Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 24 kwietnia 2012
Tejksik odnaleziony

Z Legii odchodził po cichutku. Władze klubu trochę chyba się wstydziły, że zawodnika, który jeszcze niedawno zdobywał koronę króla strzelców (2009) muszą w pośpiechu spławiać, aby zrobić w warszawskim ataku miejsce dla furgonu rozkapryszonych gwiazdeczek z mocniejszymi CV. Mimo że to gracz z Zimbabwe mógł się pochwalić taką skutecznością, o jakiej nie śnili Hubnik, Blanco, czy Novo, o Grzelaku nie wspominając.

W czerwcu 2011 roku Takesure Chinyama jednak pożegnał się z klubem z Łazienkowskiej. Nie wiem nawet czy dostał na "do widzenia" czekoladę od dyrektora Jóźwiaka. Od tego czasu słuch o nim zaginął. Zawziąłem się jednak, trochę pogrzebałem i Chinyamę znalazłem. Tejksik jest obecnie gwiazdą zespołu grającego w jego ojczyźnie - Dynamos FC z Harare.

Były legionista przez pół roku szukał klubu w Europie. Gdy mu się to jednak nie udało, postanowił wrócić do Zimbabwe. Tam w grudniu 2011 roku został zawodnikiem mistrzowskiej ekipy Dynamos. I pewnie nie byłoby w tym wszystkim nic ciekawego, gdyby nie fakt, że Chinyama zanotował prawdziwe wejście smoka. W swoich czterech pierwszych meczach dla nowej drużyny zdobył aż sześć goli! Jedno oczko pokwitował w otwierającym sezon superpucharze, kolejne dwa dorzucił w fazie eliminacyjnej Afrykańskiej Ligi Mistrzów w spotkaniu z mozambijskim Liga Muculmana (2-2), a w swoim pierwszym ligowym spotkaniu zapakował hat-trick. Lokalna prasa piała nad nim z zachwytu. Jej wywody można przeczytać tutaj i tutaj.

Splendorów jednak Chinyamie nigdy nie dość. W rewanżowym spotkaniu Ligi Mistrzów strzelił on więc jedyną bramkę spotkania (1-0) i praktycznie w pojedynkę załatwił swojej ekipie awans do ostatniej fazy kwalifikacyjnej. Tutaj na drodze Dynamos FC stoi już poważniejszy przeciwnik - mistrz Tunezji Esperance Sportive de Tunis. Największym problemem przed tym dwumeczem nie jest jednak sam rywal, ale fakt, że Tejksik nabawił się niedawno kontuzji. Trener, mimo urazu, postanowił jednak go włączyć do meczowej kadry. O swoich rozterkach opowiedział tutaj. Pierwsze starcie już w najbliższą sobotę.

Tak, Czini. Sto pociech z nim było.



P.

piątek, 20 kwietnia 2012
Legia daje Lechowi drobniaki

Myśląc, w kontekście sobotniego meczu między Legią a Lechem, o transferowych interesach między obiema ekipami, poznańskim kibicom w głowach wyświetlają się zaraz nazwiska Okońskiego, Araszkiewicza czy Podbrożnego. Ruch odbywał się jednak również w drugą stroną. Nie ma co się jednak oszukiwać – z Warszawy do Poznania zwykle nie przenosiły się gwiazdy pierwszych stron gazet.

W całej historii obu klubów na bezpośrednie przenosiny ze stolicy do Poznania zdecydowało się raptem dziewięciu zawodników. Byli to: Andrzej Baczyński (w 1967 roku), Piotr Mowlik (1977), Bogusław Oblewski (1980), Zbigniew Pleśnierowicz (1982), Henryk Miłoszewicz (1983), Dariusz Solnica (1999), Marcin Rosłoń (2000), Marcin Bojarski (2001), Paweł Wojtala (2002). Osoba Wojtali jest wszystkim kibicom Kolejorza doskonale znana, więc chciałbym skupić się na pozostałej trójce zawodników, która zasiliła Lecha na przełomie wieków.

