Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 04 sierpnia 2016
Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji - cz. 11. Ukraina, Słowacja, Cypr, Mołdawia, Wyspy Owcze, Finlandia

Niemal dokładnie pół dekady temu (ale ten czas leci!) popełniłem na tym blogu cykl, z którego jestem naprawdę dumny - ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji. W dziesięciu odcinkach opisałem ciemnoskórych zawodników będących pierwszymi w historii graczami seniorskich kadr poszczególnych krajów Starego Kontynentu.

Minęło jednak pięć lat, a życie nie znosi próżni. Funkcjonujemy w czasach globalizacji i intensywnych migracji, a jednym z jej skutków są... kolejne państwa, których zespoły zasilili piłkarze o ciemnych kolorze skóry. Pora zatem uaktualnić zestawienie.

Zgodnie z moimi przewidywaniami do kadry Ukrainy dołączył naturalizowany Brazylijczyk Edmar (ur. 1980).

z14583104Q,Edmar-w-meczu-przeciwko-Anglii

Zawodnik w 2002 roku trafił do Tawriji Symferopol, potem grał w Metaliście Charków (2007-2015) i Dnipro Dniepropietrowsk (2015-2016). W 2008 roku ożenił się z Ukrainką Tetjaną Hałowśką, a w marcu 2011 otrzymał ukraińskie obywatelstwo. Po ślubie przyjął nazwisko małżonki i zaczął figurować w rejestrach jako Edmar Halovskyi de Lacerda. W reprezentacji zadebiutował w sierpniu 2011 w towarzyskim spotkaniu ze Szwecją (0:1). Łącznie rozegrał 15 meczów i zdobył jednego gola (w meczu el. MŚ 2014 z San Marino [9:0]). Chyba spodziewano się po nim trochę więcej. Ostatnio było o nim głośno, gdy otrzymał powołanie do... ukraińskiej armii.

***

Dokładnie tego samego dnia co Edmar dla Ukrainy, swoje reprezentacyjne występy dla Słowacji rozpoczął Karim Guede (ur. 1985).

karim-guede-slovensko-36054

Jego historia jest dość... hmmm... skomplikowana i typowa zarazem. Guede to syn Francuza i Togijki. Urodził się w Niemczech, a swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał w Hamburgu. Gdy zobaczył, że nie ma wielkich szans na zawojowanie Hamburger SV (wyłącznie występy w rezerwach), to w 2006 roku zdecydował się na transfer do Artmedii Petrżalka. Tam Guede wyrósł na czołowego zawodnika ligi i po trzech latach przeniósł się do Slovana Bratysława (2009-2011). W lipcu 2011 roku, po pięciu latach pobytu na Słowacji, Guede otrzymał tamtejsze obywatelstwo i od razu został powołany przez Vladimira Weissa do kadry. Jego debiut, tak jak wspominałem, odbył się 10.08.2011 w wygranym wyjazdowym meczu z Austrią (2:1)

Łącznie Guede ma na koncie 14 gier dla Słowacji, w tym także w el. EURO 2012 i MŚ 2014. Ostatni raz niebieską koszulkę przywdział we wrześniu 2014, ale wcale nie jest powiedziane, że jeszcze nie wróci do zespołu naszych południowych sąsiadów.

Ciekawostką jest to, że Guede w 2006 roku był członkiem szerokiej kadry... reprezentacji Togo na MŚ 2006. Zawodnik złapał jednak kontuzję ręki i na mundial nie pojechał, ale zdjęcia się zachowały - np. to i to :)

I jeszcze jedna ciekawostka na koniec. Swego czasu w młodzieżowej kadrze Słowacji grywał naturalizowany Brazylijczyk Dionatan Teixeira. Do seniorów jednak się nie przebił.

***

Kolejny jegomość jest nam wszystkim świetnie znany. To bowiem były zawodnik Legii Warszawa - Dossa Junior (ur. 1986).

article-2574066-1C0FADDA00000578-82_634x436

Jego sytuacja narodowościowa to interesujący zawijas. Zwinny jak kocur defensor przyszedł na świat w Maputo, stolicy Mozambiku. Szybko jednak przeniósł się do Portugalii, gdzie terminował jako junior. W 2006 roku trafił na Cypr. Tam w klubach Digenis Akritas, AEP Pafos i AEL Limassol spędził łącznie siedem lat (2006-2013). Już jednak sześcioletni staż na Wyspie Afrodyty sprawił, że Dossa otrzymał tamtejsze obywatelstwo. Krótko potem, a jakże, rozegrał swój pierwszy mecz w reprezentacji Cypru. Zadebiutował w niej 15 sierpnia 2012 roku w przegranym 0:1 towarzyskim meczu z Bułgarią.

