Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 14 października 2013
Smutek bratanków

Płacząc nad losem własnym i biało-czerwonej piłki zawsze warto zerknąć nieco na południe i dodać sobie otuchy śledząc poczynania naszych bratanków - Węgrów.

Madziarzy dobrze się prezentowali w całych eliminacjach do MŚ 2014. Opukiwali słabszych, zdobywali punkty na silniejszych (3-1 i 1-1 z Turcją, 2-2 z Rumunią). Wiele wskazywało na to, że być może, po 28 latach przerwy, kibice nad Budapesztem znów obejrzą Węgrów na mundialu. Przyszły jednak kluczowe spotkania eliminacji i.... Rumuni sprali ich na 3-0,

a Holendrzy na 8-1.

Słynny węgierski marazm i nostalgia po takich spotkaniach z pewnością osiągnęły stan wyższy niż woda w Dunaju na wiosnę. Jednocześnie należy pamiętać, że 'nasze bratanki' są wyjątkowo zaprawione w efektownym zaprzepaszczaniu swoich mundialowych szans. Najbardziej pamiętna wpadka ostatnich lat to z pewnością baraże do MŚ 1998 i kompromitujące boje "jedenastki komediantów" z Jugosławią (1-7 i 0-5).

Mundial USA 1994 Węgrzy pożegnali się ze łzami i z m.in. z dwiema porażkami z Islandią (1-2 i 0-2).

Całkiem ładnie rozpoczęty wyścig po bilet do Korei i Japonii (2002) Węgrzy zakończyli trzema porażkami (1-3 z Gruzją, 0-2 z Rumunią i 0-1 z Włochami), a w ostatecznej tabeli wyprzedzili ich nawet Gruzini.

Równie efektownie zaprzepaszczane były także mistrzostwa Europy. Euro 2004 zostały definitywnie położone dwiema porażkami w dwóch ostatnich grach - z Łotwą (1-3) i Polską (1-2). Kwalifikacje do Austrii i Szwajcarii to kompromitacja totalna, przedostatnie miejsce w grupie za Mołdawią, okraszone nawet porażką z reprezentacją z Naddniestrza (0-3).

Podobno smutek stanowi nieodłączny element węgierskiej tożsamości. Reprezentacja piłkarska Madziarów z pewnością nie zamierza przyczyniać się do zmiany tego stanu.

P.

PS Pierwsza strona Nemzeti Sport: ''Kiedy będziemy grali w piłkę?''. Obok litania smutnych porażek od 1986 roku.

 

Przeczytaj także:

Jak św. Paweł Attylę ujarzmił cz. II. Futbol na Węgrzech

Po latach długich i szarych jak spodnie Gabora Kiraly, Węgrzy chcą znów być wielcy

Bratanki od łupanki

piątek, 11 października 2013
Polska musi być jak Bułgaria Stoiczkowa

Christo Stoiczkow, Bułgaria

- I pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu myśleliśmy, że jest po nas. Rywale byli tak przestraszeni, że grali z zaciśniętymi pośladkami. Grali na remis, w ogóle nie myśleli o zwycięstwie. Nie zasłużyli na awans. Skarciliśmy ich tak, by najbardziej bolało.

Pięknie byłoby usłyszeć takie słowa po zakończonych eliminacjach od któregoś z polskich piłkarzy, pewnie najbardziej pasują do Artura Boruca. Poziom ich abstrakcji w obecnej sytuacji reprezentacji Polski dorównuje wysokością drapaczom chmur, ale 20 lat temu sytuacja Bułgarów - bo przytoczone zdania należą do Christo Stoiczkowa po meczu Francja - Bułgaria 1:2 - była porównywalnie marna.

Francja do awansu na mistrzostwa świata w USA potrzebowała zaledwie jednego remisu w dwóch ostatnich meczach u siebie. Ze słabym Izraelem straciła gola na 2:3 w ostatniej minucie. Druga: ekipa Gerarda Houlliera z Bułgarią gola też straciła w 90. minucie. Emil Kostadinow i miny Francuzów jakby ktoś im zabrał wszystkie sery. I wina.

Tabela przed meczami w październiku
1. Francja 8 13
2. Szwecja 8 12
3. Bułgaria 8 10
4. Austria 7 6
5. Finlandia 8 3
6. Izrael 7 2

Tabela na koniec eliminacji
1. Szwecja 10 15
2. Bułgaria 10 14
3. Francja 10 13
4. Austria 10 8
5. Finlandia 10 5
6. Izrael 10 5

Wiem, że cud związany z Bułgarią kojarzy się polskiemu kibicowi głównie z wygraną 3:0 w Burgas 15 lat temu. Jednak tamten cud za Janusza Wójcika mógł być podejrzanie zaplanowany, spróbujmy więc tych Bułgarów sprzed 20 lat postawić reprezentacji Waldemara Fornalika za wzór. Bułgarów, którzy mieli w składzie jednostki błyszczące w klubach jeszcze bardziej oślepiająco niż teraz Robert Lewandowski (w rozgrywkach 1992/1993 Stoiczkow strzelił dla Barcelony najwięcej goli ze wszystkich sezonów w niej spędzonych), ale którzy dopiero stawali się drużyną.

By naprawdę choć zacząć próbować wierzyć w awans Polaków, podkreślmy dwie sprawy. Pierwsza, optymistyczna: takie cuda naprawdę się zdarzają (patrz - Bułgaria z 1993 roku). Druga, mniej wesoła: cholernie rzadko mogą się z nich cieszyć polscy kibice. 

A gdy już spróbujemy sięgnąć wgłąb kibicowskiej pamięci do szufladki ''zjawiska nadprzyrodzone z udziałem polskich piłkarzy'', to oprócz nieprawdopodobnej interwencji Jerzego Dudka w finale Ligi Mistrzów Liverpool - AC Milan (jeszcze raz polecam dokument Sky Sports - One night in May) dogrzebiemy się do ciosu karate Tomasza Kłosa, ratującego Polskę przed utratą gola na 2:2 w spotkaniu z Ukrainą (szerzej do poczytania w Przeglądzie Sportowym). To nadal jest widok, który sprawia, że człowiekowi kopara opada.

Może więc polscy piłkarzy nawet nie muszą być jak fantastyczni Bułgarzy, a wystarczy, że pójdą tropem drużyny Jerzego Engela. Moment eliminacji jest zupełnie inny, ale sytuacja jest trochę podobna jak wtedy: najpierw rosnące oczekiwania (napompowany balon przed Wembley za Wójcika oraz przed Euro 2012), potem prysznic, potem remis z Anglikami (0:0 w 1999 roku i 1:1 rok temu), po którym znów nam się wydaje, że co to nie my, aż w końcu zbieranie po łbie od kogo się da. Aż do meczu z Ukrainą - przynajmniej tak było 13 lat temu.

Wtedy - przyznaję się (droga młodzieży, nie naśladujcie) - jako osoba całkiem niepełnoletnia, chyba pierwszy raz byłem u bukmachera. Szedłem do niego z postanowieniem, że oprócz swojego tasiemca obstawię też dokładny wynik meczu Ukraina - Polska, uznawany przez buka za najmniej prawdopodobny. Ślad flamastra na tablicy nie pozostawiał wątpliwości, jakiego rezultatu nie należy się spodziewać. Najwyższy, bo kurs 100, zaoferowano za zwycięstwo Polaków 3:1.

Nie postawiłem. Nie wygrałem stukrotności postawionej kwoty (zapewne dwóch złotych). Czasem dobrze pomyśleć: ''a może jednak się, kurde, uda''. Polecam przed meczem w Charkowie.

B.

Na profilu Numer10 na facebooku będziemy też mocno ściskali kciuki i donosili jak w walce o swój pierwszy mundial radzi sobie dzielna Islandia, o której cudach już pisaliśmy. Na twitterze tym bardziej.

poniedziałek, 07 października 2013
Przychodzi Leśnodorski do Smudy

Dawno już na którykolwiek z meczów naszej, za przeproszeniem, ekstraklasy nie czekałem z takim utęsknieniem, jak na niedzielny pojedynek przy Reymonta w Krakowie. Czekałem od ponad dwóch miesięcy, gdy dotarły do mnie te oto słowa:

"Nie wierzę, że w ogóle to jest możliwe, żeby ten typ trenera jeszcze funkcjonował w poważnym zespole. Uważam, że to może być tak, że ta drużyna w ogóle nic nie zagra. Takiego trenera absolutnie bym nie zatrudnił, formuła, jaką proponuje, wyczerpała się już dawno temu, jeszcze w latach 90. Nie wierzę, żeby samym oryginalnym sposobem motywowania można było daleko zajechać. Uważam, że to jakieś zupełne nieporozumienie. Jest tylu młodych trenerów, którzy naprawdę mają pojęcie o długofalowej pracy, juniorach, jesteśmy naprawdę w innych czasach. Chciałbym się mylić oczywiście". 

Chciałeś, to masz, należałoby rzec i machnąć ręką, bo to w końcu ani mój cyrk, ani moje małpy. Prezes Leśnodorski nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz, ujawnił to, co bardzo trafnie łaskaw był skonstatować onegdaj Jacek Kazimierski - że o futbolu nie ma pojęcia. A i Smuda nie pierwszy, i nie ostatni zapewne raz, udowodnił wszem i wobec, że jak na nasze, ligowe warunki jest trenerem po prostu wybitnym. Z zespołu, który fachowcy skazywali na tułaczkę po dolnych rejonach tabeli, niespodziewanie uczynił czołową siłę polskiej ligi.

Przed meczem rewanżowym Legii z norweskim Molde, w notce Szturmowanie Leśnodorskim pisałem m.in:

"Przed najważniejszymi bataliami o najwyższe cele Leśnodorski osłabia siłę rażenia swego zespołu i zapewne nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. O stanie jego futbolowej świadomości najlepiej świadczy bowiem sposób, w jaki pozwolił sobie podsumować trenerską wartość Franciszka Smudy. Owszem, wszyscy jesteśmy zawiedzeni zeszłorocznym Euro, wszyscy wiemy, że Smuda nie jest ani przesadnie błyskotliwym, ani też specjalnie elokwentnym człowiekiem, lecz ocenianie go wyłącznie przez pryzmat jego pracy z narodową reprezentacją świadczy nie najlepiej o prezesie Legii. Życzę mu zatem, by zarządzany przez niego klub zagrał kiedykolwiek, choćby przez chwilę, choćby namiastkę tego, co drużyny prowadzone przez Smudę w europejskich pucharach. By Legia Leśnodorskiego, zagrała taki dwumecz z Borussią Dortmund jak Widzew, by zagrała tak z Barceloną jak niegdyś Wisła, by wygrała z Interem, by rozgromiła w takim stylu Trabzonspor lub Grashoppers, by zaprezentowała taki futbol, jak poznański Lech w bojach z Nancy, La Coruną czy Udinese. Na razie bowiem mamy jedną wielką żenadę w tegorocznej pucharowej przygodzie Legii". 