Dariusz Solnica (ur. 1975) w młodości zapowiadał się na zawodnika dużego formatu. Piłkarskie szlify pobierał w drużynie Orląt Łuków, a więc zespołu, z którego w świat poszedł znany legionista Cezary Kucharski. Solnica przez długi czas zdawał się iść w jego ślady. W wieku 21 lat trafił on do walczącej o mistrzostwo Legii Warszawa. Z miejsca wywalczył sobie miejsce w jej składzie. Występował na prawej pomocy lub stanowił uzupełnienie ofensywnego duetu Kucharski – Mięciel. W debiutanckich rozgrywkach 1996/1997 wystąpił w 25 meczach i strzelił 5 goli, do tego dorzucił wicemistrzostwo Polski oraz krajowy puchar. Jego świetna dyspozycja nie umknęła trenerom młodzieżowej reprezentacji, w której Solnica występował wraz z Markiem Citko. Wraz z zakończeniem tego sezonu zakończył się jednak również piękny sen tego zawodnika a zaczęła się tułaczka. Od tego momentu bowiem rok Solnicy wyglądał w następujący sposób – pół roku na ławce Legii, pół roku na wypożyczeniu. Tym sposobem napastnik odwiedził KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i Pogoń Szczecin. Wreszcie jesienią 1999 roku Legia wypożyczyła Solnicę do dołującego Lecha. Po odejściu Macieja Żurawskiego miał on zostać partnerem w ataku Jarosława Maćkiewicza. Jego obecność przy Bułgarskiej okazała się jednak pomyłką. Zawodnik nie zdołał nawet wywalczyć sobie miejsca w pierwszym składzie i po rozegraniu siedmiu spotkań bez gola został oddany z powrotem do Legii. Ze stolicy szybko się go jednak pozbyto i zawodnik trafił do Odry Opole. Tam, według ówczesnego prezesa klubu Ryszarda Niedzieli, był on jedną z głównych osób odpowiedzialnych za kupowanie i sprzedawanie meczów. Obecnie Solnica jest asystentem trenera i kierownikiem zespołu Orlęta Łuków.

Wracając wiosną 2000 roku z Poznania do Warszawy Solnica minął się z Marcinem Rosłoniem (ur. 1978). Piłkarz ten naprzemiennie terminował w pierwszej drużynie Legii i w jej rezerwach. Nie miał on żadnych szans na regularną grę na Łazienkowskiej, więc wypożyczenie do Lecha potraktował jak dar od losu. Szybko jednak okazało się, że jest on za słaby również na staczającego po równi pochyłej do drugiej ligi Kolejorza. Rosły defensor (188 cm wzrostu) wystąpił raptem w trzech spotkaniach ligowych, a na dodatek w wyjazdowym meczu z Ruchem Chorzów (0-2) otrzymał czerwoną kartkę. Po sezonie podziękowano mu więc za współpracę. W zasadzie jedyne co pozostało po Rosłoniu w Poznaniu to legenda, że z racji swych słusznych gabarytów przez długi czas nie było dla niego odpowiedniego sprzętu i zawodnik ćwiczył na treningach w dresie... Legii! Po powrocie do Warszawy gracz ten przez jakiś czas kontynuował jeszcze swoją karierę na pograniczu pierwszej drużyny i rezerw, aż wreszcie w 2007 roku zdecydował się zakończyć karierę. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy telewizji Canal Plus.

