Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 25 listopada 2012
W Brazylii źle, czyli dobrze

W piątek posadę selekcjonera reprezentacji Brazylii stracił Mano Menezes. Władze federacji oraz kibice byli głęboko niezadowoleni z poziomu, który prezentuje kadra Canarinhos. Bilans Menezesa jako szkoleniowca Kanarków to 21 zwycięstw, 6 remisów i 6 porażek. Biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o Brazylii, a więc futbolowej potędze, można stwierdzić, że dorobek to superkiepski. Dodatkowo należy mieć na uwadze, że na te kiepskie osiągi składa się także fatalny występ na Copa America 2011. Brazylia odpadła tam w ćwierćfinale z Paragwajem (0:0, k. 0:2 - cztery zepsute karne!), przedtem w ogóle z trudem do niego awansując (0:0 z Wenezuelą, 2:2 z Paragwajem, 4:2 z Ekwadorem). Następca Dungi seryjnie również przegrywał mecze z silnymi drużynami - z Argentyną (trzykrotnie! - 0:2, 3:4, 1:2), Francją (0:1) Niemcami (2:3) i Meksykiem (0:2). Jeżeli się jest fanem z Kraju Kawy, to takie wyniki muszą boleć.

Ciosem posyłającym Menezesa na deski był "zaledwie" srebrny medal prowadzonej przez niego reprezentacji olimpijskiej (z Meksykiem). Nokautującą kropką nad "i" okazała się natomiast porażka Brazylii w czwartkowym meczu z Argentyną (1:2). Kibice Canarinhos nie powinni jednak załamywać rąk. Warto bowiem pamiętać, że ostatni największy sukces Brazylii również wykuwał się w aurze wielkiego kryzysu.

Po mundialu 1998, który Ronaldo i spółka zakończyli jako wicemistrzowie świata, pracę stracił Mario Zagallo. Schedę po nim przejął Vanderlei Luxemburgo.

 

Nowy selekcjoner postanowił mocno przewietrzyć kadrę i postawić na zawodników z ligi brazylijskiej. W żółtej koszulce zaczęły się wtedy pojawiać tabuny zawodników, o których dziś nikt już nie pamięta (Djair? Scheidt? Cesar II? itd.). Efekty były raz lepsze (5:1 z Rosją, 3:1 z Holandią), a raz gorsze (0:1 z Koreą Południową). Potem nadeszła zwycięska Copa America 1999 (na którą Luxemburgo przeprosił się m.in. z Ronaldo oraz Roberto Carlosem) oraz efektowny, choć zakończony wicemistrzostwem Puchar Konfederacji 1999 (m.in. 4:0 z Niemcami i 8:2 z Arabią Saudyjską). Wszyscy spodziewali się, że Brazylia już jest jedną nogą mistrzem świata. I wtedy zaczęło się psuć. Najpierw Canarinhos przestali wygrywać (0:2 z Argentyną, 2:2 z Holandią, 0:0 z Hiszpanią). Potem zaczęli tracić punkty w eliminacjach do MŚ 2002. Od marca do sierpnia 2000 Canarinhos odnotowali takie wyniki w kwalifikacjach - 0:0 z Kolumbią, 3:2 z Ekwadorem, 1:0 z Peru, 1:1 z Urugwajem, 1:2 z Paragwajem, 3:1 z Argentyną, słynne 0:3 z Chile

i 5:0 z Boliwią. Fani byli zdezorientowani i przestali w zespole prowadzonym przez Luxemburgo rozpoznawać swoją reprezentację. Potem przyszedł kolejny blamaż. Prowadzona przez VL olimpijska reprezentacja Brazylii odpada już w ćwierćfinale z Kamerunem. Wyrok zapadł szybko i kilka dni po powrocie z Sydney Luxemburgo przestał być szkoleniowce kadry z Kraju Kawy.

Na jeden mecz zastąpił go asystent Candinho (swoją drogą zastąpił go nieźle, bo wygrał w kwalifikacjach z Wenezuelą 6:0), a wkrótce właściwym szkoleniowcem został Emerson Leao.

