Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Bramkarz gola!

Sebastian Nowak, bramkarz Termaliki Bruk-Bet Nieciecza, popisał się dzisiaj efektownym golem strzelonym głową swojemu koledze po fachu z Wisły Kraków.

z19977263Q

Wszelkie zachwyty jak najbardziej mu się należą, ale - lekko studząc euforię - należy pamiętać, że nie jest on pierwszym bramkarzem w polskiej ekstraklasie, który trafił do siatki przeciwnika.

Choć brakuje mi w tej kwestii jednoznacznych danych, to Nowak jest przynajmniej trzecim golkiperem z naszej najwyższej klasy rozgrywkowej, który wpisał się na listę strzelców. Przed nim z pewnością zrobiło to trzech innych bramkarzy.

W sezonie 1973/1974 gola dla ŁKS po dośrodkowaniu z rożnego zdobył nie kto inny jak Jan Tomaszewski. Ktoś poratuje w jakim to było meczu?

z3430090XJan-Tomaszewski

8 czerwca 2004 roku Legia Warszawa ograła przy Łazienkowskiej konający już Widzew Łódź aż 6-0. Ostatnią bramkę dla warszawiaków z rzutu karnego zdobył Artur Boruc.

Później jeszcze w Szkocji Boruc nie raz skutecznie wykonywał jedenastki, ale działo się to już zawsze w konkursach rzutów karnych.

29 maja 2011 roku do siatki trafił z kolei golkiper Śląska Wrocław - Marian Kelemen. Wydarzyło się to w meczu Śląsk - Arka Gdynia, który wrocławianie wygrali 5:0.

Nie mam pewności, że przed Tomaszewskim (albo między Tomaszewskim a Borucem) nie trafił żaden inny golkiper. Mnie jednak nie udało się znaleźć takiej informacji. W takim układzie Sebastian Nowak byłby godnym numerem 4.

Inną bajką są oczywiście gole strzelane przed bramkarzy na niższych szczeblach ligowych, w Pucharze Polski oraz zdobywane przez polskich golkiperów na zagranicznych boiskach. W tej drugiej kategorii najbardziej spektakularne trafienie odnotował chyba Kazimierz Sidorczuk.

Po takiej bramce pozostaje tylko zakończyć ten wpis. Dobranoc.

P.

wtorek, 12 kwietnia 2016
Cudowne lata (w Serie A)

vsd%281%29

Stan powołań na ostatnie mecze reprezentacji oraz najświeższe plotki na temat potencjalnego transferu Macieja Rybusa do Interu Mediolan prowadzą do konstatacji, że jeszcze nigdy nie wiodło się tak dobrze tak wielu polskim piłkarzom we włoskiej Serie A.

Rzut oka na statystyki biało-czerwonych w tamtejszej lidze (stan na 12.04.2016).

POZ.

ZAWODNIK

KLUBY

LATA

BILANS

 

1.

Zbigniew Boniek

Juventus, Roma

1982-1988

154-31

 

2.

Kamil Glik

Bari, Torino

2010-

143-10

 

3.

Marek Koźmiński

Udinese, Brescia

1992-2002

114-4

 

4.

Piotr Zieliński

Udinese, Empoli

2012-

77-4

 

5.

Artur Boruc

Fiorentina

2010-2012

62-0

 

6.

Paweł Wszołek

Sampdoria, Hellas Werona

2013-

47-1

 

7.

Łukasz Skorupski

Roma, Empoli

2013-

36-0

 

8.

Wojciech Szczęsny

AS Roma

2015-

28-0

 

9.

Kamil Kosowski

Chievo

2006-2007

23-0

 

10.

Władysław Żmuda

Hellas, Cremonese

1982-1985

19-2

 

11.

Błażej Augustyn

Catania

2009-2013

17-0

 

12.

Rafał Wolski

Fiorentina

2013-2014

15-1

 

13.

Jakub Błaszczykowski

Fiorentina

2015-

13-2

 

14.

