Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 16 marca 2014
Kolejne wielkie derby Poznania za nami

Całkiem niedawno, bo 4 lutego minęło dokładnie 80 lat od momentu, gdy Poznań cieszył się swym największym i niepowtarzalnym, jak dotąd, triumfem w hokeju na lodzie. Podczas rozgrywanego zimą 1934 roku turnieju finałowego we Lwowie, poznański AZS naprawdę miał pod górkę. A jednak wygrał wszystko, co było do wygrania.

Najpierw, w uważanym przez wielu za przedwczesny finał, pokonał aktualnych wówczas mistrzów kraju, grających na własnym lodowisku, hokeistów Czarnych Lwów 2:1. Poznańscy akademicy posiadali w swej ekipie zaledwie jednego rezerwowego i na dobrą sprawę grali przeciwko faworyzowanym gospodarzom przez cały mecz w tym samym składzie. Na domiar złego, wyśmienity bramkarz AZS, Józef Stogowski, który wystąpił aż na trzech igrzyskach olimpijskich, poturbowany przez napastnika Czarnych, wpadł z impetem na słupek bramki i na kilka minut stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, z obandażowaną głową kontynuował swą znakomitą grę. Bramki Zielińskiego i Warmińskiego pozwoliły poznańczykom odnieść bezcenne zwycięstwo w jaskini lwa. Nie było łatwo również przeciwko kolejnej drużynie występującej na własnej tafli. Akademicy wygrali jednak z miejscową Lechią 2:1, a oba zwycięskie trafienia były dziełem Warmińskiego. Kibice lwowscy bardzo ekspresyjnie demonstrowali swe niezadowolenie z kolejnej poznańskiej wiktorii na ich lodzie, ciskając na taflę nawet... kaloszami. Solidną porcję gwizdów zgarnął też od nich pod swoim adresem legendarny Wacław Kuchar, który był arbitrem tego spotkania. Również w ostatnim swym meczu na finałowym turnieju poznańscy hokeiści mieli przeciwko sobie dwutysięczną, lwowską publiczność. 4 lutego miejscowi kibice żywiołowo dopingowali graczy warszawskiej Legii, bo tylko zwycięstwo stołecznego zespołu pozwalało przedłużyć marzenia o obronie tytułu przez Czarnych. Akademicy z Poznania byli jednak nieugięci, po bramce Krzyżogórskiego na siedem minut przed końcem spotkania, przypieczętowali swój wspaniały sukces. Stogowski, Witalis Ludwiczak czy Zieliński to były ogromnie ważne nazwiska dla ówczesnego polskiego hokeja. Gracze ci występowali przecież na turniejach olimpijskich oraz w mistrzostwach świata, mając możliwość konfrontowania się z najlepszymi z najlepszych. Warto jednak przypomnieć, że swój bezcenny wkład w mistrzowski tytuł dla AZS mieli również tacy gracze, jak Stanek, Kazimierczyk, Urbański, drugi z Ludwiczaków, czy wspomniani już strzelcy bramek w finałowym turnieju: Warmiński i Krzyżogórski.

W epoce przedwojennej grało się w Poznaniu w hokeja nie tylko pod mistrzowskim szyldem AZS. Po lodowych taflach śmigali też zawodnicy takich klubów, jak Lechja, Stella, ŁKP (później jako Warta), Pogoń czy Czarni. Śmiało można by rzecz, że stolica Wielkopolski hokejem stała. Jednak po wspaniałym triumfie akademików z 1934 roku już nigdy później żaden poznański zespół nie znalazł się choćby na podium w krajowych rozgrywkach. W latach 80. proces dogorywania tej dyscypliny sportu w grodzie nad Wartą ostatecznie przypieczętował upadek zespołu Tarpan i zamknięcie lodowiska Bogdanka.

Bardzo dobrze pamiętam, jak u progu lat 90. bez reszty zafascynowany tą lodową dyscypliną sportu, z tęsknotą spoglądałem w kierunku Torunia, który był najbliżej od stolicy Wielkopolski położonym ośrodkiem z hokejem na pierwszoligowym poziomie. Nie mówiąc już o tym, jak bardzo zazdrościłem kuzynom mieszkającym w Tychach, którzy tuż pod nosem, na wyciągnięcie ręki mieli to, od czego mnie dzieliły setki kilometrów. W Poznaniu zionęło w tym temacie wielką, ciemną, głęboką, beznadziejną dziurą. Hokej nam się roztopił i ulotnił. Wyparował po prostu i tyle go widziano.

