeunesse przegrywa 0:7.

Jednak na pierwszy, naprawdę istotny i poważny polski akcent w pucharowych bojach przeciwko Realowi musimy czekać aż do 15 września 1976 roku. Jakkolwiek by to dziś zabrzmiało, wspomnianego dnia stanęły naprzeciw siebie w I rundzie klubowego Pucharu Mistrzów zespoły Stali Mielec i Realu Madryt. Królewscy szybko, bo już w 8 min. spotkania objęli prowadzenie po golu Carlosa Santillany. Kilka minut po przerwie wynik podwyższył dzisiejszy trener wspaniałej reprezentacji Hiszpanii Vicente del Bosque, a w 73 min. kontaktową bramkę dla mielczan, ustalając zarazem wynik meczu, uzyskał Ryszard Sekulski. Dwa tygodnie później na Santiago Bernabeu w obecności 40000 widzów, dzięki trafieniu Pirri w 64 min., Królewscy dopełnili formalności, wyrzucając podopiecznych Edmunda Zientary z pucharowej zabawy. Wśród dwunastu piłkarzy, którzy w mieleckich barwach dostąpili zaszczytu występu w dwumeczu przeciwko słynnemu Realowi byli zawodnicy znani już wówczas w świecie, uczestnicy niemieckiego Mundialu sprzed dwóch lat: Grzegorz Lato i Henryk Kasperczak. Był Zygmunt Kukla, który niebawem, za niespełna 2 lata, również przeżyje swą mundialową przygodę na argentyńskich stadionach. Byli piłkarze epizodycznie ocierający się o reprezentację Polski, jak Krzysztof Rześny, Zbigniew Hnatio, Włodzimierz Gąsior czy Witold Karaś. Ale byli też zawodnicy, którym nigdy nie było to dane, po prostu solidni, ligowi gracze, tacy jak Marian Kosiński, Edward Bielewicz, Edward Oratowski, Jerzy Krawczyk, czy wreszcie strzelec jedynego dla mielczan gola w konfrontacji z Królewskimi - Ryszard Sekulski.

Na następny polski akcent w pucharowych bojach przeciwko Realowi Madryt musimy czekać niemal dokładnie dekadę. Wówczas to, 17 września 1986 r. na stadionie w Bernie, w I rundzie PKME, oko w oko z wielkim hiszpańskim rywalem stają prowadzeni przez Aleksandra Mandziarę (były piłkarz m.in. Szombierek Bytom; jako trener doprowadził GKS Tychy do wicemistrzostwa Polski; ojciec menedżera Adama Mandziary) miejscowi Young Boys. W szwajcarskim zespole na próżno szukać wielkich nazwisk. Jedynym znanym piłkarzem jest najlepszy wówczas szwedzki futbolista Robert Prytz. A jednak Helwetom udaje się sprawić ogromną niespodziankę i pokonać w Bernie Królewskich 1:0. W tym sukcesie macza swe palce również polski piłkarz. Jest nim Joachim Siwek, którego Mandziara wpuszcza na plac gry w 81 min. spotkania. Siwek to były napastnik bytomskich: Szombierek i Polonii, wyjeżdża z Polski jako niespełna 20-letni zawodnik i terminuje przez 3 sezony w Borussii Dortmund (1977-1980), gdzie nie znajduje jednak uznania ani w oczach Otto Rehhagela, ani Udo Lattka (przez te 3 lata rozegrał zaledwie 1 mecz w Pucharze Niemiec, w którym.... strzelił 2 gole, a Borussia wygrała wówczas 14:1), przewija się następnie przez holenderską Bredę oraz zakotwicza w Szwajcarii, gdzie gra kolejno w Chiasso, Vevey, Young Boys i Locarno. 1 października 1986 r. Joachim Siwek ma również możliwość przeżyć swoją przygodę na słynnym Santiago Bernabeu, gdzie w obecności 75000 widzów pojawia się na murawie w 77 min. meczu. Jest już wtedy 2:0 dla gospodarzy, którym udaje się po golach Santillany i Argentyńczyka Jorge Valdano odrobić straty z Berna oraz przechylić szalę awansu na swoją korzyść. Siwek ma poszukać szansy na gola i odmienienie losów dwumeczu, ale końcówka zdecydowanie należy już do prowadzonych przez Leo Beenhakkera Królewskich, którzy w 3 minuty zdobywają kolejne 3 gole (dwa trafienia Emilio Butragueno, jedno Hugo Sancheza) i podrażnieni porażką w Szwajcarii, gromią rywali w stosunku 5:0.

Już po roku możemy śledzić kolejną batalię polskiego piłkarza przeciwko Realowi. Tym razem jednak nie jest to już zawodnik wchodzący na końcówki i grający w zespole skazanym na pożarcie w konfrontacji z Królewskimi. Przeciwnie. Józef Młynarczyk, uczestnik dwóch Mundiali, brązowy medalista jednego z nich, od wielu już lat należy wówczas do najlepszych bramkarzy na Starym Kontynencie. A jego znakomite FC Porto właśnie staje w szranki, by obronić tytuł najlepszej klubowej drużyny w Europie, który wywalczyła sobie w ubiegłym sezonie, pokonując w emocjonującym finale monachijski Bayern. Wielu po dziś dzień żałuje, że los skojarzył wtedy ze sobą tak znakomite drużyny jak Real i Porto już w II rundzie PKME. Oba mecze stały na fantastycznym poziomie i były niezapomnianymi widowiskami. 21 października 1987 r. na gościnnym stadionie Valencii, po niespełna godzinie gry, prowadzenie obejmuje Porto po golu niezawodnego Algierczyka Rabaha Madjera. Młynarczykowi bardzo długo udaje się strzec swej bramki przed podopiecznymi Beenhakkera. Dopiero na 10 minut przed końcem spotkania wyrównuje meksykański as Realu - Hugo Sanchez, a już w 2 minucie doliczonego czasu gry, zwycięstwo dla Królewskich precyzyjnym strzałem głową wywalcza Manuel Sanchis.

4 listopada 1987 r. na pękającym w szwach Estadio das Antas, Portugalczycy obejmują prowadzenie po cudownym strzale z rzutu wolnego Antonio Sousy. W przerwie jednak Beenhakker dokonuje znakomitego posunięcia, wpuszczając na boisko Francisco (Paco) Llorente, który rozgrywa swój mecz życia, wypracowując oba gole uzyskane przez kapitana reprezentacji Hiszpanii - Michela. Królewscy znów wygrywają 2:1 i niweczą marzenia Portugalczyków na obronę tytułu najlepszej klubowej drużyny Starego Kontynentu.