Piotr Czachowski

Udinese

1992-1993

11-0

 

15.

Radosław Matusiak

Palermo

2007

3-1

 

16.

Kamil Wilczek

Capri

2015

3-0

 

17.

Bartosz Salamon

Sampdoria

2013-2014

2-0

 

18.

Dariusz Adamczuk

Udinese

1993-1994

2-0

 

19.

Igor Łasicki

Napoli

2014-2015

1-0

 

20.

Tomasz Kupisz

Chievo

2013-2014

1-0

 

21.

Thiago Cionek

Palermo

2016-

1-0

 

Powyższe zestawienie pokazuje, że z 21 polskich piłkarzy, którzy kiedykolwiek zagrali w Serie A aż 14 czyniło to od 2010 roku! W obecnym sezonie na boiskach najwyższej włoskiej ligi pojawiło się aż ośmiu zawodników. Tak obficie Polacy nie byli reprezentowani we włoskim futbolu jeszcze nigdy! Kibicom biało-czerwonym pozostaje tylko cieszyć się, że ich faworyci występują w tak silnej lidze. Warto jednak w tym fenomenie dostrzec dwie ciekawe kwestie. Obie krzepiące.

Z jednej strony, to naturalna konsekwencja tego, że wielu naszym zawodnikom udało się wyrobić sobie na tyle mocną markę, że transfer do Serie A nie stanowi jakiegoś niezwykłego trzęsienia ziemi. Jest raczej zwyczajną sytuacją, w której zawodnicy występujący w czołowych europejskich klubach zamieniają je czasem na inne czołowe klubu. To choćby casus Szczęsnego albo Błaszczykowskiego. Przenosiny do Włoch nie stanowią dla nich jakiegoś szalonego awansu sportowego, ale raczej utrzymanie się na pewnym poziomie.

Z drugiej strony, cieszy to, że kilku zawodników, którzy za młodu trafili na Półwysep Apeniński, nie przepadło w we włoskiej machinie. Oczywiście spore grono nie wytrzymało tej próby (np. Wolski, Kupisz, Wilczek), ale w takich okazach jak Skorupski czy przede wszystkim Zieliński i Glik widzieć należy tytaniczną pracę, determinację i wielki talent.

Mając tak bogate zasoby w futbolu spod znaku calcio, możemy być spokojni, że każde ich przybycie "z ziemi włoskiej do polskiej" na mecze kadry z pewnością nie osłabi biało-czerwonych.

P.

piątek, 08 kwietnia 2016
Bugi - król Łęcznej, zgilotynowany w Poznaniu

W sobotę mecz Górnik Łęczna - Lech Poznań. Śledził go pewnie będzie piłkarz, który występował w obu zespołach. W Łęcznej jednak chciano mu stawiać pomnik. W Poznaniu mało kto pamięta, że w ogóle tam grał. Oto Paweł Bugała – król Lubelszczyzny, w Kolejorzu nawet nie giermek.

z6345666Q

Bugała stoi tyłem do bramki na wysokości pola karnego. Podaną mu piłkę, pomimo asysty obrońcy, podbija sobie do góry i bez zastanowienia uderza z półobrotu wolejem. Futbolówka wpada w samo okienko bramki Górnika Polkowice. Ten gol zostaje uznany golem jesieni, a później całego sezonu 2003/2004.

Akcje Bugały nigdy nie stały wyżej. Żeby jednak zrozumieć ten moment należałoby się cofnąć o kilka lat.

Bugała urodził się w Lublinie (ur. 1973) i z półroczną przerwą na grę w Wawelu Kraków występował w lubelskich klubach aż do 23. roku życia. Wtedy to bowiem przeniósł się do Górnika Łęczna. Stało się to jesienią 1996 roku.

Ofensywny pomocnik szybko wywalczył sobie miejsce w drużynie, która właśnie awansowała do (ówczesnej) drugiej ligi. Przez pięć lat Łęczna z Bugałą w składzie ocierała się o awans do ekstraklasy (raz poległa w barażach). Dopiąć celu udało się dopiero w szóstym sezonie. I to w jakich okolicznościach!

