Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 24 kwietnia 2014
Przemiany zarostu

Niezwykłe koło zatoczyła wczoraj historia, a w jej centrum znalazł się Iker Casillas. I jego zarost.

Maj 2000, półfinał Ligi Mistrzów, Real Madryt - Bayern Monachium.

Naszpikowany gwiazdami i upokorzony przez Manchester w finale poprzedniej edycji Ligi Mistrzów (słynne 1:2) Bayern pewnie parł do zwycięstwa w sezonie 1999/2000. Dość powiedzieć, że w drodze do półfinału nie przegrał żadnego spotkania. Na przeciwko niego stawał Real, który to Bawarczycy w fazie grupowej dwukrotnie boleśnie obili (2:4 i 1:4). Do tego Królewskimi wstrząsały konflikty wewnętrzne, związane przede wszystkim z obecnością Nicolasa Anelki - ceny jego transfery i jego rażącej nieskuteczności. Francuz do czasu dwumeczu z Bayernem strzelił tylko jedną bramkę i już został okrzyknięty największą pomyłką w dziejach madryckiego klubu. Faworyt był więc znany jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Tymczasem Real sprezentował Niemcom przykrą niespodziankę. W pierwszym spotkaniu przegrał 1:2, by w rewanżu wygrać 2:0.

Bohaterami dwumeczu byli właśnie Anelka i Casillas. Ten pierwszy strzelił Bayernowi dwie z siedmiu bramek, które zdobył on w ogóle dla Królewskich. Drugim zaś został golkiper, który dopiero dwa tygodnie później miał obchodzić 19. urodziny! Chłopak najpierw wygryzł z bramki Bodo Ilgnera, a później sprawił, że na jego punkcie oszalała cała Hiszpania. W dwumeczu zaprezentował się genialnie, blokując drogę do siatki po strzałach gwiazd monachijskiego FC Holywood. Królewscy awansowali do finału i to właśnie swojskiego Ikera, a nie zadufanego Anelkę, fani nosili na rękach.

"Zatrzymał nas dzieciak, który nie ma jeszcze nawet zarostu!" - wściekał się po spotkaniu Uli Hoenness. Nie miał, ale wąs nie okazał się niezbędny do bronienia strzałów Effenberga i spółki.

Kwiecień 2014, półfinał Ligi Mistrzów, Real Madryt - Bayern Monachium.

Minęło 14 lat i obie ekipy znowu spotkały się w półfinale najważniejszych klubowych rozgrywek. Casillas w tym czasie doświadczył pełni sportowych doznań - pięciokrotnie zostawał mistrzem Hiszpanii, dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów, jest mistrzem Europy 2008 i 2012 oraz mistrzem świata 2010. Doświadczał również momentów trudnych. Na ławkę Realu posyłali go Vicente Del Bosque, Jose Mourinho, a ostatnio w krajowej lidze zabrania mu grać Carlo Ancelotti.

W Lidze Mistrzów grać może, dzięki czemu wystąpił wczoraj w meczu z Bayernem. Bronił pewnie, a w końcówce spotkania uchronił swój zespół przed utratą bramki po uderzeniu Mario Goetze. Magia trwa, życie toczy się dalej.

Uważni obserwatorzy dojrzeli na twarzy Casillasa lekki zarost.

P.

środa, 23 kwietnia 2014
Niespodzianka dla seniora

Petr Cech to zmora rezerwowych golkiperów. W ostatnich pięciu sezonach zawsze zaliczał on dla Chelsea powyżej czterdziestu spotkań w różnych rozgrywkach. Sprawiał tym samym, że wszyscy jego potencjalni zmiennicy liczący na występy między słupkami zmieniali klub (Ross Turnbull - 19 występów wszelakich (!) w latach 2009 - 2013; transfer do Doncaster Rovers) albo zawieszali swoje ambicje na wieszaku (Hilario - ostatni raz zagrał w sierpniu 2011 roku).

Trudno więc dziwić się 41-letniemu Markowi Schwarzerowi, że z uśmiechem podpisał on latem 2013 roku kontrakt z Chelsea. Dla takiego krzepkiego jeszcze seniora perspektywa przedłużenia sobie zawodowego życia poprzez kontakt z ławką lub trybunami znanej drużyny, to przecież bardzo miła sprawa. Kto wątpi, ten niech spyta Jerzego Dudka :)

Tak więc Australijczyk miło sobie trenował na Stamford Bridge. Mourinho posyłał go w bój tylko w meczach wyjątkowo letnich - spotkaniach FA Cup, League Cup albo w nic nie znaczącym już spotkaniu Ligi Mistrzów (grudniowy ze Steauą). Pewnym zaskoczeniem był już więc jego występ w ostatnim spotkaniu ligowym z Sunderlandem. Może Mou miał jakąś intuicję?

Ciekawe więc jak czuł się wczoraj Schwarzer wchodząc na boisko w półfinale LM. W rozgrywkach, które liznął dopiero kilka miesięcy wcześniej w trykocie The Blues. Na boisku, gdzie toczyły się właśnie zapasy zakapiorów i z pewnością nikt szacunku seniorom okazywać nie planował. Kości wytrzymają? Zadyszka nie chwyci? Nerwy nie sparaliżują ruchów? Dam radę jeszcze tak się wygiąć, żeby wyciągnąć piłkę lecącą tuż przy słupku? W dobie futbolu gladiatorów, gdzie nawet silni jak tury dwudziestolatkowie ledwo sobie radzą wydolnościowo, obecność kończącego w październiku 42-letniego golkipera była niczym wizyta ufoludka z planety Melmac. Ufoludek jednak się sprawdził i wybronił Chelsea przynajmniej dwie groźne sytuacje.

Jak zagra w rewanżu? Poradzi sobie z inną już adrenaliną?

Schwarzer powinien objąć patronat nad wszystkimi projektami związanymi z aktywizacją społeczną seniorów. "Byłem po czterdziestce, gdy znalazłem swoją wymarzoną pracę!".

P.

piątek, 11 kwietnia 2014
Pomysł: Poznań Półmaraton im. Tomka Kowalskiego

Tomasz Kowalski, zdobywca Broad Peak, maratończyk

fot. archiwum prywatne Agnieszki Korpal

Większość kojarzy go jako zdobywcę Broad Peak i podróżnika, ale był też biegaczem podobnym do tysięcy tych, którzy startują w Poznaniu (no, może trochę szybszym i bardziej wytrzymałym). Sam też w stolicy Wielkopolski parę razy wystartował, przekraczając metę ze świetnymi czasami.

Czy nie byłoby wspaniale pobiec za rok w półmaratonie im. Tomasza Kowalskiego?