W następnym sezonie pałeczkę po Młynarczyku przejmują piłkarze zabrzańskiego Górnika, kontynuując serial polskich pucharowych potyczek z madryckim klubem. To już epoka powolnego zmierzchu wielkiego Górnika i jego dominacji na polskim podwórku. Ale w Zabrzu wciąż jeszcze wówczas gra kilku naprawdę świetnych piłkarzy (najsłynniejszymi byli niewątpliwie dwaj uczestnicy Mexico '86: Jan Urban i Ryszard Komornicki), a mecz przeciwko Realowi stanowi z pewnością znakomitą okazję, by pokazać swą klasę. 26 października 1988 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie, niespełna 63000 widzów może podziwiać takich piłkarzy jak Bernd Schuster, Martin Vazquez, Hugo Sanchez czy Emilio Butragueno. Na Śląsku obie drużyny stwarzają ciekawe, otwarte widowisko, znakomite szanse do zdobycia gola mają Jan Urban (po jego strzale Julio Llorente ratuje swój zespół wybijając piłkę z linii bramkowej), Piotr Rzepka (w drugiej połowie piłka po jego strzale trafia w słupek), Robert Warzycha, Joachim Klemenz, a przede wszystkim Krzysztof Baran (który dwukrotnie staje oko w oko z Francisco Buyo, ale przegrywa oba te pojedynki), jednak niestety to Hugo Sanchez strzela z karnego jedynego gola w tym meczu. Wydaje się, że sprawa awansu jest już rozstrzygnięta. Tym bardziej, że w 27 min. pojedynku w Madrycie Sanchez pokonując Józefa Wandzika ponownie daje swojej drużynie prowadzenie. Potem jednak zaczynają się dziać rzeczy wręcz niewiarygodne. Na kilka chwil przed zejściem obu zespołów na przerwę do szatni, fantastycznego gola po wspaniałym strzale z niemal 30 metrów uzyskuje 'polski Ronald Koeman' czyli Piotr Jegor. Ten gol uzyskany niemal ćwierć wieku temu przez Jegora, tamtego późnego wieczoru 10 listopada 1988 r. w obecności niespełna 38000 widzów na Santiago Bernabeu, jest jednym z trzech i jak dotychczas zdecydowanie najpiękniejszym pucharowym trafieniem polskiego piłkarza na madryckim stadionie przeciwko Realowi.

Po przerwie Madryt nie ma nawet czasu, by ochłonąć ze zdumienia. W 54 min. po wspaniałej akcji Jacka Grembockiego piłkę do bramki Buyo pakuje Krzysztof Baran. Jest 2:1 dla Górnika!!! Chwilę potem, zamroczonym po otrzymaniu niespodziewanego ciosu Królewskim, w uniknięciu jawnego już nokautu pomaga nieco arbiter spotkania. Najpierw nie zauważa ewidentnego faulu w polu karnym Buyo na Janie Urbanie, gdy ten ostatni stara się dojść do piłki wspaniale zagranej mu ze skrzydła przez Roberta Grzankę. A potem tenże sam Buyo, w stylu kolumbijskiego golkipera Rene Higuity, wdaje się w bezmyślny drybling z Baranem z dala od swojej szesnastki. Buyo piłkę traci i fauluje zabierającego się z futbolówką na wycieczkę pod pustą madrycką bramkę napastnika Górnika, po czym angielski sędzia odgwizduje... rzekomy faul Krzysztofa Barana. Beenhakker widząc co się dzieje wprowadza na boisko, jak zawsze w takich sytuacjach, Paco Llorente i ten manewr znów poskutkuje. Zabrzanom zabraknie dosłownie 13 minut, by wywieźć z Santiago Bernabeu sensacyjne zwycięstwo i zakończyć przygodę Królewskich z tamtą edycją PKME. Jednak niezawodny 'Sęp pola karnego' Emilio Butragueno wyrównuje, a na kilka minut przed końcem Sanchez, technicznym strzałem wyszarpuje zwycięstwo dla swej drużyny. Podopieczni Marcina Bochynka wracają do domu pokonani, ale niewątpliwie z podniesionymi głowami. Spoza wymienionych wcześniej nazwisk, również Marek Piotrowicz, Józef Dankowski, Andrzej Orzeszek, Waldemar Kamiński i Krzysztof Zagórski uzupełniają grono piłkarzy, którym dane było zmierzyć się w pucharowych rozgrywkach z wielkim Realem Madryt. Jak ogromnie ważnym przeżyciem było to dla wielu z nich, niech świadczy zabawna sytuacja, którą uwieczniły kamery hiszpańskiej telewizji, gdy Zagórski prosi Michela o wymianę koszulek (na załączonym filmiku od 7:45 :)

W następnym sezonie, we wrześniu 1989 roku znów mamy maleńki polski akcencik z Realem w tle. Spora Luksemburg prowadzona przez byłego piłkarza Widzewa - Wiesława Chodakowskiego (reprezentował barwy łódzkiego klubu w latach 1972-1978; grał m.in. w pucharowych bataliach Widzewa z PSV oraz Manchesterem City) dwukrotnie staje w szranki z madryckim zespołem. Zdecydowanie triumfuje oczywiście rywal z trenerskiej ławki Królewskich - John Toshack, którego podopieczni rozbijają chłopców Chodakowskiego 6:0 i 3:0.

Po trafieniach Jegora i Barana zaledwie niespełna 3 lata czekamy na kolejnego gola strzelonego przez polskiego piłkarza Królewskim. Wyczynu tego dokonuje 23 października 1991 r. w 19 min. meczu II rundy Pucharu UEFA, dziś już ś.p. Włodzimierz Smolarek, dając niespodziewane prowadzenie swemu Utrechtowi. Prowadzeni przez Radomira Anticia madryccy gwiazdorzy z Gheorghe Hagi, Robertem Prosineckim, Michelem i Butragueno na czele, mają przez niespełna pół godziny bardzo niewyraźne miny, bo oto zespół złożony z jednego znanego, lecz przecież 34-letniego już wówczas Smolarka oraz dziesięciu innych piłkarzy, których nazwiska nawet dziś, po tylu latach, niewiele nam mówią, ogrywa ich 1:0. Sytuację normuje gol do szatni Prosineckiego z rzutu wolnego. Smolarek po przerwie nie pojawi się już na placu - swoje zrobił. Kończy się na porażce Utrechtu 1:3 przesądzającej sprawę awansu.

Na Santiago Bernabeu 6 listopada 1991 Wlodi Smolarek rozegra całe spotkanie, a Królewscy wygrają skromnie, bo 1:0 dzięki znakomitemu trafieniu Gicy Hagiego z 30 metrów.

Na jesieni 1993 roku swojego zetknięcia z wielkim Realem doświadcza w barwach austriackiego Tirolu, ówczesny filar naszej reprezentacyjnej defensywy Andrzej Lesiak. W Innsbrucku pada remis 1:1, a na Santiago Bernabeu Królewscy wygrywają pewnie 3:0. Alfonso, Michel i Butragueno są nie do zatrzymania dla Lesiaka i jego kolegów. Polski piłkarz oba mecze rozgrywa w pełnym wymiarze minut.