Król barażów

Sezon 2002/2003 Górnik zakończył na 3. pozycji w drugoligowej tabeli (za Górnikiem Polkowice i Świtem Nowy Dwór Mazowiecki), co dawało mu prawo do gry w barażach. Zespół trenował świetnie znany w Poznaniu Jacek Zieliński, zaś Bugała był jego niekwestionowanym liderem – kapitanem, najskuteczniejszym piłkarzem (w tym sezonie strzelił 8 goli, w poprzednim - 11) i najlepszym zawodnikiem.

Barażowy los skojarzył łęcznian z Zagłębiem Lubin. Już sam fakt, że Miedziowi skazani byli na rozpaczliwy bój o utrzymanie w ekstraklasie stanowił sporą sensacją. Ważną przyczyną tego zamieszania była reorganizacja ligi, w efekcie której zajmujące 12. miejsce Zagłębie musiało zmierzyć się z trzecim zespołem zaplecza (czyli Łęczną). Na dodatek w Lubinie grali wówczas tacy znani zawodnicy jak Olgierd Moskalewicz, Bogdan Zając czy Arkadiusz Klimek. Wydawało się więc, że w starciu barażowym zdecydowanym faworytem są lubinianie.

W Łęcznej górą jednak byli gospodarze. Jedyną bramkę meczu strzelił Paweł Bugała. Zagłębie zakładało jednak, że spokojnie odrobi straty w rewanżu. Drugie spotkanie przebiegało po myśli Miedziowych, bo dość szybko objęli prowadzenie. Wtedy jednak do akcji znów wkroczył kapitan Górnika. Najpierw strzałem zza pola karnego, a następnie przepięknie wykonanym rzutem wolnym zapewnił swojemu zespołowi zwycięstwo i awans do ekstraklasy.

(Gol z wolnego w 1:05 filmiku)

W szatni łęcznian szampan lał się strumieniami, a po powrocie do swojego miasta na zespół czekała ogromna feta. Najbardziej oczywiście wiwatowano bohatera barażowego dwumeczu. Właśnie podczas wspólnego świętowania pojawił się pomysł wybudowania pomnika Bugale. Podobno pomysł ten miał bardzo wielu zwolenników. Na planach jednak się skończyło.

W ekstraklasie wciąż na fali

Pierwszy rok Górnika Łęczna w ekstraklasie (sezon 2003/2004) to okres jego zaskakująco dobrych wyników. Dziś wiemy, że działacze klubu dodatkowo o nie dbali korumpując sędziów, ale kilku zawodników beniaminka pokazało się wówczas z bardzo dobrej strony. Grzegorz Bronowicki, Sebastian Szałachowski, Mariusz Pawelec i przede wszystkim Paweł Bugała – o tych piłkarzach mówiło się wyłącznie w superlatywach.

Górnik zakończył sezon na dobrym 8. miejscu, a jego kapitan do wszystkich pochwał dorzucił jeszcze opisaną już na wstępie nagrodę za najpiękniejszą bramkę sezonu. Był na topie, lepiej nie powodziło mu się już nigdy.

Następny sezon (2004/2005) coraz starszy (31 lat!) Bugała zaczął jednak dość niemrawo. Kolejne spotkania obserwował z ławki albo pojawiał się na placu gry na ostatnie 15-30 minut. W Łęcznej byli już inni liderzy (Kucharski, Czereszewski, Nazaruk) i dla wieloletniego lidera brakowało powoli miejsca. W przerwie między rundami dość nieoczekiwanie otrzymał jednak propozycję przenosin do… Lecha Poznań! Choć kontrakt obejmował tylko najbliższe pół roku, to przyjął go z niekłamaną radością.