 

Wejście zanotował niezłe, bo wygrał z Kolumbią (1:0) i towarzysko z USA (2:1). Problem pojawił się wraz z kolejnymi spotkaniami eliminacyjnymi. W trzech kolejnych grach Brazylia uzbierała bowiem... 1 punkt! Przegrała z Ekwadorem (0:1), zremisowała z Peru (1:1) i przegrała z Urugwajem (0:1). Przez krótki moment Canarinhos zawiśli wtedy na trzecim od końca miejscu w tabeli kwalifikacji strefy CONMEBOL. Szansą na odkucie się miał być Puchar Konfederacji 2001. Wszyscy liczyli na sukces, a Emerson Leao... odpływał. Do Japonii zawiózł skład przedziwny, pełen zawodników ledwo rozpoznawalnych dla przeciętnego kibica. Dość powiedzieć, że linia pomocy i ataku Brazylii w meczu otwarcia Pucharu wyglądała tak: Leo, Leomar, Vampeta (kapitan!), Vagner II, Ramon - Washington II, Sony Anderson. Kibice drapali się po głowie i zastanawiali się co to w ogóle za banda. O co chodziło selekcjonerowi? Do dziś nikt nie wie. Canarinhos wygrali z Kamerunem (2:0), zremisowali z Kanadą (0:0) i Japonią (0:0), by w półfinale przegrać z Francją (1:2), a w meczu o trzecie miejsce z Australią (0:1). Tego było już za wiele i po powrocie z Azji Emerson Leao został wykopany z hukiem. Jego następcą od 1 lipca 2001 roku został Luiz Felipe Scolari.

 

Początki - znowu ciężkie. Brazylia fatalnie wypadła na Copa America 2001. Ze swojej grupy wyszła z bólem (0:1 z Meksykiem, 2:0 z Peru, 3:1 z Paragwajem), ale już w ćwiećfinale została usieczona przez Honduras (0:2). Potem nadeszły trudne mecze eliminacyjne - 2:0 z Paragwajem, 1:2 z Argentyną, 2:0 z Chile, 1:3 z Boliwią i 3:0 z Wenezuelą. Koniec końców Brazylia zakończyła kwalifikacje na 3. miejscu, za Argentyną i Ekwadorem, z 30 punktami na koncie. Tyle samo miał czwarty Paragwaj, a zmuszony do bitwy w barażach z piątego miejsca Urugwaj zebrał tylko o trzy mniej. Jakkolwiek surrealistycznie by to nie brzmiało, to w Kraju Kawy wszyscy głęboko odetchnęli, że reprezentacji udało się awansować na mundial.

W pierwszej połowie 2002 roku przyszły łatwe zwycięstwa (6:0 z Boliwią, 1:0 z Arabią Saudyjską, 6:1 z Islandią, 1:0 z Jugosławią i 4:0 z Malezją) i remis (1:1 z Portugalią) w meczach towarzyskich. A jak było później - pamiętamy.

 

Tak więc fani Brazylii - otrzyjcie łzy. Być może wasza ukochana reprezentacja jest na najlepszej drodze, by zdobyć w 2014 roku mistrzostwo świata.

P.

czwartek, 08 listopada 2012
Piłkarski szczyt sekretarza Sawickiego

Pamiętam dobrze Macieja Sawickiego, świeżo upieczonego sekretarza PZPN z czasów, gdy grał jeszcze w piłkę. Działo się to w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w momencie, w którym byłem w stanie wyrecytować z pamięci skład każdej drużyny ekstraklasy.

Sawicki pojawił się w składzie Legii wiosną 1998 roku jako 19-letni młokos. Na Łazienkowską nie miał daleko, bo trafił tam z innego stołecznego klubu - Ursusa. Szans na grę nie miał jednak zbyt wielkich. Wątły, ale szybki, z charakterystyczną fryzurą na grzyba. W ataku Wojskowych straszyły jednak wówczas takie nazwiska jak Czereszewski, Kucharski, Mięciel czy Karwan. Mimo to Sawicki dostawał czasem szanse pojawienia się na boisku i... świetnie je wykorzystywał. Do końca sezonu 1997/1998 zagrał w 5 meczach i strzelił dwa gole (Pogoni [1:1] i KSZO [3:1]!

