Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 23 maja 2013
Requiem na lodzie. Anatomia upadku cz.II

Jegorow więc odchodzi, ale zostawia nasz hokej w naprawdę niezłej kondycji i na więcej niż  przyzwoitym miejscu w światowej hierarchii. Na zimowych igrzyskach w Innsbrucku w 1976 roku, już pod wodzą znakomitego niegdyś hokeisty – Józefa Kurka, nasi zawodnicy pokonują w preeliminacjach Rumunów, ale potem we właściwym turnieju przegrywają wszystkie mecze (choć wynik spotkania z Czechosłowacją zostaje zweryfikowany walkowerem z 1:7 na 1:0 dla Polaków). Ten najważniejszy już na inaugurację, mimo hattricku Tadeusza Obłoja z RFN 4:7. W Innsbrucku więc, podobnie jak 4 lata wcześniej w Sapporo, kończymy na 6 miejscu. To czwarta w historii (1948, 1952, 1972, 1976) i zarazem ostatnia tak wysoka lokata biało-czerwonych na turnieju olimpijskim.

W dwa miesiące po austriackiej olimpiadzie Polacy po raz pierwszy po wojnie przystępują do mistrzostw świata gr. A jako gospodarze. Kwietniowe mistrzostwa w Katowicach są specyficznym turniejem. Nasz zespół, który ma wówczas, jak się wydaje, niepowtarzalną wręcz szansę na zdobycie medalu (w czempionacie wciąż nie biorą udziału Kanadyjczycy), ostatecznie opuszcza jednak elitarne grono.

Ale najpierw jest ten dzień. Ten zupełnie wyjątkowy, najwspanialszy, najcudowniejszy w całych dziejach naszego hokeja dzień – 8 kwietnia 1976 roku. W meczu, który rozpoczął się o godzinie 20.30 na lodowisku w Katowicach, pokonaliśmy 6:4 prawdziwą, niemal nienaruszalną hokejową potęgę, reprezentację ZSRR, która na 13 turniejach bezpośrednio poprzedzających ten rozgrywany na Śląsku wywalczyła aż 12 złotych medali (ogólnie w całej historii swego uczestnictwa w wielkich hokejowych imprezach, czyli w latach 1954-1991 drużyna radziecka nigdy nie zeszła poniżej brązu; na MŚ 22 razy zdobywała złoto, 7 razy srebro, 5 razy brąz; na IO 7 razy złoto, 1 srebro, 1 brąz), zespół aktualnych wówczas mistrzów świata i mistrzów olimpijskich, który od dziesięcioleci zdawał się być absolutnie poza zasięgiem naszych graczy. A jednak w Katowicach wydarzył się tego wieczora prawdziwy hokejowy cud. Już sam fakt strzelenia radzieckiej drużynie aż sześciu goli w jednym meczu był czymś niezwykłym (do tamtej pory zdarzyło się zaledwie trzykrotnie, by udało się którejś drużynie strzelić w turniejowym pojedynku z ZSRR więcej niż pięć bramek; dwukrotnie sztuka taka powiodła się Czechosłowacji w 1961 i 1974 r. i raz Kanadzie w 1960 r.). Gdy ogląda się po latach tamto spotkanie, nawet dziś trudno uwierzyć, że Polacy potrafili kiedyś tak fenomenalnie, tak porywająco grać w hokeja. Zespół, który jeszcze 2 miesiące wcześniej zlał nas w Innsbrucku 16:1, teraz sam został rozbity przez tych samych właściwie polskich zawodników. Prowadziliśmy już w pewnych momentach spotkania 4:1, 5:2 i 6:3, by ostatecznie pokonać radziecką drużynę 6:4. Wspaniały hattrick Wiesława Jobczyka, dwa trafienia Mieczysława Jaskierskiego (jeden z naszych trzech najlepszych strzelców wszechczasów na turniejach elity), jedno Ryszarda Nowińskiego. Ten rezultat był tak niewiarygodnie niesamowity, że niektórzy hokeiści nawet po latach przyznają, że gdy tamtego wieczora przyjechali po meczu do hotelu, nawet wówczas jeszcze nie dotarło do nich, że to co się stało na katowickim lodzie, wydarzyło się naprawdę (wielu naszych graczy, z nadmiaru emocji, nie potrafiło potem w ogóle tej nocy zasnąć). Ale wydarzyło się! Popełniając polityczny nietakt wobec czerwonego Wielkiego Brata zza wschodniej granicy, odnieśliśmy nasze jedyne w historii, ale za to jakże wspaniałe hokejowe zwycięstwo nad ZSRR.

 

