Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 18 sierpnia 2015
Widziałem talent, czyli piłkarska nadzieja Lublina marzy o Lechu

Jeden z nas postanowił przesadzić na czas jakiś swe poznańskie korzenie i ostatni rok życia spędził w Lublinie. W mieście, przez które przewinęło się niegdyś kilka naprawdę wielkich nazwisk dla całej historii polskiego futbolu (Górski, Żmuda czy J.Bąk) i które w swych porywach świetności mogło się poszczycić reprezentantem Polski (L.Pisz), królem strzelców ekstraklasy (L.Iwanicki), dwukrotnym mistrzostwem Polski juniorów (Lublinianka - 1938 i Motor - 1971), łącznie kilkunastoma sezonami na najwyższym szczeblu rozgrywek (Lublinianka przed wojną i krótko po niej, Motor na przełomie lat 80. i 90.) i trzema ćwierćfinałami Pucharu Polski (Lublinianka 69/70 zastopowana dopiero przez wielkiego Górnika Zabrze, ówczesnego finalistę PEZP; Motor 78/79, 81/82) - dziś po wielkiej piłce pozostała raczej wyłącznie jeszcze większa tęsknota, a rozgrywane na całkiem efektownej, niespełna szesnastotysięcznej Arenie Lublin, miejscowe derby Motoru i Lublinianki, choć jakoś tam oczywiście nadal elektryzują miejscowych fanów, muszą zadowolić się kontekstem poziomu zaledwie czwartego frontu na naszej ligowej mapie.

Lubelskie murawy wydeptywali niegdyś naprawdę świetni piłkarze. W barwach Lublinianki czynili to choćby późniejsi wielokrotni reprezentanci Polski, a zarazem jej kapitanowie, jak Edmund Zientara (kapitańską opaskę przywdziewał również podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie w 1960 roku) czy Roman Korynt, a także Władysław Król, Leszek Jezierski, Władysław Soporek czy niedoszły mundialowicz Mexico '86 - Marek Kostrzewa. Z nowszej generacji futbolistów na szerokie wody zdołali również wypłynąć dwaj bramkarscy wychowankowie Lublinianki: srebrny medalista olimpijski z Barcelony '92 - Arkadiusz Onyszko oraz Jakub Wierzchowski, a także przywdziewający obecnie koszulkę stołecznej Legii Tomasz Brzyski.

Motor może się pochwalić jeszcze znamienitszym zastępem futbolowych nazwisk. To właśnie jego wychowankiem był czterokrotny mundialowicz, piłkarz, który aż 21 razy wystąpił na Mistrzostwach Świata, jeden z najwybitniejszych reprezentantów Polski w całej jej historii – Władysław Żmuda. Właśnie w barwach lubelskiego klubu Żmuda wywalczył Mistrzostwo Polski juniorów (1971) oraz zdobywał brązowy medal Mistrzostw Europy juniorów (1972). Po dwóch latach był już jednym z największych odkryć dorosłego mundialu w Niemczech i zarazem brązowym medalistą mistrzostw globu. Wyczyn ten powtórzył również podczas Espana ’82, a wcześniej przytulił jeszcze olimpijskie srebro w Montrealu. Nic dziwnego, że wielokrotnego kapitana polskiej reprezentacji i byłego piłkarza włoskiej Serie A dość powszechnie uznano przed dekadą najlepszym graczem w historii Motoru.

Innym wychowankiem tego lubelskiego klubu, który przez lata był filarem defensywnej formacji polskiej reprezentacji jest Jacek Bąk. Uczestnik dwóch mundiali i jednego turnieju Mistrzostw Europy, debiutował w pierwszoligowym Motorze już w wieku 17 lat. I z pierwszoligowego poziomu nie zszedł już do końca kariery, kolekcjonując na tym szczeblu rozgrywek w Polsce, Francji czy Austrii ponad czterysta występów.

Kolejnym, obok Żmudy, mundialowym medalistą z 1974 roku (choć przy rewelacyjnym Janie Tomaszewskim murawy wówczas nie powąchał), którego futbolowe szlaki przebiegły na pewnym etapie jego kariery przez Lublin, był bardzo ceniony bramkarz Zygmunt Kalinowski.

Obok Żmudy i Kalinowskiego, z legendarną reprezentacją Kazimierza Górskiego związany był również Krzysztof Rześny, który zadebiutował w biało-czerwonych barwach w słynnym, zwycięskim meczu przeciwko Anglii w Chorzowie (podczas którego pamiętnej kontuzji doznał Lubański). Co ciekawe, podczas gdy defensor, który u progu swej kariery spędził w Lublinie kilka lat, walczył na boisku dla polskiej reprezentacji (a zdarzyło się to sześciokrotnie), ta nigdy nie straciła gola.

Najskuteczniejszym graczem w pierwszoligowych dziejach lubelskiej piłki był natomiast późniejszy dwukrotny reprezentant Polski - Leszek Iwanicki (łącznie 26 goli na tym szczeblu), który w sezonie 1984/85 został nawet królem strzelców ekstraklasy, wyprzedzając wówczas w tej klasyfikacji nawet takich asów, jak Mirosław Okoński, Jan Urban, Dariusz Dziekanowski czy Włodzimierz Smolarek.

Czarujący przez lata znakomitym wyszkoleniem technicznym Leszek Pisz to prawdziwa legenda warszawskiej Legii, ale również piłkarz, który na trwałe zapisał się w dziejach lubelskiego futbolu. To właśnie filigranowy pomocnik, jako jedyny jak dotąd piłkarz przywdziewający barwy lubelskiego Motoru wystąpił równocześnie, i to aż pięciokrotnie, w koszulce z białym orłem na piersi.

