Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 30 stycznia 2014
Przedostatnia część niespełnionych marzeń o kadrze. Podręczny rejestr orłów bez orzełka (cz.5)

Krzysztof Iwanicki. Prawdziwy futbolowy brylant na boiskach polskiej ekstraklasy. Znakomicie wyszkolony technicznie, niezwykle efektownie i błyskotliwie grający piłkarz. Do pierwszoligowej piłki wprowadzał go w warszawskiej Legii, Jerzy Engel. Za czasów Andrzeja Strejlaua, był w stołecznym zespole największym pewniakiem. Iwanicki jako jedyny, przez półtora roku prowadzenia Legii przez słynnego Narko, rozegrał pełen zestaw wszystkich – ligowych i pucharowych spotkań. A jednak, gdy nastały rządy tego trenera nad narodową reprezentacją, Iwanicki był dla odmiany, jednym z naprawdę niewielu graczy podstawowego składu strejlauowej Legii, któremu ów selekcjoner nie dał w swojej kadrze nawet symbolicznej szansy występu. Znałem go dobrze z prowadzonej przeze mnie Legii. Był naprawdę bardzo ciekawym, świetnie wyszkolonym technicznie graczem o wysokim potencjale. Ale bądźmy szczerzy, przy Jacku Zioberze nie miałby jednak większej możliwości zaistnienia w mojej reprezentacji  - tłumaczy nam, po latach, Andrzej Strejlau. Na ligowych boiskach Iwanicki często błyszczy, a choć nie uda mu się nigdy wywalczyć tytułu mistrzowskiego, to jednak aż dwukrotnie (1989, 90) ma szansę wznieść w radosnym geście ku górze Puchar Polski. Mogła ta seria wyglądać jeszcze efektowniej, ale w 1988 roku Legia przegrała w rzutach karnych łódzki finał z Lechem Poznań. Mimo to, Krzysztof Iwanicki jest jednym z nielicznych polskich graczy, którzy strzelali bramki w aż dwóch z rzędu finałach krajowego pucharu (przeciwko Lechowi w 1988 i Jagielloni w 1989). Udziałem pomocnika warszawskiej Legii była też piękna, rozciągnięta na kilka lat przygoda w europejskich pucharach, podczas trwania której miał okazję grać przeciwko naprawdę wielkim klubom, takim jak Inter Mediolan, Bayern, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria czy Manchester United. Gol strzelony przez Iwanickiego Bayernowi, we wrześniu 1988 roku na Stadionie Olimpijskim w Monachium, to zapewne jedna z najpiękniejszych polskich bramek w rozgrywkach europejskich pucharów.

W rewanżowym meczu na Łazienkowskiej, Iwanicki także miał znakomitą okazję by z bliskiej odległości wpakować piłkę do siatki, jednak zabrakło mu nieco szczęścia i jej nie wykorzystał. Do dzisiaj, jak się nieraz gdzieś spotkamy, przypominam mu tamtą sytuację. Kto wie, może gdyby wtedy wpadło, tamten feralny dla nas mecz ułożyłby się zupełnie inaczej – wspomina po latach z uśmiechem Andrzej Strejlau. Piłkarz Legii wykorzysta za to, kilkadziesiąt miesięcy później, znacznie trudniejszą sytuację i dzięki przytomnemu, sprytnemu lobowi nad bramkarzem Aberdeen, zaserwowanemu na sześć minut przed końcem spotkania, zapewni legionistom awans do ćwierćfinału PEZP, a ostatecznie stołeczni zatrzymają się dopiero w półfinale rozgrywek na podopiecznych Alexa Fergusona.

Po zakończeniu sezonu, 28-letni Iwanicki przenosi się do drugoligowego, francuskiego Perpignan, gdzie przez jakiś czas gra razem z Pachelskim. Podczas swojego pierwszego roku gry na ojczystej ziemi potomków Karola Wielkiego robi prawdziwą furorę, uchodząc w oczach francuskich dziennikarzy za jednego z najlepszych graczy na pierwszoligowym zapleczu. Iwanicki pogra w Perpignan, a potem w Cherbourgu kilka ładnych lat, a potem wróci do ojczyzny, by na poziomie niższych lig pobawić się jeszcze troszkę piłką.

Zenon Burzawa. Kolejny w dziejach naszego futbolu król strzelców polskiej ekstraklasy, który nigdy nie dostąpił zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski. Często mówi się o nim, że był to piłkarz jednego sezonu, który niczym meteor przeleciał przez naszą ekstraklasę w bardzo dojrzałym już piłkarsko wieku (32 lata na karku w chwili pierwszoligowego debiutu), uzyskując tytuł króla strzelców z dorobkiem 21 goli. Warto jednak pamiętać, że nim wdarł się na krótko na futbolowe salony, temu wiernemu przez lata gorzowskiemu Stilonowi napastnikowi, zabrakło zaledwie dwóch trafień do skompletowania setki zdobyczy bramkowych na drugoligowym froncie. Szkoda, że wrota ekstraklasy otworzyły się przed tym skutecznym snajperem tak późno. W sezonie 1993/94, gdy grając dla Sokoła Pniewy sięgał po strzelecką koronę, skompletował na pierwszoligowych boiskach aż trzy hat-tricki, w tym jeden czterobramkowy przeciwko Polonii Warszawa. W 1991 roku na boisku we Wrześni zagrał w sparingowym meczu reprezentacji Polski B prowadzonej wówczas przez asystenta Strejlaua – Lesława Ćmikiewicza, przeciwko poznańskiej Olimpii i strzelił nawet bramkę, ale możliwości występu w tej prawdziwej, pierwszej kadrze nigdy nie dostał. Na pewne rzeczy było już po prostu za późno. Wyjechał za to pograć sobie przez sezon we francuskim trzecioligowym Lyon-Duchere.

Marian Janoszka. W Radzionkowie - człowiek legenda. Dla tamtejszego Ruchu strzelał gole w ilościach hurtowych (przez całe lata, niestety, głównie w niższych klasach rozgrywkowych). Choć połowę ze swych pierwszoligowych trafień uzyskał już w barwach GKS Katowice. W 1994 roku napastnik katowickiego klubu wywalczył tytuł wicekróla strzelców ekstraklasy, a rok wcześniej sięgnął po krajowy puchar. Wielka szkoda, że debiutował w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej dopiero w wieku 32 lat. Mimo to, zdołał uzbierać na pierwszoligowym poziomie blisko pół setki trafień. Załapał się jeszcze na kawałek wielkiej piłki, gdy mógł zagrać w europejskich pucharach przeciwko takim firmom, jak Benfica czy Bayer Leverkusen. Na reprezentację niestety było już za późno. 

Sławomir Chałaśkiewicz. Ciekawa postać. W polskiej ekstraklasie grał i strzelał przez kilka lat dla Widzewa i Śląska. W 1992 roku wyjechał szukać swej szansy na karierę do Niemiec. I trzeba przyznać, że udało mu się tam wyrobić sobie naprawdę solidną markę. Na boiskach Bundesligi dla Hansy Rostock, gdzie rywalizował o miejsce w składzie z piłkarzami tej klasy, co Neuville, Akpoborie, Beinlich czy Barbarez, w latach 1995-97 rozegrał Chałaśkiewicz blisko pół setki spotkań. Swego jedynego gola na pierwszoligowych niemieckich boiskach strzelił w sierpniu 1995 roku Stefanowi Klosowi z mistrzowskiej Borussi Dortmund. Zaliczył również blisko półtorej setki występów (dla Hansy, Carl Zeiss Jena oraz Babelsbergu) oraz 22 trafienia w 2.Bundeslidze, a także jednego gola w Pucharze Niemiec.

Bogusław Cygan. W całych dziejach polskiego futbolu, Cygan to jeden z zaledwie sześciu król strzelców polskiej ekstraklasy, którzy nigdy nie dostąpili zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski. Snajper o naprawdę bardzo wysokiej skuteczności. Gdy grając dla mieleckiej Stali, sięgnął po koronę króla strzelców, był już piłkarzem po trzydziestce. Na polskich pierwszoligowych boiskach zabrakło mu jedynie jednego trafienia do łącznej liczby siedmiu dziesiątek goli (zdobywał je dla Szombierek, Górnika, Stali i Śląska). A przecież kilkadziesiąt bramek uzyskał też na zapleczu ekstraklasy, aż dwukrotnie zostając wicekrólem strzelców na drugoligowym froncie. Dwukrotnie miał szansę skonfrontować się z Juventusem grając dla zabrzan w europejskich pucharach. Jesienią 1993 roku wyjechał spróbować szczęścia w Lausanne, ale na szwajcarskich, pierwszoligowych boiskach strzelił tylko jednego gola. W latach 90. grywał i zdobywał bramki dla polskiej reprezentacji B, ale w tej pierwszej kadrze biało-czerwonych nigdy nie dostał swej szansy.

Joachim Klemenz. Zapowiadał się naprawdę niekiepsko. Na rozegranych w 1983 roku meksykańskich Mistrzostwach Świata do lat 20, wywalczył wraz z polską ekipą brązowy medal, a indywidualnie uzyskał miano wicekróla strzelców tej imprezy. Dość powiedzieć, że na skompletowanie hat-tricka w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej potrzebował dokładnie 51 minut. Dołożył potem jeszcze gola z Urugwajem oraz bezcenne, zwycięskie, ćwierćfinałowe trafienie przeciwko Szkocji. W przeciwieństwie jednak do sławnych partnerów z tamtej drużyny trenera Broniszewskiego – Wandzika, Bako czy Leśniaka, Klemenz nigdy nie przeniósł się w koszulce z białym orłem na piersi na szczebel seniorski. Z Górnikiem Zabrze wywalczył cztery tytuły mistrzowskie, strzelił też bardzo ważną bramkę w Pireusie podczas potyczki o Puchar Mistrzów z Olympiakosem. Jesienią 1988 roku następuje bodaj ostatni znaczący akcent na międzynarodowej arenie w karierze Joachima Klemenza, któremu dane jest zagrać na Stadionie Śląskim w meczu II rundy Pucharu Mistrzów z wielkim Realem Madryt i ma nawet znakomitą okazję do strzelenia gola, lecz niestety nie wykorzystuje jej. W 1989 roku jest już na zapleczu Bundesligi we Freiburgu (gdzie dołącza do byłego klubowego kolegi – Marka Majki) i to właśnie w Niemczech zakończy swoją niespełnioną reprezentacyjnie, piłkarską karierę.

Stefan Machaj. Przez kilkanaście lat występów na boiskach polskiej ekstraklasy, przywdziewając trykoty Śląska, Zagłębia Lubin i Pogoni Szczecin, uzbierał łącznie aż 349 występów i 32 gole. Z wrocławskim zespołem wywalczył w 1987 roku Puchar Polski, a z Zagłębiem triumfował w lidze w 1991 roku. W europejskich pucharach grywał przeciwko takim rywalom jak choćby Real Sociedad, FC Bologna czy Broendby. Na dobre zapisał się w kronikach Pucharu UEFA w 1995 roku. Najpierw strzelił w Armenii zwycięską bramkę na wagę awansu przeciwko Szirakowi Gumri. A potem uzyskał też efektownego gola na San Siro, podczas pojedynku z wielkim AC Milan. Niestety, w tym ostatnim przypadku, było to trafienie samobójcze. Będąc już dojrzałym graczem po trzydziestce, spróbował jeszcze przez trzy sezony smaku pierwszoligowej piłki w Izraelu, gdzie grał dla Hapoelu Jerozolima. Jeszcze u progu lat 80. Stefan Machaj niejednokrotnie przywdziewał reprezentacyjną koszulkę, grywając w polskiej kadrze juniorów, lecz do pierwszego oddziału biało-czerwonej husarii nigdy się nie przedostał.

Zdzisław Strojek. Choć zaczynał w Igloopolu Dębica, a pierwszoligową karierę inaugurował w barwach krakowskiej Wisły, to jednak najpiękniejsze karty swej piłkarskiej przygody zapisał grając dla GKS Katowice. Aż 21 razy występował wraz z tym klubem w europejskich pucharach, mierząc się z takimi firmami jak Bayer Leverkusen, FC Brugge, Galatasaray czy Benfica. Jego nazwisko nieco szerszym echem odbiło się po futbolowych zakątkach Starego Kontynentu, gdy w październiku 1994 roku, Strojek swym strzałem życia w samej końcówce spotkania z naszpikowanym gwiazdami, faworyzowanym Bordeaux, zapewnił katowickiej drużynie niespodziewane zwycięstwo.

Dariusz Kofnyt. Bardzo solidny (ponad 200 występów w ekstraklasie) i na dobrą sprawę bodaj jedyny spośród ważnych graczy znakomitego, mistrzowskiego Lecha Poznań z początku lat. 90, o którego nigdy nie zapytała dorosła reprezentacja Polski. Swój romans z biało-czerwonym strojem zakończył zatem Kofnyt na występach w narodowej kadrze juniorów. Przeżył za to fantastyczne pucharowe przygody w barwach Kolejorza w europejskich pucharach, w których łącznie zaliczył 13 występów.

Dariusz Czykier. Tajemnicą poliszynela w szeroko pojętym piłkarskim światku jest odpowiedź na pytanie dlaczego zawodnik o tak wysokich umiejętnościach piłkarskich, kojarzony z pierwszoligowych boisk głównie w kontekście Jagielloni i Legii, nie zrobił znacznie efektowniejszej kariery. Jednak całościowy bilans i tak uciułał całkiem niekiepski: mistrzostwo kraju (1994), dwa Puchary Polski (90, 97), 230 występów w ekstraklasie i 33 gole. Do tego aż osiemnaście przetarć w europejskich pucharach, w tym dotarcie wraz z Legią aż do półfinału Pucharu Zdobywców w 1991 roku. A warto też pamiętać o dwóch bramkach wbitych na międzynarodowej arenie takim zespołom, jak Sampdoria Genua czy Panathinaikos Ateny. W koszulce z białym orłem na piersi grywał w reprezentacji młodzieżowej pod koniec lat 80., lecz progów pierwszej kadry biało-czerwonych nigdy nie przestąpił.

Jacek Kot. Najskuteczniejszy gracz w historii pierwszoligowych występów bydgoskiego Zawiszy. Do tego blisko pół setki trafień również na drugoligowym froncie. W ekstraklasie o Jacku Kocie szczególnie głośno było w sierpniu 1989 roku, kiedy to na stadionie w Poznaniu strzelił Lechowi aż cztery gole. Awans do kadry wydawał się być wówczas kwestią czasu, lecz ostatecznie Kot nigdy w biało-czerwonych barwach nie zagrał. W 1993 roku strzelał gole również Rapidowi Wiedeń oraz duńskiemu Broendby w ramach Pucharu Intertoto.

Sławomir Suchomski. Kilkanaście lat na boiskach polskiej ekstraklasy, 271 występów i 64 trafienia dla poznańskich: Olimpii i Lecha, a także Lechii/Olimpii, Bełchatowa, Dyskobolii i Widzewa. Na początku lat 90. grał dla polskiej reprezentacji B, ale do upragnionej literki A nigdy nie udało mu się przeskoczyć.

Jacek Cyzio. Na przestrzeni całych dziejów polskiego futbolu tylko kilku naszym graczom udało się strzelić gola na szczeblu półfinałowym któregoś z europejskich pucharów. Jednym z nich, obok m.in. Lubańskiego, Kowalczyka, Warzychy czy Lewandowskiego  jest właśnie Cyzio, którego trafienie przeciwko Manchesterowi United dało przy Łazienkowskiej 50 sekund nadziei na spełnienie marzenia o wielkim finale PEZP. W polskiej ekstraklasie Jacek Cyzio grał i strzelał głównie dla Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Z tą ostatnią sięgnął w 1990 roku po Puchar Polski, zdobywając zresztą gola w finale. A potem przeżył w stołecznych barwach wspaniałą przygodę w Pucharze Zdobywców, eliminując wielką wówczas Sampdorię oraz tocząc bój o finał z MU. Dorobek Cyzio w europejskich pucharach jest w ogóle bardzo bogaty. Rozegrał w nich łącznie 21 spotkań, strzelając dwa gole. Miał okazję potykać się z takimi zespołami jak Verona, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria, Manchester United, a potem, reprezentując już barwy tureckiego Trabzonsporu, wyrzucił z Pucharu UEFA Olympique Lyon Domenecha oraz grał przeciwko Atletico Madryt Luisa Aragonesa. W Turcji, Cyzio wywalczył z Trabzonem puchar kraju w 1992 roku, często trafiając w lidze przeciwko takim tamtejszym potęgom jak Galatasaray, Besiktas czy Fenerbahce. U progu lat 90. Jacek Cyzio niejednokrotnie grywał w kadrze młodzieżowej. Jeszcze w lutym 1988 roku, selekcjoner pierwszej reprezentacji, Wojciech Łazarek, powołał napastnika Pogoni na mecze z Rumunią i Izraelem, lecz oba spotkania Cyzio przesiedział na ławce rezerwowych przyglądając się debiutowi swego późniejszego klubowego kolegi - Romana Koseckiego. Jego własny debiut w biało-czerwonych barwach nigdy nie nastąpił.

Piotr Prabucki. Uchodzący za ogromny talent wychowanek Goplanii Inowrocław był zawodnikiem skutecznym, walecznym i ambitnym. Przygniatającą większość spośród swoich 53 goli na boiskach ekstraklasy, strzelił dla poznańskich: Warty i Lecha, choć na pierwszoligowym poziomie trafiał również dla Lechii Gdańsk, Jagielloni i GKS Katowice (wywalczył tu Puchar Polski w 1991 roku). W połowie lat 90. przez aż trzy sezony z rzędu należał do ścisłej czołówki strzelców w ekstraklasie. W kwietniu 1995 roku w poznańskich derbach pomiędzy Wartą i Olimpią, uzyskał dla Zielonych bramkowego hat-tricka. Wielokrotnie grywał w polskich kadrach juniorskich oraz w młodzieżówce (strzelił nawet gola Anglikom w eliminacyjnym meczu w Jastrzębiu). Występował również w polskiej reprezentacji B, będącej ścisłym zapleczem pierwszej kadry biało-czerwonych. Tego najważniejszego z reprezentacyjnych trykotów nigdy jednak nie przywdział.

Przemysław Bereszyński. Wychowanek poznańskiego Lecha, z którym zdobywał nie tylko Mistrzostwo Polski juniorów (1987), ale sięgał również dwukrotnie po triumfy w dorosłej ekstraklasie (1990, 92; ma też na koncie tytuł przyznany Lechowi w 1993). Solidny obrońca, który trafił w Poznaniu na wspaniałe chwile Kolejorza, dzięki czemu zaliczył aż 12 występów w europejskich pucharach. Brał udział również w tych najbardziej legendarnych pucharowych bataliach poznańskiej lokomotywy z FC Barceloną, Olympique Marsylia czy Panathinaikosem Ateny. We wrześniu 1992 roku selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, powołał go na rozgrywany w stolicy Wielkopolski eliminacyjny do World Cup ’94 mecz z Turcją, ale poznański defensor nie powąchał murawy w koszulce z białym orłem. Musi zadowolić się faktem, że udało się to po latach jego synowi.

Adam Grad. Cudowne dziecko ŁKS. Wielki talent. Selekcjoner biało-czerwonych, Andrzej Strejlau, z niecierpliwością i wielką nadzieją oczekiwał aż piłkarz dojrzeje by stać się filarem polskiej reprezentacji. Miał być jednym z pierwszych olimpijczyków Wójcika, którzy zmienią szyld i pojadą dalej, i to jeszcze przed igrzyskami w Barcelonie. Od samego początku istnienia kadry olimpijskiej ’92, Grad był wiodącą siłą ofensywnych poczynań tej drużyny. Strzelał dla niej mnóstwo bramek, miał niepodważalne miejsce w linii ataku. To właśnie on w listopadzie 1990 roku na kilka minut przed końcem spotkania strzelił bezcennego, zwycięskiego gola w eliminacyjnym pojedynku z Turcją w Stambule. Niespełna rok później, 15 października 1991 roku w Bydgoszczy miało jednak miejsce dość istotne wydarzenie. W przedostatnim, grupowym meczu eliminacji do igrzysk w Barcelonie, Polacy strasznie męczyli się z Irlandczykami. Potrzebowali za wszelką cenę zwycięstwa, a wynik wciąż był bezbramkowy. W 70 minucie Wójcik zdejmuje z murawy Grada. Wchodzi Juskowiak i strzela dwa decydujące gole. W następnym meczu z Anglią to już Jusko wyjdzie w pierwszym składzie i znów trafi dwukrotnie. Grad traci miejsce w ataku na rzecz imponującego formą napastnika Lecha. Jakiś czas później, na własne życzenie, zaprzepaści też swą życiową szansę na olimpijski medal. W dwudziestą rocznicę barcelońskiego srebra, w rozmowie z Pawłem Grabowskim dla Onet.pl, Janusz Wójcik wspominał: Przed jednym zgrupowaniem powiedziałem, że o tej i o tej wszyscy mają wrócić do hotelu w normalnym stanie. Adaś Grad nie posłuchał. Wrócił późno, w stanie dalekim od normy. Na drugi dzień było "do widzenia". Gdyby nie jakieś tam bzdury, które wpadły mu do głowy, najpewniej pojechałby na igrzyska. Nie wiem, czy w pierwszym składzie, bo Kowal i Jusko byli wtedy w formie, ale pewnie by wchodził. Miałby jakieś tam miejsce. Być może był to moment zwrotny dla piłkarskiej przygody Grada. To, że na własne życzenie wypadł z kadry olimpijskiej na ostatnim wirażu przeżył ponoć bardzo mocno. Zresztą tajemnicą poliszynela jest, iż zawodnik ten nie pomagał swojej karierze również i potem. Utonął w naszej pierwszoligowej przeciętności, grywając dla ŁKS, Olimpii Poznań czy Sokoła Tychy. Przeplótł to wszystko krótką przygodą w lidze tureckiej, gdzie jesienią 1994 roku strzelił dla Kayserispor cztery gole. Po barcelońskiej traumie Grada, temat reprezentacji nigdy już dla niego nie zaistniał.

