Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 07 listopada 2014
Czy chcemy krwi na ochraniaczach?

Czytając o kolejnym brutalnym faulu i pozostając jeszcze w temacie krążących po sieci zdjęć faulu, a później dziury w nodze Roberta Lewandowskiego, warto sobie zadać pytanie czy publiczność faktycznie się na te faule oburza czy też traktuje je jako trwały - efektowny! - element ubarwiający widowisko piłkarskie.

W tym kontekście przypomniał mi się fragment "Technologii i sportu" - sorry za autoreklamę, ale to naprawdę świetna pozycja:) - dotyczący obecności ochraniaczy w sporcie:

Frank Gifford, jedna z gwiazd futbolu amerykańskiego, tak mówił o swojej dyscyplinie: „futbol jest jak wojna atomowa. Tam nie ma zwycięzców. Są tylko ci, którzy przeżyli” [za: Ross op. cit., s. 52]. Pomijając spektakularność tej tezy, to z pewnością sygnalizuje ona skalę zagrożeń czekających na osobę profesjonalnie uprawiającą sport. Dlatego niezwykle ważna staje się ochrona ciała zawodnika. W tym właśnie celu wykorzystywane są wszelkiej maści hełmy, kaski, ochraniacze, rękawice i inne dodatkowe elementy ubioru. Analizując charakter tych artefaktów należy zwrócić uwagę na ich kulturowy wymiar. Sama obecność tego typu przedmiotów stawia bowiem pod znakiem zapytania założenie umowności sportu. Oznacza ona bowiem, że skulturalizowana i fikcyjna walka między sportowcami dzieje się jednak naprawdę. Tym samym wszelki sprzęt chroni konwencjonalność sportu - stanowi bufor między tym co umowne, a tym co rzeczywiste.

Takie formy zabezpieczania były znane już w starożytności. W oparciu o to jakiego typu sprzętem ochronnym (tarcza, hełm, naramienniki) dysponował gladiator do takiej konkurencji był klasyfikowany [McClelland 2007, s. 67]. Konieczność odpowiedniego wyposażenia dostrzegano również w wyścigach zaprzęgów. Woźnica (auriga) nie tylko miał wspominaną już tunikę bez rękawów, ale również gruby skórzany czepek przypominający dzisiejszy kask oraz zakrzywiony nóż, żeby w razie karambolu móc przeciąć cugle [Osterloff op.cit., s. 60]. W średniowieczu walczący na szpady zawodnicy zakładali grube rękawice mające chronić ich dłonie, a osoby grające w hokeja w XIX wieku po prostu grubo się ubierały, aby zneutralizować potencjalne uderzenie krążkiem lub kijem. Ochrona ciała pozostawała więc czymś intuicyjnym, ale jednocześnie coraz silniej urefleksyjnianym.

Wśród sprzętu ochronnego można wyróżnić trzy główne grupy: hełmy i kaski, odzież ochronną oraz takie dodatkowe wyposażenie ubioru jak naramienniki i rękawice.

Szczególnie ważnym segmentem pozostaje ta pierwsza grupa. Logika jej funkcjonowania odzwierciedla bowiem obecne również w pozostałych dwóch segmentach odwieczne dążenie technologii do zapewnienia sportowcom maksymalnego bezpieczeństwa przy jak największej poręczności (usability) sprzętu. Analiza kasków motocyklowych, rowerowych, narciarskich czy hokejowy pokazuje, że kluczowymi ich parametrami są właśnie trwałość (amortyzacja uderzeń, buforowanie zagrożeń, odporność na zniszczenie) oraz ich równoczesne dopasowanie do warunków uprawiania określonej dyscypliny (lekkość, aerodynamiczność, dobra widzialność). Podobnie rzecz się ma także z kamizelkami szermierzy czy rękawicami motocyklistów – mają one zabezpieczać ciało sportowca przed urazami, ale nie powinny też krępować jego ruchów i utrudniać mu rywalizacji. Sprzęt ma więc z jednej strony chronić sportowca, ale jednocześnie nie przeszkadzać mu w rozgrywce. Dlatego właśnie hełmy i kaski stanowią niezwykle cenny poligon doświadczalny, gdy chodzi o technologiczne poszukiwania materiałów niezwykle wytrzymałych, ale zarazem lekkich i nieobciążających zbytnio ich użytkowników. Obecnie w większości kasków stosowane jest łączenie kevlaru z grafitem – materiałów łączących obie te pożądane cechy. Z sytuacji tej korzysta np. instytucja wojska, które cały czas przenosi na swój grunt udoskonalenia związane właśnie z hełmami sportowymi. 