Niewiele brakowało, by w annałach lubelskiej piłki, zamiast Pisza, jako ten pierwszy biało-czerwony zapisałby się kilka lat wcześniej Andrzej Łatka. Znakomity snajper, który przeszedł do historii polskiego futbolu strzelając fantastycznego gola na słynnym Camp Nou wielkiej Barcelonie, otrzymał co prawda od Wojciecha Łazarka w październiku 1986 roku powołanie do narodowej reprezentacji na towarzyski mecz z Koreą Północną, ale z występu w tym spotkaniu wykluczyła go kontuzja.

Reprezentacyjne szlify w polskiej reprezentacji zdobywali też trzej gracze formacji defensywnej, którzy wcześniej lub później przewinęli się przez Motor: Ryszard Milewski, Modest Boguszewski (wychowanek lubelskiego klubu; młodzieżowy wicemistrz Europy z 1981 roku) czy Rafał Szwed. To zresztą właśnie głównie ze względu na tego ostatniego, którego pragnięto wówczas efektownie wytransferować do dobrego zachodniego klubu, doszło przed dwudziestu laty do zakończonej porażką 0:7, historycznej towarzyskiej potyczki w szwajcarskim Vevey – lubelskiego Motoru z Realem Madryt, na pokładzie którego błyszczały w tamtym meczu takie gwiazdy, jak Canizares, Hierro, Sanchis, Redondo, Raul, Michel, Luis Enrique, Alfonso, Zamorano czy Michael Laudrup.

Obok Żmudy, Bąka czy Onyszki z Lublina pochodził również inny gracz, który ma na swym koncie reprezentacyjny epizod – Jarosław Góra. W lipcu 1992 roku zagrał on w towarzyskiej potyczce przeciwko Gwatemali, jeszcze teoretycznie jako gracz Zagłębia Lubin, ale kilkanaście dni później przywdziewał już trykot drugoligowego wówczas Motoru. W Lublinie całkiem niedawno kończył swą karierę kilkunastokrotny obrońca polskiej reprezentacji - Grzegorz Bronowicki. A warto też nadmienić, że przez Motor, teoretycznie przynajmniej, przewinęły się również dwa inne głośne nazwiska późniejszych reprezentantów Polski. Zarówno jednak późniejszy gwiazdor Bundesligi - Piotr Nowak, jak i Kazimierz Węgrzyn, z różnych powodów, nie zaliczyli ani jednego ligowego występu w barwach lubelskiego klubu. W ramach ciekawostki przypomnijmy też, że na poziomie trzeciego szczebla naszych ligowych rozgrywek, barwy Motoru przywdziewał dwa lata temu ponad trzydziestokrotny reprezentant Ugandy - Vincent Kayizzi. Natomiast zasłużony bramkarz Motoru, Dariusz Opolski, w sezonie 1991/92 został przez katowicki "Sport" uznany najlepszym graczem naszej ekstraklasy. Gdy dodamy do tego, że w 1963 roku Lubliniankę do drugiej ligi wprowadzał wielki Kazimierz Górski, który siedem lat później, niemal w przededniu swej wspaniałej selekcjonerskie przygody był konsultantem i doradcą piłkarzy Motoru, a później, w różnych okresach, na trenerskiej ławce zespołu z Alei Zygmuntowskich zasiadały również tak głośne w futbolowym świecie nazwiska, jak krótkotrwały trener polskiej reprezentacji - Lesław Ćmikiewicz, czy srebrny medalista z Barcelony i mundialowicz z Korei - Piotr Świerczewski, to tworzy nam się naprawdę ciekawy, historyczny pejzaż lubelskiej piłki.

z14460125Q,Druzyna-Motoru---sezon-1991-92---od-lewej-gorny-rz

(zespół Motoru Lublin przed swym ostatnim, jak dotąd, sezonem w ekstraklasie 1991/92)

Czy można jednak wyżyć z samych tylko, choćby i najpiękniejszych futbolowych wspomnień przeszłości? Choć oba zasłużone lubelskie kluby, walczą obecnie dopiero na czwartym poziomie rozgrywkowym i raczej nieprędko ponownie zawitają w progi ekstraklasy, nie oznacza to jednak wcale, że Lublin nie wydaje już na świat piłkarskich talentów. Grze jednego z nich miałem okazję uważnie przyglądać się z bardzo bliska. Wychowanek Motoru - Jakub Futrzyński, powoływany przez trenera Roberta Wójcika do polskiej reprezentacji U-15, regularnie występujący w kadrze województwa, swoją mądrą, dojrzałą i świadomą grą naprawdę robi wrażenie. Arcysolidny środkowy obrońca, twardy, waleczny i nieustępliwy, o znakomitych warunkach fizycznych (już teraz wzrostem dorównuje Żmudzie), świetnie grający głową, wciąż czyni ogromne postępy, ale co najważniejsze jest bardzo wartościowym, poukładanym wewnętrznie chłopakiem, któremu napływ wody sodowej do mózgu absolutnie nie grozi. Kuba po cichu marzy, by śladem swego wielkiego poprzednika - Jacka Bąka, szlakiem przez Poznań, wypłynąć na szerokie piłkarskie wody. A że Lublin ma naprawdę solidną i wiarygodną tradycję wypuszczania w futbolowy świat wielce utalentowanych, znakomitych defensorów, świadczą przykłady Żmudy, Boguszewskiego czy Bąka. Bez względu jednak na to, czy Jakubowi Futrzyńskiemu dane będzie kiedykolwiek, jak jego wielkim poprzednikom, przywdziać trykot dorosłej reprezentacji Polski, bez względu na to, czy zagra w przyszłości dla Lecha lub jakiegokolwiek innego z czołowych polskich klubów, będę się jego karierze bardzo uważnie przyglądał, bo ma on wszelkie predyspozycje ku temu, by nie zmarnować swego ogromnego piłkarskiego potencjału i obok Żmudy czy Bąka, stać się kolejnym wychowankiem lubelskiej futbolowej krainy, przed którym wielkie stadiony staną kiedyś otworem. Czego mu zresztą szczerze życzę.

