Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 14 czerwca 2014
Holandia może się bać. Świetny start = kiepski koniec?

''W pierwszym szlagierze pierwsza sensacja. Holendrzy mieli być słabi jak nigdy, a odnieśli sensacyjne zwycięstwo nad mistrzami świata. I z miejsca stali się jednymi z faworytów turnieju''. To wcale nie jest początek relacji ze spotkania Holandii z Hiszpanią - choć równie dobrze mógłby nim być - a delikatnie tylko zredagowany fragment korespondencji Gazety Wyborczej z Berna, sprzed sześciu lat. Wtedy, na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii, Holendrzy po niesamowitym spotkaniu rozłożyli na łopatki mistrzów świata, Włochów 3:0, a potem jeszcze poprawili pogromem 4:1 nad wicemistrzami globu, Francuzami. Wszystkim kopara opadła, zachwytom nie było końca, że van Basten na ławce, a oni grają, jak on i Gullit, i reszta, futbol totalny, etcetera. Wydawało się, że nikt nie jest w stanie zatrzymać Oranje na drodze do mistrzostwa kontynentu w rocznicę triumfu z 1988 roku. No właśnie, wydawało się. Rosjanie z Arszawinem na czele z pomarańczowej siły sobie nic nie zrobili i - choć po dogrywce - to w pełni zasłużenie, nie wpuścili ich nawet do półfinału. Najlepiej powinni to pamiętać - i euforyczne nastroje delikatnie tonować - Sneijder, de Jong i van Persie (Robben na Euro był na ławce).

Pomarańczowe miłe złego początki przypomniały mi się oczywiście podczas gromienia przez nich Hiszpanów. A potem zaczęło mi dzwonić, jak na ostatnich czterech wielkich turniejach skończyły drużyny, które zachwyciły na dzień dobry. I nie są to dla Holendrów dane optymistyczne, bo to nie pojedynczy przypadek, że jakaś ekipa w pierwszym rozdaniu pokazała wszystkie najlepsze karty, zostawiając mało (albo wręcz żadnych) atutów na potem.

Przecież ledwo dwa lata temu, tuż po naszym polsko-greckim otwarciu Euro 2012, we Wrocławiu koncert dała Rosja, zresztą pod wodzą Holendra. Co za siła, co za moc, 4:1 z Czechami, ułaaaaa. Maładcy wygrają tę grupę w cuglach - myśleliśmy sobie. Nie tylko nie wygrali, ale też nawet nie awansowali z Najsłabszej Grupy Mistrzostw Europy W Historii. Po takim początku, taka poruta - jak powiedzieliby w Poznaniu.

2010 rok? Proszę bardzo. Hiszpanie - wtedy ''tylko'' mistrzowie Europy - turniej w RPA zaczęli od porażki ze Szwajcarami (ku uciesze bankowców i osób piszących o gospodarce - serio, siedziałem koło takich). Jednak i Helweci mundial afrykański skończyli przecież marnie, też nie wychodząc z grupy, przegrywając z Chile (0:1) i tylko remisując bezbramkowo z Hondurasem.

Mistrzostwa świata w Niemczech w 2006 r. to aż dwa takie przykłady. Hiszpanie przejechali się po Ukraińcach 4:0, by po awansie z marniutkiej grupy z Tunezją i Arabią odpaść już w 1/8 finału z Francją (a ambicje mieli przecież, jak zwykle, medalowe), a Czesi po świetnym meczu i pięknych golach (zwłaszcza Rosicky'ego) pokazali Jankesom, by z tym nazywaniem futbolu soccerem jednak sobie uważali. Sąsiadów z południa do drugiej rundy nie wpuściły jednak Włochy i Ghana.

Tak docieramy do 2004 roku. Naturalnie pamiętam o tym, że Grecy nie tylko pokonali Portugalczyków w meczu otwarcia, ale też potem w finale, ale czy to Euro naprawdę się odbyło? Często sobie myślę, że mi się tylko przewidziało.

B.

czwartek, 12 czerwca 2014
Najwspanialsza Francja 1998 i Korea 2002, mój pierwszy polski mundial

Pierwszy raz w życiu czułem wielkie rozczarowanie w momencie, gdy okazało się, że na World Cup '94 nie zagra Ruud Gullit. Naprawdę. Holender to pierwszy człowiek z grona tzw. znanych osób (nie tylko sportowców, ale też aktorów czy postaci filmowych typu Blake z Dynastii), którą jako ksyk zacząłem kojarzyć. Kiedy jego długie dredy wryły się w moją młodzieńczą głowę, trudno powiedzieć - albo podczas Euro '92, albo podczas meczów z Polską, a może nawet na Italia '90. W każdym razie, Gullita w Stanach Zjednoczonych nie było, ale sympatia do reprezentacji Holandii jako zamiennika (choć oczywiście niedoskonałego) Polski pozostała mi do dziś. Poza tym w USA zadurzyłem się oczywiście w Rumunach z Hagim na czele i Bułgarach ze Stoiczkowem, więc bez większej ekstrawagancji. 

Poranne wstawanie na skróty World Cup '94 oczywiście pamiętam, dla mnie jako 6-latka (niespełna siedmio) była to pierwsza sportowa impreza, jaką zarejestrowałem w pełni, choć sporej części meczów - ze względu na ich porę - nie widziałem. Nie mieściło mi się w głowie, że finał takiej imprezy mógł się skończyć bez goli. Dziwiło mnie zamieszanie wokół Maradony, no i - o czym kiedyś na tym blogu wspominałem - wyznacznikiem wszystkiego już wtedy była dla mnie Encyklopedia Piłkarska FUJI (w sporej części tak mi zostało). Potem było Euro 1996, gdzie widziałem już 95 proc. spotkań, aż w końcu nadszedł TEN  TURNIEJ. Łączymy się ze studiem.

Uważam się za szczęściarza, w wieku 11 lat trafiły mi się mistrzostwa absolutnie piękne, wspaniałe i emocjonujące. Wiem, że każdy z moich braci twierdzi, że to właśnie on załapał się w okolicach tego wieku na najlepszy mundial (kolejno Mexico 1986, Italia 1990 i USA 1994), ale - z całym należnym szacunkiem dla starszego rodzeństwa - to ja mam w tym względzie rację :) Mistrzostwa świata we Francji, Coupe du Monde 1998 to dla mnie reprezentacyjny turniej na najwyższym poziomie w historii (z którym może rywalizować tylko Euro 2000). Sprawa jest oczywiście złożona, wpływ na to miał choćby fakt, że rozgrywki klubowe nie były tak rozrośnięte jak teraz (Liga Mistrzów 1997/1998 liczyła wtedy tylko 24 zespoły, zwycięski Real, by sięgnąć po puchar musiał zagrać w niej tylko 11 spotkań - teraz jest ich co prawda tylko o dwa więcej, ale przecież był moment z dwoma fazami grupowymi i zwycięską drogą liczącą aż 17 meczów). Przede wszystkim wszystkim jednak udało się zebrać naprawdę wiele reprezentacji ze znakomitymi składami, ale też w znakomitej formie. Moim zdaniem komplet ćwierćfinalistów (Francja, Brazylia, Chorwacja, Holandia, Argentyna, Niemcy, Włochy i Dania), a na dodatek Anglia, Rumunia i Meksyk (odpadły w 1/8 finału) zasługiwał na medal bez uszczerbku dla honoru mundialu. To było 11 znakomitych ekip, na ich występy patrzyło się z przyjemnością. Tak naprawdę komplet meczów od ćwierćfinałów to były piłkarskie uczty.

Najpierw jednak o fazie grupowej, też naprawdę dobrej. Z tej okazji Ricky Martin.

Zaczęli Brazylijczycy ze szkockimi nudziarzami, którzy i tak w meczu otwarcia wspięli się na swoje wyżyny. Rozczarował brak gola Ronaldo, ale później - nie licząc oczywiście finału - to był jego turniej. Pamiętam jak dziś siebie, lecącego ile sił w nogach, na mecz otwarcia. Prosto z autokaru, prosto z wycieczki klasy IVc Szlakiem Piastowskim (wiadomo, Biskupin, woje, te sprawy). Wieczorem, tego samego dnia, zachwycił Hadji, ten z Maroka, oczywiście. Dziś wstyd mi to przyznać, ale wtedy kibicowałem Norwegom. Wikingowie swój objawiony już wcześniej patent na Brazylię musieli niestety podeprzeć pomocą ze strony sędziego. Rekdal strzelił karnego, którym wyrzucił z turnieju Marokańczyków ośmieszających Szkotów.

Grupa B to oczywiście sprytni Włosi, którzy remis z Chile wyciągnęli dzięki strzeleniu piłką przez Roberto Baggio w rękę rywala. Ta sytuacja stała się potem ważnym punktem odniesienia do spornych sytuacji podczas gry w piłkę na boisku za blokiem. Gola dla Austrii w meczu z Chile (1:1) nie widziałem, przez chęć zajęcia komputera. To sprawa typowa dla wieloosobowych gospodarstw domowych z jednym kompem. Wyszedłem z pokoju z telewizorem tuż przed końcem meczu, by móc odpalić Championship Managera przed bratem. To ''tuż'' jednak wystarczyło, by Ivica Vastić (ten sam, który strzelił karnego z Polską) zdobył gola, a brat zabarykadował przede mną drogę powrotną do salonu. Bywa.

Żeby nie było, że żyłem wtedy tylko mundialem i czampem. Żyłem też oczywiście naklejkami Panini. Tu ma ktoś kompletny album i to z Iranem, który w Polsce nie był dostępny. Tzn. paru gości twierdziło, że ma ich naklejki, ale jak przychodziło co do czego, nigdy nie stawiali się na okazanie.

