Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 14 października 2014
Wielka Polska. Inna niż z Wembley, inna niż z Portugalią

Kliknij, jeśli chcesz powiększyć zdjęcia. Na pewno chcesz.

Urodziłem się w 1987 roku, więc w porównaniu do urodzonych w np. 1917 roku, na zwycięstwo z Niemcami czekałem stosunkowo krótko. Grunt, że wszyscy się go doczekaliśmy, co przecież wydawało się równie mało możliwe jak to, że nasz kraj zorganizuje mistrzostwa Europy czy pobuduje piękne stadiony, jak ten najpiękniejszy - Narodowy.

Tym niemniej, bardzo, ale to bardzo długo nie mieściło mi się w głowie, że Polska może pojechać na mistrzostwa świata czy Europy. Wydawało mi się, że już tak zostanie, że już na zawsze ostatnim golem Polaka na mundialu będzie ten Włodzimierza Smolarka w Meksyku, rok przed moim wyjrzeniem na świat. Co prawda już pierwsze moje świadome kibicowsko eliminacje, za Henryka Apostela, obfitowały w emocje (do dziś drżę oglądając skrót z Parc de Princes), ale kończyło się tylko na remisach, ze wspaniałą Rumunią z Gheorghe Hagim i lada moment wspaniałą (mistrzowską!) Francją. A ostatecznie wyszło żenująco, z czerwonymi kartkami i 1:4 w Bratysławie.

Potem był Antoni Piechniczek i chyba najlepszy pod względem gry przegrany mecz reprezentacji Polski jaki widziałem, jaki odbył się za mojego życia. Prawie dokładnie 18 lat temu, w 18. urodziny mego brata (jeszcze raz, wszystkiego najlepszego, brachu!), Polska zagrała na Wembley z Anglią. Gola Citki wszyscy pamiętamy, jasne, te Shearera z rolą Andrzeja Woźniaka też. Ale czy wszyscy pamiętamy jak świetnie, jak bez kompleksów radzili sobie wtedy Polacy? Jak długimi momentami prowadzili grę, jak zakładali Anglikom - chyba najlepszym w ostatnich 20 latach - siatki, jak nie tylko Citko, ale też Piotr Nowak i zmarły nie tak dawno Henryk Bałuszyński robili z nich wiatraki? Wideo ze skrótem, choć obszerne, tę swobodę w grze nie do końca oddaje (choćby akcja bramkowa jest pokazana od końcowej fazy), więc - żeby nie było, że upiększam wspomnienia, jak to z dzieciństwem bywa - oto fragmenty relacji Roberta Błońskiego dla Gazety Wyborczej.

"Goście prowadzili atak pozycyjny, wygrywali pojedynki jeden na jednego. W ostrych starciach odbierali piłkę Anglikom i kontratakowali. Swobodnie i dobrze grali Citko, Bałuszyński i kierujący grą Piotr Nowak. (...) Słabo grał z kolei lider Anglików Paul Gascoigne. 80 tys. angielskich kibiców siedziało w ciszy. Na Wembley słychać było fanów z Polski (...) W pierwszej połowie Polacy byli przy piłce przez 53 proc. czasu gry".

Alan Shearer: - Polacy bardzo nas zaskoczyli. Byli znacznie lepsi, niż oczekiwaliśmy.

Stuart Pearce: - Niespodziewanie mieliśmy w obronie wiele pracy.

Selekcjoner Glenn Hoddle: - Defensywa była dziś najbardziej zapracowaną formacją w naszym zespole.

Anglia - Polska 2:1

14 strzały 16

6 celne strzały 8

9 faule 19

7 rzuty rożne 8

5 spalone 1

0 żółte kartki 1 

Podkreślam statystyki strzałów, gdyby relacja była za mało dobitna. Polacy zagrali kapitalnie z jedną z czterech najlepszych ekip dopiero co zakończonego Euro 1996. Cóż z tego, skoro przegrali.