Dziś wypada chyba zdecydowanie obniżyć próg życzeń i skoncentrować się raczej na ściskaniu kciuków, by klubowi zarządzanemu przez naszego sympatycznego Znawcę Futbolu udawało się, w ramach rozgrywek dla wszystkich tych, którzy za słabi są na Ligę Mistrzów, choćby remisować na własnym boisku w konfrontacji z cypryjskim zespołem. Na razie bowiem, i ten ambitny cel, wydaje się być zdecydowanie poza zasięgiem.

czwartek, 03 października 2013
Andrzej Strejlau. Chory na futbol idzie na zwolnienie, czyli 20 lat minęło (cz.2)

Po spotkaniach w Ołomuńcu i Warszawie, a przed meczem o punkty w Dublinie pozycja Andrzeja Strejlaua wydawała się nie być już tak pewna jak jeszcze całkiem niedawno. To właśnie w wypadku ewentualnej porażki swego zespołu 1 maja 1991 roku na Landsdowne Road, Strejlau po raz pierwszy poważnie rozważał ustąpienie z pełnionej przez siebie funkcji. Podopieczni Jackie Charltona dominowali na boisku i mieli znacznie więcej sytuacji strzeleckich, ale heroicznie walczącym tego dnia Polakom, również dzięki nadspodziewanie dobrej postawie Wandzika, udało się uzyskać bezbramkowy remis. Ten wynik, biorąc pod uwagę siłę ówczesnej reprezentacji Irlandii był naprawdę dość cennym osiągnięciem polskiej ekipy. "Skóra jeszcze na niedźwiedziu" – głosił pamiętny podubliński tytuł opiniotwórczego, piłkarskiego tygodnika wychodzącego w naszym kraju.

Kolejny wyspiarski akcent przed decydującymi jesiennymi eliminacyjnymi bataliami przynosi kolejny bezbramkowy remis, tym razem w konfrontacji z Walijczykami (ze znakomitymi: Hughesem i Rushem w składzie) na stadionie Radomiaka. Potem następują cztery towarzyskie pojedynki polskiej drużyny, które bardzo dobitnie ukazały nieznośną wręcz nieprzewidywalność tego zespołu. Szczególnie sierpniowa klęska w Poznaniu, z będącą wówczas na fali świetną reprezentacją trójkolorowych, skupiła w sobie jak w soczewce całą ekspozycję wspomnianego problemu. Francuzi są wówczas rzeczywiście znakomitym zespołem, w eliminacjach do Euro odnoszą same zwycięstwa i na Starym Kontynencie nie ma na nich mocnych. A mimo wszystko podopieczni Stejlaua potrafili w pierwszej części meczu zasygnalizować swoje naprawdę ogromne możliwości. Co prawda na początku spotkania Tarasiewicz nie potrafił uzyskać bramki z karnego, ale w 17 minucie po wolnym, którego egzekwował Ziober, Jan Urban udanie przystawił nogę i objęliśmy zasłużone, acz niespodziewane prowadzenie. Przez pierwsze 25 minut Polacy grali koncertowo – przyznawał po spotkaniu słynny selekcjoner trójkolorowych Michel Platini. Jego podopieczni pierwszy strzał na polską bramkę zdołali oddać dopiero w 40 minucie. Mimo to, na przerwę schodzili już prowadząc z gospodarzami 2:1, a cała potyczka zakończyła się dla biało-czerwonych istną klęską 1:5. Publiczność pożegnała Strejlaua i jego podopiecznych gwizdami i wyzwiskami. Kapitan zespołu – Tarasiewicz, poczuł się tym wszystkim tak mocno dotknięty, że bardzo poważnie rozważał zakończenie swej reprezentacyjnej kariery. Selekcjoner starał się jednak łagodzić napięcie: Zawodnicy wiedzą, że po tym meczu nie zasłużyliśmy na przychylność kibiców, dlatego ich reakcja nie zaskoczyła nas. Wysłuchiwanie wyzwisk jest wpisane w mój zawód.

Poznańska klęska spowodowała jednak, że mecz rozegrany tydzień później na stadionie gdyńskiego Bałtyku nabrał szczególnej wagi. Przeciwko Szwedom, Strejlau postanowił pozwolić wykazać się kilku debiutantom i absolutnie tego śmiałego posunięcia nie żałował, gdyż właśnie dwaj spośród nich: Wojciech Kowalczyk i Mirosław Trzeciak pokonali Thomasa Ravellego, zapewniając swemu zespołowi zwycięstwo 2:0.

Jeszcze mocniejszy powiew optymistycznych nastrojów przed decydującymi eliminacyjnymi bataliami, przyniósł naprawdę bardzo udany wytęp w Eindhoven, gdzie zespół Strejlaua zremisował z aktualnymi mistrzami Europy – Holendrami 1:1. Podopieczni słynnej trenerskiej znakomitości – Rinusa Michelsa, dość szczęśliwie uratowali remis z biało-czerwonymi, strzelając gola (Bergkamp) w ostatnich sekundach spotkania. Bardzo ładne trafienie dla polskiego zespołu zaliczył w 87 minucie Jacek Ziober, który już znacznie wcześniej mógł zdobyć swoją bramkę, lecz po jego strzale piłkę z linii bramkowej wybił van Aerle. Spotkanie rozegrane w Eindhoven jest, w opinii samego Strejlaua, jednym z najbardziej udanych podczas całej jego pracy z narodową kadrą.

16 października 1991 roku polska reprezentacja, pod wodzą Andrzeja Strejlaua, toczyła więc pierwszy ze swych dwóch poznańskich bojów o życie. O remisowej (3:3) potyczce z Irlandią pisaliśmy już kiedyś na blogu, ograniczymy się zatem wyłącznie do przypomnienia zatrważająco wręcz nieporadnej postawy naszych tylnych formacji, oraz szaleńczym zrywie biało-czerwonych, którzy ze stanu 1:3 potrafili doprowadzić do remisu, mając w końcówce spotkania szansę, by dobić Boys in Green.

W efekcie remisu z chłopcami Jackie Charltona, podopieczni Stejlaua bezwzględnie potrzebowali nie tylko zwycięstwa w ostatnim pojedynku przeciwko Anglikom, lecz również zgubienia punktów przez Irlandczyków w dalekim Stambule. Wieczór 13 listopada 1991 roku to temat na prawdziwą opowieść, jego niesamowita dramaturgia z pewnością nadaje mu wszelkich znamion zupełnej wyjątkowości na przestrzeni całych dziejów naszego piłkarstwa. Po trafieniu Romana Szewczyka w 32 minucie, przez ponad pół godziny (wliczając w to czas trwania przerwy) mogliśmy rzeczywiście poczuć się finalistami Euro ’92. Po przerwie jednak Irlandczycy zdobyli zwycięskie bramki w Stambule, a w Poznaniu bezlitosny dla nas jak zawsze – Gary Lineker na 13 minut przed końcem spotkania uratował dla Anglików awans. W sercach polskich kibiców pozostał ogromny żal, że nie udało się wówczas w Poznaniu pokonać podopiecznych Grahama Taylora, bo była na to ogromna szansa. Należy też wyraźnie powiedzieć, że niestety dość istotną rolę w zwycięskim remisie Wyspiarzy odegrał austriacki arbiter Hubert Forstinger, który w drugiej części meczu, przy stanie 1:0 dla biało-czerwonych, podjął skandaliczną decyzję, nie dyktując jedenastki po ewidentnym faulu Woodsa na Furtoku. Zawodnicy po meczu postanowili odreagować, łajdacząc się w jednym z podpoznańskich nocnych klubów, lecz selekcjoner urządził na nich łapankę, w efekcie której jeden z czołowych zawodników kadry musiał już na zawsze się z nią pożegnać. Niektórzy reprezentanci chcieli chyba wesprzeć fundusz walki z AIDS, czyli opłacić testy na obecność wirusa HIV. Interweniowałem, wiedząc, że w domu czekają ich żony i dzieci - wspominał po latach Strejlau. Polacy odpadli więc z rywalizacji o Euro, ale poznański mecz Anglią, podobnie jak ten chorzowski sprzed dwóch lat, pokazał, że okres pracy polskiego selekcjonera z kadrą nie jest czasem straconym. Trener Strejlau zrobił co mógł i właściwie należałoby mu wystawić pomnik za to, że Polska do końca walczyła o awans. Jest to szkoleniowiec na tyle doświadczony, przygotowany i godny zaufania, że gdyby tylko mógł pracować np. z reprezentacją Włoch czy Holandii na pewno odnosiłby sukcesy. Strejlau jest ostatnią osobą, którą należałoby zwolnić. Jemu trzeba pomóc, a nie wbijać nóż w plecy – uciął wszelkie dywagacje, przymierzany wówczas przez niektórych do roli następcy Strejlaua, Zbigniew Boniek.