W następnym sezonie dochodzi do naprawdę fascynującej szarży polskiego piłkarza na pozycje Królewskich. W I rundzie Pucharu UEFA los kojarzy ze sobą madrycki Real oraz Sporting Lizbona. Podopieczni Carlosa Queiroza mają naprawdę bardzo ciekawy, silny zespół. Jest rewelacyjny, młody Luis Figo, znakomity Krasimir Bałakow, doświadczony kapitan zespołu Oceano, nieobliczalny Sa Pinto, błyskotliwi Cadete i Capucho, znany nam z krakowskiej przygody na dyrektorskim stołku holenderski obrońca Stan Valckx, no i nasz - Andrzej Juskowiak. Juskowiak, który właśnie powolutku wkracza wówczas w swój bodaj najlepszy, a na pewno najskuteczniejszy moment reprezentacyjnej kariery. 13 września 1994 r. w stolicy Hiszpanii podopieczni Jorge Valdano obejmują prowadzenie po golu Martina Vazqueza, ale piłkarze Sportingu raz po raz sieją popłoch w polu karnym Buyo. W drugiej połowie spotkania po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Luisa Figo, Jusko oddaje znakomity strzał, ale po jego bombie piłka trafia zaledwie w poprzeczkę madryckiej bramki. Szkoda, tak niewiele zabrakło, by Juskowiak strzelił na Santiago Bernabeu naprawdę fantastyczną, niezapomnianą bramkę. W innej sytuacji Jusko jest ewidentnie faulowany w polu karnym, ale sędzia nie podejmuje decyzji o podyktowaniu jedenastki. 

W rewanżu, w obecności 55000 widzów na lizbońskim Jose Alvalade emocje sięgają zenitu. Sporting szybko, bo już w 3 min. odrabia straty po golu Sa Pinto. Wyrównanie Królewskim przynosi piłkarski geniusz Michaela Laudrupa. Po pół godzinie gry, dzięki zagraniu głową Juskowiaka, Oceano przywraca jednak prowadzenie gospodarzom. Na murawie trwa prawdziwa piłkarska wojna. Napór Sportingu jest niemiłosierny. Jusko jeszcze w pierwszej połowie marnuje naprawdę znakomitą sytuację sam na sam z Buyo. Po przerwie były piłkarz Kanii Gostyń i poznańskiego Lecha jest bezdyskusyjnie faulowany w polu karnym. Również po akcji Juskowiaka piłkę w polu karnym zagrywa ręką Sanchis. Szkocki arbiter McCluskey nie dyktuje jednak żadnej z dwóch ewidentnych jedenastek dla lizbończyków. Kibice Sportingu pamiętają nazwisko tego pana po dziś dzień. Po dziś dzień nie mają wątpliwości, że zostali z tego awansu ograbieni, choć na murawie ich zespół był po prostu lepszy. Ale i nie miał też szczęścia. W końcówce meczu Juskowiak raz jeszcze może zostać bohaterem, pokonując bramkarza Królewskich. Dostaje świetne podanie od Figo, uderza znakomicie, ale piłka odbija się od wewnętrznej strony słupka, turla się wzdłuż linii bramkowej i wychodzi w pole. Po zakończonym spotkaniu Andrzej Juskowiak bardzo długo leży na murawie, nie mogąc odżałować niewykorzystanej szansy na wyeliminowanie Realu. Polski napastnik zaprezentował się jednak w tym dwumeczu znakomicie. Za jakiś czas, gdy zacznie regularnie trafiać w spotkaniach o punkty polskiej reprezentacji, pojawią się spekulacje na temat jego transferu do Królewskich. Białej koszulki Realu Jusko nigdy jednak nie założy. A szkoda, bo był to niewątpliwie piłkarz predysponowany do gry w naprawdę w najlepszych klubach świata.

10 grudnia 1997 roku, również w barwach portugalskiego zespołu, swoją szansę na występ przeciwko Królewskim dostaje też inny napastnik związany z Poznaniem - Grzegorz Mielcarski. Gdy wspomnianym zimowym wieczorem po godzinie gry, srebrny medalista z Barcelony pojawia się na murawie Santiago Bernabeu, jego FC Porto przegrywa już 0:3. Mielcarski w koszulce z numerem "9" na plecach, zastępuje Fernando Mendesa i przez pół godziny dane jest mu powalczyć w obecności 65000 widów przeciwko późniejszemu triumfatorowi tamtej edycji Ligi Mistrzów. Podopieczni Juppa Heynckesa jednak niewiele sobie robią z boiskowej obecności Mielcara i na kilkanaście minut przed końcem spotkania Davor Suker ustala z jedenastki wynik meczu na 4:0.

Do swych bliskich widzeń z madryckim Realem jakimś nadzwyczajnym sentymentem nie pała zapewne Kazimierz Sidorczuk. Na jesieni 1998 roku w bramkarskim swetrze austriackiego Sturmu Graz, przychodzi mu bowiem w Lidze Mistrzów aż jedenastokrotnie wyplątywać futbolówkę z sieci po golach Królewskich. 21 października 1998 r. na Santiago Bernabeu największy błąd popełnili goście już na samym początku spotkania - obejmując sensacyjne prowadzenie po strzale Ivicy Vastica i rozjątrzając królewską armadę. Końcowy efekt 6:1 dla Realu. Piłkarze z Grazu nie uczą się na 'błędach' i po dwóch tygodniach w rewanżu na własnym boisku znów bardzo szybko, po golu Mario Haasa, ośmielają się wyjść na prowadzenie. Odpowiedź Realu jest odrobinę tylko litościwsza niż w Madycie - 5:1. Były golkiper poznańskiego Lecha nie popełnił żadnych rażących błędów, a mimo wszystko aż 11 razy musiał wędrować po piłkę do swojej bramki. We wspomnianym dwumeczu pokonywali go jednak gracze wcale nie byle jacy: Raul, Mijatovic, Suker, Seedorf, Savio, Panucci, Jarni.

4 grudnia 2001 w obecności 60000 widzów na Santiago Bernabeu w pełnym wymiarze czasu ma szansę zaprezentować się nigeryjski reprezentant Polski Emmanuel Olisadebe. Panathinaikos przegrywa jednak z podopiecznymi Vicente del Bosque bardzo wyraźnie 0:3 (dwa trafienia Raula, jedno Helguery). W meczu rewanżowym wszechateńskie Koniczynki są bardzo blisko odniesienia zwycięstwa nad Królewskimi, dwukrotnie obejmując prowadzenie, ale wyrównujący gol Portillo na dziesięć minut przed końcem meczu, zapewnia Realowi remis 2:2. Sergio Markarian wpuszcza na boisko naszych napastników: Emmanuela Olisadebe oraz 37-letnią wówczas, legendę Panaty Krzysztofa Warzychę, na odpowiednio ostatnie 20 i 5 minut gry (zmieniają oni Konstantinou i Vlaovica).