Oczywiście, bardzo doceniam awanse na mistrzostwa świata i reprezentacji Jerzego Engela i ekipy Pawła Janasa, ale to dopiero kadra Leo Beenhakkera wspięła się na absolutny szczyt, na światowy poziom w spotkaniu z Portugalią w 2006 roku. Portugalczycy chyba wcześniej wymodlili sobie w Fatimie uniknięcie totalnego blamażu, bo Polacy zamiast tylko 2:1, powinni spokojnie wygrać 3:0 czy 4:0. To był Polski Mecz Nad Meczami XXI wieku, którego niesamowitą, symboliczną sceną był kanał, jaki Simao Sabrosie założył Grzegorz Bronowicki.

Zwieńczeniem ciemnych wieków, które następnie nastały było - już zawsze będę do tego wracał - Euro 2012, przegrane w najboleśniejszy z możliwych sposobów, po rozbudzonych nadziejach.

Jadąc na mecz z Niemcami nie spodziewałem się ani wygranej, ani nawet przyzwoitej gry, ledwo miesiąc wcześniej widziałem z trybun kopaninę z Gibraltarem w pierwszej połowie. Wiara kibica, zwłaszcza polskiego kibica, jest jednak najwyższym stadium wiary irracjonalnej, nie popartej logicznymi przesłankami w sposób skrajny. Na 10 meczów z Niemcami, z takim przebiegiem gry, Polacy powinni przegrać siedem i może z dwa zremisować. Ale teraz zdarzył się ten jeden, bo goście w biało-czerwonych strojach zachowywali się jak wojownicy, ale i jak bezwzględni (jak Niemcy!) egzekutorzy, którzy daną szansę wycisnęli jak komornik wyciska cytrynę. Mieliśmy też zwyczajnie fuksa, nie czarujmy się, ale przecież raz-kiedyś można go mieć, prawda? Bo przecież ile razy się może zdarzyć, że Thomas Muller jedzie autostradą na bramkę, ale zamiast piątego wrzucony ma trzeci, może czwarty bieg? W ogóle strach sobie przypominać, ile chwilami miejsca mieli momentami Niemcy.

Będę szczery - dopóki Sebastian Mila nie strzelił drugiego gola, miałem czarne myśli, jak czarny jest niemiecki orzeł. Za mocno kibicowską psychikę połamali mi Niemcy 2006 i Austria 2008 golami w ostatnich minutach, bym przy 1:0 z nowymi mistrzami świata uznawał minimalne prowadzenia za wystarczające. Tak naprawdę dziwię się, że po poprzeczce Podolskiego nie zacząłem palić ćmików (a tego nigdy nie robię, bo przecież strasznie śmierdzą, a do tego się umiera). Ale Robert Lewandowski odpędził przeszkadzającego mu obrońcę Durma jak namolną muchę (na zdjęciu akurat z drugim z bocznych defensorów)...

 Polska - Niemcy 2:0. Robert Lewandowski

podał, a Sebastian Mila strzelił, jak cudownie on strzelił! A potem była przepiękna scena, którą jakimś cudem udało mi się uchwycić.

 Polska - Niemcy 2:0. Sebastian Mila cieszy się po drugim golu

Teraz jeszcze chodzi o to, by ten mecz był początkiem rozwoju a nie jednorazowym - choć szczytowym - wyskokiem. By tak jak Wembley '73 zbudowało ekipę Kazimierza Górskiego, a Kijów, Oslo i Chorzów budowały ostatnie awanse, tak ten mecz był początkiem. Strach jest. Ale przynajmniej do pierwszego gwizdka meczu ze Szkocją, cieszmy się z tego zwycięstwa jak Polska długa i szeroka.

B.

piątek, 10 października 2014
Maratoński genderyzm

Już za 2 dni 15. Poznań Marathon, a na jego starcie stanie około siedmiu tysięcy biegaczy. Będą wśród nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety, co jeszcze pół wieku temu było trudne do zaakceptowania przez część społeczeństwa.

Pierwszą kobietą, która pokonała dystans maratoński była Roberta "Bobbi" Gibb.

W 1966 roku przebiegła ona Maraton Bostoński (organizowany od 1897 roku!), ale... nie została oficjalnie sklasyfikowana jako uczestniczka zawodów. Nie mogąc bowiem normalnie startować podłączyła się do biegaczy chwilę przed startem. Powód? Kobiety nie mogą startować w maratonie. Dlaczego? Bo kobiety nie biegają, tylko siedzą w kuchni. Gibb chciała sobie pobiec? OK. Ale niech wie, że robiła to na własną rękę, "obok" imprezy (o Gibb czytajcie też tutaj, tutaj i tutaj).