Po takim otwarciu, apetyty naszym kibicom znacznie się wyostrzyły. Jednak już nazajutrz sprowadził nas na ziemię późniejszy triumfator imprezy – zespół Czechosłowacji, gromiąc gospodarzy 12:0. Jednak już 11 kwietnia Katowice znów opływają w pociechę, albowiem nasi hokeiści ponownie wygrywają 6:4, pokonując tym razem NRD. Pierwsza, naprawdę ważna porażka biało-czerwonych na tym turnieju przychodzi następnego dnia. Tym razem naszym rywalem są Niemcy z zachodniej części kraju. Choć to my, po bramce Leszka Kokoszki obejmujemy prowadzenie w tym spotkaniu, to jednak po końcowej syrenie triumfuje RFN, wygrywając 5:3. Przegrywamy też z USA 2:4 oraz ze Szwecją 1:4, zdobywając punkt jeszcze tylko na Finlandii 3:3 (choć jeszcze po pół godzinie gry prowadzimy z Suomi 3:1, ale potem w ciągu 45 sekund tracimy aż dwa gole). Znów lokujemy się na 5 miejscu i tak niewiele przecież nam zabrakło, by wedrzeć się do finałowej wielkiej czwórki. Tym razem jednak, zajęcie wysokiej 5 lokaty w zreformowanej ośmiozespołowej już grupie A, wcale nie gwarantuje pozostania w niej. Rozgrywki toczą się dalej, a Polacy którzy byli przecież o krok od pierwszej czwórki, zmuszeni są teraz walczyć o utrzymanie się w elicie. Najpierw po ekscytującej pogoni za rywalem (ze stanu 0:3) pokonujemy NRD 5:4. Potem, nieco pechowo dzielimy się punktami z Finlandią (nie wystarcza hattrick Kokoszki, remisujemy 5:5, choć przez niemal całe spotkanie to biało-czerwoni prowadzili, w pewnym momencie nawet 3:1). Wystarczy jednak byśmy tak samo podzielili się punktami w ostatnim meczu z RFN, a wszystko będzie ok. Niestety 24 kwietnia 1976 roku zabrakło nam w Katowicach dosłownie 21 sekund, by utrzymać nie tylko remis 1:1, ale i całą naszą reprezentację w elitarnym gronie. Niestety, nie udaje się. Niemcy również w hokeju walczą do końca. Polacy zajmują przedostatnie, 7 miejsce i wraz z NRD opuszczają grupę A. Jobczyk i Kokoszka uzyskują na katowickich mistrzostwach po 6 trafień, Ziętara gromadzi ich na swoim koncie 5.

Na zapleczu elity zagrzejemy miejsce przez dwa sezony. Udaje nam się awansować na marcowym belgradzkim turnieju grupy B w 1978 roku (m.in. efektowne zwycięstwa nad Szwajcarią 8:1, Włochami 12:2, Norwegią 9:4). Na moskiewskim turnieju elity w 1979 roku, prowadzona przez czeskiego szkoleniowca Slavomira Bartona, polska drużyna wstydu na pewno nie przynosi. Choć utrzymać się jej wśród najlepszych nie udaje. Przegrywamy z gospodarzami 0:7, ale już Szwecji stawiamy się zadziwiająco dzielnie, ulegając zaledwie 5:6. Remisujemy też z RFN 3:3. W bojach o pozostanie w grupie A, Polacy m.in. remisują z USA 5:5 (szkoda tego meczu, bo jeszcze po pół godzinie gry prowadziliśmy 5:3) i nieznacznie ulegają Finlandii.

Kolejną szansę do konfrontacji z najlepszymi nasi hokeiści mają jednak już po niespełna roku. Na igrzyskach olimpijskich w Lake Placid, Polacy odnoszą jeden naprawdę znakomity rezultat. 12 lutego 1980 roku biało-czerwoni, po dwóch trafieniach Andrzeja Zabawy (najskuteczniejszy strzelec naszej kadry w całej jej historii – 99 goli) i Kokoszki oraz jednym Jobczyka (łącznie 88 goli dla kadry i drugie miejsce w klasyfikacji wszechczasów), odnoszą ostatnie jak do tej pory zwycięstwo w konfrontacji z reprezentacją Finlandii (5:4). Potem przychodzą trzy porażki (Kanada 1:5, ZSRR 1:8, Holandia 3:5) i zwycięstwo nad Japonią 5:1, co daje Polakom 7 miejsce na turnieju olimpijskim.

Na kolejne konfrontacje z najlepszymi Polacy muszą jednak poczekać aż do następnych igrzysk. Nie udaje nam się bowiem przebić do hokejowej elity na trzech kolejnych mistrzostwach gr. B. Na olimpijskim, dwunastodrużynowym turnieju w Sarajewie, biało-czerwonym udaje się zwyciężyć jedynie z gospodarzami imprezy. We wspomnianym pojedynku z Jugosławią, efektownie wygranym 8:1, swój hattrick kompletuje Jerzy Christ (uzbierał na tych igrzyskach łącznie 5 trafień). Polacy przywożą z Sarajewa 8 lokatę.

W marcu 1985 roku, na turnieju w szwajcarskim Fryburgu, znów dla polskiego hokeja wychodzi słońce. Biało-czerwoni pozwalają tam ze sobą zremisować (2:2) jedynie Helwetom i pewnie wkraczają w upragnione progi grupy A. Powrót naszych hokeistów do elity jest iście piorunujący. 12 kwietnia 1986 roku na moskiewskim lodowisku Polacy odnoszą ogromny sukces, wywalczając swe jedyne w dziejach turniejowe zwycięstwo nad reprezentacją Czechosłowacji. Na dwa trafienia Jerzego Christa, odpowiedzieć zdoła jedynie Petr Rosol 10 minut przed końcem spotkania. Zwycięstwo biało-czerwonych nad aktualnymi wówczas mistrzami świata 2:1 jest prawdziwą megasensacją. Niemal równo 10 lat po słynnej katowickiej wiktorii nad ZSRR, znów odnosimy fantastyczne zwycięstwo, które stanowi jedną z najcenniejszych zdobyczy polskiego hokeja w całej jego historii.