Mirosław Waligóra. Aż dziw, że tej klasy napastnik nigdy nie dostał swej reprezentacyjnej szansy. Trafiał do bramki niemal na zawołanie. W barwach krakowskiego Hutnika, wystarczyły mu cztery pierwszoligowe sezony do zgromadzenia pokaźnej liczby 61 goli (w sezonie 1990/91 był jeszcze wiceliderem w końcowej klasyfikacji najlepszych snajperów ekstraklasy, lecz już w 1992 roku na skutek swych dwudziestu bramkowych zdobyczy, mógł włożyć na skronie koronę króla strzelców). W 1994 roku wyjechał do Lommel i przez osiem sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach w Belgii, zgromadził na swym koncie łącznie 60 goli. Do tego należy doliczyć kilkadziesiąt trafień uzyskanych na drugoligowym, zarówno polskim, jak i belgijskim froncie, bramki zdobywane w krajowych pucharach itd. Waligóra strzelał również w reprezentacji olimpijskiej. Miał nawet ogromną szansę na zdobycie swego gola na igrzyskach w Barcelonie. 24 lipca 1992 roku w Saragossie, podczas pierwszego meczu Polaków na turnieju przeciwko Kuwejtowi, Wójcik wpuścił na końcowe kilka minut Waligórę, zdejmując z boiska bohaterskiego autora obu zwycięskich trafień – Juskowiaka. Napastnik krakowskiego Hutnika egzekwował rzut karny, lecz nie zdołał zamienić go na bramkę. Więcej już od Wójcika szansy na igrzyskach nie otrzymał. Nigdy nie dostał też zaproszenia do pierwszej kadry biało-czerwonych, a wydaje się, że w pełni na nie zasłużył.

Dariusz Koseła. Nasz polski „Gazza”, czyli gracz przypominający swym wyglądem słynnego angielskiego gwiazdora. Koseła bardzo długo był filarem, na którym opierała się gra olimpijskiej reprezentacji Wójcika. Z czasem zaczął tracić miejsce w podstawowym składzie, ale w szerokiej kadrze trzymał się mocno. Na igrzyska do Barcelony  pojechał i wrócił stamtąd ze srebrnym medalem, lecz należał do grona tych zawodników, którzy nie zagrali w turnieju ani sekundy. To był naprawdę ciekawy gracz drugiej linii, dysponujący niezłym uderzeniem, choć niewątpliwie jeszcze pod koniec lat 80. wydawało się, że zrobi znacznie większą karierę. Miał swój drobniutki udział (kilkunastominutowy występ) w wywalczeniu mistrzowskiego tytułu przez Górnika Zabrze w 1988 roku, który zamykał epokę dominacji tego zespołu na polskim podwórku. Koseła wystąpił łącznie w dziewięciu meczach w europejskich pucharach (m.in. przeciwko HSV), strzelając w nich trzy bramki. Najwięcej radości, 19-letniemu wówczas pomocnikowi Górnika, sprawiło zapewne efektowne trafienie głową, uzyskane we wrześniu 1989 roku przeciwko Juventusowi w Turynie. Latem 1995 roku strzelił też honorowego gola podczas potyczki w Pucharze Intertoto z Karlsruhe. Aż przez jedenaście sezonów był wierny pierwszoligowemu Górnikowi, a w ekstraklasie grał też dla Ruchu Radzionków. Dariusz Koseła należał do etatowych reprezentantów Polski, zarówno w kategoriach juniorskich, jak i młodzieżowych. Pozostał jednak jednym z trzech polskich graczy, którzy przywieźli z Barcelony srebrny medal olimpijski, a którym nigdy nie dane było zagrać w pierwszej kadrze biało-czerwonych.

Marek Bajor. Jedyny spośród polskich uczestników olimpijskiego półfinału w Barcelonie, który nigdy nie wystąpił w pierwszej reprezentacji biało-czerwonych. Na igrzyskach rozegrał łącznie trzy spotkania (przeciwko Włochom, USA i Australii). Aż czternaście sezonów z rzędu spędzonych na boiskach ekstraklasy, podczas których zagrał łącznie w 325 spotkaniach (dla Igloopolu, Widzewa i Amiki). Dwukrotnie z rzędu wywalczał mistrzostwo kraju (Widzew 1996 i 97), trzy raz pod rząd przytulał Puchar Polski (z Amiką w latach 1998-2000), a do zdobytych trofeów może zaliczyć również trzy polskie superpuchary (97, 99, 00). Ponadto jesienią 1996 roku trzykrotnie zagrał w barwach łódzkiego Widzewa w elitarnych i nieosiągalnych dziś dla polskich piłkarzy rozgrywkach Champions League. W ogóle Bajor zdobył ogromne doświadczenie w europejskich pucharach, w których łącznie wystąpił aż 34 razy (w tym przeciwko takim zespołom, jak Eintracht, Broendby, Borussia Dortmund, Atletico, Steaua, Heerenveen, Hertha czy Malaga). Zabrakło tylko biało-czerwonego stempla pierwszej reprezentacji.

Robert Dymkowski. Jeszcze gdy młodziutki napastnik szczecińskiej Pogoni biegał po drugoligowych murawach (w 1991 roku, w wieku 21 lat, został królem strzelców na pierwszoligowym zapleczu), kibice tego klubu zwykli już skandować: Robert Dymkowski, najlepszy napastnik Polski! No i wywróżyli, Dymkowski bowiem przez całe lata należał do grona czołowych napastników ekstraklasy. Na naszych pierwszoligowych boiskach strzelił łącznie aż 78 goli (w tym sześć trafień dla Widzewa; reszta uzyskana w portowych barwach). Był to naprawdę wyjątkowo skuteczny snajper o niesamowitym wręcz instynkcie strzeleckim. W sezonie 1995/96 należał do najściślejszej czołówki strzelców ekstraklasy. Miał też w swej karierze epizod grecki, gdy w sezonie 1996/97 wyjechał pograć nieco w towarzystwie późniejszych mistrzów Europy – Zagorakisa i Vryzasa dla PAOK Saloniki (16 meczów i 2 gole). Jeszcze na dwa miesiące przed igrzyskami w Barcelonie w 1992 roku, próbował Dymkowskiego w ataku swej olimpijskiej reprezentacji Janusz Wójcik, ale ostatecznie na udział w srebrnej ekipie napastnik Pogoni się nie załapał. Do pierwszej reprezentacji kraju nigdy się nie przebił. A chyba zasłużył na swoją szansę.

Adam Kucz. Mało, który polski piłkarz lat 90. potrafił tak imponować bajecznym wyszkoleniem technicznym, jak filigranowy pomocnik rodem z Tychów. Niewielu futbolistom na świecie udaje się też strzelić gola bezpośrednio z rzutu rożnego na słynnym Estadio Da Luz, wielkiej Benfice Lizbona, jak uczynił to Adam Kucz w europejskich pucharach, choć bramki tej, prowadzący tamto spotkanie arbiter, postanowił z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, po prostu nie uznać. Gdy w meczu rewanżowym w Katowicach, pomocnik GKS znów zagrał wspaniale, uzyskując trafienie dla swego zespołu, Benfica już na poważnie zainteresowała się polskim graczem, a jej wysłannicy tułali się nawet po Stalowej Woli, podpatrując podczas naszej ligowej młócki obiekt swych zainteresowań. Do transferu ostatecznie jednak nie doszło, podobnie zresztą, jak do występu Kucza w narodowej reprezentacji (choć po meczach przeciwko Bordeaux, selekcjoner Henryk Apostel rozpływał się w zachwytach nad grą filigranowego pomocnika GKS). Mimo, że finezją kopania futbolówki na polskich murawach dorównywało w tamtym czasie Adamowi Kuczowi naprawdę niewielu, to jednak parametry fizyczne, niekoniecznie były jego sprzymierzeńcem w walce o koszulkę z białym orłem na piersi.

Grzegorz Król. Zdecydowanie jeden z najzdolniejszych naszych piłkarzy ostatnich kilkunastu lat, który nigdy nie wystąpił w polskiej reprezentacji. Niesamowity instynkt strzelecki. W siedemnastu spotkaniach europejskich pucharów w barwach Amiki Wronki uzyskał aż 12 goli (pokonywał bramkarzy m.in. Heerenveen, Ałanii Władykawkaz, Herthy, Servette czy Malagi). Przeciwko walijskiemu Llansantfraid skompletował hat-tricka, w Maladze strzelił bramkę już w 54 sekundzie spotkania. W polskiej ekstraklasie zanotował łącznie 41 trafień w niespełna dwustu spotkaniach. Był autorem dwóch pierwszoligowych hat-tricków. Z Amiką wywalczył trzykrotnie z rzędu Puchar Polski, a dwukrotnie superpuchar kraju. Testowany za młodu przez słynny Ajax, swego czasu bliski przejścia do PSV Eindhoven, a w 2004 roku był też o krok od przywdziania trykotu poznańskiego Lecha (w którym grał już kiedyś u progu swej futbolowej przygody). Nie tylko jednak transfer do Kolejorza, ale i szansę na zrobienie naprawdę efektownej piłkarskiej kariery przegrał w nierównej potyczce z hazardowym nałogiem (o czym potrafi po latach w sposób mądry i bardzo otwarty opowiedzieć). Jest czego żałować.

 

cdn...

R.

poniedziałek, 27 stycznia 2014
Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr (cz.4)

Bogusław Pachelski. Z pewnością jeden z najlepszych polskich graczy przełomu lat 80. i 90., którzy nigdy nie dostąpili zaszczytu występu w koszulce z orłem na piersi w pierwszej kadrze biało-czerwonych. Szybki, sprawny, niewątpliwie z potencjałem reprezentacyjnym, ale no właśnie, o grze w reprezentacji decyduje również mnóstwo innych spraw – konkluduje Andrzej Strejlau, za którego selekcjonerskiej kadencji, Pachelski należał do wybijających się postaci naszej ekstraklasy. Jako 21-letni piłkarz Wisły Płock został królem strzelców III ligi z imponującym dorobkiem aż 58 trafień! Dwa sezony później, jako zawodnik warszawskiej Gwardii, jest najskuteczniejszym graczem na pierwszoligowym zapleczu, a potem bryluje już na salonach, strzelając dla poznańskiego Lecha, gdzie na dzień dobry w swych pierwszych siedmiu międzynarodowych przetarciach w ramach Pucharu Intertoto uzyskuje siedem goli (trzy przeciwko Odense, dwa wbija Banyaszowi Siofok, po jednym Broendby i LASK Linz). W następnych latach przyjdą pojedynki, dzięki którym Pachelski przechodzi do historii polskiego futbolu, nie tylko znakomicie grając przeciwko renomowanym rywalom na europejskiej arenie, ale również strzelając bezcenne bramki naprawdę wielkim klubom (niezapomniane trafienia przeciwko Barcelonie, Panathinaikosowi, Olympique Marsylia; ale warto pamiętać, że również inne bramki dla Lecha w tych meczach padały przy współudziale Pacheli, a po faulach na nim w spotkaniach z mistrzami Grecji i Francji, Kolejorz zdobywał gole z karnych). Bogusław Pachelski to było istne żywe srebro, zawodnik, obdarzony ogromną boiskową inteligencją, wspaniałym dryblingiem, imponującym sprytem i znakomitym wyszkoleniem technicznym, grający niezwykle efektownie, potrafiący zabłysnąć nawet na tle graczy z najwyższej, światowej półki. Nigdy nie zapomnę istnego wulkanu euforii, który wybuchnął przed radiowym odbiornikiem, po bezcennym, wyrównującym golu Pachelskiego strzelonym w Atenach, gdy wydawało się, że awans Lecha zaczyna być poważnie zagrożony.

Na boiskach naszej ekstraklasy Pachelski ustrzeli blisko pół setki goli, by wyjechać już w dojrzałym piłkarsko wieku, poszukać szczęścia również w tureckim Adanaspor i francuskim Perpignan. Po powrocie z zagranicznych wojaży, już w barwach poznańskiej Olimpii, skompletował we Wrocławiu efektownego hat-tricka przeciwko Śląskowi, którego ofiarą padł Adam Matysek. Od spełnienia reprezentacyjnych marzeń dzieliło Pachelskiego naprawdę bardzo niewiele. 24 kwietnia 1988 roku zaliczył nawet w barwach prowadzonej przez Wojciecha Łazarka polskiej kadry 50 minut w rozgrywanym w stolicy Wielkopolski sparingowym meczu przeciwko reprezentacji Poznania. Jednak to właśnie Bogusław Pachelski okazał się być jedynym graczem spośród uczestników tamtego sparingu kadry Łazarka występujących z orzełkiem na piersi, któremu nie dane było kiedykolwiek zagrać w oficjalnym meczu polskiej reprezentacji. Na otarcie łez pozostawały mu występy w prowadzonej przez Zdzisława Podedwornego reprezentacji olimpijskiej, której niestety nie udało się awansować na igrzyska w Seulu w 1988 roku. Na zawsze już będzie kojarzony z siatką założoną znakomitemu Zubizarrecie, którą uciszył słynny stadion Camp Nou.

Janusz Turowski. Być może najlepszy polski piłkarz, który nigdy nie zagrał dla naszej reprezentacji. Wychowanek bydgoskiej Polonii, w ekstraklasie debiutuje w barwach Pogoni Szczecin już w wieku osiemnastu lat. Po kilku sezonach spędzonych w portowym mieście, latem 1982 roku przenosi się do warszawskiej Legii, gdzie szlifuje swój przeogromny talent pod okiem Kazimierza Górskiego. W październiku 1982 roku Antoni Piechniczek zabiera młodziutkiego, świetnie rokującego gracza, na ławkę rezerwowych do Lizbony, na mecz eliminacyjny do Mistrzostw Europy z Portugalią. Wcześniej Turowski występuje też w reprezentacjach juniorskich i młodzieżowych, a potem gra i strzela również dla kadry olimpijskiej, zmagającej się o przepustki do Los Angeles. Po dwóch sezonach spędzonych w Legii, gdzie zdobył trzynaście goli, wraca na półtora roku do Pogoni Szczecin. W portowych barwach, we wrześniu i październiku 1984 roku, Turowski ma okazję zmierzyć się w dwumeczu o Puchar UEFA z FC Koeln, z takimi graczami, jak Schumacher, Littbarski, Bein czy K.Allofs. Kilkanaście miesięcy później, już po zakończeniu piłkarskiej jesieni 1985, 24-letni Turowski, zamykając swój bilans w ekstraklasie na 125 występach i 28 strzelonych golach, postanawia jeszcze bliżej poznać futbol naszych zachodnich sąsiadów i kontynuować karierę w Niemczech. Janusz wyjechał z Polski samowolnie, więc musiał odczekać dwuletnią karę dyskwalifikacji nałożoną przez PZPN - wspominał przed kilku laty, na kartach książki Jacka Perzyńskiego „Piłkarz z charakterem”, klubowy kolega Turowskiego z Frankfurtu, Włodzimierz Smolarek - W Eintrachcie spędził sześć lat i można powiedzieć, że błysnął talentem na boiskach Bundesligi. W Polsce klasyfikowany był jako jeden z najbardziej obiecujących naszych juniorów. Wyjeżdżając z kraju, zdawał sobie sprawę, podobnie jak wielu innych, że reprezentacja jest sprawą w tym momencie zamkniętą, a mógłby się jej przydać, bo 'Turek' był typowym szybkobiegaczem, który łączył w sobie ogromną dynamikę z instynktem strzeleckim. Pamiętam taki nasz mecz z Borussią Moenchengladbach, kiedy zagrał w ataku z Detarim. Po podaniu Węgra uciekł rywalom i po rajdzie przez pół boiska zdobył bramkę. Dodatkowo jeszcze zajął się w tym meczu pilnowaniem Michaela Frontzecka, wówczas reprezentacyjnego obrońcy RFN. Niemiec był bezradny, a jeszcze na dokładkę dostał od Janusza parę ‘siatek’ w trakcie meczu. Jego gra naprawdę robiła wrażenie. Dlatego Eintracht trzymał go u siebie aż tyle lat. Już w pierwszym sezonie spędzonym w Bundeslidze, Turowski jest najskuteczniejszym piłkarzem swojego zespołu. Dwa sezony później, powtórzy to osiągnięcie. Janusz Turowski rzeczywiście był jednym z tych Polaków, którzy na rozgrywkach Bundesligi odcisnęli trwale swe znamię. Łącznie na pierwszoligowych, niemieckich boiskach rozegrał 105 meczów, strzelając 28 bramek. Dość powiedzieć, że w całych dziejach polskiego futbolu, spośród naszych reprezentantów, tylko Lewandowski, Furtok, Juskowiak, Wichniarek i Leśniak mają lepszy bilans strzelecki w lidze naszych zachodnich sąsiadów. Aż czterokrotnie, o czym już kiedyś pisaliśmy na blogu, Janusz Turowski strzelał po dwie bramki w jednym spotkaniu, a w 15 kwietnia 1989 roku popisuje się efektownym hat-trickiem przeciwko Karlsruher SC. We Frankfurcie Turowski dzielił klubową szatnię nie tylko z rodakami - Smolarkiem czy Biernatem, ale również z prawdziwymi, futbolowymi gwiazdami, takimi jak: Stein, Berthold, Moeller, Detari, Eckstein, Bein, Binz czy Yeboah. Latem 1991 roku, 30-letni Turowski przenosi się na zaplecze Bundesligi, gdzie rozegra jeszcze dwa sezony dla VFB Lipsk (tu jednym z jego klubowych partnerów jest słynny Francuz - Didier Six), strzelając 11 goli, po czym zawiesi swe piłkarskie buty na kołku.

Jarosław Biernat. Uważany za gigantyczny wręcz talent w polskim futbolu. Przepowiadano mu fantastyczną karierę. Jego piłkarska przygoda, podobnie jak Turowskiego, przeplatała w sobie grę dla Pogoni Szczecin, Legii Warszawa i Eintrachtu Frankfurt. W obu sezonach swych występów dla warszawskiej Legii był najskuteczniejszym graczem zespołu. Występował w polskiej kadrze juniorów, a w eliminacyjnym meczu do igrzysk olimpijskich ’84, potrafił strzelić Finom dwie bramki w dwie minuty. Powołany przez Piechniczka w maju 1983 roku na chorzowski, eliminacyjny mecz do Euro z ZSRR, lecz całe to spotkanie młody piłkarz przesiedział na ławce rezerwowych. Gdy wraz z Turowskim opuszczał ojczyznę, jego bilans w ekstraklasie zamknął się na 32 golach w 147 meczach. Początki Biernata w Bundeslidze były wręcz wymarzone, już w 15 minucie swego debiutanckiego występu przeciwko Fortunie Dusseldorf, strzelił swego pierwszego gola. Było to jednak zarazem jego ostatnie trafienie na pierwszoligowych boiskach w Niemczech. Łącznie w Bundeslidze rozegrał zaledwie dwanaście spotkań. Za jej zapleczu, w zespołach Union Solingen czy SpVgg Bayreuth strzelił siedem goli w niespełna czterdziestu spotkaniach, a potem grał już wyłącznie w niższych ligach za naszą zachodnią granicą. Problem Biernata i Turowskiego polegał na tym, że byli to zawodnicy, jak się wtedy mówiło ‘z dwoma paszportami’, a w Niemczech traktowani byli jako uciekinierzy, gdyż swój kraj opuścili nielegalnie. Było im znacznie trudniej przebić się do pierwszej jedenastki, takie wyglądały realia. Biernat przyjechał tu razem z Turowskim, jemu jednak nie poszło już tak kolorowo. W odróżnieniu od nas, on był sam. Wiem, jak wpływał na niego brak rodziny. Opuszczał kraj nie do końca wiedząc, co go czeka i co będzie z jego rodziną. A życie za granicą nie było łatwe. Wkrótce wypożyczono go do drugiej ligi - wspominał swego klubowego kolegę z Eintrachtu, Włodzimierz Smolarek.    

Tomasz Arceusz. Na boiskach ekstraklasy strzelał tylko dla lubelskiego Motoru (jedno trafienie) oraz stołecznej Legii (dokładnie ćwierć setki bramek). Bardzo udany był w jego wykonaniu sezon 1985/86, gdy należał do najlepszych snajperów pierwszej ligi. W europejskich pucharach wystąpił jedenastokrotnie, raz pokonując bramkarza Vikingu Stavanger - słynnego Erika Thorstvedta. Najcieplej wspomina zapewne wszystkie cztery pamiętne mecze Legii z Interem Mediolan, w których zaprezentował się naprawdę z dobrej strony, tocząc zacięte boje z najlepszymi wówczas obrońcami na świecie. Po wywalczeniu Pucharu Polski w 1989 roku, wyjechał do Finlandii, gdzie grał przez blisko dekadę, strzelając dla zespołu Vaasan Palloseura kilkadziesiąt goli. W 1992 roku został drugim w historii, polskim królem strzelców drugiej ligi fińskiej.

Joachim Siwek. Już jako osiemnastoletni gracz bytomskich Szombierek uzyskał swą debiutancką bramkę w polskiej ekstraklasie. Kilkanaście miesięcy później wyjechał z ojczyzny, meldując się w Borussi Dortmund. Tam jednak nie znalazł uznania w oczach kolejnych szkoleniowców takich, jak Otto Rehhagel czy Udo Lattek i przez trzy lata, młody polski zawodnik rozegrał w żółto-czarnych barwach BVB zaledwie jedno spotkanie w Pucharze Niemiec, strzelając w nim zresztą dwie bramki. 22-letni Siwek postanawia więc poszukać szczęścia w pierwszej lidze holenderskiej, gdzie w 1980 roku rozegra dla zespołu NAC Breda 16 spotkań i strzeli 4 gole. Następnie obiera kurs na Szwajcarię. To prawdziwy strzał w dziesiątkę. Joachim Siwek przeżyje w alpejskiej krainie naprawdę udaną piłkarską przygodę, która potrwa blisko dekadę. Dla Chiasso, FC Vevey oraz Young Boys strzeli przez ten czas łącznie 56 pierwszoligowych goli. W sezonie 1982/83 jest najskuteczniejszym obcokrajowcem w lidze szwajcarskiej. Z ekipą z Berna (w której znajdują się m.in. najlepszy wówczas szwedzki piłkarz Robert Prytz czy późniejszy strzelec pięknego gola dla Helwetów na amerykańskim mundialu - Georges Bregy), trenowaną przez polskiego szkoleniowca Mandziarę, Siwek sięgnie zarówno po mistrzostwo (1986), jak i puchar kraju (1987). To właśnie polski snajper, grający z numerem „9” na koszulce, strzeli głową dla berneńskich Młodych Chłopców w trzeciej minucie dogrywki finału Pucharu Szwajcarii, bezcenną bramkę na 3:2. U progu wspomnianego sezonu będzie miał też okazję pograć nieco przeciwko słynnemu Realowi Madryt w obu meczach PKME. Po siedmiu sezonach spędzonych na pierwszoligowych boiskach w helweckiej krainie, przeniesie się Siwek u kresu kariery na tamtejszy drugi front. W trakcie dwóch lat występów dla zespołu Locarno, polski napastnik uzyska łącznie 21 goli, zostając w sezonie 1988/89 trzecim snajperem szwajcarskiej drugiej ligi.