Pierwszą kobietą, która została "oficjalnie" zgłoszona do udziału w maratonie (również bostońskim) i ukończyła zawody była Kathrine Switzer w 1967 roku.

 

Musiała w tym celu posłużyć się jednak pewnym wybiegiem. Otóż zapisała się na listę startową jako nie budzący podejrzeń "K.V. Switzer". Nikt nie protestował, więc maratonka mogła "legalnie" przystąpić do biegu. Sprawa jednak wyszła na jaw i wokół zawodniczki zrobił się szum. Nieprzychylność gawiedzi była tak duża, że nawet podczas samego biegu próbowano zedrzeć jej numer i zepchnąć ją z trasy (co ciekawe akcję tę podjął inny były biegacz - Jock Semple)!


Mimo to bieg ukończyła (czas: 4 godz. 20 min.) i dziś - podobnie jak Bobbi Gibb - jest legendą (o Switzer poczytajcie też na jej stronie i tutaj). Również organizatorzy Maratonu Bostońskiego dali za wygraną i od 1972 roku kobiety mogą normalnie brać udział w zawodach.

Historia udziału kobiet w maratonie to dla mnie piękna ilustracja "ideologii gender", czy też jeszcze bardziej przerażającego "genderyzmu", którym to straszą innych niedouczone (albo zwyczajnie cyniczne) zastępy stróżów porządku moralnego. Kiedyś rolą chłopca było "biegać!", a dziewczynki "nie biegać! sprzątać! gotować!". Genderystyczna bestia wychyliła jednak swą paskudną głowę z ciemnych czeluści i kobiety zaczęły stawać na starcie maratonu.

Upadek moralny i agonia społeczeństwa cywilizowanego człowieka trwa, końca nie widać.

P.

czwartek, 09 października 2014
Alex-sjan

Choć sprawa nie jest zupełnie świeża, to piszę o niej, żeby nie umknęła gdzieś w nawałnicy newsów. Otóż w najbliższych meczach el. EURO 2016 z Serbią i Francją w barwach Armenii ma szansę wystąpić Alex Henrique Da Silva, czyli po prostu ALEX (ur. 1982).

Jak można się łatwo domyślić, Alex nie jest Ormianinem z dziada-pradziada. Wręcz przeciwnie. W okolice Kaukazu przybył dopiero jako 24-latek, w 2006 roku. Miał już wtedy na koncie przygodę w brazylijskich ligach juniorskich, epizod w tamtejszej Serie A (4 mecze) i występy w niższych klasach rozgrywkowych (Botafogo Ribeirao Preto i Sao Carlos FC). W Armenii zasilił zespół Mika Asztarak. Tam osiągnął swój pierwszy sukces - Puchar Armenii 2006. W 2008 roku został wypożyczony do rosyjskiej Wołgi Uljanowsk. W 2009 roku wrócił i wywalczył z Miką wicemistrzostwo Armenii. W 2011 roku zdobył swój drugi puchar kraju, a w sezonie 2012/2013 wywalczył swoje drugie wicemistrzostwo kraju.

Choć w innych miejscach tego bloga (patrz: post scriptum tekstu) opisywaliśmy procesy błyskawicznych ormiańskich naturalizacji, to Alex swoje nowe obywatelstwo otrzymał dopiero w 2012 roku (nie był dość dobry?). Dodatkowo, jeszcze chwila minęła, zanim doczekał się powołania do reprezentacji. W nowej kadrze zadebiutował dopiero 27 maja 2014 w wygranym 4:3 towarzyskim meczu z ZEA, rozegranym w Carouge (Szwajcaria) (od 88. minuty). Drugi swój występ dorzucił cztery dni później - tym razem było już to pełne 90 minut w meczu z Algierią (1:3).

Był także powoływany na kolejne mecze kadry (m.in. eliminacyjny mecz z Danią), ale więcej na boisku się już nie pojawił.

Dodam tylko, że drugim "Brazylijczykiem" w reprezentacji jest Pizelli (ur. 1984; w lidze armeńskiej w latach 2006-2011; w reprezentacji od 2008 do dziś; łącznie 37 meczów i 4 goli).