A dziś? A dziś mamy w grodzie Przemysława aż cztery zespoły i przy pomyślnych wiatrach szansę, by załapać się nawet na kilkanaście w sezonie pojedynków derbowych. Nic to, że dzieje się to wszystko na trzecioligowym froncie w kraju, który sam pałęta się gdzieś tam w trzecim sorcie światowego hokeja. Nic to, że hokejowe występy w stolicy Wielkopolski śledzi zazwyczaj niespełna 23 widzów. PTH, HCP, Mamuty czy Dzikie Krokodyle zapewne nieprędko powtórzą sukcesy sprzed ośmiu dekad, które były udziałem AZS. Gdy jednak przez całe dziesięciolecia nie ma się kompletnie nic, potrafi się docenić nawet to bardzo niewiele. Czasem małe rzeczy naprawdę potrafią cieszyć. Choćby takie, jak to, że podczas dzisiejszych, ćwierćfinałowych, poznańskich derbów PTH-Mamuty, co najmniej kilku naszym graczom (takim, jak m.in. Łukasz Steciuk, Tomasz Ludwinek, Michał Woźnica czy Aleksander Weinert), ani lód, ani łyżwy, ani kije, ani krążek absolutnie nie przeszkadzały w grze. Na dobry początek to już coś. Reszta, być może, przyjdzie później. Krok po kroku. Czy raczej kroczek po kroczku.

No i najważniejsze, że nie grano wyłącznie do jednej bramki. PTH wygrało 15:2 ;)

R.

PS. Mimo wszystko to jednak niesamowite, że na polskim, trzecioligowym froncie grają zawodnicy z Kanady, Szwecji, Finlandii, Słowacji, Islandii czy Japonii... :)

poniedziałek, 10 marca 2014
Autostrada Poznań - Łódź

Na zakończenie bieżącej kolejki ekstraklasy Widzew zagra dziś z Lechem Poznań. Łódź ma długie tradycje przemysłowo-handlowe i może właśnie dlatego tamtejszy Widzew miał w ostatnich dwóch dekadach niezwykłą zdolność wyjmowania z Kolejorza jego najcenniejszych zawodników.

   

  

Przez kadrę łodzian, poczynając od sezonu 1993/1994, przewinęło się ponad dwudziestu zawodników, którzy zanim przywdziali koszulkę Widzewa, to przedtem biegali po boiskach w trykotach Lecha. Większość z nich trafiała bezpośrednio z ul. Bułgarskiej na al. Piłsudskiego. Najintensywniejszy ruch można obserwować w czasach świetności Widzewa, czyli w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Oto pełne zestawienie zawodników przenoszących się z Kolejorza do polskiego Manchesteru.

Zawodnik

Lata występów w Lechu

Lata występów w Widzewie

Data transferu

Paweł Wojtala

1991-1996, 2001, 2004

1996

1996

Jacek Dembiński

1992-1996, 2006/2007

1996-1997

1996

Arkadiusz Onyszko

1996/1997

1997/1998

1997

Artur Wichniarek

1994-1997, 2010

1997-1999

1997

Tomasz Augustyniak

1994-2000, 2001/2002

2000

2000

Przemysław Urbaniak

1994-2000

2000-2002

2000

Bartosz Ślusarski

2000-2001, 2002-2003, 2011-2013

2002

2002

Michał Goliński

1999-2003, 2004, 2006

2003

2003

Norbert Tyrajski

2000-2003

2004

2004

Arkadiusz Kaliszan

2003

2004

2004

Nieco osobną kategorię stanowią zawodnicy mocno związani z Lechem, którzy jednak w drodze do Widzewa zwiedzili także inne kluby. Ich również mamy całkiem liczne grono:

Zawodnik

Droga z Lecha do Widzewa

Ryszard Remień

Lech Poznań -> Petrochemia Płock -> Odra Opole -> Pogoń Szczecin -> Widzew Łódź (2000)

Adam Kryger

Lech Poznań -> Odra Wodzisław -> Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski -> Hetman Zamość -> Widzew Łódź (2000)

Paweł Bocian

Lech Poznań -> Orlen Płock -> Widzew Łódź (2001)

Sławomir Suchomski

Lech Poznań -> TSV Havelse (Niemcy) -> Widzew Łódź (2001)

Maciej Scherfchen

Lech Poznań -> Polonia Warszawa -> Widzew Łódź (2003)

Marcin Drajer

Lech Poznań -> Polonia Warszawa -> Widzew Łódź (2004)

Jarosław Białek

Lech Poznań -> Aluminium Konin -> Kujawiak Włocławek -> Widzew Łódź (2005)

Maciej Mielcarz

Lech Poznań -> Amica Wronki -> Górnik Łęczna -> Amica Wronki -> Korona Kielce -> Widzew Łódź (2008)

Marcin Kikut

Lech Poznań -> Ruch Chorzów -> Widzew Łódź (2014)

Co ciekawe, łodzianie już o wiele mniej chętnie przekazywali do Poznania swoich zawodników. Dość powiedzieć, że w analizowanym tu dwudziestoleciu, tylko dwóch zawodników przemierzyło drogę bezpośrednio ze stolicy włókiennictwa do Wielkopolski. Na dodatek byli to gracze bardzo przeciętni – Marek Szemoński oraz Kameruńczyk Tobit Heyuot.