O Francuzach będzie później, grupa C szaleństwa nie robiła, zawiodłem się na RPA - mistrzach Afryki. Kibicowałem im, a pozostało mi co najwyżej współczuć Issie, który strzelił jednego (a de facto dwa) samobóje z gospodarzami. Rozczarowali mnie też - w kolejnej grupie - Bułgarzy i Hiszpanie. Zwłaszcza smutno było patrzeć na sześć goli tych drugich w meczu z pierwszymi w czasie, gdy Paragwaj ogrywał rezerwy Nigerii. Obie te reprezentacje szału poza grupą już nie zrobiły.

Przy okazji grupy beneluksowej popiszę się pamięcią i swoimi zdolnościami przewidywania. Jedynego gola dla Korei w meczu z Meksykiem zdobył Ha Seok Ju (lub Seok Ju Ha, jak wolicie), a jedynym dokładnym wynikiem, jaki dobrze wytypowałem na tym turnieju był mecz Holandia - Korea 5:0.

Dzięki grupie F, jako 11-latek zagłębiłem się w sprawę konfliktu irańsko-amerykańskiego. Wbrew pesymistycznym zapowiedziom, spotkanie okazało się triumfem futbolu nad polityką. To był naprawdę wielki dzień dla całego sportu, choć sam poziom meczu Iran - USA 2:1 nie był wielkim rarytasem, to poświęcenie obu drużyn było niesamowite. Polecam polskim piłkarzom skupionym w klubie ''Niedziela, 17, trudne warunki do gry''.

W grupie G swój mecz wizytówkę przeciwko Anglii rozegrał znienawidzony przez polskich piłkarzy Dan Petrescu, a z nim cała Rumunia (2:1). Anglicy wtedy się jeszcze dziwili porażką, dwa lata później na Euro 2000 już musieli być przyzwyczajeni.

O Jamajce, największej atrakcji mundialu '98, pisaliśmy więcej do wydawnictwa Kopalnia, więc tam odsyłam. Za to na przykładzie grupy G zaprezentuję swój zeszyt ze składami z turnieju. Fascynacja strojami została mi do dziś :) Zwracam uwagę na autografy piłkarzy wybranych przeze mnie najlepszymi w danym meczu.

W 1/8 finału najefektowniej zaprezentowała się Brazylia (4:1 z Chile), Duński Dynamit (4:1 z Nigerią) i blond fryzury Rumunów (0:1 z Chorwacją). Ale i tak największy szał zrobił mecz Anglia - Argentyna 2:2 (tuż przed nim też grałem w czampa, prowadząc MU). Owen, wolny Argentyny, czerwona dla Beckhama, karne. Wszystko, co najlepsze.

Tak dochodzimy do ćwierćfinałów. Tych Ćwierćfinałów. Najlepszych Ćwierćfinałów W Historii MŚ. Serio. Bo spójrzcie sami, oceńmy razem - obiektywnie - w skali od jednej do czterech gwiazdek:

Włochy - Francja 0:0, k. 3-4 *** (najwięcej emocji w karnych, ale wcześniej obijali słupek)
Brazylia - Dania 3:2 **** (najlepszy mecz tych mistrzostw, moim skromnym zdaniem)
Holandia - Argentyna 2:1 **** (genialny gol Bergkampa po genialnym podaniu de Boera)
Niemcy - Chorwacja 0:3 **** (kiwanie głową Vlaovicia po golu naśladowało potem wielu kumpli).

Przed Tymi Ćwierćfinałami pojechałem na wczasy do Tuczna (pod Poznaniem). O telewizorze w pokoju można było pomarzyć. Jeden odbiornik pamiętający chyba Italię '90 stał w świetlicy. Gdy szedłem przez teren ośrodka na pierwszy ćwierćfinał, zbladłem. Zobaczyłem o to Starszego Pana, który też szedł do świetlicy. I wszedł do niej przede mną. Przerażenie i niedowierzanie, pamiętałem przecież, że obaj moi dziadkowie zwykli oglądać w tv wszystkie możliwe programy informacyjne, to była właśnie popołudniowa pora Teleexpressów, Panoram i innych Wiadomości. Po wejściu do sali telewizyjnej z serca spadł mi kamień wielkości Christiana Karembeu (czyli naprawdę duży). Starszy Pan siedział na krześle i słuchał hymnów Włoch i Francji. Potem obejrzał ze mną cały ten mecz z dogrywką i karnymi, wieczorem też pół meczu Dania - Brazylia (żona kazała mu iść spać) i wszystkie pozostałe spotkania - z równie emocjonującymi półfinałami (Chorwacja - Francja 1:2 i Holandia - Brazylia 1:1), a w końcu też finał.

 

Finał obejrzało w tej salce pewnie ze 30-40 osób, zdecydowanie był to nadkomplet. Moje serce płakało po porażce Holandii w karnych, uznałem, że jej honoru powinna bronić sama Brazylia. Nie obroniła. Trzy gole Francuzów to był naprawdę wielki szok, zwłaszcza zważając na to, że z przodu grał Guivarc'h, znany też jako defensywny napastnik. Po latach cieszę się, że Francuzi wygrali, mieli naprawdę fantastyczne zespół, ze wspaniałym Zidanem, który mocno wszystkich zdziwił golami akurat strzelonymi głową z ''gniazdem'' (czyli łysym środkiem głowy). No i do tego zwieńczenie Petita, tego Wielkiego Niedocenianego. Majstersztyk!

Moim największym bohaterem finałów był Chorwat Davor Suker. Strasznie potem zazdrościłem kolegom z klasy, którzy po mistrzostwach dochrapali się niebieskich koszulek Chorwacji z czerwono-białą szachownicą i numerem 9. Ale żeby nie była moja krzywda - na wakacjach u dziadków - udało mi się wyszperać koszulkę Holandii z nr 14 i nazwiskiem Overmars. Koszulkę, której w Poznaniu na Bema nie można było dostać. Prawdziwy skarb.

Cztery lata później, w końcu doświadczyłem przeżycia występu reprezentacji Polski na wielkim turnieju. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że kiedykolwiek będzie mi to dane. Dlatego moje oczekiwania związane z występem drużyny Engela w Azji były wielkie. I taka też była gorycz. Byłem wtedy w drugiej klasie gimnazjum (sorry, taki mamy system szkolnictwa), kończyłem lekcje 10 minut przed pierwszym gwizdkiem spotkania Korea - Polska. W drodze powrotnej oczywiście biegłem. I pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie wtedy pustki na osiedlu i odgłosy włączonych telewizorów dobiegające z otwartych okien. Tak przebiegłem wzdłuż mojego bloku, wysłuchałem hymnu w wykonaniu Edyty Górniak (od razu wiedziałem, że coś jest z nim nie tak), zobaczyłem jak Jacek Krzynówek marnuje okazję, której nie zwykł marnować, a potem patrzyłem na bezradność Polaków. Pamiętam, że nie wiedziałem za dobrze, kiedy ten mecz minął, wydawało mi się (po 15 latach czekania), że trwał może tyle, ile trwa pstryknięcie palcami. Pstryk i już. Korea dwa, Polska zero. Strasznie się czułem oszukany.

Ale optymizm wrócił, na mecz z Portugalią. Nie u wszystkich. Kolega Ostry, gdy ''zwalnialiśmy'' się z dwóch ostatnich lekcji (nie no, mieliśmy zwolnienia od rodziców, przy czym jedni oryginalne, a inni podrobione, np. przez brata - jak ja), by pójść obejrzeć ten mecz w Kinepolis, od początku mówił, że skończy się 0:4. Wiem jak to zabrzmi, ale to naprawdę był przyzwoity mecz w wykonaniu Polaków (trochę jak ten z Brazylią w '86, tyle, że bez słupków i poprzeczek). Engel ustawił zespół ofensywnie, zaryzykował. I przecież Kryszałowicz nawet wyrównał, ale sędzia bramki nie uznał (choć moim zdaniem powinien).

Mecz ze Stanami Zjednoczonymi był jak otarcie łez, mina trenera Areny po drugim golu Kryszała - bezcenna.

Z perspektywy lat, był to moim zdaniem najlepszy turniej w wykonaniu Polaków w XXI wieku. Lepszy (spójrzmy jednak na rywali) od Euro 2012, choć na nim nadzieję mieliśmy przecież dłużej. Chciałbym doczekać się zwycięstwa biało-czerwonych na mistrzostwach świata lub Europy w meczu, który będzie dla nas ''o coś''. A jeśli nie ja, to może moje dzieci się doczekają?

B.

środa, 11 czerwca 2014
Gloryland. USA 1994. Mój mundial

Gdy ma się 10 lat, to wszystko, co wykracza poza dobrze rozpoznany teren własnego osiedla, jest wyjątkowe i budzi fascynację. W 1994 roku lata dziewięćdziesiąte ze swoją feerią kolorów dopiero walczyły, aby biało-czerwony kraj przyjął je z całym dobrodziejstwem kulturowego inwentarza. Nad Wisłą wciąż bowiem szarość przegrywała w wielu miejscach z zachodnim disco-błyskiem. Jednak już wtedy wszystko to, co amerykańskie dawało powiew innego świata, do którego większość z nas chętnie by się wówczas przeniosła. Muzyka, moda, filmy, samochody... Landrynkowa galaktyka wabiła z ekranów telewizorów i teledysków MTV.

I nagle w połowie czerwca 1994 roku, pod sam koniec roku szkolnego, pod koniec mojej trzeciej klasy podstawówki, eksploduje supernova! Mistrzostwa świata 1994, Stany Zjednoczone, najlepsi piłkarze świata, niesamowite pejzaże! Wydarzenie mające tyle wspólnego z ligowymi meczami Lecha z Siarką, co rozdeptane pepegi ze świeżutkimi adidasami. Wraz z pierwszym kopnięciem objawiła się mi przestrzeń magiczna, idylliczne miejsce, gdzie każdy chciałby być. Gloryland.