22 października 2003 roku swoją szansę zaprezentowania się w rozgrywkach Champions League na Santiago Bernabeu w obecności 58000 widzów dostaje również były piłkarz Sokoła Pniewy - Tomasz Rząsa. Zwycięską bramkę dla madryckich podopiecznych Portugalczyka Carlosa Queiroza zdobywa głową niezawodny Raul, nieupilnowany w tej akcji przez Rząsę właśnie. Niemiecki szkoleniowiec Partizana Belgrad, słynny Lothar Matthaeus, zdejmuje Polaka z placu gry już w przerwie. Warto też wspomnieć, że w tym meczu fantastyczną bramkę dla Partizana mógł strzelić dzisiejszy piłkarz krakowskiej Wisły, rozgrywający tamtego wieczora znakomite spotkanie Ivica Iliev. Strzał Serba fenomenalnie jednak wybronił Iker Casillas. Po madryckiej murawie przez pełne 90 minut biegał również w tym spotkaniu czarnogórski obrońca, późniejszy zawodnik ŁKSu - Dejan Ognjanovic.

W belgradzkim rewanżu na stadionie Partizana, Rząsa usiadł na ławce rezerwowych. Jednak już po 19 minutach, na skutek kontuzji odniesionej przez Malbasę, Polak wbiega na murawę i przez ponad 70 minut, wraz z kolegami nie pozwala na strzelenie przez Królewskich gola. Spotkanie kończy się bezbramkowym remisem.

Latem 2004 roku mamy do czynienia z trzecią i zarazem ostatnią jak do tej pory konfrontacją polskiego klubu z Realem Madryt. Wisła Kraków prowadzona przez Henryka Kasperczaka (który jako piłkarz mieleckiej Stali mierzył się już 28 lat wcześniej z Królewskimi) jest silną drużyną, 2 tygodnie wcześniej, w poprzedniej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów, rozjeżdża w Gruzji WIT Tbilisi w stosunku 8:2, ale prowadzony przez Jose Antonio Camacho galaktyczny Real jest oczywiście poza jej zasięgiem. 11 sierpnia 2004 r. na boisku przy Reymonta, krakowianie wznoszą się na wyżyny swych umiejętności. Rozgrywają naprawdę bardzo dobre spotkanie przeciwko rywalowi naszpikowanemu najwspanialszymi piłkarzami świata, takimi jak Iker Casillas, Roberto Carlos, Luis Figo, David Beckham, Zinedine Zidane, Raul czy Ronaldo. Kalu Uche, Mauro Cantoro, Maciej Żurawski i Mirosław Szymkowiak są nawet bardzo bliscy pokonania Ikera. Jednak to Fernando Morientes daje w końcówce meczu prowadzenie Królewskim, a w doliczonym czasie gry pokonuje Radosława Majdana raz jeszcze i ustala wynik na 0:2. 25 sierpnia 2004 r. w obecności 70000 widzów na Santiago Bernabeu Wisła gra więc już tylko o honor. I przegrywa honorowo z galaktycznym Realem 1:3. Na trafienia Brazylijczyka Ronaldo (3 i 31 min.) oraz Pavona (81 min.), odpowiada minutę przed końcem spotkania Damian Gorawski. Jest to trzeci i zarazem jak dotychczas ostatni gol strzelony przez Polaka w pucharowym boju na Santiago Bernabeu.

Polskimi piłkarzami, którym w barwach krakowskiej Wisły, dane było w sierpniowym dwumeczu w 2004 roku wybiec na murawę w pojedynkach przeciw legendarnemu klubowi z Madrytu są, poza wspomnianymi Żurawskim, Szymkowiakiem, Majdanem i Gorawskim, również Marcin Baszczyński, Tomasz Kłos, Arkadiusz Głowacki, Marek Zieńczuk, Mariusz Kukiełka, Tomasz Frankowski, Marcin Kuźba, Maciej Stolarczyk i Aleksander Kwiek. Trzecim obok Uche i Cantoro stranieri, który mierzył się w wiślackiej koszulce z Królewskimi był Nikola Mijailovic.

Już 3 tygodnie później, 15 września 2004 r. w fazie grupowej Ligi Mistrzów, bardzo spektakularnie pomścił jednak krakowian Jacek Krzynówek. Najlepszy wówczas polski piłkarz, fantastycznym uderzeniem lewą nogą z niemal 30 metrów pokonał Ikera Casillasa i dał swemu Bayerowi Leverkusen prowadzenie. Niemiecki zespół Polaka zupełnie niespodziewanie rozniósł na BayArena galaktyczny Real 3:0, a Krzynówek był bohaterem spotkania, które rozegrał zresztą w pełnym wymiarze minut.

W meczu rewanżowym na Santiago Bernabeu, 23 listopada, Bayer znów nie pozwala na wiele Realowi. Na bramkę Bułgara Berbatowa, Raul odpowiada dopiero na 20 min. przed końcem meczu, ratując remis dla Królewskich. W obecności 68000 widzów Krzynówek opuszcza madrycką murawę w 76 min. zmieniony zresztą przez gracza z numerem "10" na plecach, urodzonego w Bytomiu, byłego piłkarza ŁTS Łabędy Gliwice - Paula Freiera. Tamten remis, jaki udało się wywalczyć Bayerowi Krzynówka w Madrycie, był aż do listopada ubiegłego roku (gdy Borussia zremisowała z Realem 2:2) jedynym takim przypadkiem, by polskiemu piłkarzowi udało się w rozgrywkach europejskich pucharów nie przegrać na Santiago Bernabeu w potyczce z Królewskimi.

A próbował przecież jeszcze Michał Żewłakow. 24 października 2007 roku w grupowych rozgrywkach Champions League, polski obrońca pojawił się na murawie Santiago Bernabeu na kwadrans przed końcem spotkania, by dopomóc swemu Olympiakosowi w utrzymaniu bezcennego remisu 2:2. Spotkanie było niezwykle dramatyczne. Grecy już od 12 minuty, kiedy to za czerwień wyleciał Torosidis, grali w dziesiątkę. A mimo wszystko udało im się wyjść na prowadzenie 2:1, które utrzymywali aż do 68 min. Wtedy wyrównał Robinho. W międzyczasie jedenastki dla Realu nie wykorzystał van Nistelrooy. Olympiakos grał rewelacyjnie i stworzył kilka naprawdę znakomitych sytuacji do zdobycia gola, jednak Królewskich bezbłędnie ratował fenomenalny Casillas. Zwycięstwo podopiecznym Bernda Schustera zapewnił nieuchwytny, również dla Żewłakowa, Robinho, który najpierw sam strzelił gola, a już w doliczonym czasie gry, bezskutecznie ścigany przez polskiego obrońcę, wyłożył piłkę jak na tacy Balboi, który ustalił wynik spotkania na 4:2 dla Królewskich. 6 listopada 2007 roku, w Pireusie Żewłak rozgrywa już całe spotkanie i nie pozwala zdobyć bramki, ani Robinho, ani Sneijderowi, ani Raulowi, ani van Nistelrooyowi. 0:0 i podział punktów.