Ormianie kiedyś już mieli pomysł na szybkie dozbrajanie swojego składu, ale, jak część z nas może pamięta, nic z tego dobrego nie wyszło. Dlatego też dziwi, że dziś, kiedy reprezentacja Armenii jest chyba silna jak nigdy (Mchitarjan, Manuczarjan, Mowsisjan, Ozbiliz, Ghazarjan), tamtejsze władze decydują się na takie niewyszukane pomysły. Dość przecież powiedzieć, że w eliminacjach do MŚ 2014 Ormianie zremisowali z Włochami (2:2), wygrali z Bułgarią, z Czechami i z Danią (4:0!). Oczywiście tradycyjnym problemem jest nierówna forma drużyny (porażka z Maltą u siebie!), ale wydaje się, że reprezentacja Armenii jest na dobrej drodze i nie trzeba jej dodatkowo sztucznie dopingować. Być może to pomysł nowego selekcjonera - Szwajcara Bernarda Challandesa (od lutego 2014), być może odżyły stare idee, ale mając na uwadze liczbę obcokrajowców występujących w lidze armeńskiej, to należy spodziewać się kolejnych powołań.

P.

Czytaj także:

Mały Jura ucieka przed wielkim zabijaniem

Na brzegu rzeki Kubań usiadł Aras i dumał

W cieniu zagłady

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji. Cz. 10. Armenia i inne

Apoula Edel - czarnoskóry bramkarz reprezentacji Armenii

wtorek, 07 października 2014
Peruwiański wyjątek

Różnie układają się losy zagranicznych zawodników, którzy opuszczają polską ligę wyproszeni zwykle przez klubowych zarządców. Często piszemy tutaj o piłkarzach, na których nie poznano się nad Wisłą, a później robili oni ciekawe kariery. Wystarczy wspomnieć o Paulinho, Rodrigao czy innych (i tutaj też o nich piszemy). Jednak zdecydowana większość grajków pogoniona z polskich klubów ląduje w coraz to gorszych klubach, by wreszcie usiąść na jakichś futbolowych mieliznach. Oczywiście każdy przypadek należy traktować osobno, ale jeśli miałbym jednak wskazać na pewien zbiorowy wyjątek od tego mechanizmu równi pochyłej, to byliby to... PERUWIAŃCZYCY.

Nie wiem w czym rzecz, ale zawodnicy z tego południowoamerykańskiego kraju często mieli problemy, aby pokazać pełnię swoich umiejętności w polskiej ekstraklasie. Mimo to, po powrocie do swojej ojczyzny, niemal w komplecie, zostawali gwiazdami ligi, a często także brylowali w reprezentacji.

Najlepszym przykładem jest chyba Michael Guevara (ur. 1984).

Wiosną 2009 roku trafił on do Jagiellonii Białystok. Łapał się w niej jednak do Młodej Ekstraklasy, a w seniorskich rozgrywkach rozegrał raptem trzy mecze (dokładniej - trzy ogony). Wrócił więc do kraju i w każdym swoim kolejnym zespole był jednym z liderów, zwykle z numerem "10" na plecach. Od 2011 roku występuje w reprezentacji Peru. Rozegrał w niej 13 meczów, w tym cztery na Copa America 2011, gdzie ze swoją drużyną wywalczył brązowy medal!

Nieco podobnie ułożyły się kariery dwóch zawodników, którzy jesienią 2007 roku wspólnie zaliczyli spalone podejście pod GKS Bełchatów - Jhoela Herrery (z lewej, ur. 1980) i Alexandra Sancheza (z prawej, ur. 1984).

Herrera trafił do Bełchatowa jako gracz znanego Club Alianza Lima, a także w glorii świeżo upieczonego reprezentanta kraju, w tym także uczestnika Copa America 2007 (choć trzeba zaraz dodać, że pechowego uczestnika - w swoim pierwszym spotkaniu na turnieju [Peru - Boliwia 2:2] dostał czerwoną kartkę i już więcej nie pojawił się na boisku). W GKS-ie jednak za wiele nie poganiał. Zaliczył raptem 4 mecze, potem zawinął na chwilę do ojczyzny, potem wrócił do Bełchatowa, dograł jeden mecz i z powrotem do domu. Dłuższą chwilę zajął mu powrót do formy, ale z czasem wzniósł się na wyżyny. Został jednym z najlepszych obrońców ligi, w 2011 roku wywalczył mistrzostwo (z Club Juan Aurich), a w el. MŚ 2014 był jednym z podstawowych zawodników reprezentacji. W sumie ma na koncie 21 spotkań.