W lipcu 2013 roku Dossa Junior został wytransferowany do Legii, ale przygody z kadrą nie porzucił. Z małymi przerwami gra w niej do dzisiaj (ostatnio w marcu 2016). W tej chwili jego licznik zatrzymał się na stanie 20 meczów - 1 gol (w spotkaniu z Izraelem w el. EURO 2016).

***

Rok 2013 dodał dwóch kolejnych zawodników do prezentowanego zestawienia. Znów, co ciekawe, pojawili się oni w rejestrze prawie tego samego dnia.

18 lipca 2013 roku w reprezentacji Mołdawii zadebiutował Henrique Luvannor (ur. 1990).

23161

W 2011 roku ten Brazylijczyk został zawodnikiem Sheriffa Tyraspol i z miejsca zyskał miano gwiazdy. Rok później Luvannor poślubił mołdawską dziewczynę, a w 2013 roku (!!!) otrzymał tamtejsze obywatelstwo. Wejście do narodowej kadry miał imponujące. W swoim trzecim (ze Szwecją - piękna bramka!) i czwartym występie (z Andorą) trafiał bowiem do siatki. Mołdawianie już ostrzyli sobie zęby, że naturalizowany Brazylijczyk będzie ich tajną bronią w el. EURO 2016, gdy nagle... przyszło pismo z FIFA. Związek stwierdzał w nim, że HL nie może zagrać w kwalifikacjach, ponieważ nie minęło jeszcze pięć lat jego pobytu w Mołdawii, wymagane, by obcokrajowiec zaczął reprezentować nowy kraj w turniejowych eliminacjach. W efekcie jest bardzo prawdopodobne, że HL już nigdy nie zagra w kadrze "naturalizowanej ojczyzny". Od 2014 roku występuje bowiem w zespole Al Shabab ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich i brakujących lat pobytu raczej nie dobije.

***

Sonni Nattestad (ur. 1994) to z kolei reprezentant Wysp Owczych.

csm_Screen_Shot_2015-09-10_at_4.08.40_PM_e711f64567

Jego historia jest pięknym przykładem przenikania się kultur i narodowości. Ten zdolny (określany mianem wielkiej nadziei farerskiej piłki) zawodnik urodził się w Torshavn, ale jego ojciec jest Duńczykiem, a matka Haitanką. On sam jednak zawsze czuł się najbardziej związany z Wyspami Owczymi. Ma na koncie występy w tamtejszych reprezentacjach U-19 i U-21. W dorosłej kadrze zadebiutował 19.11.2013 w towarzyskiej potyczce z Maltą (2:3). Aktualnie ma na koncie 13 gier dla seniorskiej reprezentacji (z tego aż 10 w el. EURO 2016). Klubowo Sonni przez trzy lata występował w lidze duńskiej, a obecnie gra na Islandii.

***

Ostatni w tej wyliczance jest reprezentant Finlandii - Nikolai Alho (ur. 1993)

cc059b8a56f34ad9908b22d32e07c4cb

Alho urodził się w Helsinkach, jego matka jest Finką, a ojciec Anglikiem. Przez całą swoją dotychczasową karierę związany jest z tamtejszym HJK (z krótką przerwą na wypożyczenie do FC Lahti). Występował on także we wszystkich możliwych młodzieżowych kadrach Finlandii - od U-15 do U-21. Swój jedyny na razie występ w dorosłej reprezentacji zaliczył 24.01.2014 podczas bezbramkowego towarzyskiego meczu z Omanem.

Ciekawostka - młody zawodnik jest także bardzo zdolnym muzykiem! Ma koncie kontrakty z największymi fińskimi wytwórniami, a jego kanał na YouTubie śledzą tysiące osób.

Tutaj, tutaj, tutaj i tutaj znajdziecie bardzo ciekawe materiały o nim (po fińsku).

***

Podsumowując zatem - wedle mojej wiedzy wciąż ciemnoskórych zawodników w szeregach swoich seniorskich reprezentacji nie miały: Albania, Andora, Białoruś (choć występuje w niej naturalizowany Brazylijczyk Renan Bressan), Czarnogóra, Estonia, Gibraltar, Gruzja, Islandia, Kazachstan, Liechtenstein, Litwa, Łotwa, Rumunia, San Marino, Słowenia, Serbia oraz - siłą rzeczy - Kosowo.

Jeśli ktoś z Was ma jakieś informacje, że jest inaczej, to będę bardzo wdzięczny za sygnał.

Za kolejne pięć lat z pewnością będzie trzeba znowu uaktualnić zestawienie :)

P.