W kolejnym sezonie nasz bohater nie rozpędził się tak jak oczekiwano. Zagrał tylko w siedmiu meczach i dopiero w ostatnim z nich i zarazem ostatnim w sezonie 1998/1999 strzelił gola. Ale za to w jakim ważnym meczu, w derbach z Polonią Warszawa [3:0].

Sezon 1999/2000 to osiem ogonomeczów i jeden gol - w spotkaniu z Górnikiem (2:2 - kto chce zobaczyć ładne bramki strzelane przez zabrzan w tym meczu to niech kliknie tutaj i tutaj). Legia w tamtych rozgrywkach zajęła dopiero 4. miejsca, więc kierownictwo dokonało małych czystek. Pozbyto się także Sawickiego, który trafił do Stomilu Olsztyn.

Na Warmii wiodło mu się nieco lepiej - przede wszystkim więcej grał, głównie dlatego, że miał mniejszą konkurencję w ataku. Swoją drogą, to spotkał tam bardzo oryginalne towarzystwo: śp. Dariusza Marciniaka, Piotra Tyszkiewicza, Piotra Matysa, Tomasa Ramelisa, Abela Salamiego i Eddyego Dombraye. Jak widać ekipa była wesoła, ale olsztynianie grali przez cały sezon kiepski i utrzymali się w ekstraklasie tylko dzięki barażom (przy okazji - tamten barażowy dwumecz z Górnikiem Polkowice [0:0 i 0:0 k. 5:4] do dziś uważam za najnudniejszy dwumecz jaki kiedykolwiek widziałem). Sawicki występował dużo (26 meczów), ale strzelał nie za wiele (3 gole - ze Śląskiem [1:0], Widzewem [1:1] i Odrą [1:2]). Po zakończeniu rozgrywek Sawicki wrócił do Legii, ale już tylko do rezerw (dwa sezony), później do Korony Kielce (III liga, wiosna 2003 i sześć goli - warto byłoby dziś podpytać Sawickiego jak wyglądał tamten okres w Kielcach:)). I w zasadzie wtedy zakończyła się przygoda z piłką na wysokim poziomie.

Od połowy listopada będziemy mogli obserwować kolejną odsłonę tej przygody. O jej początkach można przeczytać tutaj.

P.

czwartek, 01 listopada 2012
Którzy odeszli: Gary Speed

Kojarzę go jak przez mgłę z drużyny sensacyjnych mistrzów Anglii 1992 - Leeds United. Wtedy jeszcze Gary Speed był młody i nieopierzony, a mimo to nie odpuszczał nikomu. Walczył za trzech i pracował na cześć i chwałę bardziej uznanych kolegów - Erica Cantony czy Gordona Strachana. Świetny film o tamtej ekipie można obejrzeć tutaj.

Pamiętam też jak występował przez bite sześć lat w Newcastle. W barwach Srok nie tylko wojował w Premiership, ale także w Lidze Mistrzów 2002/2003. Ciekawy to był team - z Alanem Shearerem, Norbertem Solano i Craigiem Bellamym. Potem były jeszcze Bolton Wanderers i Sheffield United. Mimo serca wkładanego w grę zawsze grał fair - nigdy nie otrzymał czerwonej kartki.

Świetnie pamiętam go z meczu kwalifikacyjnego do MŚ 2006 z Polską w Cardiff (3:2 dla biało-czerwonych). Orał po boisku jak dzik. Przy nim nawet tacy boiskowi fighterzy jak Robbie Savage, Craig Bellamy czy John Hartson mogli się sporo nauczyć na temat walki bark w bark. Gary Speed był kapitanem reprezentacji Walii w tym spotkaniu i właśnie po nim zakończył swoją reprezentacyjną karierę. Miał na koncie 85 gier w kadrze, więcej zaliczył tylko legendarny bramkarz Neville Southall (92 mecze).

