Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 21 września 2012
Był w Lechu, Warcie i Olimpii - znów zagra w Poznaniu. Obieżyświat z Pogoni Szczecin

Robert Kolendowicz, mecz Pogoń Szczecin - Wisła KrakówRobert Kolendowicz, mecz Lech Poznań - Zagłębie Lubin 4:0 (1998)

Zawodnicy, którzy kopali piłkę w barwach trzech najlepszych poznańskich klubów to bardzo rzadki gatunek. Piłkarz Pogoni Szczecin Robert Kolendowicz, który w niedzielę zagra na Bułgarskiej z Kolejorzem, był w Olimpii, Lechu i Warcie Poznań... jeszcze przed skończeniem 20 lat!

Robert Kolendowicz to poznaniak, ale pierwsze treningi odbył w MKS Chocicza, około 60 km od stolicy Wielkopolski. - To jest długa historia. Urodziłem się w Poznaniu, ale mieszkałem pod tym miastem w małej miejscowości - wspomina piłkarz na oficjalnej stronie Pogoni Szczecin, w której teraz gra. - Kiedy kończyłem szkołę, były zapytania o mnie praktycznie ze wszystkich klubów Poznania. Do Olimpii przeszedłem za sprawą trenera, który pracował wtedy też w reprezentacjach makroregionu i województwa. Byłem w niej dość krótko i dziś nawet nie pamiętam dobrze tego okresu - opowiada.

15-latek mógł się przyglądać, jak klub z Golęcina zajmuje 12. miejsce w ekstraklasie w sezonie 1994/1995. W latach 90. karty zawodnicze de facto mogły należeć nie tylko do klubów, ale i do prywatnych osób. Krzysztof Sieja sprowadził więc młody talent najpierw do Sokoła Pniewy i szkółki w Szamotułach, by po zatwierdzeniu w Opale Lubosz wypożyczać go do klubów Wielkopolski, a potem całej Polski.

Kolendowicz znów mógł obserwować ekstraklasę z trybun w Amice Wronki. W informacjach na temat transferów do Lecha nazwisko nastolatka było wymieniane w dalszej kolejności. Rządy w klubie - na krótko - objęli wtedy Zbigniew Drzymała i Andrzej Grajewski. Za sprawą tego drugiego do Poznania miał trafić cały zaciąg gwiazd Widzewa Łódź: Artur Wichniarek, Arkadiusz Onyszko, Andrzej Kobylański, a nawet Mirosław Szymkowiak i Maciej Terlecki. Nic z tego nie wyszło.

Może też dzięki temu szybki pomocnik zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w Poznaniu niecały miesiąc po uzyskaniu pełnoletniości, 17 października 1998 roku. Świetnie grający Kolejorz rozgromił 4:0 Zagłębie Lubin. - Wiadomo, jakim klubem dla ludzi związanych z regionem jest Lech. Na pewno chce tam grać każdy młody chłopak z Poznania i okolic. Tak było kiedyś i tak jest do dzisiaj - twierdzi Robert Kolendowicz.

Wystąpił jeszcze w dwóch następnych kolejkach ekstraklasy: w Olsztynie ze Stomilem i w Łodzi z Widzewem. W sumie w barwach Kolejorza rozegrał pół meczu bez minuty, czyli 44 minuty. Był też w Warszawie, gdy kluby protestujące przeciw PZPN Mariana Dziurowicza odwołały mecze. Na Łazienkowskiej Kolendowicz zagrał drugą połowę sparingu z Legią. W pierwszej wystąpił w roli... sędziego liniowego!

Gazeta Wyborcza Poznań uznała młodzieżowego reprezentanta Polski za największy talent na pozycji skrajnego napastnika. Drugie miejsce zajął w tym rankingu... Bartosz Ślusarski.
W pierwszych dniach 1999 r. po tym jak Piotr Reiss odszedł do Herthy Berlin, Kolendowicz był wymieniany jako jego potencjalny następca w ataku Kolejorza. Lech chciał go wykupić, ale Krzysztof Sieja żądał 450 tys. marek. - Ta cena jest dla nas nie do przeskoczenia. Wykluczone, byśmy ją zapłacili. Jesteśmy w stanie dać połowę mniej - tłumaczył wiceprezes klubu Ryszard Dolata. Pod koniec stycznia, podczas turnieju halowego w Arenie, Robert Kolendowicz grał już dla Warty Poznań. - Sam przysłał do nas pismo z prośbą o skreślenie go z listy graczy Lecha - wyjaśniał menedżer klubu z Bułgarskiej Roman Jakóbczak.