Jednocześnie obszar bezpieczeństwa zawodnika staje się często przestrzenią ścierania się interesów zawodników i mediów. Tym pierwszym zależy na jak najlepszej ochronie swojego zdrowia. Dla tych drugich natomiast okrucieństwo i przemoc związane z kontuzjami i urazami stanowi jedną z głównych strategii przyciągania uwagi odbiorców. Zjawisko to analizuje Jennings Bryant: "Rapaport badał, co jest normą w jedynej swego rodzaju metodzie powiększania przyjemności widza oglądającego mecze – w powtórkach. Jeden z jego wniosków brzmi, iż szefowie kanałów telewizyjnych postępują tak, jakby wyznawali teorię, iż oglądanie (i oglądanie powtórne) szczególnie brutalnych zagrań znacznie intensyfikuje przyjemność widza – wyjątkowo duża część powtórek dotyczy bowiem najostrzejszych i najbrutalniejszych momentów rozgrywki" [Bryant 2003, s. 160].

W tym samym jednak czasie, obcowanie z przemocą w sporcie stanowić ma dla jej obserwatorów bardzo ważne źródło czerpania przyjemności: "Jednakże dla podsumowania odnotujmy, że aby wyjaśnić, dlaczego przemoc w sporcie jest aż tak popularna, podaje się na ogół jedną z trzech teorii. Argumentem przytaczanym najczęściej, zwłaszcza przez laików i dziennikarzy prasy wielonakładowej, jest argument symbolicznej katharsis. W ujęciu tym przemoc w sporcie stwarza widzom doskonałą możliwość uwolnienia się od destrukcyjnej energii dzięki utożsamianiu się ze sportowymi herosami, którzy niejako zamiast nich dokonują aktów agresji pod płaszczykiem „gry”. Uważa się, iż to oczyszczenie przynosi ulgę, która jest przyjemna. Im brutalniejsza przemoc, tym większa ulga, a tym samym przyjemność. Po drugie, sądzi się, że przemoc w sporcie stanowi dla widzów idealny środek zapewnienia sobie siły i dominacji, znajdują się bowiem oni u boku herosa, który „pozwala” przeciwnika zdobywając mistrzostwo i władzę przez prawomocną grę. Ekstremalna przemoc symbolizuje potężną dominację, która z tego punktu widzenia jest czymś szalenie przyjemnym. Dlatego im bardziej bezwzględna rozgrywka, tym większa przyjemność. Trzecie częste uzasadnienie wynika z tez teorii rozrywki, według której współzawodnictwo i konflikt są sercem oraz dyszą dramatu. Wydaje się, że najróżniejszego rodzaju konflikty podobają się nam w prawie wszystkich gatunkach popularnej rozrywki, a telewizyjne programy sportowe są nią na pewno. Przemoc w sporcie to konflikt w wydaniu ekstremalnym, który pokazuje widzom, iż aktorzy tego reality show dają z siebie wszystko, by zwyciężyć, choćby kosztem poważnej kontuzji. Im bardziej zażarta rywalizacja, tym wyraźniejsza wskazówka, że walczy się do upadłego, i tym większe dramat oraz przyjemność" [ibidem, s. 167]. 