Kariera Sancheza w Polsce wyglądała tak samo jak Herrery. Zaliczył on raptem 5 meczów dla GKS-u jesienią 2007, a reszta jego nadwiślańskiej aktywności to występy w ME. Po powrocie do ojczyzny szybko jednak wyrobił sobie odpowiednią markę. W Club Alianza Lima spędził trzy dobre lata, błyszczał także w kolejnych klubach. W latach 2006 - 2009 rozegrał w reprezentacji 9 meczów i strzelił jednego gola (w towarzyskim spotkaniu z Jamajką [1:1]).

Niezwykłymi zakosami toczyły się także dalsze kariery dwóch byłych gwiazd Lecha Poznań.

Hernan Rengifo (ur. 1983) dla Kolejorza zaliczył blisko sto spotkań w różnych rozgrywkach i strzelił niemal 40 goli (lata 2007-2009). Po tym jak klub pożegnał się z nim w niefajnej atmosferze (jesień 2009), Renifer przez dwa lata bawił na Cyprze (bez większych sukcesów osobistych w Omonii). Wydawało już się, że chłopak się skończył, ale wtedy podjął decyzję o powrocie do ojczyzny i... odżył. W barwach Sportingu Cristal Lima wywalczył mistrzostwo i uzbierał mnóstwo trafień. Postanowił więc jeszcze raz spróbować szczęścia w Europie, ale pobyt w tureckim Sivassporze okazał się nieporozumieniem. Dziś Rengifo strzela gole w Club Juan Aurich. W 2014 roku jego bilans to 18 meczów i 10 goli. Ostatnio sieknął takie golazo.

W reprezentacji Peru natomiast w latach 2005-2012 nabił sobie 23 mecze i 6 goli (trafiał m.in. w meczach z Urugwajem, Argentyną i Hiszpanią).

Henry Quinteros (ur. 1977), gdy opuszczał Kolejorza (2006-2008, 46 meczów i 10 goli, m.in. ten, ten, ten i ten) miał już na karku 30 lat. Wydawało się, że to już raczej schyłek jego kariery, a tymczasem... leci mu siódmy sezon po powrocie do ojczyzny! Przez cały czas był wierny swemu Club Alianza Lima, ale na początku tego roku zmienił barwy na CSD Leon de Huanuco. Oto próbka tego, co staruszek Kwinto jeszcze potrafi.

W reprezentacji w latach 2000-2009 uzbierał 22 mecze i jednego gola.

Nieco gorzej za to poszło trzeciemu Peru-lechicie. Anderson Cueto (ur. 1989, 31 meczów i 2 gole w latach 2008-2010) był wielką nadzieją Franciszka Smudy.

Nadzieją, dodam, nigdy nie spełnioną. W Kolejorzu długo czekano na eksplozję jego talentu, ale niestety ten wybuch nigdy nie nastąpił (31 meczów i 2 gole, ten i ten). Po dwóch latach w Poznaniu Cueto wrócił do Peru. Tam wiodło mu się przeciętnie - w ciągu roku rozgrywa średnio 15 meczów, w których strzela jedną bramkę. Choć trzeba mu oddać, że gdy trafia do siatki, to zwykle robi to w dość efektowny sposób - np. tak albo tak. Na plus na pewno trzeba mu jednak poczytać mistrzostwo 2011 z Club Juan Aurich. Obecnie znajdziemy go w kadrze AC Real Atletico Garcilaso (Cusco). Trzeba też pamiętać, że były lechita jest wciąż dość młody (ma 25 lat) i wiele jeszcze przed nim.

Cueto powinien brać przykład choćby z Juniora Rossa (ur. 1986).