 

Nie wystarcza ona jednak do utrzymania się w grupie A. Podopieczni Leszka Lejczyka przegrywają bowiem swoje kolejne mecze (m.in. ZSRR 2:7, Kanada 3:8, Finlandia 2:4). Szkoda szczególnie pojedynku z USA (5:7), w którym jeszcze tuż przed końcem drugiej tercji prowadzimy 4:2, ale ostatecznie ulegamy Amerykanom. Pożegnalne spotkanie, zremisowane po zaciętej walce z RFN 5:5 nie uratuje polskiego bytu w elitarnym gronie. Wiosną 1987 roku we Włoszech biało-czerwoni znów stają więc w szranki na światowym, hokejowym zapleczu, gdzie wywalczają sobie jednak błyskawiczny powrót do grupy A.

Igrzyska olimpijskie w Calgary są kolejną wspaniałą okazją, by skonfrontować się z najlepszymi. 14 lutego 1988 roku w obecności 17 000 widzów na Olympic Saddledome Polacy w nadspodziewanie minimalnych rozmiarach przegrywają z gospodarzami turnieju – Kanadyjczykami, tylko 0:1. Dwa dni później 16 lutego wprawiają wszystkich w jeszcze większe osłupienie, sensacyjnie remisując, z późniejszymi brązowymi medalistami tej imprezy – Szwedami 1:1. Wyrównującą bramkę w tym spotkaniu strzela dla Polaków, znajdujący się w wyśmienitej dyspozycji, Jarosław Morawiecki.

 

Morawiecki dołoży też swoje trafienie w następnym, gładko wygranym przez Polaków pojedynku z Francuzami (6:2). Jednak na tym meczu, w pewnym sensie, kończy się dla biało-czerwonych olimpijski turniej. Po zwycięstwie nad trójkolorowymi bowiem, Morawiecki zostaje wylosowany do kontroli antydopingowej, która wykazuje w organizmie polskiego zawodnika niedozwolone środki dopingujące. Morawiecki kończy swój udział na igrzyskach dyskwalifikacją, wynik zostaje karnie zweryfikowany na 0:2 dla Francuzów, a z polskiej drużyny momentalnie uchodzi powietrze. Turniej, który zaczął się jak z bajki, nagle przemienia się w pasmo kolejnych porażek. Nasi hokeiści przegrywają trzy kolejne spotkania i miast bić się o najwyższe cele (a wielu uważa, że właśnie wtedy, właśnie na tym turnieju było to możliwe) plasują się ostatecznie na 10 lokacie.

Na mistrzostwach świata grupy A w Sztokholmie, w kwietniu 1989 roku, Polacy przegrywają swoje mecze z każdym z wielkiej szóstki. W fazie grupowej udaje nam się pokonać po emocjonującym boju reprezentację RFN 5:3. Jednak w decydującej batalii o pozostanie w gronie najlepszych ulegamy 30 kwietnia 1989 r. tymże samym Niemcom 0:2. To ważny moment w historii naszego hokeja. Już nigdy potem nie zagramy w ośmiozespołowym elitarnym gronie (grupa A zostanie po kilku latach powiększona do 12 zespołów). Już nigdy potem nie zajmiemy tak wysokiego, 8 miejsca w hokejowej światowej hierarchii. Już nigdy potem nie dane nam będzie zmierzyć się w wielkich turniejowych grach z drużynami ZSRR, Czechosłowacji czy Kanady (pierwsi i drudzy, co prawda, niebawem przestaną jako byty państwowe istnieć, lecz Kanada przecież istnieje po dziś dzień i ma się całkiem dobrze). Hokejowy świat zacznie nam odjeżdżać, a brak konfrontacji z najlepszymi będzie tę przepaść między nami a elitą, z roku na rok, coraz bardziej pogłębiał.

Jednak nim to się stanie, uda się Polakom jeszcze dwukrotnie posmakować udziału w wielkim święcie hokeja. Po nieudanej próbie powrotu do elitarnego grona na MŚ gr. B w 1990, z pomocą biało-czerwonym przychodzi reforma mistrzowskich rozgrywek, powiększająca grupę A do 12 zespołów. Choć na turnieju w Lublanie biją nas już i Francuzi, i Włosi, i Norwegowie, to jednak 29 marca 1991 r. udaje się Polakom pokonać Austriaków 2:1, dzięki czemu to my załapujemy się na czwarte, ostatnie premiowane awansem do zreformowanej elity miejsce.

Zimą 1992 roku uczestniczymy jeszcze w turnieju olimpijskim w Albertville. We Francji biało-czerwoni przegrywają sześć kolejnych spotkań (najwyżej 1:9 z Finlandią) i dopiero w meczu o przedostatnie miejsce, pokonują Włochów 4:1. Efektowne zwycięstwo w Meribel, odniesione 20 lutego 1992 roku nad Italią jest ostatnim, jak do tej pory, występem naszych hokeistów na igrzyskach, a bramka uzyskana przez Józefa Adamca, ustalająca wynik tamtego spotkania, ostatnim polskim trafieniem na olimpiadzie. Warto podkreślić, że w tym ostatnim olimpijskim balu naszego hokeja zdążył jeszcze wziąć udział młodziutki wówczas, wychowanek GKS Tychy, późniejsza gwiazda NHL - Mariusz Czerkawski.