Andrzej Łatka. Jeden z tych polskich piłkarzy, którym udało się uciszyć Camp Nou. Wiosną 1981 roku zawodnik Sandecji Nowy Sącz należał do filarów, prowadzonej przez Henryka Apostela srebrnej reprezentacji biało-czerwonych podczas Mistrzostw Europy U-18. Łatka wystąpił we wszystkich spotkaniach, strzelał ważne bramki i wraz z Dziekanowskim stworzył bardzo ciekawą formację ofensywną. Pojechał też na jesienny młodzieżowy mundial do Australii, lecz tam, już w pierwszym spotkaniu z Katarem otrzymał czerwoną kartkę i zakończył swą przygodę w krainie kangurów. Na polskich pierwszoligowych boiskach dla Stali Mielec, Motoru Lublin, oraz stołecznych: Legii i Polonii, strzelił łącznie 45 goli. Z Legią dwukrotnie sięgał po Puchar Polski (1989 i 90; wystąpi w aż trzech finałach PP z rzędu). Dziewięciokrotnie wystąpił w europejskich pucharach, grając m.in. przeciwko takim firmom jak Bayern, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria czy Manchester United. 13 września 1989 roku strzelił pamiętną, efektowną bramkę z kilkudziesięciu metrów wielkiej Barcelonie na Camp Nou. Kilkanaście miesięcy później miał już nieco mniej szczęścia w pojedynku z Sampdorią i to właśnie odniesiona przez niego kontuzja już w początkowych minutach meczu, umożliwiła pojawienie się na boisku Wojciechowi Kowalczykowi, dla którego dwumecz przeciwko genueńczykom okaże się być prawdziwą trampoliną do kariery. Najbliżej spełnienia reprezentacyjnego marzenia był Łatka w październiku 1986 roku. Wojciech Łazarek powołał go na inaugurujący jego selekcjonerską kadencję, bydgoski mecz z Koreą Północną, lecz napastnik Legii przesiedział wówczas całe spotkanie na ławce rezerwowych.



Grzegorz Więzik. To miał być naprawdę znakomity polski piłkarz. Pozostał na pewno ogromny niedosyt. Jako jeden z nielicznych Polaków, wystąpił co prawda kiedyś w reprezentacji... świata, lecz w pierwszej kadrze biało-czerwonych nie zagrał nigdy. Druga połowa lat 80. na naszych ligowych boiskach to czas świetnej gry Więzika w barwach ŁKS. Najbardziej udany jest chyba sezon 1987/88. Więzik będący jednym z filarów olimpijskiej reprezentacji Polski, rozgrywa w niej wiele bardzo udanych spotkań, strzelając całe mnóstwo goli. W marcu 1988 roku, w Rybniku, podczas meczu eliminacyjnego do igrzysk w Seulu, to właśnie on, już po kwadransie otwierając wynik spotkania, daje biało-czerwonym sygnał do szturmu na Greków (5:1). Rozochocony swoją dobrą postawą, postanawia u progu rundy jesiennej sezonu 1988/89 spróbować szczęścia w Niemczech. W barwach Kaiserslautern, choć przytuli krajowy puchar, to jednak absolutnie nie zrobi furory, pozostając zaledwie zmiennikiem Bruno Labbadii i Stefana Kuntza, oraz rozgrywając łącznie niewiele ponad pół godziny w swych zaledwie trzech meczach na boiskach Bundesligi. Po sezonie przenosi się do drugoligowego, francuskiego Mulhouse, gdzie grając wraz z późniejszymi reprezentantami: Francji - Markiem Kellerem oraz Szwajcarii - Nestorem Subiatem, trzykrotnie trafia do siatki. Przez niespełna trzy lata pogra też w Danii dla Silkeborga, Viborga czy Ikast, troszkę pokopie w niższych niemieckich ligach (m.in. Eintracht Trier) i wróci do ojczyzny, by w wieku niespełna 35 lat wbić dla zespołu z Grodziska swoje dwa ostatnie gole na boiskach rodzimej ekstraklasy.

Kazimierz Putek. Wychowanek krakowskiego Hutnika uchodził za gracza o wielkich możliwościach i już w wieku 23 lat, jako piłkarz Legii, ocierał się o kadrę Piechniczka, jednak w żadnym z jej oficjalnych meczów nigdy nie wystąpił. Na boiskach ekstraklasy dla stołecznego zespołu oraz łódzkiego Widzewa rozegrał łącznie blisko półtorej setki spotkań, strzelając 23 gole. W europejskich pucharach, rozegrał w barwach Widzewa cztery spotkania przeciwko LASK Linz i Bayer Uerdingen. Dobijający do trzydziestki Putek wybrał kierunek północny, gdzie spędził dwa sezony w zespole PPT Pori, najpierw wprowadzając go do pierwszej ligi, a potem będąc nieocenionym filarem zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Leszek Kosowski. Skuteczny napastnik Górnika Wałbrzych, w którego barwach wywalczył w sezonie 1982/83 tytuł króla strzelców na zapleczu ekstraklasy. Również na najwyższym poziomie rozgrywkowym Kosowski nie ustawał w powiększaniu bramkowej kolekcji. W roku 1986 wałbrzyski gracz, wraz z Furtokiem, jest już wiceliderem końcowej klasyfikacji najlepszych snajperów ekstraklasy. Sezon 90/91 to czas gry dla Widzewa. Również i w Łodzi Kosowski jest najskuteczniejszym graczem swego zespołu. W wałbrzyskich i łódzkich barwach, na boiskach ekstraklasy strzeli łącznie blisko sześć dziesiątek goli. Zalicza też krótki epizod na zapleczu Bundesligi, z zespole Meppen. Swego czasu próbowany choćby w reprezentacji olimpijskiej, walczącej o Seul ’88, lecz do kadry pierwszej kadry Polski nigdy się nie przebił.

Jacek Bąk. Błyskotliwy i widowiskowo grający piłkarz, który w barwach Lecha, Lechii i Legii uzbierał łącznie niemal dokładnie ćwierć tysiąca spotkań w ekstraklasie. Dwukrotnie świętował Bąk mistrzostwo kraju (z poznańskim Lechem 1982/83 i 83/84) i aż trzykrotnie miał okazję wznieść ku górze w triumfalnym geście Puchar Polski (84 - Lech, 89 i 90 – Legia). Zaliczył kilkanaście występów w europejskich pucharach, w tym przeciwko tak klasowym zespołom jak Aberdeen, Athletic Bilbao, Liverpool, FC Barcelona, Sampdoria czy Manchester United. Z warszawską Legią dobrnął w sezonie 90/91 aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Jego naprawdę imponujący, efektowny, kilkudziesięciometrowy cross na Old Trafford, po którym Kowalczyk uzyskał wyrównującą bramkę, przeszedł do historii polskiego futbolu. Zresztą Bąkowi aż czterokrotnie dane było potykać się przeciwko drużynom prowadzonym z ławki przez słynnego Alexa Fergusona (dwukrotnie z Lechem przeciwko Aberdeen i dwukrotnie w barwach Legii z MU). Nie udało mu się jednak spełnić marzenia o występie w polskiej reprezentacji, choć selekcjonerzy: Wojciech Łazarek czy Andrzej Strejlau, dobrze zdążyli poznać tego gracza, pracując z nim w klubie. Poprzestał na występach i bramkach strzelanych w przeszłości dla kadry olimpijskiej.

Janusz Kudyba. Naprawdę niekiepski środkowy napastnik o imponującym instynkcie strzeleckim. Grywał w Karkonoszach Jelenia Góra, Lechii Piechowice, Lechu Poznań, Motorze Lublin, ale dopiero przywdziewając barwy Zagłębia Lubin wypłynął na głębsze wody. W sezonie 1989/90 wywalczył z tym zespołem tytuł mistrza kraju. Pogrywał również dla szwedzkiej Karlskrony i norweskiego Lyn Oslo, a potem reprezentował też barwy GKS Bełchatów i Śląska Wrocław. Łącznie na pierwszoligowych boiskach uzyskał dokładnie 37 goli. Dwukrotnie wywalczał laur króla strzelców na zapleczu ekstraklasy (1988 – Motor, 1994 - Śląsk), do trzeciego (92/93 w bełchatowskich barwach) zabrakło mu ledwie jednego gola. Jednak w przeciwieństwie do innych triumfatorów klasyfikacji drugoligowych goleadorów, Kudyba nie zrobił reprezentacyjnej kariery na miarę Szarmacha, Sadka, Sybisa, Kupcewicza czy Kryszałowicza, albowiem nigdy w narodowej kadrze nie zagrał. W pierwszej i drugiej lidze strzelił łącznie 120 goli.

Dariusz Opolski. To jedyny laureat (za sezon 1991/92) w historii Złotych Butów „Sportu” bez występu w reprezentacji. Umieszczam go w tym zestawieniu głównie z szacunku dla dawnego katowickiego dziennika, który czytywałem za młodu z zapartym tchem, a który to niestrudzenie wystawiając noty po każdym ze spotkań ekstraklasy, misternie tkał sezon w sezon swą klasyfikację najlepszych ligowców. Nim wychowanek i wieloletni bramkarz lubelskiego Motoru sięgnął po owe ‘złote buty’, w sezonie 1983/84 próbował też zaistnieć w warszawskiej Legii, lecz nie miał najmniejszych szans na wygranie rywalizacji z tak klasowym zawodnikiem jakim był wówczas Jacek Kazimierski, więc skończyło się na zaledwie jednym występie w stołecznych barwach. Nie ulega wątpliwości, iż był Opolski bardzo solidnym ligowym bramkarzem, a przecież szansę w reprezentacyjnym swetrze dostawali w tamtych czasach wcale nie lepsi od niego (vide jeden z golkiperów wsławionych udziałem w niedzieli cudów z 1993 roku). Opolski musiał zadowolić się występami za młodu w polskiej kadrze juniorów.

Marek Piotrowicz. Przez lata wydawało się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy wychowanek zabrzańskiego Górnika stanie się wreszcie trwałym elementem formacji defensywnej polskiej reprezentacji. Kilkadziesiąt występów w narodowych kadrach juniorów, brązowy medal na meksykańskich mistrzostwach świata U-20, niepodważalne miejsce w olimpijskiej reprezentacji walczącej o Seul ’88. Do tego ponad trzy setki występów na boiskach ekstraklasy, nie tylko w zabrzańskich barwach, gdzie często przywdziewał kapitańską opaskę, lecz również w zespołach Stali Stalowa Wola i Sokola Tychy. Cztery tytuły mistrza kraju (1985, 86, 87, 88) podczas czternastu sezonów pierwszoligowych gier dla Górnika. Dziewięć występów w Pucharze Mistrzów, przeciwko takim firmom, jak Bayern, Anderlecht, Olympiakos, Glasgow Rangers czy Real Madryt. Jednak ten jakże oczekiwany, najdrogocenniejszy dzień występu w polskiej reprezentacji nigdy dla niego nie zajaśniał.

Zbigniew Mandziejewicz. Naprawdę ważna postać w naszym rodzimym, piłkarskim pejzażu. Aż 342 pierwszoligowe występy i 37 bramek. Dwa dublety z warszawską Legią w sezonach 1993/94 i 94/95, a do tego jeszcze Puchar Polski wywalczony w 1987 roku z zespołem Śląska Wrocław. Jedyny gracz podstawowego składu Legii występującej w Champions League (znakomite recenzje zebrał Mandziejewicz m.in. za kluczowy, bezbramkowy pojedynek w Blackburn, gdzie skutecznie dowodził warszawską defensywą, zastępując na środku obrony kontuzjowanego podówczas Jacka Zielińskiego), któremu nie dane było zagrać dla polskiej reprezentacji. Musiał zadowolić się trzynastoma meczami w europejskich pucharach, dobrnięciem z Legią do ćwierćfinału Ligi Mistrzów oraz występami w meczach narodowej kadry B. Zdecydowanie jeden z najlepszych polskich graczy pierwszej połowy lat 90., którzy nigdy nie zaznali występu w koszulce z białym orłem na piersi.

Waldemar Tęsiorowski. Jedna ze sztandarowych postaci wrocławskiego Śląska, ale grywał również m.in. dla Warty Poznań czy Górnika Zabrze. Uzbierał łącznie grubo ponad ćwierć tysiąca pierwszoligowych spotkań. W barwach Śląska zagrał w obu meczach PEZP przeciwko Realowi Sociedad. Występował też nierzadko w naszej olimpijskiej reprezentacji, ocierał się potem również niejednokrotnie o narodową kadrę B, ale do tej pierwszej nigdy nie dotarł.

Krzysztof Walczak. Bardzo skuteczny zawodnik - ponad pół setki goli na boiskach ekstraklasy (strzelał je wyłącznie dla Polonii Bytom i GKS Katowice, choć grał też w pierwszej lidze dla Ruchu i Śląska), do tego udane występy na Cyprze w Nea Salamina, gdzie dołożył do swego dorobku następne kilkanaście pierwszoligowych trafień, a warto pamiętać, że w sezonie 1985/86 Walczak był też najlepszym goleadorem na naszym drugoligowym froncie. W następnym, już tylko Leśniak i Furtok wyprzedzili Walczaka w klasyfikacji najlepszych strzelców naszej ekstraklasy. Dwukrotnie sięgnął z GKS po Puchar Polski, zaliczając w jego barwach aż 21 spotkań na międzynarodowej, pucharowej arenie, na czele z tym najbardziej pamiętnym, rozegranym w wieczór wszystkich świętych 1994 roku w Bordeaux, kiedy to znakomicie wykonana przez niego jedenastka, zapewniła katowiczanom remis 1:1 i sensacyjny awans w konfrontacji z żyrondystami, pośród których brylowali przecież tacy gracze, jak Zidane, Lizarazu czy Dugarry.

Mirosław Myśliński. Łączny staż aż dwóch dekad na boiskach ekstraklasy, w której debiutował w 1982 roku w barwach Widzewa, a z którą żegnał się w 2002 roku, grając dla RKS Radomsko. Jako junior zapowiadał się znakomicie. Na meksykańskim mundialu U-20 w 1983 roku, miał ogromny wkład w wywalczony przez biało-czerwonych brąz (m.in. strzelił gola w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej). Wchodził do Widzewa, gdy ten był u szczytu swej potęgi. Młodziutki, niespełna 20-letni miał swój skromny udział w efektownym, pucharowym marszu łodzian w PKME, dostając swoje kilka minut zarówno w Liverpoolu, jak i w Turynie. Łącznie aż 16 występów w europejskich pucharach. W październiku 1984 roku w Moenchengladbach, strzelił Borussi pięknego i bardzo ważnego gola na 2:3. Dzięki temu trafieniu, łodzianie strzelając zwycięską bramkę w rewanżu u siebie, wyrzucą faworyzowanych Niemców z Pucharu UEFA. Myśliński był zawodnikiem niezwykle pracowitym, a przy tym dysponującym znakomitym uderzeniem. Na boiskach ekstraklasy rozegrał dla Widzewa aż dziesięć sezonów, a pierwszoligowe występy były też jego udziałem w barwach Śląska, ŁKS i Radomska. Łącznie uzbierał ich wszystkich 280, na okrasę dokładając 23 bramki. Poza reprezentowaniem kadr juniorskich i młodzieżowych, grał też w olimpijskiej reprezentacji walczącej o Seul ’88. Do pierwszego zespołu biało-czerwonych nigdy go jednak nie zaproszono.

Andrzej Sermak. Tomasz Hajto wspominał kiedyś swoje ciężkie początki w krakowskim Hutniku, gdzie jeden z renomowanych graczy tego klubu wyśmiewał i wykpiwał na treningach ‘drewnianość’ pewnego ambitnego, o dekadę młodszego piłkarza znad Suchych Stawów. Tym młodym, wykpiwanym był Hajto, wyśmiewającym, który z piłką potrafił zrobić naprawdę wiele, był właśnie Sermak. Jeśli chodzi o umiejętności czysto technicznie, obu dzieliła istna przepaść. Ale to właśnie ów drewniany Hajto, dzięki swojej ambicji, uporowi, góralskiemu charakterowi przebił się do reprezentacji, z którą pojechał na mundial i uzbierał dla niej łącznie 62 występy. Sermakowi natomiast sam talent, nie poparty ambitną, ciężką pracą, nie wystarczył do tego, by choć posmakować występu w koszulce z białym orłem na piersi. Przyznać jednak trzeba, że jeśli Sermak już trafiał do bramki, czy to w lidze, czy w europejskich pucharach (debiutował w nich w barwach GKS Katowice, będąc już grubo po trzydziestce i strzelając dwa gole w Cardiff), to były to najczęściej niezwykle efektowne gole. Niewątpliwie miał papiery na to, by zostać naprawdę znakomitym piłkarzem, utonął jednak w naszej ligowej ponadprzeciętności.

Jerzy Kaziów. Każdy, kto miał okazję z bliska i dość regularnie oglądać grę poznańskich zespołów: Olimpii i Warty, nie ma wątpliwości, że Jerzy Kaziów był jednym z najlepszych napastników, biegających po polskich boiskach na przełomie lat 80. i 90. Niesamowity instynkt strzelecki, znakomita gra głową, wysoka umiejętność przytomnego odnajdywania się w sytuacjach podbramkowych. Najskuteczniejszy gracz w pierwszoligowych dziejach poznańskiej Olimpii. Król strzelców na zapleczu ekstraklasy w barwach Warty Poznań w uwieńczonym wytęsknionym awansem Zielonych do ekstraklasy sezonie 1992/93. Potem strzelał też w lidze dla zespołu z Grodziska Wielkopolskiego. Łącznie na boiskach ekstraklasy uzbierał dokładnie 39 goli. Jest również najskuteczniejszym (ponad pół setki trafień) snajperem wielkopolskich drużyn w całej historii ich występów na drugoligowych boiskach. A pamiętać przecież też należy o jego kilkunastu bramkach uzyskanych dla szwajcarskiego Solothurn, a wcześniej także szwedzkiego Gefle. Po latach okazało się, że w czasach gry w gwardyjskim klubie z Poznania, na użytek komunistycznej bezpieki, pełnił Kaziów w zespole również dość parszywą rolę, ale nie zmienia to w niczym faktu, że na murawie był naprawdę znakomitym napastnikiem.

Janusz Jedynak. Jeden z najlepszych polskich bramkarzy drugiej połowy lat 80. Latem 1987 roku wydatnie przyczynił się do wywalczenia przez Śląsk Pucharu Polski, m.in. broniąc podczas serii jedenastek jednego z karnych egzekwowanych przez zespół GKS Katowice. Znakomicie prezentował się również podczas pojedynków z Realem Sociedad w Pucharze Zdobywców, a szczególnie w pierwszym ze spotkań, gdzie głównie znakomitej postawie Jedynaka, którego bezskutecznie próbowali przełamać Bakero czy Beguiristain, wrocławianie zawdzięczali niespodziewany, bezbramkowy remis osiągnięty w Hiszpanii. Golkiper Śląska bronił również dla polskiej reprezentacji olimpijskiej, zmagającej się o przepustki do Seulu. Wszystko to zaowocowało, powołaniem Jedynaka przez Wojciecha Łazarka na eliminacyjny mecz Euro ’88, przeciwko późniejszym mistrzom Europy – Holendrom. W Zabrzu jednak bramkarz Śląska nie dostał szansy by stanąć oko w oko z Ruudem Gullitem i spółką. Całe spotkanie przesiedział bowiem na ławce rezerwowych, a potem już nigdy więcej nie zaproszono go do pierwszej kadry biało-czerwonych.

Marek Czakon. Wychowanek Odry Opole, jako młody, niespełna 22-letni napastnik nie wzbudził uznania w oczach Huberta Kostki i w rozgrywkach ekstraklasy nie przebił się ani razu do ataku mistrzowskiego Górnika Zabrze, zdominowanego przez graczy tej miary, co Pałasz, Zgutczyński czy Cyroń. W zabrzańskich barwach rozegrał zaledwie jedno spotkanie w Pucharze Intertoto, przeciwko węgierskiemu Zalaegerszeg. A ponieważ do Górnika właśnie przychodziły grać takie znakomitości, jak Urban i Iwan, Czakona pożegnano bez żalu. Poszedł do poznańskiej Olimpii, z którą w sezonie 1986/87 zadebiutował w ekstraklasie, uzyskując łącznie pięć goli, na czym zamknął po wsze czasy swój strzelecki dorobek na pierwszoligowych boiskach w Polsce. Odnajdzie się po kilkudziesięciu miesiącach w Finlandii. Tu już idzie mu znacznie lepiej. W 1990 roku w barwach Ilves Tampere, wywalcza tytuł króla strzelców fińskiej ligi (to wówczas drugi Polak w całej historii naszego futbolu, który sięgnie po tego typu koronę za granicami naszego kraju) oraz zdobywa z tym zespołem krajowy puchar. Dzięki temu, jesienią 1991 roku ma szansę rozegrać niezapomniany dwumecz w PEZP przeciwko słynnej AS Romie z Gianninim, Voellerem czy Haesslerem na pokładzie. W Tampere Czakon pokona bramkarza giallo-rossich Andreę Cervone skutecznym strzałem głową, ustalając wynik meczu na 1:1. Na słynnym Stadio Olimpico, polski napastnik uzyska aż dwa trafienia, w tym jedno rzeczywiście niezwykłej urody, po uderzeniu z blisko 30 metrów. Niewielu graczom w historii europejskich pucharów udało się strzelić Romie w dwumeczu aż trzy gole. Przez trzy lata spędzone w fińskiej pierwszej lidze, Czakon uciuła łącznie 27 trafień, po czym przenosi się do Danii, gdzie przez następne niespełna trzy lata pogra i postrzela (choć już w mniejszych ilościach) dla zespołów BK Frem oraz Naestved. Ląduje też na krótko na zapleczu Bundesligi, przywdziewając trykot Waldhof Mannheim. Prawdziwe bombardowania bramek rywali urządza jednak Czakon dopiero, występując przez niemal dekadę w niższych ligach niemieckich (dla Eintrachtu Trier, Unionu Berlin, oraz Elversbergu - łącznie 90 goli) i luksemburskich (Hostert – 64 gole). W 1991 roku na fali wspaniałych występów w barwach Ilves Tampere przeciwko słynnej Romie, w pojawiły się w ojczyźnie głosy domagające się zweryfikowania umiejętności Czakona w reprezentacyjnym stroju (wszak królów strzelców lig obcych u nas niedostatek), lecz ówczesny selekcjoner wziął je na przeczekanie i temat Czakona w koszulce z białym orłem na piersi umarł śmiercią naturalną.



 cdn...