środa, 27 lipca 2016
Ryszard Wieczorek - Platini Wodzisławia. 20 lat od debiutu Odry w ekstraklasie

wieczorek21

Odpowiedź na pytanie "jakim piłkarzem chciałeś być w dzieciństwie?" jest fundamentalna. Jeden był Romanem Ogazą, inny Patem Bonnerem, całe pokolenie chciało być Zbigniewem Bońkiem, a Zbigniew Boniek był Gunterem Netzerem. Ja chciałem być Holendrami, Gullita w reprezentacji prawie nie widziałem, wybierałem więc między Overmarsem a Kluivertem, od triumfu Ajaxu w Lidze Mistrzów, przez magiczny mundial '98, po fantastyczne Euro 2000. Spośród Polaków - wiadomo - Juskowiakiem z eliminacji do Euro '96 za Apostela. Między wielkimi turniejami a meczami reprezentacji narodowej trzeba było jednak jakoś żyć, szukać sobie mniejszych, lokalnych idoli, nie tylko w Poznaniu (tu, wiadomo, na początku tylko Piotr Prabucki). Znając na pamięć wszystkie ligowe składy gdzieś od 1995 roku poczynając, człowiek wypatrywał nowości jak marynarz lądu. A creme de la creme nowości w piłce ligowej jest beniaminek, a zwłaszcza - absolutny beniaminek.

Takim właśnie w 1996 roku była Odra Wodzisław. Swój pierwszy mecz w ekstraklasie zagrała 27 lipca 1996, a zanim do tego doszło - z racji skąpego dostępu do informacji - znałem tylko kilku jej graczy. Z czego jeden zdobył mój szacunek nim w ogóle zobaczyłem go na boisku. Wszem i wobec ogłaszano, że Ryszard Wieczorek świetnie umie strzelać rzuty wolne i to mi absolutnie wystarczało. Wakacje 1996 upłynęły mi pod znakiem strzelania na dość krzywą - zbitą przez nas z desek - bramkę na wsi, na polu wuja, między przeganianymi krowami. W te wakacje byłem Ryszardem Wieczorkiem, a moje strzały bronił Paweł Primel. Takie czasy.

Odra swój inauguracyjny mecz z Polonią Warszawa - innym beniaminkiem, ale już nie absolutnym - wygrała pewnie, 3:1. Oto pierwszy gol wodzisławian w historii występów w ekstraklasie. Nie z rzutu wolnego, a z rzutu karnego.

Autorem - oczywiście - Ryszard Wieczorek. Komentującym w tv - nie mam pojęcia.

odra_pierwszy_golNa radość Odry patrzy z zazdrością - tak, właśnie - młody Michał Żewłakow

- Jeśli w pięciu sytuacjach sam na sam nie potrafimy strzelić bramki, to musimy przegrać. Kogo bym wyróżnił w swoim zespole? Nikogo, moi piłkarze to zawodowcy. Wychodząc na boisko mają za zadanie wygrywać, bo biorą za to duże pieniądze - pieklił się trenujący wtedy Polonię, Stefan Majewski.

- Wiedziałem, że bramkarz nie wytrzyma i rzuci się w drugi róg. Żałuję, że wcześniej nie zagrałem w I lidze, ale już szkoda na ten temat gadać. Myślę, iż jeszcze pokażę się z dobrej strony. Dziś moje marzenia się spełniły. Przeżyłem kilka wspaniałych chwil. Ten debiut po prostu mi wyszedł - mówił potem Wieczorek, cytowany przez klubowe wydawnictwo na 80-lecie Odry.

odra_80lat1

W historii Odry zapisał się jeszcze dziewięcioma golami w ekstraklasie. Najpiękniejszego - z rzutu wolnego - strzelił Sokołowi, wtedy już tyskiemu. Trener Marcin Bochynek od dłuższego czasu opowiadał dziennikarzom, że ma w zespole swojego Platiniego i Platini w końcu pokazał, na co go stać. - Są takie momenty, że człowiek czuje, że coś musi mu się udać. Tak było i dzisiaj. Staliśmy obok piłki z Piotrkiem Jegorem, ale w jednej chwili zdecydowałem się, że będę strzelał - komentował potem Wieczorek.

Z całostronicowej rozmowy z Józefem Walawko w Piłce Nożnej dowiadujemy się m.in., że w czasach drugoligowych miał oferty z Jastrzębia i Warty Poznań, a chciał go też Górnik Zabrze. Został przy Odrze, z Wodzisławia - jako piłkarz - wyjechał tylko na krótko w 1993 roku, gdy miał problemy z pieniędzmi i wybrał pracę w Niemczech (plus amatorskie kopanie piłki). Zaledwie pół roku przerwy między 1984 i 1998 rokiem - to się nazywa wierność! Gdy w wywiadzie mówi, że Odra "w latach 80. nie była przygotowana organizacyjnie na awans do pierwszej ligi", to z perspektywy czasu nie brzmi do dwuznacznie, a wręcz... jednoznacznie. 