- Animozji między klubami nie ma, bo prawda jest taka, że Warta nie ma zbyt wielu kibiców - uważa dziś Robert Kolendowicz. - Był taki moment, że próbowano to zmienić, ale chyba do końca to się nie udało. Warta jest klubem z ogromnymi tradycjami, ale od kiedy sięgam pamięcią, to uczucia Wielkopolan były skierowane raczej w stronę Lecha. To był i jest klub topowy, do którego garną się wszyscy i któremu wszyscy kibicują. Warta była zawsze na uboczu i nawet ta ostatnia ’’Zielona rewolucja’’ nic w tej kwestii chyba nie zmieni - twierdzi.

Piłkarz w trzecioligowej Warcie dokończył sezon 1998/1999, a tułaczkę po kontynuował też poza Polską. By wymienić jego wszystkie kluby, trzeba wziąć głęboki oddech:

MKS Chocicza, SKS 13 Poznań, MKS Chocicza, Olimpia Poznań (1995/1996), Sokół Pniewy/Opał Lubosz (1996), MSP Szamotuły (wiosna 1997), Amica Wronki (1997/1998), Lech Poznań (jesień 1998), Warta Poznań (wiosna 1999), Racing Club Gent (Belgia, jesień 1999), GKS Bełchatów (2000/2001), Groclin Dyskobolia Grodzisk Wlkp. (jesień 2001), GKS Bełchatów (2001-2004), Korona Kielce (2005-2006), Łódzki KS (2006), Zagłębie Lubin (2007-2009), Odra Wodzisław (2009), Pogoń Szczecin (2010-...).

Jedynym piłkarzem w historii, który zagrał w ekstraklasie w barwach trzech poznańskich klubów jest Dariusz Wojciechowski (Olimpia 1992-1994, Warta 1994, Lech 1995/1996).

B.

czwartek, 20 września 2012
Videoton wraca na salony

Węgierski Videoton FC dzisiejszym meczem z belgijskim KRC Genk w ramach Ligi Europy wraca na futbolowe salony. Zespół z miasta o pięknej nazwie Szekesfehervar dla najmłodszych kibiców stanowi z pewnością niezły powiew egzotyki. Jeżeli bowiem Węgrzy już jakimś cudem ugrywali coś w Europie, to był zwykle Debreczyn albo ewentualnie inny klub z Budapesztu, z Ferencvarosem na czele. Warto więc przypomnieć z kim tak naprawdę mamy tu do czynienia.

Faktycznie Videoton na tle stołecznych klubów wypada blado. Przez długie lata jego największym sukcesem było wicemistrzostwo Węgier 1976. W latach 1984 i 1985 zajmował natomiast trzecie miejsce. Tak było aż do początku XXI wieku. Wtedy to klub włączył dodatkowy bieg. Efekt? Sukcesy na krajowym podwórku: mistrzostwo Węgier 2011, wicemistrzostwo 2010 i 2012 oraz Puchar Węgier 2006. Drużyna gwałtowne postępy zaczęła robić pod wodzą Gyorgy Mezeya, a jego kontynuuje od maja 2011 słynny Portugalczyk Paulo Sousa. Poza coachem zespół nie ma wielkich gwiazd. Obroną kieruje znany z Valencii i Sportingu Marco Caneira a w ofensywie rej wodzi Serb Nemanja Nikolic.

W ostatnim czasie Videoton miał już kilka podejść pod Ligę Europy. W sezonie 2006/2007 odprawił go Grasshoppers Zurich, w 2010/2011 - NK Maribor, a w zeszłym roku w boju o Ligę Mistrzów szybko odstrzelił go austriacki Sturm Graz. Udało się dopiero teraz! W drodze do europejskiego eldorado dla ubogich Videoton pokonał Slovan Bratysława (0:0, 1:1), KAA Gent (1:0, 3:0) oraz turecki Trabzonspor (0:0, 0:0, k. 4:2). Może się pysznić jak paw w kurniku, bo drogę po splendory miał długą i wyboistą.