Już same mundialowe obiekty sprawiały wrażenie architektury z innej galaktyki - ogromne (już nigdy łuki za bramkami nie były takie wielkie!), kotłowate, z płytą poprzerabianą z boisk futbolowych, z przedziwnie przyciętą trawą. Soccer, a nie piłka nożna, arenas, a nie stadiony.

Gdybym miał jednak powiedzieć, co wówczas mnie, dziesięciolatka, zafascynowało najbardziej, to chyba odpowiedziałbym, że koszulki. Przyznam, że nigdy później nie widziałem już takiej tekstylnej orgii. Trykoty, w których występowali zawodnicy, nijak nie pasowały do powyciąganych łachów, w których grali polscy zawodnicy. No zresztą sami zobaczcie - gwiaździsty sztandar USA,

bazarowa Nigeria

czy ostemplowane na klatce Maroko.

No i oczywiście Jorge Campos - byt osobny.

Do tego parada fryzur. Alexi Lalas, Roberto Baggio, Carlos Valderrama i inni.

Kolory, szaleństwo, zawieszenie utrwalonej hierarchii bytów (Niemcy przegrywają z Bułgarią!?) i ogólne poczucie obcowania z czymś magicznym. Aury magii dodawały całemu przedsięwzięciu godziny rozgrywania spotkań. O ile te wcześniejsze, rozgrywane o g. 13 w USA można było jeszcze obejrzeć wieczorową porą w Polsce (g. 18.00), o tyle większość z nich odbywała się późno (21.30 - jak na dziesięciolatka, to późno) albo bardzo późno (jeśli mnie pamięć nie myli - o 1.30). Z drżącym więc sercem, wraz z młodszym bratem, panem B., każdego poranka, zaraz po otwarciu oczu, biegliśmy do telewizora i w specjalnym mundialowym programie emitowanym przez nieistniejący już kanał Screensport chłonęliśmy wszystko to, co wydarzyło się w nocy za Oceanem (przy okazji - konia z rzędem, kto znajdzie gdzieś w sieci fragment tego programu; pamiętam takiego komputerowego ludzika, który go "prowadził").

Pomijając jednak całą nierzeczywistą dla mnie atmosferę mistrzostw, to był to z kilku względów również wyjątkowy turniej pod względem piłkarskim.

W moim odczuciu nigdy później nie spotkało się w ramach jednego wydarzenia równie wielu wybitnych rozgrywających - Maradona, Hagi, Valderrama, Matthaus (Moeller! Hassler! Effenberg!), Bałakow, Etcheverry, Scifo, Guardiola, Rai, Sforza... Oni wszyscy tam byli! To naprawdę robi wrażenie.

Miałem także okazję obejrzeć "na własne oczy" Maradonę. Geniusza, który na MŚ 1994 przeszedł drogą z nieba do piekła. W inauguracyjnym meczu z Grecją (4:0) strzelił cudowną bramkę,

by po kolejnym spotkaniu z Nigerią (2:1) zostać zdyskwalifikowanym za stosowanie dopingu (efedryna). Tym samym starcie z Afrykanami było ostatnią grą Boskiego Diego w reprezentacyjnej koszulce Argentyny. 25 czerwca 1994 coś się skończyło w światowym futbolu i ja to widziałem.

Zamknął się rozdział pt. "Maradona", ale, mimo to, USA 1994 to także turniej jednego zawodnika. Niekwestionowanym królem amerykańskiego wydarzenia był bowiem Romario.

Już przyjeżdżając na turniej był wielką gwiazdą Barcelony, ale to właśnie wydarzenia zza Oceanu uczyniły go kolejnym brazylijskim wcieleniem Pelego. W świetnej złotej drużynie Canarinhos (Bebeto, Dunga, Zinho, Aldair, Mauro Silva, Taffarel) Romario był wodzirejem absolutnym i niepodważalnym, a jego duet z - prywatnie nielubianym - Bebeto stanowił jeden z najlepszych snajperskich duetów lat dziewięćdziesiątych. Swoją drogą, mam takie poczucie, że po amerykańskim mundialu już nigdy jednostka nie odciskała tak silnego piętna na zespole (najbliżej był chyba Ronaldo w 2002, bo na pewno nie Zidane w 1998; ewentualnie Forlan w 2010, ale to już nie mistrz).

W ogóle MŚ 1994 to impreza wspaniałych popisów wielkich indywidualności. Cudowne umiejętności potwierdzili na niej przecież tacy zawodnicy jak Hagi, Stoiczkow, Baggio, Maldini, Batistuta, Klinsmann czy Bergkamp. Jednocześnie światu objawiło sporo nowych twarzy, które tchnęły nieco świeżości w zastałe nieco już hierarchie. Tacy zawodnicy jak Kenneth Andersson, Oleg Salenko, Marc Overmars czy Ilie Dumitrescu byli również ozdobami turnieju.

Nie zmienia to faktu, że dla dziesięciolatka, jakim wówczas byłem, mundial miał również swoich alternatywnych bohaterów. Gol Erica Wynaldy w meczu USA - Szwajcaria (1:1) stanowił dla mnie najpiękniejszy gol ever i nie mogłem uwierzyć, że taki Wynalda jeszcze nie gra w Realu.

Wielką sympatię czułem do gry Szwajcarów, szczególnie długowłosego Alaina Suttera i solidnego bramkarza Marco Pascolo. W Szwecji fajnie pokazał się Jesper Blomqvist, Nigeria raziła siłą ofensywną - Finidi George, Yekini, Amunike, Amokachi. W Irlandii świetnie prezentował się Ray Houghton, a w Maroko przebłyski technicznej fantazji dawał Ahmed Bahja.

Zbiorowo warto wyróżnić reprezentację Arabii Saudyjskiej, której dobrych występów nie spodziewał się chyba nikt, tak jak nikt nie spodziewał się fruwającego kocura w bramce jakim był Mohammed Al-Deayea, ani cudownego gola Al-Owairana.

Arabowie bledną jednak w świetle popisów Rumunów i Bułgarów. Ci pierwsi, poza dość nieoczekiwanie przegranym meczem ze Szwajcarią (1:4), czarowali w każdym swoim spotkaniu. Na inaugurację pokonali Kolumbię (3:1 i cudowny gol Hagiego), potem wpadka z Helwetami, a na zakończenie fazy grupowej zwycięstwo z USA (1:0). W 1/8 finału ku niedowierzaniu całego świata po kosmicznym wręcz meczu pokonali Argentynę (3:2), a Ilie Dumitrescu (strzelec dwóch goli) już nigdy nie wzbił się na podobny poziom.

Wielu fanów widziało już Rumunię w strefie medalowej, gdy w ćwierćfinale po dramatycznym spotkaniu i serii rzutów karnych usiekli ich Szwedzi (2:2, k. 4:5). A wszystko przez beznadziejnego golkipera Rumunów Florina Pruneę, który jeszcze w fazie grupowej zastąpił w bramce kontuzjowanego Bogdana Steleę. Jakim cudem Kenneth Andersson dosięgnął głową wyżej niż Prunea ręką!?

Strasznie szkoda, że tak pięknie grających Rumunów odstrzelono, ale ja za to do dziś pamiętam odpowiedź mojej mamy na dość zaskakujące chyba dla niej pytanie o to, komu kibicuje: "Rumunom, bo grają o wiele większą stawkę niż Szwedzi". 

O równie wysoką stawkę grali chyba także Bułgarzy. Oni akurat zaczęli turniej katastrofalnie, bo od srogich batów z Nigerią (0:3). Potem jednak z meczu na mecz pokazywali niespotykaną przedtem jakość. Rozbili Greków (4:0), a następnie sensacyjnie pokonali Argentynę (2:0). W fazie pucharowej po karnych odprawili Meksyk (1:1, k. 3:1, po świetnych paradach Michajłowa), a następnie rozegrali swój bodaj najlepszy mecz w historii. Niemcy do dziś nie wierzą, że przegrali z Bułgarami w ćwierćfinale (1:2), ale może chociaż uroda goli Stoiczkowa i Leczkowa nieco ukoi ich cierpienie.

W półfinale co prawda Włosi okazali się lepsi (1:2), a w meczu o 3. miejsce Szwedzi urządzili prawdziwą demolkę (0:4), ale ekipa Bułgarów i tak pozostawiła po sobie kapitalne wrażenie. Pokazała bowiem świetnie zgrany zespół, gdzie obok gwiazd światowego formatu, jak Stoiczkow, Kostadinow czy Bałakow, pięknie poczynają sobie tacy zawodnicy jak Michajłow, Borimirow czy Leczkow (ten ostatni już nigdy nie wskoczył na poziom prezentowany na MŚ 1994).

Osobną kwestią pozostaje zaś moja fascynacja reprezentacją USA i jej galerią niezwykłych typów - Tony Meola, Alexi Lalas, Tab Ramos, John Harkes, Wynalda... Obiecuję jednak napisać kiedyś o nich jeszcze osobny tekst, bo jest o czym pisać.

Jeżeli miałbym wskazać największe rozczarowanie MŚ 1994 to zdecydowanie była nim Kolumbia. Zespół z takimi gwiazdami w składzie jak Valderrama, Asprilla czy Rincon jechał z wielkim apetytem na... złoty medal. Fantazje te nie były bezpodstawne. Należy bowiem pamiętać, że Kolumbijczycy w olśniewającym stylu wygrali w swojej grupie kwalifikacje do mundialu, po drodze rozbijając m.in. Argentynę na jej terenie (5:0)! Życie jednak boleśnie zweryfikowało piękne marzenia i po porażkach z Rumunią (1:3) i USA (1:2) oraz zwycięstwie ze Szwajcarią (2:0), zespół musiał wracać do domu. Dodatkowo, mafijne kule dopisały do tego występu tragiczny aneks, w postaci zabójstwa Andresa Escobara (przy tej okazji polecam absolutnie fenomenalny film dokumentalny "Two Escobars" Jeffa i Michaela Zimbalistów).