Spośród swoich medali maratońskich najbardziej lubię i cenię ten z wizerunkiem Macieja Frankiewicza, wręczany na mecie pierwszego maratonu jego imienia. Szerzej o wiceprezydencie miasta i inicjatorze maratonu pisałem we Zaduszki 2009.

Poznań maraton, Maciej Frankiewicz na medalu

Uważam, że tak jak stadiony powinny nosić imiona wielkich sportowców, trenerów i prezesów (w Poznaniu doczekaliśmy się trybun ABC - Anioły, Białasa i Czapczyka, supersprawa), tak i sportowe imprezy - wtedy, gdy to możliwe - powinny mieć swoich patronów.

Półmaraton na swojego patrona też moim zdaniem zasłużył. Tomek Kowalski nie jest równie oczywistym kandydatem jak prezydent Frankiewicz dla maratonu. Jednak powodów, by został w ten sposób uhonorowanym, znajduję masę.

Tomek zarażał wszystkich dookoła ideą "ruszania się". Nie chodzi tylko o łażenie po górach, ale też o tę "zwykłą" aktywność, która sprawia, że dobrze czujemy się w swoim ciele. Tę aktywność, która sprawia, że po przebiegnięciu najpierw pięciu, potem dziesięciu, aż w końcu piętnastu kilometrów człowiek dochodzi do jedynego słusznego wniosku: "chcę się zmierzyć z (pół)maratonem".

On sam w Poznaniu biegał i w maratonie, i w półmaratonie. O tym krótszym biegu pisał na blogu trzy lata temu tak: ''Dwa kilometry przed metą, kiedy powinienem zacząć finiszować, czułem, że już pary mi brakuje. Spiąłem pośladki i jeszcze kogoś dałem radę wyprzedzić. Czas na mecie (oficjalny) 1 h 29 min 15 sek. Tym razem nie mam mroczków przed oczami, ale dyszę ciężko''. - Zawsze mi powtarzał, że tak naprawdę nie liczy się to, w jakiej formie fizycznej jesteśmy, ale to, co nam w głowie siedzi - tłumaczył na filmie poświęconym Tomkowi jego treningowy partner, Grzesiek. Ta filozofia pomagała mu pokonywać ultramaratony i biegi na 100 kilometrów.

Kowalski ma już imprezę swego imienia. Zimowy Ultramaraton Karkonoski, zorganizowany przez jego najbliższych w terminie zbliżonym do tragicznego finału wyprawy na Broad Peak, to jednak impreza dla twardzieli jeszcze większych niż maratończycy.

Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego 2014 from pocoloco on Vimeo.

W Poznaniu brakuje mi widocznej formy upamiętnienia Tomka Kowalskiego. Wiem, że jest on bliski wielu poznaniakom, którzy trzymali kciuki za losy wyprawy, którzy wzruszali się na filmie o chłopaku. Pamiętam, że krótki bieg mu poświęcony na Morasku znalazł wielu chętnych. Jestem przekonany, że wielu z nich, niebiegających na co dzień, zmobilizowałoby się, by pobiec też w półmaratonie im. Tomasza Kowalskiego. Tym bardziej że poznański bieg wypada zawsze blisko 7 kwietnia. A właśnie tego dnia przyszedł na świat przyszły zdobywca Broad Peak. 

Pierwsze dwie edycje wiosennego poznańskiego biegu przyciągnęły mniej niż połowę osób, które w październiku zmagały się z dwa razy dłuższym dystansem. Jeszcze w 2012 r. półmaraton ukończyło tu ponad tysiąc osób mniej niż maraton sześć miesięcy później (4,4 tys. oraz 5,4 tys.). W zeszłym roku szala przechyliła się na stronę "połówki" (5747 osób przy 5678 osób, które ukończyły maraton). Trend jest jasny: półmaraton zyskuje na popularności, a także na prestiżu.

Organizacja półmaratonu w Poznaniu zawsze trzymała wysoki poziom, ale były detale, które pokazywały, że nadal mamy do czynienia z młodszym i skromniejszym bratem maratonu. Kolejne z tych szczegółów na szczęście jednak znikają.

Jeszcze w 5. edycji półmaratonu nagroda dla każdego biegacza bardziej niż piękny medal przypominała dość cienką blaszkę z wizerunkiem ratusza i gwiazdką know-how z drugiej strony. Od zeszłego roku na szyjach biegaczy zawieszany jest już dużo efektowniejszy kawałek medalu w kształcie numeru edycji biegu i odciskiem buta.

Poznań Półmaraton - medale

Kształt ósemki idealnie pasuje, by na następnym medalu znalazł się wizerunek Tomka.

B.

Czytaj też:

Półmaraton jak pół szklanki herbaty z Rozmów ''kontrolowanych''



Struś Pędziwiatr, Wilk i Zając. Półmaraton półżartem

czwartek, 10 kwietnia 2014
Samolubny dzieciak ratuje futbol

Oglądanie Arjena Robbena sprawia, że cofam się do czasów swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Często miałem wówczas okazję grać w piłkę z typami, którzy odczuwali organiczną wręcz niechęć do podawania piłki innym. Przyjęcie, jedna kiwka, druga, trzecia, strata albo strzał.

"No podaj!".

"No graj, kurde!".

Zawsze to samo. Koleś dostaje piłkę i już można się z nią pożegnać na dłuższą chwilę. Tym lepszym udawało się jeszcze coś z nią zrobić, ci gorsi zwyczajnie niweczyli wysiłki drużyny. Jedni i drudzy powodowali głęboką frustrację.

Uważam za niezwykły fakt, że w dobie futbolu arytmetycznego, opartego na schematach i komputerowych analizach, sukcesy święci taki zawodnik jak właśnie Robben. Grający jak samolubne dziecko.

Bosko grający.

Scenariusz prawie zawsze jest ten sam. Piłka na prawe skrzydło do lewonożnego Holendra. Przyjęcie i start. Jeden przeciwnik minięty, potem drugi. Potem schodzimy do środka. Jesteśmy już przy polu karnym. Nie ma jak kropnąć. Zaczyna się runda wzdłuż linii bramkowej. Udało się oszukać kolejnego defensora, ale znów ktoś blokuje. No więc jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Zrobiło się trochę miejsca więc walimy... Czasem ktoś sparuje, czasem obroni bramkarz, czasem leci obok bramki. Często wpada. Wczoraj znowu wpadło.

Niesamowite, że obrońcy przeciwnika nie są w stanie sobie poradzić z tak grającym Robbenem. Manewr się powtarza, ale niewielu jest w stanie powstrzymać Holendra. Magia.