Pamiętam go również jako szkoleniowca narodowej drużyny Cymru. Speed w grudniu 2010 roku został trenerem reprezentacji Walii. Podpisał kontrakt na 3,5 roku. Posadę objął po Johnie Toshacku i jego nieudanej próbie wywalczenia biletów na MŚ 2010 (czwarte miejsce w grupie eliminacyjnej za Niemcami, Rosją i Finlandią) oraz fatalnym początku eliminacji do EURO 2012 (0:1 z Czarnogórą, 0:1 z Bułgarią, 1:4 ze Szwajcarią; w efekcie ostatnie miejsce w grupie na koniec 2010 roku). Pod jego wodzą drużyna powoli zaczęła wychodzić z dołka. Przegrała z Anglią (0:2), wygrała z Czarnogórą (2:1) i Szwajcarią (2:0), przegrała znów z Anglią (0:1) i wygrała z Bułgarią (1:0). To wszystko starczyło jednak na czwarte miejsce w grupie i brak szans na bitwę o bilety do Polski i na Ukrainę.

Eliminacje były przegrane, ale kibice wierzyli w Speeda. Udało mu się zbudować zespół, gdzie w pełni świecą gwiazdy Garetha Bale'a i Aarona Ramseya, w którym jest też miejsce dla doświadczonych Bellamy'ego i Morisona, a w którym także ładnie rozwija się młodzież (zastęp zawodników z roczników 1988-1992). 12 listopada 2011 na Cardiff City Stadium Walia rozbiła w towarzyskim meczu Norwegię aż 4:1. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach.

27 listopada 2011 roku Gary Speed został znaleziony martwy. Popełnił samobójstwo wieszając się we własnym domy. Do dziś w zasadzie nie wiadomo dlaczego to zrobił. Miał 42 lata. Zostawił żonę i dwójkę dzieci.

Mówiło się zawsze o nim, że ma charakter, jest wojownikiem, nie poddaje się. Podobno mocne gałęzie pękają z największym trzaskiem.

P.

wtorek, 23 października 2012
Wymazywanie Lance'a Armstronga

Fascynuje mnie sytuacja z Lancem Armstrongiem. Był człowiek - nie ma człowieka. Co się z nim stanie? Co zrobić ze śladami jego obecności w postaci rekordów i zwycięstw? To sytuacja rodem z książki Thomasa Bernharda "Wymazywanie".

Jak będzie przebiegał proces wymazywania Armstronga? Na początku będzie się o nim mówiło dużo. Że zły, że przemysł dopingowy, że zmuszał innych. Będzie sporo dyskusji, Armstrong znów będzie na pierwszych stronach gazet. Następnie ustali się co zrobić z rekordami i wygranymi wyścigami. Nazwisko zwycięzcy się wykasuje, laur przyzna drugiemu w kolejce albo nie przyzna w ogóle. Grunt to uporządkować sprawy formalne. Tak się kończy etap zakreślania miejsc do zmazania. Potem trzeba się brać za wymazywanie.

Armstrong zniknie z zestawień i publikacji. Początkowo będzie w nich funkcjonował z gwiazdką, drobnym drukiem albo w nawiasie, że został zdyskwalifikowany. Później, podczas aktualizacji zestawień zniknie z nich w ogóle. Za dwadzieścia lat trudno będzie znaleźć go w rankingach. Na pierwszych miejscach znajdą się inni. Jego obecność w jakimkolwiek sportowym kontekście będzie kłopotliwa. Oznaczała bowiem będzie niemą legitymizację jego dopingowej działalności. Tak jak kiedyś fotki z Papieżem czy Wałęsą nobilitowały, tak wkrótce stanie obok Armstronga będzie balastem.

Potem Amerykanin zniknie z przestrzeni publicznej. Ludzie przestaną o nim mówić. Młodzi kibice jeszcze na początku będą słyszeli, że wygrywał, ale oszukiwał. Potem już nie usłyszą o nim w ogóle. Po co mówić o kimś, kogo nie ma?