Futbolowy Narkoman na selekcjonerskiej ławce otrzymał więc swą drugą szansę, by rozpocząć z polską kadrą zmagania o prawo udziału w wielkiej piłkarskiej imprezie. W ekipie Strejlaua dokonywała się już stopniowo pewna wymiana pokoleniowa. Wandzik, Kaczmarek, Wdowczyk, Kubicki, Tarasiewicz, Dziekanowski, Urban, czyli piłkarze, na których początkowo i wiernie Narko opierał budowę swego zespołu, powoli ustępowali pola młodszym. Drużyna oparta na pokoleniu wysłużonych graczy, co to swych talentów nie wykorzystali jak powinni - więcej uczynić nie mogła. Ich mentalność ukształtowana została w specyficznym okresie, który należy już do przeszłości. Występy w drużynie narodowej nie były dla nich forum do pokazania się i dlatego grali zawsze w reprezentacji gorzej niż gdzie indziej. Szkoda czasu i środków na ściąganie tych podstarzałych gwiazdek do kraju. Prochu już nie wymyślą i blokują tylko miejsce młodym - wtórował decyzjom selekcjonera felietonista Krzysztof Mętrak. A napór wspomnianych młodych był rzeczywiście bardzo silny. Podopieczni Janusza Wójcika w lecie 1992 roku wywalczyli naprawdę ogromny sukces, zdobywając po znakomitej grze, olimpijskie srebro. Wałdoch, Adamczuk, Brzęczek, Mielcarski czy Kowalczyk debiutowali u Strejlaua jeszcze przed turniejem w Barcelonie, ale młodzieżowcy opromienieni blaskiem hiszpańskiego srebra poczuli jeszcze większe parcie na dorosły, reprezentacyjny strój. "Zmieniamy szyld, jedziemy dalej" – nienajmądrzejsze, przyznajmy, hasło, sformułowane w euforycznych oparach alkoholowego odoru na warszawskim lotnisku przez niektórych, z powracających właśnie do kraju uczestników olimpijskiego turnieju, szczególnie bliskie było Januszowi Wójcikowi, który w podszczypywaniu Strejlaua i przed, i po hiszpańskiej imprezie, nie miał większych zahamowań. Teraz poczuł się silny i wraz z niektórymi, tymi nieco mniej rozgarniętymi umysłowo graczami, począł domagać się pionierskiego w skali świata, natychmiastowego wskoczenia całej młodzieżowej ekipy, pod jego dowództwem oczywiście, w seniorskie reprezentacyjne dresy. Efekt był taki, że na pierwszym poolimpijskim zgrupowaniu kadry doszło do dość ostrej i gruntownej wymiany myśli pomiędzy ‘starymi’ i ‘młodymi’. Tych ostatnich ganił publicznie z prasowych łamów przedstawiciel tych pierwszych, Jacek Ziober: Gdzie gówniarze, jeszcze wam trochę brakuje! Jerzy Brzęczek i Roman Szewczyk próbowali koncyliacyjnie łagodzić spory zwaśnionych grup i budować ducha nowej, wspólnej drużyny.  Sam Strejlau chyba dość mądrze wyważał w swej kadrze proporcje pomiędzy dopływem świeżej, olimpijskiej krwi a zachowaniem fundamentów drużyny, nad której zbudowaniem pracował już przecież od trzech lat. I choć w pierwszej połowie 1992 roku nie brakowało zarówno bardzo kiepskich (0:4 z Egiptem, 0:5 ze Szwecją – tu dość koszmarny występ Sidorczuka), jak i całkiem obiecujących występów kadry (wyjazdowe 4:2 nad Austrią Ernsta Happela, 1:0 z Czechosłowacją), to polscy kibice, podbudowani olimpijskim sukcesem, z nadzieją oczekiwali rozpoczęcia eliminacyjnych zmagań o amerykański mundial.

23 września 1992 roku w Poznaniu, po trafieniu Tomasza Wałdocha, polscy piłkarze pokonali tureckich podopiecznych Seppa Piontka 1:0. Zaczęło się, mamy pierwsze punkty - krzyczał na murawie do kolegów uradowany Jerzy Brzęczek w chwilę po tym, jak niemiecki sędzia Markus Merk zakończył spotkanie. Reprezentacyjna mieszanka starego i nowego zdawała się przynosić piorunujący efekt szczególnie kilka tygodni później, na stadionie w Rotterdamie. 14 października 1992 roku biało-czerwoni zaszokowali gospodarzy. Co prawda w początkowych minutach spotkania włoski arbiter Pezzella nie dyktuje ewidentnej jedenastki po faulu w polu karnym na Brzęczku, ale i tak już po 20 minutach meczu biało-czerwoni sensacyjnie prowadzą 2:0. Najpierw Marek Koźmiński dobija wyplutą przez Menzo piłkę po strzale Koseckiego, a chwilę później Kowalczyk fantastycznie przechytrzył Rijkaarda podwyższając prowadzenie naszego zespołu. Holendrzy mają mnóstwo sytuacji, ale ani żegnającemu się tym występem z kadrą, wspaniałemu Marco van Bastenowi, ani też Bergkampowi nie udaje się trafić do naszej bramki. Bako jednak dwukrotnie wyplącze piłkę ze swej siatki po golach van Vossena. Zadać decydujący cios Pomarańczowym ma jeszcze szansę powracający tego wieczoru, po latach, do polskiego zespołu Włodzimierz Smolarek, który oszukał dryblingiem w polu karnym Rijkaarda, lecz tym razem holenderski golkiper ratuje swój zespół. Podopieczni Strejlaua staczają w Rotterdamie, na terenie znakomitego rywala, naprawdę dramatyczny i emocjonujący do granic możliwości, udany pojedynek, z którego przywożą bardzo cenny punkt. Gwoli sprawiedliwości, przyznać trzeba, że piłkarze Dicka Advocaata nie mieli tamtego dnia wsparcia we własnym bramkarzu. Stanley Menzo zaliczył swój kolejny kiepski występ (jego wina przy golu Koźmińskiego była bezsporna) i już nigdy więcej nie założył bramkarskiego swetra w reprezentacji Holandii.

Srebrny rok polskiego futbolu seniorska reprezentacja Strejlaua kończy, ogrywając towarzysko w Iławie rodaków dziadka naszego selekcjonera - Łotyszy 1:0 (gol Mielcarskiego) oraz wybierając się w listopadowe tournee po Ameryce Południowej. W Buenos Aires w biało-czerwonych barwach wybiegnie aż dziewięciu olimpijczyków z Barcelony. Przegrają oni jednak 0:2 z gospodarzami, w których składzie przygniatająca większość zawodników była zamieszana w argentyńskie triumfy na Copa America ’91 i ’93. Trzy dni później podopieczni Strejlaua, wśród których na murawie przewinie się aż dziesięciu srebrnych medalistów z Hiszpanii, odnoszą w Montevideo niespodziewane i prestiżowe zwycięstwo 1:0 nad Urugwajem, który przecież jeszcze tydzień wcześniej pokonał na słynnej Maracanie Brazylię 2:1. Andrzej Strejlau, niezwykle ceniony w ojczyźnie Francescolego, Rubena Sosy i Forlana, ma więc szansę, by udanie przypomnieć o sobie piłkarskiemu Urugwajowi. Dla podopiecznych Narko zwycięską bramkę zdobywa strzałem głową, debiutujący tego wieczoru w dorosłej kadrze Dariusz Gęsior. Zakończenie roku jest więc naprawdę całkiem optymistyczne. Reprezentacja Strejlaua ma na swoim koncie cenne zdobycze punktowe w eliminacjach do World Cup, zalicza kilka bardzo udanych występów, a o przebicie się do podstawowego składu toczy się naprawdę ogromna rywalizacja pomiędzy starszymi i młodszymi zawodnikami. Choć sam selekcjoner stara się raczej tonować kibicowskie nastroje: Mamy dziś zwykłą, średnią drużynę europejską, która jednak może z każdym wygrać. I prawie z każdym przegrać – mówił pod koniec 1992 roku.

Po niemrawych lutowych, bezbramkowych, wyjazdowych potyczkach z Cyprem i Izraelem, zespół Strejlaua znów sprawia polskim kibicom mnóstwo radości swym dobrym występem w Ameryce Południowej. 17 marca 1993 roku biało-czerwoni remisują w Ribeirao Preto 2:2 z reprezentacją Brazylii. W zespole podopiecznych Carlosa Alberto Parreiry, który kilkanaście miesięcy później świętować będzie z Canarinhos mistrzostwo świata, zagrało w tym spotkaniu ośmiu graczy, którzy kilkadziesiąt dni później wystąpili na ekwadorskim Copa America. Już w 3 minucie, prowadzenie dla polskiego zespołu, uzyskuje przepięknym strzałem Jerzy Brzęczek (to być może najpiękniejsza bramka w całych dziejach strejlauowej reprezentacji), a w 63 minucie ogromnym sprytem wykazuje się kapitan naszej drużyny – Robert Warzycha, ustalając wynik spotkania na 2:2.

Gdyby ktoś wówczas zasugerował, że ten sam polski zespół, niespełna półtora miesiąca później, będzie miał niewyobrażalne wręcz problemy, by pokonać na własnym boisku amatorów z San Marino, chyba nikt nie potraktowałby go poważnie. A przecież tak właśnie się stało. Jednak nim to nastąpiło, warto odnotować dość istotne wydarzenie dla naszej kadry. 13 kwietnia 1993 roku na stadionie w Radomiu, po kilku latach nieobecności powrócił do polskiej reprezentacji, robiący wówczas furorę w niemieckim Wattenscheid, Marek Leśniak. Były napastnik szczecińskiej Pogoni, swym znakomitym występem przeciwko Finom (dwa trafienia), zdecydowanie przyćmił wszystkich pozostałych uczestników spotkania i przebojem wdarł się do narodowego zespołu. To właśnie on, miesiąc po radomskim powrocie, strzelił dwie bezcenne bramki w Serravalle, gdy przez niespełna godzinę wydawało się, że łódzki koszmar w wyjazdowym meczu z San Marino znów odżyje. W Łodzi bowiem, podopieczni Strejlaua, aż do 70 minuty spotkania nie potrafili zdobyć gola w meczu z San Marino. Nasi dwaj, naprawdę przecież znakomici snajperzy: Juskowiak i Furtok wydawali się być momentami kompletnie bezradni pod bramką gości. Dopiero na 20 minut przed końcem spotkania, Kosecki przedarł się w pole karne rywali i zacentrował do nadbiegającego Furtoka, który bezczelnie wepchnął futbolówkę ręką do bramki Benedettiniego. Goście słusznie protestowali, lecz szkocki arbiter Mottram, postanowił pójść nam na… rękę i uznać gola. Styl tego zwycięstwa był jednak na tyle żałosny, że pomimo utraty przez naszą drużynę, jak dotąd, ledwie jednego eliminacyjnego punktu, w sferze kibicowskich nastrojów, z jesiennego optymizmu pozostało raczej niewiele.

A jednak 10 dni po wyjazdowym zwycięstwie 3:0 nad San Marino, polski zespół znów zalicza naprawdę udany występ. 29 maja 1993 roku, po kilku latach przerwy, odżywa na moment duch Stadionu Śląskiego w Chorzowie. To właśnie na nim biało-czerwoni grają swój arcyważny mecz w eliminacjach do mistrzostw świata ’94 przeciwko Anglikom. Wszystko zaczyna się bardzo mocno. Już w pierwszych sekundach spotkania Marek Leśniak przeprowadza dynamiczny, kilkudziesięciometrowy rajd, przed polem karnym gości ogrywa z łatwością obrońcę, lecz stając oko w oko z Woodsem strzela minimalnie obok słupka. W 36 minucie spotkania Leśniak z głębi pola zagrywa do Adamczuka, a ten wykorzystując swą niesamowitą szybkość, wyprzedza na kilku metrach renomowanego Desa Walkera i lobując Woodsa uzyskuje prowadzenie dla gospodarzy. Na trybunach wybuch euforii towarzyszy, trwającym od początku spotkania bandyckim incydentom. W drugiej części meczu Marek Leśniak znakomicie przejmuje na polu karnym fatalnie zagraną przez Woodsa do własnego obrońcy futbolówkę i ponownie staje oko w oko z angielskim golkiperem. Tym razem sytuacja strzelecka jest po prostu wręcz wymarzona. Mimo to, Leśniakowi nie udaje się pokonać z kilku metrów bramkarza gości. Jest podłamany. Po tym zdarzeniu, jak przyznał po meczu Strejlau, polski napastnik niemal wyłączył się z gry i poprosił o zmianę. To był początek poważnych problemów naszego zespołu w chorzowskim spotkaniu. Marek Leśniak, pomimo niewykorzystania dwóch znakomitych okazji do strzelenia gola, rozegrał świetny mecz, absorbując i nieustannie nękając angielską defensywę. Po jego zejściu, osamotniony Furtok nie stanowił już poważnego zagrożenia dla rywali. Tymczasem napór gości był coraz groźniejszy, a ubytek sił w polskim zespole coraz znaczniejszy. Biało-czerwoni, mimo ponawianych błagań płynących od Strejlaua, nie potrafili przetrzymać futbolówki, pograć piłką w bezpiecznej odległości od własnej bramki. Na sześć minut przed końcem spotkania, wprowadzony na murawę jakiś czas wcześniej Ian Wright, z bliskiej odległości bardzo szczęśliwie pokonał Jarosława Bako. Ten remis bolał. Strejlauowe zwycięstwo nad Anglią znów było tak blisko, jak w Chorzowie w 1989 roku, jak w Poznaniu w 1991 roku. Tym razem zabrakło sześciu minut. A przecież gdyby udało się wygrać z Anglikami, droga Polaków na amerykański mundial byłaby już naprawdę bardzo przestronna.