Rozegrane 2 miesiące po francuskich igrzyskach, mistrzostwa świata gr. A na lodowiskach Pragi i Bratysławy, jeszcze bardziej obnażyły coraz większy dystans dzielący nas od najlepszych. I tak, jeśli w Albertville przegraliśmy ze Szwedami 2:7, tu było już 0:7, jeśli na IO z Finlandią 1:9, tu 2:11, jeśli tam z USA 0:3, tu 0:5, jeśli tam z Niemcami 0:4, tu 1:11. Od początku jednak było wiadomo, że dla Polaków na turnieju rozgrywanym u naszych południowych sąsiadów, liczy się głównie grupowy pojedynek z Włochami, których pokonanie absolutnie leżało w zasięgu biało-czerwonych (czego zresztą dowiedli kilkadziesiąt dni wcześniej na IO). Choć prowadzimy już z Italią nawet 3:1, i potem jeszcze na 10 minut przed końcem 5:4, to jednak w tych ostatnich 10 minutach tracimy aż 3 gole i mamy już tylko jedną, ostatnią szansę na utrzymanie się w elicie. 6 maja 1992 roku przegrywamy ją jednak, ulegając na lodowisku w Pradze Francuzom 1:3. Gol Krzysztofa Kuźniecowa, dający nam zresztą prowadzenie w tym spotkaniu, okaże się być ostatnim polskim trafieniem w grupie A przez całe najbliższe 10 lat!

Spadamy więc do grupy B. Jedziemy jednak na wiosenny turniej do Holandii jako zdecydowany faworyt rozgrywek i niemal pewniak do zaliczenia szybkiego powrotu do elity. Pamiętam atmosferę tamtych dni, bo większość znających się na rzeczy kibiców w naszym kraju, doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli nie wywalczymy powrotu do grupy A teraz – na wiosnę 1993 roku, możemy do niej nie wrócić już nigdy. Nad pozycją polskiego hokeja na międzynarodowej arenie zaczęły się bowiem zbierać czarne chmury, które nieubłaganie nadciągały nad nasz rodzimy, lodowy mikroświatek. Ich źródło tkwiło w ważnych wydarzeniach politycznych ówczesnej epoki, a mianowicie w ważkim procesie rozpadu ZSRR oraz CSRS. Rozpad ów miał również swoje konsekwencje czysto sportowe. W segmencie hokejowym przejawiał się on w zjawisku wielce niekorzystnym dla polskiej reprezentacji. Oto bowiem, z dwóch niekwestionowanych potęg, czyli zespołów Związku Radzieckiego i Czechosłowacji, wypączkowało aż kilka bytów, które swym potencjałem w lodowej dyscyplinie wyraźnie przerastały biało-czerwonych. Słowacja, Łotwa, Białoruś, Kazachstan, Ukraina powoli nadciągały ze swymi siłami, by uprzykrzyć Polakom ich hokejowy los. Co więcej, z dwóch ekip niemieckich - RFN i NRD, które choć na ważnych turniejach częściej z nami wygrywały niż przegrywały, to jednak obie absolutnie pozostawały w zasięgu polskiej drużyny, wyłoniła się wspólna reprezentacja zjednoczonych Niemiec, z którą nasz zespół raczej nie miał zazwyczaj większych szans na nawiązanie równorzędnej walki.

A więc późnym marcem 1993 roku miało się poczucie pewnego fin de siecle w polskim hokeju, a zarazem przekonanie o powadze chwili - albo uda nam się wskoczyć na odpływający właśnie okręt o nazwie Elita, albo zniknie nam on w dali na zawsze. Jednym słowem: teraz albo nigdy. Polacy wciąż byli jeszcze wówczas dość mocną ekipą, zresztą mówiąc uczciwie najlepszą na turnieju w Eindhoven. Biało-czerwoni podopieczni łotewskiego trenera Ewalda Grabowskiego bardzo wyraźnie rozjeżdżali wszystkich rywali (m.in. Chiny 21:1, Rumunia 13:0, Bułgaria 13:2, Japonia 7:1, Holandia 7:1, Dania 7:3). Potknęli się tylko raz, jeden jedyny raz – na samym początku, w meczu otwarcia przeciwko drużynie, która jak się wydawało będzie outsiderem w tych rozgrywkach. 25 marca 1993 r. stało się coś bardzo istotnego dla przyszłości naszego hokeja. Polacy zlekceważyli zawodników z Wysp (Wielka Brytania była beniaminkiem, który właśnie awansował z grupy C) i przegrali niespodziewanie 3:4. Nie udało się już tej wpadki nadrobić do końca turnieju. Mimo, że biało-czerwoni szli dalej jak burza, a Brytyjczycy mieli ogromne problemy niemal w każdym kolejnym meczu, nawet z najsłabszymi zespołami, to jednak udało im się uciułać komplet punktów i sensacyjnie zdystansować Polaków w walce o przepustki do grupy A. Wiedzieliśmy, że teraz z roku na rok, będzie już coraz gorzej, coraz trudniej, że stopniowo dochodzić będę kolejni mocni rywale, którzy na razie są zmuszeni przebijać się przez sito kolejnych eliminacji, nim staną nam na drodze. Jeszcze we wrześniu 1993 roku na turnieju kwalifikacji olimpijskich w Sheffield, biało-czerwoni staczają wspaniały pojedynek, wywalczając wręcz sensacyjny remis ze Słowacją 4:4. Jednak wyraźnie przegrywają z Łotwą (2:6), co sprawi że po raz pierwszy od 26 lat zabraknie naszych hokeistów na igrzyskach olimpijskich.