Za awansem Odry do ekstraklasy poszedł od razu awans do europejskich pucharów i to na tyle zaskakujący, że wodzisławianie tego samego lata wystartowali w Pucharze Intertoto i Pucharze UEFA. Tak rozpoczął się drugi i ostatni sezon Platiniego Wodzisławia w ekstraklasie. W sumie zaliczył w niej tylko 50 meczów i 10 goli. Ale sentyment jest.

A oto i siedem z dziesięciu goli (licząc powyższy, premierowy, w sieci nie udało mi się znaleźć tylko drugiego gola z Polonią i bramki z mistrzowskim wtedy Widzewem Łódź z karnego, już w pierwszej minucie).


(jeśli nie widzisz wideo - kliknij tutaj - Ryszard Wieczorek - Odra Wodzisław przez numer10)

B.

niedziela, 17 lipca 2016
Hutnik Kraków - Chazri Buzowna Baku 9:0 i gol Siergieja Szypowskiego

hutnik_panini

Dwadzieścia lat temu (co do dnia!) krakowski klub nie tylko nie przyniósł wstydu w europejskich pucharach, nie tylko zagrał powyżej oczekiwań, ale nawet wyrównał rekord - polski rekord (Legia - Valur) najwyższego klubowego zwycięstwa w rozgrywkach UEFA. Tym zespołem był Hutnik Kraków, za który - zgodnie ze swoim piłkarskim wychowaniem - trzymałem kciuki w pucharach jak za każdy inny polski zespół w pucharach.

Już to kiedyś pisałem: start w kibicowanie miałem trudne. Pierwszy mecz reprezentacji Polski, jaki pamiętam, to bęcki od Izraela. Potem były emocje podczas remisów z Francją i Rumunią, ale ostatecznie Henryk Apostel i jego drużyna swoją szansę przegrali. Jako niespełna ośmiolatek, gorąco wierzyłem jednak, że w ostatnim meczu eliminacji Polacy spiorą Azerbejdżan tak samo, jak zrobili to Francuzi. Że wygrają 10:0. Po żenującym meczu w Trabzonie było jednak 0:0, a mnie zwyczajnie było wstyd.

A jednak! - Co się odwlecze, to no właśnie! - jak powiedziałby redaktor Dariusz Szpakowski. Minęło zaledwie osiem miesięcy, polski zespół znów mierzył się z azerskim i tym razem już go rozgromił! Do dwucyfrówki zabrakło tylko jednego gola, a najlepiej manto, jakie Hutnik spuścił Chazri (Chazriemu?) Buzowna Baku, obrazuje to, że gola z karnego strzelił Siergiej Szypowski.

Słuchałem meldunków z Suchych Stawów w radiu, pewnie w Jedynce i nie mogłem uwierzyć, że bramkarz, ba! bramkarz polskiego zespołu strzeli karnego. 1996 rok był jeszcze przecież przed erą takich łapaczo-kopaczy jak Jorge Camposa czy Rogerio Ceni.

Tak się składa, że strzał Szypowskiego to jedyny gol z tego meczu, jaki ostał się na wideo.


Hutnik Kraków - Chazri Buzowna Baku 9:0... przez numer10

Sam mecz pokazywała Telewizja Wisła, której kilku mocnych słów nie oszczędził w "Piłce Nożnej" Roman Hurkowski:

Debiut TV Wisła okazał się równie mało udany, co debiut Azerów. Dominował fatalny obraz, albo jego brak. Marek Koźmiński (przed odejściem do Udinese grał w Hutniku) występujący jako komentator tracił tylko czas i nerwy, stracili telewidzowie. Dobrze przynajmniej, że półgodzinny skrót o 23.00 był już poprawny. Natomiast do poziomu piłkarzy Hutnika dostroili się dyskutujący w studiu redaktorzy związani z krakowskim "Tempem" - Jerzy Cierpiatka i Ryszard Niemiec. Tak jak w swych publikacjach prasowych, mieli do przekazania mństwo interesujących spostrzeżeń. Dla nich naprawdę warto oglądać "Wisłę"!

Ale wróćmy do karnego - oto jak o tej sytuacji sam Siergiej Szypowski opowiadał Grzegorzowi Ignatowskiemu z RetroFutbol:

- Gol z karnego zawsze zostanie mi w pamięci. Pamiętam też, że ludzie obawiali się tego meczu, ale ja znałem ten futbol. Grałem przeciwko klubom z Azerbejdżanu, Gruzji czy Armenii i wiedziałem, że oni grali do pierwszej bramki. Na początku atakowali, ale jak tracili gola, to potem była już anarchia. No i tak też było w meczu Hutnika z Chazri Buzowna. Strzeliliśmy bramkę i potem poleciały kolejne, a później był ten rzut karny. Cały stadion krzyczał "Siergiej, Siergiej", więc ja biegnę do tego karnego, a trener Kasalik na to "a ty gdzie?", na co odpowiedziałem: "trenerze, ludzie chcą". No i strzeliłem tego gola. Wygraliśmy 9:0 i do tej pory ten wynik jest rekordem, bo żaden inny polski klub nie wygrał wyżej.