R.

czwartek, 23 stycznia 2014
Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr (cz. 3)

Zdzisław Rozborski. Jeden z najbardziej kreatywnych polskich futbolistów swoich czasów. Zawodnik świetnie wyszkolony technicznie, potrafiący doskonale przerzucić piłkę, dysponujący znakomitym uderzeniem. Prawdziwy boiskowy mózg wspaniałego niegdyś Widzewa, kapitan zespołu i jeden z jego niekwestionowanych liderów. Ten klasowy piłkarz zdobył niesamowicie bogate doświadczenie na arenie międzynarodowej, w europejskich pucharach rozegrał aż 22 spotkania przeciw takim tuzom, jak Manchester United, Juventus, Liverpool, PSV, St. Etienne, Ipswich czy Anderlecht (zaliczył trafienia przeciwko PSV i Rapidowi Wiedeń). Po znakomitym w wykonaniu Rozborskiego meczu Pucharu UEFA z października 1977 roku, kiedy to swoim golem, popularny 'Zito' otworzył wynik spotkania z PSV Eindhoven, słynny trener rywali Rijvers, nazwał go piłkarzem klasy europejskiej. Był bezsprzecznie jednym z głównych, boiskowych architektów wspaniałego marszu Widzewa do półfinału Pucharu Mistrzów w sezonie 1982/83. W polskiej lidze rozegrał (dla Górnika i Widzewa) łącznie 223 mecze, w których strzelił 34 bramki. Uzyskał także honorowego gola w przegranym przez łodzian finale Pucharu Polski w 1977 roku. Z naszej ekstraklasy odszedł po najwspanialszym sezonie Widzewa, zwieńczonym grą o finał PKME. Popularny ‘Zito’ obrał kierunek francuski, przez dwa sezony występując dla drugoligowego Stade Reims, a potem również w tamtejszych niższych klasach rozgrywkowych oraz osiedlając się na stałe w ojczyźnie Michela Platiniego i Marty Robin. Podczas swej piłkarskiej kariery, Zito Rozborski niejednokrotnie grywał w polskiej reprezentacji juniorskiej, młodzieżowej czy dla kadry B, tylko w pierwszym zespole biało-czerwonych, nie wiedzieć czemu, nigdy nie dano mu szansy.

Bogdan Gunia. Sześć sezonów niezwykle solidnej gry dla zabrzańskiego Górnika, a przedtem jeszcze pierwszoligowe szlify zdobywane w barwach ROW Rybnik. Przez ponad dwa lata kapitan wielkiego, mistrzowskiego Górnika Zabrze, z którym dwukrotnie święcił triumfy w ekstraklasie (84/85 i 85/86). Choć Górnik był wówczas na boiskach ekstraklasy istną potęgą, a przygniatająca większość jego graczy, wcześniej lub później, szturmowała reprezentacyjne trykoty, to jednak dla wychowanka Hutnika Trzebinia nigdy nie zajaśniała szansa na upragniony występ z białym orłem na piersi. Cóż, miałem wówczas w formacji defensywnej po prostu jeszcze lepszych zawodników niż Gunia. Jeśli jakiejkolwiek swojej decyzji mogę żałować w kontekście mistrzostw 1986 roku, to chyba wyłącznie tego, że nie powołałem na tę imprezę Pawła Janasa z Auxerre. Z perspektywy czasu uważam, że to był rzeczywiście błąd i możecie o tym śmiało napisać – ucina dywagacje na temat niezrealizowanych marzeń Guni o reprezentacji, Antoni Piechniczek, którego selekcjonerska kadencja przypadła dokładnie na czas niezwykle udanej, zabrzańskiej przygody znakomitego obrońcy. Być może, już po meksykańskim mundialu, Piechniczek bardzo szybko przekonałby się o potencjalnej przydatności Guni dla biało-czerwonej defensywy, przyglądając się temu zawodnikowi na co dzień w klubie, lecz gdy nasz były selekcjoner obejmował kilka miesięcy po mistrzostwach ‘86 Górnika, byłego kapitana zabrzan miał już w trenowanym przez siebie szwajcarskim FC Grenchen, ogromnie ceniący walory tego gracza, niedawny szkoleniowiec górniczego zespołu - Hubert Kostka. Piłkarska przygoda Bogdana Guni w Grenchen trwała jeszcze dobre kilkanaście lat, choć gdy wyjeżdżał z Polski dobijał już przecież do trzydziestki.

Jacek Jarecki. Wiosną 1982 roku spisywał się w bramce Śląska Wrocław wprost wyśmienicie. Młody bramkarz wygryzł ze składu wojskowych renomowanego reprezentanta kraju, członka mundialowej ekipy z 1978 roku, Zdzisława Kostrzewę i sam zapukał do drzwi kadry. W opinii wielu Jarecki był niesłychanie wręcz utalentowanym bramkarzem najwyższej klasy, Janusz Sybis swego czasu porównywał go nawet do Tomaszewskiego. Po zakończeniu ligi, w maju 1982 roku Piechniczek powołał Jareckiego (w miejsce Piotra Mowlika, którego czekał mecz w finale PP) do szerokiej kadry na odbywające się w Niemczech zgrupowanie, przygotowującej się do hiszpańskiego mundialu polskiej reprezentacji. Od kilku miesięcy przebywała za naszą zachodnią granicą pewna polska tenisistka, wielka miłość Jareckiego, która tuż przed stanem wojennym wyemigrowała do Niemiec i gorąco namawiała bramkarza Śląska, by do niej dołączył. Jarecki bardzo mocno się wahał, prosił różne osoby o radę (jego rozterki stanowiły w polskim sztabie tajemnicę poliszynela), ale ostatecznie 3 czerwca nad ranem, żegnając się z kilkoma kolegami z kadry, wypuszczony z budynku przez Grzegorza Lato, który jako jedyny posiadał klucze do głównych drzwi wejściowych, opuścił zgrupowanie reprezentacji, odjeżdżając spod hotelu samochodem wraz z czekającą na niego dziewczyną. Antoni Piechniczek w rozmowie z nami nie pozostawia po latach większych złudzeń, co do szans wyjazdu Jareckiego na Espana '82. Miałem już swoją trójkę bramkarzy na ten mundial. Młynarczyk był wówczas bezapelacyjnie poza konkurencją, a Kazimierski i Mowlik też byli lepsi. Jarecki był jednak zawodnikiem bardzo perspektywicznym. Ale co z tego, choćbym go nawet wtedy zabrał na mundial, on i tak by uciekł. Na Zachodzie Jarecki wcale nie robi jednak takiej kariery do jakiej był predysponowany. Przez dwa lata broni dla pierwszoligowego, austriackiego Wiener SK, a potem przez siedem sezonów strzeże na zapleczu niemieckiej Bundesligi bramki Fortuny Koeln. Temat reprezentacji zostaje w jego życiu zamknięty na zawsze, a sam Jarecki jest z pewnością piłkarzem głęboko niespełnionym. Zmarł w dniu swoich czterdziestych czwartych urodzin - 26 czerwca 2002 roku w Koloni.

Marek Banaszkiewicz. Zapowiadał się rzeczywiście na niebanalnego gracza. Za młodu w warszawskiej Gwardii stworzył legendarny już dziś tercet z Dziekanowskim i Baranem, lecz jako jedyny z nich, nigdy nie zaistniał w polskiej reprezentacji. Dla Gwardii i krakowskiej Wisły zaliczył łącznie ćwierć setki trafień na pierwszoligowych boiskach. Na arenie międzynarodowej wsławił się jedynie strzeleniem dla krakowian trzech goli w dwumeczu o Puchar Zdobywców Pucharów z islandzkim IBV Vestmannaeyjar w 1984 roku. W koszulce z orłem na piersi występował wyłącznie w młodzieżówce oraz reprezentacji B.

Zbigniew Stelmasiak. Środkowy napastnik, który pierwszoligową karierę inaugurował w barwach poznańskiego Lecha w sezonie 79/80. Najbardziej udana była dla niego pierwsza połowa lat 80., kiedy to grając dla szczecińskiej Pogoni aż dwukrotnie z rzędu był trzeci w końcowej klasyfikacji najlepszych strzelców ekstraklasy. W tym czasie Stelmasiak występował również w polskiej reprezentacji olimpijskiej, zmagającej się o przepustki do Los Angeles. Łącznie na polskich, pierwszoligowych boiskach, dla Lecha, Pogoni, Górnika Wałbrzych i Zagłębia Lubin uzyskał dokładnie 44 gole. Będąc już dobrze po trzydziestce wybrał się na północ kontynentu, pograć jeszcze trochę w szwedzkim Trelleborgu.

Krzysztof Kamiński. Dziewięć ligowych sezonów dla łódzkiego Widzewa, dwa tytuły mistrzowskie (1981, 82), Puchar Polski (85). Aż 23 występy w europejskich pucharach, wśród nich komplet pełnych spotkań podczas pamiętnego, zakończonego na półfinale PKME, podboju Starego Kontynentu. We wrześniu 1983 roku, dobra postawa Kamińskiego zostaje uhonorowana również przez Antoniego Piechniczka, który powołał go na towarzyski mecz z Rumunią. Po krakowskiej murawie nie dane było jednak pobiegać Kamińskiemu w towarzystwie wschodzącej gwiazdy światowego futbolu - Gheorghe Hagiego, gdyż piłkarz Widzewa przesiedział całe to spotkanie na ławce rezerwowych.

Piotr Piekarczyk. Bezsprzecznie jeden z najlepszych i najsolidniejszych polskich defensorów drugiej połowy lat 80. Niezastąpiony filar GKS Katowice, niekwestionowana ostoja formacji obronnej olimpijskiej kadry Podedwornego, a jednak bez upragnionego stempla reprezentacji A. Wielu polskich znakomitych piłkarzy, którzy na boiskach ekstraklasy miało okazję grać przeciwko Piekarczykowi do dziś nie potrafi wyjść ze zdumienia wobec faktu, iż graczowi tej klasy nigdy nie dano szansy, by zaistniał w reprezentacyjnym zespole biało-czerwonych. W lipcu 1983 roku wybrany najlepszym obrońcą rozgrywanego w Chinach Pucharu Wielkiego Muru, podczas którego GKS w obecności ponad 100 tysięcy widzów zmierzył się m.in. z reprezentacją Tajlandii. W latach 1988 i 1989 prestiżowy tygodnik „Piłka Nożna” umieszczał Piekarczyka w swej ‘jedenastce roku’, uznając go najlepszym polskim stoperem. W tym czasie znaczne zainteresowanie osobą katowickiego defensora przejawiał zespół HSV, który pragnął dokonać kolejnego, po Furtoku, polskiego wzmocnienia. Piekarczyk był nawet na testach w Hamburgu, lecz do transferu ostatecznie nie doszło, gdyż nie wszystkim ponoć zależało wówczas w Katowicach na tym, by GKS doznawał następnego po odejściu Furtoka i Rudego, tak poważnego osłabienia. W polskiej ekstraklasie defensor z Katowic rozegrał 235 spotkań, strzelając 18 goli. Dwunastokrotnie wystąpił też w europejskich pucharach, przy czym podczas dwóch ostatnich spotkań przywdziewał już barwy szwedzkiego GAIS Goeteborg.

Jerzy Kruszczyński. Kapitan Kolejorza z pamiętnych meczów przeciwko Barcelonie. Zanim trafił do Poznania, zdążył zyskać ogromny szacunek kibiców na Wybrzeżu, gdzie na zapleczu ekstraklasy, w barwach gdańskiej Lechii, podczas sezonu 1983/84 uzyskał koronę króla strzelców z imponującym bilansem 31 goli w 30 meczach (na przestrzeni całych dziejów naszej II ligi wyprzedza go tylko Andrzej Szarmach, który w sezonie 71/72 zdobył 33 bramki). Skuteczny, bardzo wartościowy zawodnik, który na boiskach ekstraklasy uzyskał łącznie 38 trafień. Bezlitosny i niemal nieomylny egzekutor rzutów karnych. Do historii polskiego futbolu przeszły jego gole strzelane w europejskich pucharach prawdziwym gigantom klubowej piłki: Juventusowi Turyn (w barwach gdańskiej Lechii) oraz FC Barcelonie (Kruszczyński pokonał z wapna Zubizarretę dwukrotnie - w trakcie regulaminowego czasu gry oraz podczas serii jedenastek).

Bogusław Kwiecień. Wychowanek mieleckiej Stali, to jedyny polski piłkarz mający na koncie występy w hiszpańskiej Primera Division, który nigdy nie wystąpił w kadrze biało-czerwonych. W 1984 roku kilkunastokrotny młodzieżowy reprezentant Polski wyjeżdża do Niemiec. W rundzie jesiennej 1985 roku debiutuje na boiskach Bundesligi w barwach Eintrachtu Frankfurt, w którym rozegra sześć spotkań. Wypożyczony na drugoligowe zaplecze przywdziewa barwy zespołu z Bayreuth. Po sezonie wraca do Frankfurtu, lecz w trykocie Eintrachtu nie powącha już ligowej murawy. Nie pomaga nawet proces naturalizacji i zmiany personaliów na Wolfgang April. Z rezerw frankfurckiego zespołu, wiosną 1987 roku przenosi się w cieplejsze i przyjaźniejsze klimaty hiszpańskiej Primera Division. Rozegra w niej do końca rundy siedem spotkań, a 31 maja 1987 roku polski obrońca strzeli ogromnie ważną, zwycięską bramkę na 1:0 w wyjazdowym spotkaniu przeciwko Osasunie. Gol, ten, jak się później okaże, będzie miał kolosalne znaczenie dla faktu utrzymania się zespołu Sabadell na pierwszoligowym poziomie. Po hiszpańskiej przygodzie wraca do Niemiec, by tam jeszcze przez kilka sezonów pograć w niższych ligach.

Piotr Romke. Ten ambitny futbolista, podobnie jak Jarecki, znajdował się w szerokiej kadrze, przygotowującej się do hiszpańskich mistrzostw świata. Na skutek stanu wojennego, wprowadzonego przez komunistyczną juntę gen. Jaruzelskiego, polska reprezentacja była pozbawiona możliwości rozgrywania oficjalnych meczów międzypaństwowych, musząc zadowolić się jedynie sparingami z zespołami klubowymi. Na początku maja 1982 roku podczas dwóch takich zwycięskich sparingów przeciwko Athletic Bilbao oraz Celcie Vigo, w podstawowym składzie naszej kadry wystąpił właśnie Piotr Romke. Na upragniony mundial jednak się nie załapał. Był ostatnim, który odpadł z polskiej kadry na Espana '82. Co prawda, tuż po mistrzostwach, Antoni Piechniczek zabrał go jeszcze na eliminacyjny mecz Euro '84 do Finlandii, gdzie Romke wygrzewał ławkę rezerwowych, ale potem już nigdy więcej, ani on, ani żaden inny selekcjoner nie skorzystał z usług tego pracowitego i walecznego, choć bądźmy szczerzy - absolutnie nie genialnego futbolisty. Na osłodę Romke powojował za to nieco w europejskich pucharach, zaliczając w nich aż 27 występów, biorąc udział między innymi w pamiętnych półfinałowych spotkaniach Pucharu Mistrzów przeciwko Juventusowi, a także potykając się z takimi klubami jak Borussia Moenchengladbach, Anderlecht, St. Etienne, Liverpool czy FC Barcelona. Ponadto z łódzkim Widzewem sięgnął po mistrzowski tytuł w 1981 i 1982 roku, natomiast krajowy puchar wzniósł ku górze w roku 1985 (z Widzewem) oraz w 1988 (z Lechem).

Janusz Krupiński. Piłkarz mistrzowskiej Wisły Kraków, z którą w sezonie 1978/79 dotarł aż do ćwierćfinału PKME. Swój debiut w europejskich pucharach, uczcił bardzo spektakularnie, bo wykazując się, w ostatniej minucie meczu z FC Brugge, ogromnym sprytem i zdobywając bramkę, która da wiślakom promocję do następnej rundy rozgrywek i na trwałe już zapisze się w dziejach krakowskiego klubu. Łącznie wystąpi Krupiński w europejskich pucharach jedenastokrotnie, a na pierwszoligowym poziomie będzie grał dla Wisły przez dziewięć sezonów. Wielokrotnie grywa w kadrze U-21, a także w polskiej reprezentacji B, ale do tej najważniejszej nigdy się nie przebije. Zmarł 17 lutego 2009 roku.

Mariusz Niewiadomski. W Poznaniu nazywany „Maradoną” z racji jego boiskowej błyskotliwości, sprytu, wysokich umiejętności technicznych. Dwukrotny mistrz Polski (1983, 84) z Kolejorzem w epoce łazarkowej. Trzy razy z poznańską lokomotywą sięgał też po Puchar Polski (82, 84, 88). Zaliczył swego czasu pamiętne trafienie przeciwko Athletikowi Bilbao w Pucharze Mistrzów (a mógł tych bramek strzelić wówczas Zubizarrecie jeszcze co najmniej kilka), grał również w obu meczach Lecha przeciwko wielkiemu Liverpoolowi. W biało-czerwonych barwach występował wyłącznie w młodzieżowej reprezentacji.

Marek Majka. Znakomity gracz drugiej linii wielkiego Górnika Zabrze drugiej połowy lat 80., z którym wywalczył aż cztery mistrzowskie tytuły pod rząd (1985-88). Gdy jesienią, po meksykańskim mundialu, przejąłem prowadzenie Górnika Zabrze, gdzie jednym z moich podopiecznych był właśnie Marek Majka, bardzo wartościowy i ciekawy piłkarz z inklinacjami ofensywnymi, rzeczywiście mogłem się zastanawiać nad tym, czy taki zawodnik nie przydałby mi się kilka miesięcy wcześniej w kadrze na mistrzostwa świata ’86 – wyznaje po latach Antoni Piechniczek. Szansy na reprezentacyjny debiut nie podarował Majce również następca Piechniczka na selekcjonerskiej ławce – Wojciech Łazarek, co sprawia, że zawodnik ten jest bezsprzecznie jednym z najlepszych polskich piłkarzy lat 80., którym nie dane było wdziać na siebie reprezentacyjnego stroju. Nieco na osłodę pozostały mu występy w narodowej kadrze B, gry w europejskich pucharach przeciw tak zacnym zespołom, jak Bayern, Anderlecht, Olympiakos czy Glasgow Rangers, a przede wszystkim, dająca Górnikowi niespodziewane prowadzenie, bramka, strzelona jesienią 1985 roku na stadionie w Monachium słynnemu belgijskiemu bramkarzowi Bawarczyków – Pfaffowi. Po zakończeniu obfitującej w sukcesy przygody w polskiej ekstraklasie, Majka jako już 29-letni, dojrzały gracz, wyjeżdża w 1988 roku pograć jeszcze przez dwa lata z haczykiem na zapleczu Bundesligi, gdzie w zespole SC Freiburg jest naprawdę ogromnie ważną postacią. Dość powiedzieć, że przez dwa pierwsze sezony gry w Niemczech, choć występuje przecież w drugiej linii, jest Majka najskuteczniejszym piłkarzem własnej drużyny (jego klubowym kolegą jest tam m.in. Joachim Loew), której późną wiosną 1989 roku niewiele zabrakło do awansu do Bundesligi. Potem grywa też w niższych ligach niemieckich, by zakończyć karierę tu, gdzie ją rozpoczął, czyli w rodzinnych Gliwicach.

Grzegorz Kapica. Chronologicznie rzecz ujmując, to pierwszy w historii polskiego futbolu król strzelców naszej ekstraklasy (choć piłkarzowi bytomskich Szombierek wystarczyło do osiągnięcia tego miana w sezonie 1981/82 zaledwie 15 trafień), który nigdy nie zagrał w reprezentacji Polski. Potem w jego ślady poszli następni, bo i siła naszej ligi była po prostu coraz mniej znaczna, więc tytuł króla strzelców polskiej ligi nie posiadał już takiej wartości jak dawniej. Sam Kapica uzyskał łącznie na boiskach ekstraklasy 44 gole, z poznańskim Lechem sięgnął po krajowy dublet w 1984 roku, zaś z chorzowskim Ruchem triumfował w lidze w 1989 roku. Czterokrotnie wystąpił też w europejskich pucharach, ale niespecjalnie udało mu się postraszyć tak uznanych golkiperów jak Hiele czy Zubizarreta.

Marek Filipczak. Wyrwany z ławki trzecioligowej stołecznej Polonii, niemal z dnia na dzień staje się ważnym elementem jednego z najsilniejszych wówczas klubów w Europie. Już w pierwszym sezonie (1981/82) gry dla mistrzowskiego Widzewa, Filipczak jest, wraz ze Smolarkiem, a o dwa gole przed inną gwiazdą nadchodzącego właśnie, hiszpańskiego mundialu – Zbigniewem Bońkiem, najskuteczniejszym strzelcem w zespole. W sezonie, gdy łodzianie docierają do półfinału Pucharu Mistrzów, Filipczak ustrzeli na Malcie hat-tricka przeciwko Hiberniansowi, a także popisze się nieocenioną asystą przy golu Smolarka na Anfiled Road, który na dobrą sprawę wyrzuci słynny Liverpool z ćwierćfinału PKME. W ekstraklasie będzie potem strzelał gole jeszcze dla Bałtyku Gdynia, Stali Mielec i Olimpii Poznań, łącznie uzbiera ich niespełna pół setki. U kresu kariery pogra też przez trzy lata dla norweskiego Brann Bergen.