Przybył on do Arki Gdynia wiosną 2011 z łatką solidnego snajpera, który ma świetny dorobek w lidze peruwiańskiej, nieudaną przygodą z 2. Bundesligą i na koncie kilka meczów w reprezentacji Peru. W gdyńskim zespole Peruwiańczyk jednak za wiele nie pograł. Wystąpił tylko w 4 meczach pierwszej drużyny, resztę dograł w ME. Arka spadła z ekstraklasy, a za Rossem nikt nie zapłakał. Ten zaś wrócił do ojczyzny i w barwach Sportingu Cristal Lima szybko został jednym z najlepszych snajperów ligi. W 2012 roku jego zespół wywalczył mistrzostwo, a JR dorzucił do tego 17 goli! Poza tym w latach 2005-2008 rozegrał on 10 meczów w reprezentacji Peru.

Niezwykle ciekawym wreszcie przypadkiem jest także Willy Rivas (ur. 1985).

Do Górnika Zabrze trafił jako dwudziestolatek jesienią 2009 roku. Przepadł w nim jednak niemal kompletnie. Wystąpił raptem w czterech ogonach, resztą to popisy w ME. Rivas, podobnie jak i poprzedni bohaterowie, wrócił do ojczyzny i, podobnie jak pozostali opisywani tu zawodnicy, szybko doszedł do dobrej formy. W latach 2009-2010 był jednym z najlepszych prawych pomocników ligi peruwiańskiej. Poskutkowało to powołaniem do reprezentacji. Na chwilę obecną Rivas ma w niej dwa występy (oba w 2010 roku). Na życie zarabia natomiast grą dla FBC Melgar.

Trudno powiedzieć w czym tkwi tajemnica. Może to kwestia andyjskiego powietrza? Może osoby, które się nim odpowiednio nainhalowały szybko osiągają pełnię formy po powrocie do rozrzedzonych górskich klimatów? Może takie osoby mają większe problemy, żeby przystosować się do innego, polskiego powietrza? Kłam tej teorii kładliby jednak Rengifo i Quinteros, którzy szybko się dostosowali. Ciężko więc znaleźć jeden klucz, ale faktem jest, że z pewnością warto śledzić dalsze kariery Peruwiańczyków trafiających do naszej ligi.

P.

wtorek, 30 września 2014
"Technologia i sport" Przemysława Nosala

Przyznaję, że łatwiej mi pisać o książkach cudzych, ale skoro na tym blogu pojawiają się wpisy na temat wartościowych pozycji wydawniczych dotyczących sportu, to i jej nie powinno zabraknąć:) "Technologia i sport", autor: Przemysław Nosal, Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2014.

W książce staram się opisać w jaki sposób technologia i jej dynamiczne przemiany oddziałują na świat sportu, a w szerszym kontekście - również na życie nas wszystkich. Choć to pozycja z zakresu nauk społecznych (socjologii), to jednak jestem przekonany, że każdy fan sportu znajdzie w niej coś ciekawego dla siebie. Obok kilku fragmentów, które skupiają się na społecznym tle technologii, cała reszta osadzona jest bowiem w samym środku sportowego uniwersum.

Konstrukcja książki jest następująca. Rozdział 1 dotyczy obecności technologii w otaczającym nas świecie. Dla fanów technologii i zainteresowanych tematem. Rozdział 2 opisuje już społeczne tło sportu - jak nowoczesny sport się rodził, jak rozwijał, po co powstawały w nim poszczególne instytucje i dlaczego wiązały się one szybko z polityką i ekonomią. Kilka ciekawostek w ramach zachęty:

- pierwsze związki sportowe powstały po to, aby... zapanować nad oszustwami w obstawianiu zawodów sportowych (to dość zabawne w kwestii ostatnich afer);

- jedną z największych rewolucji w kontekście amatorskiego uprawiania sportu było wprowadzenie sztucznego oświetlenia - dzięki temu robotnicy z fabryk mogli uganiać się za piłką również w dni robocze, po pracy, a nie tylko w weekendy do południa;

- dlaczego bokserzy są poszkodowani w stosunku do przedstawicieli innych dyscyplin? i jak sobie poradzili z tym problemem?

Rozdział 3 to prawdziwa gratka dla kibiców-fanów technologicznych nowinek i gadżetów. Prezentuję w nim jak na przestrzeni dziejów ewoluowały poszczególne obszary sportowej technologii. Temat podzielony został na główne kategorie, a wśród nich znajdziecie m.in.:

- Sprzęt do rozgrywki - czyli te kluczowe przedmioty, które decydują o charakterze danej rozgrywki, np. piłki, kije, tyczki, rakiety. W tym miejscu odbędziecie ciekawą wycieczkę przez historię różnych piłek (od worków napełnianych mąką, przez pęcherze wypychane włosiem, po futbolówki klejone z ośmiu łat). Dowiecie też się dlaczego bobsleistami zostają także... byli sprinterzy.