Niezwykłe też jest to, że z Robbenem nie mogą sobie poradzić koledzy z Bayernu. Żal mi wczoraj było bezradnego Mullera, który przez pierwszą godzinę głównie machał "tu jestem!", a chwilę później wściekał się, że znów nie dostał podania. Żal Mandżukicia, który wyglądał dośrodkowań jak kania dżdżu. Chyba im nawet już nie chce się krzyczeć na Holendra. On i tak nic sobie z tego nie robi. W kolejnej akcji znowu zaprezentuje to samo. A później znowu. Aż w końcu coś wciśnie i wtedy tak jakoś głupio mu wyrzucać, że nie podaje.

Oczywiście taki Robben to dla zespołu zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Gdy wszystko się udaje, to jest w stanie ciągnąć grę ekipy w pojedynkę. Gdy jednak Holender myli się częściej niż zwykle, to wtedy porażka na całej linii gwarantowana, bo jego kiksy paraliżują co drugą akcję. Wystarczy przypomnieć finał Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat. Skrzydłowy Bayernu psuł wszystko, co mógł, z rzutem karnym w dogrywce włącznie. Jego monachijscy kamraci nie byli już w stanie wyprodukować takiej ilości akcji bez swojego asa, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Muszę jednak przyznać, że obecność Robbena na światowych murawach bardzo mnie cieszy. Pokazuje bowiem, że zarówno w tym meczach rozgrywanych na stadionach Ligi Mistrzów, jak i tych granych na piachu z bramkami z kamieni, wciąż chodzi o to samo.

O to, kto lepiej panuje nad futbolówką.

P.

Czytaj też: Atrybuty futbolowej młodości

Pogadajmy o piłce: Facebook | Twitter

wtorek, 08 kwietnia 2014
Ten pierwszy, wielki, polski finał

Polska drużyna przed swym ostatnim, krajowym sparingiem, w przededniu wyjazdu do Portugalii. Stoją od lewej: Marzec, Kędzia, Rewilak, Janduda, Nowak, Karasiński. Klęczą od lewej: Hausner, Szołtysik, Musiałek, Kasprzyk, Kowalik.

Portugalczycy '61. Jak liczne jest grono polskich kibiców, którym ów termin cokolwiek jeszcze mówi? Przyznam szczerze, że to wszystko, o czym przeczytacie poniżej, miało w zamyśle stanowić zaledwie drobny element większego tekstu. Gdy jednak przekonałem się, jak gęsta mgła zapomnienia, również w dziedzinie publikacji wszelakich, drukowanych, internetowych czy jakichkolwiek innych, okrywa ten w chronologicznej kolejności pierwszy z największych sukcesów w powojennych dziejach polskiego piłkarstwa, postanowiłem nie skąpić miejsca na naszym kawałku blogowego poletka i postarać się wydobyć nieco spod korca blask srebra, który dokładnie 53 lata temu, za sprawą dzielnej postawy na portugalskiej ziemi młodych, polskich piłkarzy, opromienił cały nasz futbol. To przecież właśnie wiosną 1961 roku gracze z orłem na piersi po raz pierwszy przywieźli medal z ważnego turnieju o międzynarodowej randze, zapoczątkowując tym samym kolekcję sukcesów, która w następnych dziesięcioleciach stała się udziałem polskiego futbolu.

 A początki samych "Portugalczyków" wcale nie były łatwe. Dość powiedzieć, że związkowa wierchuszka spod szyldu PZPN bardzo długo wahała się czy w ogóle nasz młody zespół posyłać w tak dalekie kraje. Wiązało się to bowiem z określonymi problemami, bo to i koszty, i dewizy, a i samo miejsce rozgrywek dzikie i niebezpieczne, albowiem nie należące przecież do bratniego, czerwonego obozu koncentracyjnego i nie skąpane we krwi przez komunistycznych ulepszaczy świata. Poza tym i do sportowych szans naszej młodej reprezentacji podchodzono w piłkarskiej centrali raczej dość sceptycznie. Ostatecznie podjęto jednak decyzję na tak. Nie oznaczało to jednak końca problemów. Po polskim związku rozeszła się fama, że przed wyjazdem koniecznie należy zaszczepić drużynę przeciwko ospie. Zaszczepiono więc. Gdy już na miejscu okazało się, że szczepienia absolutnie nie były konieczne czy choćby nawet wskazane, wielu polskich graczy zmagało się już z dolegliwościami na skutek działania szczepionki. Niektórzy skarżyli się na gorączkę, inni na ogólne osłabienie organizmu. Najważniejsze jednak, że ospa nie wzięła naszych dzielnych orląt. Nim biało-czerwoni wylądowali w Luzytanii, mieli również dość poważne problemy ze skompletowaniem obsady bramki. Pewny dotąd punkt między słupkami w reprezentacji juniorów, golkiper Cracovii Marek Tabor, dosłownie w przededniu zgrupowania kadry, podczas ostatniego treningu klubowego doznał poważnej kontuzji barku, wykluczającej go z udziału w portugalskim turnieju. Wysłano więc zawiadomienie do drugoligowej poznańskiej Olimpii o powołaniu Jerzego Karasińskiego, lecz bramkarz ze stolicy Wielkopolski, tak opieszale zdążał na kadrę, że wobec choroby golkipera trzecioligowego GKS Gliwice, Jerzego Apostela, w rozegranym na zaledwie kilka dni przed wylotem na mistrzostwa, sparingowym meczu przeciwko Gwardii Warszawa, w bramce naszych juniorów musiał stanąć gracz z pola, zawodnik Barbary-Wyzwolenie Chorzów, Edmund Marzec. Skończyło się na kontrolnej porażce 0:2 ze stołecznymi gwardzistami. Zbyt wielu powodów do optymizmu z pewnością więc nie było. Ostatecznie Karasiński dołączył jednak do kolegów i we wtorek 28 marca 1961 roku w godzinach porannych, polska ekipa odleciała z Warszawy via Zurych do Lizbony.