Ale, ale, ale! Kiedy mówimy już o europejskich pucharach, to najbardziej spektakularnym wkładem Videotonu w historię światowego futbolu jest finał Pucharu UEFA 1985! Cóż to były za rozgrywki dla Węgrów. Najpierw pokonali oni Duklę Praga (1:0, 0:0). Potem słynne PSG (4:2 i 1:0). W 1/8 finału spektakularne baty dostał Partizan Belgrad (5:0 i 0:2). W ćwierćfinale poległ słynny Manchester United z Bryanem Robsonem, Gordonem Strachanem i Markiem Hughesem (1:0, 0:1, k. 5:4), w półfinale zaś Żeljeznicar Sarajewo (3:1 i 1:2). W najważniejszym dwumeczu Videoton okazał się jednak za słaby na wielki Real Madryt. W pierwszym spotkaniu przegrał 0:3

i choć w rewanżu wygrał 1:0 po golu Majera,

to Węgrzy musieli się zadowolić srebrnymi krążkami (relacje z finałów również tutaj). Polecam również zapoznanie się z fajnym filmikiem pokazującym całą pucharową przygodę Videotonu w sezonie 1984/1985. Do obejrzenia tutaj.

Teraz zespół z Szekesfehervar wraca. Czy nawiąże do swoich dawnych sukcesów?

P.

poniedziałek, 17 września 2012
W filmie było 0:1. Górnik - Legia z Antonim Pawlickim

Drzazgi, Antoni Pawlicki, Górnik Zabrze

Mecze piłkarskie nadal na tyle rzadko są pokazywane w polskich filmach, że każdy jeden taki przypadek jest wart odnotowania. Z zakamarków pamięci wygrzebałem właśnie obraz z bojem Górnik Zabrze - Legia Warszawa w tle. To film ''Drzazgi'' Macieja Pieprzycy. Nie było 2:2, a bramkarze nie zawalali goli, jak teraz.

Jedna z trzech przeplatających się historii opowiada o Robercie Sójce, niedoszłym piłkarzu i kibicu Górnika Zabrze. Chłopaka gra Antoni Pawlicki, znany pogromca Niemców z serialu ''Czas honoru''. Jedna z pierwszych scen, w towarzystwie Jacka Braciaka, jest chyba najlepszą z całego filmu.

Sam Pawlicki o roli mówi tak:

- Jest to bardzo ciekawa rola między innymi dlatego, że musiałem zagrać ''kibola'' Górnika Zabrze, a do tego jeszcze byłego piłkarza. Tymczasem są to dość mocno odległe ode mnie klimaty ponieważ ja sam mam z piłką raczej kiepski kontakt. Poza tym jeśli chodzi o kibicowanie drużynie Górnika Zabrze jest to już w ogóle obce dla mnie doświadczenie. Owszem kiedyś chodziłem na Legię i nawet jej kibicowałem, nie jestem jednak jakimś zagorzałym fanem piłki. Ponadto ten rodzaj agresji, jaki funkcjonuje na stadionach, i który umiem sobie wytłumaczyć, prywatnie jest mi zupełnie odległy i raczej sam z siebie nie chciałbym w tym uczestniczyć.
- W zdjęciach brali udział prawdziwi ''Ultrasi''?
- Są to ujęcia łączne. Fragmenty prawdziwego meczu Górnik - Legia, gdzie drużyna z Zabrza przegrała w końcówce po rzucie karnym, zostały połączone z inscenizowanymi zdjęciami z trybun. Przyszła wtedy grupa kibiców Górnika, których poznałem zresztą wcześniej i nakręciliśmy sekwencje jak kibicujemy podczas meczu.

Aktor ciut błądzi, bo Górnik przegrał po karnym w ostatniej minucie tylko w filmie. A jedenastka Rogera jest z meczu zakończonego wynikiem 0:3 (sierpień 2007).

Reżyser pierwotnie planował osnuć cały film wokół wątku Górnika. Zdanie zmienił:

- To pewna wypadkowa tego, co przeżyłem ja, tego co przeżył Bartek współscenarzysta, ludzi których spotkaliśmy. Moi bohaterowie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Ich historie są w jakiś sposób prawdziwe, wydarzyły się, ale oczywiście zostały na potrzeby filmu udramatyzowane. Początkowo jedną z tych trzech historii, noszącą tytuł ''Mecz'', chciałem pociągnąć na cały film. Ale czułem niedosyt, wydawało mi się to za bardzo jednowymiarowe. Dlatego zdecydowałem się połączyć tę historię z jednym z opowiadań Bartka, dołożyliśmy do tego jeszcze jedną story i tak powstała całość, którą wspólnie dopracowaliśmy.