Trafiali jednak do Lecha byli piłkarze Widzewa, którzy z łódzkim klubem byli związanej w bardziej albo mniej odległej przeszłości. Tym sposobem graczami Kolejorza zostali bardzo mocno związani z RTS-em Andrzej Woźniak czy Marcin Zając. Poza tym podróż z Łodzi do stolicy Wielkopolski tranzytem przez kilka innych ośrodków piłkarskich mają za sobą także Robert Wilk, Rafał Grzelak, Arkadiusz Bąk i Zbigniew Czajkowski.

Nawet w obecnej kadrze Kolejorza można znaleźć gracza, który doświadczył także występów w czerwonej koszulce. Łukasz Trałka zarabia na chleb w Poznaniu, ale w Widzewie bawił podczas rundy wiosennej sezonu 2005/2006. Pomocnik Kolejorza to jednak prawdziwy obieżyświat, bo w różnych momentach swojej futbolowej przygody występował w miasta z najbardziej odległych krańców Polski – w Dębicy, Szczecinie, Piotrkowie Trybunalskim, Ostrowcu Świętokrzyskim, Gdańsku czy Warszawie.

Jak widać nieco ponad 200 km dzielących Łódź od Poznania nie robi wrażenia na piłkarzach, którzy chętnie krążą między Kolejorzem a Widzewem.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego

Lecha Poznań "Heej Lech!"

czwartek, 06 marca 2014
Czterdziesty już nie przeraża

Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy podczas ostatniej kolejki ligowej w bój posłany został młody lechita Jan Bednarek. Numer na plecach: 40.

Przypomniałem sobie zabawną z dzisiejszej perspektywy historyjkę. Gdy, świetny swego czasu pomocnik reprezentacji Portugalii, Paulo Sousa przechodził w styczniu 1998 roku do Interu Mediolan, to otrzymał tam trykot właśnie z numerem 40.

Błyskotliwy zawodnik tym faktem był... przerażony! Głośno żalił się mediom: Czy to znaczy, że w klubowej kadrze jest aż czterdziestu zawodników rywalizujących o miejsce w składzie? Jak w takich warunkach można normalnie trenować? Jak można grać w piłkę? Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, to przed sezonem 1998/1999 Sousa poprosił o zmianę numeru. Padło na bardziej już cywilizowaną "19".

I ten numer okazał się jednak za wysoki dla Portugalczyka, bo w sezonie 1999/2000 występował już z szóstką na plecach.

Na tym przykładzie świetnie widać jak zmienia się współczesny futbol. Czterdziestu zawodników w kadrze ma dziś nawet średnia polska drużyna, nie wspominając już o tym, że numery na koszulkach przyjmują obecnie najdziwniejsze wartości.

Co do samego Sousy, to numerologiczne zawirowania na niewiele się jednak zdały, bo kariery w Mediolanie nie zrobił. O wiele bardziej znany jest ze swoich występów w Benfice, Sportingu, Juventusie i Borussii. Przy okazji - po zakończeniu kariery Portugalczyk został trenerem-obiezyświatem. Prowadził Queens Park Rangers, Swansea City, Leicester City, węgierski Videoton (o jego sukcesach tam pisaliśmy tutaj), a obecnie zasiada na ławce Maccabi Tel Awiw. Mocno odmieniony, trzeba dodać.

P.

wtorek, 04 marca 2014
Kadrowy Ślusarz

Ostatnie zamieszanie wokół Bartosza Ślusarskiego nie ma charakteru czysto futbolowego. Warto więc wrócić do czasów, gdy Ślusarz imponował głównie umiejętnościami piłkarskimi

Można powiedzieć, że klubowa kariera Ślusarskiego składa się z sześciu etapów. Etap pierwszy to objawienie jego talentu pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to jako osiemnastolatek wkroczył z przytupem do ekstraklasy strzelając gole dla spadającego z najwyższej ligi Kolejorza, a później punktując dla niego w II lidze i po powrocie na rozgrywkowy top. Etap drugi to wyrobiona w Grodzisku Wielkopolskim marka solidnego snajpera, w przypadku którego zawsze można liczyć na 7-10 goli w sezonie. Etap trzeci składa się z zagranicznych wyjazdów – najpierw do Portugalii (dobry dla Ślusarskiego czas), a potem do Anglii (ciągłe wypożyczenia i stracony w zasadzie czas). Etap czwarty to powrót do kraju i przeciętne występy w Cracovii. Etap piąty, czyli przenosiny na Bułgarską i przygoda, która przypominała jazdę na rollercoasterze. Wreszcie etap szósty, a więc wielki znak zapytania z Arką Gdynia w tle.