Fundacja Armstronga przestanie być łączona ze sportem. Na jej czele będzie stał łysawy facet, który wygrał walkę z rakiem. Dobrze ubrany biznesmen.

Za pół wieku na zdjęciu człowieka wygrywającego Tour de France ówcześni dojrzą nieznanego mężczyznę, który lubił sobie pojeździć na rowerze.

Czy za następne ćwierć wieku zniknie nawet ze zdjęć?

P.

piątek, 12 października 2012
Narody na granicy, reprezentacje na granicy. "Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki"

Łatwo jest powiedzieć, że Klose to świnia, która sprzedała się Niemcom. Łatwo jest mieć żal do Podolskiego, że biega z czarnym, a nie z białym orłem na piersi. Łatwo jest też nazywać zdrajcą Ernesta Wilimowskiego. Bo w ogóle łatwiej jest pewne rzeczy osądzać niż próbować je zrozumieć. Kapitalna książka Thomasa Urbana "Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki" dokonuje właśnie tego trudniejszego ruchu - tego związanego z opisaniem i zrozumieniem.

Niemiecki historyk w swoim dziele opisuje nad wyraz skomplikowane polsko-niemieckie sąsiedztwo. Skupia się przede wszystkim na okolicach Górnego Śląska, choć nie brakuje również historii z Wielkopolski i innych części kraju. W jedenastu tekstach autor bierze na warsztat przypadki ukazujące skomplikowanie i złożoność relacji polsko-niemieckich w XX i XXI wieku. W tym zbiorze znaleźć można historie absolutnie poruszające.

Urban ukazuje np. losy Fryderyka Scherfke, piłkarza Warty Poznań, przedstawiciela mniejszości niemieckiej i... strzelca pierwszego gola dla reprezentacji Polski na mistrzostwach świata podczas pamiętnego meczu z Brazylią na MŚ 1938.

Fryc Scherfke, jak na niego mawiali koledzy, urodził się w Poznaniu, ale wychowywany był w niemieckim duchu - chodził do niemieckojęzycznego gimnazjum, był również protestantem. Żył jednak w przyjaźni z Polakami i gdy otrzymał powołanie do biało-czerwonej kadry, to nie wahał się ani chwili. Gdy Niemcy wkroczyli do stolicy Wielkopolski Scherfke podpisał volklistę i został wcielony do Wehrmachtu. Początkowo praktykował jednak głównie jako animator życia sportowego w Kraju Warty, a następnie jako mechanik. Dopiero później angażowany był do prac na kolei. Dzięki nim miał on pomagać swoim byłym kolegom z boiska - m.in. znanemu warciarzowi i bramkarzowi reprezentacji Polski Marianowi Fontowiczowi. Pod koniec wojny Scherfke dostał się do niewoli brytyjskiej, a po jej zakończeniu otworzył sklep z meblami w Brandenburgii. Socjalistyczna propaganda nazwała go zdrajcą, ale z czasem coraz częściej pojawiały się głosy mówiące o zasługach byłego zawodnika w pomaganiu swoim kolegom z Poznania. Dobry Prusak? Zły Polak? Nie wiem.

Niezwykle interesująca jest również historia Ernesta Wilimowskiego. Większość fanów jednak ją zna, więc ograniczę się do kilku ciekawostek. Ezi urodził się w 1916 roku jako obywatel Rzeszy. W tym samym roku jego ojciec jako niemiecki żołnierz poległ na froncie. Początkowo chłopak nosił więc nazwisko po matce - Ernest Prandella. Matka chowała go po niemiecku - w tym języku z nim rozmawiała, do takiej szkoły posyłała, wreszcie zapisała do zespołu 1. FC Katowice - futbolowego bastionu mniejszości niemieckiej. Nazwisko Wilimowski Ezi otrzymał po ojczymie, który go adoptował, gdy chłopak miał 13 lat. Roman Wilimowski był z kolei polskim patriota zaangażowanym w powstania śląskie i z miejsca wysłał przyszłą gwiazdę do polskojęzycznego gimnazjum. W tak złożonych warunkach rozwija się tożsamość młodego Eziego. A to dopiero przygrywka do dalszych, często dramatycznych wybór narodowościowych genialnego napastnika.