Na zakończenie jeszcze o kilku innych, niewymienionych powyżej, meczach, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Celowo nie używam słowa "niezapomniane", bo wszystkie spotkania MŚ 1994 są dla mnie niezapomniane:)

USA - Szwajcaria 1:1 - z racji później godziny nie oglądałem całego meczu otwarcia (Niemcy - Boliwia 1:0), więc prawdziwym otwarciem było dla mnie dopiero rozgrywane następnego dnia inauguracyjne spotkanie Amerykanów; trafiło się fajnie, bo dwa gole z rzutów wolnych (Bregy i Wynalda) stanowiły dobry prognostyk na resztę turnieju.

Rosja - Kamerun 6:1 - pięć goli Salenki i szok, że jeden piłkarz może tyle razy ukąsić podczas jednego meczu.

Niemcy - Belgia 3:2 - ach, jak wtedy kibicowałem Belgii!

Brazylia - Holandia 3:2 - najlepszy mecz mistrzostw; rzut wolny Branco każdy chciał powtórzyć na podwórku.

Brazylia - Włochy 0:0, k. 3:2, finał mistrzostw -



finał, z racji późnej godziny rozgrywania, obejrzałem dopiero kolejnego dnia i... strasznie się wynudziłem! Nie działo się w nim zbyt wiele rzeczy, a to, co zapamiętałem, to: a. Pagliucę całującego słupek, po tym, jak ten uratował go przed stratą bramki; b. włoskiego komentatora krzyczącego "Mamma mia, Massaro!", po tym jak napastnik Milany spudłował karnego w serii jedenastek; c. smutne twarze dwóch chyba największych mundialowych gwiazd Włoch - Baresiego i Baggio, po tym jak chybili w rzutach karnych.

Tak jak jednak już pisałem - wszystkie mecze MŚ 1994 są dla mnie wyjątkowe. Do dziś znam wszystkie wyniki (!) i (prawie) wszystkich strzelców (!!!). Nie wierzycie? Proszę bardzo - Korea Płd. - Boliwia 0:0; Irlandia - Norwegia 0:0; Arabia Saudyjska - Maroko 2:1. Także sami widzicie:)

Na okoliczność mistrzostw prowadziłem specjalny zeszyt, w którym notowałem wyniki wszystkich meczów, wraz ze strzelcami bramek oraz - uwaga, uwaga! - poglądowym rysunkiem jak te gole padały! Oto jedna ze stron mitycznego zeszytu. Doceńcie pruski porządek statystyk oraz plastyczne inspiracje rodem z jaskini Lascaux.

Gdy dziś przeglądam ten kajet, to wzruszam się niczym mężczyzna w "Amelii", który w pudełku znalazł zabawki ze swojego dzieciństwa.

Choć rozgrywane we Francji MŚ 1998 również znam na pamięć i widziałem na nich niemal wszystkie mecze (sic!), to właśnie mundial w Stanach Zjednoczonych stanowi w mojej pamięci przestrzeń magiczną. Nigdy później nie odbierałem wydarzeń sportowych z taką naiwną fascynacją, z takim szczerym zdziwieniem, z tak bezbrzeżną ciekawością i antropologiczną wręcz pazernością na poznawanie nowego. W uniwersum amerykańskiego mundialu splatają się nici mojego szczęśliwego dzieciństwa, wielkich fascynacji i pierwszych futbolowych emocji. Wszystko, czego doświadczyłem w związku z futbolem w późniejszym okresie, jest z zaoceanicznym turniejem zestawiane i porównywane. Piłka nożna nigdy bowiem nie była już równie romantyczna.

Dlatego też wspomnienie o mistrzostwach sprzed dwóch dekad chronię i pielęgnuje w swojej pamięci niczym drogi skarb, który przypomina mi kim jestem i skąd przybywam.

P.

Czytaj także:

MŚ 1982 i 1986. Moje mundiale - Sławek

MŚ 1990. Mój mundial - Radek

wtorek, 10 czerwca 2014
Italia 1990. Mundiale z dzieciństwa

Italia ’90. Już samo brzmienie tych słów porusza we mnie jakąś przedziwnie czułą strunę. Z hiszpańskiego mundialu ’82 przechowuję w zakamarkach pamięci pewne strzępy mglistych wspomnień, z tym najbardziej wyraźnym na czele, ze zwycięskiego, bezbramkowego remisu z radziecką kamandą. Mexico ’86 to już bardzo świadome chłonięcie futbolowego święta futbolu. Gdzieś po drodze było jeszcze niemieckie Euro ’88, które opisywałem w założonym specjalnie na tę okazję zeszyciku, skrzętnie odnotowując wyniki, strzelców bramek oraz składy zespołów, z takimi kwiatkami, jak Tonadoni czy Manczini (nie miałem wówczas możliwości zweryfikowania pisowni nazwisk w jakimkolwiek fachowym źródle). Ale Italia ’90 była jedyna w swoim rodzaju i pod każdym względem niepowtarzalna. Żadnego innego mistrzowskiego turnieju nie przeżyłem już tak mocno, tak intensywnie, jak właśnie tamtego, karmionego nieokiełznaną pasją, niespełna dwunastoletniego, futbolowego maniaka, którym wówczas byłem.

Hymn włoskiego Il Mondiale do dziś wywołuje we mnie dreszcz emocji, a kiedy w czerwcu 1990 roku, tuż przed rozpoczęciem telewizyjnej transmisji każdego kolejnego meczu nadawano ten oto sygnał, byłem niemal bliski osiągnięcia stanu nirwany.

Coppa del Mondo 1990 był też niestety zarazem pierwszym od kilkunastu lat turniejem o Złotą Nikę bez naszej reprezentacji w gronie uczestników. Polscy kibice musieli więc znaleźć sobie w mundialowej aptece jakieś tańsze zamienniki. Dla mnie akurat wybór takowej drużyny nie stanowił jakiegokolwiek problemu, gdyż już od poczęcia mego futbolowego zauroczenia, kochałem reprezentację Włoch niemal jak samą Polskę. Z Espana ’82 wyniosłem nieco irracjonalną sympatię do Giancarlo Antognoniego, na Mexico ’86 podziwiałem znakomitego Alessandro Altobellego, a podczas Italia ’90 zadurzyłem się po uszy w Giuseppe Gianninim. Dla mnie ten mundial nosił i już zawsze będzie nosił imię ówczesnego kapitana AS Romy. Nie będę się tu teraz rozpisywał o legendarnym Il Principe la Roma, bo zapewne za kilkadziesiąt dni, gdy mojemu idolowi lat chłopięcych, a dzisiejszemu selekcjonerowi reprezentacji Libanu, stuknie równo półwiecze na doczesnym świecie, pojawi się na naszym blogu znacznie szerszy tekst poświęcony tej postaci. Jednak latem 1990 roku Giannini po prostu oczarował mnie swoją grą, pełną artyzmu, błyskotliwej techniki, pomysłowości, a jednocześnie jakiegoś subtelnego smaku, elegancji, wręcz boiskowej dystynkcji. Zawsze miałem wrażenie, że piłkarze tacy, jak Giannini czy choćby również występujący na włoskim Il Mondiale Carlos Valderrama, swoim stylem gry, w jakiś wymykający się wszelkim opisom sposób nadają futbolowi pewien uszlachetniający rys. Italia ’90 to miał być mundial Giuseppe Gianniniego. Jako reżyser gry gospodarzy turnieju miał ich poprowadzić do złotego medalu. Miał zostać bohaterem całych Włoch i wielką gwiazdą tych mistrzostw, tym bardziej, że przygniatającą większość meczów gospodarze rozgrywali dosłownie kilka metrów od domu Gianniniego, na Stadio Olimpico, na którym występował na co dzień, i w mieście, w którym się wychował i które znał, jak własną kieszeń. Piłkarski Książę Rzymu był niewątpliwie jedną z czołowych postaci tego turnieju, lecz na gwiazdę pierwszej wielkości światowego futbolu, podczas Italia ’90 z pewnością wybić mu się nie udało. A lepszej okazji los już nigdy później mu nie podarował. Tak czy inaczej, dzięki temu wszystkiemu, co działo się latem 1990 roku nazwisko Giannini nie było obce żadnej z osób, które zetknęły się wówczas ze mną w jakichkolwiek okolicznościach. Obowiązkowo znali go moi rodzice, rodzeństwo, kuzyni, koledzy ze szkoły, kumple z podwórkowego boiska, a również i tacy, którzy mieliby problem z odpowiedzią na pytanie, jaką dyscyplinę uprawiał Pele, czy Maradona. Dzięki nachalności uprawianego przeze mnie piaru wiedzieli jednak, kim jest Giannini.

Italia ’90 rozpoczęła się na dobre, gdy na mediolańskim San Siro, zaryczały światu Nieposkromione Lwy z Kamerunu, sensacyjnie pokonując, broniących mistrzowskiego tytułu Argentyńczyków 1:0. Francois Omam Biyik wyskoczył do piłki co najmniej na wysokość ósmego piętra, a Pumpido przepuścił do bramki strzał, jakiego przepuścić nie miał prawa. Pamiętam szaleńczą wręcz radość Kameruńczyków po tym golu. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie dane mi było oglądać. I choć piłkarze z Czarnego Lądu kończyli mecz w dziewiątkę, dzielnie dotrwali do końca z sensacyjnym zwycięstwem. Turniej zaczął się więc od trzęsienia ziemi. Argentyna, która cztery lata wcześniej oczarowała swą grą cały świat, poległa teraz w mizernym stylu. Mundialowa przygoda Maradony i spółki na włoskiej ziemi mogła się zresztą zakończyć bardzo szybko. Kluczowe były bodaj dwa momenty podczas drugiego spotkania, wygranego ostatecznie przez podopiecznych Carlosa Bilardo z ZSRR 2:0, gdy Diego wybił w polu karnym ręką piłkę zmierzającą do bramki, czego nie dostrzegł sędzia, w efekcie nie przyznając radzieckiej ekipie ewidentnej jedenastki oraz gdy kontuzjowanego, choć znajdującego się w kiepskiej formie Pumpido już na początku pojedynku zastąpił Sergio Goycoechea. To on będzie później jednym z bohaterów tego turnieju, ciągnąc wraz z Maradoną i Caniggią ten zespół niemal za uszy na kolejne mundialowe szczeble.