Tymczasem tuż po meczu, zupełnie niespodziewanie, gruchnęła wieść o tym, że polski selekcjoner zamierza zrezygnować ze swej funkcji. Przemożny wpływ na refleksję Strejlaua miał ogromny bałagan organizacyjny. Dopiero teraz zaczęło przedzierać się do opinii publicznej, iż na zgrupowaniu przed chorzowskim meczem z Anglią, zawodnicy zagrozili nawet buntem i nie chcieli wyjść na trening, protestując przeciw skandalicznej sytuacji organizacyjnej wokół kadry (brak sprzętu; stroje na Anglię były sprowadzane niejako drogą zaoczną i nieoficjalną przez prywatnych sponsorów). Organizmowi polskiego selekcjonera dawały się też we znaki skutki długotrwałego stresu, jaki nieodmiennie towarzyszy tej zaszczytnej funkcji. Teraz zostawiłby swemu zastępcy zespół niemal zbudowany, znajdujący się w całkiem korzystnej sytuacji punktowej w eliminacyjnych zmaganiach o mundial. Jak przyznawał po latach Strejlau, do pozostania na stanowisku przekonali go sami zawodnicy, którzy za pośrednictwem swego kapitana, Romana Szewczyka, bardzo intensywnie prosili coacha, by pozostał z reprezentacją i kontynuował dzieło. Narko się ugiął, przy czym zastrzegł, że bez względu na wszystko, po mistrzostwach w USA (w przypadku polskiego awansu), jego przygoda z kadrą dobiegnie końca i od tej decyzji już nie odstąpi.

Nadeszła więc jesień, która miała być tą piękną, złotą polską futbolową jesienią. Na biało-czerwonych czekali Anglicy znajdujący się w bardzo trudnej sytuacji, dla których każda strata punktów była równoznaczna z pożegnaniem z marzeniami o amerykańskiej imprezie. 8 września 1993 roku reprezentacja Andrzeja Strejlaua rozegrała niestety najsłabszy ze wszystkich swoich najważniejszych meczów o punkty. Postawa Polaków na Wembley w tym spotkaniu była porównywalna z niemocą podopiecznych Łazarka na tym samym stadionie przed kilku laty. Anglicy stłamsili biało-czerwonych, również fizycznie. Polski zespół został całkowicie rozbity, dosłownie i w przenośni. Po meczu piłkarze przyznali, że grali źle. Nie istnieliśmy jako zespół. Zawodnicy walczyli, ale nie tworzyli drużyny. Nie można powiedzieć, że nie podjęliśmy walki. Niektórzy zawodnicy, np. Piotr Świerczewski, są bardzo porozbijani. Spodziewałem się, że będzie to brzydki mecz. Był jednak brutalny. Gascoigne prowokował naszych piłkarzy za wyraźnym przyzwoleniem sędziego – mówił Strejlau po powrocie, na warszawskim lotnisku. Jakiś czas potem, były już wtedy polski selekcjoner, wypowie na temat słynnego Gazzy ciekawą opinię (którą samo życie chyba w znacznym stopniu później potwierdziło), że obserwując jego zachowanie zarówno w tunelu przed meczem, jak i podczas meczu na murawie, odnosił nieodparte wrażenie, że angielski zawodnik jest człowiekiem niezrównoważonym umysłowo, mającym jakieś ogromne problemy psychiczne. Tym niemniej po porażce 0:3 na Wembley, każde następne spotkanie stawało się dla drużyny Strejlaua meczem o wszystko.

Rosnący w sławę i szacunek pośród futbolowego świata, cudowny wskrzesiciel norweskiego piłkarstwa Egil ‘Drillo’ Olsen, po obejrzeniu występu biało-czerwonych na Wembley, był raczej spokojny o zwycięstwo swych podopiecznych w Oslo i śmiało dawał temu wyraz w publicznych wypowiedziach. 22 września 1993 roku na Ulleval chłopcy Strejlaua zaskoczyli jednak pewnego siebie trenera rywali. W pierwszej części gry Norwegom pozostawało jedynie dość bezradnie przyglądać się bardzo wyraźnej boiskowej dominacji Polaków. Biało-czerwoni grali naprawdę dobrze, choć niekoniecznie skutecznie i szczęśliwie. Najpierw Andrzej Rudy minimalnie chybił, trafiając w boczną siatkę, choć mógł zagrać do będących na czystej pozycji zarówno Leśniaka, jak i Ziobera. Chwilę później strzał głową Kazimierza Węgrzyna trafił w słupek norweskiej bramki. Jakiś czas potem minimalnie przestrzelił Leśniak. Norwegowie mogli czuć się szczęśliwi, że schodzą na przerwę z bezbramkowym wynikiem. W drugiej części spotkania nasi rywale nieco się otrząsnęli z przewagi biało-czerwonych. Zaczęli więcej grać górną piłką i po jednej z takich akcji w 54 minucie, nienajlepsze wyjście Jarosława Bako sprawiło, że Jostein Flo uzyskał upragnioną bramkę dla gospodarzy. Jednak Polacy nie zamierzali rezygnować z udziału w World Cup ’94. Kosecki wykorzystując swą szybkość ambitnie pobiegł do zagranej mu piłki, a wychodzącego na czystą pozycję polskiego gracza sfaulował tuż przed polem karnym Erik Thorstvedt. Decyzja arbitra mogła być tylko jedna. Bramkarz Tottenhamu wylatuje z boiska, a Polacy egzekwują rzut wolny z naprawdę obiecującej odległości od bramki nie rozgrzanego Frode Grodasa, który właśnie pojawił się między słupkami. Wydawało się, że wreszcie ich mamy. Jednak Rudy przestrzelił szansę na wyrównanie, a chwilę później nasza boiskowa przewaga jednego zawodnika jest już przeszłością. Roman Szewczyk, uderzony cwaniacko przez Fjoertofta, nie wytrzymał nerwowo i postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość winowajcy, popychając go z impetem na murawę. Fjoertoft odegrał swój teatrzyk jak należy, a Pierluigi Pairetto wyrzucił z boiska naszego kapitana, Norwegowi nie pokazując nawet żółtej kartki. To właśnie tę decyzję, czy raczej jej brak, miał na myśli Andrzej Strejlau, formułując osąd, iż włoski arbiter (rzeczywiście po latach przyskrzyniony za inne sprawy) w ordynarny sposób nas oszukał. Mimo to biało-czerwoni, mając świadomość, że wojują nie tylko o swoją niepowtarzalną szansę wyjazdu na mundial, ale i o los swego selekcjonera, walczą niczym wygłodniałe tygrysy. Kosecki i Leśniak groźnie ostrzeliwują bramkę gospodarzy, ale szczęście jest tego wieczoru sprzymierzeńcem rywali. W samej końcówce spotkania Roman Kosecki, niczym Tarasiewicz kilka lat temu w Chorzowie przeciwko Anglii, posyła potężne uderzenie w poprzeczkę. Polacy po naprawdę dobrym spotkaniu przegrywają na Ulleval 0:1. Po niewielu meczach reprezentacji było mi tak przykro, jak właśnie po tym z Oslo. Jeśli miałbym spośród wszystkich spotkań polskiej reprezentacji, jakie przyszło mi przeżyć, wyliczać te, po których miałem największe pretensje do losu o brak w futbolu elementarnej sprawiedliwości, polegającej na tym, że lepszy na boisku po prostu wygrywa, z pewnością mecz z 22 września 1993 roku otwierałby tę listę. Polakom należało się zwycięstwo. Mieliśmy dużo szczęścia. Jestem wyczerpany psychicznie, ale zadowolony - przyznał po meczu Egil Olsen. Norwegowie, dzięki pokonaniu biało-czerwonych właściwie niemal zagwarantowali sobie udział w amerykańskim mundialu. Polacy na to, by do nich dołączyć wciąż mieli jeszcze teoretyczne szanse, ale Andrzej Strejlau w chwilę po spotkaniu nie pozostawił żadnych wątpliwości: Ta porażka oznacza praktycznie moją rezygnację. Może ktoś, kto przejmie reprezentację, tchnie w nią nowego ducha.

Dałem wcześniej publicznie słowo, że w przypadku porażki, ustąpię, musiałem więc być konsekwentny. Gdyby udało nam się osiągnąć choćby remis w Oslo, postarałbym się jeszcze powalczyć z drużyną o ten awans - wspomina po latach, w rozmowie z nami Andrzej Strejlau.