środa, 22 lipca 2015
Bośniak w Polsce - anonimowy reprezentant

Przeglądając ostatnio różne zestawienia obcokrajowców, którzy występowali w naszej ekstraklasie, wyłapałem pewną ciekawostkę. Otóż jedną z narodowości, które najliczniej transferują do Polski seniorskich reprezentantów swojego kraju są Bośniacy. Choć do Litwinów i Łotyszy wciąż im bardzo daleko, to występy nad Wisłą zaliczyło aż 15 tamtejszych kadrowiczów! Oto oni, wymienieni od tych z największym urobkiem do tych z najmniejszym.

Boris Pandza - 21A

Stale powoływany do reprezentacji w latach 2008-2012, choć raczej zawodnik drugiego składu. Zagrał w el. EURO 2008 (dwa mecze) i EURO 2012 (pięć meczów) oraz el. MŚ 2010 (trzy mecze, w tym jeden w barażu z Portugalią). W Polsce bawił w Górniku Zabrze w sezonie 201/2014.

Omer Joldić - 19A-1

http://news.bbc.co.uk/olmedia/435000/images/_438647_hutchisonrunning150.jpg

Przez lata jeden z najlepszych obrońców ligi bośniackiej (w Slobodzie Tuzla i Zeljeznicarze Sarajewo). W Polsce nieudana przygoda w GKS Bełchatów (2005/2006). Wspominam też o nim tutaj. Co ciekawe, swój godny dorobek Joldic zbierał tylko przez dwa lata (1999-2001). Załapał się jednak zarówno na mecze eliminacji do Euro 2000, jak i MŚ 2002.

Semir Stilic - 8A

Nad Stilicem nie ma co się tutaj specjalnie rozwodzić, bo wszyscy go znają z niedawnych występów w Lechu i Wiśle. Napiszę więc tylko, że pomimo bardzo częstych powołań (lata 2007-2015!), rozegrał on garstkę meczów w kadrze. Ba, tylko dwa z nich były o stawkę (spotkania z Rumunią i Białorusią w el. EURO 2012).

Vule Trivunović 3A-0

Najlepszy zawodnik ligi bośniackiej 2010 zagrał w 2006 roku w trzech meczach kadry BiH - z Węgrami i Mołdawią (el. EURO 2008) oraz z Francją (towarzyski). W Polsce wiosną 2011 roku występował w Cracovii (11 meczów i 2 gole).

Stojan Vranjes 4A-0

Choć ten sezon rozpoczął kiepsko, to przez 1,5 roku w Lechii pokazał już, że jest dobrym zawodnikiem. W reprezentacji rozegrał cztery towarzyskie spotkania - jedno w 2009 (z Uzbekistanem) i trzy w 2012 roku (z Irlandią, Meksykiem i Algierią).

Vlastimir Jovanovic - 3A

Waleczny pomocnik, świetnie znany z występów w Koronie Kielce, przed wyjazdem z ojczyzny zagrał jeszcze w trzech meczach reprezentacji. Zadebiutował w niej 30 stycznia 2008 roku w przegranym spotkaniu z Japonią (0:3), które odbyło się w Tokio. W czerwcu 2008 roku wystąpił w pojedynku z Azerbejdżanem, a rok później w meczu z Uzbekistanem.

Haris Handzic – 2A

W Poznaniu to człowiek-legenda. Pisałem o nim niedawno tutaj, a w ostatnich miesiącach było słychać o jego golach w ekstraklasie rosyjskiej dla FK Ufa. W kadrze dwa towarzyskie mecze (w 2007 i 2008 roku; pierwszy z nich z Polską, drugi z Uzbekistanem).

Admir Adżem - 2A

W Polsce spędził aż 5 lat. Występował w Pogoni Szczecin, GKS Katowice i Zagłębiu Sosnowiec (2002-2007). W reprezentacji dwa mecze w 2001 roku.

Edin Saranovic - 2A

Czołowy strzelec FK Sarajevo nie stał się asem Pogoni Szczecin (jesień 2002). W koszulce BiH dwa spotkania w 2001 roku.

Velibor Duric - 1A

Miał być bośniackim Maradoną. Widzew Łódź aż strzygł uszami, gdy go sprowadzał. Duric przez dwa lata (2009-2011) pokazał się jako zawodnik dobry technicznie, ale leniwy i nieruchawy. Kibice jednak zapamiętali go z racji tej bramki. W kadrze tylko raz - towarzysko z Uzbekistanem (2008).

Dżenan Hosic - 1A

To chyba najbardziej zapomniany piłkarz w tym zestawieniu. Hosic spędził w Polsce 7 (2003-2010) grając w Szczakowiance Jaworzno i Zagłębiu Sosnowiec. Jeden występ w kadrze zaliczył w 2001 roku.

Vladimir Karalic - 1A

O Karalicu było ostatnio głośno, by wygrał proces sądowy z Polonią Bytom i klub będzie musiał mu płacić spore odszkodowanie. W reprezentacji napastnik ten zagrał raz - towarzysko przeciwko Polsce (2007).

Semir Bukvic - 1A

W Polsce tylko w drugoligowej Warcie (wiosna 2014), ale w ojczyźnie ceniony reprezentant młodzieżowy i jednokrotny seniorski. Ten dorosły debiut to "słynny" towarzyski mecz z Polską w 2011 roku - Bośniacy grali niby oficjalnie, choć jako "olimpijsko-mediteranska selekciją".

Jasmin Buric - 1A

Jasia wszyscy znają, ale nie wszyscy wiedzą, że ma on na koncie również debiut w dorosłej reprezentacji BiH. W 2008 roku wystąpił w towarzyskim meczu z Azerbejdżanem.

To chyba tyle. Bardzo prawdopodobne, że kogoś zgubiłem. Pamiętam za to o sporym gronie młodzieżowych reprezentantów, którzy grali w polskich drużynach (np. Gordan Bunoza, Hadis Zubanovic, Amer Osmanagic czy nawet Boubacar Dialiba).