Gdyby ktoś cierpiał na niedosyt piłki w kinie już teraz zapraszam do Poznania na grudniowy festiwal Ale Kino! w ramach którego od paru ładnych lat istnieje specjalna sekcja Ale Kino! z piłką.

B.

Czytaj też:

90 minut z Diego. Maradona by Kusturica  

Les Arbitres Zabić sędziego 

Lisbon Story a mecz, którego nie było   

Mecz, którego nie obejrzał sąsiad Amelii  

Diablo Włodarczyk, Eryk Lubos, trudne uczucie do Wietnamki i Wojownik Piotrowski  

piątek, 14 września 2012
Przez PZPN z ludzi wyłaziły zwierzęta. Więcej kas było na Malcie

Nie miałem ochoty wracać myślami do tego tematu, ale Gazeta Wyborcza Wrocław podała, w ilu kasach naprawdę były sprzedawane bilety bezpośrednio przed meczem Polska - Mołdawia. Nie w jednej, w co nie chciało mi się wierzyć (jak twierdził np. czytelnik w tym liście), ale było ich niewiele więcej. Trzy jest tą liczbą i liczbą tą jest trzy.

- Naszym zadaniem było tylko przygotowanie Związkowi miejsca pracy, czyli kas z dostępem do prądu. Poprosił o cztery i tyle dostarczyliśmy, choć sugerowaliśmy już wcześniej, że to może być za mało - wyjaśnia Adam Burak, rzecznik spółki Wrocław 2012, która zarządza stadionem.

Mimo tego PZPN nie zdecydował się na więcej kas, nie otworzył też wszystkich, które dostarczyła spółka. Bilety przed meczem można było kupować tylko w trzech okienkach. Na prośbę spółki Wrocław 2012 na terenie stadionu stanęła jeszcze jedna, piąta kasa, w której sprzedawano bilety na mecz Brazylia - Japonia, który 16 października odbędzie się we Wrocławiu. - Chcieliśmy wykorzystać fakt, że na stadionie będzie wielu kibiców - dodaje Burak.

(z tą brazylijsko-japońską kasą nasuwa mi się od razu ''Nie chce pan do Tokio, to ja radzę niech pan bierze do Melbourne. To bardzo rzadki bilet, jeszcze aktualny. Samolot odleciał trzy dni temu, nawet jeszcze nie wrócił'', ale to w tej sprawie wątek poboczny)

Zaraz po meczu - gdy było wiadomo, że pod kasami zebrało się narodu jak na pielgrzymce do Częstochowy - rzecznik PZPN Agnieszka Olejkowska powiedziała Gazecie Wrocławskiej:

- Wiele osób nie chciało skorzystać z opcji kupna biletu przez internet i można było przewidzieć, że będą kolejki. Zakup biletu trochę trwa - trzeba pokazać dokument tożsamości, wpisać PESEL. Zdarza się przecież jeszcze, że jedna osoba kupuje kilka biletów - tłumaczyła zaraz po zakończeniu meczu Polska Mołdawia Agnieszka Olejkowska, rzecznik Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Olejkowska nie była pewna, czy w trzech otwartych kasach oprócz kupowania biletów można było też odbierać wejściówki zamówione przez internet. - Tak chyba było, ale nie jestem pewna, musiałabym to sprawdzić. Może faktycznie otworzyliśmy za mało kas.

Ostatnie zdanie brzmi niemal jak przyznanie się do błędu, czyli ciało obce w ustach pani rzecznik, ale już dzień po meczu wróciła nam dobrze znana Agnieszka Olejkowska:

- Ilość stanowisk kasowych wydawała się wystarczająca.

A także dodała (z wyżej cytowanego tekstu GW):

Olejkowska zapewnia, że kibice mogli kupić bilety wcześniej. - W pierwszym etapie sprzedaży internetowej, od 6 sierpnia do 2 września, taką szansę mieli tylko członkowie Klubu Kibica, ale potem sprzedaż była otwarta dla wszystkich - od 3 do 9 września. Kasy na wrocławskim stadionie były czynne także w dni poprzedzające mecz - twierdzi rzeczniczka PZPN.

