Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 11 lutego 2014
Stracona szansa radosnych orłów Apostela (cz.2)

Rozegrany 16 sierpnia 1995 roku na paryskim Parc des Princes pojedynek z Francuzami, to bodaj najbardziej ekscytujący, emocjonujący i dramatyczny mecz pierwszej reprezentacji Polski jaki kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Nie da się zapomnieć tego spotkania, choćby człowiek żył jeszcze następne dwieście lat. Biało-czerwoni niestety nie osiągnęli spodziewanej przez Apostela przewagi w drugiej linii. Kosecki grał z kontuzją, a Zidane przyćmił tego wieczoru Nowaka. Piotr Świerczewski mógł strzelić w Paryżu swą bramkę życia, lecz piłka po jego pięknym uderzeniu nie przełamała rąk Lamy na tyle, by wpaść do francuskiej bramki. Potem niezłą sytuację ma jeszcze Juskowiak. I wreszcie nadchodzi 35 minuta spotkania. Debiutujący w kadrze Tomasz Iwan ambitnie wyłuskuje piłkę w środkowej części boiska spod nóg Zidane, Kowalczyk instynktownie zagrywa ją 'na pamięć' do Juskowiaka, a ten pomimo asysty Leboeufa pakuje futbolówkę w krótki bramki Bernarda Lamy. Chyba nie tylko ja jeden myślałem wówczas, że oszaleję z radości. Polskie media, przyrównując nazajutrz paryską batalię do pamiętnego meczu na Wembley z 1973 roku (trzeba przyznać, że rzeczywiście analogii było sporo), wagę bramki zdobytej przez Juskowiaka zestawiały ze słynnym golem Jana Domarskiego sprzed 22 lat.

Warto w tym miejscu, choć na chwil kilka, zatrzymać się nad postacią niezawodnego snajpera apostelowej kadry. Andrzej Juskowiak znajdował się wówczas w fantastycznej formie i należał do absolutnie najściślejszej elity najlepszych napastników na świecie. Był jednym z najskuteczniejszych strzelców na Starym Kontynencie podczas eliminacji do Euro '96. W swych ośmiu występach w meczach o punkty strzelił dla Polski aż siedem goli. Był niezawodny, znakomity, bezcenny. To nie przypadek, że pytały o niego wtedy największe kluby z Realem Madryt na czele, a gdy kilkanaście miesięcy później przechodził do Bundesligi, najlepszy wówczas gracz biegający po niemieckich boiskach, Krasimir Bałakow, doskonale pamiętający Jusko ze wspólnej gry dla Sportingu Lizbona, mówił publicznie na łamach prasy: "Przychodzi właśnie do Bundesligi być może najlepszy napastnik świata". Andrzej Juskowiak, olimpijski król strzelców z Barcelony, był najprawdopodobniej najznakomitszym polskim piłkarzem od czasów Zbigniewa Bońka. I jeśli Robert Lewandowski rzeczywiście przerósł już swego mistrza z poznańskiego Lecha, to uczynił to dopiero naprawdę niedawno. Choć z drugiej strony, do skuteczności na poziomie Juskowiaka w tych naprawdę ważnych meczach polskiej reprezentacji o punkty, wciąż jeszcze Lewemu sporo brakuje.

Na Parc des Princes to jednak, mimo wszystko, nie Juskowiak został głównym bohaterem polskiego zespołu, a strzelony przez niego gol był na dobrą sprawę ostatnim ofensywnym akcentem ze strony biało-czerwonych w tym meczu. Natomiast w niepodzielnej roli głównej, postanowił obsadzić się tego wieczoru Andrzej Woźniak. Polacy, szczególnie od momentu, gdy w 56 minucie usunięty z boiska przez arbitra został Łapiński, bronili się heroicznie i momentami rozpaczliwie, niczym podopieczni Kazimierza Górskiego na Wembley. Woźniak natomiast nawiązywał do najwspanialszych, londyńskich wyczynów Jana Tomaszewskiego, a nawet śmiało można rzec, iż przerósł swego słynnego poprzednika. Bronił dosłownie wszystko. Strzały Francuzów, nawet te z najbliższej odległości, Książę Paryża wyłapywał niemal jak w transie. Ginola, Dugarry, Zidane, Guerin nie potrafili znaleźć sposobu na polskiego golkipera. Gdy na dziewięć minut przed końcem spotkania, Woźniak obronił również rzut karny egzekwowany przez Lizarazu, przyznam, że po raz pierwszy w życiu podczas piłkarskiego meczu, ze szczęścia aż zaszkliły mi się oczy. Myślałem że śnię, bo aż trudno było uwierzyć, że to, co widzę jest naprawdę rzeczywistością. "Polacy powinni postawić pomnik bramkarzowi" - napisał nazajutrz "L'Equipe". "Woźniak nie pozwolił Francji na zwycięstwo. Zapamiętamy go na długo" - komentowała stacja radiowa France Info. Fenomenalny Książę Paryża popełni tego wieczoru zaledwie jeden, jedyny błąd, co bezlitośnie wykorzysta Djorkaeff, wydzierając nam na cztery minuty przed końcem spotkania niemal pewny już awans na angielskie Euro. Jestem zadowolony z wyniku. Zespół walczył bardzo dzielnie. Uważam, że mamy teraz 51 procent szans na awans - mówił po meczu Henryk Apostel. Nasz los w tych eliminacjach nie jest już w naszych rękach. Wiele zależy przede wszystkim od meczu Polska-Rumunia, konstatował trener trójkolorowych Aime Jacquet. "Witaj smutku" - zatytułowała swój komentarz do paryskiego meczu "L'Equipe", pisząc, że Francuzi powinni porzucić myśl o Euro '96 i przygotowywać zespół na finały mistrzostw świata we Francji w 1998. Nie wszystko jest przegrane. Polacy mogą się jeszcze potknąć - starał się sączyć nikłe krople nadziei do serc francuskich kibiców Vincent Guerin.