Główny wniosek z tego zestawienia jest taki, że ilość nie podąża tutaj za jakością. Poza Stilicem, Jovanovicem i Buricem reszta - z różnych względów - do zapomnienia. Inna sprawa, że większość pojawiających się tutaj zawodników to reprezentanci pokroju Adriana Budki, Mariusza Pawelca czy Pawła Magdonia. Pojedyncze mecze w nieistotnych grach towarzyskich pokazują, że dziś w narodowej reprezentacji może zagrać praktycznie każdy piłkarz.

W rewanżu z FK Sarajewo należy więc przyglądać się przeciwnikom, ale transferować się ich powinno już ostrożniej.

P.

sobota, 27 czerwca 2015
Honduras - Brazylia 2:0. Duńczycy Karaibów na Copa America 2001

hqdefault

Copa America 2001 rozgrywana była w szczególnych okolicznościach. Na gospodarza tego turnieju kilka lat wcześniej namaszczono Kolumbię. Im bliżej było jednak imprezy, tym intensywniej krajem wstrząsała fala przemocy. Choć mieszkańcy przyzwyczajeni byli do różnych niepokojów, to lata 1998-2002 odznaczały się eskalacją groźną dla obywateli. Do "standardowych" aktów, takich jak potyczki narkotykowe, rywalizacja gangów, czy porwania dla okupów, dołączyła bowiem otwarta już wręcz wojna wojsk rządowych z partyzantką FARC, znanej m.in. z porwania działaczki Ingrid Betancourt w lutym 2002 roku. Ci pierwsi organizowali regularne szturmy na miejscowości zajmowane przez guerillas (np. oblężenie miasta Puero Leras w lipcu 1999 roku) oraz aresztowali trzech Irlandczyków mających współpracować z rebeliantami (tzw. sprawa trójki kolumbijskiej). Ci drudzy zaś wzmogli swoje działania atakując kolejne miasteczka, a nawet porywając samolot pasażerski.

W tych okolicznościach organizacja mistrzostw stanęła pod znakiem zapytania.

- Głupotą jest rozgrywać mistrzostwa w państwie, gdzie toczy się wojna domowa! - większość związków skupionych w CONMEBOL nawoływała do zmiany gospodarza imprezy. Władze się miotały. Najpierw CONMEBOL przekazała organizację imprezy Wenezueli (decyzja z 28 czerwca 2001), by chwilę później oddać ją Kolumbijczykom, z przesunięciem turnieju na 2002 rok (decyzja z 30 czerwca 2001).

W końcu jednak zdecydowano, że wszystko odbędzie się tak jak pierwotnie planowano, a więc Copa rozegrana zostanie na kolumbijskich stadionach w dniach 11-29 lipca 2001 (decyzja z 5 lipca 2001).

Po tej decyzji z turnieju wycofała się zaproszona na gościnne występy Kanada, a dzień przed startem turnieju - Argentyna. W trybie ekspresowym Kanadyjczyków zastąpiła Kostaryka. W stylu zaś turboekspresowym w miejsce Albicelestes ściągnięto reprezentację Hondurasu. Słowo „turboekspersowym” oraz „ściągnięto” nie są tutaj dętymi metaforami. Kadra Hondurasu została bowiem wręcz wyłapana z urlopów i przetransportowana samolotem kolumbijskich sił zbrojnych. Zespół znad Morza Karaibskiego dotarł do Medellin na kilka godzin przed swoim inauguracyjnym spotkaniem.

Pozostałe zespoły, które zdecydowały się jednak zagrać w Copa America 2001, w większości wydelegowały swój rezerwowy skład. Tak zrobiły choćby Brazylia, Urugwaj czy Paragwaj.

Pomimo tych zawirowań turniej rozpoczął się planowo, zawodnicy (choć słabsi niż na ostatnich Copach) grali naprawdę, a sędziowie gwizdali na serio. Wyniki trafiły do kronik, choć pewnie nie wszystkim krajom to się podobało. I tylko ci uzbrojeni po zęby żołnierze na trybunach stadionów przypominali, że jednak coś się dzieje w okolicy.

Wobec wytrzebienia faworytów zęby na tytuł ostrzyła sobie przede wszystkim Kolumbia (koniec końców go zdobyła) oraz Meksyk i Brazylia. Luis Felipe Scolari co prawda nie powołał swoich największych asów, ale piłkarze, których zabrał, w cuglach powinni rozprawić się z rywalami. W składzie znaleźli się bowiem tacy gracze jak Mario Jardel, Juninho Pernambucano, Emerson, Denilson, Alex, Fabio Rochemback, Belletti, Cris, Roque Junior czy Dida. Grupowe mecze Brazylijczyków potwierdzały, że mogą oni obronić zdobyte dwa lata wcześniej złoto. Choć na inaugurację przegrali z Meksykiem (0:1), to po zwycięstwach z Peru (2:0) i Paragwajem (3:1) wygrali grupę. W ćwierćfinale drabinka skojarzyła ich z Hondurasem. Spodziewano się tylko jednego - łatwego awansu wicemistrzów świata z 1998 roku.

Honduranie, po zamianie spodenek kąpielowych na sportowe, z czasem dochodzili do siebie. Jeszcze na inaugurację podopieczni Ramona Maradiagii wyraźnie byli gorsi od Kostaryki (0:1), ale w kolejnych meczach wygrali i z Boliwią (2:0), i z Urugwajem (1:0). Wszystkie trzy gole zdobył kapitan Amado Guevara.

Każdy strzelony gol, nie wspominając o awansie, musiał być szokiem dla kibiców z Karaibów. W składzie pozbieranym naprędce z okolicznych plaż brakowało większości piłkarzy Hondurasu grających w Europie, a nawet zawodników z czterech najlepszych klubów lokalnej ekstraklasy.