Człowiek chory na futbol, z dorobkiem sześćdziesięciu spotkań w roli sternika narodowej kadry, opuszczał swój selekcjonerski posterunek również po to, by ratować swoje zdrowie, poddając się dwóm poważnym operacjom. Ta wyjątkowa posada kosztowała go bowiem także ogromną ilość stresu, pochłaniając bez reszty, ograbiając najbliższych z jego obecności, nawet do kościoła chodzimy teraz z żoną osobno - wyznał kiedyś dziennikarzom. Wraz z odejściem Andrzeja Strejlaua zakończyła się pewna epoka w historii naszego futbolu. Jak zauważył Andrzej Gowarzewski w swej "Encyklopedii" poświęconej biało-czerwonym, jest coś symbolicznego w fakcie, iż Strejlau objął funkcję selekcjonera niedługo po pierwszych, częściowo wolnych wyborach roku 1989, a żegnał się ze stanowiskiem kilka dni po triumfalnym powrocie do władzy postkomunistycznej ferajny we wrześniu 1993 roku. Kadencja Strejlaua znakomicie wpisuje się w czas wielkich polskich nadziei, związanych z rodzącą się demokracją, spinając ten okres pewną klamrą. Natomiast sam Andrzej Strejlau kontekst czasowy sprawowania swej funkcji opisał kilkanaście lat temu następująco: To był najgorszy z możliwych momentów na taką posadę: zmiana ustroju społeczno-politycznego, urynkowienie piłki nożnej, exodus piłkarzy, którzy całymi tabunami zaczęli wyjeżdżać za granicę. W okresie mojej pracy z kadrą wyjechało z Polski 33 reprezentantów. Dokładnie 3 pełne zespoły. Mimo to twierdzę, że na drugim miejscu w grupie mogliśmy pojechać na MŚ do USA. Z pewnością masowe wyjazdy polskich graczy za granicę były sytuacją nową i jeszcze nieoswojoną. I to  chyba właśnie Strejlau, spośród wszystkich naszych selekcjonerów, ucierpiał na jej skutek najwięcej. Dość powiedzieć, że podczas, gdy na chorzowski mecz z Anglią w 1989 roku w polskim składzie wybiegło tylko trzech graczy z zagranicznych klubów, to już spośród uczestników meczu na Wembley w 1993 roku zaledwie czterech podopiecznych Strejlaua biegało na co dzień po polskich ligowych boiskach. A warto nadmienić, iż międzynarodowe przepisy nakazujące zwalnianie zawodników na terminy kadry nie były wówczas tak ściśle respektowane przez zachodnie kluby, jak ma to miejsce dzisiaj. To w ogromnym stopniu dezorganizowało pracę selekcjonera, a i skład polskiej reprezentacji w wielu spośród jej najważniejszych spotkań, wyglądałby często zupełnie inaczej, gdyby Strejlau miał do swej dyspozycji na zgrupowaniach kadry wszystkich tych graczy, których pragnął powołać.

Andrzej Strejlau jest w polskim futbolu postacią niewątpliwie wybitną. Wymownym jest fakt, że żadnemu z selekcjonerów, którzy nastąpili po nim, nie dane było piastować tej zaszczytnej funkcji tak długo, jak jemu. Żadnemu z nich również nie udało się maczać swych selekcjonerskich palców w aż trzech turniejach eliminacyjnych. To prawda, że obok meczów tak udanych, jak te zremisowane u siebie z Anglikami (trzykrotnie) lub na wyjazdach z Holendrami (dwukrotnie), Brazylijczykami, Francuzami, Irlandczykami i Belgami, obok zwycięstw nad Urugwajem, Szwecją czy Austrią, ma Strejlau na swym koncie również spektakularne towarzyskie lania (Szwecja 0:5, Czechosłowacja 0:4, Egipt 0:4, Francja 1:5) czy żałosną potyczkę z San Marino (1:0). A jednak warto też podkreślić, że z poważnych eliminacyjnych potyczek o punkty, kadra Strejlaua przez 4 lata przegrała trzy (dwukrotnie z Anglikami na Wembley, raz z Norwegami na Ulleval; porażkę w odpuszczonym meczu, dla nas o pietruszkę, ze Szwedami trudno w ten rachunek wliczać), i nie jest to z pewnością bilans, za który selekcjonerowi reprezentacji takiej, jak nasza, należałby się lincz.

Futbol jest sportem nieprzewidywalnym i być może obudzimy się kiedyś wśród potentatów, bo oto nagle urodzi się wspaniała grupa piłkarzy. Dobrze byłoby temu szczęściu pomóc i solidnie organizować pracę u podstaw. Niestety, jesteśmy narodem jednej akcji i gigantycznej mobilizacji w trudnych wyłącznie chwilach. Piłka nożna potrzebuje czasami cech dokładnie odwrotnych. Mimo to nie traćmy nadziei - stawiał przed kilkunastu laty diagnozę kondycji naszego futbolowego stanu posiadania, całkiem świeżo po dymisji, Andrzej Strejlau. Jestem głęboko przekonany, że w warunkach w jakich przyszło mu pracować, selekcjoner Strejlau zrobił wszystko, co mógł, by pomóc naszej kadrze i naszemu piłkarstwu wygrzebać się z kryzysu oraz przebić się na wielką imprezę. Jedyne, co można by mu zarzucić, to chyba rzeczywiście ów, wspomniany przez Smolarka, brak szczęścia. Dziś można się już tylko zastanawiać, bezkarnie pląsając sobie po niwach historii alternatywnej, co by było, gdyby do Euro ’92 kwalifikowało się więcej niż siedem zespołów, gdyby udało się, jak najbardziej zasłużenie zresztą, trzykrotnie pokonać na własnym terenie Anglików, gdyby strzały takie, jak Tarasiewicza czy Koseckiego nie lądowały na poprzeczce, gdyby sytuacje takie, jak Leśniaka zamieniane były na gole, a sędziowie odgwizdywali ewidentne jedenastki po faulach na naszych graczach w spotkaniach z faworyzowanymi rywalami. Nawet czasami myślę, że może gdyby kto inny był selekcjonerem, wówczas kiedy grałem swój ostatni mecz z Holandią, to tę setkę, której nie wykorzystałem, właśnie z innym trenerem bym wykorzystał - drążył po latach, nieco żartobliwie, zagadnienie zdumiewającego wręcz braku szczęścia selekcjonera Strejaua, Włodzimierz Smolarek. Nie zmienia to jednak w niczym oczywistego faktu, że Andrzej Strejlau, człowiek chory na piłkę, jest wybitną postacią naszego futbolu, dla dobra którego wykonał przez lata kawał wspaniałej pracy, a długość trwania jego selekcjonerskiej kadencji, niepobita przez żadnego z następców od ponad 20 lat, również ma swoją wymowę.

Przeczytaj również: Andrzej Strejlau. Chory na futbol (cz.1)

wtorek, 01 października 2013
Andrzej Strejlau. Chory na futbol idzie na zwolnienie, czyli 20 lat minęło (cz.1)

"Są wśród was, najlepszych polskich piłkarzy, i tacy, którzy handlowali meczami. Niech się raz jeszcze zastanowią nad tym, co robili. Na razie wszyscy mają u mnie równe szanse" – mówił w sierpniu 1989 roku świeżo upieczony selekcjoner biało-czerwonych, podczas swego pierwszego spotkania z kadrowiczami przed meczem z ZSRR w Lubinie.

Gdy niemal dokładnie 20 lat temu zarząd PZPN przyjął złożoną kilka dni wcześniej, tuż po przegranej batalii w Oslo, przez Andrzeja Strejlaua dymisję, kilkunastoletniemu kibicowi polskiej reprezentacji, jakim wówczas byłem, zachwiała się mocno w posadach cała wizja futbolowego świata. Kadra bez Strejlaua?! Strejlau bez kadry?! Przecież Strejlau i kadra, kadra i Strejlau, wydawały się stanowić nieodłączne, nierozerwalne dwie części jednego organizmu. Zawsze razem, niczym butla z gazem, na dobre i na złe. I choć życie naszej reprezentacji istniało przecież zarówno przed Strejlauem, jak i po zakończeniu jego ponad czteroletniej kadencji, to jednak przed dwiema dekadami trudno było mi sobie wyobrazić, że w miejsce słynnego futbolowego Narkomana zasiądzie na selekcjonerskiej ławce ktoś inny, ktoś nowy, ktoś, kto nie będzie nim. Pamiętam, jak dziwne uczucie towarzyszyło kilkanaście dni później przyjazdowi do Poznania polskich reprezentantów już pod tymczasową i jak się okazało krótkoterminową wodzą Ćmikiewicza. Wydawało się, że przyjechał zespół dotknięty jakimś głębokim osieroceniem. Bo Andrzej Strejlau, choć nie udało mu się wprowadzić naszej drużyny na wielki mistrzowski turniej, był trudnym do zastąpienia sternikiem reprezentacyjnego okrętu, nie tylko jego przywódcą, ale też i prawdziwym ojcem całej załogi, która pod jego opieką próbowała kołatać do bram najważniejszych imprez. Jego kompetencje, pasja, fachowość, ogromna wiedza, ale też uczciwość, jego człowieczeństwo po prostu do dziś budzą niekłamany podziw i głęboki szacunek u zdecydowanej większości ludzi, z różnych przecież piłkarskich pokoleń, których życiowe szlaki skrzyżowały się kiedyś z tymi, jakimi podążał słynny Narko.

Strejlau był trenerem, któremu zabrakło chyba piłkarskiego fartu, aby osiągnąć wielkie sukcesy. Narkoman futbolu jest rzeczywiście idealnym dla niego określeniem. Całe noce można z nim było mądrze pogadać o piłce, o taktyce. Wszystko miał zapisane, policzone, wyliczone. On żył futbolem. Zabrakło mu chyba tylko tego szczęścia, które w życiu jest bardzo ważne. Najlepiej dla niego byłoby pewnie, gdyby selekcjonerem został zaraz po Górskim. Uważam, że źle się stało, iż nie został nim zaraz po Piechniczku, zamiast Łazarka. Miał jeszcze pewną grupę dobrych piłkarzy, których pewnie potrafiłby przekonać do gry w kadrze. Strejlau tak szybko nie zrezygnowałby np. z Bońka czy innych zawodników. Może nie zawojowałby świata, ale być może stworzyłby ciekawą drużynę. Kiedy on po Łazarku został selekcjonerem, na pewne rozwiązania było już za późno. Pewna szansa została zaprzepaszczona. To przy nim zaczynałem przygodę z wielką piłką i z nim schodziłem ze sceny. Wspominam go bardzo dobrze – opowiadał na kartach swej biografii Włodzimierz Smolarek.

Andrzej Strejlau to pierwszy trener, któremu nie mogę nic zarzucić. Jest obiektywny, uczciwy, nie faworyzuje nikogo. Nie ma lepszego fachowca w Polsce. Nie zmienię mojej opinii o nim nawet wtedy, jeśli nie powoła mnie już do reprezentacji – mówił na początku lat 90-tych Dariusz Dziekanowski.  

Ekstra gość. Ogromna wiedza o piłce. Tyle tylko, że zawsze żal nam było tego, który na zgrupowaniach kadry w czasie popołudniowych spacerów szedł koło niego. Jak ktoś lubi historię sportu, to miał czego słuchać. Niemniej o ówczesnym selekcjonerze można było mówić w samych superlatywach. Miał pojęcie o piłce – wspominał Wojciech Kowalczyk.