W Wielki Czwartek 30 marca 1961 roku o godzinie 14.30 miejscowego czasu, biało-czerwoni stanęli na boisku w Leirii oko w oko z Francuzami. Trójkolorowi uchodzili za zdecydowanego faworyta, przywieźli bowiem do Portugalii naprawdę niezłą ekipę, a do tego aklimatyzowali się na miejscu znacznie dłużej niż Polacy. A jednak to nasi piłkarze okazali się być zespołem zdecydowanie lepszym, rozbijając rywala aż 4:1. Już w pierwszym kwadransie prowadzenie dla biało-czerwonych uzyskał Jerzy Musiałek. Ten sam piłkarz, kilka minut później podwyższył na 2:0. Tuż po przerwie, po akcji Di Nallo – Guinot, trójkolorowi złapali z Polakami kontakt, jednak napastnik Naprzodu Lipiny – Roman Kasprzyk, swymi dwoma trafieniami przesądził o losach meczu i efektownym zwycięstwie biało-czerwonych 4:1. Po ostatnim golu Polacy po prostu bawili się już z Francuzami w przysłowiowego 'dziada', upokarzając wręcz rywali. Zawodnicy trenowani przez Władysława Stiasnego zadziwili wszystkich, grając momentami wręcz porywająco, a przede wszystkim skutecznie i mądrze. Wypełniony po brzegi stadion, co chwilę oklaskiwał udane akcje Musiałka, Janusza Kowalika czy Krzysztofa Hausnera. Zwycięstwo choć i tak było bardzo wyraźne, mogło dokonać się w jeszcze efektowniejszych rozmiarach. Gola zdobytego przez Kasprzyka, zdaniem sędziego z pozycji spalonej, nie uznano, a kilkukrotnie udanie interweniował, ratując swój zespół, francuski golkiper. Polacy z miejsca zostali okrzyknięci mianem rewelacji turnieju. Nasz ofensywny kwintet z Hausnerem, Kowalikiem, Musiałkiem, Kasprzykiem i Zygfrydem Szołtysikiem zbierał fantastyczne recenzje. Znakomicie w meczu z Francuzami spisywał się w bramce, ściągnięty awaryjnie z Poznania, Karasiński. Polacy dali prawdziwy koncert gry. To nie była porażka, ale prawdziwa katastrofa. Zostaliśmy zdeklasowani, dostając od Polaków porządną lekcję futbolu. Przez całe spotkanie byli oni wyraźnie lepsi. Odnosiło się wrażenie, że oba zespoły dzieli kilka klas – lamentował nazajutrz "L’Equipe", któremu wtórował w podobnym tonie "France Football". Samo życie nieco zweryfikowało potem rzeczywistą siłę ekipy trójkolorowych. Na dobrą sprawę bowiem, zaledwie Fleury Di Nallo okazał się być, już w dorosłym futbolu, piłkarzem naprawdę wyśmienitym. Dla Olympique Lyon, Red Star i Montpellier strzelił łącznie ponad ćwierć tysiąca bramek. Dość srogo pomścił też po latach na biało-czerwonych portugalską klęskę. Podczas eliminacyjnego dwumeczu do Mistrzostw Europy '68 strzelił nam trzy gole. Swój reprezentacyjny dorobek zamknął z imponującym, snajperskim bilansem ośmiu zdobytych goli w dziesięciu meczach.

2 kwietnia 1961 roku, w pierwszy dzień świąt wielkanocnych, polscy juniorzy wstali już o piątej rano. Po przejechaniu blisko trzystu kilometrów pociągiem oraz dodatkowo pół setki autobusem, przeprawieniu się statkiem przez zatokę oraz pobycie na uroczystym przyjęciu u mera Evory z wieloma, towarzyszącymi temu wydarzeniu przemówieniami, o godzinie 15 nasi gracze rozpoczęli swój kolejny mecz na portugalskiej ziemi. Tym razem rywalem biało-czerwonych byli Austriacy, a stawką towarzyskiego w gruncie rzeczy spotkania, puchar sekretarza UEFA Jose Crahaya. W Evorze, w obecności 10 tysięcy widzów, biało-czerwoni znów okazali się być lepsi od swego przeciwnika równo o trzy gole. Bardzo szybko objęliśmy dwubramkowe prowadzenie. Najpierw, po centrze Musiałka, zainaugurował strzelanie Zygfryd Szołtysik, a chwilę później, po szybkiej akcji Hausnera, wynik podwyższył zawodnik BKS Bielsko-Biała, Czesław Studnicki. Ostateczną pieczęć na efektownym zwycięstwie Polaków postawił tuż po przerwie, swym efektownym, niezwykle silnym strzałem, najlepszy na boisku, Jerzy Musiałek. W meczu z Austriakami Polacy wystąpili w dość kombinowanym zestawieniu, oszczędzając nieco siły na decydujące, grupowe starcie z Grekami. Swą szansę dostali więc Jerzy Apostel w bramce, a także Norbert Błaszczyk z Baildonu Katowice, Marzec, Studnicki czy grający na lewej flance Janusz Żmijewski z warszawskiej Legii. Nie zdołali oni jednak wywalczyć sobie tym występem miejsca w podstawowym składzie i poza Błaszczykiem, żaden z wymienionej piątki w Portugalii już nie zagrał. Zawiódł szczególnie Żmijewski zastąpiony po przerwie przez Kowalika. Warto jednak przypomnieć, że Austriacy, tak łatwo rozłożeni na łopatki w Evorze przez biało-czerwonych, wcale nie byli w ciemię bici. Kilku z nich, jak choćby Kaltenbrunner, Binder, Ludescher czy Koleznik, grało potem w pierwszej reprezentacji swego kraju.

Dwa dni później, we wtorek 4 kwietnia, na słynnym lizbońskim Estadio da Luz, czekał już Polaków bój przeciwko synom Hellady, którego stawką był półfinał turnieju. Biało-czerwoni po raz pierwszy na tych mistrzostwach zagrali przy świetle elektrycznym, nie wypada bowiem, by podczas wydarzenia tej rangi, znany stołeczny Stadion Światła nie był skąpany w świetle. Mecz rozgrywany był w fatalnych warunkach atmosferycznych, w towarzystwie nieustannej ulewy i porywistego wiatru. Gdy już w początkowych minutach spotkania, po solowym rajdzie, niezawodny Musiałek szybko dał Polakom prowadzenie, dokładając po jakimś czasie i drugie, jeszcze piękniejsze trafienie, a zaliczający znakomity występ Hausner, ostrzeliwał poprzeczkę rywali, wydawało się, że odprawa bezpardonowo grających, futbolowych posłów greckich będzie zwykłą formalnością. Nie była jednak, a ogromny w tym swój udział miał niestety nasz golkiper – Karasiński, który zawinił przy obu golach strzelonych przez Helladę. Polscy młodzi piłkarze, tym razem ustawieni przez trenera Stiasnego nieco bardziej defensywnie (remis w zupełności wystarczał nam do szczęścia), musieli się więc zadowolić podziałem punktów, choć nie tylko mogli, lecz i powinni to spotkanie śmiało wygrać. Niemiłym zgrzytem, była sytuacja, gdy na trzy minuty przed końcem meczu, lewy obrońca grecki, Simantzis, spoliczkował, wciąż bezlitośnie ogrywającego go skrzydłowego Cracovii – Hausnera. Grek został za karę wyrzucony z boiska, a reprezentanci Polski po kilku minutach świętowali już upragniony awans. Orliki szybują ku wyżynom półfinału – zachwycała się polska sportowa prasa.