W 2001 roku kibicom Hondurasu naprawdę trudno było być optymistami. Tamtejszy futbol tkwił wtedy w głębokim kryzysie - nie pamiętał już sukcesów z lat 80. (udział w MŚ 1982), a na widnokręgu nie jawiły się jeszcze osiągnięcia z drugiej dekady XXI wieku. W ówczesnym rankingu FIFA Brazylia była druga, Honduras - 51.

Tej przepaści na boisku aż tak nie było widać. Choć Canarinhos mieli wyraźną przewagę, to ich rywale mądrze się bronili, dyrygowani przez bramkarza Noela Valladaresa. Z czasem zaczęło być gorąco też pod bramką Brazylii. Piorun z nieba uderzył w 57. minucie. Wtedy to gola głową dla ekipy znad Morza Karaibskiego strzelił Saul Martinez (niektóre źródła zapisują go jako samobójcze trafienie Bellettiego). Brazylijczycy rzucili się do odrabiania strat, a Honduranie raz po raz jednak groźnie kontrowali. Zdobyli nawet gola, którego arbiter niesłusznie nie uznał (błędnie twierdził, że przy podaniu piłka opuściła boisko). Sprawiedliwość uśmiechnęła się do nich jednak w 90. minucie, kiedy to popisową kontrę golem przypieczętował ponownie Martinez. 2:0!

Ośmiomilionowy Honduras oszalał po tej wiktorii.

- To wręcz nie do opisania! Nie potrafię nawet wyrazić co czuję w tym momencie! - krzyczał Lisandro Flores, prezes honduraskiej federacji.

Fani wylegli na plaże, by świętować historyczny triumf.

Trzy dni później wszyscy obywatele trzymali kciuki za swoich piłkarzy w półfinale turnieju. W nim lepsza okazała się Kolumbia (0:2), ale tę porażkę osłodził wygrany po karnych bój o brązowy medal z Urugwajem. Piłkarze zebrani z urlopów na podium mistrzostw kontynentu - komu jeszcze przypomina się Dania z Euro 1992?

A w Brazylii wrzało. Pozornie niska ranga zawodów nie ukoiła bólu tamtejszych fanów. Brazylijczycy byli zdruzgotani po porażce z tak nisko notowanym przeciwnikiem. Nikt nie wspominał o drugim garniturze kadry, nikt nie zasłaniał się brakiem Roberto Carlosa, Rivaldo, Ronaldo czy Romario. Dla cięgów zebranych od Hondurasu nie było żadnego usprawiedliwienia.

Podkreślano, że Brazylia utraciła swoją magię i wygrać z nią może już każdy. Przy okazji przypominano, że krótko przed Hondurasem potłukła ją także Australia i Ekwador. Tytuły gazet krzyczały: „To nie może być prawda”, „Historyczna porażka” i „Czy jeszcze może być gorzej?”.

Posada Scolariego, który raptem miesiąc wcześniej zmienił na stanowisku Emersona Leao, zawisła na włosku. Selekcjoner wziął winę na siebie. - Ja, Big Phil, przejdę do historii jako trener, który przegrał z Hondurasem. To okropne, ale Honduras grał lepiej od nas i zasłużył na zwycięstwo.

Brazylia po łomocie od Hondurasu podniosła się na tyle, że najpierw awansowała do mundialu w Korei i Japonii, a później w nim triumfowała.

A Honduras? Jego już nigdy więcej nie zaproszono do udziału w Copa America.

P.

piątek, 26 czerwca 2015
Boliwia - chwała na wysokościach. Humillo: sztylety w rozrzedzonym powietrzu

image21To jak szybka jazda samochodem na niskim biegu. Silnik musi pracować na bardzo wytężonych obrotach, aby sprostać narzuconej mu prędkości. Długo tak nie pociągnie. Podobnie jest z gośćmi grającymi w La Paz.

Krótka powtórka z fizyki: gęstość powietrza maleje wraz ze wzrostem wysokości. Jednocześnie, ciśnienie atmosferyczne stopniowo wtedy spada. Dla człowieka oznacza to tyle, że im wyżej się znajduje, tym jego organizm trudniej przyswaja tlen z powietrza. Aby sobie z tym poradzić i szybciej go dotlenić, zaczyna on szybciej oddychać. Tak zapewnia sobie niezbędny tlen, ale kosztuje to go sporo wysiłku.

Efekty? Przemęczenie, bóle głowy, bóle mięśni, zawroty głowy, a nawet nudności lub wymioty. Choroba wysokogórska, bo tak nazywa się ten zespół objawów, pojawia się zwykle na 2500-3000 m n.p.m.

La Paz, stolica Boliwii i zarazem najwyżej położona stolica świata, ulokowana jest na 3600 m n.p.m. Estadio Hernando Siles, na którym występuje tamtejsza reprezentacja, dodatkowo mieści się na wzgórzu - jak na złość. To daje wysokość - bagatela - 3637 m n.p.m. i miejsce w absolutnej czołówce rankingu najwyżej położonych obiektów futbolowych na świecie.

W rozrzedzonym powietrzu trudno spacerować, a co dopiero grać w piłkę. Skwapliwie korzystają z tego piłkarze reprezentacji Boliwii dokonując często cudów w meczach przed własną publicznością. Drużyna, która na tle innych ekip z Ameryki Południowej pozostaje niegroźnym wróbelkiem, u siebie okazuje się kondorem rozrywającym na strzępy potężniejszych rywali.

Przykładów „dusznych cudów” jest cała litania. Najbardziej spektakularne pochodzą z dwóch turniejów Copa America, którym Boliwia gospodarowała. W 1963 roku triumfowała w całej imprezie, po drodze bijąc zarówno Argentynę (3:2), jak i świeżo koronowanych mistrzów świata z Brazylii (5:4). W 1997 roku wydawało się, że scenariusz się powtórzy. Boliwijczycy w drzazgi roznieśli swoich grupowych rywali (komplet zwycięstw bez straty bramki z Peru, Urugwajem i Wenezuelą), potem uporali się z Kolumbią (2:1) i Meksykiem (3:1). W finale oparli im się Brazylijczycy (1:3) z Ronaldo i Romario w składzie. W Boliwii srebrny medal odebrany został z radością, ale i pewnym zawodem. Herezja?