To tylko trzy spośród istnego bukietu laurek, jaki przez lata wystawiali mu ludzie z piłkarskiego środowiska, ludzie różnych pokoleń, odmiennych spojrzeń na futbol, na życie, a jednak w tym jednym zgodni – Strejlau to wspaniały fachowiec, uczciwy człowiek, po prostu swój chłop. Górski, Tomaszewski, Boniek, Żmuda, Lato, Dziekanowski, Kusto, Kosecki, Deyna, Brzęczek, Szarmach, Tarasiewicz, Szewczyk, Kowalczyk – nazwiska można by mnożyć w nieskończoność. Chyba najtrafniej i najlapidarniej zarazem podsumował niegdyś całą sprawę Stanisław Terlecki: Nie wyobrażam sobie bez niego polskiego futbolu.

Sport był ogromnie ważną częścią życia rodziny Andrzeja Strejlaua. Żona, podobnie jak on, ukończyła warszawski AWF. Mama biegała w stołecznej Skrze. Ojciec był bokserskim trenerem Budowlanych, asystując również niezapomnianemu Feliksowi Stammowi w prowadzeniu narodowej kadry pięściarzy. Słynny Papa Stamm był zresztą ojcem chrzestnym siostry Andrzeja Strejlaua, a przyszły selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski, mógł jako dzieciak, nie tylko przyglądać się z bliska zgrupowaniu kadry bokserów, ale i sam stoczył później kilka walk. Następnie trenował też piłkę ręczną. Dziś może to brzmieć zdumiewająco, ale Andrzej Strejlau potrafił łączyć grę w szczypiorniaka na poziomie pierwszoligowym (a dane mu było nawet załapać się do polskiej kadry!) z grą na trzecioligowych boiskach piłkarskich. Sprowadzony przez nowego szkoleniowca warszawskiej Gwardii - Kazimierza Górskiego, zdążył rozegrać na boiskach ekstraklasy zaledwie jedno spotkanie. Poważna kontuzja uniemożliwiła mu bowiem dalsze uprawianie sportu. Andrzej Strejlau swoją sportową pasję postanawia więc spożytkować na drodze szkoleniowej. Moment spotkania z Górskim jest zresztą bardzo ważnym wydarzeniem w biografii Strejlaua. W cieniu Kazimierza Górskiego rozkwita stopniowo i bardzo ciekawie kariera trenerska przyszłego selekcjonera. To właśnie po Górskim, gdy ten obejmuje stery dorosłej reprezentacji, przejmuje Strejlau w 1970 roku kadrę U-23 (przedtem opiekował się już młodszymi reprezentacjami). Selekcjonuje grupę naprawdę zdolnych młodych piłkarzy, z którymi już wcześniej miał okazję zetknąć się podczas pracy z juniorskimi drużynami PZPN. Na Centralnym Obozie Juniorów zobaczyłem np. pierwszy raz Kazia Deynę. To był najbardziej utalentowany piłkarz z jakim kiedykolwiek pracowałem. Ale wcale tego nie było widać, gdy miał 18 lat. Wyróżniał się przede wszystkim niekonwencjonalnymi, zaskakującymi zagraniami. Patrzyliśmy z ciekawością na to, co zrobi, bo widział więcej i myślał zupełnie inaczej niż inni. Nieschematycznie. To właśnie Strejlau wypatrzył gdzieś przyszłego króla strzelców niemieckiego mundialu – Grzegorza Lato i przywiózł do Kazimierza Górskiego, będącego jeszcze wówczas trenerem reprezentacji młodzieżowej. Górski ponoć zobaczył napastnika w akcji, cmoknął i ocenił w swoim stylu: Trochę wiatrak, ale mnie się wydaje, że coś z niego będzie.

We wrześniu 1973 roku mocny zespół Strejlaua rozgrywa swój najwspanialszy mecz w ramach młodzieżowych Mistrzostw Europy, pokonując w Essen podopiecznych Juppa Derwalla - reprezentację RFN 3:2. Co ciekawe jeszcze do przerwy gospodarze prowadzili 2:0, lecz Lato, Szarmach i Bulzacki przechylili szalę zwycięstwa na korzyść biało-czerwonych. Zespół Strejlaua dobrnie aż do półfinału mistrzowskiej imprezy, gdzie po dwóch remisach zabraknie nieco szczęścia w konfrontacji z NRD. Tomaszewski, Żmuda, Ćmikiewicz, Kasalik, Kmiecik, Kusto, Lato, Szarmach to tylko niektórzy spośród wybitnych graczy, którzy swe piłkarskie szlify zdobywali pod okiem Andrzeja Strejlaua w prowadzonych przez niego juniorskich i młodzieżowych reprezentacjach Polski. Z wieloma spośród tych piłkarzy kontynuować będzie Strejlau swą sportową przygodę, uczestnicząc u boku Górskiego w prowadzeniu dorosłej reprezentacji w wielkich i pięknych dla naszego futbolu, złotych, srebrnych i brązowych imprezach: na igrzyskach w Monachium i Montrealu oraz na niemieckim mundialu w 1974 roku. Na skutek namowy Jacka Gmocha dołączy też do jego sztabu szkoleniowego i pojedzie na argentyński mundial 1978 roku. Warto też nadmienić, iż już znacznie wcześniej, w 1969 roku Strejlau epizodycznie asystował Ryszardowi Koncewiczowi na selekcjonerskiej ławce podczas meczu naszej seniorskiej reprezentacji wygranego z Bułgarami na Stadionie Dziesięciolecia. Od 1975 roku Strejlau pracuje w dorosłym futbolu na swój samodzielny rachunek prowadząc warszawską Legię. Obejmuje ją po legendarnym Vejvodzie, który na dzień dobry przekazuje swemu następcy nazwiska kilku zawodników, których radzi czem prędzej pozbyć się z drużyny dla jej dobra. Nie posłuchałem i potem żałowałem – wspomina po latach Strejlau. Trudno powiedzieć, by jego pełna, czterosezonowa przygoda na legijnej ławce obfitowała w sukcesy. Strejlauowi nie udało się wprowadzić warszawskiego zespołu do europejskich pucharów. Dwukrotnie ósma lokata, raz szósta i raz piąta w ligowej tabeli, na kolana z pewnością nie rzuca. Przyznać jednak trzeba, że choć w składzie nie brakowało wówczas naprawdę niezłych graczy, jak przede wszystkim Deyna, lecz również  Ćmikiewicz, Mowlik, Kusto, T.Nowak,  czy wchodzący dopiero do składu Janas, Majewski lub Smolarek (w którego Strejlau wierzył bardzo wytrwale), to jednak nie była już to ta wielka Legia, która jeszcze kilka lat wcześniej siała postrach na europejskich boiskach. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie Strejlau przywiózł w 1975 roku zza oceanu do Warszawy, występującego wówczas w USA Franciszka Smudę, aby wzmocnić defensywę Legii. Smuda w Warszawie piłkarskiej furory nie zrobił, ale pod okiem Strejlaua dane mu było pograć nieco w naprawdę niekiepskiej wówczas polskiej lidze. W maju 1975 roku na fali mundialowego sukcesu polskiego futbolu sprzed roku, popularny Narko prowadzi też w Urugwaju prestiżowy trenerski kurs dla najlepszych szkoleniowców z Ameryki Południowej.

Po odejściu z Legii Strejlau przejął na jeden sezon (1979/1980) bardzo przeciętny zespół Zagłębia Sosnowiec (choć miał tam do dyspozycji m.in. dwóch uczestników argentyńskiego mundialu: Wojciecha Rudego i Włodzimierza Mazura) lokując się z nim w bezpiecznej, acz zdecydowanie dolnej części tabeli, by następnie znów zacząć pracować przy PZPN jako szef szkolenia. W listopadzie 1981 roku, na moment przed wprowadzeniem w Polsce przez komunistycznych satrapów stanu wojennego, Strejlau podpisuje dość egzotyczny kontrakt z Framem Reykjavik. Na Islandii spędzi jeden sezon. Choć Geirsson był wówczas kapitanem miejscowej reprezentacji, a i Torfason znaczył dla niej w przyszłości niemało, nie uda się polskiemu szkoleniowcowi utrzymać dorosłej drużyny w lidze (paradoksalnie, to właśnie z Framem Strejlau może zadebiutować w europejskich pucharach; dostaje jednak dwukrotny łomot od irlandzkiego Shamrock Rovers), za to z juniorską wywalcza mistrzostwo i puchar Islandii. Futbolowa przygoda na Wyspie trwała zaledwie rok, ale Andrzej Strejlau do dziś jest zauroczony Islandią oraz ludźmi, którzy zamieszkują ten kraj.

Po powrocie znów podejmuje pracę w związku, jednak ponownie pojawia się zagraniczna oferta, tym razem znacznie atrakcyjniejsza również pod względem sportowym. W greckiej Larisie Strejlau nie jest osamotniony, towarzyszą mu tam również dwaj, doskonale przez niego znani piłkarze: Krzysztof Adamczyk oraz Kazimierz Kmiecik. Polskie trio stanowi o sile greckiego zespołu, którą Larisa eksponuje szczególnie w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1984/1985 niespodziewanie udaje jej się dotrzeć aż do ćwierćfinału. Najpierw podopieczni Strejlaua w pokonanym polu pozostawiają węgierski Siofok, potem Servette Genewa, by w ćwierćfinałowych bojach minimalnie ulec Dynamu Moskwa (0:0, 0:1). Co ciekawe we wspomnianym sezonie w greckiej lidze, polskich szkoleniowców mają aż trzy zespoły. Trenerski tercet, który tak owocnie współpracował przy wykuwaniu mundialowego brązu z 1974 roku, po upływie dekady rywalizuje ze sobą na niwie greckich klubowych rozgrywek. Strejlau szkoli Larisę, Kazimierz Górski prowadzi Ethnikos Pireus, a Jacek Gmoch najsilniejszy spośród tych zespołów Panathiniakos Ateny. Strejlauowa Larisa po zażartych bojach dwukrotnie ulega gmochowym Koniczynkom (1:3, 1:2), pokonuje za to w obu meczach Ethnikos Górskiego (2:0, 1:0). Dziś, gdy polska myśl szkoleniowa znajduje się w głębokiej zapaści, trudno wyobrazić sobie sytuację, by aż trzech naszych szkoleniowców równocześnie prowadziło drużyny w jakiejkolwiek spośród pierwszych lig, choćby i najsłabszych, na Starym Kontynencie. Strejlauowi uda się sięgnąć w bardzo efektownym stylu również po Puchar Grecji, pokonując w ścisłym finale mistrzów kraju PAOK Saloniki 4:1.