Dlaczego przed meczem działało tak mało kas? - Przy organizacji dużych imprez odchodzi się od sprzedaży biletów tuż przed samym wydarzeniem - mówi rzeczniczka PZPN Agnieszka Olejkowska. - Nie możemy brać odpowiedzialności za kibiców, którzy nie czytają komunikatów organizacyjnych. Apelowaliśmy, żeby do kas przychodzić najpóźniej do godz. 17, tymczasem niektórzy przychodzili nawet o godz. 20. Tacy kibice pretensje mogą mieć tylko do siebie.

Otóż, droga pani rzecznik, choć nie przybyłem pod stadion o godzinie 20, faktycznie mam do siebie pretensje. Te największe. Ale też wymienię swoją listę zarzutów pod adresem Polskiego Związku Piłki Nożnej, zarządcy stadionu - i uwaga - innych kibiców.

Na zakup biletu w necie miałem jeden dzień.

Nie miałem i nie mam zamiaru być okradzionym przez tzw. Klub Kibica, nie uiściłem haraczu za możliwość nabycia wejściówki w sprzedaży zamkniętej (do 2 września). W dniach 4-11 września byłem na zagranicznych wywczasach. Na kupno biletu w sieci miałem więc poniedziałek 3 września. Nie zdążyłem się zdecydować i mam za swoje. Z tyłu głowy kołatała mi myśl, że jeśli jednak - pokrzepiony wynikiem/grą w Czarnogórze - będę chciał obejrzeć ekipę Waldemara Fornalika przeciw Mołdawii po przylocie do Wrocławia, stawienie się pod stadionem trzy godziny przed szpilem wystarczą do wejścia na mecz. O naiwności!

Przy okrągłym kiosku z biletami od strony ulicy Królewieckiej byłem ok. 17.40. Jak wyliczył Tygodnik Kibica to ponad trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Szok spowodowany długością kolejki i liczbą kas dającą się wyrazić za pomocą paluchów jednej dłoni złagodziła chłodna kalkulacji. Zbliżałem się do mety powoli, ale systematycznie. Zwłaszcza po tym, jak jeden szkrab stojący kawałek przede mną podał do wiadomości swojego taty i wszystkich w okolicy liczbę osób, jaką naliczył - a było to ok. 150 (brakowało tylko ''czuwaj!'') - miałem przeświadczenie graniczące z pewnością, że bilet będzie mój. O naiwności!

Paradoksalnie, uformowaną i karnie stojącą jeden za drugim kolejkę rozwaliła... obsługa meczu (stewardzi lub ochroniarze, raczej ci drudzy). Ogonek stał tuż przed wejściem bramkami na stadion i uznano, że tak być nie może. Nastąpił tyleż skomplikowany co nieudany proces przesunięcia kolejki w inne miejsce. To nie mogło się dobrze skończyć dla tych, którzy uczciwie swoje odstali. Moje miejsce w peletonie pogorszyło się o circa 50 miejsc. Spadochroniarze z końcowych miejsc nagle zaczęli lądować w czołówce, jak gdyby nigdy nic. Wyglądało to mniej więcej tak.



Po tej akcji dywersyjnej do moich uszu dotarł taki dialog: - Tatusiu, skoro inni się wpychają, to my też tak zróbmy - jęczała dziewczynka stojąca z ojcem tuż za mną. - Nie możemy, trzeba stać uczciwie - odpowiadał ojciec stojący tuż za mną.

Ale z czasem było już tylko gorzej. Nie tylko dlatego, że kończył się prowiant zdobyty w pobliskiej żabce przez lubą ;)

Ludzie wpierniczali się w kolejkę na różne sposoby. Jedni jak na powyższym fragmencie Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, przystawali bezszelestnie, jak gdyby nigdy nic, jakby stali w danym miejscu od przedwojny. Inni próbowali przekupywać osoby ze ścisłej czołówki: w pakiecie był pesel/dowód osobisty, kasa na bilet i bonus na ''małe co nieco''. Moim ulubionym typem był jednak bezczel-gaduła. Przystanął taki parę metrów za mną i szybko znalazł interlokutora. - Ja p... ale kolejka! J... PZPN. Długo już stoisz? - Dwie godziny. - Ja p.... co za skandal. Ktoś powinien coś z tym zrobić. Ile jest tych kas?! Czemu musimy tu stać?! PZPN, PZPN... - i tak po 5-10 minutach wygadał sobie miejsce w kolejce.