Każda południowoamerykańska reprezentacja w ostatnim ćwierćwieczu notowała porażki w La Paz. Każda. To więc niby żaden wstyd. Słabsze ekipy bywały wręcz „rozstrzeliwane” (jak 0:7 Wenezueli w 1993 roku). Żadna drużyna nie została jednak upokorzona tak strasznie jak Argentyńczycy w 2009 roku. Boliwijczycy w stosunku do tego spotkania najczęściej używają słowa „humillo” - zniszczenie, zgładzenie, zarżnięcie.

Prowadzona wówczas przez Diego Maradonę ekipa Albicelestes nie mogła odnaleźć własnego języka. W eliminacjach do MŚ 2010 męczyła samą siebie jak i oglądających ją fanów. O komplecie punktów w pierwszych trzech meczach wszyscy zapomnieli, gdy po nich przyszła seria pięciu meczów bez zwycięstwa. Drużyna raziła brakiem stylu, pomimo nagromadzenia asów w składzie (Messi, Aguero, Tevez, Higuain...). Kolejne wpadki (porażki z Kolumbią i Chile oraz remisy z Ekwadorem, Paragwajem i Peru) sprawiły, że na horyzoncie Argentyńczyków coraz bardziej zaczęła się jawić konieczność gry w międzykontynentalnym barażu o mundial.

W tym samym czasie Boliwijczycy grali to, do czego przyzwyczaili. Przegrywali na wyjazdach i ciułali punkty u siebie. O awansie do RPA nie było już mowy, więc selekcjoner Erwin Sanchez, kiedyś świetny piłkarz, coraz częściej pozwalał sobie na eksperymenty ze składem.

- Boliwia? Czy tam w ogóle grają w piłkę? Chętnie wymierzymy im solidne cięgi - Diego Maradona, jak miał w zwyczaju, na swoje pytania odpowiadał sam.

Wszystko, co wydarzyło się później, do czego doszło 1 kwietnia 2009 roku na stadionie w La Paz, gdzie spotkały się reprezentacje Boliwii i Argentyny, zostało już w tym tekście nazwane. „Humillo”. Powtórzmy: zniszczenie, zgładzenie, zarżnięcie.

Na gola Marcelo Moreno (11’) odpowiedział jeszcze Lucho Gonzalez (24’). Potem zaczęła się już piłkarska egzekucja. Hat-trick zebrał Joaquin Botero (33’, 54’, 65’), a po golu dorzucili także Alex Da Rosa (44’) i Didi Torrico (86’). 6:1. Odnotowanie wyniku i strzelców nie oddaje jednak tego, co się działo na boisku.

Boliwijczycy sprawiali wrażenie olimpijskich atletów rozgrywających mecz na oddziale astmatyków-Argentyńczyków. Przy pierwszym golu dla ekipy Sancheza piłka przeleciała pod nogami dwóch argentyńskich obrońców. Przy drugim - karnego naiwnie sprokurował Javier Zanetti (on!?). Przy trzecim - kluczowe podanie zaliczył boliwijski golkiper. Przy czwartym - trzech defensorów nie potrafiło pokryć Botero. Przy piątym - futbolówka przeturlała się wręcz obok nogi argentyńskiego bramkarza Juana Carrizo. Przy szóstym zaś niezbyt mocny strzał z 25 metrów Carrizo przepuścił pod ręką. Wysokogórski teatr niemocy.

- Dlaczego nie strzeliłem gola? Może dlatego, że się topiłem na boisku? - tak swój kiepski występ uzasadniał Leo Messi. A Maradona zawodził na konferencji prasowej jak latynoskiej telenoweli: - Cierpię... Każdy kolejny gol był jak sztylet wbity w moje serce. Gdyby ktoś powiedział nam przed meczem, że coś takiego może się wydarzyć, to na pewno byśmy mu nie uwierzyli.

Po tej porażce w Argentynie zaczął się lament. Kolejne spotkania dodatkowo wzmocniły te nastroje. Co prawda Argentyna wygrała w następnej rundzie z Kolumbią (1:0), ale później przegrała z Ekwadorem (0:2), Brazylią (1:3) i Paragwajem (0:1). Wizja końca świata i braku awansu wydała się bardzo realna. Wtedy jednak przyszło zwycięstwo z Peru (2:1 po golu odkurzonego Martina Palermo i pamiętne zdjęcia Maradony taplającego się z radości w błotnistej murawie) oraz kluczowy triumf nad Urugwajem w ostatniej kolejce kwalifikacji. Cały kraj odetchnął z ulgą.

A co z Boliwijczykami? Oni dalej żyli po swojemu. Po triumfie z prima aprilis zaliczyli cztery porażki z rzędu, po czym... wygrali u siebie z Brazylią (2:1). Kwalifikacje zakończyli na przedostatnim, dziewiątym miejscu.

Na Facebooku do dziś funkcjonuje profil "Bolivia 6 - Argentina 1". Lubi go 27 tysięcy użytkowników. Ilu z nich to Argentyńczycy?

P.

czwartek, 25 czerwca 2015
Chile - triumf i hańba

rojas_tt

Trener Chilijczyków Orlando Aravena mógł zostać potraktowany jak ostatni wariat. Po tym, jak oświadczył, że jego zespół pokona Brazylię 4:0, Latynosi pewnie tylko z wrodzonej uprzejmości nie poprosili go o przebadanie się w odpowiednim gabinecie. Leczyć, ale z traumy, musieli się jednak po tym meczu „Canarinhos”. Przegrali dokładnie tyle, ile wieszczył trener rywali. Zapowiedział im 4:0 i było 4:0. W 1987 Brazylijczycy jedyny raz w historii nie wyszli z grupy na Copa America. Jak to możliwe? Trafili na dzień "Kondora".