6 września 1995 roku mógł być datą, która na trwałe zapisze się w dziejach polskiego futbolu. Gdyby biało-czerwoni odnieśli tego dnia w Zabrzu zwycięstwo nad Rumunią, raczej nic już nie stanęłoby na przeszkodzie do wywalczenia pierwszego wówczas, historycznego awansu naszej reprezentacji na Mistrzostwa Europy. Szansa była naprawdę spora, gdyż zespół Anghela Iordanescu przyjechał potężnie osłabiony brakiem swych największych gwiazd (nie zagrali na stadionie Górnika m.in. Hagi, Raducioiu czy Dumitrescu). Niestety również Apostelowi wypadło z jedenastki dwóch bezcennych, kontuzjowanych graczy - Nowak i Kowalczyk. Biało-czerwoni grali ambitnie, starali się, bili w rumuński mur aż do utraty tchu, znakomite sytuacje do strzelenia upragnionej, zwycięskiej bramki mieli Juskowiak, Wieszczycki i przede wszystkim Kosecki, lecz gościom udało się wywieźć z Zabrza bezbramkowy remis, drastycznie podcinając skrzydła polskim marzeniom o Euro '96. Teoretyczne szanse wciąż jeszcze były i to całkiem niemałe, ale nic już nie zależało teraz wyłącznie od polskich piłkarzy, muszących liczyć na to, że Rumuni, którzy na stadionie Górnika zapewnili już sobie awans na Mistrzostwa Europy, nie odpuszczą meczu trójkolorowym. Bardziej niż Wojtka Kowalczyka brakowało dzisiaj reżysera gry z prawdziwego zdarzenia czyli Piotrka Nowaka. Szczególnie brakowało jego ostatniego podania, które otwiera drogę do bramki. Jeśli Rumuni potraktują poważnie mecz z Francją, wygrają go. Są w tej chwili lepsi od drużyny Aime Jacqueta - podsumował po meczu Andrzej Juskowiak. Kowalczyk, pod naciskiem władz Betisu, opóźnił o kilka dni swój przyjazd na zgrupowanie przed pojedynkiem z Rumunią, by móc wystąpić w meczu swego klubu w Primera Division, lecz doznał podczas niego bardzo ciężkiej kontuzji, która wykluczyła go z gry na wiele miesięcy, a w znacznym stopniu przystopowała nawet jego obiecującą karierę. Z Nowakiem sprawa była nieco bardziej skomplikowana, gdyż wystąpił on w Bundeslidze już dziesięć dni po meczu z Rumunią, i zaledwie trzy dni po meczu ze Słowacją w Bratysławie, z udziału w których rzekomo wyeliminowały go... kontuzje. Henryk Apostel publicznie ocenił postępowanie piłkarza jako niezrozumiałe.