To, co najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Czwartkowym popołudniem, 6 kwietnia 1961 roku na stadionie Das Antas w Porto, biało-czerwoni wznosząc się na wyżyny własnych ambicji i umiejętności, pokonali reprezentację RFN 2:1, odnosząc wspaniały sukces i zapewniając sobie miejsce w ścisłym finale turnieju. Na murawie nasiąkniętej padającym w Porto od samego rana deszczem, młodzi polscy piłkarze ograli naprawdę nie byle kogo i warto to bardzo mocno podkreślić. Wcześniej Niemcy zdecydowanie wygrali swoją eliminacyjną grupę, gromiąc Belgów 4:0 czy Holendrów 3:0. Dość powiedzieć, że do półfinałowej konfrontacji z podopiecznymi Stiasnego i Motoczyńskiego nie stracili na tym turnieju choćby jednego gola. Dbał o to bramkarz, który potem okaże się być jednym z najlepszych zawodników na swojej pozycji w całej historii światowego futbolu – Sepp Maier. Golkiper, który na turnieju w Portugalii musiał uznać wyższość Polaków, sięgnie w swej karierze po sukcesy największe z możliwych. Zostanie mistrzem i wicemistrzem świata, mistrzem i wicemistrzem Europy, przytuli też mundialowy brąz. W seniorskiej reprezentacji, której bezcennym filarem będzie aż przez kilkanaście lat, rozegra blisko setkę spotkań. Z monachijskim Bayernem trzykrotnie wywalczy Puchar Mistrzów, jego łupem padnie też Puchar Zdobywców Pucharów, a także czterokrotnie mistrzostwo Bundesligi i czterokrotnie krajowy puchar. Innym późniejszym, dorosłym mistrzem świata w ekipie RFN, która w Porto przegrała z biało-czerwonymi, był Wolfgang Overath, który zresztą po mundialowy medal sięgał będzie, podobnie jak Maier, aż trzykrotnie. Smaku brązowego kruszcu na seniorskich mistrzostwach świata zaznali po latach również dwaj inni niemieccy 'portugalczycy 61' - Bernd Patzke i Reinhard Labuda, choć ten ostatni z wymienionych piłkarzy, kojarzony jest głównie ze zwycięską bramką zdobytą po strzale z kilkudziesięciu metrów, podczas rozgrywanego w maju 1966 roku na stadionie w Glasgow, finałowego meczu o Puchar Zdobywców Pucharów przeciwko Liverpoolowi. Na znaczące postaci Bundesligi wyrośli po latach tacy piłkarze, jak Karlheinz Wirth, Gerhard Elfert czy Horst Wild. A swoją przygodę na najwyższym poziomie rozgrywkowym w zachodnich Niemczech przeżyli również Rolf Kahn, Heinz Rudiger Voss czy Wilhelm Friedrich Boyens. Była to więc ekipa składająca się z naprawdę bardzo wartościowych piłkarzy. A jednak to polscy juniorzy dali na portugalskiej ziemi swym niemieckim rówieśnikom solidną lekcję futbolu. Znów, podobnie jak w poprzednich meczach, formacja ataku stanowiła o sile biało-czerwonej drużyny. Musiałek, Kowalik, Hausner czy Kasprzyk umiejętnie rozrywali blok obronny rywali. Co chwila któryś z nich sprawdzał groźnym strzałem wysoką sprawność, znakomicie dysponowanego Maiera. Po pół godzinie gry, dzielny niemiecki golkiper zmuszony był jednak po raz pierwszy na tym turnieju wyplątywać piłkę z własnej siatki. Uderzenie zza pola karnego Musiałka, który wcześniej slalomem minął trzech rywali, udało mu się jeszcze sparować, lecz przy dobitce z kilku metrów Janusza Kowalika, młody bramkarz Bayernu był już bezradny. Tuż po przerwie wyrównał Wild. Polacy jednak z każdą minutą zyskiwali coraz wyraźniejszą przewagę. W 70 minucie Kasprzyk jeszcze przegrał pojedynek sam na sam z Maierem, lecz na pięć minut przed końcem meczu, Kowalik przeprowadził solową akcję, wykańczając ją fantastycznym strzałem z 25 metrów w samo okienko bramki. Po utracie gola Niemcy, zupełnie nie po niemiecku, podłamali się. Biało-czerwoni robili już do samego końca, co tylko chcieli, bezkarnie buszując z piłką po polu karnym rywala. Gdyby nie Maier, który jeszcze co najmniej dwukrotnie uchronił swój zespół od niemal pewnej utraty gola, rozmiary polskiego triumfu mogły być jeszcze efektowniejsze. Naprawdę warto było przeżyć 50 lat, aby doczekać tak wspaniałych chwil, jakie przeżywamy w Portugalii. Jestem po prostu nieprzytomny ze szczęścia i radości – relacjonował członek kierownictwa naszej ekipy Ludwik Ciecierski. Nie mogę się pozbierać. Stanęły mi łzy w oczach, gdy skończył się zwycięski mecz z Niemcami. Przecież na ten sukces czekaliśmy tyle lat - opowiadał polskiej prasie, już po spotkaniu, trener Władysław Stiasny. - Siła naszej drużyny przede wszystkim tkwi w ataku. Rewelacją turnieju jest niewątpliwie Jurek Musiałek. Jest naszym najlepszym zawodnikiem niemal w każdym meczu. On chyba jako pierwszy powinien awansować do seniorskiej reprezentacji. Ale wszystkim naszym pięciu chłopcom z formacji ataku należy się duże uznanie. Niezawodny jest też w obronie Rewilak. Świetnie gra Janduda. Szkoleniowiec pokonanej przez Polaków niemieckiej drużyny, słynny Helmut Schoen, publicznie zachwycał się grą Jerzego Musiałka, mówiąc, że taki zawodnik przydałby się niemieckiemu zespołowi na chilijskim mundialu.

Polskiej drużynie już od samego początku portugalskiego turnieju towarzyszyły szczere oznaki ogromnej sympatii ze strony miejscowych kibiców. W meczach z Francją czy Niemcami, trybuny niemal niosły biało-czerwonych swym dopingiem, a niedoścignionym ulubieńcem futbolowych fanów z luzytańskiej krainy został filigranowy i brylantowy technicznie Zygfryd Szołtysik. Jednak w sobotę 8 kwietnia 1961 roku o godzinie 16.30 miejscowego czasu, podczas wielkiego finału, serce trybun słynnego lizbońskiego Estadio da Luz mogło bić już oczywiście wyłącznie dla gospodarzy turnieju. Na stołeczną, świetlaną arenę biało-czerwoni wybiegli swym niemal żelaznym składem. Jedynie w formacji defensywnej Bogdana Kędzię zastąpił Błaszczyk. Do boju o złoto stanęli więc po naszej stronie: Jerzy Karasiński, Andrzej Rewilak, Norbert Błaszczyk, Józef Janduda, Karol Kapciński, Alojzy Nowak, Krzysztof Hausner, Roman Kasprzyk, Zygfryd Szołtysik, Jerzy Musiałek i Janusz Kowalik. Biało-czerwoni mieli naprzeciw siebie zespół najwyższej klasy.