Zenitem jego dokonań międzynarodowych są dwa występy w reprezentacji Polski.

Najbliżej reprezentacji Ślusarski był podczas grodziskiego okresu swojej kariery (2004-2006). Wtedy to opiekunem kadry był Paweł Janas, szkoleniowiec, który naszego napastnika kojarzył z reprezentacji młodzieżowych. Biało-czerwoni przegrali wtedy właśnie eliminacje do EURO 2004, ale szybko stanęli na nogi i z przytupem rozpoczęli eliminacje do MŚ 2006. W marcu 2005 roku byli już jedną nogą na niemieckim mundialu. Do tego czasu wygrali bowiem mecze z Irlandią Północną (3:0 i 1:0), Austrią (3:1), Walią (3:2), Azerbejdżanem (8:0) i przegrali z Anglią (1:2). Orłom do rozegrania zostały więc już tylko cztery rewanżowe potyczki. Janas zaczął już powoli myśleć o zawodnikach, który mogliby uzupełnić szeroką kadrę biało-czerwonych.

Sam Ślusarski był natomiast w tym czasie w trakcie swojego najlepszego, jak na razie, ligowego sezonu. Pomimo urazu z początku rozgrywek strzelał gola za golem (w sumie uzbierał ich 10 w 21 meczach), a jego trafienia torowały także drogę Dyskobolii do późniejszego triumfu w Pucharze Polski 2005 (skądinąd Ślusarz strzelił gola w jednym z finałowych spotkań z Zagłębiem Lubin). Trudno więc dziwić się, że wpadł w oko Janasowi. W efekcie szkoleniowiec zaprosił go na dość egzotyczną wycieczkę kadry – na mecz z Meksykiem w… amerykańskim Chicago.

W składzie na to spotkanie znaleźli się, po pierwsze, tacy wyjadacze jak Artur Boruc, Tomasz Kłos, Marcin Baszczyński, Radosław Sobolewski, Dariusz Dudka czy Arkadiusz Głowacki, po drugie, zawodnicy z zaplecza kadry jak Jarosław Bieniuk, Marcin Burkhardt, Marcin Zając, Tomasz Kiełbowicz czy Patryk Rachwał, a po trzecie debiutanci – Piotr Giza (później sensacyjnie w kadrze na MŚ 2006!), Przemysław Kaźmierczak, Konrad Gołoś, Paweł Brożek (właśnie wtedy debiutował) i właśnie Bartosz Ślusarski. Na stadionie Soldier Field w Chicago Ślusarz wystąpił od pierwszej minuty, a kwadrans przed końcem spotkania zmienił go Patryk Rachwał. Mecz zakończył się remisem 1:1, a bramkę dla Polaków strzelił Paweł Brożek.

Pomimo czystego konta Ślusarz wypracował sobie jednak kredyt zaufania u Janasa, ponieważ ten miesiąc później zaprosił go na kolejne spotkanie – towarzyski sparing z Albanią (1:0) w Szczecinie. Mecz ten miał być kolejnym etapem testowania wybranego grona zawodników pod kątem przydatności reprezentacyjnej. Dlatego też obok Jacka Krzynówka czy Kamila Kosowskiego wystąpili m.in. Paweł Kaczorowski, Maciej Stolarczyk i ówczesny gracz Dyskobolii. Choć impreza skończyła się zwycięstwem Polaków, to dla całego tego tercetu był to jednak pożegnalny występ z orzełkiem na koszulce. Ślusarski w jego ramach zaliczył ostatnie pół godziny zawodów, kiedy to zmienił strzelca jedynej bramki meczu – Macieja Żurawskiego. Wraz z końcowym gwizdkiem szczecińskiego spotkania skończyła się także przygoda Ślusarza z kadrą.

Trudno się jednak dziwić, że Janas odstawił obecnego lechity. W ataku rządził wówczas Maciej Żurawski z Tomaszem Frankowskim, rezerwowym duetem była dwójka Andrzej Niedzielan – Grzegorz Rasiak, a w tle pozostawał jeszcze Paweł Brożek. Ciasno jak w poznańskiej pestce.

P.