Po niespełna trzech latach znów Polacy mierzą się w grupowej fazie Ligi Mistrzów  z madryckim Realem. 28 września 2010 roku Dariusz Dudka rozgrywa spotkanie w pełnym wymiarze minut, a Ireneusz Jeleń biega po boisku przez całą drugą połowę meczu na stadionie w Auxerre. Podopiecznym Jean Fernandeza psuje wieczór Angel Di Maria, strzelając jedyną bramkę meczu na 9 minut przed końcem spotkania. W grudniowym rewanżu podopieczni Jose Mourinho są już znacznie bardziej srodzy dla francuskiego klubu, wygrywając aż 4:0. Hattrickowi Benzemy oraz bramce Cristiano Ronaldo przygląda się z bardzo bliska Dariusz Dudka, który przez 90 minut wraz z kolegami, bezskutecznie próbuje strzec czystego konta Auxerre w tym meczu. Drugim Polakiem, jaki wystąpił w tym spotkaniu, i to w barwach Realu, jest Jerzy Dudek, który do 45 minuty strzeże bramki Królewskich.

Wreszcie historia całkiem najnowsza. 24 października 2012, bramka Roberta Lewandowskiego w 36 min. spotkania i zwycięstwo w Dortmundzie Borussii z Realem 2:1. 90 minut na murawie zarówno Lewego jak i Łukasza Piszczka.

6 listopada 2012 r. i znów pełne mecze Lewandowskiego (współudział zarówno przy pierwszym, jak i drugim golu) i Piszczka w zremisowanym 2:2 meczu w Madrycie. Tu do pierwszego, historycznego zwycięstwa polskich piłkarzy na Santiago Bernabeu zabrakło zaledwie minuty. Mesut Ozil precyzyjnym strzałem z wolnego pokonuje jednak Weidenfellera, zapewniając Królewskim podział punktów.

Wreszcie wieczór, do którego będziemy zapewne wracać jeszcze przez dziesięciolecia. 24 kwietnia 2013 i 4 gole Roberta Lewandowskiego w Dortmundzie w półfinałowym meczu przeciwko Realowi Madryt. Po boisku do 83 minuty biegają w tym wspaniałym spotkaniu również Piszczek i Jakub Błaszczykowski (ma jedną świetną okazję do strzelenia gola).

No i wczorajszy horror na Santiago Bernabeu, gdzie w obecności ponad 80000 widzów Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek wywalczają awans do finału Champions League, a Lewandowski, niczym Andrzej Juskowiak przed niespełna dwudziestu laty, bombarduje madrycką poprzeczkę, będąc o włos od uciszenia madryckiej areny.

Podjęcie próby pochylenia się przez moment nad historią polsko-królewskich pojedynków, pozwala jeszcze bardziej docenić znaczenie chwil, jakie zafundowała nam w swym czteromeczu z Realem nasza dortmundzka trójka. Lewandowski w swych 4 pucharowych spotkaniach przeciwko madryckiemu klubowi strzelił aż 5 bramek, czym niemal zrównał się z łącznym wynikiem wszystkich naszych pozostałych graczy, jacy kiedykolwiek wystąpili w europejskich pucharach przeciwko Królewskim (przed wyczynem Lewego, tych goli łącznie było bowiem 6, a strzelali je kolejno: Sekulski, Jegor, Baran, Smolarek, Gorawski i Krzynówek). Dodatkowo Lewandowski i Piszczek jako jedyni dotychczas polscy piłkarze aż dwukrotnie pokonali w pucharach madrycki Real (wcześniej wygrać udało się jedynie Juskowiakowi i Krzynówkowi). Na pucharowe zwycięstwo polskiego piłkarza nad Realem na niezwykłym Santiago Bernabeu wciąż jeszcze będziemy musieli poczekać. Teraz czekamy jednak przede wszystkim na to, by dortmundzkie trio, które na naszych oczach zapisuje piękne karty historii futbolu, dołączyło do jakże wąskiego, elitarnego grona polskich piłkarzy, którym udało się wywalczyć tytuł najlepszej klubowej drużyny Starego Kontynentu.

niedziela, 28 kwietnia 2013
Tych dwóch od 277 goli. Reiss i Frankowski

Tomasz Frankowski i Piotr Reiss

- Kibicowałem Tomkowi Frankowskiemu. A on zabrał mi tytuł najstarszego króla strzelców ligi - mówi Piotr Reiss. W meczu Jagiellonii z Lechem dwie legendy ekstraklasy mogą się zmierzyć ostatni raz.

W XXI wieku do Klubu Stu weszło tylko czterech piłkarzy. Mariusz Śrutwa i Maciej Żurawski piłki już nie kopią. Tomasz Frankowski i Piotr Reiss, choć razem mają prawie 80 lat (i są starsi od Żurawskiego), nadal strzelają gole. W sumie w polskiej lidze zrobili to już 277 razy.

Po tym, jak w ostatniej kolejce Piotr Reiss zdobył dla Lecha Poznań trzeciego gola z Zagłębiem Lubin, młodszy Łukasz Teodorczyk umownie wypucował strzelcowi buty, a kibice Kolejorza wpadli w dawno niewidzianą euforię. W innych częściach kraju z potęgi sympatii poznaniaków do Reissa chyba ludzie nie zdają sobie sprawy. Bywały mecze Warty na które część kibiców chodziła tylko dla niego. A najbardziej zabawnym spotkaniem było to Zielonych z KSZO Ostrowiec, gdy w Ogródku przy Drodze Dębińskiej byli fani:

- Warty,
- KSZO,
- Lecha, kibicujący w związku z tym zaprzyjaźnionemu z Lechem KSZO (to chyba ten pan w niebieskiej koszulce na pierwszym zdjęciu),
- Reissa, których nie obchodził wynik, a indywidualne popisy idola,
- Reissa, kibicujący w związku z tym Warcie,
- Reissa, kibicujący w związku z tym zaprzyjaźnionemu z Lechem KSZO.

Piotr Reiss, mecz Warta Poznań - KSZO Ostrowiec

mecz Warta Poznań - KSZO Ostrowiec

Ten 109. ligowy gol Reissa z Zagłębiem był w Poznaniu bardzo wyczekiwany, a poza tym - nieoczekiwany. Za wytypowanie takiego zdarzenia nowy sponsor klubu, bukmacher STS, płacił pięciokrotność postawionej sumy. - Gdy Piotr do nas wracał, wielu mówiło, że będzie spełniał tylko marketingową funkcję, a ja dostrzegałem w nim wartość sportową i ten gol jest na nią dowodem - mówi trener Lecha Mariusz Rumak. - Jeśli piłkarze ok. 40 lat znoszą reżim treningowy i strzelają gole, to znaczy, że są nieprzeciętni. Dzieje się też tak dlatego, że w polskiej lidze mamy napastników młodych oraz właśnie tych doświadczonych. Najlepsi wyjeżdżają z kraju i wygrywają 4:1 z Realem Madryt w Lidze Mistrzów - dodaje szkoleniowiec.