Ekipa gospodarzy - Portugalia 1961. W dolnym rzędzie czwarty od lewej - Serafim, piąty - Simoes.

Gospodarze po drodze zdążyli m.in. rozgromić w grupie Anglię 4:0, a w półfinałowym boju złomotać swych odwiecznych hiszpańskich rywali aż 4:1. O sile rewelacyjnej ekipy Bohaterów Mórz stanowiło kilku znakomitych, młodych graczy. Jako pierwsi z tamtej drużyny, już rok po portugalskim turnieju, w dorosłej kadrze czerwono-zielonych, w prestiżowym meczu przeciwko Brazylii, zadebiutowali: Antonio Simoes oraz Serafim. Simoes stał się później prawdziwą legendą portugalskiej piłki, zaliczając blisko pół setki występów w reprezentacji, sięgając wraz z nią po brąz na mundialu w Anglii w 1966 roku (strzelił wówczas gola Brazylii) oraz będąc bezcenną częścią wielkiej Benfiki, w której barwach aż czterokrotnie wystąpi w ścisłym finale Pucharu Mistrzów, raz wywalczając wspomniane trofeum. Jednak to ówczesny młodziutki napastnik FC Porto - Manuel Serafim Pereira Monteiro, pamiętnej kwietniowej soboty, dał się we znaki Polakom zdecydowanie najmocniej i został wybrany najlepszym piłkarzem całego turnieju rozgrywanego pod szyldem UEFA. Serafim dwa lata później przeszedł z Das Antas na Estadio da Luz, gdzie w trykocie stołecznej Benfiki tworzył formację ataku wespół z legendarnym Eusebio. Spośród uczestników finałowego meczu z Polską, do dorosłej reprezentacji swego kraju trafiali w następnych latach również Fernando Peres (już w debiucie przeciwko Anglii strzelił swoją pierwszą bramkę dla seniorskiej kadry, a potem bywał nawet jej kapitanem), Oliveira Duarte czy Carrico. To była naprawdę drużyna o potężnej mocy, ale i biało-czerwoni posiadali przecież ogromną siłę rażenia. W dość powszechnej opinii, sobotnim popołudniem 8 kwietnia 1961 roku, na lizbońskim Stadionie Światła stanęły ze sobą oko w oko po prostu dwa najlepsze zespoły turnieju.

O wszystkim zadecydować miały jednak już pierwsze minuty spotkania. Nie upłynęło jeszcze nawet trzysta sekund finałowej batalii, gdy w zamieszaniu pod polską bramką młody obrońca Cracovii, Andrzej Rewilak, wygrał pojedynek z groźnym Serafimem, lecz przypłacił to poważną kontuzją naderwania torebki stawowej w prawej nodze. Na nic zdały się desperackie wysiłki polskich masażystów. Krakowski defensor resztę spotkania oglądał już jako widz. W myśl ówczesnych przepisów, polski zespół zmuszony był więc już do końca meczu kontynuować walkę w liczebnym osłabieniu. Portugalczycy przeszli teraz do frontalnego ataku. Grali z polotem, prezentując futbol szybki, kombinacyjny i bajeczny technicznie. Już kilka minut później Serafim uzyskał prowadzenie dla gospodarzy. Po jego strzale piłka odbiła się od poprzeczki i wyszła w pole, lecz na skutek sygnalizacji sędziego bocznego, hiszpański arbiter Jose Ortiz Mendibil uznaje, iż wcześniej przekroczyła ona jednak linię bramkową. Polscy korespondenci z Lizbony pisali potem o "spreparowanym golu". W 27 minucie pada dla gospodarzy bramka w równie kontrowersyjnych okolicznościach. Podczas walki o pozycję na polu karnym, Mendibil dopatruje się faulu na Serafimie. Polscy piłkarze energicznie protestują, lecz chwilę później sam poszkodowany, zamienia jedenastkę na gola. Krótko po przerwie Serafim, po pięknej akcji, praktycznie przesądza o losach finału, a na dwanaście minut przed końcem, napastnik Porto, z pozycji, znów zdaniem wielu pachnącej spalonym, przypieczętuje swój lizboński koncert jednego aktora czwartą bramką. Pomimo gry w osłabieniu i ogromnej klasy rywala, polscy piłkarze nie omieszkali raz po raz odgryzać się swym prześladowcom, a młody golkiper zespołu z Das Antas – Rui, nie był bezrobotny, musząc wykazać się umiejętnościami choćby w sytuacji sam na sam z Kasprzykiem w pierwszej połowie spotkania. Nie wiem, jak potoczyłyby się losy meczu, gdyby grał Rewilak i zawody prowadził bardziej obiektywny arbiter. Portugalczycy mają świetną drużynę, mogli więc z nami wygrać bez pomocy pana Mendibila. On spowodował nie przegraną Polski, lecz w zasadzie klęskę, gdyż ludzie nie wtajemniczeni w kulisy tego meczu mogą tak odebrać naszą porażkę 0:4. Nasi chłopcy zagrali nieco słabiej niż ostatnio, ale naprawdę, w pełnym składzie było ich stać na nawiązanie równorzędnej walki. Równie dobrze mogła wygrać jedna, jak i druga strona – tłumaczył nazajutrz, już po powrocie do kraju, kierownik polskiej, srebrnej reprezentacji Wiesław Motoczyński. Sądzę, że nasi delegaci na kongres UEFA powinni się domagać, aby w przypadku czyjejś kontuzji mógł wejść do gry zawodnik rezerwowy – formułował oczywisty dziś dla nas wszystkich postulat, trener biało-czerwonych finalistów, były urzędnik bankowy, Władysław Stiasny, który wyszkolił do trenerskiego rzemiosła takich późniejszych polskich selekcjonerów, jak Antoni Brzeżańczyk czy Kazimierz Górski. Portugalia  była lepsza, ale wygrała za wysoko. Jesteśmy naprawdę dobrym zespołem i mogą być z nas ludzie – podsumowywał kapitan zespołu srebrnych medalistów, kontuzjowany w lizbońskim finale, stoper Cracovii, Andrzej Rewilak. W Polsce na szczęście nikt nie zamierzał rozliczać młodych piłkarzy z rozmiarów finałowej porażki. Medialnym kozłem ofiarnym został Mendibil (poprowadzi też dziewięć lat później pamiętny mecz Górnika z Romą na Śląskim), a wicemistrzostwo naszych futbolowych nadziei słusznie uznano za wielki sukces. Oczywistą rację miał Rewilak – z tych młodych piłkarzy naprawdę kiedyś mogli być ludzie. A jak potoczyły się ich losy?