W Baku było bardzo gorąco. Pamiętam, że menedżerka z Baku powiedziała mi, żebyśmy nie strzelali dużo bramek, bo jeszcze ludzie przestaną przychodzić na mecze, albo jeszcze gorzej – sponsor zrezygnuje. Piłkarze bali się tego wyjazdu, ale mówiłem jeszcze przed wejściem do autobusu, że na zachodzie nie przyjmą nas tak dobrze, jak tam. Przylecieliśmy, a tam podstawiony autokar szybko zawiózł nas do hotelu. Kolacja już czekała, a na niej kawiory, piwo czeskie, dziewczyny wykonujące taniec brzucha, dosłownie wszystko. Oni byli bardzo gościnni. My mieliśmy jednak jedno życzenie. Chcieliśmy spędzić trochę czasu bez trenera Kasalika. Pogadaliśmy więc z organizatorami i oni zabrali trenerów na jakiś bankiet z menedżerami, a my mieliśmy dwa dni odpoczynku.

W Krakowie - powtórzmy to - goli było w sumie dziewięć. W to 9:0 do dziś dość trudno mi uwierzyć. Jak to w ogóle możliwe?! Może parę relacji prasowych trochę lepiej naświetli, że mistrz Azerbejdżanu 1996 mógłby azerskiemu czempionowi z 2015-2016 roku co najwyżej sznurować buty.

Po pierwsze, dla Azerów był to pierwszy międzynarodowy mecz w historii (jako dwumecz okazał się ostatnim, bo klub rychło przestał istnieć, teraz, o ile dobrze sobie przetłumaczyłem, został wskrzeszony i szkoli młodzież).

Po drugie, goście w Polsce spędzili w sumie tydzień (!), chyba w większym stopniu zwiedzając Kraków, Rzeszów i okolice (plus bawiąc z kibicami, przyleciało ich z klubem siedmiu), co trenując. Do Baku wrócili tego samego dnia, w którym przylecieli do niego hutnicy.

Po trzecie, Azerowie zwyczajnie mogli zlekceważyć hutników. Afganov Talibov, kapitan Chazri, przyznał, że o Hutniku nic nie wie, ale nie może być za mocny, bo "poza Widzewem i Legią, polskie zespoły nie prezentują ostatnio wysokiego poziomu". Jasne, sztab Hutnika zaraz po losowaniu też wydawał się zdezorientowany (trenerzy powtarzali, że o Chazri "muszą popytać rosyjskich menedżerów"), ale ostatecznie o gościach chyba czegoś się dowiedział.

Samo słowo Chazri znaczy "południowy wiatr", a Bukowna to dzielnica Baku, w której znajdują się kąpieliska i uzdrowisko. Goście do specjalnego wysiłku może więc nie byli przyzwyczajeni, a gdy stracili trzeciego gola - tak jak przypuszczał Szypowski - całkowicie stracili też ochotę do gry.

Strzelaninę rozpoczął Moussa Yahaya, dla którego był to debiut w Hutniku. Potem strzelali "imponujący świetną formą" - to komplement "Piłki Nożnej" - Jerzy Wojnecki, a na 3:0 zastępujący Krzysztofa Bukalskiego w roli reżysera gry - Dariusz Romuzga. Kolejne gole w relacji Jacka Przybyło z Gazety Wyborczej Kraków wyglądały tak:

W 65. min po rzucie rożnym Adamczyka Wojnecki zdobył gola głową, później popisał się wolejem. Piękny był strzał Romuzgi na 4-0 - bardzo mocny, prawie z 30 metrów. Następnie dwukrotnie udanie główkował Zając. Kiedy padł faulowany Zając, kibice wymogli, aby karnego strzelał bramkarz Szypowski - zrobił to udanie. Również silny strzał Jamroza zakończył się golem. Azerski bramkarz i tak robił co mógł.

Gdy spytałem kolegę Radka Nawrota, który był na tym meczu i ma z niego taki bilet...

hutnik_chazri_bilet

zaczął mi mówić o... lekarzach Chazri, którzy dostali owację za opatrywanie gracza Hutnika (to i tak lepiej niż Piotrek Jawor, bo on zapamiętał, że ciężko było zaparkować i że po 9:0 wydawało się, że Hutnik rozjedzie Monaco :).

Faktycznie, pod koniec meczu był taki moment, że dwóch graczy Hutnika leżało kontuzjowanych. A wtedy "piękny gest wykonali lekarz i masażysta Azerów. Kiedy ich krakowscy koledzy zajmowali się kontuzjowanym Yahayą, oni udzielili pomocy Wojneckiemu. Za to słusznie dostali brawa".