Napięcie między zdrowiem sportowców a atrakcyjnością przemocy można obserwować na przykładzie świata boksu. Tam jedną z granic oddzielających boks amatorski od zawodowego jest stopień ochrony ciała zawodnika. W przypadku tego pierwszego używa się rękawic cięższych i bardziej miękkich, w tym drugim lżejszych (zarazem szybszych) i twardszych (mniejsza waga rękawic wynika z mniejszej ilości miękkiego materiału ochronnego wyścielającego wnętrze rękawicy). Używanie kasków ochronnych zabezpieczających głowę jest obowiązkowe wyłącznie w boksie amatorskim we wszystkich walkach i na każdych zawodach, ale to w boksie zawodowym sportowcom towarzyszy lekarz wraz z całym sztabem medycznym. Wreszcie w boksie amatorskim walki trwają cztery rundy, po dwie minuty każda, natomiast w zawodowym kontraktuje się ja na określoną liczbę rund (maksymalnie dwanaście). Opierające się podobnym mechanizmie przykłady możemy znaleźć również w kontekście sportów motorowych czy samochodowych.

Sytuacja ta pokazuje, że formuła profesjonalnego widowiska sportowego obok spektakularnych zwycięstw musi zawierać w sobie również nie do końca kontrolowaną przez organizatorów dawkę okrucieństwa. W konsekwencji współczesny sport realizuje logikę quasi-bezpieczeństwa. W czasie, gdy istnieją odpowiednie środki, aby zupełnie wyeliminować zagrożenie życia i zdrowia ze sportowych aren, rywalizacja wciąż niesie za sobą potężne ryzyko. W efekcie technologiczne bezpieczeństwo zapewniane przez najnowszy sprzęt sportowy ma charakter pozorny – likwiduje bowiem naskórkowe przejawy ryzyka (zadrapania, potłuczenia, obicia), równocześnie potęgując ideę rywalizacji do ekstremalnych wymiarów. Innymi słowy, daje ono sportowcom miraż bezpieczeństwa, pod wpływem którego decydują się oni na jeszcze bardziej niebezpieczne zachowania i zagrywki.

Podsumowując - zakładamy piłkarzom ochraniacze na nogi także po to, aby później ekscytować się jak wielkie dziury sobie nawzajem w nich porobili.

P.

Czytaj także: "Technologia i sport" Przemysława Nosala

sobota, 01 listopada 2014
Którzy odeszli: Luis Aragones

Choć był architektem największej reprezentacyjnej drużyny XXI wieku, to odchodził w ciszy. Luis Aragones zmarł na białaczkę 1 lutego 2014 roku, ale tylko uważne oko wyłuskało tę wiadomości w zalewie newsów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wyjątkowo dowcipna ręka prowadziła Aragonesa przez kolejne trenerskie ławki. Choć szkoleniowe sukcesy odnosił w Primera Division już od lat siedemdziesiątych (mistrzostwo 1977 z Atletico), to selekcjonerem narodowej kadry został dopiero w wieku 66 lat! Jego kandydatura była co prawda poważnie brana pod uwagę w latach dziewięćdziesiątych - za pierwszym razem postawiono jednak na Vicente Mierę (1991), a za drugim na Jose Antonio Camacho (1998).

Być może jednak tak miało być, być może Aragones miał nie trafić na przeciętny skład La Furia Roja z początku ostatniej dekady XX wieku, być może miał też nie nadziać się na pajaca udającego sędziego na MŚ 2002 w meczu z Koreą. Dzięki temu dokonał czegoś, co nie udało się jego bezpośrednim poprzednikom - zdobył mistrzostwo Europy w 2008 roku.

Do dziś zastanawiam się, czy ekipa Hiszpanii z 2008 roku była faktycznie lepsza niż ta z MŚ 2002 (Camacho, skandaliczna porażka z Koreą w 1/4 finału) czy nawet prowadzonej już przez Aragonesa załogi na MŚ 2006 (fenomenalne występy w grupie i później porażka w 1/8 finału z Francją). Faktem jednak jest, że zespół z Austrii i Szwajcarii, poza wielkimi umiejętnościami piłkarskimi, miał to coś, co muszą mieć mistrzowie. Co?

Przebłysk szczęścia. Moment fartu. Ta sekunda, w której decyduje się - jak malowniczo opowiadał Woody Allen w "Match Point" - czy piłeczka uderzona w siatkę spadnie na Twoje pole, czy pole przeciwnika.