- Sprzęt poprawiający komfort rozgrywki - tutaj skupiam się na takich sprawach jak odzież, obuwie czy ochraniacze. Wiecie, że już w starożytnej Grecji woźnica powożący "sportowo" rydwanem miał specjalnie dostosowany strój? Przeczytacie o tym, w którą stronę zmierza produkcja butów sportowych. No i pojawia się ciekawy wątek dotyczący tego, że produkowanie coraz lepszych ochraniaczy dla zawodników to objaw specyficznej... schizofrenii.

- Technologie sędziowania - W tym miejscu będzie sporo o tym dlaczego fotokomórka tak zrewolucjonizowała sędziowanie i jak radzono sobie kiedyś bez niej. I dlaczego kamery to przekleństwo dla arbitrów.

- Technologie medialne - Napiszę tylko, że pierwsza bezpośrednia transmisja z wydarzenia sportowego, to Igrzyska w Berlinie w 1936 roku.

I że od tego czasu media stopniowo zaczęły decydować w zasadzie o wszystkich, co w sporcie ważne.

W rozdziale 4 piszę o tym, z czego składa się dalsza, badawcza, część pracy. Oparta jest ona na metodologii case study. Oznacza to, że wybiera się jakiś konkretny przypadek (w moim przypadku - trzy przypadki) i się je wielowymiarowo opisuje. Ja wykorzystałem w tym procesie trzy główne techniki - desk research (analiza danych zastanych), analiza dyskursu medialnego (internetowego) oraz wywiady pogłębione z ekspertami w danych dziedzinach. W kolejnych trzech rozdziałach skupiam się wreszcie na tak ugruntowanym badawczym mięsie.

Rozdział 5, czyli Oscar Pistorius. Biegający na protezach sportowiec z RPA posłużył mi jako punkt wyjścia do dyskusji o przekraczaniu granic i płynności tego, co ludzie i nieludzkie (technologiczne). Jeden z rozmówców, w przeszłości świetny sprinter, tak mówił o tej sytuacji:

Problem jest taki, że te protezy cały czas się rozwijają, więc co pół roku trzeba by ja Pistoriusowi badać. Bo może się przecież okazać, że za rok zrobią mu takie, że on przy tych samych parametrach ciała będzie biegał o 2 sekundy szybciej i wygra mistrzostwa świata. I tu jest pewien problem, bo sport wyczynowy to jest rozwijanie samego siebie.

Inny respondent, dziennikarz, dodaje:

W tej chwili Pistorius przegrywa bieg na 400 metrów, i to wyraźnie. Ale na następnych mistrzostwach już może nie przegrywać, bo po prostu dokręci sobie udoskonaloną nogę, nowe włókna.

Cały temat Pistoriusa i szerzej - technologizacji sportu - budzi bardzo wiele emocji i świetnie to widać w tej części.

Rozdział 6 skupia się na wątku kostiumu pływackiego typu "skóra rekina". Kwestia ta to interesujący przykład sytuacji, kiedy dostęp do określonej technologii prowadzi do nierówności. Dopalanie związane ze "skórą" sprawia bowiem, że na samej linii startu konkurenci mają różne szanse bazowe na zwycięstwo. Z innej beczki - a co jeżeli na zawody strzeleckie przyjdzie zawodnik z soczewką w oku? - pyta jeden z moich rozmówców. Co ciekawe, namiastkę aerodynamiki związanej ze skórą rekina próbowano kiedyś osiągać... łatwiejszymi sposobami:

Kiedyś stosowano na przykład golenie zawodników przed startem, które miało podwójne znaczenie. Oprócz tego, że skóra była bardziej śliska, a dodatkowo był to masaż naskórka, który powodował lepsze czucie wody. To stosowano i tego nikt nie kwestionował, bo to mógł zrobić każdy i nie wymagało to żadnych dodatkowych kosztów, z wyjątkiem kupna maszynki do golenia.