Tymczasem Włosi, choć grali naprawdę dobrze, niemiłosiernie męczyli się z Austriakami. Byłem bliski zwątpienia i frustracji, gdy na kwadrans przed końcem wnętrze bramki Lindenbergera wciąż pozostawało nienaruszone. Wtedy to jednak Vicini zdjął z boiska Carnevale, wprowadzając Toto Schillaciego. Ten ostatni potrzebował zaledwie dwóch minut, by zapewnić bezcenne zwycięstwo gospodarzom. Pamiętam mą dziką euforię przed szklanym ekranem po tym golu. Ciężkie kamienie pospadały z serc fanów Squadra Azurra, a Stadio Olimpico wybuchnęło radością. W swym drugim spotkaniu Włosi strasznie męczyli się z Amerykanami, a jedyną, zwycięską i piękną bramkę dla gospodarzy uzyskał nie kto inny jak Giuseppe Giannini.

Z Czechosłowacją Italia znów jednak wspięła się na wyżyny i po fantastycznym spotkaniu wygrała 2:0 dzięki efektownym trafieniom duetu Schillaci-Baggio, który w przedturniejowych założeniach Viciniego miał być ledwie mglistą alternatywą dla ataku Carnevale-Vialli.

Oprócz Italii, kibicowałem też Rumunom. Ich zwycięstwo nad ZSRR 2:0 (i to bez Hagiego na pokładzie) sprawiło mi ogromnie dużo radości. Pamiętam też, jak bardzo ucieszyłem się, gdy na zakończenie grupowych bojów, wyrównujący gol Balinta z Argentyną zapewnił Rumunom awans do następnej rundy. To spotkanie było zarazem momentem, gdy stanęli przeciwko sobie na boisku dwaj piłkarscy geniusze: Hagi i Maradona.

Niewątpliwym rozczarowaniem włoskich mistrzostw byli Szwedzi, którzy przegrali wszystkie swoje mecze. Niespodziewaną furorę robili za to Kostarykańczycy (ach, ten Bora Milutinovic!), którzy obok Kamerunu byli prawdziwą rewelacją turnieju. Pokonali Szkocję i Szwecję, a Brazylijczykom ulegli nieznacznie po naprawdę emocjonującym widowisku. Znakomicie spisywał się bramkarz Conejo. Jak wiele znaczył dla swego zespołu najdobitniej było widać podczas batalii o fazę ćwierćfinałową, gdy czeski napastnik Tomas Skuhravy bezkarnie grasował pod kostarykańską bramką, aż trzykrotnie pokonując głową zmiennika Conejo - Barrantesa.

Bardzo konkretnie weszła w turniej niemiecka maszyna oblężnicza Franza Beckenbauera. Rozniosła świetną przecież Jugosławię 4:1 oraz bodaj najsłabsze na Il Mondiale, ZEA 5:1. Charakter w meczu przeciwko Niemcom pokazali jednak Kolumbijczycy. Dwie minuty przed końcem spotkania Littbarski na chwilę wydarł im z rąk cenny, bezbramkowy remis, lecz fantastyczna akcja duetu Valderrama-Rincon przyniosła podopiecznym Maturany upragnioną bramkę, dającą wymarzony awans. Kolumbijczycy niewątpliwie dodawali włoskim mistrzstwom swoistego kolorytu. Wprowadzali pewien powiew świeżości. Ekscentryczny Higuita, groźny Alvarez, bajeczny technicznie Valderrama przebojem wdarli się do kanonu herosów podczas podwórkowych rozgrywek męskiej gawiedzi młodszej. Ten boiskowy, kolumbijski kartel długowłosych facetów z wąsem naprawdę potrafił grać w piłkę. Ich radosną, mundialową fiestę zakończył dopiero w drugiej rundzie sędziwy Roger Milla, który skorzystał z wystosowanego przez Higuitę, a charakterystycznego dla nadawcy, zaproszenia do dryblerskiego tańca przed jego polem karnym i za moment Kameruńczyk gnał już samotnie z piłką na bramkę, karcąc ekstrawagancję, rozpaczliwie próbującego go teraz dogonić szalonego Rene.

Nie wolno też nie wspomnieć o Egipcie, który trafił do grupy śmierci, w której wróżono mu same bolesne pogromy. Egipcjanie tymczasem zremisowali zarówno z Holendrami, jak i z Irlandczykami, i dopiero zwycięski gol Marka Wrighta dla Anglii przesądził o ich odpadnięciu z dalszych rozgrywek. Jeden z kibiców egipskich po tym spotkaniu popełnił samobójstwo, pozostawiając po sobie list, w którym napisał, że po tej porażce życie dla niego nie ma już sensu. Zwycięstwo Anglii z Egiptem było zresztą jedynym spotkaniem w tej grupie, które nie zakończyło się remisem.

Szczególną datą w kalendarzu włoskiego mundialu z 1990 roku była z pewnością niedziela 24 czerwca. Wówczas to w 1/8 finału doszło do dwóch prawdziwych szlagierów. Najpierw Argentyńczycy zmierzyli się w Turynie z Brazylią. Nie byłem jakimś wielkim fanem Maradony, choć jego piłkarski kunszt oczywiście doceniałem, ale to, co zrobił z Brazylią było naprawdę zjawiskowe. Canarinhos tłamsili w tym meczu chłopców Bilardo bez miłosierdzia. Ci odgryźli się tylko raz. Ale za to jak. Geniusz z Neapolu oraz ekspress z Bergamo - Claudio Caniggia, zapewnili podopiecznym Lazaroniego szybki powrót do stęsknionych rodzin.

Romario w tym meczu nawet nie pojawił się na boisku (zresztą w ogóle Romario i Maradona zmierzyli się ze sobą podczas wielkiego mistrzowskiego turnieju tylko raz, niespełna rok wcześniej, w fazie finałowej Copa America na Maracanie w Rio de Janeiro). Fantastyczny duet kanarkowych napastników Romario-Bebeto, który podczas następnego mundialu będzie już rządził futbolowym światem, w trakcie Il Mondiale ’90, zalicza ledwie marne ochłapy występów (Romario 66 minut ze Szkocją, Bebeto 6 minut z Kostaryką). W wieczornej odsłonie dochodzi tego dnia do jeszcze ciekawszego pojedynku RFN-Holandia. W spotkaniu, jak się później okaże, przyszłych mistrzów świata z aktualnymi mistrzami Europy, dość wyraźnie lepsi okazują się ci pierwsi. W pojedynku dwóch trenerskich znakomitości to Franz Beckenbauer okazuje się być skuteczniejszy od Leo Beenhakkera. Fantastyczne spotkanie zalicza niekwestionowana gwiazda tego turnieju Jurgen Klinsmann. Ten mecz zapisuje się jednak w pamięci również haniebnym wyczynem Franka Riijkaarda, który głowę Rudiego Voellera postanowił potraktować niczym osobistą spluwaczkę. Holenderski piłkarz Milanu tłumaczył się potem, że Voeller prowokował go rasistowskim gestami i słowami, lecz gdy pył bitewny nieco opadł, już na zimno przyznał, że w rzeczywistości napastnik Romy niczego takiego nie robił. Za co Voeller ujrzał wtedy czerwoną kartkę, do dziś nie wiadomo. Sytuacja z udziałem Rijkaarda była niestety niebywałym wręcz popisem boiskowego chamstwa na futbolowym święcie we Włoszech.

Tymczasem swoim piłkarskim kunsztem podczas Italia ’90 zachwycał świat Dragan Stojkovic. Na dobrą sprawę w pojedynkę wyrzucił z turnieju Hiszpanów, a w ćwierćfinałowym, florenckim boju absolutnie nie dał się przyćmić Maradonie. Stojkovic był jedną z najjaśniej świecących gwiazd podczas włoskiego Il Mondiale. Nie udało mu się jednak wprowadzić Plavich do strefy medalowej. Prześliznęła się tam za to ich kosztem Argentyna, która znakomitym interwencjom w serii jedenastek Goycoechei zawdzięcza ów, raczej niezasłużony, sukces. Warto wspomnieć, że Diego Maradona w serii rzutów karnych nie zdołał zamienić swej jedenastki na gola.

Na podobnym farcie przeczołgali się do finałowej czwórki również Anglicy (do dziś czekają, by znów zajść na mundialu równie daleko jak wtedy, i chyba jeszcze trochę poczekają), z ledwo poruszającym się ze starości w bramce, a pamiętającym jeszcze z dzieciństwa średniowieczne bitwy pod Corbridge, Shiltonem (jakżeż ja go nie ceniłem), niezwykle skutecznym na tym turnieju Plattem oraz niezawodnym Linekerem w składzie. Najpierw w ostatniej minucie dogrywki wyrzucili z mundialu dzielnie grających Belgów, a potem zniszczyli marzenia rewelacyjnego Kamerunu. Gdy w ćwierćfinałowym spotkaniu w Neapolu, pojawił się po przerwie na murawie, będący istnym fenomenem na tych mistrzostwach, a dobijający do czterdziestki Roger Milla, Synowie Albionu na chwilę potracili głowy i w cztery minuty stracili dwa gole (Kunde i Ekeke). Remis uratował z karnego na siedem minut przed końcem spotkania bezlitosny Lineker, a potem raz jeszcze z wapna dołożył decydujące trafienie. Większość futbolowego świata z żalem żegnała bohaterskich graczy z Czarnego Lądu, z N’Kono, Makanakym, Omam Biyikiem i Millą na czele, którzy swym występem na włoskich murawach odcisnęli trwałe znamię na mundialowej historii. Buzujący od emocji mecz Anglii z Kamerunem to niewątpliwie jedna z najpiękniejszych wizytówek włoskiego mundialu.