Tekst na motywach tekstu z programu meczowego

Lecha Poznań "Heej Lech!"

niedziela, 23 lutego 2014
Pożegnanie z hokejowym świętem w cieniu Klonowego Liścia i Trzech Koron, czyli na kilka chwil przed wielkim finałem

Z całego serca życzyłem Finom niedzielnej szansy na zdobycie upragnionego olimpijskiego złota, które wciąż pozostaje dla nich niespełnionym marzeniem. Czyż nie byłoby to piękne, gdyby kończący właśnie swą wspaniałą, lodową przygodę, niespełna 44-letni Teemu Selanne, występujący na swych szóstych już igrzyskach (szkoda, że uciekło mu Lillehammer, bo byłoby tych turniejów aż siedem), mógł wreszcie zawiesić na szyi ten najcenniejszy z kruszców? A jednak trzeba powiedzieć uczciwie - dziś na soczijskiej tafli obejrzymy pojedynek dwóch reprezentacji, które okazały się być podczas tych olimpijskich zmagań zespołami po prostu najlepszymi.

Doskonale zorganizowana szwedzka maszyna już od samego początku pierwszego, grupowego meczu z Czechami funkcjonowała znakomicie. Również wtedy, gdy w półfinałowym boju przeżywała trudne chwile, wielokrotnie grając w liczebnym osłabieniu przeciwko Suomi, wychodziła obronną ręką z największych nawet opresji. Mając bowiem bramkarza pokroju Henrika Lundqvista śmiało można planować największe nawet sukcesy.

Kanadyjczycy, choć bardzo długo nie zachwycali na rosyjskich lodowiskach, to jednak, podobnie jak Trzy Korony, wygrali przecież wszystkie swoje spotkania, a w decydującym pojedynku przeciwko Amerykanom pokazali niemal pełnię swej klasy. Ich półfinałowy rywal, który dotąd prezentował się na soczijskim turnieju z naprawdę jak najlepszej strony, w piątkowej potyczce bardzo często był na lodzie po prostu kompletnie bezradny wobec całkowicie panujących nad sytuacją hokeistów Klonowego Liścia.

W niedzielnym meczu o złoto, Kanadyjczycy skrzyżują więc swe kije ze Szwedami. Nie pierwszyzna to dla obu ekip, iż spotykają się ze sobą w finałowym o boju o wielką stawkę.

Po raz pierwszy reprezentacje spod znaku Klonowego Liścia i Trzech Koron zmierzyły się w bezpośrednim starciu o najcenniejszy z kruszców podczas letnich igrzysk olimpijskich w Antwerpii. 26 kwietnia 1920 roku na belgijskim lodzie, kanadyjski zespół, oparty w głównej mierze na zawodnikach, w których żyłach krążyła krew islandzkich emigrantów, rozgromił Szwedów 12:1. Aż siedem goli dla zwycięskiej ekipy strzelił w tamtym meczu Sigurdur 'Frank' Fredrikson.

 

Na kolejną wzajemną konfrontację o podobnej randze, przyszło obu krajom czekać dość długo. Dopiero po sześćdziesięciu czterech lat, Kanadyjczycy i Szwedzi znów stanęli ze sobą oko w oko, w kontekście batalii decydującej o zwycięstwie w ważnym turnieju. 30 lat temu, w finałowym dwumeczu niezwykle prestiżowego i uchodzącego wówczas za nieoficjalny hokejowy mundial z prawdziwego zdarzenia (bo tylko tu mogli wtedy zagrać w komplecie dla swych narodowych drużyn najlepsi hokeiści z NHL), turnieju Canada Cup, swą wyższość nad rywalem ponownie okazali zawodnicy spod znaku Klonowego Liścia. W pierwszej odsłonie finałowego starcia na tafli w Calgary, 16 września 1984 roku, Kanada wygrała ze Szwecją 5:2. A dwa dni później na lodowisku w Edmonton, po meczu, który był pasjonującym, niezapomnianym widowiskiem, przypieczętowała swój triumf, pokonując Szwedów 6:5. Gospodarze wygrywali już w pewnym momencie aż 5:0 (jedną z bramek zdobył legendarny Wayne Gretzky), lecz reprezentanci Trzech Koron nie zamierzali składać broni i napsuli tego dnia ojczyźnie światowego hokeja sporo krwi. Co ciekawe, najskuteczniejszym strzelcem tamtego turnieju był Szwed Thomas Steen. Parający się dziś w Kandzie polityką, były hokeista, który przez kilkanaście lat strzelił w NHL dla Winnipeg Jets blisko trzy setki goli, to ojciec obecnego zawodnika St. Louis - Alexandra Steena, którego dzisiejszym wczesnym popołudniem zobaczymy w finałowym pojedynku na tafli w Soczi.