Po spadku do II ligi w Kolejorzu dokonała się prawdziwa rewolucja personalna. Po zapaści w sezonie 2000/2001 poznaniacy zaczęli odbudowywać się w kolejnych rozgrywkach. Jesienią 2001 roku do stolicy Wielkopolski przybyła grupa zawodników z pierwszoligową przeszłością. Jednym z nich był odprawiony właśnie z Legii napastnik Marcin Bojarski (ur. 1977). Gracz ten dał się przedtem poznać z dobrej strony w Rakowie Częstochowa oraz GKS Katowice. W Poznaniu jednak nie potrafił pokazać się z dobrej strony. Strzelił tylko jedną bramkę (w wyjazdowym meczu z Hutnikiem Kraków wygranych 2-1), a w ataku ustępował zwykle miejsca Arturowi Bugajowi i Waldemarowi Przysiudzie. W przerwie zimowej przeniósł się do RKS Radomsko, gdzie zasłynął przede wszystkim... zaatakowaniem z byka sędziego Roberta Werdera (podczas meczu RKS – Stomil). Po odcierpieniu kary związanej z tym zajściem Bojarski wrócił do ligowej piłki. W ekstraklasie występował w GKS Katowice, Cracovii i Piaście Gliwice. Jego drogi nieraz potem jeszcze krzyżowały się na boisku z Lechem Poznań. W sezonach 2005/2006 oraz 2006/2007 strzelał mu bramki na konto Pasów. Natomiast z pewnością tragicznie wspomina on pewnie mecz Piast – Lech (1:2) z sezonu 2008/2009, podczas którego doznał skomplikowanego złamania kości strzałkowej. Ostatnio Bojarskiego widziano w czwartoligowym Orle Balin.

Obserwując te ostatnie transfery z Legii do Lecha można powiedzieć, że przypominały one pożyczanie ciuchów ubogiej dziewczynie przez jej bogatą koleżankę – niby coś pożycza, ale tylko to, w czym sama i tak nie chodzi.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego "Heej Lech!"

z meczu z Legią Warszawa w sezonie 2010/2011

Moje mecze Lech - Legia. The best of z lat młodości 

Janusz Wójcik ma kiepską pamięć, czyli jak Legia nie gromiła w sezonie 1992 1993  

Jak Krzysztof Kotorowski marzył o Legii Warszawa  

środa, 18 kwietnia 2012
Legia Warszawa - Cagliari o Puchar... Polonii 1

Młoda Ekstraklasa Legii Warszawa przegrała z rezerwami Sevilli w spotkaniu zorganizowanym przez Narodowe Centrum Sportu. Szkoda, że do historii stadionu narodowego w Warszawie jako strzelec pierwszego gola wszedł Senegalczyk Baba Diawara, o którym możemy już nigdy więcej nie usłyszeć, ale skoro nie umieli tego dokonać Polacy i Portugalczycy to trudno mieć o to do chłopaka pretensje. Trudno nie mieć za to pretensji do NCS, który próbował ludzi ogłupić twierdzeniami, iż Legia i Sevilla wystąpią w najsilniejszym składzie. Drodzy państwo z NCS, skoro już chcieliście koniecznie podlansować swój produkt, a jednocześnie zagospodarować legionistom czas pojedynkiem z kimś z topowej ligi, trzeba było wziąć przykład z... Polonii 1!

Tak właśnie! Cofamy się do 1993 roku i pojedynku w którym kibice w Warszawie mogli podziwiać włoskie Cagliari w najsilniejszym składzie.

Mecz rozegrany 12 sierpnia 1993 r. o godz. 19 na stadionie Legii w Warszawie, godzinę później mogli obejrzeć widzowie dwunastu lokalnych stacji zrzeszonych w sieci Polonia 1. To bowiem szef telewizji Nicola Grauso sprowadził drużynę ze swojego rodzinnego miasta do Polski. Mało tego, Włoch odgrażał się, że w kolejnej edycji Pucharu Polonii 1 weźmie udział... AC Milan! Mediolańczycy przyjechali do Polski, ale we wrześniu 1995 roku - na spotkanie Pucharu UEFA z Zagłębiem na lubińskim dożynkowcu.