Dla Hiszpanów na EURO 2008 takim momentem był ćwierćfinał z mordującymi przedtem futbol na turnieju Włochami. Wymęczeni podopieczni Aragonesa (komplet zwycięstw w grupie) trafili na mur, z którym nie mieli sił i pomysłu sobie poradzić. Po 90 minutach i dogrywce na tablicy widniało wciąż 0:0 i nadeszły rzuty karne. Było już 3-2 dla Hiszpanii (pomylił się De Rossi) i wystarczyłoby, że piłkę w bramce umieściłby Guiza i byłoby po zawodach. Ten jednak się pomylił i awans zawisnął na włosku. Wtedy jednak ktoś podał Aragonesowi rękę, piłeczka spadła po właściwej stronie. Do piłki podszedł bowiem Di Natale, ale się pomylił. Chwilę później kropkę nad "i" postawił Fabregas.

Później leciało już z górki, zarówno w półfinale z Rosją, jak i finale z Niemcami. Hiszpanie dali radę, Aragones dał radę. Te triumf ukształtował zespół i stworzył drużynę, która później, już pod wodzą Del Bosque, sięgała po mistrzostwo świata 2010 i mistrzostwo Europy 2012. Zachęcam, żeby porównać sobie kadry Hiszpanów na tych turniejach. Rotacja personalna porównywalna jest tam z rotacją prezydentów Poznania, Wrocławia czy Krakowa. Aragones miał więc szczęście, ale miał też wizję.

Na zakończenie dodam także, że cenię go za coś jeszcze. W chwili triumfu na EURO 2008 był tuż przed siedemdziesiątymi urodzinami. Wracił do kraju w glorii mistrza. Większość trenerów na jego miejscu usiadłoby w hamaku i z tej pozycji komentowała krajowe rozgrywki. Co zrobił Aragones? Przepakował walizki i poleciał prowadzić Fenerbahce Stambuł, czyli zasiąść na jednym z najgorętszych stołków w Europie! I faktycznie stołek go oparzył, bo po niecałym roku podziękowano mu za współpracę.

Myślę jednak, że wycieczki nie żałował, bo po prostu kochał tę robotę.

P.

wtorek, 28 października 2014
Gdy Raul mógł poczuć się najlepszym na świecie

raul

Dziwnie Raul wygląda bez siódemki, tak jak dziwnie wyglądał w koszulce Schalke, Al-Sadd, a teraz będzie wyglądał w w Cosmosie Nowy Jork, Siódemka w Realu Madryt była jego od trzeciego sezonu gry w pierwszej drużynie. Nie oddał numeru 7 nawet po przyjściu do drużyny Cristiano Ronaldo, który na początku w Realu musiał z CR7 stać się CR9. Wcześniej Raul biegał sobie z "17", a pierwszy raz biegał dokładnie 20 lat temu. 28 października Raul zadebiutował w Realu Madryt. Królewscy przegrali wtedy 2:3 w Saragossie, Mecz gospodarzom wygrał Juan Esnaider (do spółki z Gusem Poyetem - składy tutaj), który sezon później grał w Realu (i to z "siódemką"), a sytuacjami z tego spotkania można by obdzielić cały sezon ekstraklasy.

Z okazji 20. rocznicy od debiutu napastnika Real wręczył mu przed El Clasico koszulkę z nr 20. Od siebie dorzucam krótką notkę. Jeden Z Moich Ulubionych Piłkarzy Z Gatunku "Wygrał Mniej Niż Powinien" zwyczajnie sobie na to zasłużył. Tak, jak zasłużył na Złotą Piłkę.

Czy najlepszy strzelec w historii Ligi Mistrzów (wciąż) i Realu Madryt mógł czuć się niespełniony? Nie tylko mógł, ale nawet powinien.

Symbolizuje hiszpańskie „graliśmy jak nigdy, przegraliśmy jak zawsze”. A jeśli nie on sam, to jego przestrzelony rzut karny, w ostatniej minucie ćwierćfinału najwspanialszego turnieju w historii, Euro 2000. Albo mecz z Koreą Południową dwa lata później, w którym nie mógł zagrać przez kontuzję. Powtarzał - m.in. w rozmowie z Dariuszem Wołowskim w Gazecie Wyborczej (cytuję ją też niżej) - "moim największym piłkarskim marzeniem jest wygrać mistrzostwo świata albo mistrzostwo Europy".