Nadszedł wreszcie wieczór 3 lipca 1990 roku. To miało być prawdziwe święto, podczas którego Squadra Azurra pewnym krokiem wmaszeruje do wielkiego finału, by zagrać o złoto. W półfinałowym, neapolitańskim meczu Włosi byli zdecydowanie lepsi, mieli momentami bardzo znaczącą przewagę, ale udało im się uzyskać jedynie jednobramkowe prowadzenie (gol niezawodnego na tym turnieju, ostatecznego króla strzelców całej imprezy Schillaciego). Nadeszła feralna 67 minuta meczu. Wrzutka na Caniggię, fatalne wyjście z bramki Waltera Zengi i po chwili włoski golkiper po raz pierwszy na tym turnieju musiał wyciągać piłkę z własnej bramki. Potem jeszcze dogrywka, seria jedenastek i Goycoechea znów zapewnia swym kolegom sukces. Pamiętam ogromną radość Maradony, gdy udało mu się trafić w serii jedenastek. Jak olbrzymie ciśnienie musiało mu towarzyszyć podczas tego występu w jego ukochanym Neapolu...

Do dziś mam przed oczami ujęcia włoskich tifosich po końcowym gwizdku, którzy nie potrafią uwierzyć i pogodzić się z tą porażką. Wielu z nich dosłownie zapłakanych. Zresztą wyznam szczerze, iż był to jedyny mecz bez udziału polskiego zespołu, po którego zakończeniu autentycznie chciało mi się ryczeć ze smutku, z przygnębienia, z frustracji. Miałem poczucie wielkiej niesprawiedliwości futbolu. Owszem, ogromnie ceniłem szybszego od wiatru Claudio Caniggię (gdy krótko po mundialu przyszedł do Romy nie mogłem uwierzyć we własne szczęście), Sergio Goycoecheę wyłapującego większość piłek jakie z jedenastki nadciągały w kierunku jego bramki oraz geniusz Maradony, ale DLACZEGO ONI MI TO ZROBILI?! Dlaczego wyrzucili moją Italię z finału, który jej się po prostu należał?!

Nie miałem wątpliwości, że podopieczni Bilardo swoją grą absolutnie nie zasłużyli na tym turnieju na więcej niż ćwierćfinał. Zresztą na dobrą sprawę wygrali przecież podczas Italia ’90 zaledwie jedno spotkanie w fazie grupowej (a i to w ogromnym stopniu dlatego, że sędzia nie wyciągnął konsekwencji wobec nieuczciwego zagrania Maradony) i jedno w pucharowej. A teraz jeszcze sprzątnęli sprzed nosa finał gospodarzom turnieju... Pamiętam, że byłem też wściekły na Zengę, który swoje długo pielęgnowane czyste, bramkowe konto, zawdzięczał na dobrą sprawę głównie znakomitej formacji defensywnej, z Baresim, Bergomim czy Maldinim na czele, a sam w najważniejszym momencie zawiódł. Do dziś jestem przekonany, że finał Italia ’90: Włochy-RFN byłby znakomitym finałem i że to gospodarze, mający niemal od zawsze swój sposób na Niemców, przygarnęliby upragnione złoto. Oj, przygarnęliby.

W zamian mieliśmy jeden z brzydszych finałowych meczów w całej ich historii, z którego zapamiętam już na zawsze płaczącego Maradonę, toczącego swe nieustające dysputy z meksykańskim arbitrem. I szloch genialnego piłkarza Napoli, gdy musiał z bliska przyglądać się, jak to podopieczni Beckenbauera radują się ze złota. Myślałem wtedy, że to bezczelność i że facet powinien kilkanaście razy na kolanach obchodzić stadion dziękując Bogu, iż w ogóle z tak beznadziejnie kopiącą zgrają dotarł aż do finału. Bo to był przecież istny futbolowy cud. A z drugiej strony, gdyby udało im się przetrzymać te jeszcze kilka minut, a potem w dogrywce jakoś przeczołgać się do karnych, to nie mam większych wątpliwości, że rewelacyjny Goycoechea załatwiłby Argentynie ten Puchar Świata. Jednak nawet futbolowa niesprawiedliwość ma jakieś granice...

Italia ’90. Dziesiątki obrazów, wspomnień, pięknych emocji. Wszystkie je przeżywałem jeszcze po wielokroć. W futbolowym wymiarze jestem bowiem i zawsze już pozostanę dzieckiem tamtego, najwspanialszego dla mnie mundialu. Półfinałowe i finałową batalię oglądaliśmy u dziadka w Gnieźnie, gdzie byliśmy na wakacjach. Pamiętam wertowane tamże z bratem i kuzynem egzemplarze niemieckiego tygodnika "Sport Bild", które wydawały mi się wtedy być powiewem jakiegoś innego, lepszego świata, w którym nawet piłka jest jakaś taka bardziej okrągła, a trawa nieco zieleńsza. A potem już na wsi, u drugiego dziadka i babci, w ukochanych Stanisławkach, na Estadio Ściernisko, otoczonym zewsząd zbożem rozmaitem, raz jeszcze rozgrywaliśmy z kuzynami z Tychów cały mundial od nowa. Ja oczywiście byłem Gianninim. Piękne czasy, panie dzieju. Po prostu Italia ’90.

 

R.

PS. Z bezbrzeżnej miłości do Squadra Azurra skutecznie wyleczyła mnie dopiero selekcjonerska kadencja Arrigo Sacchiego.

PS 2. Koepke, Aldair, Blind, Hierro, Nemec, Wilmots, Roy, Stapleton, Boksic, Mancini, Suker. Cóż to za ferajna? Ano, jedenastka graczy, którzy calutki mundial Italia '90 przesiedzieli na ławce rezerwowych. Prawda, że niekiepska?

PS 3. Bakero, Kocian, Straka i Kubik to uczestnicy Italia '90, którzy smakowali po latach trenerskiego chleba w naszym kraju. Ta grupka byłaby jeszcze pokaźniejsza, lecz występ Petrescu na włoskim mundialu pokrzyżowała w ostatniej chwili kontuzja. Demianienko jakiś czas po udziale we włoskich mistrzostwach świata, grał krótko dla Widzewa.

poniedziałek, 09 czerwca 2014
Espana 1982, Mexico 1986. Mundiale z dzieciństwa - Sławek

Nasze pierwsze mundiale. Dzięki nim staliśmy się fanami piłki nożnej. To one ukształtowały nasze futbolowe sympatie do drużyn i piłkarzy na całą resztę kibicowskiego życia. Mundiale, z których do dziś pamiętamy wyniki wszystkich meczów, choć odbyły się wiele lat temu, a mamy czasami problem z przypomnieniem sobie tego, co się działo na ostatnich mistrzostwach. Również nazwiska zawodników z tamtych lat siedzą w naszych głowach do dziś. Pamiętamy, gdzie byliśmy w trakcie tamtych meczów, co robiliśmy. Najwspanialsze mundiale z dzieciństwa.



España 1982

Mój pierwszy mundial. Miałem wtedy niecałe 6 lat. Choć nie miałem wpływu na to, co się ogląda w naszej rodzinie na czarno-białym telewizorze, a rodzice nie za bardzo interesowali się futbolem, to udało mi się zobaczyć wszystkie mecze reprezentacji Polski i fragmenty lub skróty kilku innych spotkań.

Pierwszy mecz w moim życiu to Polska - Włochy 0:0. Zapamiętałem z niego łysawego faceta o nazwisku łatwym do zapamiętania dla dziecka - Lato. Odtąd w każdym meczu wypatrywałem znajomej, słabo owłosionej głowy. Tak zostałem wielkim fanem Grzegorza Laty. Na MŚ '82 lubiłem go nawet bardziej niż Bońka, który był wtedy u szczytu swojej kariery.

Ze spotkania Polska - Kamerun 0:0 wryły mi się w pamięć przede wszystkim dalekie wykopy bramkarskie. Piłka przelatywała przez całe boisko od jednego bramkarza do drugiego - pomiędzy Józefem Młynarczykiem, a Thomasem N’Kono - a ja nie rozumiałem, po co oni to robią. Od tego czasu polubilem jednak obu z nich, a Kamerun został moją ulubioną afrykańską drużyną.

W końcu nadszedł ostatni grupowy mecz Polaków, z Peru. Pierwsza połowa - to samo, co w poprzednich dwóch meczach, nadal bez goli. Po przerwie sytuacja diametralnie się zmieniła. Wreszcie zobaczyłem pierwsze gole w moim kibicowskim życiu! To była wielka dziecięca radość z gradu bramek strzelanych przez polskich zawodników, a ostatecznie z wysokiego zwycięstwa. Poznałem wówczas kolejnych - po Lacie i Młynarczyku - polskich piłkarzy: Bońka, Smolarka, Buncola, Ciołka. To było pierwsze zwycięstwo Polski, które widziałem jako kibic, a jednocześnie najwyższa wygrana naszej drużyny na MŚ, jaką oglądałem. Peruwiańczykom, którzy wyróżniali się ładnymi strojami (białe z ukośnym czerwonym pasem) pozostała na osłodę jedna bramka strzelona w ostatnich minutach meczu. Polska - Peru 5:1.