Nim do meczu z Cagliari doszło, na konferencji prasowej w hotelu Marriott, prezes Legii Janusz Romanowski potwierdził transfer Macieja Śliwowskiego do Rapidu Wiedeń. Pytany o wysokość sumy transferowej odparł: - W maju Rada Sponsorów klubu postanowiła nie ujawniać spraw finansowych Legii.

Polscy kibice musieli żałować, że Cagliari dopiero co opuściły dwie wielkie gwiazdy z Urugwaju. Słynny Enzo Francescoli wybrał Torino, a Daniel Fonseca - Napoli. W szóstej ekipie Serie A sezonu 1992/1993 nadal było jednak parę ciekawych nazwisk.

Julio Dely Valdes, legenda i obecny selekcjoner reprezentacji Panamy (powołuje do niej Luisa Henriqueza), w Cagliari stawiał pierwsze kroki na Starym Kontynencie. Kroki te zmierzały ku bramce rywali - dwa sezony w Serie A skończył z dorobkiem 21 goli



a później strzelał też we Francji (dla Paris Saint-Germain), Hiszpanii (dla Realu Oviedo i Malagi) i Urugwaju (Nacional Montevideo).

Kolejny solidny atakujący tej ekipy to Brazylijczyk z belgijskim paszportem - Luis Oliveira.

Luis Oliveira

Uczestnik mistrzostw świata w 1998 roku wybił się w Anderlechcie. Cagliari i dla niego było pierwszym przystankiem na Półwyspie Apenińskim, a zwiedził też m.in. Florencję i Bolonię. Z 72 goli w Serie A dla Cagliari zdobył 45.

Trzecim anonsowanym stranieri w gazetowej zapowiedzi był Urugwajczyk Marcelo Tejera, ale czy w spotkaniu zagrał - nie wiadomo. Jego cały dorobek w Cagliari to pięć meczów w sezonie poprzedzającym mecz z Legią. W sezonie 1993/1994 był już graczem Boca Juniors.

Kapitanem tej drużyny był Gianfranco Matteoli (wcześniej gracz Interu), szlak do Romy przecierali sobie Francesco Moriero i Massimiliano Cappioli, a do Milanu i Giuseppe Pancaro i obecny allenatore tej ekipy - Massimiliano Allegri.

Trener Gigi Radice po awansie do Pucharu UEFA musiał był w Cagliari noszony na rękach. Co najmniej tak, jak Claudio Ranieri, który w dwa sezony awansował z Serie C do Serie A. 

A przecież awans do pucharów to był dopiero początek przygody Cagliari na europejskich salonach. Bój z Legią zaprawił Włochów na tyle, że ci zostali wyhamowani dopiero w półfinale Pucharu UEFA! Eliminowali kolejno: Dinamo Bukareszt (2:3 i 2:0), Trabzonspor (1:1 i 0:0), KV Mechelen (3:1 i 2:0), a w ćwierćfinale Juventus (1:0 i 2:1!). Mocniejszy okazał się dopiero Inter Mediolan (3:2 i 0:3).



Gdyby po 90 minutach meczu Legii z Cagliari był remis, młody sędzia Jacek Granat miał zarządzić rzuty karne. Ale remisu nie było.

Wybuchowy Kowalczyk (fragmenty relacji Gazety, autor Piotr Tenczyński, fot. Jerzy Ciszewski)

Nazwanie tego meczu towarzyskim byłoby dużą przesadą. Legia pokonała wczoraj Cagliari 2:1, choć szkód po tym meczu jest więcej niż korzyści ze zdobycia Pucharu Polonii 1.

Samo spotkanie, szczególnie przed przerwą, nie było pasjonującym widowiskiem. Publiczność ''umilała'' sobie czas strzelaniem z korkowców i wulgarnymi przyśpiewkami obrażającymi Polonię i PZPN. Zawodnicy obu zespołów, którzy nie potrafili stworzyć stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola, zaczęli się nawzajem prowokować. W efekcie, tuż przed przerwą sędzia Jacek Granat wyrzucił z boiska Zbigniewa Grzesiaka i Simone Veronese - za faul bez piłki i ripostę.