Po raz drugi od czasu Antwerpii, w ścisłym olimpijskim finale, hokeistom Kanady i Szwecji przyszło skrzyżować ze sobą kije 20 lat temu, podczas igrzysk w Lillehammer. 27 lutego 1994 roku na norweskiej tafli jesteśmy świadkami naprawdę emocjonującego widowiska. Szwedzi bardzo długo prowadzą po golu Jonssona, lecz w ostatniej tercji, po bramkach Kariyi i Mayera, zwycięstwo wymyka im się z rąk. Trzy Korony przywraca do gry, swym wyrównującym, a uzyskanym na dokładnie 109 sekund przed końcową syreną trafieniem, Magnus Svensson. W serii rzutów karnych bohaterem okażą się, efektownie i skutecznie strzelający Peter Forsberg oraz bramkarz Tommy Salo, na którego sposobu nie będzie potrafił znaleźć w decydującym momencie Paul Kariya.

Był to jedyny, jak dotąd, triumf Szwedów nad Kanadyjczykami podczas ich bezpośrednich starć w ścisłym finale wielkich turniejów. A spotkają się ze sobą obie ekipy w finałowych okolicznościach jeszcze dwukrotnie z rzędu przy okazji mistrzostw świata.

11 maja 2003 roku, w finałowym meczu na lodowisku w Helsinkach, oba zespoły znów serwują nam porywający spektakl. W regulaminowym czasie gry, podobnie jak w Lillehammer znów pada remis 2:2. Gdy dobiega końca czternasta minuta dogrywki, w bardzo ciekawych okolicznościach, trafieniem na wagę 'golden goal', zapewniającym Kanadyjczykom tytuł mistrzów świata, popisuje się ówczesny gracz New York Rangers, ciemnoskóry Anson Carter. Powrót do równowagi emocjonalnej po tym meczu zajmie mi zapewne dobry miesiąc - wyznał tuż po szczęśliwym zwieńczeniu finałowych trudów, trener Kanadyjczyków, Andy Murray.

Niemal dokładnie rok później, ponownie jesteśmy świadkami finałowego pojedynku na mistrzostwach świata pomiędzy reprezentacjami Kanady i Szwecji. Choć 9 maja 2004 roku na praskiej tafli, Trzy Korony jeszcze po pół godzinie gry prowadzą 3:1 (jedną z bramek zdobył Daniel Alfredsson, którego i dziś zobaczymy na lodzie), to jednak finisz zdecydowanie należy już do rywali, którzy pokonują Lundqvista raz za razem i Szwedzi ostatecznie przegrywają z Kanadyjczykami 3:5.

Poza dwoma wspomnianymi olimpijskimi finałami z Antwerpii 1920 i Lillehammer 1994, od czasu gdy na zimowych igrzyskach biorą udział również najlepsi hokeiści z NHL, reprezentacje Kanady i USA wpadły na siebie dotąd dwukrotnie.

14 lutego 1998 roku na tafli w Nagano, Szwedzi objęli prowadzenie po golu Lidstroema, lecz Nieuwendyk, MacInnis i Blake, wyprowadzili dyrygowany na lodzie przez Gretzkyego zespół na prowadzenie. Kontaktową bramkę uzyskał na 10 minut przed końcem Sundin, a potem już żadnej z drużyn nie udało się skierować krążka do siatki rywala i Kanadyjczycy wygrali 3:2.

Osiem lat później, podczas igrzysk w Salt Lake City, Szwedzi zemścili się całkiem srogo, dość niespodziewanie pokonując, już na dzień dobry, późniejszych triumfatorów całej imprezy 5:2 (m.in. dwa trafienia Matsa Sundina).

Czeka nas zatem wczesnym niedzielnym popołudniem kolejne starcie o najwyższą stawkę pomiędzy dwoma hokejowymi gigantami. Gdy weźmie się pod uwagę doskonale zorganizowaną grę w defensywie obu zespołów, a przede wszystkim postać Lundqvista w szwedzkiej bramce, być może na nadmiar bramek nie ma co liczyć, ale już na nadmiar emocji jak najbardziej. Warto w tym miejscu raz jeszcze przypomnieć, że od igrzysk w Oslo z 1952 roku minęły aż 62 lata, zawierające w sobie osiem kolejnych hokejowych turniejów olimpijskich, organizowanych na Starym Kontynencie, podczas których zespołowi spoza Europy nie udało się zgarnąć złota. Czy igrzyska w Soczi dopiszą się do tej listy jako dziewiąte z kolei, czy też Kanadyjczycy przełamią wreszcie passę olimpijskiej niemocy na europejskim lodzie? Dowiemy się wszyscy już niebawem.