Tak, jak na turnieju juniorów, również i w dorosłej piłce największą karierę zrobili niewątpliwie członkowie naszej formacji ofensywnej. Zgodnie z oczekiwaniami, najszybciej, bo dokładnie pół roku po wywalczeniu portugalskiego srebra, podczas warszawskiego meczu z RFN, zadebiutował w pierwszej reprezentacji Polski Jerzy Musiałek. Łącznie w kadrze rozegra on trzynaście spotkań i strzeli jednego gola. Będzie też święcił liczne triumfy w barwach wielkiego zabrzańskiego Górnika, sześciokrotnie zdobywając mistrzostwo Polski i czterokrotnie krajowy puchar, a przecież przywdziewając trykot NAC Breda, przygarnie również Puchar Holandii. 21 razy wystąpi w rozgrywkach europejskich pucharów, zdobywając 6 goli. Pierwszego z nich uzyska już pięć miesięcy po portugalskim turnieju, pokonując na Śląskim w Chorzowie szkockiego bramkarza Tottenhamu, uczestnika szwedzkiego mundialu ’58, Billy Browna. Na boiskach polskiej ekstraklasy, Musiałek grając dla Górnika Zabrze i Szombierek Bytom zdobędzie łącznie 65 bramek. Zmarł 15 stycznia 1980 r. w rodzinnych Gliwicach.

Drugim w chronologicznej kolejności piłkarzem, który zaliczył swe dorosłe reprezentacyjne szlify był Roman Kasprzyk. Ówczesny zawodnik chorzowskiego Ruchu, zadebiutował w rozegranym 22 maja 1963 roku na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, zwycięskim meczu z Grecją. Jedenaście dni później, zagrał jeszcze w Chorzowie przeciwko Rumunii. W obu tych spotkaniach Kasprzyk zaliczył łącznie 45 minut gry i na tym jego romans z seniorską kadrą biało-czerwonych się zakończył. Na naszych pierwszoligowych boiskach, grając dla Ruchu Chorzów, Zagłębia Wałbrzych czy Stali Mielec, Kasprzyk ustrzelił łącznie ponad dwie dziesiątki bramek.

Nieco dłużej od Musiałka, bo niespełna dwa i pół roku od momentu wywalczenia portugalskiego srebra, musiał poczekać na swój pierwszy występ w dorosłej reprezentacji Zygfryd Szołtysik. Warto jednak było czekać. Debiut popularnego Zygi wypadł więcej niż okazale, a uświetniony został aż dwoma trafieniami tego gracza przeciwko Norwegom. Tym samym meczem, na szczecińskim stadionie, rozpoczynał swą reprezentacyjną karierę Włodzimierz Lubański, z którym potem przez lata, Szołtysik będzie tworzył znakomity, niezapomniany boiskowy duet. Bezcenną postacią dla kadry będzie Szołtysik niemal przez dekadę, występując w koszulce z orłem na piersi w blisko pół setce spotkań i strzelając w nich dziesięć goli. W barwach Górnika Zabrze zalicza również wspaniałą przygodę w europejskich pucharach, liczoną w 42 mecze i 9 goli, a uświetnioną udziałem w pamiętnym, wiedeńskim finale Pucharu Zdobywców Pucharów z 1970 r. przeciwko Manchesterowi City. Szołtysik w sposób szczególny zapisał się w historii polskiej piłki, gdy podczas olimpijskiego turnieju, w meczu przeciwko ZSRR (5 września 1972) w Augsburgu, wszedł na murawę na kilkanaście minut przed końcem spotkania przy stanie 0:1, a na trzy minuty przed ostatnim gwizdkiem arbitra strzelił fantastyczną, zwycięską bramkę, która dała biało-czerwonym możliwość dalszej walki o najcenniejszy z kruszców. Pięć dni później Polacy, z Szołtysikiem w składzie, sięgnęli po wspomniane złoto, pokonując na stadionie w Monachium Węgrów 2:1. Zygfryd Szołtysik był jedynym polskim piłkarzem, który wystąpił w aż trzech ścisłych finałach ważnych międzynarodowych rozgrywek – zarówno na niwie klubowej (1970), jak i reprezentacyjnej, czy to w juniorskiej (1961), czy w dorosłej kadrze biało-czerwonych (1972). Szołtysik był też jedynym spośród grona portugalskich srebrnych medalistów, który również już jako senior zagrał w koszulce z białym orłem na piersi na ważnym turnieju (cztery spotkania i jeden gol na IO ’72).

W reprezentacji Polski, bez powodzenia walczącej w czerwcu 1964 roku o olimpijskie przepustki z Włochami, dwukrotnie zagrał też Józef Janduda, lecz mecze te dziś nie są już traktowane jako oficjalne spotkania. O reprezentacyjnym kontekście Jandudy pisaliśmy już jednak nieco szerzej w tym oto miejscu.