Po przerwie nadal trwał festiwal chamstwa na boisku. Na trybunach zaś powiało Europą - publiczność obrzucała wyzwiskami gości w języku włoskim. Żółte kartki za wymianę razów dostali Marcin Jałocha i Oliveira, a piętnaście minut przed końcem gry, za faul bez piłki na Marco Sannie, opuścił boisko Wojciech Kowalczyk (był wcześniej faulowany, ale sędzia zastosował przywilej korzyści).

Legia wygrała po dość przypadkowym golu, strzelonym sześć minut przed końcem przez jednego z dwóch zawodników Legii mających na koszulce numer 14 - Marka Jóźwiaka (oprócz strzelca z tym samym numerem grał Andrzej Głowacki). Wcześniej w 51. min Kowalczyk przeprowadził szybki rajd prawą stroną boiska i w polu karnym podał piłkę Juliuszowi Kruszankinowi, który strzelił pierwszą bramkę. W 58. min Maciej Szczęsny pięknie odbił strzał Panamczyka Julio Cesara Valdesa, lecz dziewięć minut później był bezradny po strzale głową z 5 metrów Belga Oliveiry.

Być może nie przemyślane zachowanie Grzesiaka i Kowalczyka spowoduje, że w Legii zabraknie napastników. Tuż po wyjeździe Śliwowskiego do Wiednia dwaj ukarani legioniści będą musieli czekać na decyzję Wydziału Dyscypliny PZPN. Jednak jak dowiedzieliśmy się z dobrze poinformowanego źródła, czekające ich kary zostaną zapewne zawieszone.

LEGIA WARSZAWA - CAGLIARI 2:1 (0:0)

Bramki: Kruszankin (51.), Jóźwiak (84.) - Legia; Oliveira - Cagliari.

Skład Legii: Szczęsny - Jałocha (64. Jóźwiak), Kruszankin, Mandziejewicz, Ratajczyk - Czykier (46. D. Bayer, 69. Kacprzak), Czachowski (88. Wędzyński), Pisz, Fedoruk (78. Głowacki) - Grzesiak, Kowalczyk.

Czerwone kartki: Grzesiak, Kowalczyk - Legia; Veronese - Cagliari.

Żółte kartki: Jałocha - Legia; Oliveira - Cagliari.

Widzów: 3 tys.

To całkiem zabawne, że Wojciech Kowalczyk i Zbigniew Grzesiak mieli pauzować za kartki w meczu sparingowym. Na szczęście dla Legii i piłkarzy ktoś jednak się kapnął, że to nie ma rąk i nóg.

Dzień po spotkaniu z Cagliari, zebrał się Wydział Dyscypliny Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Ukarał obu graczy naganami, bowiem automatyczne odsuwanie po czerwonych kartkach obowiązuje tylko w meczach mistrzowskich i pucharowych. Zobowiązano Legię do ukarania piłkarzy zgodnie z klubowym regulaminem kar.

Niestety, warszawscy działacze nie wzięli pod uwagę, że nie mają kompetencji do rozstrzygania w tej sprawie. Dlatego na wczorajszym posiedzeniu Wydziału Dyscypliny PZPN podjęto decyzję o uchyleniu decyzji komisji okręgowej (jako organu nieuprawnionego) i wszczęto postępowanie. Utknęło ono w punkcie wyjścia, ponieważ dopiero dziś działacze związkowi otrzymali protokół sędziowski z meczu Legia Warszawa - US Cagliari. W PZPN nie było dziś ukaranych piłkarzy, nie mogli więc złożyć wyjaśnień. Sprawa Kowalczyka i Grzesiaka rozstrzygnie się więc prawdopodobnie na następnym posiedzeniu wydziału.