Oczekując na pierwsze uderzenie krążka podczas finałowej batalii, znajdujemy się u progu szczytu i kresu zarazem, olimpijskiego turnieju. Można więc pozwolić już sobie na kilka refleksji podsumowujących powoli imprezę, którą mogliśmy przeżywać przez ostatnie kilkanaście dni. I właśnie warto przede wszystkim pamiętać o specyfice tego turnieju, nazywanego przez niektórych wręcz błyskawicznym. 12 dni to naprawdę niewiele czasu na rozegranie hokejowej imprezy na tak wysokim poziomie sportowym. Nie ma tu oczywiście nad czym kruszyć kopii, bo warunki podyktowane zostały, w ogromnej mierze, wymaganiami szefostwa NHL, które wyłącznie na tak krótki okres zgodziło się puścić za Ocean swych najlepszych graczy. Dyskutować zaś już można, i moim zdaniem jak najbardziej należy, nad samą formułą olimpijskiego turnieju. Nie jest chyba do końca zdrowym rozwiązaniem, że zespół, który przegrywa swoje wszystkie mecze w fazie grupowej, wciąż jeszcze ma szanse bić się o medale. Oczywiście, jak zawsze i we wszystkim – są tacy, którzy na tym stracą (w Soczi byli to choćby Szwajcarzy), jak i tacy, którzy zdecydowanie zyskają (vide Łotwa), ale generalnie sam pomysł tak ogromnego osłabienia znaczenia rozgrywek grupowych nie należy chyba do najlepszych. Uważam, że znacznie korzystniejszym rozwiązaniem byłoby po prostu dopuszczenie do igrzysk szesnastu hokejowych ekip i powielenie schematu piłkarskiego Euro z ostatnich lat, czyli zorganizowanie rozgrywek z czterema czterodrużynowymi grupami, z których wychodziłyby po dwie najlepsze, bijące się już potem systemem pucharowym (oczywiście bez rewanżów;) o olimpijskie medale.

Gdzieś w pamięci zagnieździ się zapewne wiele wspomnień z tego turnieju. Myślę jednak, że poza dzisiejszymi finalistami, szczególne słowa uznania należą się również Finom. W ćwierćfinałowym boju, pewnie pokonali, wyrzucając z turnieju gospodarzy igrzysk. Również w półfinale mieli swoje szanse przeciwko Szwedom. Kilkukrotnie grali przecież w przewadze, przez jakiś czas nawet w pięciu na trzech, prowadzili 1:0 i mieli kilka naprawdę niezłych okazji do zadania kolejnego, być może decydującego ciosu. Szwedzi okazali się jednak być w piątek, zespołem lepszym, bardziej wyrachowanym i mającym nieco więcej szczęścia. Kto wie jednak, jak potoczyłyby się losy półfinałowego pojedynku, gdyby bramkę Suomi tego dnia, mógł zamurować swoim zwyczajem, znakomity na tej imprezie Tuukka Rask. Tego niestety nigdy się już nie dowiemy. Znamienne jednak, że w sobotnim meczu o brąz, już z Raskiem między słupkami, który obronił aż dwa karne egzekwowane przez Amerykanów, Finlandia nadspodziewanie gładko rozbiła USA 5:0. Nie ukrywam, że cieszyłem się wraz z Finami, gdy niespełna 44-letni, wcielony hokejowy fenomen, który zwie się Teemu Selanne, będący najlepszym europejskim strzelcem w dziejach NHL, uzyskując w meczu o brąz swe kolejne trafienia, przechodził do historii również jako najskuteczniejszy gracz w całych dziejach igrzysk olimpijskich.