Im bliżej było meczu, tym nerwów było więcej. W zapadających ciemnościach cichociemni mnożyli się na potęgę i przylatywali w okolice kas jak ćmy do światła. Robiło się coraz tłoczniej, zaczęły się wyzwiska, a nawet przepychanki. Kolejka zrobiła się szeroka na 5-10 osób (bo długa była jak stąd do wieczności), samozwańczy pilnujący szyku robili więcej złego niż dobrego, a policja/ochrona (nie widziałem, tylko słyszałem krzyk z frontu) reagowała tylko wtedy, gdy napór na czołówkę był za duży.

Uświadomiłem sobie, że reguły ostatecznie przestały obowiązywać, a ludzie zaczęli się kierować - jak zwierzęta - instynktem, gdy spostrzegłem, że pan z córeczką, wcześniej uczciwie pilnujący kolejki, cudownym sposobem znaleźli się przede mną.

To skandal, że PZPN sprzedawał bilety na mecz eliminacji mistrzostw świata w trzech kasach. Ale mnie, który dotarł na stadion trzy godziny przed spotkaniem, obejrzenie go uniemożliwiła też (a może przede wszystkim) rozpychająca się tłuszcza i obsługa, która nie przypilnowała kolejki.

Czytam, że dopiero o godz. 20.30 ustawiono barierki, które miały uniemożliwić oskrzydlające ataki intruzów. Czy żaden wrocławski bystrzak nie mógł wpaść na to wcześniej? Czy nikt nie przewidział, że po bilety ustawi się - co za niespodzianka - kolejka? Czy żaden ze stewardów/ochroniarzy nie mógł tego ogonka od początku pilnować?

Czy to naprawdę jest takie trudne?

Niecałe 10 minut przed pierwszym gwizdkiem, nie mając ochoty dalej uczestniczyć w tych dantejskich scenach i płacić 80 lub 120 zł za obejrzenie części meczu, wyszedłem z kolejkowej imprezy.

Aha, na wakacjach byłem na Malcie. Na stadionie narodowym w Ta'Qali obejrzałem spotkanie eliminacyjne z Armenią (0:1). Sprzedaż biletów była prowadzona przez parę tygodni w sieci, tak jak w Polsce. Ale większość osób z 3,5 tys., które ten mecz obejrzało, tak jak ja, kupiło bilet w kasach przed spotkaniem. W jednej z pięciu otwartych kas.

Kasy biletowe przed meczem Malta - Armenia 0:1

A o Malcie, dla ukojenia nerwów, w następnych wpisach.

B.

O zmaganiach z kupnem biletu na mecz kadry już na tym blogu można było poczytać:

PZPN sprzedaje bilety na mecz Polska - Wybrzeże Kości Słoniowej 

W menu także:

Jak PZPN nie rozmawiał z zagranicznymi kandydatami na selekcjonera 

Polityka pamięci PZPN  

Gdzie PZPN ma polskie godło, czyli orzełkowym skrytożercom mówimy nie! 

Gdzie PZPN mógłby wysłać faks z pytaniem o mecz towarzyski?

 

PS Podejmuję się rozkręcenia strony fejsa dla bloga, więc jakby co, można lubić. Pierwsza myśl jest taka, by wrzucać tam zdjęcia (jak galerię z Malty) i krótkie ciekawochy dręczące każdego z nas, typu: ilu piłkarzy występujących swego czasu na Gozo grało w polskiej lidze...

wtorek, 11 września 2012
Chorwatobelgowie

Dzisiejsze spotkanie Belgii z Chorwacją to nie starcie odwiecznych przeciwników, ale jest w nim jednak pewien ciekawy smaczek. Otóż pod koniec lat dziewięćdziesiątych i w pierwszej dekadzie XXI wieku o ofensywnej sile reprezentacji Belgii stanowili właśnie... Chorwaci!

Josip Weber urodził sie w 1964 roku we Splicie. Tam stawiał swoje pierwsze futbolowe kroki, grając w NK Marsonia, w słynnym Hajduku Split i Dinamie Vinkovci. W 1988 roku postanawia jednak spróbować szczęścia na zachodzie Europy. Przenosi się więc do belgijskiego Cercle Brugge. Z miejsca zostaje gwiazdą. Gra tam przez sześć lat, aż trzykrotnie zostając królem strzelców ligi belgijskiej (1992, 1993, 1994). Jego popisy nie umykają szkoleniowcom w jego ojczyźnie. W 1992 roku Weber zostaje powołany na wojaże reprezentacji Chorwacji w Australii. Występuje w trzech spotkaniach (wszystkie z... Australią), strzela jednego gola i wraca do Belgii. Nigdy więcej już nie zagra dla bałkańskiej drużyny, bo... Po powrocie otrzymuje obywatelstwo belgijskie i propozycję gry dla reprezentacji Belgii! On, świeżo upieczony reprezentant Chorwacji! Ku zaskoczeniu wszechświata Weber się godzi. Ku jeszcze większemu zdziwieniu fanów zgodę na jego występy dla Czerwonych Diabłów wydaje również FIFA! Dlaczego? Ponieważ spotkania z Australią były towarzyskie i poza oficjalnymi terminami. Czyli takie pół-oficjalne. No to dawaj go!