Zbigniew Kruszyński. Dziś zapewne ciężko byłoby sobie nawet wyobrazić, że polski zawodnik, świetnie radzący sobie na boiskach angielskiej Premier League, nie zaliczył choćby jednego, symbolicznego sprawdzianu w biało-czerwonej reprezentacji. A jednak sytuacja taka miała miejsce jeszcze kilkanaście lat temu. Wychowanek Unii Tczew, jako piłkarz gdańskiej Lechii był, obok Buncola, Iwana czy Kazimierskiego, jednym z filarów reprezentacji U-18 Edmunda Zientary, która w maju 1978 roku sięgnęła po brąz na mistrzostwach Starego Kontynentu. Po tym sukcesie Kruszyński zaczął grywać w polskiej kadrze U-21, a potem jako niespełna dwudziestoletni zawodnik uciekł za zachodnią granicę. W HSV będącym wówczas czołową siłą europejskiego futbolu, trenuje z zespołem rezerw, czekając aż minie dyskwalifikacja, którą ścigało go z ojczystej ziemi karzące, czerwone ramię. Przez jakiś czas występuje potem w niższych, niemieckich ligach, a później dwa lata spędza w drugoligowym Saarbrucken. W sezonie 1985/86 gra już z tym zespołem na boiskach Bundesligi, by niemal natychmiast z niej spaść, a potem znów powrócić w sezonie 1987/88 już w barwach FC Homburg, gdzie jego partnerami w bloku defensywnym są rodacy, Romanowie: Wójcicki i Geszlecht. Swój dorobek w Niemczech Kruszyński zamyka na 64 występach i dwóch strzelonych golach w Bundeslidze, oraz blisko setce spotkań i dziewięciu trafieniach na jej zapleczu. Z Homburga przenosi się do zespołu zdobywcy Pucharu Anglii – FC Wimbledon. Dla twardego, solidnego polskiego defensora gra w Premier League stanowi ciekawe wyzwanie. Przez trzy lata (1988-91) Kruszyński uzbiera łącznie 71 pierwszoligowych występów w barwach Wimbledonu, strzelając w nich cztery gole. Jego klubowymi kolegami są tam wówczas m.in. Dennis Wise, Vinnie Jones, John Fashanu, John Scales, Keith Curle, Terry Phelan, Eric Young czy Lawrie Sanchez. Z Wimbledonu 31-letni polski defensor przechodzi następnie do trzecioligowego Brentford, z którym wywalcza awans na drugi front, i który potem konsumuje występami w brentfordzkim trykocie. Jesienią 1993 roku powraca na krótko na salony Premier League, rozgrywając dokładnie dwa spotkania dla Coventry City. Już na wiosnę tego samego sezonu przywdziewa barwy drugoligowego Peterborough, a potem dobijający już powoli ku czterdziestce, doświadczony defensor grywa wyłącznie w niższych ligach, reprezentując barwy m.in. Oxford City, Saint Albans City, Hayes czy Kingstonian. Nigdy nie zagra w koszulce z białym orłem na piersi dla pierwszej reprezentacji Polski.

Joachim Hutka. Zapowiadał się wprost rewelacyjnie. W barwach zabrzańskiego Górnika debiutował w ekstraklasie jako niespełna szesnastoletni chłopak. W wieku osiemnastu lat, wraz z Kruszyńskim i spółką, wywalczył brąz na Mistrzostwach Europy juniorów w 1978 roku. Hutka był pewnym punktem tamtego zespołu, a jego bramka strzelona Szkotom w meczu o trzecie miejsce w turnieju, miała ogromny wpływ na to, że młodzi, polscy piłkarze mogli zawiesić sobie na szyi upragnione medale. Latem 1980 roku, po czterech sezonach spędzonych na polskich, pierwszoligowych boiskach, dwudziestoletni gracz Górnika, podejmuje życiową decyzję o wyjeździe z Polski. Przygarnia go Fortuna Dusseldorf, w barwach której Hutka rozgrywa 22 spotkania na boiskach Bundesligi, strzelając jednego gola (1981/82). Następnie przenosi się do Belgii, gdzie w tamtejszej pierwszej lidze rozegra blisko pół setki spotkań dla Winterslag i Waterschei, a na zakończenie niespełnionej reprezentacyjnie, piłkarskiej kariery zakotwicza na kilka lat w szwajcarskim Winterthur.

Aleksander Famuła. Styczeń 1983 roku, zespół Górnika Zabrze wylatuje na tournee po Ameryce Południowej. Większość piłkarzy doskonale wie, że na lotnisku w Amsterdamie od ekipy planuje odłączyć się i pozostać na Zachodzie, reprezentant Polski - Andrzej Pałasz. Jednak przyjaźniący się z nim, młody i niezwykle uzdolniony golkiper zabrzan, Aleksander Famuła usilnie przekonuje kolegę, by jeśli rzeczywiście chce uciec, uczynił to dopiero w drodze powrotnej do kraju. Pałasz dał się przekonać, a gdy zabrzanie wracali z tournee przez Niemcy, okazało się, że na lotnisku we Frankfurcie nad Menem zniknął... Famuła. Szukano go nawet po ubikacjach znajdujących się na lotnisku, ale odnalazł się dopiero po kilkudziesięciu miesiącach, już w pełnej, sportowej krasie w bramce Karlsruher SC. W sezonie 1986/87 uzyskał z tym zespołem promocję do Bundesligi, w której przez niespełna cztery sezony rozegrał 112 spotkań, będąc bardzo mocnym punktem drużyny. Famuła uchodził za jednego z najlepszych golkiperów całej ligi niemieckiej, a „Kicker” uznał go swego czasu, największym w Niemczech specjalistą między słupkami od radzenia sobie w sytuacji ‘sam na sam’. Warto podkreślić, że w cieniu Famuły dojrzewał ogromny talent jednego z najlepszych potem bramkarzy świata - Olivera Kahna, który przez ładnych kilka lat podziwiał występy Polaka, przesiadując na ławce rezerwowych. Dopiero w listopadzie 1990 roku dokonała się historyczna zmiana warty w bramce KSC, gdy podczas meczu z Bochum, słynny trener Winfried Schaefer, zdjął w przerwie z boiska, nie mającego najlepszego dnia Famułę, a wprowadził w jego miejsce Kahna. Młody Oli wykorzystał swoją szansę i polski bramkarz zagrał przez najbliższe półtora roku zaledwie jedno spotkanie w Bundeslidze, a potem przeniósł się na jej zaplecze, by bronić dla FC Homburg. Andrzej Strejlau, pytany przez nas o to, czy temat Famuły w reprezentacji był w ogóle brany pod uwagę po 1989 roku, nie potrafi udzielić klarownej odpowiedzi. Na pocieszenie pozostaje Famule naprawdę udana kariera w Bundeslidze, gdzie przyszło mu występować w jednym zespole z takimi graczami, jak Kahn, Nowotny, Kreuzer, D.Schuster, Rolff, Szmarow czy Scholl, a także wiele niezapomnianych pojedynków oko w oko z naprawdę klasowymi, wybitnymi graczami.

Cezary Tobollik. Zdecydowanie jeden z najbardziej rozpoznawalnych na międzynarodowej arenie polskich piłkarzy, którzy nigdy nie zagrali dla biało-czerwonej reprezentacji. Wychowanek mieleckiej Stali, w barwach której debiutował na boiskach ekstraklasy w wieku niespełna dziewiętnastu lat. Grał też przez rok w Stali Rzeszów, a w sezonie 82/83 przywdziewał pasiasty trykot Cracovii. To właśnie wówczas, 23 kwietnia 1983 roku, wsławił się niezwykłym wyczynem, strzelając podczas krakowskich derbów z Wisłą, legendarną już, zwycięską bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Te niezwykłe chwile postanowił upamiętnić po wsze czasy poeta Jerzy Harasymowicz, który pisał: Wykonał rzut rożny/ piłka uderzona przez uskrzydloną stopę/ sama dostała skrzydeł/ wpadła do bramki/ dotknięta tylko przez stojące powietrze/ I Wawel stał się większy/ i Kopiec usypany przez uniesione z radości ręce kibiców/ Z hukiem spadła z nieba "Biała Gwiazda"/ nad Norbertankami zgasła/ Uczynił to skromny chłopiec/ Tobollik Cezary. W lipcu 1983 roku, po zwycięskim meczu w Pucharze Intertoto ze Sturmem Graz, w którym zdobył zresztą gola, Tobollik postanowił odłączyć się w Austrii od ekipy, pomimo że odmówiono mu oddania paszportu. Już późną jesienią tego samego roku, Tobollik biega w trykocie Eintrachtu Frankfurt po boiskach Bundesligi. Swą pierwszą bramkę w lidze naszych zachodnich sąsiadów zdobywa w marcu 1984 roku, pokonując słynnego bramkarza niemieckiej kadry Dietra Burdenskiego, a w ostatniej kolejce, w przeciągu zaledwie pięciu minut dwukrotnie trafia do bramki Kaiserslautern. Następny sezon, to już prawdziwy popis Cezarego Tobollika na boiskach Bundesligi. Jest jednym z najlepszych graczy swojej drużyny, strzelając dla Eintrachtu łącznie dziesięć goli (9 w lidze i 1 w Pucharze Niemiec). Na początku kwietnia 1985 roku Tobollik, strzela również arcyważną bramkę dla swej drużyny w zremisowanej przez nią potyczce z wielkim Bayernem Monachium. Co ciekawe, bramki Bawarczyków strzeże wówczas belgijski golkiper Pfaff, ten sam który niemal dokładnie miesiąc później, skutecznie powstrzyma biało-czerwonych w eliminacyjnym meczu do meksykańskiego mundialu, przegranego przez naszych 0:2. Pytam po latach Antoniego Piechniczka, czy pojawił się w ogóle wówczas w polskim sztabie choć na moment temat, robiącego furorę na boiskach Bundesligi - Cezarego Tobollika, w kontekście reprezentacji. Prawdę mówiąc, od pana się dowiaduję, że był wtedy taki zawodnik, świetnie radzący sobie w lidze niemieckiej i że właśnie strzelał gola Bayernowi, pokonując Pfaffa, gdy my szykowaliśmy się na Belgię – przyznaje z rozbrajającą szczerością ówczesny selekcjoner - To były jednak zupełnie inne czasy. Dziś na rynku piłkarskim monitoruje się dosłownie wszystko, wiemy bardzo wiele o każdym z naszych graczy. Wtedy było inaczej, nie było również takich technicznych możliwości śledzenia tego, co dzieje się w europejskim futbolu. Poza tym, co tu kryć, w przypadku tzw. ‘uciekinierów’ dochodziły też po prostu kwestie polityczne. Ostatnią ligową kolejkę, Tobollik znów postanawia uczcić zdobyciem dwóch bramek, tym razem w meczu z Borussią Moenchengladbach. Następny sezon spędzi polski gracz na zapleczu Bundesligi, gdzie należy do najskuteczniejszych strzelców, zdobywając dla Viktorii Aschaffenburg 18 goli. Kolejne kilka lat to już przygoda wychowanka Stali z ligą francuską. W barwach Lens, Tobollik rozegra trzy sezony, strzelając w 88 spotkaniach 13 goli i mając na rozkładzie tak znakomitych bramkarzy, jak Bats, Ettori, Martini, Bats czy Castaneda. Dwukrotnie popisuje się bramkowymi dwupakami, w meczach przeciwko Nice i Caen. A potem, dobijający już do trzydziestki, polski piłkarz powraca do Niemiec, by tam w niższych ligach, reprezentując barwy, kolejno: Waldhoff Mannheim, Kickers Offenbach czy ponownie Viktorii Aschaffenburg, kończyć swoją karierę. Koszulkę z białym orłem na piersi, przyszło mu przywdziać wyłącznie w wydaniu reprezentacji młodzieżowej, jeszcze w krakowskich czasach.

Wenanty Fuhl. Niezwykle obiecujący obrońca mistrzowskich, bytomskich Szombierek, z którymi dwukrotnie u progu lat 80. wyruszył w pucharową przygodę, zaliczając komplet sześciu spotkań przeciwko Trabzonsporowi, CSKA Sofia i Feyenoordowi Rotterdam. W trakcie stanu wojennego opuszcza Polskę. Kieruje swe kroki ku Schalke, ale w drużynie z Gelsenkirchen nie zagra ani sekundy. W sezonie 1983/84 dowodzi linią defensywną zespołu austriackiej Bundesligi - Wiener SC, strzelając przy okazji cztery gole. Potem przenosi się do Niemiec, gdzie przez siedem sezonów będzie próbował przebić się z drugoligowego frontu na najwyższy poziom rozgrywkowy. Udaje mu się już przy pierwszym podejściu, w barwach Norymbergi, ale Fuhl nie jest podstawowym graczem zespołu (są tam, w formacji defensywnej, jeszcze lepsi od niego, jak choćby przyszły mistrz świata Stefan Reuter czy Roland Grahammer), dlatego nie spija profitów z awansu, lecz pozostaje na kolejne lata w 2.Bundeslidze, przywdziewając teraz barwy Saarbrucken. Tu polski obrońca będzie miał przyjemność grywać z takimi piłkarzami jak Yeboah, Kinkładze, Wynalda, Wuttke, Preetz, Sawiczew czy Akpoborie, a w sezonie 1992/93 w 22 spotkaniach pokaże się wreszcie na pierwszoligowych, niemieckich boiskach, strzelając nawet swojego gola.

Eugeniusz Ptak. Rozpoczynał piłkarską karierę w Kaliszu, przewinął się tez przez Lechię Piechowice, a na boiskach ekstraklasy debiutował w barwach Śląska Wrocław. Jesienią 1982 roku Ptak rozegra też dwa wrocławskie mecze w Pucharze UEFA, przeciwko Dynamo Moskwa i Servette Genewa. Pierwszoligową przygodę kontynuuje potem przez trzy lata w Zagłębiu Lubin. W sezonie 86/87 tylko Leśniak i Furtok wyprzedzają go w końcowej klasyfikacji strzelców ekstraklasy, a gdy Zagłębie spadnie z ligi, Ptak zostanie najlepszym goleadorem na drugim froncie, walnie przyczyniając się do natychmiastowego powrotu lubinian tam, skąd spadli. Eugeniusz Ptak jest również znaczącą, ofensywną siłą w będącej bezpośrednim zapleczem naszej pierwszej reprezentacji, olimpijskiej kadrze Podedwornego. Jesienią 1989 roku ściąga go do cypryjskiego Apollonu Limassol, Jerzy Engel. Tam, już na dzień dobry, we wrześniu 1989 roku, Ptak wraz z Krzysztofem Adamczykiem w ataku, musi stawić czoła w Pucharze UEFA Realowi Saragossa. Podopieczni Radomira Antica (wśród nich Chilavert, Senor, Sirakow czy Villaroya) gładko wygrywają na Cyprze 3:0, lecz z Zaragozy, Ptak i spółka wyjeżdżają z niespodziewanym remisem 1:1. W sezonie 1990/91 polski piłkarz wywalcza ze swym zespołem mistrzostwo Cypru, a w PKME, pomimo wyjazdowej porażki 0:2 z rumuńską Universitateą, Apollon poderwany golem Ptaka już w 10 minucie rewanżowego spotkania, sensacyjnie odrabia straty, wygrywając u siebie 3:0. W drugiej rundzie Pucharu Mistrzów nie ma już żartów. Apollon trafia na broniącą tytułu najlepszego klubowego zespołu na Starym Kontynencie Crvenę Zvezdę. W rozegranym w węgierskiej miejscowości Szeged (w Jugosławii ze względu na działania wojenne mecz nie mógł się odbyć), Eugeniusz Ptak strzelił w 41 minucie spotkania naprawdę przepiękną, wyrównującą bramkę. Ostatecznie Crvena Zvezda wyraźnie wygrała rywalizację z cypryjskim zespołem (3:1, 2:0), ale Polak, w towarzystwie tak znakomitych graczy jak Savicevic, Pancev, Belodedici, Jugovic czy Mihajlovic, pokazał się naprawdę z dobrej strony. W tym sezonie Ptak zdobędzie też w barwach Apollonu krajowy puchar. Potem przeniesie się jeszcze na rok do zespołu Nea Salamina. W lidze cypryjskiej uzyska łącznie dokładnie 40 goli. Na ojczyste boiska powróci jesienią 1994 roku, by w wieku 34 lat, w swych ostatnich sześciu spotkaniach w ekstraklasie strzelić trzy gole. Potem pogra i postrzela jeszcze dla legnickiej Miedzi, a także w niemieckich niższych ligach (Oldenburg i Rastatt).

cdn...


R.

poniedziałek, 20 stycznia 2014
Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr (cz. 2)

Jan Pieszko. To był naprawdę znakomity, bramkostrzelny piłkarz - opowiada nam o Pieszce Andrzej Strejlau, który prowadził zawodnika w Legii, a potem, po latach, będąc już selekcjonerem narodowej reprezentacji zaprosił swego byłego gracza do współpracy w roli asystenta. Urzeczony Pieszką był też słynny Jaroslav Vejvoda, który swą działalność w stolicy rozpoczął właśnie od ściągnięcia z Zawiszy piłkarza, który wywarł na nim ogromne wrażenie podczas towarzyskiego spotkania z Duklą Praga. I nigdy tego posunięcia nie żałował.  Filigranowy, szybki, sprytny, świetny technicznie zawodnik okazał się być bezcenny dla klubu ze stolicy. Na naszych ligowych boiskach uzyskał łącznie (dla Zawiszy i Legii) blisko siedemdziesiąt trafień. Dwukrotnie zdobywa z Legią mistrzostwo kraju (1969, 70), raz Puchar Polski (73), a w sezonie 1969/70 jest też wicekrólem strzelców ekstraklasy. Również jego bilans na międzynarodowej arenie jest imponujący. W swych 27 występach w europejskich pucharach, Jan Pieszko zdobył aż 14 goli, co czyni go po dziś dzień najskuteczniejszym, pod tym względem, piłkarzem Legii. To właśnie Pieszko strzelił niezapomnianego gola, na wagę dogrywki, na San Siro przeciwko słynnemu Milanowi. Pokonywał również bramkarzy takich klubów, jak m.in.: TSV Monachium, St. Etienne, IFK Goeteborg, Standard Liege (mecze z tym rywalem wspomina najcieplej), Atletico Madryt, FC Nantes czy PAOK Saloniki, a islandzkiemu Vikingurowi zasadził hat-tricka. Tylko w reprezentacji Polski, jako jedynemu z podstawowego składu warszawskiej Legii, toczącej wiosną 1970 roku zacięte boje przeciwko Feyenoordowi o finał Pucharu Mistrzów, nie było mu dane postraszyć golkiperów drużyny przeciwnej. A szkoda.

Gerard Rother. Sztandarowa postać GKS Katowice, kapitan zespołu. We wrześniu 1970 roku na słynnym Camp Nou zaliczył wspaniały występ w europejskich pucharach przeciwko Barcelonie. Najpierw po rajdzie lewym skrzydłem pokonał bramkarza Barcy strzałem z 25 metrów. A potem, po faulu na Rotherze, arbiter spotkania podyktował również jedenastkę dla Gieksy. Już wcześniej ustaliliśmy, że gdy faul będzie na mnie, to nie będę wykonywał rzutu karnego - wspominał po latach bohater tamtego wieczoru. Karnego wykorzystał Jerzy Nowok i na przerwę katowiczanie schodzili sensacyjnie prowadząc 2:0. Pomimo końcowej porażki, zdjęcie Rothera zdobywającego bramkę na Camp Nou, zdobiło nazajutrz okładkę prestiżowego, madryckiego dziennika "As". Gerard Rother był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych swoich czasów w polskim futbolu. Na poziomie ekstraklasy strzelił łącznie ponad trzy dziesiątki bramek. Nie miał za to szczęścia do biało-czerwonego trykotu z orłem na piersi. W 1967 roku powołany na reprezentacyjny dwumecz przeciwko ZSRR, w ramach eliminacji do Igrzysk Olimpijskich w Meksyku, spóźnił się na zgrupowanie, za co szansa na występ dyscyplinarnie przeszła mu koło nosa. Rother grywał w kadrze olimpijskiej, ale do tej pierwszej i najważniejszej nigdy nie zdołał się przebić. W znakomitej "Monografii" Tomasza Pikula, poświęconej GKS Katowice, Rother wspomina ultimatum, przed jakim postawił go niegdyś selekcjoner polskiej kadry: Nie zapomnę do końca życia, jak usłyszałem od Koncewicza: "jak nie przejdziesz do Legii, to nigdy w pierwszej reprezentacji nie zagrasz". W 1972 roku piłkarz wyjeżdża na dwa sezony do francuskiego Boulogne, gdzie również kilkanaście razy trafia do siatki rywali.

Józef Janduda. Ten, to dopiero nie miał szczęścia do reprezentacji, można by pomyśleć o graczu, który przez dziewięć sezonów był podporą defensywy chorzowskiego Ruchu, z którym w 1968 roku wywalczył tytuł mistrza kraju. W listopadzie 1969 roku dane mu również było zagrać w chorzowskim rewanżu niebieskich przeciwko Ajaksowi Cruyffa i Krola. Występował też w szczecińskiej Pogoni, a u schyłku kariery także w amerykańskiej lidze NASL. W polskiej kadrze wystąpił dwukrotnie, w czerwcu 1964 roku, w przegranym przez biało-czerwonych dwumeczu przeciwko Włochom. Janduda najpierw na Stadio Olimpio w Rzymie, a potem na stadionie poznańskiej Warty, biegał po murawie wraz z takimi piłkarzami, jak Zoff, Facchetti, Rosato, Domenghini, de Sisti, Mazzola, jednak, jako że było to spotkanie o udział w turnieju olimpijskim w Tokio, Squadra Azurra, grała rzekomo swym amatorskim garniturem. Potem okazało się, że jednak nie do końca w barwach Italii występowali przeciwko Polsce sami amatorzy i włoska federacja postanowiła honorowo zrzec się olimpijskiego awansu, pewnie, choć niezgodnie z przepisami wywalczonego na Jandudzie i spółce (3:0, 1:0). Pomimo tego faktu, oba wspomniane spotkania nie figurują dziś na liście oficjalnych spotkań międzypaństwowych pierwszych reprezentacji zainteresowanych krajów. Janduda bywał powoływany również na te oficjalne mecze polskiej reprezentacji, jak choćby w maju 1964 przeciwko Irlandii w Krakowie, w lipcu 1966 przeciwko Anglii w Chorzowie, czy w czerwcu 1968 roku z Norwegią na Ullevaal, ale nigdy nie dane mu było zagrać w tych spotkaniach choćby przez sekundę. Za przygodę swojego życia, w koszulce z białym orłem na piersi, musi więc uznać wiosenne, portugalskie mistrzostwa Europy juniorów (U-18) z 1961 roku, z których w towarzystwie m.in. Szołtysika, Musiałka czy Żmijewskiego, powrócił z zawieszonym na szyi srebrnym medalem.