Pamiętam, że po zakończeniu fazy grupowej, pierwszy raz w życiu zobaczyłem... tabelę. Tata narysował ją na kartce. Wytłumaczył mi zasady, że 2 punkty są za zwycięstwo, 1 za remis i 0 za porażkę. W tabeli Polska była pierwsza z czterema punktami. Po wspaniałym meczu z Peru było to dla mnie oczywiste, zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Od tamtego czasu uwielbiałem tabele - patrzyłem na nie, analizowałem je, napawałem się nimi. Zostało mi to zresztą do dziś...

Druga runda, Polska - Belgia 3:0. Ten mecz odbywał się późnym wieczorem (21:15), a jako że nazajutrz rano wyjeżdżaliśmy na wakacje na wieś do babci i dziadka, musiałem iść spać. Jak to jednak zwykle bywa, emocje przed wyjazdem sprawiły, że nie mogłem zasnąć. Gdy wkroczyłem do dużego pokoju, by poinformować rodziców o mojej bezsenności, okazało się, że Boniek zdążył już strzelić Belgom trzy gole. Rodziców wprawiło to w tak dobry humor, że pozwolili mi przysiąść się na chwilę i oglądać dalszy przebieg wydarzeń na boisku. Niestety, gdy już wydawało mi się, że padła czwarta bramka zdobyta przez Bońka, okazało się, że był spalony (pierwszy raz zetknąłem się wówczas z tym zjawiskiem). Byłem więc trochę zmartwiony, że ominęło mnie wszystko, co najważniejsze. Na pocieszenie pozostała mi retransmisja następnego dnia.

Mecz ze Związkiem Radzieckim oglądaliśmy już na wakacjach u dziadków. Późna pora, rodzina zgromadzona przy telewizorze. Atmosfera napięta - wiadomo: Polacy grają z Ruskimi. Smolarek dzielnie walczy w narożniku boiska. Mecz nie porywa, młodszy brat zasnął przed końcem, mi udało się dotrwać, choć było ciężko. Po końcowym gwizdku wielka satysfakcja. Polska - ZSRR 0:0 - jesteśmy w półfinale!

Półfinał, Polska - Włochy 0:2. Drugi mecz z Włochami. Pierwsza porażka Polski. W telewizji mówią, że to dlatego, że nie mógł grać Boniek, bo w poprzednim spotkaniu dostał głupią żółtą kartkę. Za to, że przy rzucie wolnym mur nie chciał się oddalić na przepisową odległość, a on stał pierwszy z brzegu. Obydwie bramki strzela nam Paolo Rossi, król strzelców tego mundialu. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się wtedy, że po drugim strzelonym golu Rossi usiadł okrakiem na bezradnym Młynarczyku. Drań.

Mecz o trzecie miejsce, Polska - Francja 3:2. Padło dużo bramek, a ja po każdej z nich biegłem do stajni, żeby zdawać szczegółowe relacje babci, która właśnie doiła krowy. Udawała, że interesują ją moje depesze.



Co utkwiło mi w głowie z innych meczów?

Kamerun - Peru 0:0, pierwszy mecz grupowy obu drużyn. Oglądałem go i uznałem za mecz słabeuszy naszej grupy ze względu na dziwne zachowanie piłkarzy - przed wykonaniem rzutu wolnego przez jedną z drużyn, przeciwnicy podbiegali i zabierali piłkę. Dzikusy. Długą chwilę sędzia musiał ich przekonywać, żeby ją jednak oddali i pozwolili na wznowienie gry.

Francja - Kuwejt 4:1, faza grupowa. Pamiętam gola Platiniego z rzutu wolnego. Po ujrzeniu flagi Kuwejtu, natychmiast sprawdziłem w encyklopedii, czy rzeczywiście tak wygląda.

Węgry - Salwador 10:1, faza grupowa, oglądałem tylko skrót. Nazajutrz w przedszkolu dużo się o tym mówiło. Mecz ten na zawsze pozostał synonimem wielkiego pogromu.

Argentyna - Brazylia 1:3, mecz II rundy. Nie pamiętam, czy widziałem choć urywek, ale na pewno wtedy pierwszy raz usłyszałem o Maradonie, który dostał czerwoną kartkę za kopnięcie bez piłki brazylijskiego piłkarza. Przedszkolni fachowcy byli tym oburzeni. A ja zapamiętałem nazwisko Maradona, bo łatwo wpadało w ucho.

Drugi półfinał RFN - Francja 3:3, dogrywka, karne i wygrana Niemców po ciężkich bojach. Żałowałem Francji, bo wiadomo: Niemcy to zawsze Niemcy. Mecz zakończył się o bardzo późnej porze (zaczynał się o 21:15), ale pamiętam, że oglądałem konkurs rzutów karnych (po raz pierwszy) i był wieczór (chyba, że była to powtórka wieczorem następnego dnia).

Finał Włochy - RFN 3:1 był rozgrywany w dniu moich szóstych urodzin. Obejrzałem go w retransmisji po powrocie od dziadków do domu. Nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Uznałem za naturalne, że Włochy wygrały z Niemcami, skoro wygrały wcześniej z Polską. A Niemcy wszak są źli, bo zabili Olgierda z "Czterech pancernych", zatem nie zasługują na zwycięstwo. Ponadto zastanawiałem się, dlaczego Niemcy są drugie, a Polska trzecia, skoro ze sobą nie grali. Według mnie Polska była lepsza! Mówiło się zresztą wtedy, że Polska ma srebrny medal! To podobno dlatego, żeby wszyscy półfinaliści mogli się cieszyć jakimś krążkiem - Włosi złotym, Niemcy pozłacanym (sic!), Polacy srebrnym, a Francuzi brązowym.

Z mistrzowskiej drużyny Włoch zapamiętałem Rossiego, Tardelliego, Altobelliego i Dino Zoffa, który jako kapitan odbierał trofeum. W telewizji pokazywano szaloną radość Włochów ze zdobycia mistrzostwa, dużo większą niż potem w 2006 roku.

Mundial w Hiszpanii z 1982 roku był pierwszym piłkarskim wydarzeniem, którego byłem świadkiem jako kibic. Dodatkowo, był turniejem, na którym polska reprezentacja odniosła swój ostatni sukces na mistrzostwach świata. Cieszę się, że udało mi się na to załapać.



Mexico 1986

Miałem wtedy niecałe 10 lat i kończyłem trzecią klasę podstawówki. Byłem już bardzo świadomym kibicem. Wcześniej oglądałem Mistrzostwa Europy w 1984 roku we Francji, a także wszystkie mecze eliminacji MŚ 1986 - doskonale pamiętam boje Polski z Belgią, Grecją i Albanią oraz moje zdziwienie, że ostatecznie udało nam się wygrać grupę pomimo, że byliśmy wyraźnie gorsi od Belgii (porażka 0:2 na wyjeździe).

Na Dzień Dziecka 1986 otrzymałem świetny prezent - piękne Vademecum Mexico'86 w formacie zeszytowym A5 (być może wspólnie z młodszym o 2 lata bratem, ale zawsze uważałem je za swoją własność). Traktowałem je jak książeczkę do nabożeństwa. Na okładce zielona murawa boiska i wspaniały złoty Puchar Świata (moim zdaniem najładniejsze trofeum z wszystkich rozgrywek), w środku kolorowe składy 24 drużyn - prawie wszystkie znałem na pamięć, do dziś pamiętam wiele nazwisk, które chyba nawet wielkim znawcom futbolu niewiele mówią - np. Lettieri, Lenarduzzi (Kanada), Cho Kwang Re, Li Te Ho, Park Chang Sun (Korea Pd), Bouyahiaoui (Maroko). Zapoznałem się z wynikami eliminacji na wszystkich kontynentach. W wielkich szczegółach przeanalizowałem historię wcześniejszych 12 mundiali, na pamięć znałem wszystkich gospodarzy i najlepsze czwórki z poszczególnych MŚ (dzięki temu i dzisiaj umiałbym je wymienić). W książce były też szczegółowe sylwetki polskich piłkarzy wraz z wywiadem zawierającym wiele pytań typu: hobby, samochód, ulubiony program tv, aktor, zespół muzyczny, a także kogo typujesz w najlepszej czwórce MŚ. Co ciekawe, wielu z nich widziało w niej Polskę. Było też pytanie o najbardziej podziwianego piłkarza krajowego lub zagranicznego w przeszłości lub obecnie i Kazimierz Przybyś podał swojego kolegę z drużyny - Romana Wójcickiego.

Vademecum przeczytałem od deski do deski setki razy. Uwielbiałem je. Do dziś skrywam je jak największy skarb, mimo że już w trakcie meksykańskich mistrzostw nosiło wyraźne znamiona zniszczenia na skutek wyrywania go sobie z bratem (okładka była nieco pognieciona i odpadała od reszty, ale wszystko zostało profesjonalnie sklejone taśmą klejącą), a w zeszłym roku zostało dodatkowo sprofanowane przez mojego synka. Ale jest, trwa i trwać będzie. Amen.

Po Vademecum nie wolno było jednak pisać, nawet mi (świętość!), zatem wszystkie wyniki odnotowywałem na szablonach opublikowanych na łamach jakiejś gazety.

Mecze zaczynały się o godz. 20 i północy polskiego czasu (odpowiednio 12 i 16 w Meksyku), więc oglądaliśmy tylko te wcześniejsze spotkania, a drugie jedynie w porannych retransmisjach, jeśli nie kolidowało to ze szkołą. Niestety w grupie Polska grała tylko o północy. Jedyny gol Smolarka w wygranym 1:0 meczu z Portugalią widziałem zatem dopiero w powtórce. Podobnie pozostałe dwa mecze: pierwszy z Maroko (0:0) i trzeci z Anglią (0:3).