Nic z tego. Raul Gonzalez Blanco nigdy tego nie dokonał. Słów Ikera Casillasa, który przysięgał, że wspomnień z finałów Ligi Mistrzów nie sposób w ogóle porównać z ekscytacją finałem mistrzostw narodowych, nie musiał nawet w gazecie czytać. Po prostu to czuł.

Gdy Iker wznosił dwa razy Puchar Henriego Delaunaya, przedzielając to dźwiganiem Pucharu Świata, on siedział w fotelu przed telewizorem, raczej w domu niż w knajpie. Może nawet miał ochotę znów się upić, tak jak upijał się po pierwszych golach w Realu, a przed skończeniem dwudziestki. Dobrze, że z alkoholem i dyskotekami skończył - wziął się w garść i doszedł z Realem na absolutny szczyt. Dwa razy.

raul_gonzalez_-_real_madrid_-_mundicromo_-_1994_1

- Marzyłem, że może kiedyś będę w pierwszym składzie, ale to wszystko spełniło się nieprawdopodobnie szybko. Sam się dziwię. Kiedy jednak dostałem szansę, uczepiłem się jej jak rzep. W każdym kolejnym meczu chciałem grać lepiej, udowadniać coś. Potem czułem się coraz ważniejszy w drużynie i udało się. Po półtora roku wszyscy byli oczarowani, że w Realu pojawił się młody talent. A potem przyszła presja i wymagania, żebym w każdym meczu błyszczał. Nie byłem po prostu w stanie. I pojawiła się ostra krytyka, czasem ciosy poniżej pasa. Ale cieszę się, że przez to przeszedłem. Na początku wszyscy poklepywali mnie po plecach, więc naiwnie wierzyłem, że jestem dzieckiem szczęścia i wszyscy mnie kochają. Potem w trudnych chwilach nauczyłem się odróżniać przyjaciół od tych, którzy uśmiechają się tylko wtedy, gdy strzelam masę goli. I dziś, gdy zdarza się słabszy moment, nie wpadam w panikę.

"To takie ładne dziecko, którego spojrzenie topi lód w najzimniejszych sercach. Uwierzyłbyś mu w każde jego słowo i powierzył wszystkie pieniądze” - napisał pewien hiszpański dziennikarz (cytuję znów za Dariuszem Wołowskim).

el_talento

Nie wiem jak z pieniędzmi, ale Raulowi na pewno uwierzyli dwaj obrońcy brazylijskiego Vasco da Gama. I dali się oszukać. Po długim podaniu i przyjęciu piłki w polu karnym napastnik zwodem najpierw położył na ziemi jednego, w mgnieniu oka drugiego i ustalił wynik na 2:1. 1 grudnia 1998 roku Real Madryt został najlepszą drużyną klubową świata, a Raul został wybrany najlepszym piłkarzem meczu o Puchar Interkontynentalny. Tego jego gola chyba najbardziej lubię - buty Raula i puchar Toyoty można zobaczyć w klubowym muzeum i na tym blogu.



Czy najlepszy strzelec w historii Ligi Mistrzów i Realu Madryt mógł czuć się niespełniony? Mógł, ale akurat nie tego dnia.

 B.

piątek, 24 października 2014
Eksperyment Perugia

Wiele lat przed tym, jak europejskiej kluby stały się zglobalizowanymi przedsiębiorstwami, był pewien człowiek, który miał wizję drużyny zbierających zawodników z najodleglejszych krańców świata. Nazywał się Luciano Gaucci i był właścicielem włoskiego klubu Perugia Calcio.

Gaucci objął władzę w Perugii w 1991 roku. Klub był wtedy w Serie C. W 1994 roku awansował do Serie B, a w 1996 do Serie A. Ten znany piłkarski działacz, biznesmen, miłośnik wyścigów konnych i pięknych kobiet postanowił uczynić z zarządzanej przez siebie drużyny organizm w wyjątkowy sposób międzynarodowy. Idea, która mu przyświecała była następująca: ściągać najlepszych zawodników z bardzo odległych i zarazem egzotycznych rejonów świata. Cel? Przede wszystkim marketingowy (kibice-turyści z całego świata oraz szum w mediach), a jak się uda, to i sportowy (z tym bywało już różnie).