B.

Arrigo Sacchi i (nie)zapomniany mecz: liga włoska - liga polska (1988)

(Nie)zapomniany mecz: liga włoska - liga polska (1988). Postscriptum

PS Polonia 1 dała Polsce Tsubasę i masę innych wspaniałych kreskówek, ale jak się okazuje wychowała też Grzegorza Kalinowskiego na komentatora. Stary wpis z forum:

Kalinowski był wręcz fatalny. Nie zmienił stylu komentowania od czasów, kiedy komentował mecze Legii na komercyjnym kanale Nowa Telewizja Warszawa ( nie wiem, czy pamiętacie ten kanał - polska "baza" Polonii 1 ). Pamiętam go, jak komentował mecz Legia - Cagliari o Puchar Polonii 1 w 1993 roku. Wtedy komentował razem z Ćmikiewiczem, obaj byli do kitu. Aż się spać chciało, jak oni komentowali.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Sport - skutek uboczny: śmierć.

Stara maksyma "sport to zdrowie" chyba jeszcze nigdy nie była tak nieaktualna jak w ciągu ostatniego miesiąca. Na przełomie marca i kwietnia pożegnało się bowiem ze światem kilku młodych jeszcze sportowców.

Dzisiaj (16.04) samobójstwo popełnił 24-letni (!) koreański piłkarz Lee Kyung-hwan. Wedle doniesień prasowych uczynił to nie móc znieść hańby jaką było odkrycie jego udziału w aferze korupcyjnej. Więcej o sprawie tutaj. Bliżej nas, bo w Czechach, na podobny desperacki krok zdecydował się 25-letni (!) Roman Svamberg, zawodnik drugoligowego zespołu Graffin Vlasim (więcej o sprawie tutaj). W sobotę (14.04) zawału serca podczas meczu Serie B dostał 25-letni (!) Piermario Morosini z zespołu Livorno.

Tego samego dnia w niewyjaśnionych jeszcze okolicznościach zginęła wenezuelska 27-letnia (!) siatkarka Veronica Gomez Carabali (więcej o niej tutaj). W czwartek (12.04) w wypadku na skuterze zginął młodziutki 17-letni (!) zawodnik Lazio Rzym Mirko Fersini. Dokładnie 4 kwietnia, w wieku 45 lat, po długiej chorobie zmarł w Hiszpanii były chorwacki piłkarz Dubravko Pavlicic, którego pamiętam jeszcze z EURO 1996 (więcej o sprawie tutaj).

Pod koniec marca (25.03) natomiast zasłabł na boisku i zmarł włoski srebrny medalista olimpijski z IO Atlanta 1996 37-letni Vigor Bovolenta. Więcej o nim tutaj.

Cofając się jeszcze dalej natkniemy się również na śmierć Henryka Bałuszyńskiego i Włodzimierza Smolarka, a także dramatyczne okoliczności zawału 23-letniego zawodnika Boltonu Fabrice'a Muamby.

Dlaczego o tym piszę? Uważam bowiem, że trzeba cały czas podkreślać, że współczesny sport coraz częściej doprowadza sportowców - ich ciała i umysły - do sytuacji granicznych, w których to coraz częściej stają się oni przegranymi. Ekstremalne oczekiwania i presja ze strony kibiców, mediów, trenerów i rywali (zarówno z drużyny przeciwnej, jak i tych konkurujących o miejsce w składzie) sprawia, że prędzej czy później organizm nie daje już rady. Krótko po śmierci Morosiniego jego były klubowy kolega z Udinese Di Natale zwrócił uwagę, że liczba meczów rozgrywanych we Włoszech pustoszy organizmy piłkarzy. Gdzie indziej znowu można przeczytać, że w meczach hokejowych jest więcej przemocy niż przez dekadę na Bronksie. Wszystko to razem czyni z profesjonalnego sportu radioaktywne pole, które sprawia, że po osoby na nim działające Ponury Żniwiarz przychodzi częściej niż po hydraulików czy piekarzy.