W następnym sezonie (Kmiecika zastąpił wówczas Janusz Kupcewicz) w rozgrywkach PEZP los już na dzień dobry przydziela Strejlauowi znakomitego rywala. Mecze Larisy z Sampdorią Genua były niezwykle emocjonującymi widowiskami, jednak Souness, Vialli, Mancini i spółka okazali się być lepsi, lub po prostu mieli więcej szczęścia (1:0, 1:1). Bramkę dla greckiego zespołu uzyskał jedyny podopieczny Strejlaua grający wówczas w swym narodowym zespole, obrońca Mitsibonas (który kilka lat później przyjedzie do Warszawy, by wraz ze swoją reprezentacją dostać łomot od biało-czerwonych prowadzonych przez Narko), dla genueńczyków trafiał Roberto Mancini. To chyba właśnie dwukrotna przygoda na ławce Larisy podczas rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów zapisała się najpiękniej w pamięci Andrzeja Strejlaua spośród wszystkich sportowych doznań jakie spotkały go w Helladzie. W lidze bowiem jego Larisa kończyła rozgrywki poza podium – na szóstej i ósmej lokacie. Strejlau został odznaczony mianem honorowego obywatela miasta, ale swojego romansu z gorącą rzeczywistością greckiej ligi nie wspomina wyłącznie na różowo: Układy mafijne są tam w piłce równie silne jak w Polsce, a może nawet silniejsze.

Po greckich wojażach, via PZPN, Strejlau ponownie wchodzi do tej samej rzeki o nazwie Legia Warszawa. Przejmuje zespół po Lucjanie Brychczym i od początku  wiosny 1988 roku, przez niespełna półtora roku, firmuje swoim nazwiskiem występy drużyny ze stolicy. Legia ma wówczas naprawdę silny personalnie zespół (aż jedenastu graczy z reprezentacyjnym dorobkiem na koncie, oraz kilku takich, którzy w narodowe barwy niebawem się przyodzieją), ze świetnymi: Dziekanowskim, Terleckim i Koseckim na czele, a jednak znów nie udaje się wywalczyć krajowego prymatu i trzeba zadowolić się zaledwie trzecim i czwartym miejscem w końcowej tabeli. W europejskich pucharach byłego współpracownika Górskiego czeka bardzo sroga lekcja niemieckiego odebrana od Bayernu Juppa Heynckesa (3:7 i 1:3). Klęskę warszawską, również tę taktyczną (Strejlau pragnąc odrobić straty z Monachium, postanowił zastosować bardzo odważne, lecz nazbyt nowatorskie wówczas ustawienie formacji defensywnej), do dziś wypomina się szkoleniowcowi (żalu nie krył szczególnie Maciej Szczęsny, który zmuszony był aż siedmiokrotnie sięgać po piłkę do bramki, mimo że wcale nie bronił jakoś tragicznie). Na osłodę drugiego pobytu w Legii pozostaje Strejlauowi dwukrotny udział w finale Pucharu Polski. Pierwszy z nich przegrany zostaje w 1988 roku, w Łodzi, z poznańskim Lechem po serii jedenastek. Drugi wygrany w naprawdę efektownym stylu na olsztyńskim stadionie nad Jagiellonią (5:2). To właśnie niedługo po tym ostatnim meczu gruchnęła wieść o selekcjonerskiej nominacji dla Andrzeja Strejlaua.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że Strejlau miał już na swoim koncie trzy oficjalne kursy na stanowisku sternika polskiej reprezentacji A. W kwietniu 1974 roku jego młodzieżówka dwukrotnie zmierzyła się na Haiti z tamtejszą dorosłą reprezentacją (porażka 1:2 i zwycięstwo 3:1; łącznie trzy trafienia zaliczył Szarmach, a jedno Kusto), a ponad pół roku później, w zastępstwie Górskiego, na boisku warszawskiej Legii, Strejlau znów poprowadził biało-czerwonych pod oficjalnym szyldem (choć znów w składzie głównie ze swoimi młodzieżowcami) do zwycięstwa 2:0 przeciwko Kanadzie (gole Jerzego Kasalika i Romana Jakóbczaka). To miały być jednak tylko niemrawe przedbiegi do prawdziwej, autorskiej, selekcjonerskiej kadencji, którą niespełna 15 lat później inaugurował na najważniejszej z futbolowych trenerskich ławek Andrzej Strejlau.

Warto chyba w tym miejscu wyrzec słów kilka o całym kontekście w jakim byłemu współautorowi sukcesów ekipy wielkiego Górskiego przyszło objąć rządy na selekcjonerskim tronie. Były to czasy niełatwe nie tylko dla futbolu. Wraz z całkowitym bankructwem moralnym, politycznym i ekonomicznym systemu komunistycznego zniewolenia w życiu polskiego narodu, bankrutował jednak również moralnie i ekonomicznie także nasz rodzimy, futbolowy zakątek. Selekcjonerska epoka Łazarka obnażyła jego mizerię w całej swej okazałości. Zdegenerowani piłkarze, ubabrani po pachy brudem i smrodem, który wręcz unosił się nad całym tym grzęzawiskiem naszej za przeproszeniem ekstraklasy, będącej tak na dobrą sprawę ligą niemal fikcyjną, bo pozbawioną przecież elementu autentycznej rywalizacji, czy jakiejkolwiek namiastki profesjonalizmu, a przeżartej za to wszechobecną korupcją, oszustwem i zakłamaniem. To był czas, gdy wszelkiej maści Dykty i Grundole byli wizytówkami polskiego futbolu, czas gdy naszym piłkarzom, pijącym na umór na zgrupowaniach kadry i kopcącym jak lokomotywy nawet w przerwie meczu, starczało sił w ważnych pojedynkach najwyżej na godzinę. To byli gracze z całkiem jeszcze niezłymi umiejętnościami czysto piłkarskimi, ale cóż z tego, skoro przyzwyczajeni do tego, że na treningach i podczas ligowej młócki w zasadzie nie warto przepacać koszulki, bo wyjechać za granicę raczej nie pozwolą, a tabela i tak już dawno ułożona podczas przedsezonowych narad w gabinetach klubowych prezesów, więc potem, gdy przychodziło do naprawdę ważnych konfrontacji na międzynarodowej arenie wychodziła cała niemoc, bezradność, brak kondycji, ujawniały się po prostu zatrważające owoce braku normalnego, codziennego, profesjonalnego podejścia do futbolowego rzemiosła. W to wszystko wkraczał teraz Andrzej Strejlau, który z tych wszelkiej maści Dykt, Grundoli i całej reszty ma zmontować zespół, dzięki któremu zapomnimy o koszmarze smutnej, trzyletniej twórczości łazarkowej kadry. Strejlau postrzegany w środowisku piłkarskim jako oszołom (znamienne, że czasy się zmieniają, ale epitety pozostają niezmienne), który walczy z wiatrakami pragnąc wykorzenić korupcję z polskiego futbolu, jako ten, który ma obsesję na punkcie uczciwości sędziów i piłkarzy, człowiek, który chciałby po prostu czystego sportu, opartego na zdrowej rywalizacji. W dodatku człowiek, który miał odwagę mówić o pewnych sprawach głośno wtedy, gdy odwaga wcale nie kosztowała tanio. W 1986 roku po aferze z powodu ligowej kolejki cudów (prasa, na znak protestu, nie zdała wówczas relacji z ostatniej kolejki), podobnej do tej, jaką uraczyli nas nasi ligowi kopacze w 1993 roku, to właśnie Strejlau powiedział ówczesnemu szefowi PZPN, a jednocześnie funkcjonariuszowi Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej płk Jabłońskiemu twarde słowa: „Toleruje pan wokół siebie mafię, chociaż z urzędu powołany jest pan do ścigania bandytów”. „Podlać to wszystko benzyną i podpalić” – dodał wówczas w prywatnej rozmowie ze Strejlauem, Kazimierz Górski.

Andrzej Strejlau doskonale zdawał sobie sprawę, że ligowa rzeczywistość pogrążona od lat w zaklętym kręgu oszustw i korupcji przeżarła swym nowotworem cały polski futbol i samych piłkarzy. Nasza Ekstraklasa, jest obecnie dużo bardziej zgniła i brudna niż kilkanaście lat temu. Kupczenie meczami, oddawanie punktów, drukowanie spotkań przez sędziów – mówił w 1988 roku. W swej, wydanej przed laty "Autobiografii", selekcjoner wyznał: Po tylu latach w futbolu czuje się, że mecz jest sprzedany. Pomocnicy grają w poprzek, a nie do przodu, napastnik regularnie wychodzi na spalonego, dramatycznie rozkładając później ręce. Z kolei, gdy dostanie piłkę, podaje ją do wychodzącego na czystą pozycję kolegi, ale prosto w … pięty. Strzelanie w boczną siatkę to też stary sposób nabierania kibiców. (…) Pamiętam mecz w Warszawie, przed którym zawodnik przeciwnej drużyny, a mój wychowanek z młodzieżówki, uprzedził mnie lojalnie, że nie wszyscy moi piłkarze będą w tym meczu grali w barwach Legii. Zanim zeszliśmy do szatni, podszedł do mnie sędzia i potwierdził to, co widziałem: ‘Panie Andrzeju, oni chyba nie grają naprawdę’. W szatni dałem im 20 minut na normalną grę. Jeśli nic się nie zmieni, postanowiłem, że zmienię trzech zawodników. Nie wstawiając w to miejsce nikogo! Ja stracę pracę, ale oni zostaną skompromitowani na zawsze. Poskutkowało. (…) Po meczach, które były drukowane podchodziłem do sędziego z krótkim stwierdzeniem: „Ja mogę panu spojrzeć prosto w oczy, a pan mnie?”. Długo nie mogłem zrozumieć, że sędziowie mogą być nieuczciwi. W piłce ręcznej mieliśmy sytuację o tyle prostą, że sędziego, który gwizdnął niezbyt obiektywnie, można było niechcący trafić piłką. (…) Sport traci sens jeśli walka nie toczy się na boisku, tylko w gabinetach na teczki. To już nie jest sport!

Nie dziwne więc, że naznaczony całym bagażem doświadczeń pracy w polskim futbolu, podczas pierwszego spotkania ze swymi kadrowiczami, w sierpniu 1989 roku przed meczem z ZSRR w Lubinie, nie udając, że urwał się z choinki i nie wie z kim ma do czynienia, powiedział wprost: Są wśród was, najlepszych polskich piłkarzy, i tacy, którzy handlowali meczami. Niech się raz jeszcze zastanowią nad tym, co robili. Na razie wszyscy mają u mnie równe szanse. Zawodnicy chyba rzeczywiście wzięli sobie te słowa głęboko do serca, bo pierwszy mecz sprzedali przeciwko swemu nowemu selekcjonerowi dopiero po dwóch miesiącach. Jednak o tym później.