Potem jest już tylko gorzej. Na mistrzostwa gr. B w 1994 roku docierają już Łotysze, nie pozostawiając nam żadnych złudzeń (0:7). Po roku jest już na nich i Słowacja, która tym razem rozbija nas aż 10:0. Na mistrzostwach w 1996 roku zajmujemy dopiero 5 miejsce na zapleczu elity. Podobnie jest rok później, na turnieju w Katowicach i Sosnowcu. Co ciekawe nawet tak wybitny trener jak Ludek Bukac (odnosił medalowe sukcesy na MŚ i IO z reprezentacją Czechosłowacji, prowadził też narodowe zespoły Niemiec, Austrii i Czech), zatrudniony na naszym selekcjonerskim stołku, nie potrafi powstrzymać procesu pikowania reprezentacji biało-czerwonych. Przeciwnie, w 1998 roku, miast bić się o awans, Polacy są poważnie zagrożeni degradacją do grupy C. Sytuacja powtarza się również rok później, gdy biało-czerwoni przegrywają swoje wszystkie mecze i dopiero zwycięstwo w bezpośrednim starciu z Węgrami ratuje ich byt w grupie B. W przeciągu 6 lat pozycja polskiego hokeja na międzynarodowej arenie traci na wartości niemal dwukrotnie. O ile w 1992 roku, gdy spadamy z grupy A, jesteśmy jeszcze na 12 miejscu na świecie, to w 1998 r. plasujemy się już na 23 lokacie i jesteśmy przeszczęśliwi, że w ogóle udało się nam utrzymać na zapleczu elitarnego grona. Biało-czerwony hokej zaczyna staczać się po równi pochyłej. Gdyby zdystansowały nas tylko i wyłącznie kraje, które wyłoniły się na hokejowej mapie świata po rozpadzie ZSRR i Czechosłowacji, to byłoby jeszcze całkiem nieźle, tym bardziej, że przecież można się było tego spodziewać. Ale hokejowy świat odjeżdża nam coraz bardziej i coraz liczniejszą watahą. Elitarne grono uciekło nam już dawno i próżno by szukać nawet śladów ich łyżew pozostawionych na tafli. Jednak, co jest prawdziwym problemem, odjechali nam również ci, których jeszcze do niedawna Polacy najczęściej bez większego problemu ogrywali (Szwajcaria, Włochy, Norwegia, Austria, Słowenia, Dania). Na mistrzostwach świata gr. B rozgrywanych w 2000 roku na taflach w Katowicach i Krakowie, udaje się Polakom odnieść jeden naprawdę sensacyjny i znakomity rezultat, pokonując Niemców 6:2. Jednak biało-czerwonych stać już wyłącznie na takie jednorazowe zrywy. Wiktoria nad niemieckim zespołem nic nam nie daje w obliczu kolejnych porażek, poniesionych z zespołami, teoretycznie przynajmniej, znacznie od Niemców słabszymi.

A jednak i dla naszego hokeja wychodzi na krótko słońce. Podczas kwietniowego turnieju (zreformowanej grupy B, która zwie się teraz Dywizją I), rozgrywanego w 2001 roku w Grenoble, Polacy przegrywają co prawda z Francuzami, jednak zwycięstwa odniesione nad wszystkimi pozostałymi rywalami, przy równoczesnym potknięciu się gospodarzy w meczach z Holendrami i Węgrami, zapewniają podopiecznym Wiktora Pysza upragniony awans do elity. Ponowne, wyczekiwane przez równo dekadę wdarcie się reprezentantów Polski na hokejowe salony, spowodowane było głównie faktem przeprowadzenia kilka lat wcześniej reformy grupy A, powiększającej ją do 16 drużyn.

Po niemal równo 10 latach, na szwedzkich lodowiskach, znów możemy śledzić występy naszych hokeistów pośród najlepszych. W rozgrywkach fazy grupowej, Polacy nie potrafią strzelić nawet gola, ulegając wyraźnie Słowacji (0:7), Finlandii (0:8) i Ukrainie (0:3). W meczach o utrzymanie się w grupie A, biało-czerwoni grają całkiem solidnie. Aż zaskakująco pewnie pokonują w Jonkoping Włochów (5:1), a pierwszą radość z ponownego strzelenia przez polski zespół gola w elitarnym gronie, funduje kibicom jedyny polski zdobywca Pucharu Stanleya (z New Jersey w 2000 roku), zawodnik który zaliczył niemal pół tysiąca spotkań w NHL – Krzysztof Oliwa. Następnego dnia, 3 maja 2002 roku, Polacy przegrywają swą szansę na pozostanie w elicie, ulegając Słowenii 2:4. Choć mecz z Japonią biało-czerwoni  pewnie wygrywają (5:2), zajmując ostatecznie w turnieju 14 miejsce, to jednak na skutek regulaminu gwarantującego zawodnikom z kraju kwitnącej wiśni, jako reprezentantowi Azji, pozostanie w gr. A, to polscy hokeiści spadają na zaplecze. Bramka uzyskana w tym meczu na 5:1 przez Mariusza Czerkawskiego w 48 minucie spotkania rozgrywanego 5 maja 2002 roku na lodowisku w Jonkoping, jest ostatnim, jak do tej pory, polskim trafieniem na mistrzostwach świata grupy A. Mariusz Czerkawski najlepszy polski hokeista wszechczasów, niekwestionowana gwiazda ligi NHL (uczestnik All Star Game w 2000 roku), w której przez kilkanaście lat (Boston Bruins, Edmonton Oilers, New York Islanders, Montreal Canadiens, Toronto Maple Leafs) wystąpił w 787 meczach, uzyskując w nich 223 gole i 227 asyst, symbolicznie spiął pewne rzeczy klamrą. Będąc młodziutkim zawodnikiem, wychowanek GKS Tychy, zdążył jeszcze zaliczyć udział w ostatkach naszego wielkiego imprezowania, uczestnicząc na igrzyskach olimpijskich oraz mistrzostwach świata gr. A. w 1992 roku. Po równo 10 latach dane mu było raz jeszcze, po raz ostatni niestety, posmakować wielkiej imprezy w reprezentacyjnym stroju. Wypada tylko żałować, że tak znakomitemu zawodnikowi, nie dane było grać regularnie ze swą narodową drużyną pośród najlepszych. Wypada też żałować, że Mariusza Czerkawskiego polski hokej miał tylko jednego.