Poznań to nie Łęczna

Transfer do Kolejorza okazał się jednak pomyłką. Trudno dziś ustalić jaką rolę dla Bugały widział Czesław Michniewicz. Teoretycznie miał on stanowić ofensywne uzupełnienie duetu dość defensywnie grających środkowych pomocników Lecha: Macieja Scherfchena i Piotra Świerczewskiego. Na boisku sprawiał jednak wrażenie zupełnie zagubionego. Akcje zaczepne rozgrywane były bowiem często bez jego udziału, a napastnicy Reiss i Zakrzewski zupełnie dobrze radzili sobie bez podań rozgrywającego z Lublina.

Jedyny chyba naprawdę dobry mecz dla Lecha Bugała rozegrał przeciwko… Górnikowi Łęczna. Poznaniacy wygrali wówczas 3:0, a ostatniego gola strzelił właśnie on.

W sumie dla Kolejorza zaliczył w ekstraklasie 9 meczów i zdobył jedną bramkę (do tego 3 mecze w PP). Latem pożegnano się z nim bez żalu.

Życie po życiu. Pod ziemią

Po półrocznym pobycie w Wielkopolsce Bugała wrócił na Lubelszczyznę. Grał w Motorze Lublin, Stali Kraśnik, Avii Świdnik i ponownie w Górniku Łęczna. Pomógł jeszcze Górnikowi wydostać się z drugiej ligi, w której klub wylądował po wybuchu afery korupcyjnej, chwilę nawet pograł w pierwszej.

W 2009 roku zakończył karierę i dziś piłkę kopie wyłącznie amatorsko (obecnie w klubie KS Lublin). Na życie zarabia natomiast jako… górnik w kopalni Bogdanka. Świetny tekst-wywiad o tym możecie znaleźć tutaj.

Los bywa przewrotny. Kopalnia (jako sponsor Górnika Łęczna) żywiła Bugałę, gdy ten grał w piłkę, a teraz żywi go (jako pracodawca), gdy zawiesił już buty na kołku.

P.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

"Heeej Lech!"

wtorek, 29 marca 2016
AJ Fiasko Auxerre

935px-AJ_Auxerre.svg

AJ Auxerre określany jest często jako "polski klub". Niewątpliwie piękne karty zapisali w nim piłkarze z naszego kraju. Wystarczy wymienić tutaj choćby Mariana Szeję, Andrzeja Szarmacha, Pawła Janasa, Henryka Wieczorka, Andrzeja Zgutczyńskiego, Waldemara Matysika, Zbigniewa Kaczmarka czy też z nowszych - Tomasza Kłosa, Dariusza Dudkę czy Ireneusza Jelenia.

Te postacie przesłaniają zastęp piłkarzy, którym w Auxerre, pomimo całej sympatii do Polaków, nie powiodło się. Pół biedy, gdy przygoda z francuskim klubem okazała się nieudanym epizodem w i tak udanej karierze. Tak mogą myśleć o epizodzie w AJ choćby Piotr Włodarczyk (2001/2002: 7 meczów - 0 goli; opowieść Włodara o tym czasie tutaj) czy Marcin Kuźba (1998/1999: 5 meczów - 0 goli; ciekawy tekst o nim tutaj).

Niezwykle ciekawy jest jednak los piłkarzy, dla których pobyt w Auxerre był szczytowym osiągnięciem. Szczytowym, mimo że nie wystąpili w żadnym ligowym meczu.

Tak się złożyło, że akurat dziś urodziny obchodzi Kamil Oziemczuk (ur. 29.03.1988). Wychowanek Górnika Łęczna z przytupem wkroczył w świat dorosłego futbolu. W ekstraklasie zadebiutował mając 17 lat. Sezon 2005/2006 kończył z dorobkiem 16 meczów i 3 goli. Jeden z nich strzelony Legii przy Łazienkowskiej! To wszystko wystarczyło, by okrzyknięto go jednym z największych polskich talentów i wytransferowano do Auxerre.

k,MzM4MTM1OTUsMTg0NjU5,f,6058

Tam jednak - kompletna klapa. Dwa lata ławki i trenowania z rezerwami oraz zmagania z kontuzją (2006-2008). Co gorsza po powrocie do Polski Oziemczuk już nigdy nie powrócił na poziom ekstraklasy. Długo grał w Łęcznej, a później w coraz słabszych klubach Lubelszczyzny. Obecnie występuje w III-ligowej Avii Świdnik. Wywiad o jego przygodzie we Francji można przeczytać tutaj i tutaj.