Praktycznie każda historia, którą przytacza autor i każda postać, o której opowiada, ukazują złożoność i tragizm relacji polsko-niemieckich. Duszną atmosferę czuć z kartek książki podczas czytania o niedokończonym meczu między Wisłą Kraków a 1. FC Kattowitz z 1927 roku. Dla przeciętnego fana hieroglifem pozostaje sytuacja Mazurów, którzy po wojnie wyjeżdżali do Niemiec zasilali tamtejsze kluby sportowe. Oni sami zwykle nie uważali się za Polaków, ale w miejsce ich najliczniejszej piłkarskiej kolonii - Schalke Gelsenkirchen - to przecież słynny "Polackenclub". Nutka sensacji towarzyszy opowieściom o konspiracyjnych meczach podczas wojny (jak przewieźć piłki na taki tajny mecz!?), a nostalgii - przy tekście o zagładzie sportu żydowskiego (np. słynna swego czasu Hasmonea Lwów).

Ciekawe wątki mają również z pozoru dobrze nam znane historie polskich piłkarzy, którzy po wojnie trafiali do Niemiec. Pierwszym z nich był Stefan Majewski, który dziś wprost przyznaje, że jego wnuki "są Niemcami" (w jakiej kadrze zagrają?). Podoba mi się również cytat Andrzeja Iwana o swoim transferze do Bochum i rozmowach między trenerem Vfl Hermannem Gerlandem a prezesem Górnika Zabrze: "Gerland zdawał się być już zmęczonym pobytem w Polsce, nieustannym chlaniem. (...) Chyba nie zdawał sobie sprawy z groteskowości tej sytuacji: przy alkoholu, za którym nie przepadał, prowadził rozmowy na temat sprowadzenia do Niemiec nałogowego alkoholika".

W ostatnim rozdziale książki autor pochyla się nad Klose (ur. 1978) i Podolskim (ur. 1985). Obaj oni urodzili się w Polsce, ale obu też od dziecka przysługiwał niemiecki paszport, bowiem ich przedkowie byli przesiedleńcami ze Śląska i Mazur. Klose opuścił Polskę jako siedmiolatek i przez Francję osiedlił się wraz z rodziną w Niemczech. Waldemar Podolski wraz z żoną i 2-letnim synkiem Łukaszem wyjechał do Niemiec, gdy mały piłkarz miał 2 lata. Obaj panowie swoje całe życie przeżyli w Niemczech, obaj tam chodzili do szkół i tam się uczyli grać w piłkę. Obaj też mają rodzinę w Polsce. Klose mówi dziś o sobie: "Jestem Ślązakiem i Europejczykiem. Zdrajcy? A w tle pojawia się także historia Dariusza Wosza, którego rodzicom odebrano polski paszport po przyjeździe do NRD, a 10-letni wówczas chłopak ledwo dukał coś po niemiecku.

Książka Urbana to pozycja o tyle także przydatna, że nie tylko opisuje jednostkowe futbolowe dzieje, ale wydobywa również ich historyczno-społeczny kontekst. Trudno zrozumieć wybory Ślązaków podczas II wojny światowej, jeżeli nie wie się jaka sytuacja tam wówczas panowała. Autor właśnie to robi - w przystępny sposób zakreśla tło relacji polsko-niemieckich na Górnym Śląsku, w Poznaniu, w Krakowie, na Mazurach. Nie twierdzę, że po lekturze książki już je w pełni zrozumiałem, ale przynajmniej mam nieco jaśniejszy ogląd.

Zastanawiam się tylko nad trafnością tytułu. Być może na Śląsku nie było nigdy czarnego i białego orła, ale był ten trzeci - czarno-biały.

P.