mc 

 

Naszej reprezentacji znów więc nie chcą w elicie. Przez kilka następnych lat, próbujemy jeszcze się tam przebić, ale zawsze przegrywamy ostatecznie rywalizację, a to z Kazachstanem, a to z Norwegią, a to z Austrią, a to Francją, a to z Włochami, a to z Ukrainą itd. itp. I choć od tamtych, szwedzkich mistrzostw świata z 2002 roku, minęło już aż 11 turniejowych wiosen, to wciąż jeszcze, po dziś dzień oczekujemy na powrót naszych hokeistów do grona najlepszych. Jest to oczekiwanie, już teraz, najdłuższe w całych dziejach naszego hokeja i niestety, co gorsza, coraz bardziej beznadziejne. Bądźmy tu bowiem szczerzy do bólu - na ów wymarzony powrót w najbliższym czasie absolutnie się nie zanosi. Co więcej, 81 lat po pamiętnych, krynickich przedwojennych mistrzostwach świata, na których wywalczyliśmy 4 miejsce, Krynica była świadkiem pierwszego w historii występu Polaków w dywizji I B, czyli nazywając rzecz po imieniu, w dawnej grupie C. Mało tego, podczas tego turnieju, 21 kwietnia 2012 roku na własnym lodowisku przegraliśmy awans na zaplecze elity z hokeistami Korei Południowej, których jeszcze 8 lat wcześniej gromiliśmy w Gdańsku 9:0. Uciekli nam więc już nie tylko najlepsi, nie tylko ci, którzy gonią najlepszych, ale uciekły nam już dawno również takie zespoły jak Węgry, których jeszcze całkiem niedawno ogrywaliśmy bardzo łatwo i bardzo wysoko, a teraz uciekają nam nawet Koreańczycy, którzy w mistrzostwach świata dawnej grupy C wygrywają z nami na naszym lodowisku. Reprezentacja Polski, która jeszcze 38 lat temu okupowała 5 miejsce na świecie, teraz kręci się w okolicach miejsca 25. Wielu uznało porażkę z Koreą Południową (drużyna ta przecież, jeszcze całkiem niedawno, skupiała się raczej na rywalizacji z takimi hokejowymi ‘tuzami’ jak Meksyk, RPA czy Nowa Zelandia), jako ten arcybolesny, lecz ważny moment osiągnięcia wreszcie dna, od którego można się już tylko odbić.

 

Czy proces odbijania się został już zainicjowany? Może wyjdę na naiwnego, utknęliśmy przecież od dwóch lat w światowej trzeciej lidze - ale pragnę wierzyć, że tak, że coś się wreszcie ruszyło. Oczywiście proces ten, jeśli rzeczywiście właściwym ludziom starczyłoby woli, determinacji i konsekwencji, będzie przebiegał powolutku, stopniowo i awansu do elity raczej nie możemy się spodziewać w najbliższych kilku, a może nawet i kilkunastu latach. Jednak mam wrażenie, że pewne delikatne przebiśniegi nadziei gdzieś tam się wreszcie pojawiły, i że kierunek reform, jaki został zarysowany, wydaje się być właściwy, przemyślany, rozważny i perspektywiczny. Mamy wreszcie znakomitych trenerów kadry, takich z naprawdę najwyższej półki, niekoniecznie odrywanych od pracy, jak to drzewiej bywało, w trzeciej lidze szwedzkiej. Dopóki Igor Zacharkin i Wiaczesław Bykow (duet ten wywalczył dwukrotnie mistrzostwo i raz wicemistrzostwo świata z reprezentacją Rosji, a wielu ludzi związanych z europejskim hokejem dziwuje się niepomiernie, że osoby o takiej renomie zdecydowały się w ogóle na pracę u nas) będą się kręcić przy polskim hokeju, przy naszych reprezentacjach, dopóki będzie ich w tym wspomagał Mariusz Czerkawski, mamy chyba gwarancję, że będzie trwała próba reanimacji tej dyscypliny sportu w naszym kraju i albo pacjent umrze, albo ożyje i powróci do zdrowia. Pragnę wierzyć, że realne jest to drugie rozwiązanie. Jest tajemnicą poliszynela, że jedną z największych bolączek naszego hokeja, i powtarzają to od lat, jak mantrę wszyscy, którzy choć trochę znają się na rzeczy - jest utrata jakiejkolwiek choćby namiastki kontaktu naszych hokeistów z najlepszymi. Ze łzą rozrzewnienia w oku można dziś wspominać przypadek ikony polskiego hokeja Henryka Grutha (rekordowa ilość występów w kadrze; jako jedyny Polak przyjęty do Galerii Sław IIHF), który wystąpił na czterech turniejach olimpijskich tylko dlatego, że z udziału w piątym wykluczyła go kontuzja. Z obecnej kadry jeszcze tylko Leszek Laszkiewicz pamięta smak udziału w turnieju elity. Dla większości naszych zawodników mecz z Ukrainą o awans z Dywizji I B jest tak naprawdę jedynym ważnym meczem o stawkę z silnym rywalem w całym sezonie, co sprawia potem, że nasi zawodnicy nawet prowadząc już na lodowisku - boją się, że mogą wygrać. Dlatego bezcenną byłoby rzeczą, gdyby doszło do skutku zapowiadane wprzęgnięcie którejś z polskich drużyn do rozgrywek KHL, czy nawet austriackiej EBEL. Prędzej czy później zaowocowałoby to dla naszej reprezentacji, dla naszego hokeja. Nie deprecjonowałbym przy tym, jak to czynią niektórzy, możliwości ewentualnego udziału naszego zespołu w rozgrywkach ligi austriackiej (choć oczywiście renoma KHL jest zdecydowanie bardziej przekonująca). Przypatrzmy się bowiem procesowi budowania, mocniejszych dziś od naszej, reprezentacji Słoweńców i Węgrów. Droga ich wiodła głównie, choć oczywiście nie tylko, poprzez mozolne, długotrwałe ogrywanie się drużyn z tych krajów właśnie w lidze austriackiej.