W 1996 roku do zespołu trafili piłkarze spoza Włoch: Holender Michel Kreek, Chorwat Milan Rapajic, Serb Bratislav Mijalkovic, Norweg Peter Rudi i Brazylijczyk Muller.

W 1997 roku - Argentyńczycy Juan Carlos Docabo i Fernando Pandolfi, Senegalczyk Diaw Doudou oraz z Europy - , Duńczyk Thomas Thorningen i Szwajcar Massimo Lombardo.

W 1998 roku - Paragwajczyk Paulo da Silva, Australijczyk Diego Pellegrini, Urugwajczyk Martin Rivas, Japończyk Hidetoshi Nakata i Ekwadorczyk Ivan Kaviedes; do tego "oryginalni" - Fin Mika Lehkosuo oraz Portugalczyk Hilario Leal.

W 1999 roku - Chilijczyk Hector Tapia oraz Rosjanin Dimitrij Alejniczew, Francuz Ibrahim Ba i Belg Dani Garcia.

W 2000 roku - Koreańczyk Ahn Jung-Hwan, Chińczyk Ma Mingyu, Brazylijczyk Ze Maria i Argentyńczycy Pablo Guinazu i Claudio Paris oraz Grek Zisis Vryzas.

W 2001 roku - Irańczycy Ali Samereh i Rahman Rezaei, Nigeryjczyk Chris Obodo, Urugwajczyk Fabian O'Neil, Argentyńczyk Nicolas Cinalli, Brazylijczyk Samuel, Kolumbijczyk Oscar Cordoba oraz Belgowie Denis Dasoul, Donovan Maury, Fabian Jacquemin oraz Grek Traineros Dellas (w kadrze zespołu jest wówczas 16 obcokrajowców).

W 2002 roku - Australijczyk Zeljko Kalac, Brazylijczyk Tiago Calvano oraz Grek Konstantinos Loumpoutis, Rumun Adrian Nalati i Belg Raphael Galeri.

W 2003 roku - Argentyńczycy Carlos Arano, Felix Benito i Juan Turchi, Senegalczyk Ferdinand Coly, Malijczyk Souleymane Diamoutene, Brazylijczyk Fabiano, Iworyjczyk Christian Manfredini, Urugwajczyk Marcelo Zalalyeta i słynny Libijczyk Al-Saadi Kadafi oraz Grek Vangelis Nastos, Rumun Paul Codreai Anglik Jay Bothroyd (16 obcokrajowców w kadrze).

W 2004 roku - Marokańczyk Jamal Alioui, Libijczyk Jehad Muntasser i Brazylijczycy Ferreira Pinto i Guly oraz Hiszpan De Pedro i Czech Jaroslav Sedivec.

W 2005 roku - Kameruńczyk Antonio Ghomsi, Iworyjczyk Drissa Diarra i Kanadyjczyk Andrea Lombardo oraz Albańczyk Florian Myrtaj i Francuz Christian Copel.

W 2004 roku Perugia spada z Serie A. Rok 2005 to moment wielkiego krachu. Gospodarujący lekką ręką Gaucci bankrutuje, a wraz z nim bankrutuje klub. Biznesmen ucieka na Dominikanę, a Perugia ląduje w Serie C1.

Trzeba przyznać, że okres 1996 - 2004 to wyjątkowo barwny okres w dziejach klubu. Drużyna była w lidze włoskiej takim cudem na kiju, które nigdy nie wiadomo kiedy zaskoczy, a kiedy rozbawi. Dość przypomnieć historię z 2002 roku, kiedy to Gaucci obraził się na swojego zawodnika Ahn Jung-hwana za to, że ten na MŚ 2002 strzelił gola Włochom. Prezes stwierdził, że "nie ma zamiaru płacić pensji komuś, kto rujnuje włoski futbol". Później odwoływał swoje słowa, ale wtedy to już piłkarz się obraził i drogi obu panów się rozeszły.