Warto o tym wszystkim pamiętać, gdy organizatorzy zawodów rowerowych będą przekonywali do nowych, jeszcze bardziej niebezpiecznych tras, a piłkarskich arbitrów będzie oskarżało się o to, że - jak to napisał dziś Mielcarski - zbyt konsekwentnie gwiżdżą faule.

Śmierć gruzińskiego saneczkarza i dlaczego musiało do niej dojść

Epitafium dla Henryka Bałuszyńskiego

P.

Tytuł tekstu, nie bez przyczyny, zapożyczyłem z tej książki.

niedziela, 15 kwietnia 2012
Nad fiordy, by zapomnieć

Jeżeli miałbym wskazać zawodnika, który w ekstraklasie zaliczył tylko jeden mecz i był to mecz koszmarnie nieudany, to z pewnością wskazałbym na Łukasza Jarosińskiego.

Młody golkiper otrzymał szansę debiutu w ekstraklasie, a także w dorosłej drużynie Wisły, w 28. kolejce sezonu 2006/2007. Sezonu, pozwolę sobie przypomnieć, szczególnego. Oto bowiem Biała Gwiazda znajdowała się wówczas w futbolowym rowie tektonicznym. W trakcie tego jednego sezonu aż czterokrotnie dochodziło do zmian trenerów (Moskal za Petrescu, Okuka za Moskala, Nawałka za Okukę, Moskal za Nawałkę). W efekcie krakowianie zakończyli rozgrywki na najgorszym miejscu od czasu powrotu do ekstraklasy, czyli na wstydliwej ósmej pozycji (cztery pozycje za plecami Cracovii). Gdy wawelskie królestwo chyliło się już ku upadkowi trener Moskal postanowił dać szansę trzeciemu (za Dolhą i Pawełkiem) bramkarzowi - właśnie młodziutkiemu (ur. 1988) Jarosińskiemu.

Potrafię sobie wyobrazić jak drżały mu kolana, gdy dowiedział się, że wystąpi w pierwszym składzie w meczu z Dyskobolią. On, osiemnastolatek, przeciwko Świerczewskiemu, Sikorze i całej reszcie mocnej bandy z Grodziska. Może nie spał w nocy, może wyobrażał sobie, że to dla niego życiowa szansa i że jak się odpowiednio pokaże, to kto wie...

Niestety, życie boleśnie zweryfikowało jego marzenia. Zawodnicy Groclinu obeszli się z nim bardzo srodze. Lato i Sikora mijali go jak krzesło, Ivanovski strzelił obok niego (w tych trzech przypadkach osobną kwestią pozostaje sabotaż uprawiany przez "linię defensywną" Wisły), a Świerczewski... Cóż, podejrzewam, że gol Świra zabolał najbardziej.

Bilans debiutu? Koszmarny występ, koszmarne błędy i jedna z najwyższych od lat porażek Białej Gwiazdy na własnym boisku. Po tym spotkaniu Jarosiński nigdy już nie wystąpił w Wiśle. Mimo że terminował pod Wawelem jeszcze 3 lata, a na Reymonta zmieniali się trenerzy, to żaden z nich nie sięgnął po pechowego golkipera. W 2010 roku golkiper opuścił Kraków i przeniósł się do Górnika Polkowice, a później do MKS Kluczbork.

A tak w ogóle to dlaczego o nim piszę? Otóż właśnie przeczytałem, że dziś zadebiutował w... drugiej lidze norweskiej. Dokładniej - w zespole Alta IF. Być może w tym malowniczo położonym skandynawskim miasteczku wymaże wiślacką traumę i jeszcze kiedyś pokaże, że powinien otrzymać druga szansę w polskiej ekstraklasie.

P.