Hokej na lodzie jest sportem trudnym, wymagającym, a przy tym dość drogim, ale równocześnie fantastycznym, emocjonującym, wspaniałym. A nasz hokej potrzebuje sukcesu jak tlenu. Gdyby on się pojawił, jestem spokojny o to, że na jego fali, tropem siatkówki czy piłki ręcznej, polski hokej poszybowałby w górę, umocnił się, odbudował swoją pozycję, wypracował odpowiednią koniunkturę. Jednak aby w osiągnięciu tego sukcesu sobie dopomóc, należy najpierw wieloletnią, wytrwałą, mądrą, solidną pracą u podstaw, przygotować właściwy ku temu grunt. Odnoszę wrażenie, i oby nie było ono rozczarowująco zawodne, że praca nad gruntem powoli się rozpoczyna. Jak długo ona potrwa i jakie efekty przyniesie? Pożyjemy – zobaczymy. Nie ulega jednak wątpliwości, że pięknie byłoby kiedyś móc ponownie przeżyć choćby namiastkę tych emocji, jakie bywały w przeszłości udziałem polskiego hokeja podczas konfrontacji z najlepszymi na świecie. Obyśmy jeszcze doczekali takich chwil, czego nam wszystkim życzę!

pol ussr

 Requiem na lodzie. Anatomia upadku - cz. I

poniedziałek, 20 maja 2013
Tak blisko, tak daleko

Już się wydawało, że będzie cenny remis i nadzieje na mistrzostwo zatlą się chwilę dłużej. A tu nagle... bach! W miniony weekend doszło do rozstrzygnięć w lidze serbskiej i bułgarskiej, które mogą zadecydować o mistrzostwach w tamtejszych ligach. Moment rozstrzygnięcia - 90. minuta.

Tego samego dnia, niemal o tej samej godzinie.

Najpierw Bułgaria (godz. 18.00). Levski Sofia (wicelider, 64 punkty) podejmował u siebie mistrza kraju 2012 - Ludogorec Razgrad (lider, 66 punktów), kolejka nr 28/ 30. Trybuny pełne, race, śpiewy, pełen zestaw.

Cały mecz przeważa Ludogorec, przyjezdni mają sporo okazji i chyba wierzą, że nic złego im się nie stanie w stolicy. Tymczasem... w ostatniej akcji meczu piłka wpada do siatki gości po... samobójczym strzale - odbiciu futbolówki - przez Holendra Mitchella Burgzorga. Trybuny w amoku, piłkarze Lewskiego w amoku, zawodnicy Ludogorca płaczą...

Niemal równolegle (godz. 18.30) rozstrzygały się losy mistrzostwa Serbii (kolejka nr 28/30). Na dodatek działo się to w świętych derbach Belgradu. Partizan (lider, 64 pkt) mierzył się z Crveną Zvezdą (wicelider, 62 pkt). Przez całe spotkanie toczył się wyrównany bój. W ostatniej minucie spotkania sędzia dyktuje rzut wolny dla Partizana. Do piłki podchodzi 21-letni Milos Jojic i... trafia! Partizanowi trudno będzie teraz odebrać tytuł mistrzowski, a samemu strzelcowi... tytuł mesjasza:)

Na ligowy czempionat pracuje się przez cały sezon, ale najbardziej chyba boli, gdy oddala się on tak gwałtownie w ostatniej minucie spotkania.

P.

środa, 15 maja 2013
Niepokój Benfiquistas

Wyobrażam sobie jak się denerwują. Na pewno nie spali przez całą noc. Od rana nie mogą sobie znaleźć miejsca. Zrobili sobie kawę, ale o niej zapomnieli i wystygła. Potem udawali, że czytają, w tle gdzieś pewnie majaczyło radio. Jadąc do pracy pewnie pruli na długich światłach i zaciągniętym ręcznym, ani chybi spowodowali też niejedną stłuczkę. Zresztą wyjście do pracy jest dziś właściwie bez sensu, bo możliwość skupienia się na czymkolwiek pozostaje bliska zeru. Najlepiej byłoby chyba cały dzień coś kserować albo przepuszczać przez niszczarkę. Trudno się żyje, gdy umysł zmaga się z tyloma pytaniami, od których zależy być albo nie być.

Jak ustawić zespół? Jak poradzić sobie z Fernando Torresem?