Przygody z reprezentacją kraju i zagranicznymi klubami nie mogły dać Frankowskiemu i Reissowi pełni satysfakcji. W Polsce są jednak żywymi pomnikami ligi. Ten pierwszy, legenda Wisły Kraków, a teraz Jagiellonii Białystok, gdyby w 2005 r. nie wyjechał do Hiszpanii, skąd przez Anglię i USA wrócił do ojczyzny, pewnie byłby dziś najlepszym strzelcem w historii ekstraklasy.

Bolesny był zwłaszcza kontakt futbolową rzeczywistością na Wyspach. Jedna ładna asysta to za mało, by odwrócić uwagę od pustki w strzeleckiej sieci.



Frankowski wrócić mógł zresztą akurat do Lecha, bo bardzo chciał go w Poznaniu Franciszek Smuda, ale pozostali członkowie komitetu transferowego Kolejorza byli przeciw. Smuda twierdzi, że domagał się wtedy i Frankowskiego, i Roberta Lewandowskiego. Skończyło się na przyjściu wschodzącej gwiazdki ze Znicza Pruszków.

Piotr Reiss dla Herthy Berlin strzelił gola tylko z HSV (w debiucie, jakże inaczej; strzał chwilę po odbiciu się piłki od twarzy można zobaczyć w cz. 6 na stronie piłkarza) oraz Amice Wronki,



w Duisburgu było ich tylko parę więcej. Z Greuther Furth wracał już na rowerze do Poznania...

Reiss podczas niedawno zakończonej przerwy w grze w Lechu strzelał dla innego poznańskiego klubu, Warty. - Kiedy grałem na zapleczu ekstraklasy, kibicowałem Tomkowi, żeby udowadniał, że mimo upływu lat można być nadal dobrym napastnikiem i strzelać bramki. Tomek to rzeczywiście robił i dwa sezony temu zabrał mi tytuł najstarszego króla strzelców polskiej ekstraklasy - opowiada Piotr Reiss. - Jesteśmy innymi typami napastników. Tomek to typowy łowca bramek, lis pola karnego. Ja lepiej czuję się w roli cofniętego napastnika, często asystuję. Trudno mi oceniać, kto z nas jest lepszy, Tomek strzelił więcej goli w polskiej ekstraklasie, więc być może on jest lepszy - dodaje.

Obrońca Lecha Ivan Djurdjević, pytany, który z doświadczonych napastników jest lepszy, odpowiada krótko: ''Rejsik''. Jak to koledze trudno mu jednak być obiektywnym. Jak się zresztą okazuje chwilę później na konferencji prasowej, Serb wyparł z pamięci, że w meczu w Białymstoku rok temu Frankowski pokonał dowodzoną przez niego obronę.

Nie on pierwszy.

B.

Członkowie Klubu 100:
Ernest Pohl 186 goli,
Lucjan Brychczy 182,
Tomasz Frankowski 168,
Gerard Cieślik 167,
Włodzimierz Lubański 155,
Teodor Peterek 154,
Kazimierz Kmiecik 153,
Jan Liberda 145,
Teodor Anioła 140,
Fryderyk Scherfke 131,
Jerzy Podbrożny 122,
Maciej Żurawski 121,
Józef Nawrot 114,
Andrzej Jarosik 113,
Ernest Wilimowski 112,
Grzegorz Lato 111,
Henryk Reyman, Andrzej Szarmach, Piotr Reiss po 109,
Michał Matyas, Eugeniusz Lerch po 106,
Eugeniusz Faber, Marek Koniarek, Władysław Król po 104,
Karol Kossok, Mariusz Śrutwa po 103,
Joachim Marx 102,
Artur Woźniak 101.

To poszerzona wersja wpisu z Poznan.Sport.pl

 

Frankowski strzela w Jagiellonii. Szombierkom

Kto uczył Frankowskiego podcinek, czyli Francja-elegancja  

czwartek, 25 kwietnia 2013
Lewy i Dudek. Jedna noc w kwietniu, jedna w maju

Kibice w Poznaniu mieli fuksa, że Robert Lewandowski jako trampolinę na zachód wybrał sobie Lecha Poznań. Nie liczyłem ile z 41 goli dla Kolejorza widziałem na stadionie, natomiast mój lichy aparat Zorka5 zarejestrował na potrzeby znanego i lubianego serwisu POZNAN.SPORT.PL ostatniego z nich i pożegnanie z Wlkp.





Jeśli tylko na moment wejdziemy w szczegóły jego przygody z Lechem, to pozwolę sobie wtrącić, że za zdecydowanie jego najwybitniejszy występ uznaję ten z Ruchem w Chorzowie, na kolejkę przed końcem ligi. I to nie tylko przez wzgląd na gola i zainicjowanie akcji zakończonej bramką Kriwca na wagę (prawie) majstra. Pamiętam, że przy prowadzeniu Wisły z Cracovią i nic nie dającym remisie Lecha napastnik był jedynym piłkarzem zespołu, który krzyczał do kolegów ''dawać piłę''. A potem ją brał do nogi i objeżdżał kolejnych kopaczy, którzy nie dorastali mu do pięt. Nie byli na tyli silni piłkarsko, ale i przede wszystkim mentalnie, tacy gracze jak Sławomir Peszko, wspominany Siergiej Kriwiec czy Semir Stilić. Oni teraz grają w ligach, hm, niszowych, grają mało lub wcale. Ich kumpel Lewandowski strzela cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów.

Jest wyczyn Roberta Lewandowskiego trudno opisywalnym, nawet statystycy do Ferenca Puskasa cofnąć się muszą. Obawiam się, że zrobienia dokumentu w Dortmundzie nie zaplanował żaden RTL, ARD i inny Cedeef. Ale może to i dobrze, niech to poczeka do finału. I niech wtedy powstanie obraz niesamowity jak One night in May autorstwa Sky Sports, z Jerzym Dudkiem w jednej z głównych ról (polecam całość, ale jak kto nie ma czasu - od 20 minuty; ja się zawsze wzruszam, aż głupio).



Podwójny hat-trick Lewandowskiego nie miał w sobie tyle dramaturgii, co cudem wyciągnięty strzał Szewczenki i instynktownie ciągnięte kare. Ale bardziej spektakularny jednak był.

A że takiego meczu dożyję, to jak pragnąłem zdrowia i etatu, nie sądziłem.

B.

PS Pozdrawiam moich dwóch przyjaciół, którzy razem z resztą wyszli na imprezę po pierwszej połowie meczu Liverpool - Milan (2005), gdy było 0:3, a ja zostałem sam z 20-osobowej grupy. Pozdrawiam ich dlatego, że gdy potem zadzwoniłem, że jest 3:3, to po długich namowach, ale jednak uwierzyli i wrócili na dogrywkę i karne. Rzadko kiedy byłem tak z siebie zadowolony.