Ryszard Wójcik. Kilkanaście lat bardzo solidnej gry dla krakowskiej Wisły (ponad 266 gier w ekstraklasie; zdobywca Pucharu Polski w 1967 r.), potem na początku lat 70. emigracja do francuskiego Arras. Występy w polskiej reprezentacji B, ale bez upragnionego awansu do pierwszej kadry narodowego zespołu.

Marian Wilczyński. Niesłychanie utalentowany bramkarz poznańskiego Lecha, z którym w 1960 roku awansował do pierwszej ligi. W ekstraklasie, w ciągu sześciu sezonów, wystąpił łącznie 105 razy, broniąc dla Kolejorza (1961) oraz ŁKS (1963-1968). Już w wieku 21 lat został powołany do naszej narodowej kadry na towarzyski mecz przeciwko ZSRR na Stadionie Dziesięciolecia w 1961 roku, a rok później jeszcze dwukrotnie zasiadał na ławce w swetrze z orzełkiem na piersi, ale przebić się do reprezentacyjnej bramki przez takie nazwiska jak Hubert Kostka czy Edward Szymkowiak było rzeczą niesłychanie trudną. Ostatecznie Wilczyński musiał poprzestać na występach w juniorskich i młodzieżowych kadrach biało-czerwonych. Zmarł 5 marca 2008 roku w Czeladzi.

Rainer Kuchta. Podpora defensywy wielkiego Górnika. Piłkarz twardy, nieustępliwy, waleczny. Strzelec bramki w finałowym meczu Pucharu Polski w 1966 roku. Aż 22 występy w europejskich pucharach (między innymi przeciwko takim zespołom, jak Manchester United, AS Roma, czy Manchester City). Znakomicie egzekwował rzuty wolne. Swój mecz życia na międzynarodowej arenie rozegrał przeciwko kijowskiemu Dynamu w 1967 r. Miał wydatny udział w marszu ekipy z Zabrza do finału Pucharu Zdobywców Pucharach, jednak w samej finałowej rozgrywce nie wystąpił. Choć grywał w polskiej kadrze B, biało-czerwonych barw pierwszej reprezentacji nigdy nie przywdział.

Konrad Bajger. Zawodnik z niewątpliwie reprezentacyjnym potencjałem. W wywalczeniu miejsca w formacji defensywnej biało-czerwonych, do czego z pewnością predysponowały go posiadane umiejętności, nie pomógł jednak Bajgerowi epizod z czerwca 1966 roku, gdy jako gracz bytomskiej Polonii, przy okazji meczu o Puchar Intertoto przeciwko szwedzkiemu Norrkoping, wraz z Pogrzebą i Banasiem postanowił uciec z okupowanej przez czerwony reżim ojczyzny na Zachód. Po kilku miesiącach, zdecydował się, by podobnie jak Banaś, powrócić do kraju, lecz drzwi do narodowej kadry nigdy się przed nim nie uchyliły. Przeprowadzka Bajgera, w dojrzałym już piłkarsko wieku, z Bytomia do Chorzowa, dała uznanemu defensorowi szansę, by przytulić dwa tytuły mistrza kraju (1974, 75) oraz zdobyć Puchar Polski (74 ). W barwach niebieskich zaliczył również aż 18 występów w rozgrywkach europejskich pucharów. W sezonie 1973/74 dotarł z Ruchem aż do ćwierćfinału Pucharu UEFA, biorąc udział w obu emocjonujących pojedynkach z późniejszym zdobywcą trofeum - Feyenoordem Rotterdam, z których chorzowianie odpadli dopiero po dogrywce, a w następnym roku już do ćwierćfinału Pucharu Mistrzów, gdzie polskiemu zespołowi zabrakło nieco szczęścia, by po dramatycznych bojach z St. Etienne przedostać się do czwórki najlepszych klubowych teamów na Starym Kontynencie.

Jan Czajkowski. Znakomity bramkarz Stali Rzeszów w czasach jej pierwszoligowej świetności na przełomie lat 60. i 70. Powołany przez Kazimierza Górskiego na dwumecz przeciwko Grecji w ramach eliminacji do Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Jednak zarówno 26 maja 1970 roku na stadionie poznańskiej Warty, jak i dwa tygodnie później w Volos, miejsce w polskiej bramce zajął Jan Gomola, a Czajkowski przyglądał się zawodom z ławki rezerwowych. Zaproszenie na kadrę już nigdy więcej nie przyszło, a golkiper Stali Rzeszów, oglądając dwa lata później w telewizorze biało-czerwonych walczących o olimpijskie złoto, mógł westchnąć, że i on rozpoczynał niegdyś wraz z nimi ów triumfalny marsz po medal.

Józef Bon. Ligowy piłkarz m.in. Śląska i Ruchu. W barwach tego ostatniego aż dziesięć sezonów, trzy tytuły Mistrza Polski (1968, 74, 75) i jeden puchar kraju (74). Aż 21 występów w europejskich pucharach, podczas których strzelał bramki Fenerbahce oraz Honvedowi Budapeszt. To właśnie, otwierający wynik spotkania gol strzelony przez Bona w chorzowskim rewanżu przeciwko Węgrom, dał sygnał niebieskim do efektownego zwycięstwa 5:0, pozwalającego z nawiązką odrobić straty z pierwszego meczu (0:2).

Ginter Piecyk. Znakomity piłkarz Zagłębia Sosnowiec, dla którego na boiskach ekstraklasy zdobył łącznie 61 goli, co czyni go jednym z czterech najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach klubu. Trzeci wśród najlepszych ligowych strzelców w sezonie 1965/66, gdy w klasyfikacji goleadorów ustąpił jedynie takim sławom, jak Lubański i Pol. W 1962 roku trafił do siatki w finale Pucharu Polski, a w 1963 roku uzyskał bardzo ważną bramkę w Pireusie przeciwko Olympiakosowi, podczas rozgrywek I rundy Pucharu Zdobywców Pucharów. W połowie lat 60. występował w polskiej reprezentacji B, ale w tej najważniejszej kadrze biało-czerwonych nigdy nie dane mu było zagrać.

Feliks Niedziółka. Dwukrotny mistrz Polski ze stołeczną Legią (1969, 70). Przez długie lata ostoja defensywy warszawskiego zespołu, z którym powojował sporo na międzynarodowej arenie. Uzbierał łącznie aż 22 występy w europejskich pucharach. Do reprezentacyjnego bloku obronnego jednak nigdy nie zdołał się przebić.

Józef Kowalczyk. Napastnik Zagłębia Sosnowiec, dla którego czterokrotnie wystąpił w europejskich pucharach (podczas dwumeczów z Atvidaberg oraz Vitorią Setubal), miał swój drobny udział w olimpijskim złocie, wywalczonym przez reprezentację Polski w Monachium. 26 kwietnia 1972 roku, dziesięć dni po słynnym eliminacyjnym meczu w Starej Zagorze, biało-czerwoni mierzyli się na szczecińskim stadionie z Hiszpanami. W 82 minucie tego spotkania, gdy polski zespół prowadził już 2:0, Kazimierz Górski zdjął z boiska Gadochę i wprowadził do drużyny zasób świeżej, ofensywnej siły w postaci Józefa Kowalczyka właśnie. Cztery miesiące później zabraknie jednak dla Kowalczyka miejsca w ekipie wylatującej na Igrzyska Olimpijskie do Monachium. Nigdy więcej nie dostanie również powołania na kadrę. W dodatku mecz przeciwko amatorskiej reprezentacji Hiszpanii, traktowany jest dziś jako nieoficjalne spotkanie pierwszej reprezentacji Polski.

Władysław Dąbrowski. Przebojowy, skuteczny napastnik warszawskiej Legii i łódzkiego Widzewa (łącznie 53 gole w lidze). Szczególnie udany był okres spędzony przy Łazienkowskiej w latach 1973-77, gdy aż trzykrotnie był najskuteczniejszym strzelcem zespołu. Niewielu dziś jeszcze pamięta, ale 10 lutego 1974 roku Dąbrowski, po uderzeniu z woleja, strzelił pięknego gola w towarzyskim meczu na Camp Nou wielkiej Barcelonie. Legioniści zremisowali wówczas w obecności 40 tysięcy widzów z liderującymi ówcześnie w Primera Division podopiecznymi słynnego Rinusa Michelsa 1:1, a sam Dąbrowski wspominał swą bramkę zdobytą w stolicy Katalonii jako jedną z najefektowniejszych ze wszystkich, które udało mu się kiedykolwiek zdobyć. W 1975 roku napastnik Legii zaliczył też pamiętny ligowy hat-trick przeciwko stołecznej Gwardii. U kresu kariery wyjechał do II ligi fińskiej, gdzie strzelał mnóstwo bramek (w 1981 roku został tam drugoligowym królem strzelców).

Edward Oratowski. Wychowanek Unii Tarnów przez lata stanowił nieocenione ogniwo defensywnych zasobów silnej mieleckiej Stali, z którą w sezonie 1975/76 świętował mistrzostwo Polski, a rok wcześniej tytuł wicemistrza kraju. Aż czternastokrotnie Oratowski grał w europejskich pucharach (m.in. w meczach przeciwko słynnemu Realowi Madryt), ale najgłośniej było o nim, gdy w marcu 1976 roku strzelił dla Stali w Hamburgu ogromnie ważną bramkę w zremisowanym niespodziewanie 1:1 z HSV, ćwierćfinałowym boju o Puchar UEFA.

Stefan Białas. Członek 'Galerii Sław' warszawskiej Legii, dla której rozegrał pięć sezonów. W rozgrywkach europejskich pucharów w 7 meczach strzelił 4 bramki. Tę najważniejszą chyba w Nantes. Potem zresztą podąży tropem francuskim, gdzie przez kilka lat pogra dla tamtejszych drugoligowców, strzelając dla nich łącznie 33 gole. W swej karierze grywał dla polskiej kadry, ale nigdy dla tej najważniejszej.

Alojzy Deja. Niezwykle utalentowany playmaker, który na głębokie wody wypłynął w wielkim Górniku Zabrze. Trzykrotny mistrz Polski (1967, 71, 72), pięciokrotnie z rzędu zdobywał również Puchar Polski (68-72), zaliczył aż 28 występów w europejskich pucharach, a w rozgrywanym na wiedeńskim Praterze finale Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko Manchesterowi City pojawił się na murawie na ostatnie pięć minut. W nakręconym wcale nie tak dawno, bardzo wartościowym dokumencie "O krok od pucharu", byłe asy wielkiego Górnika wspominają piłkarskie umiejętności swego klubowego kolegi z ogromnym szacunkiem. Stanisław Oślizło konstatuje nawet, iż Deja był po prostu takim zabrskim Deyną: Kojarzył mi się z Kaziem Deyną. Podobne cechy, wspaniały przegląd sytuacji, wspaniałe umiejętności techniczne, doskonale operował obiema nogami. - Wszystkowidzący. Przegląd sytuacji miał kapitalny. Na boisku widział wszystko – zachwyca się Gomola. Potrafił podaniem 40, 60-metrowym zagrać do partnera piłkę, która spadała na przysłowiowy nos – to już Jan Banaś. Przez długie lata ciężko byłoby sobie nawet wyobrazić, że Górnik mógłby grać bez Dei - podsumowuje Hubert Kostka. Alojzy Deja wielokrotnie grywał w narodowych kadrach juniorskich i młodzieżowych. W kwietniu 1968 roku strzelił nawet gola dla polskiej reprezentacji w jej sparingu z chorzowskim Ruchem, co zaowocowało powołaniem na majowy, towarzyski mecz biało-czerwonych z Irlandią w Dublinie, ale Ryszard Koncewicz nie zdecydował się desygnować go do gry i Deja przesiedział wówczas całe spotkanie na ławce rezerwowych. Po odejściu z Górnika na ligowym poziomie grał jeszcze przez kilka sezonów w GKS Tychy. Kilkanaście lat temu, 4 lutego 1991 roku w Zabrzu, popełnił samobójstwo.

Ryszard Sekulski. Niezwykle ważna postać dla mieleckiej Stali w najpiękniejszych dla niej latach. Mistrzostwo Polski (1972/73), wicemistrzostwo (75/76), kilkadziesiąt ligowych bramek, a także dziesięć występów i aż trzy trafienia w europejskich pucharach, w tym, to najbardziej pamiętne przeciwko Realowi Madryt we wrześniu 1976 roku.

Stefan Kliński. Znakomity obrońca, który w ekstraklasie grał dla Zagłębia Sosnowiec, Szombierek Bytom i Arki Gdynia (był jej kapitanem). Kibice na Wybrzeżu do dziś wspominają jego zwycięskie, a toczone niemal u kresu kariery, pojedynki ze Zbigniewem Bońkiem na niwie ligowej. Przez wiele lat Kliński był etatowym graczem w polskich kadrach juniorskich i młodzieżowych. W roku 1968 dwukrotnie został też powołany do pierwszej reprezentacji, ale nigdy nie wszedł na boisko.

Eugeniusz Pluta. Skuteczny snajper katowickiego GKS. Dwie dziesiątki trafień na boiskach ekstraklasy, tytuł króla strzelców drugiej ligi w sezonie 1977/78. Na przełomie lat 60. i 70. Pluta był etatowym graczem polskiej reprezentacji U-23, występował też w kadrze olimpijskiej. W grudniu 1969 roku strzelił w Bagdadzie gola, grając przeciwko pierwszej reprezentacji Iraku. Do pierwszej kadry biało-czerwonych powołał go, w październiku 1970 roku, Ryszard Koncewicz na mecz z Czechosłowacją w Pradze. Na Letnej jednak Pluta przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych i już nigdy później drzwi pierwszej reprezentacji nie uchyliły się przed snajperem z Katowic.

Andrzej Grębosz. Świetny, wieloletni gracz łódzkich: ŁKS (jako napastnik) i Widzewa (tu już obrońca), w dziejach którego zapisał się złotymi zgłoskami. Siedem pierwszoligowych sezonów w widzewskich barwach, a w 1981 roku wywalczony tytuł mistrzowski. Piękny serial aż osiemnastu występów w europejskich pucharach, zwieńczony dwoma trafieniami. Najsympatyczniej wspomina zapewne jesienne boje z 1980 roku o Puchar UEFA, przeciwko Juventusowi. Najpierw w Łodzi, to właśnie znakomite podłączenie się do akcji oraz bramka Grębosza otwiera wynik spotkania, a potem, w turyńskim rewanżu, obrońca Widzewa jest jednym z tych, którzy pokonują słynnego Dino Zoffa w zwycięskiej serii jedenastek. Dwa sezony później Grębosz jest filarem zespołu (m.in. asystuje przy obu golach w łódzkim, ćwierćfinałowym pojedynku z Liverpoolem), który dociera aż do półfinału Pucharu Mistrzów, tym razem jednak ulegając wielkiemu Juve.

Włodzimierz Żemojtel. Legendarny bramkarz gdyńskiej Arki, dla której na pierwszoligowym poziomie rozegrał blisko półtorej setki meczów. W żółto-niebieskich barwach wywalczył w 1979 roku Puchar Polski, a potem zagrał w dwumeczu PEZP przeciwko bułgarskiemu Beroe Stara Zagora. Jako jedyny w dziejach gdyńskiego klubu jest autorem aż trzech rekordowych, ponad 500 minutowych serii z zachowaniem czystego konta bramkowego. W czerwcu 1976 roku wystąpił w polskiej kadrze B przeciwko pierwszej reprezentacji Ghany, a kilka miesięcy później Jacek Gmoch zabrał go na eliminacyjny mecz pierwszej reprezentacji do Porto. Na Das Antas Żemojtel jednak nie wystąpił, przyglądając się zwycięstwu biało-czerwonych nad Portugalią z perspektywy ławki rezerwowych. Po odejściu w 1983 roku z Arki, przez wiele lat grał jeszcze w niższych ligach niemieckich (m.in. w Holstein Kiel czy TUS Fielde).

Adam Topolski. Pochodzący z podgnieźnieńskiego Witkowa, były gracz poznańskiej Warty i Górnika Konin, aż przez dziesięć sezonów był filarem defensywy warszawskiej Legii, wielokrotnie grywając również z kapitańską opaską na ramieniu. Trzy Puchary Polski (rok po roku, w 1980 i 1981, strzelał ważne i piękne bramki w zwycięskich dla swej drużyny finałach PP), niespełna ćwierć tysiąca ligowych spotkań, kilkanaście występów w europejskich pucharach (gol przeciwko norweskiemu Valerengen), a przede wszystkim ofiarna, ambitna i bojowa, boiskowa postawa, to wszystko okazało się być zbyt skromnym kapitałem, by spełniły się marzenia Topolskiego o występie w koszulce z orłem na piersi. Bardzo wysoko cenił go nasz trener wszechczasów: Był wyróżniającym się prawym obrońcą o silnym strzale, stanowił niezwykle mocny punkt drużyny, tylko jakoś nie mógł znaleźć miejsca w reprezentacji - wspominał niegdyś w swym "Alfabecie" Kazimierz Górski, który prowadził Topolskiego w Legii. W czerwcu 1980 roku strzelił nawet efektownego gola dla polskiej kadry B w meczu z reprezentacją Iraku, ale i to nie pomogło, by skutecznie przebić się do szatni pierwszego zespołu biało-czerwonych.

Mieczysław Kopycki. Jeden z najlepszych obrońców w historii wrocławskiego Śląska. Zamieszany we wszystkie największe sukcesy tej drużyny na przełomie lat 70. i 80. Niemal trzysta ligowych występów. Siedemnaście gier w europejskich pucharach. Choć nie był bramkostrzelnym obrońcą, udało mu się jednak we wrześniu 1977 roku we Wrocławiu pokonać w meczu I rundy Pucharu Mistrzów, bramkarza Lewskiego (podówczas Witoszy) Sofia. Powołany przez Jacka Gmocha, przed jego premierą w roli selekcjonera, na konsultacje kadry, lecz na eliminacyjny mecz z Portugalią do Porto ostatecznie nie wyleciał.

Andrzej Możejko. Nieoceniony filar defensywy mistrzowskiego Widzewa początku lat 80. Brał udział w wielu wspaniałych spotkaniach łódzkiego zespołu w europejskich pucharach, m.in. w obu pamiętnych dwumeczach Pucharu UEFA przeciwko Manchesterowi United i Juventusowi, lecz na marsz widzewiaków do półfinału PKME już się nie załapał. 33-letni Możejko występował już wtedy w fińskim pierwszoligowcu KPV Kokkalan. U szczytu swej kariery, w łódzkich czasach, szybki defensor ocierał się nawet o narodową kadrę, lecz na dobrą sprawę nigdy w niej nie zaistniał.

Albin Wira. Jeden z prawdziwych symboli chorzowskiego Ruchu, którego był wychowankiem. Nigdy nie zagrał dla jakiegokolwiek innego polskiego zespołu. W niebieskich barwach zdobywał mistrzostwo kraju zarówno w 1974 i 75 roku, ale także jeszcze po kilkunastu latach, w 1989, gdy schodził już z piłkarskiej sceny. Choć w chorzowskim zespole dzielnie starał się być następcą znakomitego Buli, to jednak w przeciwieństwie do swego idola, nigdy nie dane mu było zaistnieć w reprezentacyjnym trykocie. Przyznajmy jednak szczerze – konkurencję miał wówczas w kadrze naprawdę arcymocną.

Jerzy Krawczyk. Wychowanek Motoru Lublin, w barwach którego został drugoligowym królem strzelców w 1974 roku. Z mielecką Stalą dotarł wiosną 1976 roku aż do ćwierćfinału Pucharu UEFA. W rozgrywkach europejskich pucharów (w barwach Stali i Widzewa) zagrał dwunastokrotnie (strzelił jednego gola) i miał okazję stanąć oko w oko z naprawdę wielkimi zespołami, takimi jak HSV, Real Madryt czy Manchester City. Krawczyk wielokrotnie przywdziewał narodowe barwy, by grać dla drużyny juniorskiej, młodzieżowej (w grudniu 1970 roku strzelił we Wrocławiu bramkę Włochom na 2:0), olimpijskiej, czy kadry B, lecz nigdy nie danemu było wystąpić w tym najważniejszym reprezentacyjnym zespole.

Marian Piechaczek. Przez całe lata niezastąpiony filar defensywy GKS Tychy, z którym w sezonie 1975/76 wywalczył wicemistrzostwo kraju (do ligowego triumfu zabrakło korzystniejszego bilansu bramkowego) czy Ruchu Chorzów, w barwach którego wywalczył Mistrzostwo Polski w 1979 roku. Czterokrotnie powąchał z bliska dużego europejskiego futbolu, gdy najpierw, jako gracz tyskiego zespołu, mierzył się w Pucharze UEFA z FC Koeln (Schumacher, Overath, D.Muller), a potem wraz niebieskimi potykał się z Dynamem Berlin. Jego dobra gra nie umknęła uwadze selekcjonera reprezentacji Polski i w kwietniu 1979 roku, znalazł się w narodowym zespole na chorzowski mecz z Węgrami. Niestety Marian Piechaczek okazał się być jedynym, spośród wszystkich powoływanych do kadry za selekcjonerskiej kadencji Ryszarda Kuleszy, któremu nie dane było zagrać kiedykolwiek w tej najważniejszej koszulce z orłem na piersi. Na osłodę pozostał mu całkiem nielichy dorobek w reprezentacjach młodzieżowych.

Leszek Wolski. Prawdziwa ikona szczecińskiej Pogoni, a zarazem piłkarz, który w całych dziejach tego klubu, rozegrał dla niego w ekstraklasie największą ilość spotkań (348) i uzyskał najwięcej, bo aż 89 goli. W sezonie 1976/77 był wicekrólem strzelców naszej ekstraklasy. W połowie lat 70. grywał w polskiej reprezentacji młodzieżowej z wieloma znakomitymi piłkarzami, którzy całą ławą wchodzili później do pierwszej kadry biało-czerwonych, odgrywając w niej znaczące role. Wolskiemu jednak nie było to dane. W lutym 1976 roku zagrał w spotkaniu, prowadzonej przez słynnego Mario Zagalo reprezentacji Kuwejtu, z drużyną reklamowaną tam wówczas jako kadra Polski. W rzeczywistości był to jednak zespół GKS Tychy wzmocniony trzema innymi graczami, spośród których tylko Wolski nie zaznał nigdy zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski.