A najbardziej podoba mi się pomeczowa wypowiedź trenera Jerzego Kasalika:

- Trochę żal było zawodników z Azerbejdżanu, dla których krakowianie nie mieli na boisku litości. Jednak każdego przeciwnika trzeba traktować poważnie, czego wymaga nawet szacunek dla rywala.

Chciałbym, by polskie zawsze częściej okazywały ten szacunek dla rywali taką skutecznością i takimi pogromami.

B.

PS Obrazek z góry do kawałek wydobytego z szafy albumu Panini Liga Polska 1996/1997. Plan jest taki, by wokół niego wskrzesić blog i popisać więcej retro-opowieści. Zobaczymy, czy czas pozwoli.

panini9697

wtorek, 12 lipca 2016
Euro 2016 dla Portugalii, czyli Oscar dla Scorsese

portugal1

Zżymają się niektórzy, że taki mistrz, to żaden mistrz. Bo styl nie ten, bo wyszedł z trzeciego miejsca, bo tylko raz wygrał w ciągu 90 minut. Jasne, po to są takie turnieje jak Euro 2016, by kibice godzinami mogli rozprawiać, czy lepszą drużynę od Portugalczyków mieli tylko Francuzi, czy Niemcy, czy jeszcze też Włosi, i co by było gdyby Kuba temu Ruiowi Patriciowi... Sam grą Portugalczyków jestem trochę rozczarowany, a i finał marzył mi się piękny, z odwróceniem rozstrzygnięcia, jak te, na których się wychowałem - w 1996 i 2000 roku. Ale gdy już wszyscy ochłoniemy - Francuzom może to zająć parę lat - zostaną nam wyniki i tabele, a w nich boldem jako triumfator będzie widniała Portugalia, czy nam się ekipa Fernando Santosa podoba, czy się na nią krzywimy jak podczas zerkania na kursy walut.

Za wiele z nauk na studiach ekonomicznych nie wziąłem sobie do serca, ale jedno zapamiętałem: by patrzeć na sprawy w długim okresie. A gdy cofniemy się pamięcią o parę lat, albo wrócimy do historycznych wspominek w "Skarbach Kibica" i programach z Jackiem Gmochem, to zobaczymy, że Portugalia na to mistrzostwo cholernie mocno pracowała. Tak naprawdę pozostawała ostatnim europejskim mocarzem bez ani jednego tytułu. W czołówce kontynentu rozsiadła się już jakiś czas temu, jeśli spojrzymy na lata zaczynające się od dwudziestki, to w półfinałach Euro i mundiali częściej byli tylko Niemcy.

Niemcy: 2002, 2006, 2008, 2010, 2012, 2014, 2016

Portugalia: 2000, 2004, 2006, 2012, 2016

Holandia: 2000, 2004, 2010, 2014

Hiszpania: 2008, 2010, 2012

Francja: 2000, 2006, 2016

Włochy: 2000, 2006, 2012

Turcja: 2002, 2008

Grecja: 2004

Czechy: 2004

Rosja: 2008

Walia: 2016.

I nawet jeśli to do najstarszej z tych portugalskich drużyn, tej z Euro 2000, wzdychamy najbardziej, a każda kolejna z medalowych ekip była mniej efektowna (dla uproszczenia można wręcz przyjąć: 2000 > 2004 > 2006 > 2012 > 2016), to dopiero Santos nauczył Portugalczyków grać, tzn. bronić. Porzekadło o tym, że turnieje wygrywa się defensywą, nie wzięło się znikąd (w przeciwieństwie do Edera), zresztą to właśnie w Lizbonie najboleśniej w historii futbolu zademonstrowali to Grecy Otto Rehhagela.

Zresztą, gdyby nie ci Grecy, być może Santos w ogóle nie byłby teraz selekcjonerem Portugalii. To u nich udoskonalił swój warsztat trenera nastawionego na efekty, to u tych dość zblazowanych z natury Greków robił ćwiczenia z dyscypliny. Przede wszystkim jednak zmiany na portugalskiej ławce by nie było, gdyby nie klęska na początku eliminacji Euro 2016.

Wcześniej, owszem, Portugalczycy trochę się ślizgali, w eliminacjach coraz częściej przytrafiały im się remisy z przeciętnymi ekipami (Izrael, Irlandia Północna...), co skutkowało koniecznością bicia się w barażach. W nich ostatecznie sobie radzili - raz z Bośnią i Hercegowiną, raz ze Szwecją - więc naród uznawał, że tragedii nie ma. Ta nastąpiła dopiero we wrześniu 2014. To było jak wstrząs - 0:1 u siebie z Albanią, po prostu szok. "Wielki wstyd na zawsze", "Wstyd i białe chusteczki dla Paolo Bento". "Miseria Total" tłumaczyć nie trzeba.

portugal_gazety_500

Akurat bawiliśmy wtedy w Portugalii (gdzie zobaczyliśmy m.in. Gibraltar - Polska w Faro) i oprócz krzyczących czołówek gazet mogliśmy obserwować jak przez wiele godzin gadające głowy rozprawiają w telewizji, że już starczy tego Paolo Bento. Nie wiem, czy było też o tym, że pora zmienić nawyki, bo wieczna chęć "Joga Bonito" bez oglądania się na dziury w obronie w dłuższej perspektywie skończy się jak w Brazylii. Ale Santos je zmienił.