"Mamo, nie teraz, teraz nie mogę rozmawiać!".

Jak unieszkodliwić Victora Mosesa? Jak bić jedenastki w ewentualnym konkursie rzutów karnych? Miliony pytań wprawiają duszę już nawet nie w drganie, ale w prawdziwy dygot.

Kochają do szaleństwa, tak jak kocha się w młodości. Zwycięstwa traktują jak sukcesy własnego dziecka. Porażki strącają ich do piekła i sprawiają, że zalewają się w trupa w podłych barach. Benfiquistas. Fanatyczni kibice Benfiki Lizbona. Podobno najlepsi na świecie, w co jestem w stanie uwierzyć po wizycie w stolicy Portugalii.

W oczekiwaniu na dzisiejszy finał Chelsea Londyn - Benfica Lizbona warto obejrzeć jeden z najciekawszych sportowych dokumentów ESPN i zarazem najciekawszy dokument o kibicach. Opowieść o podwożeniu Eusebio na lotnisko i upijaniu się z policjantami to świadectwa miłości, niczym "Dzieje Tristana i Izoldy" albo "Cierpienia młodego Wertera". Polecam bardzo.

P.

Czytaj także:

Obrigado Portugal: Futbol, Fatima, fado

Obrigado Portugal: Benfica Lizbona

Obrigado Portugal: Sporting Lizbona

Obrigado Portugal: Braga się modli i gra

poniedziałek, 13 maja 2013
Nagrody postkolonialne

We Francji i Belgii właśnie przyznano nagrody dla najlepszych zawodników z Afryki odpowiednio - w lidze francuskiej oraz belgijskiej.

We Francji wywalczył je znany i lubiany za występy w Pucharze Narodów Afryki 2012 reprezentant Gabonu Pierre-Emerick Aubameyang (19 goli w 35 meczach).

W Belgii z kolei triumfował Senegalczyk Mbaye Leye z Zulte Waregem (16 goli w 37 meczach).

 

Sam nie wiem dlaczego, ale wyróżnienia te wydają mi się wyjątkowo przewrotne.

Pierwsza interpretacja, dziwna. Zawodników z Afryki jest w obu ligach wielu, więc trzeba ich wyróżniać osobno. Ot, takie nagrody dla mniejszości. Idąc tym tropem wypadałoby wyróżniać najlepszych przybyszy z Ameryki Południowej na Ukrainie i najwybitniejszych zawodników z Meksyku grających w MLS. Dziwne? Trochę cudaczne.

Druga interpretacja, też dziwna. Zarówno Francja, jak i Belgia miały kiedyś w Afryce solidne kolonialne latyfundia i teraz honorując zawodników z Czarnego Lądu, z jednej strony dowartościowują przybyszów ("pamiętamy, że tu jesteście, tworzymy jedną wielką i zobaczcie jak Was szanujemy"), ale z drugiej strony dyskretnie podkreślają ich odrębność i jeszcze subtelniej wskazują, że wciąż - być może już tylko w głowach - Afrykanie są powiązani ze swoimi kolonizatorami niewidoczną nitką relacji nadrzędności i podrzędności.

P.

środa, 08 maja 2013
Królowa może przypłynie, piłka raczej nie

W weekend majowy przeczytałem świetną książkę Macieja Wasielewskiego "Jutro przypłynie królowa" z Wydawnictwa Czarne.

Ten literacki reportaż, choć mam poczucie, że przyporządkowywanie go do konkretnego gatunku jest dla niego krzywdzące, opowiada o małej, bo nieco ponad czterdziestoosobowej, społeczności żyjącej na wyspie Pitcairn i mrocznej tajemnicy, która ją scala i dzieli zarazem.

Pitcairn ma powierzchni 4,6 km² i leży na Oceanie Spokojnym, w Polinezji, między Australią a Ameryką Południową. Jako pierwsi zaludnili ją słynni buntownicy ze statku Bounty, a dziś żyją na niej ich dalecy potomkowie. Jedynym skupiskiem ludzi na wyspie jest miasteczko Adamstown.

Jedną z wielu rzeczy, która zaintrygowała mnie po przeczytaniu tego małego dziełka, było pytanie: czy Pitcairn ma swoją reprezentację piłkarską? Przecież niemal każdy kawałek lądu na kuli ziemskiej ma swoją reprezentację - zrzeszoną albo niezrzeszoną w FIFA albo jednej z lokalnych federacji. Ale czy czterdzieści osób, w różnym wieku i różniej płci, czy to wystarczy, aby grać w piłkę? 

Otóż... nie wystarczy. Otóż Pitcarn, a także Wyspy Marshalla (tutaj ciekawa dyskusja na forum dotycząca piłki na Wyspach Marshalla), Nauru, Wyspa Norfolk (tutaj można poczytać o piłce na Norfolk), Tokelau oraz Wyspy Wallis i Futuna (trzy ostatnie są terytoriami zależnymi) są jedynymi zamieszkanymi przez ludzi wyspami (lub archipelagami wysp) Oceanii, które nie mają swoich reprezentacji i nie należą do OFC ani do żadnej innej federacji. Niektóre źródła podają co prawda, że mieszkańcy Pitcairn grywają w piłkę z turystami odwiedzającymi wyspę lub z załogami przybijających statków, ale czynią to kompletnie amatorsko.

Tak sobie myślę, że gdyby w Adamstown częściej kopano futbolówkę, to życie osadników z wyspy byłoby inne, niewykluczone, że lepsze.

P.