Więcej szczęścia miał Mateusz Szczepaniak (ur. 1991). Ten najlepszy obecnie piłkarz Podbeskidzia trafił do AJ z juniorów Zagłębia Lubin i przeżył tam trudne chwile (2008-2011). Główny bohater sporo o tym mówił w wywiadach, więc odsyłam choćby tutaj i tutaj. Wszystko wskazuje, że Szczepaniak po francuskim fiasku "Szczepan" się odbudował i pokaże jeszcze na co go stać.

Takiej szansy nie dostanie już raczej Arkadiusz Ryś (ur. 1988). Wieloletni zawodnik reprezentacji młodzieżowych aż cztery lata próbował przebić się do składu Auxerre - najpierw z juniorów, później z drużyny B (2005-2009). Na nic jednak jego trud - zawodnik nigdy nie zagrał w zespole seniorów. Po powrocie do Polski występował w I-ligowym GKS Katowice, później w jego rezerwach, a następnie w Okocimskim Brzesko. W obecnym sezonie występuje w IV-ligowym KS Raszyn. Teksty o Rysiu - tutaj, tutaj i tutaj.

W przypadku Pawła Hajduczka (ur. 1982) pobyt w Auxerre (2001/2002) można potraktować po prostu jako jeden z wielu zagranicznych klubów, w których ten utalentowany kiedyś zawodnik terminował. Gracz ten spalonej próbie w AJ i nieudanym podejściu do Polonii Warszawa występował w Grecji, na Ukrainie, a także... w Kazachstanie i w Gruzji. Pisałem o nim kilkukrotnie, m.in. tutaj.

Na zakończenie dwaj zawodnicy, których przygody z Auxerre należy rozpatrywać w nieco innych kategoriach. Obaj bowiem urodzili się i wychowali we Francji, więc wybór AJ był ich naturalną destynacją.

Remy Andreasik (ur. 1986) był synem polskich emigrantów we Francji. W Auxerre terminował jako junior (do 2002 roku). Nigdy jednak nie przebił się do seniorskiej drużyny. Stamtąd trafił nawet do Olympique Marsylia, ale również skończyło się na rezerwach. Pomimo codziennych występów we Francji stawiał się na zgrupowania reprezentacji Polski U-19. Dariusz Dziekanowski oceniał jego umiejętności na 4+. Po kilku kolejnych nieudanych transferach Andreasik jednak zakończył profesjonalną karierę.

Wreszcie Michael Lukasiewicz (ur. 1991). Przyszedł na świat w Carcassonne, przez kilka lat (do 2010 roku) występował w juniorskich drużynach AJ. Potem przez dwa lata pojawiał się w rezerwach FC Thun. Do kraju przodków zawitał jesienią 2012 roku. Wystąpił w pięciu meczach ówczesnej I-ligowej Bogdanki Łęczna po czym... słuch o nim zaginął.

Różnie układają się losy polskich piłkarzy nawet w "polskich klubach". Nie wszystkim powiodło się w Borussii, nie wszystkim udało się coś ugrać w Auxerre. Pozostaje tylko liczyć, że ci przegrani pójdą ścieżką Szczepaniaka a nie Oziemczuka czy Rysia.

P.

wtorek, 15 marca 2016
Sahara Zachodnia. Dromadery marzą o wyjściu z obozu

polisario_pic_1_0

Gdyby złóż fosforytów na terytorium Sahary Zachodniej było mniej, to pewnie dziś reprezentacja tego państwa szykowałaby się do eliminacji MŚ 2018. Ba, gdyby na jej obszarze znajdował się wyłącznie jałowy piasek ubarwiony gdzieniegdzie oazami, to wszystkim mieszkańcom tego terenu żyłoby się lepiej.