23 sierpnia 1989 roku kadra Strejlaua inauguruje swą przygodę remisując towarzysko na stadionie 40-lecia Powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Macierzy w Lubinie z reprezentacją Związku Radzieckiego 1:1. Oba zespoły naszpikowane debiutantami (wśród podopiecznych słynnego Walerego Łobanowskiego to m.in. Kanczelskis, Kirjakow i Koływanow) oraz piłkarzami, których reprezentacyjna przygoda znajdowała się raczej w powijakach. Polskim kibicom, solidnie przećwiczonym w pokorze przez reprezentację Łazarka, powiało świeżością, nowością i optymizmem. Mieliśmy w tym meczu aż trzech kapitanów (najpierw Prusik, potem Urban, a potem jeszcze Krzysztof Warzycha), a wyrównującą dla nas bramkę uzyskał głową Dariusz Wdowczyk, którego Narko prowadził jeszcze całkiem niedawno w Legii. Dwa tygodnie później naprawdę efektowny szturm przypuszczają biało-czerwoni w Warszawie na Greków już do przerwy ustalając rozmiary zwycięstwa na 3:0.

Potem jeszcze nieco pechowa, minimalna wyjazdowa porażka, po naprawdę bardzo dobrym meczu z Hiszpanami 0:1 (debiut w drużynie gospodarzy słynnego Fernando Hierro) i można już stawać w szranki z Anglikami. Jesienią 1989 roku Strejlau kończył rozpoczęte i właściwie przegrane już przez Łazarka eliminacje do Il Mondiale Italia ’90. Iluzoryczne szanse wciąż istniały, ale zakładały one komplet zwycięstw w trzech ostatnich, czekających nas meczach. 11 października 1989 roku podopieczni Andrzeja Strejlaua rozegrali naprawdę bardzo dobre spotkanie przeciwko Anglii. To było mecz różniący się diametralnie od tego, jaki zafundował polskim kibicom zaledwie 4 miesiące wcześniej Wojciech Łazarek na Wembley. Było widać zmianę jakościową w grze polskiego zespołu, w którego podstawowym składzie wybiegło zaledwie trzech graczy spośród tych, którzy od pierwszego gwizdka arbitra biegali w czerwcu po londyńskiej murawie. Zespół Strejlaua naprawdę ambitnie i dzielnie walczył o ten awans, starając się pokonać podopiecznych Bobby Robsona. Chyba już nigdy później biało-czerwoni w tak wyraźnym stopniu nie zdominowali angielskich rywali na naszym stadionie, jak wówczas, październikowym późnym popołudniem 1989 roku w Chorzowie. Po znakomitych strzałach Krzysztofa Warzychy, Dziekanowskiego i Czachowskiego, Peter Shilton tylko jakimś cudem nie dopuszczał do utraty gola, a w ostatnich sekundach spotkania Tarasiewicz huknął z 40 metrów w poprzeczkę. Anglicy byli przeszczęśliwi z bezcennego dla nich, bezbramkowego remisu, a zespół Strejlaua, choć ostatecznie pożegnał się z marzeniami o włoskich mistrzostwach świata, pokazał swoją wartość oraz potencjał, jaki w nim drzemie. To był zdecydowanie najlepszy mecz, jaki polska reprezentacja rozegrała na przestrzeni co najmniej kilku lat.

Dwa tygodnie później ten sam zespół, na tym samym stadionie, pod wodzą tego samego selekcjonera, po zadziwiająco biernej i nieporadnej 'grze', przegrał ze Szwedami 0:2. Podopieczni Olle Nordina nawet specjalnie się nie starali, samo im tak jakoś wszystko wychodziło, bo i musiało, restaurację na bankiet z okazji awansu na mundial mieli już przecież zarezerwowaną w Katowicach od dawna, zupełnie jak by coś przeczuwali. Sam Strejlau nie miał chyba większych wątpliwości co do faktu, iż kilku jego reprezentantów mu to spotkanie perfidnie pod nosem opchnęło. Nawrocki bardzo się napracował i zmieniłem go, zmęczonego w 65 minucie. Powiedział schodząc z boiska, że w ośmiu nie ma szans wygrać tego meczu – wspominał po kilku latach w swej „Autobiografii”. Potem jeszcze listopadowe zwycięstwo w Tiranie (2:1) i można było rozpocząć pracę przed eliminacjami do Euro ’92. I tylko takie pytanie kołacze mi się gdzieś po głowie już od lat całych: czy gdyby wówczas w Chorzowie Warzysze, Dziekanowskiemu lub Tarasiewiczowi dopisało nieco więcej szczęścia i biało-czerwoni pokonaliby Anglików, pojechaliby na Italia ’90? Myślę, że byłaby na to ogromna szansa, bo zwycięstwo u siebie nad Szwedami leżało wówczas jak najbardziej w zasięgu możliwości naszych piłkarzy, grających tak, jak z Anglikami na Śląskim.

Nie ma co jednak rozdrapywać ran, trzeba iść dalej. W rok 1990 kadra Strejlaua wkracza więc wyjazdowym, lutowym, zwycięskim dwumeczem (2:0, 1:0) z reprezentacją Iranu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie dość istotny fakt, że na Stadionie Olimpijskim w Teheranie biało-czerwoni Strejlaua po raz pierwszy grają przy naprawdę znacznej liczbie, 50 tysięcy widzów. Tylko dwukrotnie, podczas pojedynków na Wembley, kadra Strejlaua będzie miała możliwość być obserwowana na sportowej arenie przez większą liczbę kibiców. Na uwagę zasługuje również fakt, że choć Polacy w 1990 roku nie biorą udziału we włoskim mundialu, to jednak doskonale mogą się zorientować w formie znacznej części jego uczestników, mierząc się towarzysko aż z dziewięcioma drużynami spośród grona 24 finalistów. Biało-czerwoni dwa takie spotkania, z Kostaryką 2:0 (w Chicago bramki dwóch filigranowych rozgrywających - Leszka Pisza i Piotra Nowaka, którzy przez pół godziny z całkiem niezłym efektem przebywali razem na boisku) oraz z prowadzonymi przez Carlosa Alberto Parreirę ZEA (4:0) wygrywają, trzy remisują (Jugosławia 0:0, Szkocja 1:1, Belgia 1:1), a pięć przegrywają (Kolumbia 1:2, USA 1:3 i 2:3, Rumunia 1:2, Anglia 0:2; trzy ostatnie mecze rozegrano już po mundialu). Ostatni z wymienionych pojedynków jest o tyle istotny, że inaugurował on już zmagania eliminacyjne do szwedzkiego Euro ’92. 17 października 1990 roku Andrzej Strejlau, wraz z zespołem, który stworzył i od czternastu miesięcy przygotowywał do tego właśnie pojedynku, poległ na Wembley 0:2. Anglicy, czwarta siła na świecie podczas zakończonego kilkadziesiąt dni wcześniej Il Mondiale, znów okazali się lepsi. Nie stłamsili co prawda Polaków tak, jak to miało miejsce podczas poprzedniego pojedynku obu ekip na tym stadionie (pierwszą bramkę do szatni uzyskali po karnym, drugą zdobywając w ostatnich sekundach meczu po fatalnym błędzie Wandzika), ale jednak dominowali w tym spotkaniu nad naszym zespołem dość wyraźnie. Można oczywiście sobie pomarzyć, co by było, gdyby po świetnym zagraniu Jacka Ziobera, Tarasiewicz będąc w polu karnym sam przed Woodsem, trafił w piłkę i uzyskał dla biało-czerwonych prowadzenie, ale nie zmienia to faktu, że to zespół angielski uzyskał w tym meczu komplet punktów.

Niespełna miesiąc później Polacy pokonują w Stambule Turków 1:0 (ostatnie trafienie w ostatnim reprezentacyjnym występie Dziekanowskiego), a potem jeszcze na kilka dni przez świętami Bożego Narodzenia wygrywają towarzysko w Volos z Grekami (2:1) zapewniając sobie dość spokojną zimę. Niewątpliwie na uwagę zasługuje fakt, że reprezentacja Polski w 1990 roku aż 14 spotkań rozegrała na wyjeździe, a tylko 2 u siebie. Jakoś związek musiał przecież na siebie zarabiać. Jeśli coś na przestrzeni tego roku budowało nasze nadzieje na przyszłość, to remisowe, wyjazdowe potyczki przeciwko Belgom, Szkotom i Francuzom. Szczególnie ten ostatni pojedynek na Parc des Princes, przeciwko rosnącym w siłę podopiecznym Michela Platiniego, był cennym i dość udanym sprawdzianem dla biało-czerwonych (w ataku rywali wystąpił znakomity duet Cantona-Papin; debiutował w tym spotkaniu Emmanuel Petit, który osiem lat później walnie przyczyni się do wywalczenia przez trójkolorowych tytułu mistrza świata).

W 1991 roku czekały nas decydujące boje w eliminacjach mistrzostw Europy. Najpierw jednak trzy towarzyskie spotkania, raczej zdecydowanie bez błysku ze strony biało-czerwonych: w Belfaście 1:3 z Irlandią Północną, w Warszawie 1:1 z Finami (debiut w bramce Macieja Szczęsnego, który przecież niegdyś pod okiem Strejlaua miał ogromne problemy z wywalczeniem miejsca w składzie Legii), a w Ołomuńcu pokaźne lanie 0:4 w meczu z Czechosłowacją (w której składzie wystąpili znani później z naszych ligowych trenerskich ławek: kapitan rywali w tamtym spotkaniu - Kocian, oraz Hapal i Kubik). Szczególnie ten ostatni mecz, wsławiony efektownym lobem Moravcika, który niemal z połowy boiska pokonał przebywającego na murawie od zaledwie kilku minut Kazimierza Sidorczuka (golkiper Lecha wybitnie nie miał szczęścia podczas występów w swetrze narodowej reprezentacji) przysporzył selekcjonerowi wielu zmartwień. 17 kwietnia 1991 roku kibice polskiej reprezentacji znów przeżywali istną drogę przez mękę. Na stadionie w Warszawie zaledwie 3 tysiące widzów obserwowało nieporadność naszych graczy w eliminacyjnej konfrontacji z Turkami. Przełamanie przyszło dopiero na kwadrans przed końcem spotkania, kiedy to Ryszard Tarasiewicz, sprytnym strzałem z wolnego dał Polakom prowadzenie. Potem jeszcze Urban i Kosecki dołożyli po golu i całkiem efektownym wynikiem 3:0 udało się całkowicie niemal zakłamać niewesoły obraz gry naszego zespołu. Tego dnia nastąpiły również dwa dość istotne pożegnania dla kadry Strejlaua. Zbigniew Kaczmarek, wielokrotny kapitan tej drużyny, opuszczając w 64 minucie meczu murawę, rozstał się już na zawsze z reprezentacyjną przygodą. Reprezentacja Strejlaua pożegnała się także z warszawskim stadionem Legii, na którym mecze kadry wzbudzały dość znikome zainteresowanie.