Same wyniki ekipy bywały raz lepsze, a raz gorsze. Oto one: 1996/1997 - 15. miejsce i spadek; 1997/1998 - 4. miejsce w Serie B i awans; 1998/1999 - 14. miejsce; 1999/2000 - 10. miejsce (plus trzecia runda Pucharu Intertoto); 2000/2001 - 11. miejsce (plus druga runda Pucharu Intertoto); 2001/2002 - 8. miejsce; 2002/2003 - 9. miejsce (półfinał Pucharu Włoch plus trzecia runda Pucharu Intertoto); 2003/2004 - 15. miejsce i spadek do Serie B (plus zwycięstwo w Pucharze Interototo i trzecia runda Pucharu UEFA). 2005 - bum!

Niewątpliwą korzyścią z takiego międzynarodowego konceptu była promocja kilku - jak się okazało później - świetnych piłkarzy, takich jak Kaviedes (dziś jego 37. urodziny, a to ten właśnie fakt natchnął mnie do popełnienia niniejszego wpisu),

Rapaic

czy oczywiście Nakata.

Trzeba też dodać, że przez te kilka lat w składzie Perugii pojawiło się kilku ciekawych piłkarzy z Włoch - Materazzi, Liverani, Amoroso, Grosso, Miccoli, Ravanelli, Baronio, czy Blasi.

Z drugiej strony, jak widać na powyższej liście, zdecydowana większość grajków okazała się zwykłym szrotem, którzy w Perugii zabawili nie dłużej niż rok. Na dodatek ich ilość zniszczyła budżet i doprowadziła klub do upadku. Dopiero w 2014 roku zespół awansował do Serie B.

Perugia stanowi dla mnie wyjątkowy przykład spalonego podejścia w myśleniu o globalnej piłce. W chwili, kiedy nikogo już nie dziwi fakt, że w angielskiej drużynie na boisku nie biega żaden Anglik, wydawać może się ona zabawnym ekscentryzmem. Jednak pamiętać należy, że tak masowe ściąganie zagranicznych zawodników to w zasadzie dopiero pierwsza dekada XXI wieku, a przedtem robili to tylko nieliczni (np. Chelsea).

Gaucci miał pomysł, ale kiepsko mu poszło z wykonaniem. Dlatego dziś mówi się o jego drużynie jak o anegdocie, a nie jak o pionierach.

P.

środa, 22 października 2014
New York Cosmos - reaktywacja

Z sympatią przyjąłem informację o przenosinach Raula Gonzaleza do New York Cosmos. Reaktywacje, a raczej - reinkarnacje, starych zasłużonych dla futbolu firm, to jednak jest coś, co warto wspierać.

New York Cosmos to jeden z pionierów i zarazem największych propagatorów soccera w USA. Powstał w 1971 roku jako nowojorska odpowiedź na rosnącą popularność piłki kopanej i rozwój ligi NASL (North American Soccer League). Działalność klubu od razu pomyślana została z przytupem, bo dwójka bogatych założycieli ekipy - dwóch Amerykanów tureckiego pochodzenia: bracia Ahmet i Nesuhi Ertegunowie - szybko zaczęła ściągać do drużyny największe gwiazdy światowej piłki. Na początku były to asy lokalne, jak Randy Horton, reprezentant Bermud (to w ogóle ciekawa postać - Horton od stycznia 1998 jest posłem Parlamentu Bermudzkiego i zasiadał w tamtejszych Ministerstwach Spraw Wewnętrznych, Sportu, Edukacji, Pracy, Środowiska i Bezpieczeństwa Publicznego; w zeszłym roku został wybranym marszałkiem Izby Zgromadzenia).

W 1975 roku zespół zasilił legendarny Pele (tutaj film z jego debiutu), a rok później dołączył do niego Włoch Giorgio Chinaglia (jedyny zawodnik, który mógł krytykować Pelego i skrzętnie z tego korzystał).

W 1977 roku i później do drużyny dołączyli były kapitan Brazylii, Carlos Alberto Torres oraz Rivelino, były kapitan Niemiec Franz Beckenbauer, słynni Holendrzy Johan Neeskens i Wim Rijsbergen, Jugosłowianin Vladislav Bogicević, słynny Paragwajczyk Julio Cesar Romero czy Włoch Giuseppe Wilson.