W efekcie napastnik debiutuje w kadrze. I to jak debiutuje! W wygranym 9:0 spotkaniu z Zambią, w której Chorwat-Belg strzela... pięć goli! Potem zalicza jeszcze kilka spotkań towarzyskich i już w czerwcu 1994 leci do USA, by tam zagrać na mundialu. Wraz ze swoją nową drużyną dobija się tam do 1/8 finału (porażka z Niemcami, pod koniec spotkania Weber jest ewidentnie faulowany w polu karnym, ale sędzia nie gwiżdże jedenastki). Po amerykańskiej przygodzie... kończy swoją reprezentacyjną karierę z bilansem 8 meczów i 6 goli. Z Cercle przenosi się do Anderlechtu, gdzie występuje potem przez kolejne trzy sezony. Pierwszy z nich jest jeszcze udany, ale potem snajper już coraz częściej nie wytrzymywał trudów rozgrywek. Zakończył przygodę z piłką w 1997 roku. Czy pisałem już, że Weber zawsze przypominał mi wielką mysz?

Branko Strupar to kilka lat późniejsza wariacja na temat historii Webera. Również napastnik, również strzelał sporo goli. Przyszedł na świat w Zagrzebiu w 1970 roku. Terminował w NK Zagrzeb, ale wobec przemian ligowych w Jugosławii postanowił wyjechać za chlebem do Belgii. Był 1994 rok. Chorwat trafi do Racingu Genk, grającego na zapleczu ekstraklasy. Ledwo zdążył rozpakować walizki i już strzelał. Najpierw pomógł utrzymać KRC w II lidze, potem awansować do ekstraklasy, a następnie zająć w niej bezpieczne miejsce (8. miejsce w sezonie 1996/1997) i... wywalczyć sensacyjne wicemistrzostwo (1997/1998) oraz Puchar Belgii. Sam Strupar został królem strzelców oraz najlepszym zawodnikiem ligi. Gdy wydawało się, że lepiej już nie może być, to okazało się, że jednak może! Genk zostało mistrzem Belgii 1999! W tym samym też roku Branko ożenił się z Belgijką, dzięki czemu otrzymał belgijskie obywatelstwo. Choć bardziej ciągnęło go do reprezentacji Chorwacji, to Miroslav Blazevic nie widział go w swojej drużynie, więc, w sierpniu 1999 roku, Strupar zadebiutował w reprezentacji Belgii. Trwała jego złota passa.

Biło się wówczas o niego pół Europy. On jednak chciał zostać w Genk i zagrać ze swoją ukochaną drużyną w Lidze Mistrzów. Los jednak z niego zadrwił i KRC został wyeliminowany z batalii o Champions League przez słoweński NK Maribor (1:5 i 3:0). Strupar dograł rundę jesienną w Belgii, po czym przenosi się do Derby County. Jego pociąg do sukcesu już jednak odjechał. W Anglii szło mu poniżej oczekiwań, często zmagał się też z kontuzjami. Spędził tam trzy lata. W sezonie 2003/2004 wpadł jeszcze do Dinama Zagrzeb zdobywając z nim wicemistrzostwo Chorwacji, po czym zakończył karierę. Jego popisy w kadrze również nie do końca przekonują. Choć zagrał na EURO 2000 i na MŚ 2002, to nigdzie nie błysnął. Po azjatyckim mundialu już nie wrócił do kadry. Jego licznik stanął na 17 meczach i 5 golach.

Los pisze dziwne historie. Niby Belgię z Chorwacją nie łączy nic szczególnego, ale jednak u niektórych byłych zawodników dzisiejsze spotkanie może wywoływać niezwykłe emocje. Za kogo będą trzymali kciuki Weber i Strupar?

P.