Sahara Zachodnia to położona w północnej Afryce dawna kolonia hiszpańska. W 1975 roku Hiszpanie zostali jednak najpierw zepchnięci, a później zupełnie wypchnięci z tego obszaru, przez wojsko marokańskie (tzw. Zielony Marsz), żądne zasobów mineralnych sąsiadującego terytorium. Od tego czasu toczyły się tam krwawe walki między rdzenną ludnością (przede wszystkim muzułmańskimi koczownikami) a Marokańczykami. Oficjalnie zakończyły się one zawieszeniem broni podpisanym w 1991 roku przez partyzantów z Frontu Polisario i Marokiem. W rzeczywistości jednak Maroko okupuje to terytorium. Dość powiedzieć, że jednym z warunków paktu miało być przeprowadzenie referendum, w którym lokalna ludność, Saharyjczycy, mogliby wybrać między niepodległością a integracją z wrogo usposobionym sąsiadem. Do dnia dzisiejszego referendum nie zostało jednak zorganizowane. W efekcie Sahara Zachodnia stanowi pęknięty twór, składający się z dwóch części: zachodniej (większej), okupowanej przez Maroko oraz z wschodniej (mniejszej), pozostającej w rękach Frontu Polisario - tzw. Saharyjska Arabska Republika Demokratycznej (SARD). Formalnie wolna, tak naprawdę pozostaje ostatnią afrykańską kolonią.

Codziennością Sahary Zachodniej są krwawe walki, tajne więzienia i szykany miejscowej ludności ze strony sił marokańskich. Liczba saharyjskich uchodźców, która dziś mieszka w obozie w Tindouf, w pobliskiej Algierii, szacowana jest na 250 tysięcy. Nie bez przyczyny więc to właśnie tam, w 1989 roku, założony został Saharyjski Związek Piłki Nożnej. Powstał po to, żeby zalegitymizować to, co i tak już się działo – mecze piłkarskiej reprezentacji Sahary Zachodniej, znanej również pod przydomkiem „Dromadery”.

Z racji problematycznego statusu swojego państwa musiała ona jednak zadowalać się spotkaniami dość niezwykłymi. Saharyjczycy toczyli więc boje przede wszystkim z zespołami z ligi algierskiej, ale zdarzało im się także mierzyć z ekipami hiszpańskimi, włoskimi czy francuskimi (2:3 z Le Mans w 1988 roku). W 2001 roku, w ramach obchodów ćwierćwiecza istnienia SARD, przeciwnikiem Sahary Zachodniej była natomiast – uwaga! – reprezentacja oldbojów Kraju Basków! W składzie gości pojawili się m.in. Andoni Imaz czy Roberto Lopez Ufarte. Cztery tysiące kibiców zgromadzonych w Tindouf oglądało pasjonujący mecz, który jednak został przerwany w drugiej połowie przy wyniku 2:2 z powodu… nieznośnego upału (temperatura przekroczyła 38 C). Biednym zawsze słońce w oczy.

Międzynarodowa sytuacja saharyjskiej piłki zmieniła się nieco w 2003 roku. Wtedy to Związek został przyjęty do Non-FIFA Board. Od tego czasu reprezentacja mierzy się z podobnymi do siebie drużynami, które z różnych względów nie mogą zaistnieć na „oficjalnej” arenie. Rywalizowała m.in. z Galicją czy Makau. Ostatnio zagrała z ekipą... "Esperanto".

Jej największym osiągnięciem jest jednak udział w mistrzostwach VIVA World Cup 2012. Naprędce sklecona drużyna (najpierw urządzono mecze „selekcyjne”, po których z 184 zawodników wybrano 22 piłkarzy; ta grupa trenowała później wspólnie przez pięć dni, po czym poleciała na turniej) zajęła tam szóste miejsce (wyniki – 0:6 z Irackimi Kurdami, 2:6 z Oksytanią, 5:1 z Darfurem, 5:0 z Recją i 1:5 z Oksytanią). Nie wyniki były jednak najważniejsze – flaga Sahary Zachodniej powiewała na maszcie (pomimo sprzeciwu Kurdów i władz Maroka), a piłkarze byli dumni jak nigdy. Niestety do kolejnych edycji (2014, 2016) drużyna już nie przystąpiła.