Marek Pięta. W 1978 roku, 24-letni szybki, sprytny, potrafiący zagrać nieszablonowo skrzydłowy, przenosi się z drugoligowego Górnika Wałbrzych, którego był wychowankiem, do łódzkiego Widzewa. Tu jego kariera nabierze rozmachu, dwukrotnie wywalczy ze swoim klubem tytuł Mistrza Polski (1981, 82), strzeli w rozgrywkach ekstraklasy blisko dwie dziesiątki bramek, ośmiokrotnie zagra też w europejskich pucharach, uzyskując trzy trafienia. Choć zdobył po bramce w obu spotkaniach Pucharu UEFA przeciwko Juventusowi, to jednak nieodłącznie kojarzony z pamiętnym, turyńskim spotkaniem z listopada 1980 roku oraz zaciętymi pojedynkami toczonymi z Claudio Gentile. Zdobyty wówczas przez Piętę, w bardzo krytycznym dla drużyny momencie meczu, kontaktowy gol, pozwolił widzewiakom wyrzucić ostatecznie, po karnych, bianco-nerich z Pucharu UEFA. W następnej rundzie łódzki napastnik dołożył do swej kolekcji jeszcze jedno pucharowe trafienie, przeciwko Ipswich. W 1982 roku przechodzi do Hannoweru, gdzie przez dwa sezony na zapleczu Bundesligi uzyska w trzydziestu spotkaniach pięć goli. Niejednokrotnie chwalony swego czasu przez selekcjonera Ryszarda Kuleszę, powoływany do reprezentacji olimpijskiej przez Edmunda Zientarę, nigdy jednak nie zaznał smaku gry w koszulce z orłem na piersi dla pierwszej reprezentacji Polski.

Mieczysław Olesiak. Widowiskowo grający piłkarz, który swe największe sukcesy odnosił w barwach Śląska Wrocław. W sezonie 1976/77 wywalczył wraz z wojskowymi tytuł Mistrza Polski, oraz dotarł aż do ćwierćfinału PEZP. W rozgrywkach europejskich pucharów zaliczył łącznie aż siedemnaście występów. Grał przeciwko tak znamienitym zespołom, jak Liverpool czy Napoli. Szczególnie głośno o Olesiaku zrobiło się, gdy w grudniu 1978 roku uzyskał efektownego gola w sensacyjnie zremisowanym przez wrocławian 1:1, wyjazdowym meczu o Puchar UEFA z końcowym triumfatorem tamtejszej edycji rozgrywek, potężną wówczas Borussią Moenchengladbach.

Jarosław Studzizba. Pomocnik rodem z Nysy, który na boiskach ekstraklasy grywał w barwach Odry Opole, Górnika Zabrze i Polonii Bytom. Po wyjeździe z komunistycznej Polski w 1981 roku zamyka sobie w pewnym sensie szansę na reprezentacyjny debiut, choć zarazem zamienia przecież drugoligową gdańską Lechię na niemiecki Eintracht Brunszwik. W Bundeslidze naszych zachodnich sąsiadów rozegra z powodzeniem dwa sezony, strzelając w 51 spotkaniach 12 goli (na rozkładzie m.in. Eike Immel czy Oliver Reck), a potem pozna też smak Bundesligi austriackiej, grając i strzelając dla SV Salzburg. Na pierwszoligowym, tym razem już belgijskim froncie zaistnieje jeszcze Studzizba w barwach Winterslag w sezonie 1987/88. Potem przez kilka lat pogra jeszcze w Belgii na poziomie drugoligowym i zakończy swą ciekawą, choć niespełnioną, w aspekcie reprezentacyjnej przygody, piłkarską karierę.   

Józef Klose. Przez kilkanaście lat rozegrał dla Odry Opole łącznie ponad 500 meczów. Przez pięć sezonów biegał wraz ze swoją drużyną również po boiskach ekstraklasy, strzelając 26 bramek. Zdobył też historycznego gola dla zespołu z Opola w jej pucharowym występie przeciwko niemieckiemu Magdeburgowi. Był naprawdę świetnym lewoskrzydłowym, wygrał dla prowadzonej przeze mnie Odry wiele ważnych spotkań - wspomina Antoni Piechniczek, choć nie jest do końca przekonany, czy przy ówczesnej konkurencji w przednich formacjach biało-czerwonych, Klose miał realną szansę by zaistnieć w kadrze. Jesienią 1978 roku, niemłody już przecież piłkarz spodobał się słynnemu Guy Roux, który ściągnął go do Auxerre. We Francji Polak był bardzo cenionym graczem, tamtejsza prasa niejednokrotnie zachwycała się umiejętnościami naszego skrzydłowego. Klose strzelił dla swego Auxerre pierwszą w dziejach klubu bramkę w Ligue 1. W 1984 roku Józef Klose wrócił do Opola, by 3 lata później wraz z żoną i dziećmi: jedenastoletnią wówczas Marzeną i dziewięcioletnim Mirosławem, wyjechać na stałe do Niemiec. Umiejętności piłkarskie syna Józefa Klose zna dziś i podziwia cały futbolowy świat.

Krzysztof Surlit. W całych dziejach naszego futbolu, Surlit jako jedyny, obok Lubańskiego (choć pamiętać należy, że Lubański swoje drugie trafienie dołożył już w dogrywce) piłkarz polskiego klubu, strzelił aż dwie bramki w jednym meczu na szczeblu półfinałowym któregoś z europejskich pucharów. Ten niezwykle silny fizycznie zawodnik o bujnej fryzurze i potężnym uderzeniu to jeden z najważniejszych filarów świetnego Widzewa przełomu lat 70. i 80. Debiutanckiego gola w ekstraklasie strzeli jeszcze dla Zawiszy Bydgoszcz, ale wszystkie pozostałe trzy dziesiątki pierwszoligowych trafień uzyskuje już w kostiumie łódzkiego klubu. Marek Wawrzynowski w swej fascynującej książce "Wielki Widzew" opisuje ciekawe zdarzenie z wiosny 1978 roku, gdy w przerwie jednego z ligowych spotkań, Surlit rzuca się z pięściami na wschodzącą gwiazdę polskiej piłki - Zbigniewa Bońka, oskarżając go o sprzedanie meczu i tylko interwencja kolegów sprawia, że przyszła rewelacja argentyńskiego mundialu cudem unika ciężkiego nokautu. Z Widzewem Surlit dwukrotnie (1981, 82) święci ligowe triumfy, a także wyraźnie zaznacza swą obecność w europejskich pucharach, rozgrywając 15 spotkań i zdobywając 4 gole, które wszystkie zasługują na szczególną uwagę. Najpierw we wrześniu 1980 roku na Old Trafford, już w piątej minucie spotkania oddaje mierzony, potężny, skuteczny strzał, po którym niemal zadrżała w posadach bramka gospodarzy i który, tak na dobrą sprawę, stanowi milowy krok na drodze do wyeliminowania przez Widzew słynnego Manchesteru United. Potem w listopadzie 1982 roku w Łodzi, swoim efektownym golem na 4:2 z Rapidem, przywraca gospodarzom awans, który wymykał im się z rąk. I wreszcie 20 kwietnia 1983 roku, dwukrotnie pokonując w półfinale PKME bramkarza Juventusu - Zoffa, kończy z przytupem swą wspaniałą, pucharową przygodę. Po sezonie wędruje na rok do francuskiego, pierwszoligowego Olympique Nimes, a potem jeszcze przez sezon gra i strzela na tamtejszym drugim froncie dla US Dunkerque. W 1985 roku wraca na moment do ekstraklasy, a potem jest już tylko drugoligowy Bełchatów oraz fińskie Oulu. W polskiej kadrze U21 oraz reprezentacji B, gra (i strzela) Surlit niejednokrotnie, ale w tej najważniejszej z narodowych drużyn nigdy nie wystąpi. Zmarł na boisku, 23 września 2007 roku, podczas meczu oldbojów w Szczecinie

cdn...

piątek, 17 stycznia 2014
Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr (cz. 1)

Trwa zgrupowanie polskiej kadry w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Już jutro objawi się nam jego pierwszy owoc, w postaci towarzyskiej potyczki biało-czerwonych z Norwegami, a potem przyjdzie pora na kolejny, skonfrontowany przez Mołdawian. I znów w tych dniach, całkiem spory batalion naszych ligowców (również z tego drugiego poziomu) ma szansę wedrzeć się szeroką ławą do grona tych, którzy noszą zaszczytne miano reprezentantów Polski. O tym, by zagrać choć raz w koszulce z białym orłem na piersi bezskutecznie marzyły przez dziesięciolecia całe pokolenia futbolistów z kraju nad Wisłą i Wartą. Wielu z nich było naprawdę znakomitymi piłkarzami, ale nigdy, z różnych względów, owego upragnionego sportowego zaszczytu nie dostąpili. Zachęceni treścią jednego z komentarzy na naszym blogu, postanowiliśmy nie ograniczać się w sposób sztuczny i raz jeszcze, od nowa, postarać się przedstawić, w dość rozbudowanym tym razem (w porównaniu do tekstu z listopada), kilkuczęściowym cyklu, sylwetki tych polskich graczy, którzy naszym zdaniem, naprawdę zasłużyli na swą reprezentacyjną szansę, choć nigdy jej nie otrzymali.

Zapraszamy do lektury, zapraszamy do dyskusji, zapraszamy do zadumania się choć przez chwilę nad faktem, iż nie zawsze bywało jak dziś, gdy tak wielu, tak niewiele musi zrobić, by zagrać dla polskiej kadry.

***

Zagrać w narodowej reprezentacji to było jego marzenie życia – opowiada nam o jednym ze znakomitych polskich piłkarzy, który nigdy nie dostąpił zaszczytu występu w koszulce z orzełkiem na piersi, selekcjoner biało-czerwonych zdobywców brązu na hiszpańskim mundialu - Antoni Piechniczek. Nie zawsze jednak w reprezentacji grają najlepsi zawodnicy, bo często o tym, czy ktoś w kadrze się znajdzie czy też nie, decyduje mnóstwo czynników, również tych pozasportowych, psychologicznych, charakterologicznych i innych. Reprezentacja nie jest od dawania komuś szansy, ona ma zupełnie inne cele - przekonuje w rozmowie z nami, były selekcjoner biało-czerwonych, Andrzej Strejlau. A my chcemy właśnie dziś, w czasach, gdy nieraz tak zatrważająco wręcz niewiele wystarczy, by zasłużyć na wdzianie reprezentacyjnego trykotu, przypomnieć w porządku zbliżonym raczej do chronologicznego aniżeli jakiegokolwiek innego, sylwetki tych najlepszych z najlepszych naszych graczy, którzy nigdy owej szansy występu w koszulce z orzełkiem na piersi z różnych względów nie otrzymali.

 

Marian Łańko


Jeden z najlepszych piłkarzy międzywojennej Polski. Na naszych pierwszoligowych boiskach w 130 meczach uzyskał 90 trafień. Wicekról strzelców ligi w 1927 roku, trzeci w tej klasyfikacji rok później. Przez trzy sezony z rzędu najskuteczniejszy gracz warszawskiej Legii, dla której łącznie w 85 spotkaniach zdobył aż 75 goli (strzelał nawet po cztery bramki w jednym meczu) i do dziś utrzymuje się w absolutnie ścisłej czołówce legijnych goleadorów (tylko Brychczy, Nawrot i Deyna mają lepszy dorobek). Łańko wystąpił co prawda w biało-czerwonym stroju 28 października 1928 na stadionie w Pradze przeciwko Czechosłowacji, lecz ze względu na fakt, iż rywalem Polaków była ‘amatorska’ drużyna rywali, pojedynek ten nie ma dziś rangi oficjalnego meczu pierwszej reprezentacji Polski. Dzień wcześniej, gdy na tym samym stadionie, nasi południowi sąsiedzi grali z Polakami pod szyldem pierwszego zespołu, Łańko przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych. Marian Łańko, uczestnik kampanii wrześniowej, Powstania Warszawskiego, więzień obozu Rottweil w Niemczech, zmarł w Krakowie w 1971 roku.

Rochus Nastula. Prawdziwy fenomen w dziejach naszego piłkarstwa. W wieku 25 lat wyrwał się na trzy sezony (1927-29) z rodzinnych Lipin, by swą niebywałą wręcz skutecznością olśnić całą ekstraklasę, po czym jak gdyby nigdy nic, powrócił ukojony w tęsknocie na swój ciepły zapiecek do ukochanych Lipin, aby pograć jeszcze dla miejscowego Naprzodu, odrzucając zarazem kolejne oferty możnych naszej ligowej piłki. Jego podbój ekstraklasy był jednak zaiste oszałamiający. Grając w dość marnej przecież drużynie jaką byli Czarni Lwów, w 58 spotkaniach uzyskał aż 56 trafień, wywalczając w 1929 roku koronę króla strzelców. Hattricki kompletował w lidze niemal na zawołanie (uzbierał ich łącznie sześć, w tym jeden czterobramkowy), dość powiedzieć, że w czerwcu 1929 roku ustrzelił aż trzy hattricki z rzędu, tydzień po tygodniu. To niewyobrażalne, ale ów wyśmienity łowca goli nigdy nie doczekał się nawet powołania do reprezentacji Polski. Zmarł 17 marca 1977 roku, a jakże – w Lipinach.  

Władysław Sawka. Partner Nastuli z czarno-lwowskiej ofensywy, choć pograł na poziomie ekstraklasy o dwa sezony dłużej od filigranowego kolegi. Nie tak skuteczny, jak Rochus, lecz również wiedział, jak zachować się pod bramką rywala. Jego bilans 95 ligowych spotkań i 40 goli (w tym aż cztery efektowne hattricki) ugrany w barwach bardzo przeciętnej ekipy ma swoją wymowę. Reprezentacja pozostała dla niego jedynie niespełnionym marzeniem. Odszedł na drugą stronę życia 13 października 1973 roku w Gliwicach.

Henryk Herbstreit. Jeden z najskuteczniejszych łowców bramek w całej historii naszej piłki. Jego bilans strzelecki jest rzeczywiście imponujący, w latach 1926-1937 na boiskach polskiej pierwszej ligi niespełna półtorej setki meczów wystarczyło mu na trafienie do bramki rywali aż 91 razy. Swe gole zdobywał kolejno dla TKS Toruń, ŁTSG Łódź oraz ŁKS, w którego barwach strzelał najwięcej, dwukrotnie z rzędu (1931 i 1932) będąc wicekrólem strzelców naszej ligi i czterokrotnie (rok po roku) najlepszym snajperem ŁKS. Bywał powoływany do polskiej reprezentacji, jak choćby na spotkania przeciwko Jugosławii w Poznaniu (1931) i Zagrzebiu (1932), ale spędził ten czas obserwując boiskowe wydarzenia z ławki rezerwowych. W okresie okupacji podpisał niemiecką listę narodowościową, a po wojnie osiadł w Berlinie, gdzie zmarł wiele lat temu.

Stanisław Jung. Efektownie i efektywnie grający napastnik przedwojennej Warszawianki, dla której w 96 ligowych meczach strzelił 46 goli. W sierpniu 1927 roku bramkarza Jutrzenki pokonał aż sześciokrotnie w jednym spotkaniu, a cały tamten sezon zakończył z bilansem 21 bramkowych zdobyczy. Jak pisze Andrzej Gowarzewski w swej encyklopedycznej „Kolekcji klubów”, Jung w czasie hitlerowskiej okupacji przeżył publiczną egzekucję przy warszawskiej gazowni – padł poważnie raniony po pierwszej salwie, udając martwego. Zmarł dopiero wiele lat później, 21 września 1973 roku w swej rodzinnej Warszawie.

Mieczysław Ałaszewski. Blisko pół setki ligowych trafień. Najskuteczniejszy gracz w historii warszawskiej Polonii. Dostrzeżony i powołany na zwycięski mecz ze Szwedami w Sztokholmie w 1930 roku, ale murawy nie powąchał. W czasie wojennej okupacji przedostał się do Anglii i do ojczyzny już nie powrócił. Zmarł w Londynie 5 kwietnia 1987 roku.

Włodzimierz Maurer. Grubo ponad pół setki ligowych bramek dla Pogoni Lwów, warszawskiej Legii czy Garbarni Kraków. To właśnie wspaniała gra i wysoka skuteczność Maurera (16 goli w 21 meczach) w ogromnym stopniu zadecydowały o wywalczeniu przez ostatni z wymienionych zespołów mistrzostwa Polski w 1931 roku. Znakomita gra bramkostrzelnego zawodnika została nagrodzona powołaniem do reprezentacji Polski, nie skonsumowanym jednak występem z orzełkiem na piersi. W trakcie wojennej pożogi, latem 1944 roku, jako żołnierz AK, aresztowany przez sowieckich ‘sprzymierzeńców’ i wywieziony do obozu w okolicach Swierdłowska, skąd powrócił dopiero po kilku latach. Zmarł 17 października 1980 roku w Rzeszowie.

Wacław Przeździecki. Jeden z najskuteczniejszych strzelców przedwojennej Legii - łącznie 49 ligowych trafień. Skompletował dwa efektowne ligowe hattricki, oba przeciwko Pogoni Lwów (cztery gole podczas meczu rozegranego w 1930 roku oraz trzy w 1933 r.). Bywał powoływany na kadrę, ale kończyło się na grzaniu ławy, jak choćby w Rydze w meczu z Łotwą w 1934 roku.

Józef Ziemian. Znakomity, waleczny obrońca Tarnovii, Legii i Warszawianki, uważany za jednego z najlepszych polskich defensorów przełomu lat 20. i 30. W czerwcu 1930 roku zagra w wygranym 3:1 w Krakowie meczu polskiej reprezentacji przeciwko Austrii. Spotkanie to jednak ma dziś status nieoficjalnego. Ziemian odszedł ku bramom wieczności w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1984 roku w Warszawie.

Stefan Rusin. Świetny, znakomicie wyszkolony, skuteczny piłkarz z Krakowa, gdzie grał i strzelał dla Cracovii oraz Garbarni. Wystąpił w dwóch spotkaniach polskiej reprezentacji - w sierpniu 1929 roku na stadionie swojej Cracovii przeciwko Czechosłowacji oraz w maju 1930 w Budapeszcie przeciwko Węgrom, lecz w obu tych meczach rywalami biało-czerwonych były ‘amatorskie’ zespoły wymienionych krajów, na skutek czego pojedynki te nie osiągnęły oficjalnej rangi. Rusin zmarł 12 lipca 1970 roku w Krakowie.

Marian Nagraba. Filar formacji obronnych, mistrzowskiej Garbarni Kraków z 1931 roku. Nieco wcześniej, jesienią 1930 roku przywdział biało-czerwone barwy w spotkaniu przeciwko amatorskiej ekipie Czechosłowacji w Pradze. Oficjalnego występu nigdy nie zaznał.

Karol Bajorek. Solidny defensor mistrzowskiej Wisły Kraków (1927, 28), zdobywca Pucharu Polski (26). W sierpniu 1929 roku zagrał w nieoficjalnym meczu przeciwko Czechosłowacji na stadionie Cracovii. Zmarł 1 września 1980 roku z Żywcu.

Stefan Katzy. Trzykrotny mistrz Polski z chorzowskim Ruchem w latach 1933-1935, choć jego wkład w ostatni z wymienionych tytułów ograniczył się do rozegrania zaledwie jednego spotkania. Łącznie aż dziewięć sezonów w chorzowskim zespole, którego był nieocenioną podporą, przez trzy lata pełnił zaszczytną funkcję kapitana zespołu, a nadto był piłkarzem bardzo uniwersalnym. Początkowo, grając jeszcze jako napastnik był w roku 1927 najskuteczniejszym strzelcem niebieskich. Zmarł w Chorzowie 24.04.1949 roku.

Alfred Nowakowski. Wychowanek warszawskiego Orkanu, który przez dziewięć sezonów stanowił podporę defensywy stołecznej Legii. 11 maja 1930 roku zagrał dla biało-czerwonych w budapeszteńskim, ‘nieoficjalnym’ pojedynku przeciwko Węgrom, przegranym 1:3. Zmarł 12 listopada 1961 roku w Warszawie.

Franciszek Zorzycki. Zawodnik przypominający nieco swymi parametrami fizycznymi słynnego Maradonę, krępy, z dość widocznie zarysowaną nadwagą, na jaką we współczesnym futbolu, w żadnym profesjonalnym zespole by mu nie pozwolono. A jednak niezwykle pracowity, solidny piłkarz Ruchu, z którym aż czterokrotnie z rzędu (1933-36) wywalczał tytuł mistrza kraju, stanowiąc ważne ogniwo ekipy dyrygowanej na boisku przez genialnego Wilimowskiego. Łącznie rozegrał Zorzycki dla Niebieskich aż dziesięć ligowych sezonów. Zakończył doczesną wędrówkę 22.06.1959.

Walenty Musielak. Piłkarz poznańskiego HCP zagrał w polskiej reprezentacji tylko raz, ale za to jego występ na Olympia-Stadion podczas półfinałowej potyczki na igrzyskach w Berlinie obserwowało aż 80 tysięcy widzów. Musielak miał być przysłowiowym asem wyciągniętym z rękawa Józefa Kałuży, lecz Polacy 1 sierpnia 1936 roku przegrali swą walkę o finał z Austriakami 1:3, a mecz ten nie figuruje dziś jako oficjalne spotkanie naszej kadry. Pozostałe trzy spotkania na berlińskim turnieju Musielak przesiedział na ławce rezerwowych. Skuteczny napastnik poznańskiej drużyny przy zakładach Hipolita Cegielskiego, już tydzień po powrocie z olimpiady, wsławił się na rodzimym podwórku niebywałym wręcz osiągnięciem, strzelając w Toruniu, tamtejszemu Gryfowi sześć bramek w jednym spotkaniu, z czego aż pięć uzyskując pomiędzy 30 a 38 minutą spotkania! Jeszcze we wrześniu 1936 roku Walenty Musielak poleci na mecz reprezentacji Polski do Belgradu, gdzie solidnie wygrzeje ławkę rezerwowych, a potem temat narodowej kadry w kontekście tego poznańskiego gracza już nigdy więcej nie powróci.