Jeśli jeszcze tylko doprowadzi do sytuacji, że do stojącej piłki Cristiano dopuści np. Raphaela Guerreiro, który w jednej finałowej próbie był bliższy gola z rzutu wolnego niż Ronaldo w kilkunastu swoich, to najwyższy stopień podium może być portugalski nie tylko w walce o Złotą Piłkę, ale może i na mundialu w Rosji. Przy czym, powtórzę: Cristiano musi lepiej dostrzegać tych dziewięciu gości w takich samych koszulkach jak ta, którą sam nosi.

portugal_minions_500

Futbol w wydaniu wielkich klubów o narodowościach najczęściej każe nam zapominać, ale nie da się uciec od tego, że Portugalia od paru lat ma jednego z 2-3 najlepszych piłkarzy na świecie (Cristiano Ronaldo), wciąż jednego z 2-3 najbardziej charyzmatycznych trenerów (Jose Mourinho) i jednego z 2-3 najefektywniejszych agentów (Jorge Mendes). Do tego dodajmy wielką trójkę klubów, które potrafią świetnie szlifować piłkarskie diamenciki i połączyć zarabianie pieniędzy z dobrymi lub bardzo dobrymi wynikami w Europie.

Możliwe, że wytaczam te wszystkie argumenty, bo uważam, że kraj ludzi "brandes costumes" (łagodnych obyczajów) zasłużył na mistrzostwo już tym, jak bardzo w futbolu jest rozkochany, potrafi o nim rozprawiać godzinami (i pozwala się utrzymać trzem opasłym dziennikom sportowym, czego w Polsce trudno nie zazdrościć), a po odwiedzeniu którego zwyczajnie trudno mi nie życzyć Portugalczykom dobrze.

portugal2_500

Może po prostu jest ta Portugalia jak Martin Scorsese, który Oscara nie zgarnął za swoje najwspanialsze dzieła, a doczekał go po latach, gdy akurat okoliczności były sprzyjające, a konkurencja nie aż tak mocna. Kto powie, że na niego nie zasłużył?

B.

 

PS Przed Euro wrzuciłem tu 16 proroctw. Spójrzmy...

  1. Polska pierwszy raz na dużym turnieju będzie strzelała karne po dogrywce. TAK
  2. A Robert Lewandowski zostanie królem strzelców. NIE
  3. Te karne, oczywiście, wygramy. TAK
  4. Ćwierćfinał polskim meczem nad meczami, nowym Wembley, nowym Chorzowem z Portugalią, nowym-co-tam-chcecie. I TAK, I NIE
  5. Bartosz Salamon polskim odkryciem mistrzostw. NIE
  6. Hiszpania z tymi Gruzinami tylko żartowała. Swoją grupę rozniesie w pył, a przecież nie jest taka prosta. NIE
  7. Największymi przegranymi - kozacy z eliminacji: Turcja i Austria. TAK
  8. Bo już tacy Węgrzy biorą baty będąc świadomymi tego, że są zwyczajnie kiepscy. NIE
  9. Irlandia znowu będzie baranem w swojej grupie, a inni rzeźnikami. Żal rozśpiewanych kibiców. NIE
  10. A Belgowie ze Szwedami tylko dlatego nie zrobią Włochów w bambuko, bo wychodzą zespoły z trzecich miejsc. NIE
  11. Co, jak świetnie wiemy, jest najgorszym efektem rozszerzenia turnieju do 24 zespołów. Niestety niektóre mecze 1/8 finały to będą tzw. mecze cykorów. 0-0, jeden strzał, te sprawy. Smutne. (Największymi cykorami okazały się Chorwacja i Portugalia)
  12. W Rosji znowu się wszyscy pokłócą i Putin każe grać reprezentacji Rosji w lidze rosyjskiej. A innym zespołom z nią przegrywać. TAAAK!
  13. W czwórce będzie też Anglia. A co tam - nawet w finale. NIE!
  14. Albania nie strzeli gola, ale ten turniej i tak będzie wspominać z rozrzewnieniem, bo lada moment z połowy piłkarzy rozgrabi ją Kosowo. NIE
  15. Ogólnie, to będzie turniej do wspominania. Dobry, emocjonujący. Jak Euro 1984, jak mundial 1998. NO WŁAŚNIE
  16. I na szczęście, nikomu nic się nie stanie. Choć strach będzie. Amen. TAK, UFF!