 

25 lat temu: Józef Młynarczyk i FC Porto najlepsi na świecie 

Chwile chwały polskiego futbolu w XXI wieku

Ormianin gwiazdą w Rosji

Kim czuje się David Alaba

czwartek, 18 kwietnia 2013
Zabijakin, Tolek, Chińczyk. Stranieri Warty Poznań

Chińczyk Fei Yu podczas meczu Warta Poznań - Olimpia Grudziądz, fot. Piotr Skórnicki

W sobotę w Warcie Poznań zadebiutował Chińczyk Fei Yu, który w Szanghaju trenował z Didierem Drogbą i Nicolasem Anelką. Barw Zielonych broniło niewielu obcokrajowców, ale ich historie są niezwykłe. W tym gronie są ''Beckenbauer z Zimbabwe'', partner Jay-Jay Okochy z linii pomocy Nigerii czy późniejszy kolega Andrija Szewczenki z kadry Ukrainy.

Fei Yu, 22-letni środkowy pomocnik lub napastnik, w Chinach był zawodnikiem Shanghai Shenhua, w którego barwach zagrał dwa mecze ligowe w 2012 i jeden w 2011 roku. Jak twierdzi sam zawodnik (tu wideo), w Shanghai Shenhua trenował w pierwszym zespole razem z Didierem Drogbą i Nicolasem Anelką. - To sympatyczni ludzie i świetni piłkarze - mówi Chińczyk. Podobno do Europy ściągnęli go ludzie związani z samą Valencią, ale na Mestalla nie zdał testów. Póki co Fei Yu jedynego gola zdobył w meczu z... reprezentacją Polski kobiet, ale zważając na nędzę Warty w ataku i przebłyski niezłych umiejętności technicznych, w przeciwieństwie do Donga Fangzhou może mu się to udać w meczu ligowym.

Zenonas i Zabijakin, czyli posiłki ze Wschodu

W rundzie jesiennej sezonu 1991/1992 piłkarze Warty Poznań grali fatalnie i zimę spędzili w strefie spadkowej drugiej ligi. By uniknąć degradacji, klub musiał się wzmocnić. Do Warty przyszli m.in. Zbigniew Pleśnierowicz, Zbigniew Małachowski, Leszek Partyński czy Jerzy Kaziów. Największe zainteresowanie kibiców wzbudzili jednak piłkarze z zagranicy.

Poznański klub był jedynym polskim przystankiem w karierze Ukraińca Jurija Martynowa. Napastnik spędził w Warcie tylko wiosnę 1992 r., po powrocie do ojczyzny grał w kilku klubach, m.in. w Zirce Kirowohrad. Gdy Zirka wchodziła do ekstraklasy w 1995 r., Martynow niespodziewanie został powołany do reprezentacji Ukrainy. Jako gracz drugoligowy! Swój pierwszy i ostatni występ w drużynie narodowej zakończył w przerwie przegranego 0:4 meczu eliminacji mistrzostw Europy z Chorwacją. Zagrał jednak u boku przyszłego zdobywcy tytułu najlepszego piłkarza świata, Andrija Szewczenki, a gole dla rywali strzelali nie mniej słynni Davor Suker, Zvonimir Boban i Robert Prosinecki!



Litwin Zenonas Atutis też był w Warcie tylko na moment, bo szybko odszedł do Polonii Chodzież, skąd wrócił do ojczyzny. Atutis w 1990 r. zdobył z Sirujusem Kłajpeda Puchar Litwy (choć w konkursie nie strzelił karnego), a potem grał też w takich zespołach jak Aras Kłajpeda, Panerys Wilno, Atlantas Kłajpeda, Banga Gorgżdy oraz w reprezentacji kraju w futsalu! Teraz - o ile to nie przypadkowa zbieżność nazwisk - Zenek pracuje w wydziale gospodarki urzędu miejskiego w Kłajpedzie.

Pomocnik Siergiej Miasnikow i bramkarz Andriej Zabijakin to Rosjanie. Wiosną 1992 r. nie przebili się w Warcie, więc przed kolejnym sezonem zostali wypożyczeni do Wierzycy Starogard Gdański. Miasnikow już do Poznania już nie wrócił, Zabijakin - owszem.

Miasnikow próbował szczęścia w ekstraklasowym Sokole Tychy, ale nie zdał testów. Gdy w 1996 r. rozgrywał pierwszy mecz w Bałtyku Gdynia, rywalem była... Warta Poznań. Trop za nim urywa się po Pogoni Lębork (1997/1998), w której teraz w juniorach gra Igor Miasnikow.

Znane są za to losy Andrieja Zabijakina, który po powrocie Warty do ekstraklasy w 1993 r. zagrał w jednym meczu Pucharu Polski (wygrana 2:1 z Polgerem w Policach). - Razem z Jurijem Malejewem przyjechaliśmy do Bydgoszczy, aby grać w tamtejszym Zawiszą. Ostatecznie znalazłem się w Warcie Poznań - tak Andriej Zabijakin opisuje swój przyjazd do Polski na oficjalnej stronie Lechii Dzierżoniów. W październiku 1993 r., bramkarz odszedł z Warty właśnie do Lechii. W niej bronił z sukcesami aż do wiosny 2003, gdy przeszedł do Bielawianki Bielawa. Zawodowo grać w piłkę skończył trzy lata temu, teraz szkoli młodzież w Bielawie. W czasach młodości w ZSRR trenował m.in. z Dmitrijem Charinem, późniejszym bramkarzem londyńskiej Chelsea i Celticu Glasgow.

Andriej Zabijakin, lechia.only.pl
fot. lechia.only.pl

Wiosną 1993 r., gdy Zieloni pewnie kroczyli do ekstraklasy, w dziesięciu meczach wystąpił Jurij Szatałow. Ukrainiec urodził się w Tetiuche (obecnie Dalniegorsk) w ZSRR, między Chinami a Morzem Japońskim. Trenował w Szachtarze Donieck, a grał też w Krzywym Rogu, Rydze czy Azowie. Z Zielonymi nie zagrał w ekstraklasie, bo odszedł do rosnącej w siłę Amiki Wronki, z którą zdobył Puchar Polski w 1998 r. ''Odszedł'' to sformułowanie nie w pełni oddające sensacyjność akcji wronieckich działaczy - jak wieść gminna niesie Szatałow opuszczał zgrupowanie Warty potajemnie - w nocy i przez okno! 

Jako trener Ukrainiec prowadził rezerwy Amiki, Spartę Oborniki, Kanię Gostyń, Jagiellonię Białystok, Promień Opalenica, zaś Polonię Bytom i Cracovię w ekstraklasie. Teraz stara się wrócić do niej z Zawiszą Bydgoszcz. Szkoleniowiec bardzo długo miał w Poznaniu mieszkanie - być może nadal ma - co miało potwierdzać krążące swego czasu plotki o jego bliskim zatrudnieniu w Lechu.