Duże wrażenie zrobił też na mnie styl i pewność amerykańskiego marszu w drodze do najlepszej czwórki turnieju. I choć tam, podopieczni Bylsmy ponieśli już dwie dość wyraźne porażki, to jednak z Soczi mogą z pewnością wyjeżdżać z podniesionymi głowami. Zawiedli za to na pewno gospodarze, których Owieczkin, Daciuk czy Małkin mieli wprowadzić co najmniej do strefy medalowej, a na dobrą sprawę zespół ten, poza całkiem niezłą grą w grupowym, przegranym zresztą meczu przeciwko USA, niespecjalnie miałby się czym pochwalić. Niedosyt z pewnością towarzyszy także występowi Czechów, których barwy - co jest wydarzeniem godnym odnotowania nie tylko z kronikarskiego punktu widzenia - reprezentowali w Soczi m.in. 42-letni Jaromir Jagr oraz rok starszy Petr Nedved, który jeszcze na igrzyskach w Lillehammer grał... dla Kanady. Słowacy, poza dzielną postawą, zaprezentowaną w meczu z gospodarzami igrzysk, zawiedli bodaj najbardziej spośród wszystkich ekip jeżdżących po rosyjskich lodowych arenach. Zdecydowanie większe oczekiwania wobec występu swej reprezentacji mieli też z pewnością szwajcarscy kibice. Helweci w pojedynkach grupowych (pokonali Czechów i Łotyszy, minimalnie ulegli Szwedom) zdawali się potwierdzać swe medalowe aspiracje oraz przekonywać, że wywalczony zeszłej wiosny tytuł wicemistrza świata nie był dziełem przypadku. Gdy jednak przyszło do decydującego boju o ćwierćfinał, niespodziewanie zostali w pokonanym polu (o absurdalnej formule rozgrywek, w myśl której, Helweci mając 6 punktów na koncie, musieli w ogóle taki pojedynek toczyć z Łotwą, której konto punktowe świeciło pustką - już pisałem). Inna sprawa, że fakt, iż Szwajcarzy w swych czterech olimpijskich występach strzelili zaledwie dwa gole, powodów do jakiejś nadmiernej dumy im nie przynosi. Warto jednak zauważyć, że w ogóle, we wszystkich trzech spotkaniach fazy grupowej, z udziałem Szwajcarii, padły łącznie zaledwie trzy gole! Łotyszom, którzy urządzili wspomnianym Szwajcarom wieczorek pożegnalny z igrzyskami w Soczi, uśmiech z ust po tym turnieju, usuwać zapewne trzeba będzie operacją chirurgiczną, bo i niewątpliwie mają oni dość istotne powody do zadowolenia. Już w fazie grupowej, choć zdobyczą punktową się nie skalali, to jednak absolutnie wstydu nie przynieśli, ponosząc minimalne porażki. Potem jednak mieli swoje wielkie chwile w meczu przeciwko Szwajcarom, a i w ćwierćfinałowym boju bardzo dzielnie walczyli z Kanadyjczykami, psując im mnóstwo krwi i będąc naprawdę całkiem blisko sprawienia ogromnej sensacji. Na długo zapamiętam fantastyczną postawę w łotewskiej bramce Gudlevskisa oraz niespotykanie widowiskowy, brawurowy i wręcz heroiczny sposób, w jaki ocalił swój zespół od utraty gola obrońca Kristaps Sotnieks (niewykluczone, że kiedyś, po wielu latach, właśnie tylko ów wyczyn defensora z Rygi będzie żył jeszcze w katalogu mej pamięci, w szufladce pod hasłem: "hokej na igrzyskach Soczi 2014"). Austriackie trio zza Oceanu wsławiło się głównie specyficznym sposobem koncentrowania się przed decydującym meczem ze Słowenią, ale tak czy inaczej, muszę przyznać, że ogromne wrażenie robiła na mnie snajperska klasa Grabnera, który grając przecież w jednym z najsłabszych na tym turnieju zespołów, zdołał mimo wszystko uzbierać pokaźną liczbę trafień. Nieoczekiwaną i niekwestionowaną zarazem rewelacją olimpijskich zmagań była reprezentacja Słowenii. Zwycięski mecz przeciwko Słowakom wyszedł im niemal perfekcyjnie. Kopitar i spółka wznieśli się wówczas na prawdziwy szczyt swoich możliwości. Ale nadspodziewanie dzielnie walczyli oni również w meczach z Rosją, USA czy Szwecją. Austriaków rozstrzelali niemal bezlitośnie, sensacyjnie zapewniając sobie ćwierćfinał. Z tymi ostatnimi poległa na tym turnieju tylko Norwegia. Trudno jednak powiedzieć, by przyniosła ona swym kibicom wstyd na tych igrzyskach, a w meczu z Rosją czy Kanadą, jej gra momentami naprawdę mogła się podobać. Zresztą w ogóle należy podkreślić, że poziom zespołów biorących udział w soczijskim turnieju był bardzo wyrównany. Dawno już do lamusa odeszły czasy, gdy któraś z hokejowych potęg mogła sobie pozwolić na pastwienie się podczas igrzysk nad którąś ze słabszych drużyn, aplikując jej dwucyfrową różnicę bramek. Na rosyjskich taflach najwyższym zwycięstwem było 7:1, które już na dzień dobry Amerykanie zaserwowali... Słowacji. Mieliśmy też w Soczi jeden wynik zakończony bezbramkowym remisem w regulaminowym czasie gry oraz aż cztery spotkania, w których padła zaledwie jedna bramka.

Coraz częściej i coraz mocniej odzywają się niestety głosy, że turniej w Soczi, to szósty z rzędu, lecz zarazem być może, ostatni już taki zajazd hokejowej śmietanki pod szyldem pięciu olimpijskich kół. Dlatego tym bardziej należy docenić tę wspaniałą ucztę, którą przez ostatnich dwanaście dni mieliśmy możliwość się raczyć. Hokej na zimowych igrzyskach, z udziałem tych najlepszych z najlepszych, to niewątpliwie najwspanialsza światowa promocja i afirmacja tej pięknej, fascynującej i porywającej dyscypliny sportu. 

R.