Moda na kostiumy i niezłomna wiara w ich moc bardzo silnie odbija się już na stosunku zawodników do treningu. Pięknie jednak wątek relacji między technologią a tym, co człowiek ma w głowie podsumował trener pływania:

Często mam jakiegoś bardzo dobrze wytrenowanego zawodnika. Wydaje mi się, że na zawodach na pewno zrobi świetny wynik, a tu nagle... ostatnie miejsce. Przychodzą do mnie potem rodzice i pytają co się stało. A ja nie wiem. To jest człowiek, nigdy do końca się nie wie, co ma w głowie i co z tego wyniknie.

Wreszcie rozdział 7 opisuje sprawę nieuznanej bramki Franka Lamparda w meczu z Niemcami na MŚ 2010. Na pewno pamiętacie temat:

Sytuacja ta i związana z nią dyskusja o obecności powtórek w piłce nożnej stanowi dla mnie teren do dyskusji na temat tego, na ile pozwalamy, aby technologia nas kontrolowała. Choć wydawać by się mogło, że po kolejnych wpadkach środowisko futbolowe nie ma wielkich wątpliwości, co do sensu korzystania z powtórek, to mój respondent-sędzia piłkarski stwierdza:

Błąd sędziego jest wkalkulowany w widowisko. To jest tak, jak błąd Dziekanowskiego, który z metra potrafił strzelić w siódme piętro. I podobnie, błąd sędziego, on będzie zdarzał się zawsze. Natomiast wprowadzenie powtórki zabije widowisko. Każda przerwa, zwalnianie gry, gra na czas - wprowadza niepotrzebną nerwowość. I tutaj tego typu sytuacje, powtarzanie, wideo itp., stwarzałyby handicap dla drużyn, którym zależy na czasie. (...) Zresztą nie wyobrażam sobie sprawdzać każdej sytuacji na wideo, bo to uwłaczałoby moim umiejętnościom.

A jednocześnie:

Trzeba się liczyć z tym, że robiąc tego rodzaju wyłom, że wleje się rzeką. Albo teraz zapobiegniemy ekspansji technologii, albo uznajemy, że ją dopuszczamy. Albo-albo, tutaj nie ma nic pośredniego.

Wątki mnożą się i meandrują w kierunki, o których zwykle nie myślimy. Polecam świetną opowieść jednego z rozmówców o tyczkach do skakania oraz wypowiedź osoby zajmującej się produkcją protez o tym, jak on dzieliłby uczestników zawodów sportowych. Zresztą tych opowieści jest wiele i każda godna jest wysłuchania/przeczytania.

Siłą książki na pewno są moi rozmówcy. Zmieniali oni często moje patrzenie na wybrane tematy i otwierali drzwi, o których przedtem nie wiedziałem. Udało mi się zebrać fantastyczne grono respondentów - olimpijczyków, medalistów mistrzostw świata, topowych dziennikarzy, działaczy sportowych pamiętających pogodę podczas wyścigu w 1973 roku oraz wielu innych fachowców w swoich okołosportowych branżach. Dodatkowym smaczkiem może być dla czytelników małe śledztwo - choć respondenci nie są podpisani z imienia i nazwiska, to ich charakterystyka wytrawnych kibiców naprowadzi na właściwy personalny trop:)

Cieszę się, że ta pozycja została wydana drukiem. Choć w ostatnich latach widać pewne przebudzenie literatury z zakresu socjologii sportu, to pozycji na temat roli technologii w sportowej rywalizacji akurat brakowało. Teraz już jest, a jej dodatkową rekomendacją niech będzie fakt, że doktorat, który stanowi podstawę niniejszej książki, otrzymał Nagrodę Prezesa Rady Ministrów w 2013 roku.

"Technologia i sport" to efekt czterech lat mojej pracy naukowej, ale myślę, że cechuje ją coś, co nie aż tak często cechuje pozycje naukowe. To pasja. Ta książka, podobnie zresztą jak i ten blog, powstała z pasji. Wydaję mi się, że to w niej widać. Miłej lektury!

P.

Książkę można zakupić na stronie Wydawnictwa - tutaj, w większości księgarń internetowych, w wielu stacjonarnych księgarniach naukowych, a także, jeśli ktoś wciąż będzie miał problem z dotarciem, to proszę o kontakt ze mną.