Choć zawodnicy reprezentacji Sahary Zachodniej występują w „klubowych rozgrywkach” (w takich ekipach jak Wifak Auserd, Summud, Farsia, Amgala, Wifak Birlehlu) to są kompletnymi amatorami, którzy nie mają okazji choćby pograć w piłkę na kawałku trawy. W kadrze występowali nauczyciel, taksówkarz czy kupiec. Jednak dzięki udziałowi w VIVA World Cup 2012 już na trwałe wpisali się oni w historię swojego państwa. Sahia Ahmed Budah to strzelec pierwszej bramki (okraszonej dziką radością) na tym międzynarodowym turnieju, Selma Iarba Malum okazał się liderem drużyny, a Abdelahe Abdelhai Abidin pełnił rolę jej kapitana. Najpewniej ich nazwiska trafią do podręczników, jeśli takowe kiedyś powstaną. Wciąż jednak najbardziej znanym saharyjskimi sportowcami są biegacz Salah Ameidan (jego niezwykłą historię opowiada film dokumentalny „The Runner” z 2013 roku) oraz reprezentujący Hiszpanię niewidomy paraolimpijski multimedalista – pływak Enhamed Enhamed.

Tak naprawdę to niewiele brakowało, aby Sahara Zachodnia (albo sama Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna) już dawno została członkiem CAF i FIFA. Istnienie tego kraju od razu bowiem uznały 84 państwa świata. Z czasem jednak, wobec nacisku Maroko, a pośrednio również Francji, aż 33 z nich wycofały lub „zawiesiły” swoje uznanie. Saharę Zachodnią uznają dziś jedynie takie kraje jak m.in. Algieria, Iran, Korea Północna, Libia, Mauretania, Meksyk, RPA, Tanzania czy Sudan Południowy. W efekcie to wciąż terytorium o nieustalonym statusie, pełnoprawny członek Unii Afrykańskiej, którego jednak większość terenów pozostaje pod administracją marokańską. Uznawane przez ćwierć świata (51 ze 194 państw), ale akurat przez tę ćwiartkę zdecydowanie najmniej wpływową.

O piłkarskiej Saharze Zachodniej było jednak w ostatnim czasie słychać aż dwukrotnie. W październiku 2015 roku po sieci krążył poruszający filmik. Marzeniem Lagteba, 10-letniego uchodźcy z Sahary Zachodniej, było spotkanie swojego idola – algierskiego pomocnika Valencii Sofiane Feghouliego. Dzięki wsparciu jednej z organizacji charytatywnych chłopiec przyjeżdża do hiszpańskiego miasta i spędza dzień na Mestalla. Uśmiechnięty od ucha do ucha pyta piłkarza – „wolisz Algierię czy Valencię?”. Razem pozują do zdjęć z wyprostowanymi kciukami.

Miesiąc później król Maroko Muhammad VI, aby uczcić 40. rocznicę „Zielonego Marszu” (wejścia wojsk marokańskich na teren ówczesnej hiszpańskiej kolonii) organizuje towarzyski mecz, na który zaprasza m.in. Diego Maradonę. Na stadionie w kontrolowanej przez Maroko saharyjskiej stolicy Al – Ujun widownia fetuje sławnego Argentyńczyka. Boski Diego spędził na boisku tylko 20 minut, ale i tak wprawił w zachwyt fanów. Oklaskom i śpiewom nie było końca.

Uchodźcy przebywający w tym czasie w obozie Tindouf raczej nie oglądali transmisji tego wydarzenia.

P.

 Więcej do poczytania o piłce w Saharze Zachodniej tutaj, tutaj i tutaj. No i polecam ten dokument.