Mali mieszkańcy Santiago od lat krzyczeli "Kondor!" i próbowali fruwać między słupkami jak on. Długo było tak, że dzieciaki w Chile chciały być jak Roberto Rojas. Przydomek, który dostał, zobowiązywał. Kondor to symbol Chile - silny i dumny ptak.

Ale swoją dumę Rojas stracił dokładnie dwa lata i dwa miesiące po wielkim triumfie Chile nad Brazylią - też w starciu z "Canarinhos". Jednym z tych, które w historii futbolu znajdują się w rozdziale pt. "Oszustwo".

Żeby zaliczyć naprawdę wielki upadek, najpierw trzeba być wysoko. Najpierw "Kondor" był bohaterem.

Mecz idealny. Chile - Brazylia 4:0 (1987)

Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy Chilijczycy nazywają "dziwnym rokiem w trudnych czasach", choć może bardziej pasuje tu określenie "ciekawy". Pielgrzymkę do kraju w Andach odbył - zaproszony przez dyktatora Augusto Pinocheta - papież Jan Paweł II. Dyskusje o wartościach już nie duchowych, a cielesnych, rozpaliła z kolei Cecilia Bolocco - Miss Universe tego roku rodem z Chile. Oba te wydarzenia mogły jednak zblaknąć przy tym, co zaczęła wyczyniać reprezentacja narodowa na mistrzostwach kontynentu.

Nie można powiedzieć, że pierwszy mecz z Wenezuelą to był falstart w wykonaniu Chilijczyków. Skoro jednak jeszcze 20 minut przed końcem spotkania z absolutnymi "luzerami" Ameryki Południowej, utrzymywał się remis 1:1 (skończyło się 3:1), trudno było oczekiwać sukcesu w boju z Brazylijczykami (ci przespacerowali się po słabeuszach 5:0).

Zacznijmy od tego, że jak nie wiadomo o co chodzi - zwłaszcza piłkarzowi - to chodzi o kasę. Jorge Contreras, numer 10 chilijskiej drużyny, tłumaczył, że w pierwszym meczu z Wenezuelą drużyna była rozkojarzona, bo nie miała ustalonych premii za turniej. Potem działacze obiecali całkiem sporo, więc można było myśleć tylko o graniu.

A jak grasz z Brazylią, musisz zacząć od myślenia (modlenia?) o obronie. W porównaniu z Mexico 1986 w kanarkowych koszulkach nie biegali już co prawda Socrates czy Edinho, którzy skarcili Polaków, ale nadal grali Josimar, Careca i Muller, a do głosu dochodzili już późniejsi mistrzowie świata - Rai i Romario. Żaden nie poradził sobie z Roberto Rojasem.

Gdy z kąta strzelał Muller, chilijski bramkarz jakby się przekomarzał, niemal przyklejając się do bliższego mu słupka. Brazylijczyk wybrał oczywiście drugi róg, w który „Kondor” błyskawicznie zdążył pofrunąć i odbić piłkę. Muller próbował też z woleja, a Careca był sam na sam. I nic. Brazylijczycy nie mogli uwierzyć w to, co się dzieje. A parady Roberto Rojasa to był dopiero początek rozdziawiania przez nich ust ze zdziwienia.

 

Chwilę przed końcem pierwszej połowy skuteczny strzał głową Basaya po rzucie wolnym i Chile z pierwszym golem. - Kiedy odpoczywali w przerwie, powiedziałem im, by zachowywali się tak samo, jak wcześniej. To była drużyna osobowości, więc wierzyłem, że prowadzenie uda się utrzymać - przekonywał trener Orlando Aravena.

Czy za chilijskich piłkarzy pomodlił się papież, czy ich Miss Universe - tego nie wiemy. Ale przewagę nie tylko utrzymali, a nawet pomnożyli.

Trzy minuty po przerwie daleki wykop piłki przez Roberto Rojasa. Co było dalej? - Okręciłem pomocnika rywali, zrobiłem zwód i znalazłem się sam na sam z bramkarzem. Piłka odbiła mi się niezbyt dogodnie, więc musiałem lobować bramkarza - wspominał strzelec Juan Carlos Letelier. To jego prawdziwa wypowiedź, choć z prawdą umiarkowanie się pokrywająca. W czasach skrótów historycznych meczów w serwisie YouTube, wiele opowieści piłkarzy można wsadzić między Grimmów a Andersena. W rzeczywistości ten gol wynikał bardziej z sabotażu obrony Brazylii (jeden pozwolił piłce pójść w kozioł, drugi nie odbił jej głową, trochę jak w kabarecie) niż kunsztu strzelca. Ale lob nad Carlosem był, to fakt.

 Sprawę Chilijczykom ułatwiła jeszcze czerwona kartka dla Nelsinho. Trzeciego gola - znów głową - zdobył Basay, a czwartego dołożył Letelier. - Ja zawsze grałem zwycięzcami, a szybcy i bardzo odważni Basay i Letelier nimi byli - pękał z dumy trener Aravena.

orlando_aravena

- Zagraliśmy mecz idealny. Brazylia często atakowała, ale powstrzymaliśmy ją, przede wszystkim dzięki grze Roberto Rojasa. W ataku zaś strzelaliśmy we właściwych momentach - tłumaczył łopatologicznie Koke Contreras.

Po wykopaniu Brazylii, Chile w półfinale Copa America ‘87 kontynuowało zwycięską passę: 2:1 z Kolumbią Rene Higuity i Carlosa Valderramy, po dramatycznym meczu rozstrzygniętym w dogrywce, dało finał. W nim lepszy o jedynego gola był Urugwaj, ale powrót Chilijczyków do ojczyzny i tak odbywał się w glorii i chwale.