Efekt? Pięć tytułów mistrzowskich! NY Cosmos zwyciężało w NASL w latach 1972, 1977, 1978, 1980 i 1982. Do tego cieszył się bezprecedensową popularnością (po 40 tysięcy kibiców na meczach, co jak na soccer w USA jest świetnym wynikiem), a jego mecze były transmitowane w najlepszym paśmie antenowym. Polecam poniższy filmik, gole padają naprawdę kosmiczne.

Upadek drużyny pokrył się z upadkiem całej ligi. Początek lat osiemdziesiątych to odwrócenie się telewizji od piłki nożnej (np. finał z 1981 roku był retransmitowany z wielogodzinnym opóźnieniem), a także niewydolność finansowa samego Cosmosu. Z finansowania ekipy wycofali się bracia Ertegunowie, a w zespole próżno już było szukać gwiazd światowego formatu. W 1984 roku NY Cosmos nie zakwalifikował się nawet do fazy play-off. Wtedy też zlikwidowano całą ligę NASL. Przez rok drużyna grała jeszcze w lidze halowej (Major Indoor Soccer League.), a w 1985 roku została ostatecznie rozwiązana.

W 2010 roku klub reaktywowano (choć formalnie - bez prawa do historii wielkiej drużyny z 70-80 lat). W akcję tę włączyli się byli zawodnicy zespołu, tacy jak Chinaglia (zmarły niedawno; dobry tekst o nim tutaj), Carlos Alberto czy Pele. Aktualnie team występuje on na drugim poziomie rozgrywek (nowa North American Soccer League, szczebel pod MLS, a szczebel nad USL Pro), choć ma ambicje na grę w MLS. Zasady awansu (a w zasadzie włączania) do amerykańskiej ekstraklasy są jednak bardzo uznaniowe (a niekoniecznie czysto sportowe) i pomimo zeszłorocznego zwycięstwa w Soccer Bowl NY Cosmos nie przebił się do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Trenerem drużyny jest Wenezuelczyk Giovanni Savarese, a w jej składzie można znaleźć takich piłkarzy jak Marcos Senna czy Danny Szetela. Wkrótce dołączy do nich Raul.

Przy tej okazji jeszcze kilka ciekawostek:

* O NY Cosmos epoki Pelego nakręcono jeden z lepszych w historii filmów dokumentalnych w tematyce futbolu. To "Once in a Lifetime: The Incredible Story of the New York Cosmos". Bardzo bardzo polecam, bo to nie tylko historia drużyny, ale również pewnej epoki.

* Tutaj z kolei ciekawy tekst o złotej drużynie.

* Według obecnych władz MLS główną przeszkodą w awansie NY Cosmos jest.. kiepski stadion zespołu. Brzmi znajomo?

* Tutaj znajdziecie stronę drużyny. Stylowa, można też kupić sobie retro koszulki. Numery 9 i 10 zastrzeżone (Chinaglia i Pele).

* Mało kto wie, że członkami pierwszej drużyny NY Cosmos (rocznik 1971) było dwóch Polaków - bramkarz Konrad Kornek (15-krotny reprezentant Polski, były gracz Odry Opole i Legii Warszawa; my o nim wspominaliśmy tutaj) oraz obrońca Karol Kapciński (Górnik Zabrze i Śląsk Wrocław; Mistrz Polski [1963, 1964, 1971], Puchar Polski [1969, 1970]). Później byli to jeszcze Bronisław "Jerry" Sularz (grał razem z Pelem), Dieter Zajdel (kapitalny tekst o nich tutaj) oraz Władysław Żmuda i Stanisław Terlecki (1984).

* Przy okazji - pierwszy królem strzelców NASL (1968) był reprezentant Polski - Janusz Kowalik (były gracz Cracovii i klubów holenderskich)

* Tutaj znajdziecie kompleksowe zestawienie wszystkich zawodników NY Cosmos z lat 1971 - 1985.

* Na cześć NY Cosmos powstała w Polsce drużyna... Cosmos Nowotaniec (założony w 1947 roku, ale nazwę zmieniono w 1977). Obecnie gra w IV lidze podkarpackiej. Poza tym Cosmosy mamy także w Józefowie, Juszczynie, Milikowie i Radzimowie.

P.