Alojzy Sitko. Przez kilka sezonów bardzo solidny obrońca krakowskiej Wisły. W 1936 roku znalazł się w szerokiej, 22-osobowej kadrze polskiej reprezentacji na igrzyska olimpijskie w Berlinie, lecz był w gronie tych czterech zawodników, którzy turniej ubezpieczali wzrokowo z kraju, gotowi nieść pomoc w razie potrzeby. Sitko jako jedyny spośród olimpijskiej ekipy ’36 nigdy nie zaznał smaku występu w koszulce z białym orłem na piersi. Zmarł w 1989 roku w Wodzisławiu Śląskim.

Walter Panchyrz. Aż pięć razy zdobywał wraz z chorzowskim Ruchem tytuł mistrza Polski (1933, 34, 35, 36, 38), choć bardzo długo nie mógł wywalczyć sobie miejsca w podstawowym składzie niebieskich. Po wojnie osiadł w Niemczech.

Kazimierz Lis. Jedyny w dziejach naszego futbolu członek polskiej kadry na mistrzostwa świata, który nigdy nie posmakował występu w biało-czerwonej reprezentacji. Choć zauważyć też wypada, by nakreślić pełny obraz rzeczywistości, iż Lis był w gronie ośmiu graczy, którzy wspomniany już francuski mundial ubezpieczali wzrokowo, pozostając podczas turnieju w kraju. Bardzo silny punkt wielkiej Warty Poznań, z którą zdobywał tytuły mistrza i wicemistrza Polski, uzyskując dla niej łącznie kilkanaście bramek. Na osłodę reprezentacyjnego niespełnienia pozostały mu udane występy w ówczesnej kadrze Poznania. Zmarł 15 lipca 1998 roku.

Antoni Wołosz. Niepodważalny filar formacji defensywnej mistrzowskiego zespołu Polonii Warszawa z 1946 roku, zdobywca Pucharu Polski wraz z Czarnymi Koszulami w 1952 roku. W latach 1949-1951 kapitan stołecznego zespołu aż trzykrotnie siadał na ławce rezerwowych polskiej reprezentacji, ale upragnionego występu nie dane mu było posmakować. Grywał za to w naszej narodowej kadrze B. Zmarł 24.06.1991 w czeskim Brnie.

Henryk Czapczyk


Prawdziwa legenda wielkopolskiego futbolu. W grudniu 1939 roku wyrzucony wraz z rodziną przez Niemców z mieszkania w rodzinnym Poznaniu i wywieziony do Generalnego Gubernatorstwa. W jednym z potajemnych meczów piłkarskich, rozgrywanych w iście partyzanckich warunkach, zdobył aż 15 goli. Zaangażowany w działalność konspiracyjną AK, został wysłany do Warszawy, gdzie brał udział w tamtejszym Powstaniu. "Za wyjątkową odwagę i poświęcenie się podczas walk o Warszawę" odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari. Po wojnie wznowił treningi w Warcie Poznań, z którą w 1946 roku zdobył wicemistrzostwo Polski. Rok później Warta była już najlepszą drużyną w Polsce, a tym najlepszym wśród najlepszych był ówczesny kapitan Zielonych – Henryk Czapczyk, który w 19 meczach uzyskał aż 19 goli, a jego trafienia w finałowej potyczce z krakowską Wisła zadecydowały o końcowym triumfie poznaniaków. We wrześniu 1948 roku Wacław Kuchar powołał go na mecz reprezentacji Polski z Węgrami (2:6), ale poznański piłkarz calutkie spotkanie rozgrywane w Warszawie przesiedział na ławce rezerwowych w zacnym towarzystwie Kazimierza Górskiego. Niedługo potem zanotuje Czapczyk efektowny hattrick przeciwko warszawskiej Legii. Niebawem przechodzi z Warty do Lecha, gdzie wraz z Teodorem Aniołą i Edmundem Białasem współtworzył legendarny tercet A-B-C, który siał postrach na polskich boiskach. Tylko Czapczykowi, uchodzącemu za najlepiej wyszkolonego technicznie spośród uczestników owego wspaniałego triumwiratu, nie dane było nigdy wystąpić w pierwszej reprezentacji biało-czerwonych. Musiał zadowolić się trzydziestoma występami w kadrze Poznania, trzema grami w reprezentacji Polski B oraz liczbą niemal pół setki zdobytych bramek w rozgrywkach o mistrzostwo Polski. Zmarł 30.08.2010 w Poznaniu.

Feliks Krystkowiak. Świetny bramkarz poznańskiej Warty z jej złotej epoki. Mistrz Polski 1946 oraz wicemistrz 1947. Popularny golkiper Zielonych zasiadał na ławce rezerwowych w polskiej kadrze, jak choćby we wrześniowym, warszawskim spotkaniu z 1949 roku przeciwko Bułgarii, ale szansy występu nigdy nie otrzymał. O przyczynach swego niezaistnienia w reprezentacyjnej bramce, Krystkowiak opowiada choćby tu.

Stanisław Różankowski. Legenda Cracovii lat powojennych. W 57 meczach na poziomie pierwszoligowym strzelił dla swego zespołu aż 37 bramek, z czego przegniatającą większość głową. Do historii przeszedł jego 'główkowy hattrick' przeciwko Legii w Warszawie w 1951 roku. W mistrzowskim dla Cracovii roku 1948, Różankowski w 27 meczach uzyskał aż 22 trafienia, będąc głównym architektem końcowego sukcesu Pasów. Kilka lat później, będący wciąż jeszcze we wspaniałym piłkarsko wieku 26 lat, Różankowski zostaje odsunięty od pierwszoligowych rozgrywek i przymusowo zesłany na futbolowe peryferie za to, że ośmielił się skrytykować komunistyczny, zbrodniczy ustrój, który panoszył się wówczas na polskiej ziemi.

Marian Olejnik. Ponad dwieście pierwszoligowych spotkań i blisko trzy dziesiątki trafień, głównie dla Legii i Górnika Zabrze, ale również dla górników z Radlina. W stołecznym zespole stworzył bardzo ciekawy ofensywny duet z Kazimierzem Górskim, z rozrzewnieniem wspominany potem po latach przez najwybitniejszego z naszych trenerów. W Zabrzu, gdzie często grywał z kapitańską opaską na ramieniu, aż trzykrotnie świętował zdobycie mistrzostwa Polski (57, 59, 61). Występował w polskich reprezentacjach niższej rangi, ale w tej najważniejszej nigdy nie zagrał.

Piotr Kuczyński. Już jako 21-letni zawodnik drugoligowej wówczas Tarnovii, zaczął ocierać się o seniorską kadrę biało-czerwonych, a w roku 1950 dwukrotnie zasiadł na ławce rezerwowych polskiej reprezentacji podczas meczów przeciwko Rumunii i Czechosłowacji. Kontuzja doznana przy Łazienkowskiej zahamowała wspaniale zapowiadającą się karierę utalentowanego prawoskrzydłowego. Łącznie na pierwszoligowych boiskach Kuczyński zdążył rozegrać ledwie 35 spotkań, w których zdobył 14 goli. Zmarł całkiem niedawno - w marcu 2013 roku.

Władysław Sobkowiak. Podczas jedenastu sezonów spędzonych na boiskach ekstraklasy, ten bardzo solidny obrońca, wychowanek poznańskiego Lecha, rozegrał ponad dwieście spotkań dla Kolejorza (przez 9 lat) i warszawskiej Legii (2 lata). Był o krok od spełnienia marzeń o debiucie w polskiej reprezentacji, lecz ostatecznie, powoływany do niej w latach 1952-53 aż trzykrotnie, ani razu nie zagrał. Występował za to w naszej narodowej kadrze B.

Janusz Gogolewski. Grał w reprezentacji B, grał w kadrach juniorskich, ale w tej pierwszej, najważniejszej, nie zadebiutował nigdy. 46 ligowych bramek w blisko dwustu ligowych występach dla poznańskiego Lecha (m.in. efektowne hattricki przeciwko Szombierkom w 1950 r., gdańskiej Lechii w 1952 r. i stołecznej Gwardii) oraz warszawskiej Legii.

Andrzej Cehelik. Szybki, świetny technicznie skrzydłowy, będący wychowankiem bytomskiej Polonii, największe sukcesy święcił z warszawską Legią, wywalczając z nią w latach 1955 i 1956 dwukrotny dublet, czyli mistrzostwo i puchar Polski. Powołany w listopadzie 1953 roku na mecz reprezentacji przeciwko Albanii nie pojawił się jednak na murawie w Tiranie. Występował w naszej kadrze B. Zmarł 8 marca 1991 w Warszawie.

Aleksander Dziurowicz. Przez wiele lat bardzo dobry bramkarz Zagłębia Sosnowiec, wicemistrz Polski 1955. Jego ligowe osiągnięcie - 627 minut bez utraty gola do dziś budzi respekt. W lipcu 1956 roku dwukrotnie powołany do polskiej kadry, jednak nie dane mu było wystąpić w reprezentacyjnej bramce.

Jerzy Słaboszowski. Solidny defensor Cracovii oraz warszawskiej Legii, z którą w latach 1955-1956 zdobył zarówno mistrzostwo jak i puchar Polski. Na fali sukcesów wywalczonych w stolicy, jesienią 1956 roku dwukrotnie powołany do reprezentacji biało-czerwonych, ale skończyło się na grzaniu ławy. Zmarł 4 kwietnia 1981 roku w Elblągu.

Zygmunt Pieda. Aż czterokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski, a czynił to w barwach dwóch zespołów – chorzowskiego Ruchu (1952, 53, 60) oraz warszawskiej Legii (1955). Ze stołecznym teamem dwa razy sięgnął również po krajowy puchar (1955, 56). Ów utytułowany, znakomicie wyszkolony technicznie oraz dysponujący niezłym dryblingiem i znakomitym uderzeniem pomocnik, w 1955 roku aż trzykrotnie był powoływany na mecze pierwszej kadry biało-czerwonych, ale musiał zadowolić się oglądaniem reprezentacyjnych debiutów innych graczy (jak choćby w Bukareszcie – Pola czy Kempnego), aniżeli samemu wybiec na murawę w koszulce z orłem na piersi. W trykocie takowym, owszem biegał po boisku, ale w szeregach reprezentacji młodzieżowych oraz kadry B.

Eugeniusz Pohl. Znakomity, bardzo skuteczny, twardy obrońca chorzowskiego Ruchu. Przez aż siedem sezonów nosił kapitańską opaskę w zespole Niebieskich, w barwach których aż czterokrotnie triumfował w mistrzostwach Polski (1951, 52, 53, 60), a raz w krajowym pucharze (1951). Był bardzo bliski wyjazdu na igrzyska olimpijskie do Rzymu w 1960 roku, ale zamiast niego pojechał inny defensor chorzowskiego klubu. W listopadzie 1959 roku powołany do pierwszej reprezentacji Polski, ale wyłącznie z ławki rezerwowych mógł podziwiać boiskowe wyczyny innego Pohla – Ernesta, który ustrzelił wówczas bramkowy trójpak przeciwko Finom.

Alfred Narloch. Uznany piłkarz mistrzowskiej Polonii Bytom z 1954 roku. W latach 1950-1953 dwukrotnie na reprezentacyjnej ławce biało-czerwonych. W kwietniu 1953 roku wystąpił nawet w sparingu narodowej kadry przeciwko reprezentacji Śląska, ale był to oczywiście mecz nieoficjalny.

Henryk Szczurzyński. Bramkarz ŁKS, z którym wywalczył zarówno tytuł mistrzowski (1958), jak i krajowy puchar (1957). Kilkukrotnie wystąpił w polskiej kadrze B, dwa razy wygrzewał też ławę w pierwszej reprezentacji, ale między słupkami się nie pojawił. Zmarł na australijskiej ziemi 14 października 2006 roku.

Mieczysław Siemierski. W barwach chorzowskiego Ruchu (1952, 53, 60) oraz warszawskiej Legii (1955, 60) łącznie aż pięciokrotnie zdobywał mistrzowski tytuł, a ze stołecznym zespołem dwukrotnie zgarniał również Puchar Polski (55, 56). Kilkanaście sezonów bardzo solidnej gry w naszej lidze zaowocowało w przypadku tego piłkarza wyłącznie jednym powołaniem do polskiej reprezentacji (jeszcze u progu kariery, bo w 1953 roku), lecz do gry w biało-czerwonym stroju wyznaczono wówczas innych.

Tadeusz Błażejewski. Nie bazował na jakiejś nadzwyczajnej szybkości, ale był to silny, niezwykle skuteczny napastnik - wspomina swego kolegę z warszawskiej Legii Antoni Piechniczek. Wychowanek poznańskiej Warty w swych 78 ligowych meczach na najwyższym szczeblu rozgrywek uzyskał 41 goli (wszystkie dla stołecznej Legii). Uchodził za jednego z najlepszych polskich, ofensywnych graczy swoich czasów. Najtrudniejszą przeprawę na boiskach ekstraklasy miewała z nim gdańska Lechia, której Błażejewski aż dwukrotnie zaaplikował bolesną dawkę trzech goli na mecz.

Edward Olszówka. Spośród wszystkich piłkarzy w historii naszego futbolu, którzy nie zaliczyli oficjalnego meczu w pierwszej reprezentacji biało-czerwonych, niekwestionowany rekordzista pod względem liczby wywalczonych tytułów mistrza Polski. Aż sześciokrotnie święcił ligowe triumfy z Górnikiem Zabrze (1961, 63, 64, 65, 66, 67; do tego wicemistrzostwo w 62 i 69 oraz 3 miejsce w lidze w 60 i 68), dwukrotnie zdobywając również Puchar Polski (65, 68; ponadto wystąpił w przegranym finale PP ‘66). Przez lata niezastąpiony filar zabrzańskiej defensywy (w 1963 roku jako jedyny piłkarz Górnika zagrał we wszystkich – ligowych i pucharowych meczach swego klubu), zluzowany na lewej obronie dopiero przez Latochę. Odszedł z Zabrza akurat u progu wspaniałej przygody górniczej jedenastki w PEZP, zwieńczonej wejściem do ścisłego finału. Sam Olszówka w kilku poprzednich sezonach piętnastokrotnie pokazał się na międzynarodowej arenie podczas rozgrywek europejskich pucharów (m.in. w historycznych, debiutanckich występach zabrzan w EP przeciwko angielskiemu Tottenhamowi). 25 czerwca 1964 roku na stadionie w Poznaniu wystąpił również w przegranym przez polską reprezentację 0:1 z Włochami, eliminacyjnym spotkaniu do igrzysk olimpijskich, jednak pojedynek ten nie figuruje już w zestawieniu oficjalnych meczów pierwszej drużyny biało-czerwonych.

Kazimierz Frąckiewicz. Niezwykle ciekawa postać. Utalentowany piłkarz Lechii Gdańsk i Zawiszy Bydgoszcz. W barwach Legii strzelił m.in. ważną bramkę w europejskich pucharach przeciwko Galatasaray. W 1966 roku wyjechał do Paryża na mecz z Francją jako kibic polskiej reprezentacji i pozostał już na Zachodzie. Niespełna rok później był bardzo bliski podpisania kontraktu z monachijskim Bayernem, lecz ostatecznie osiadł za Oceanem, gdzie robił karierę w amerykańskiej NASL. Przez kilka lat uzyskał tam łącznie 48 goli i jest najskuteczniejszym po Deynie (ten uciułał o jedno więcej - 49) polskim graczem w całej historii tych rozgrywek. To właśnie po Frąckiewiczu przejął w spadku swą nieodłączną ksywę "Kaka" legendarny kapitan polskiej reprezentacji. A sam Kaka Frąckiewicz, który w reprezentacji Polski niestety nigdy nie zagrał, podczas swej amerykańskiej przygody znajdował czas i na to, by wpaść na Stary Kontynent i pograć nieco, wraz z Pogrzebą, o którym wspomnimy kilkanaście linijek niżej, dla holenderskiej Bredy, strzelając dla swego europejskiego zespołu 21 goli w 46 spotkaniach.

Edward Herman. Istny ewenement wśród polskich piłkarzy. Dopiero w wieku 28 lat wyrwał się z Dębu Katowice i zadebiutował w polskiej ekstraklasie w barwach chorzowskiego Ruchu, a pomimo tego zdążył w niej jeszcze strzelić łącznie aż 76 goli! (wicekról strzelców 1970/71). Nie dysponował jakimś potężnym uderzeniem, ale miał zupełnie niesamowity instynkt strzelecki, który pozwalał mu wykazać się ogromnym sprytem i skutecznością pod bramką rywala - wspomina swego kolegę z Niebieskich, Antoni Piechniczek. Piłkarskie geny napastnika Ruchu i GKS Tychy były naprawdę solidnej jakości, Herman był bowiem bratankiem Richarda, który w 1954 roku wywalczył wraz z reprezentacją RFN mistrzostwo świata. Gdyby nie tak późny debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej reprezentacyjna kariera Edwarda Hermana w biało-czerwonych barwach niewątpliwie stałaby się faktem. Śląski supersnajper musiał się jednak zadowolić występami w polskich kadrach juniorskich i młodzieżowych oraz trafianiem do bramki w nieoficjalnych meczach narodowej reprezentacji. W swych sześciu spotkaniach rozegranych w europejskich pucharach przeciwko takim zespołom, jak Wiener, Ajax czy Fiorentina uzyskał jednego gola. Zmarł 13 kwietnia 2009 roku.

Norbert Pogrzeba. Nieoceniona postać dla bardzo silnej Polonii Bytom z przełomu lat 50. i 60. Mistrz Polski 1962 oraz trzykrotny wicemistrz kraju (58, 59, 61). To właśnie Pogrzeba strzela jesienią 1962 roku premierowego dla bytomian gola w europejskich pucharach, pokonując na Stadionie Śląskim w Chorzowie bramkarza Panathinaikosu. Pogrzeba trafi też w ateńskim rewanżu, a później również w Stambule przeciwko Galatasaray, zaliczając łącznie trzy bramki w swych pięciu pucharowych występach. Napastnik Polonii jest bardzo skuteczny również podczas rozgrywek o Puchar Intertoto, strzelając na dwie minuty przed końcem finałowego spotkania przeciwko zespołowi z Lipska, decydującego o końcowym zwycięstwie w tym turnieju gola dla bytomskiej drużyny. Łącznie w latach 1963-68 uzyska osiem trafień w rozgrywkach Intertoto. Na boiskach naszej ekstraklasy Pogrzeba również mnóstwo strzela, zamykając swój łączny bilans na liczbie 65 goli. W maju 1963 roku wystąpi na stadionie w Poznaniu w towarzyskim meczu polskiej kadry z brazylijskim Flamengo, ze słynnym Didą na pokładzie. Jednak w przeciwieństwie do kolegów z klubowego zespołu: Szymkowiaka, Liberdy, Kempnego czy Banasia, nigdy nie dostąpi zaszczytu występu w oficjalnym reprezentacji Polski. Nie pomoże mu w tym też z pewnością wyjazd do USA, gdzie przez rok gra w tamtejszej NASL (22 gole dla St.Louis), a w latach 1968-72 również dla holenderskiego pierwszoligowca NAC Breda (91 meczów – 22 gole).

Manfred Urbas. Niezwykle skuteczny snajper Unii Racibórz i Odry Opole. Jako jedyny w dziejach polskiej piłki aż trzy razy z rzędu wywalczał tytuł króla strzelców na zapleczu ekstraklasy (lata 1958, 59 i 60). W przeciwieństwie jednak do Mariana Norkowskiego z Polonii Bydgoszcz, który również trzykrotnie sięgał po laur najskuteczniejszego piłkarza II ligi, Urbasowi nigdy nie było dane zagrać w pierwszej reprezentacji Polski. Musiał zadowolić się występami i strzelanymi bramkami dla narodowej kadry juniorskiej i młodzieżowej, polskiej reprezentacji B oraz czterdziestoma czterema trafieniami na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w naszym kraju.

Eugeniusz Lerch


Jedyny z 'Klubu Stu', czyli elitarnego grona naszych ligowych superstrzelców, który nigdy nie wystąpił w reprezentacji Polski. Fenomenalny snajper, który łącznie ustrzelił aż 106 bramek na boiskach naszej ekstraklasy (dla Ruchu – 85, dla ROW Rybnik - 21; był też królem strzelców II ligi w sezonie 69/70, gdy w barwach ROW zdobył 23 gole). Zagrać w reprezentacji to było jego marzenie życia – opowiada nam o Lerchu, Antoni Piechniczek, który grał z nim przez jakiś czas w barwach chorzowskiego Ruchu. - Przypominał nieco swojego piłkarskiego idola, na którym się wzorował - Gerarda Cieślika, też błyskotliwy, bramkostrzelny, świetny technicznie, a do tego nie sprawiający najmniejszych problemów pozaboiskowych, mogę się o nim wypowiadać jedynie w samych superlatywach. Cóż, miał wtedy ogromną konkurencję w reprezentacyjnym ataku, był Pol, Brychczy, Liberda, Lentner, nie było łatwo się przebić. W spełnieniu reprezentacyjnego marzenia z pewnością nie pomogło mu też przejście z Ruchu do Rybnika. Powiedzmy sobie szczerze, nie było rzeczą prostą trafić do narodowej kadry z klubu takiego jak ROW - kontynuuje były polski selekcjoner. Eugeniusz Lerch był etatowym, a zarazem bardzo skutecznym graczem polskich reprezentacji juniorskich, młodzieżowych oraz narodowej kadry B. Dość spektakularny był dla niego maj 1960 roku. Najpierw ustrzelił w Cottbus hat-tricka, dzięki któremu polska kadra U-23 pokonała rówieśników z NRD 3:0. Potem Ryszard Koncewicz desygnował go do gry w nieoficjalnym, warszawskim meczu pierwszej reprezentacji Polski z Bułgarią. A 25 maja 1960  roku, Lerch był też jednym z tych, którzy na stadionie Śląskim pod szyldem reprezentacji olimpijskiej mieli okazję wystąpić w towarzyskim, przegranym 2:5 meczu przeciwko, uznawanemu wówczas za najlepszy klubowy zespół na świecie, brazylijskiemu FC Santos, z młodziutkim 20-letnim Pele (strzelił wówczas dwa gole) na pokładzie. Niemal dokładnie rok później Lerch zostaje również powołany na mecz pierwszej reprezentacji biało-czerwonych z reprezentacją ZSRR, ale swej szansy na upragniony występ na stadionie Dziesięciolecia w Warszawie niestety nie dostanie.

cdn...