Orlando Aravena: - Pamiętam, że przylecieliśmy około trzeciej w nocy, a na lotnisku i tak czekało na nas mnóstwo ludzi! Tamta drużyna dała wszystkim dużo radości. To jedna z najlepszych reprezentacji narodowych, jakie mieliśmy.

chile40brasil1989

Oszustwo niedoskonałe. Brazylia - Chile (1989)

Ćwierć wieku po trzecim miejscu na mundialu w swojej ojczyźnie, Chilijczycy znów mogli być dumni ze swoich piłkarzy. Roberto Rojas po swoich spektakularnych lotach w bramce zmienił klub - Colo Colo na Sao Paulo. W Brazylii poczuł się świetnie, uznał, że to jego miejsce na Ziemi do tego stopnia, że ciągle w niej mieszka. To wielki paradoks, bo właśnie ten rozkochany w futbolu kraj postanowił oszukać. Tyleż spektakularnie, co - ostatecznie - nieskutecznie.

W eliminacjach do mundialu Italia 90 'znów w jednej grupie spotkały się te same zespoły, co w pierwszej fazie na Copa America '87. Brazylia w dwóch meczach sprała Wenezuelę mocniej niż zrobiło to Chile. Z kolei w Santiago "Canarinhos" zremisowali 1:1. A to oznaczało, że Chile musiało wygrać ostatni mecz na Maracanie, by pojechać na Il Mondiale. - Brazylijczycy, pamiętając niedawną porażkę 0:4, naprawdę bali się Chile. Nie był to taki respekt, jaki wzbudzali wtedy Argentyńczycy, ale niewiele mniejszy - przypominał sobie w rozmowie z reporterem NY Times Fernando Duarte, autor piszący o reprezentacji Brazylii.

fernando_duarte_6_games_shock_world_cup

Według niego Chilijczycy już podczas remisowego spotkania zagrywali nieczysto: na tablicy świetlnej mieli wyświetlać hasła obrażające Brazylijczyków, a zgromadzeni dookoła boiska poplecznicy Pinocheta mieli zastraszać piłkarzy „Canarinhos”. Ale to nic przy niecnym planie Roberto Rojasa.

Bramkarz Chile wiedział, że w ok. 140-tysięcznym tłumie na Maracanie znajdą się chętni do rzucania racami na boisko. Mecz trwał - Brazylia prowadziła 1:0 - a on czekał na racę rzuconą w jego kierunku. Czekał, by wyciągnąć żyletkę schowaną w lewej rękawicy, przeciąć się i udawać, że zranił go przedmiot rzucony z trybun. W końcu, po ponad godzinie gry, nadarzyła się okazja. Kamery nie uchwyciły momentu rzucenia racy, załapały się dopiero na skulonego, zakrwawionego bramkarza Chile. Trener Araveno i kapitan Arengo nakazali Chilijczykom zejść z boiska. Mecz nie został wznowiony. Roberto Rojas był przekonany, że walkower da jego krajowi awans do mistrzostw świata.

Ale to, czego nie uchwyciły obiektywy kamer, złapały obiektywy aparatów fotograficznych. Na kilku zdjęciach fotoreporterów wyraźnie było widać, że raca wcale nie trafiła w Rojasa - ani w głowę, ani w ogóle! - a spadła parę metrów od niego. O ile najpierw FIFA postanowiła ukarać Chilijczyków za samowolne opuszczenie murawy i przerwanie meczu, to po wyjściu na jaw tego dowodu, była surowa jak rzadko kiedy: walkower i wyrzucenie z eliminacji do kolejnego mundialu.

Roberto Rojas, uznawany w swojej ojczyźnie za wzór, człowiek, który odwiedzał z dobrym słowem szkoły i więzienia, nagle okazał się oszustem. Choć wtedy uważał, że po prostu robi wszystko, co w jego mocy, by uszczęśliwić kibiców (czy nie przypomina to tłumaczeń niektórych trenerów skompromitowanych w aferze korupcyjnej w polskiej piłce?). - Widziałem, że awans nam się wymyka. Tak strasznie chcieliśmy zagrać na mistrzostwach. Wydawało mi się, że mój plan musi wypalić. Wiedział o nim tylko kapitan, Fernando Astengo - tłumaczył się "Kondor".

roberto_rojas

Roberto Rojas, będąc dzieciakiem, powtarzał, że wszystko co chce, to bronić bramki. Bronić bramki dla Chile. Gdy wspominał siebie ze skandalicznego meczu z Brazylią, powtarzał już co innego: - Wygrać. Robiłem wszystko, by awansować.

W końcu zrozumiał, że zrobił źle. Schował się, przez dwa lata nie pokazywał się publicznie. - Nie oczekuję przebaczenia - przyznawał.

Ale mu odpuszczono. Kibice i środowiska piłkarskie i w Chile, i w Brazylii, zrobiły to dość szybko - po pierwszych przeprosinach, które wyglądały na szczere.

FIFA zdjęła dożywotni zakaz działania w piłce po 12 latach, w 2001 roku. Brazylijczycy powierzyli mu prowadzenie Sao Paulo - najpierw bramkarzy (pod jego okiem szkolił się Rogerio Ceni), a za namową słynnego Tele Santany, całej drużyny.

Gdy rok temu, na mundialu w Brazylii, Chile pokonało mistrzów z Hiszpanii, bramkarz Claudio Bravo zadedykował ten triumf Roberto Rojasowi słowami "To dla ciebie, przyjacielu!".

W 1/8 finału Chile spotkało się z Brazylią - nie było ani triumfu, ani skandalu.

Roberto Rojas potrzebuje teraz przede wszystkim zdrowia i spokoju. Na początku kwietnia tego roku przeszedł transplantację wątroby, ma też problemy z płucami. Wzdychanie musi mu sprawiać kłopoty.

B.

PS Roberto Rojas i jego oszustwo już było przez nas opisywane na blogu.