 

niedziela, 19 czerwca 2016
Zepsuty karny - legenda nie tylko o Cristiano Ronaldo. Jego gryźć powinno co innego

cristiano

fot. Fanny Schertzer - CC 3.0.

Tak naprawdę ten zmarnowany rzut karny może zbudować historię Cristiano Ronaldo na Euro 2016. O awansie Portugalii zdecyduje przecież mecz z Węgrami, którzy - przy całej sympatii do magii szarych spodni Kiraly’ego i siły obrońców z ekstraklasy - gdy mierzą się z mocarzami, bywają wybatożeni okrutnie (taka Holandia w ostatnich pięciu meczach prała ich: 8:1, 4:1, 5:3, 4:0 i 6:1; innych potęg w ostatnich pięciu latach skutecznie unikali). Kolekcjoner "Złotych piłek" może więc być poirytowany, że oddalił się moment pokonania bramkarza na tym turnieju, ale czuję w kościach, że to i tak nastąpi. Jednostka to przecież wybitna.

A ten zmarnowany karny dopisuje go do innych wielkich, którzy mieli z tym problem w ważnych momentach. Plejada to wspaniała, zerkam na czołówkę plebiscytu "France Football" od połowy lat 80. i prawie co nazwisko z Europy, to skojarzenie nie tylko z momentami wielkości, ale i ze skopanym karnym:

Michel Platini - słynny ćwierćfinał z Brazylią w 1986;

Preben Elkjaer - na wagę braku awansu Danii do finału Euro 1984;

Igor Biełanow - finał Euro 1988 z Holandią, już przy 0:2, ale jednak;

Marco van Basten - zawalony konkurs jedenastek z Danią w półfinale Euro 1992;

Franco Baresi i Roberto Baggio - niebo nad brazylijską bramką w finale mundialu 1994;

Predrag Mijatović - w ostatniej minucie poprzeczka na drodze do dogrywki z Holandią, II runda francuskich MŚ 1998;

Raul - też ostatnia minuta i też niecelnie na wagę braku dogrywki, z Francją w ćwierćfinale Euro 2000;

Frank de Boer i Patrick Kluivert - półfinał tego samego Euro 2000 z Włochami, w sumie Holendrzy zawalili tam dwa karne w meczu i trzy w konkursie;

David Beckham - podobno portugalski kibic, który złapał piłkę kopniętą w konkursie jedenastek na Euro 2004 wciąż żyje z procentów z jej sprzedaży;

Andrea Pirlo i Andrij Szewczenko - tu sprawa oczywista, Dudek Dance w finale Ligi Mistrzów 2005;

Zlatan Ibrahimović - mało kto pamięta, że nie strzelił w ćwierćfinałowym konkursie na Euro 2004 z Holandią.

Wspaniałe nazwiska, fascynujące historie. Te zmarnowane karne to przykry i ważny, ale jednak tylko epizod w opowieściach o nich. Będzie tak i z Cristiano Ronaldo. Jego problem jest inny: to cały reprezentacyjny rozdział - powoli, ale jednak - kończącej się kariery. Indywidualne statystyki ma niebywałe - strzelał gole na sześciu wielkich turniejach z rzędu (Euro 2004, 2008, 2012 i mundiale 2006, 2010 i 2014), co jest chyba ewenementem w historii futbolu. Ale trofeum nie podniósł ani razu, żaden turniej nie był też bezapelacyjnie "jego" (to zresztą problemy i Cristiano, i Messiego).

Wydaje się, że Portugalczycy jako zespół najgroźniejsi byli wtedy, gdy Cristiano dopiero wchodził na szczyt (2004-2006-2008). Oczywiście, wiąże się to z jednej strony z kończącym grę złotym pokoleniem Figo i kompanów, ale z drugiej - Portugalia talentów ciągle produkuje na pęczki, a jednak w kadrze są one w cieniu gwiazdy tak głębokim, że są niemal niedostrzegalne. To częsta wada gwiazdorów - wszystko chcieliby robić sami, a granie w piłkę po jedenastu byliby skłonni w pełni zaakceptować dopiero wtedy, gdy powszechne byłoby klonowanie. Najlepiej obrazują to rzuty wolne, zawłaszczone w kadrze przez Cristiano Ronaldo, permanentnie nieszkodliwe.

Jak wskrzesić ducha w drużynie po zawalonym przez siebie karnym, pokazał cztery lata temu nie gwiazdor, a zatrzymany na inaugurację przez Przemysława Tytonia, Grek Karagounis.

Jak schować swoje ambicje do kieszeni i pracować z całych sił na sukces zespołu, pokazuje na tym turnieju inna gwiazda światowego formatu. Podpowiem, że w ostatnim meczu zamiast z rzutu wolnego strzelać - zaskoczył podaniem do Arkadiusza Milika.

B.