Po wygranym meczu z Portugalią moje rozumowanie było następujące: skoro Portugalia wygrała z Anglią 1:0, a Polska wygrała z Portugalią 1:0, to niechybnie Polska wygra z Anglią 2:0 (To się dodaje! - jak mówi Max Kolonko). Ten scenariusz wydawał się tak logiczny, że postanowiłem uwiecznić go na kartce bloku rysunkowego i przedstawić na szkolne zajęcia z plastyki. Narysowałem fragment tego meczu z biegającymi po zielonej murawie piłkarzami Polski i Anglii, z widniejącym na tablicy wynikiem 2:0. Niestety reguła przechodniości nie zadziałała i Polska przegrała 0:3. Ten cholerny Lineker! Pamiętam, jak mi wówczas było żal Młynarczyka, którego bardzo polubiłem podczas poprzednich MŚ w 1982 roku. Wszyscy narzekali na Stefana Majewskiego, że nie umiał upilnować Gary'ego.

Mecz drugiej rundy z Brazylią (0:4) był jedynym polskim spotkaniem rozgrywanym wcześniej (o godz. 20). Wbrew pozorom wcale nie był to zły mecz naszej reprezentacji. Już na samym początku Tarasiewicz strzelił w słupek, a Karaś w poprzeczkę. W drugiej połowie Boniek wykonał takie nożyce, że gdyby to weszło, to mielibyśmy najładniejszą bramkę mundialu! Jednak wynik końcowy był fatalny. W pierwszej połowie wątpliwy karny i Socrates strzelił nie do obrony pod poprzeczkę bez żadnego rozbiegu. Potem w drugiej - gol Josimara z bardzo ostrego kąta (przy błędzie Młynarczyka) chyba podłamał Polaków. Przy trzeciej bramce Brazylijczycy tak zakręcili Wójcickim i Młynarczykiem, że biedaki zupełnie nie wiedziały co się dzieje. Na 4:0 strzelił Careca z karnego, ale Młynarczyk był bardzo bliski obrony - wybił piłkę na słupek, ale potem jednak wturlała się do bramki. Tamtego dnia wszystko było przeciwko nam. Na ostatnie 7 minut Antoni Piechniczek wpuścił na boisko Władysława Żmudę, żeby mógł wyrównać rekord 21 gier na mundialu.

To był koniec naszej meksykańskiej przygody. Pamiętam minorowe nastroje w telewizyjnym studiu, dymisję trenera Piechniczka i słynną klątwę Bońka (a może Piechniczka?), że przez następne 20 lat nie awansujemy na mundial. Udało się po 16 latach, więc dużo nie brakowało...

Bardzo mi było smutno po meczu z Brazylią. To było pierwsze niepowodzenie polskiego piłkarstwa, którego doświadczyłem w swoim życiu. Potem przerodziło się to w pasmo wiecznych klęsk, trwające - z bardzo krótkimi przerwami - po dziś...

W 1/8 finału coś się dla mnie skończyło, zatem coś nowego musiało się zacząć. I owszem, w ćwierćfinale narodziła się moja przygoda z Argentyną. To był oczywiście jej mecz z Anglią, wygrany 2:1 po dwóch golach Maradony. Jednym strzelonym ręką pod nieuwagę tunezyjskiego sędziego i drugim strzelonym po samotnym rajdzie przez ponad połowę boiska, uważanym przez wielu za najładniejszą bramkę w historii piłki nożnej. Gary Lineker tym razem Anglii nie wystarczył (choć pod koniec meczu strzelił gola, dzięki któremu został królem strzelców).

Potem był półfinałowy mecz z Belgią, podczas którego Diego dzielił i rządził na boisku, strzelając dwie bramki i przesądzając awans swojej drużyny do finału.

Finał meksykańskich MŚ obejrzałem na wczasach w Charzykowych, w świetlicy, na kolorowym telewizorze (którego my wówczas w domu nie mieliśmy), w obecności licznie zgromadzonych wczasowiczów o różnym poziomie wiedzy piłkarskiej - o czym świadczyła choćby taka wymiana zdań:
- Ile jest?
- 2:2.
- Dla kogo?
W finale Maradona mnie nie olśnił, jednak podanie przez pół boiska do Burruchagi wykonane w ostatnich minutach meczu potwierdziło jego klasę. Wcześniej była krótka chwila niepewności, gdy Niemcy wyciągnęli z 0:2 na 2:2 (wyrównał po rzucie rożnym Rudi Voeller). Po zakończeniu MŚ oglądałem jeszcze powtórki z meczów Argentyny w grupie (z Włochami, Bułgarią i Koreą Południową), których wcześniej chyba nie widziałem (nie pamiętam tego) i jeszcze utwierdziłem się w przekonaniu o talencie Maradony i klasie całej drużyny Argentyny.

Od tamtego mundialu byłem (i jestem do dziś!) wielkim fanem Argentyny i Diego Maradony (obecnie podziwiam Messiego, ale oczywiście nie jest to już taki młodzieńczy podziw). Uważam, że Leo nie osiągnął dotąd poziomu Diego - choć nadal ma na to szanse.

Przez następne lata trwały nieustające kłótnie z bratem, który nie do końca uznawał wspaniałość mojej Argentyny. Eskalacja konfliktu nastąpiła na MŚ we Włoszech w 1990, gdzie Albicelestes faktycznie grali już znacznie gorzej i mało finezyjnie. Zostali jednak przez Maradonę wraz z Caniggią i bramkarzem Goicoacheą dowiezieni - przez rzuty karne - do samego finału. W nim po pechowym meczu i niezasłużonym rzucie karnym przegrali z Niemcami.

Widziałem wiele meczów meksykańskiego mundialu oprócz spotkań Polaków. Jako najciekawsze wspominam:

- Włochy - Bułgaria 1:1 - mecz otwarcia rozgrywany bardzo wcześnie jak na MŚ, bo 31 maja (jedyne spotkanie oglądane przeze mnie jeszcze bez Vademecum w ręce); raczej dość mdłe widowisko,

- ZSRR - Węgry 6:0 - siła ekipy ZSRR i żal bratanków-Węgrów,

- Francja - ZSRR 1:1 - remis dwóch mocnych drużyn, które wydawały mi się faworytami turnieju,

- Francja - Węgry 3:0 - dobry mecz Francji i jedyny gol Jeana Tigany w reprezentacji,

- Meksyk - Belgia 2:1 - poznałem i polubiłem Hugo Sancheza, doceniłem gospodarzy turnieju, którzy okazali się lepsi od świetnych Belgów pamiętanych przeze mnie z eliminacji do MŚ,

- Urugwaj - RFN 1:1 - pamiętam bardzo szybko strzeloną bramkę przez Urugwajczyków i mozolne odrabianie Niemców zakończone sukcesem pod koniec spotkania,

- Dania - RFN 2:0 - radość z pokonania Niemców, za którymi nie przepadałem, choć było jasne, że cwaniaki odpuściły sobie ten mecz,

- po meczach grupowych żal mi też było Kanady, która nie strzeliła nawet gola (a mieliśmy tam znajomych)

- Meksyk - Bułgaria 2:0 - piękny gol Negrete przewrotką,

- Anglia - Paragwaj 3:0 - kolejny popis Linekera (2 gole),

- Francja - Włochy 2:0 - gładka wygrana mistrzów Europy z poprzednimi mistrzami świata,

- ćwierćfinał Francja - Brazylia 1:1 - bardzo ciekawy i emocjonujący mecz; zwycięstwo Francuzów w karnych; w trakcie meczu karnego nie strzelił Zico (obronił Bats), a w serii rzutów karnych słynny Socrates bez rozbiegu strzelił pod poprzeczkę, ale Bats obronił, natomiast Platini posłał piłkę nad poprzeczką (w meczu strzelił gola), potem nastąpił rozstrzygający celny karny Fernandeza,

- półfinał Niemcy - Francja 2:0 - zdziwienie, bo Francja grała dotąd wyśmienicie, a ja typowałem finał Argentyna - Francja. Pierwszy gol padł na początku spotkania po słabej interwencji bramkarza, drugi po lobie Voellera pod koniec meczu.

- mecz o 3 miejsce Francja - Belgia 4:2 po dogr. - obejrzany na wczasach w Charzykowych. Bardzo ładne spotkanie, choć sfrustrowany Platini w nim nie zagrał (nie podobało mi się takie podejście). Belgia mimo wszystko potwierdziła klasę zaprezentowaną w eliminacjach.

Do dziś pamiętam praktycznie wszystkie wyniki tamtych Mistrzostw Świata. Oczywiście również dlatego, że po zakończeniu mundialu jeszcze wielokrotnie analizowałem poszczególne mecze. Przeczytałem (wzdłuż i wszerz!) kilka książek na ten temat.

Pożyczyłem m.in. od kuzyna drugą książeczkę tego samego wydawnictwa, które wydało Vademecum (nazywało się Presspol) - już z wszystkimi wynikami, opisami meczów i pięknymi zdjęciami. Mogłem więc jeszcze raz przeżyć piękne chwile związane z triumfem Argentyny, po wielokroć czytać opisy dokonań Diego Maradony i napawać się faktem, jakiego zdolnego mam idola. Książki tej zresztą nigdy nie oddałem (kuzyn ku mej uciesze machnął na nią ręką) i do dziś leży na półce obok Vademecum, również posklejana taśmą na skutek wielokrotnego czytania.

Dla mnie to był najwspanialszy mundial. Zapewne dlatego, że to były moje pierwsze Mistrzostwa Świata, którymi tak bardzo się interesowałem. Co prawda oglądem również wszystkie kolejne sześć mundiali, ale z żadnego z nich nie pamiętam tylu wyników ani nazwisk piłkarzy, co z Meksyku '86. Uważam też, że żaden z następnych mistrzów świata nie osiągnął poziomu Argentyny z 1986 roku, ani żaden piłkarz nie zbliżył się do klasy Diego Maradony z tamtego okresu. Stąd mój wielki sentyment do Mexico 1986.

S.