Jako kolejny z grona srebrnych medalistów '61, biało-czerwony strój pierwszej reprezentacji przywdział inny z członków ofensywnej formacji, strzelec dwóch półfinałowych bramek przeciwko Niemcom, Janusz Kowalik. Jego debiut nastąpił dokładnie w przededniu czwartej rocznicy lizbońskiego finału, podczas zremisowanego bezbramkowo na Heysel meczu z Belgami. Kowalik zaliczał kolejne udane występy i wydawało się, że młodziutki, pochodzący z Nowego Sącza napastnik, wywalczy sobie w kadrze solidną pozycję na lata. Skończyło się jednak na zaledwie sześciu występach, choć aż dwa z nich wychowanek Cracovii zaliczył w 1966 roku przeciwko Anglii (w ostatniej minucie meczu w Liverpoolu strzelił w słupek), która tamtego lata triumfowała na mistrzostwach świata. Kowalik postanowił poszukać szczęścia i sportowego spełnienia z dala od peerelowskiej rzeczywistości. Jako 22-latek opuszczał Cracovię z łącznym dorobkiem aż 62 goli (w tym 16 na pierwszoligowym froncie) i już wówczas będąc jedną z największych legend zespołu Pasów. Przez Brukselę i Nowy Jork trafił do Chicago. Gdy siedział już w samolocie, polskie władze chciały go zawrócić. Za piłkarzem wysłano nawet szpiega do USA, lecz zajęło się nim FBI. Ostatecznie sprawę załatwił worek wypełniony dolarami dla naszych kacyków i Kowalik dostał pozwolenie na kontynuowanie kariery za granicą. Z marzeniami o występach w reprezentacji mógł się jednak odtąd definitywnie pożegnać. A szkoda, bo wciąż grał wyśmienicie. W 1968 roku w barwach Chicago Mustangs, z dorobkiem trzydziestu trafień na koncie (w jednym z meczów strzelił aż cztery gole), został królem strzelców amerykańskiej ligi NASL. Cztery lata później, grając dla Sparty Rotterdam, jeszcze przed ostatnią kolejką wraz z legendarnym Johannem Cruyffem przewodził klasyfikacji goleadorów, lecz Cruyff rzutem na taśmę zdystansował pauzującego z powodu kontuzji Polaka i Kowalik musiał zadowolić się tytułem wicekróla strzelców ligi holenderskiej. W Sparcie został też autorem pierwszego polskiego hat-tricka w europejskich pucharach. W 1971 r. strzelił też obie bramki przeciw słynnemu Ajaksowi (2:2 w finale Pucharu Holandii), a w 1972 roku został wicemistrzem ligi. Udziałem Kowalika były też dwa hat-tricki w lidze holenderskiej. Łącznie na pierwszoligowym poziomie rozgrywkowym Janusz Kowalik strzelił 76 goli w Holandii i 41 w USA. Gdy dodamy do tego bramki zdobyte jeszcze przed wyjazdem z ojczyzny oraz te uzyskane na holenderskim, drugoligowym froncie w barwach NEC Nijmegen czy MVV Maastricht, to mamy do czynienia z naprawdę imponującym dorobkiem strzeleckim. W 1976 roku Kowalik wraz z Pele, czy Chinaglią (na ławce siedział George Best), wystąpił w ekipie gwiazd, grającej pod szyldem reprezentacji USA w meczach przeciwko reprezentacjom: Włoch, Anglii i Brazylii, a w pierwszym z wymienionych spotkań, Kowalik strzelił gola słynnemu Dino Zoffowi, z podania Pelego. Wypada tylko żałować, że nasza pierwsza reprezentacja nie miała z tego znakomitego gracza choćby tyle pożytku, co z Szołtysika. Kowalik również jako trener radził sobie całkiem nieźle, prowadząc takie zespoły, jak Maastricht, Genk, Vitesse, olimpijską reprezentację Nigerii, tamtejszy zespół Rangers, czy grecki Ionikos.

Kolejnym srebrnym medalistą, który przedarł się do pierwszej reprezentacji był Janusz Żmijewski. Piłkarz warszawskiej Legii, podczas portugalskiego turnieju wystąpił na dobrą sprawę zaledwie w połówce towarzyskiego meczu z Austrią, nie zachwycając zresztą, a potem nie dostał już swojej szansy. Na łamach polskiej prasy pisano, że zdecydowanie nie dorasta on do piłkarskiej klasy prezentowanej przez pięciu pozostałych członków naszej formacji ofensywnej. Żartowano nawet w szatni, że nieco słabszy występ Musiałka w finałowym spotkaniu spowodowany był faktem, iż zagrał on w butach pożyczonych od Żmijewskiego (buty Musiałka skradziono tuż przed meczem), więc i dostosował się poziomem do właściciela obuwia. A jednak pochodzący z Radzymina piłkarz zapisał całkiem udaną kartę w dorosłej kadrze biało-czerwonych. W piętnastu meczach strzelił Żmijewski aż siedem goli, popisując się choćby efektownym hat-trickiem przeciwko Belgom na Heysel, podczas rozegranego w październiku 1967 roku, eliminacyjnego meczu do Mistrzostw Europy. Przez jedenaście sezonów gry dla Legii, dwukrotnie wywalczył z nią mistrzostwo kraju, dwukrotnie Puchar Polski, a przywdziewając wojskowe barwy łącznie uzyskał 80 goli, docierając ze stołecznym zespołem aż do półfinału Pucharu Mistrzów. 

Kilkadziesiąt dni po Żmijewskim, 5 stycznia 1966 roku w Liverpoolu, przeciwko późniejszym mistrzom świata, swój jedyny mecz w dorosłej kadrze rozegrał kapitan srebrnej reprezentacji juniorów z 1961 roku - Andrzej Rewilak. Bardzo długo pozostał wierny Cracovii, w której barwach spędził aż dwanaście sezonów i zaliczył 77 gier na poziomie ekstraklasy.

W sześć lat po lizbońskim finale z kwietnia 1961 roku, swój epizod w seniorskiej reprezentacji, podczas bezbramkowego remisu, w wyjazdowym meczu o punkty z Luksemburgiem, zaliczył także jeden z bohaterów portugalskiego turnieju - Krzysztof Hausner. Na boiskach ekstraklasy, dla krakowskich: Cracovii i Wisły oraz sosnowieckiego Zagłębia, uzyskał łącznie trzy dziesiątki trafień. Zmarł 26 stycznia 2004 roku.

Poza wspomnianymi ośmioma członkami srebrnej ekipy sprzed 53 lat, którzy dostąpili zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji (z uwzględnieniem faktu, iż Janduda zagrał w dwóch meczach, które dziś uchodzą za nieoficjalne, a Żmijewski nie zagrał podczas portugalskiego turnieju), pozostali medaliści mniej lub bardziej zaznaczali potem swoją obecność w polskim futbolu. Warto jednak pamiętać, że Karol Kapciński trzykrotnie zdobywał z Górnikiem Zabrze tytuł mistrza Polski, dwukrotnie krajowy puchar, a w 1972 roku wywalczył też wraz ze słynnym, nowojorskim Cosmosem mistrzostwo USA. Golkiper Jerzy Karasiński w tym samym 1972 roku, po wielu sezonach spędzonych na drugoligowym froncie w barwach poznańskich: Olimpii i Lechu, wreszcie w bramkarskim swetrze Kolejorza zadebiutował w ekstraklasie. Natomiast rezerwowy podczas portugalskiego turnieju Czesław Studnicki, przez niemal dekadę był potem filarem krakowskiej Wisły, rozgrywając dla niej aż 233 mecze na pierwszoligowych boiskach (32 gole), a także sięgając po Puchar Polski w 1967 r.

Piękny, srebrny sen z portugalskiej krainy jeszcze długo dawał impuls nadziejom na sukces polskiego futbolu.

R.

Czytaj też:

Tylko jeden taki wieczór w życiu miałem: Hiszpania - Polska w finale igrzysk w Barcelonie