Jurij Szatałow

Żaden z wymienionych wcześniej graczy nie zagrał w Warcie w ekstraklasie. Jesienią 1993 r. dokonał tego ukraiński obrońca, 22-letni wtedy Mykoła Sycz. Do Polski, do Chemika Bydgoszcz, przybył z Karpat Lwów. W zespole z Poznania wystąpił w czterech meczach pierwszej ligi. Debiutował z Hutnikiem w Krakowie (21 sierpnia), a w Poznaniu zmierzył się z Siarką Tarnobrzeg, Widzewem Łódź i Stalą Stalowa Wola.

Rekordzista i ''Ten, który zwykł robić to, co mówi''

Sezon później (1994/1995) również cztery mecze w ekstraklasie w barwach Warty zanotował John Phiri. Był już wtedy świetnie znany kibicom w Wielkopolsce, bo wcześniej grał w Pniewach. Do wówczas Tygodnika Miliarder (Sokoła) Pniewy przechodził z Zimbabwe za sprawą polskiego menedżera i trenera Wiesława Grabowskiego, razem z młodszym o dziesięć lat Normanem Mapezą. Po sezonie Mapeza odszedł do Galatasaray Stambuł, gdzie w Lidze Mistrzów zmierzył się z FC Barcelona. Phiri miał wrócić do Zimbabwe, ale przygarnęła go Warta, która ''na już'' potrzebowała obrońców. Phiri zadebiutował 17 września 1994 r. ze Stalą w Mielcu, potem zagrał też przeciw Sokołowi, Łódzkiemu Klubowi Sportowemu i Pogoni Szczecin. Miesiąc po debiucie zabrakło go w spotkaniach z Górnikiem Zabrze i Lechem Poznań. Gazeta pisała: ''Phiri wyjechał na mecz reprezentacji Zimbabwe i nie wrócił. Podobno jest chory, ale nikt nie wie tego na pewno''.

W Warcie już nie zagrał, ale w ojczyźnie jest piłkarzem wręcz legendarnym. A to dlatego, że w drużynie narodowej w latach 1981-1994 zagrał aż 108 razy! To więcej niż słynny Peter Ndlovu, napastnik Zimbabwe, który przez wiele lat grał w angielskiej ekstraklasie. Nigel Matongorere pisał w ''The Standard'' tak: ''Phiri uformował defensywę reprezentacji Zimbabwe w latach 90., naszej najlepszej drużyny narodowej w historii. Był zimbabwejską wersją Franza Beckenbauera. Nie tylko bronił, ale też rozgrywał piłkę i atakował''.

Uznaną markę na Czarnym Lądzie miał też Emmanuel Ekwueme, który kilkanaście razy zagrał w reprezentacji Nigerii, w tym w półfinale i meczu o trzecie miejsce Pucharu Narodów Afryki w 2004 r. Ekwueme pomagał wtedy na boisku m.in. słynnym Jay-Jay Okochy czy Nwankwo Kanu. W Polsce piłkarz ma jednak zasłużoną opinię człowieka niesolidnego. Choć jego drugie imię, Ifeanyi, znaczy ''Ten, który zwykł robić to, co mówi'', Ekwueme zasłynął ze swojej niesłowności. Z Lechem Poznań podpisał kontrakt, by potem zniknąć i związać się z Arisem Saloniki. W każdym klubie, od Polonii Warszawa (zdobył z nią mistrzostwo), przez Płock, aż do Warty Poznań, spóźniał się przy powrotach z ojczyzny podczas świątecznej przerwy. Wytłumaczenia albo nie miał, albo tłumaczył się pogrzebem kogoś bliskiego w Nigerii. Ekwueme dla Zielonych zagrał tylko sześć razy w sezonie 2007/2008. W Poznaniu zorganizował też mecz charytatywny, na który mieli przyjechać Okocha czy Kalu Uche. Tego pierwszego ''już odbierał z lotniska''. Kibice przy Drodze Dębińskiej żadnej nigeryjskiej gwiazdy jednak nie zobaczyli.

Emmanuel Ekwueme

 

Grał najdłużej, choć zęby bolały

Zagranicznym piłkarzem Warty o najdłuższym stażu jest Gwinejczyk Daouda Camara. Przez półtora sezonu gry (wiosna 1998 - wiosna 1999) prezentował się solidnie w obronie, strzelał też gole, m.in. Górnikowi Polkowice i Chrobremu Głogów w trzeciej lidze. - Gdy jest zimno, Daoudę bolą zęby i prosi o zmianę, ale wytrzymuje i gra do końca meczu - mówił trener Andrzej Żurawski po jednym ze spotkań rozegranych zimą. Camara grał w ekstraklasie w Amice i Dyskobolii Grodzisk Wlkp. (w sumie 24 razy) oraz w niższych ligach: w Gnieźnie, Wrześni, Kleczewie i Kostrzynie.

Daouda Camara

Krótsze epizody w Warcie mieli:

brazylijski pomocnik Bebeto (jesień 2003 r., potem Sokół Pniewy, Flota Świnoujście, Polonia Nowy Tomyśl, Pogoń Świebodzin, Polonia Słubice, Tur Turek, Pogoń Barlinek i teraz Formacja Port 2000 Mostki),

napastnik David Paku-Tshela (DR Konga, cztery mecze wiosną 2008 r., potem Jarota Jarocin i Unia Swarzędz),

pomocnik Abraham Loliga (Burkina Faso, był w kadrze reprezentacji na Puchar Narodów Afryki 2000, ale w nim nie zagrał, w Warcie 12 spotkań w sezonie 2009/2010, potem Polonia Nowy Tomyśl, Nielba Wągrowiec i Formacja Port 200 Mostki),

Abraham Loliga i Jacek Dembiński

serbski napastnik Goran Antelj (pięć meczów wiosną 2009 r.; wrócił do ojczyzny i gra tam w Teleoptiku Zemun, na zapleczu ekstraklasy, choć... formalnie nadal jest piłkarzem Warty).

Bardzo ciekawym przypadkiem jest pochodzący z Brazylii Sergio Leandro Seixtos Santos Batata, który wcześniej grał m.in. w ŁKS i Widzewie Łódź, GKS Katowice, Pogoni Szczecin i Dyskobolii, a teraz reprezentuje Chełmiankę Chełm do której trafił z Motoru Lublin. Gdy latem 2008 r. przechodził na jeden sezon do Warty Poznań, miał już tylko polski paszport, bo brazylijskiego musiał się zrzec. Dla Zielonych w 27 meczach zdobył pięć goli: przeciw Dolcanowi Ząbki, Wiśle Płock i przede wszystkim trzy z GKS Jastrzębie. To ostatnie bramki, jakie dla Warty strzelił piłkarz urodzony poza Polską.

Sergio Batata

B.

Jak wylewano Wartę Poznań z Pucharu Polski 

Lech, Pogoń, Górnik, a teraz Warta. Tłumy na zapleczu ekstraklasy 

Płockie spadanie: Warta - Petrochemia 1994 95 i Warta - Wisła 2010

Warta Poznań - Górnik Zabrze: w ekstraklasie 1995 i na jej zapleczu 2009