Nadszedł wreszcie sądny dzień 11 października 1995 roku. Jeśli Rumuni nie przegrają z Francuzami w Bukareszcie, a Polacy wywiozą komplet punktów z Bratysławy, a potem jeszcze wygrają w neutralnym Trabzonie z Azerbejdżanem - po raz pierwszy w historii pojadą na Euro. Nie pojechali jednak. Gdy w 20 minucie spotkania, po świetnym zagraniu Piotra Świerczewskiego, niezawodny Juskowiak, uzyskał prowadzenie dla polskiego zespołu, wydawało się, że ta historia zwieńczona będzie happy endem. Nic z tych rzeczy. Słowacy od tego momentu bardzo wyraźnie zdominowali biało-czerwonych i boiskowej inicjatywy nie oddali już po końcowy gwizdek arbitra. Jeszcze do przerwy wyrównał z karnego były piłkarz madryckiego Realu - Peter Dubovsky, a druga odsłona była już pełnym dramatem w wykonaniu podopiecznych Apostela. Po godzinie gry, gdy na świetlnej tablicy widniał wynik 1:1, polski selekcjoner postanowił zdjąć z boiska, zaliczającego tego dnia kiepski występ, jak zresztą niemal większość naszych piłkarzy, kapitana zespołu Romana Koseckiego. Ten schodząc z boiska, zdjął koszulkę, co zauważył portugalski arbiter, pognał w kierunku piłkarza i pokazał mu drugą żółtą kartkę. Przygotowany do wejścia Czereszewski musiał powrócić na ławkę rezerwowych, a Kosecki, zdając sobie sprawę, że na skutek własnej głupoty osłabił zespół, po krótkiej wymianie zdań z Apostelem, ucałował orzełka na reprezentacyjnej koszulce, której miał już nigdy więcej nie założyć, położył ją na murawie za linią boczną boiska i udał się do szatni. Kilka sekund później Bałuszyński huknął z wolnego w słowacką poprzeczkę, ale potem grali już tylko gospodarze, rozgniatając polski zespół 4:1.

Gdy na kwadrans przed końcem spotkania przegrywaliśmy jednym golem, śladem polskiego kapitana postanowił powędrować również Piotr Świerczewski i wynieść głupotę na jeszcze wyższy poziom. Dzięki dwóm wspomnianym, boiskowym mędrcom biało-czerwoni po raz pierwszy w swej kilkudziesięcioletniej, futbolowej historii kończyli mecz w dziewiątkę. Fakt, że w Bukareszcie Rumuni okazali się, zgodnie z obawami, nad wyraz gościnni dla trójkolorowych, przegrywając z nimi 1:3 nie miał już dla nas żadnego znaczenia. Swym kompromitującym, boiskowym i pozaboiskowym, bratysławskim występem, panowie odziani w nasze reprezentacyjne stroje, skazali wówczas polskich kibiców na poczucie ogromnego, przygnębiającego wręcz wstydu. Piękne sny o potędze zakończyły się brutalną i koszmarną pobudką. Jutro składam dymisję na ręce prezesa PZPN. Przegraliśmy sromotnie. Przegrałem, więc mogę powiedzieć: sędzia nas oszukał - stwierdził po meczu trener Henryk Apostel. Znacznie mniej wyrozumiały dla wybryków naszych dwóch, usuniętych z boiska graczy, był ówczesny sekretarz generalny PZPN, Michał Listkiewicz: Tak nie zachowują się nawet piłkarze na boiskach B-klasy, stwierdził były polski arbiter. Ostrzegałem kolegów przed tym sędzią. Jeszcze w Portugalii ukarał mnie czerwoną kartką za to, że pokazałem mu, żeby kupił sobie okulary - załamywał ręce Juskowiak.

Miesiąc później, podczas bezbramkowego meczu w Trabzonie, Apostel formalnie poprowadził jeszcze biało-czerwonych w swym pożegnalnym spotkaniu w selekcjonerskiej roli, ale na dobrą sprawę jego trenerska przygoda z reprezentacją zakończyła się już w Bratysławie.

Na apostelową kadrę spojrzeć można w sposób dwojaki. Do sukcesu zabrakło jej przecież tak niewiele - łutu szczęścia z Francuzami w Zabrzu, pewniejszego chwytu Wandzika w Bukareszcie, czterech minut na Parc des Princes. Był to niewątpliwie zespół potrafiący dostarczyć swymi występami mnóstwa emocji. Prezentujący futbol ofensywny, atrakcyjny, efektowny. Grający jak równy z równym z największymi piłkarskimi potęgami, toczący zacięte boje z aktualnymi (Brazylia) czy przyszłymi (Francja) mistrzami świata oraz dotrzymujący kroku w bezpośredniej konfrontacji czołowym futbolowym siłom nie tylko Starego Kontynentu (Hiszpania, Rumunia). Było to naprawdę ciekawe pokolenie piłkarzy. U szczytu formy znajdowali się wówczas olimpijczycy z Barcelony, z Juskowiakiem, Kowalczykiem, Świerczewskim, Koźmińskim, Wałdochem czy Łapińskim na czele. Znakomitą dyspozycję prezentowali tacy gracze, jak Woźniak czy Zieliński, a także wodzący rej w drugiej linii Nowak i Kosecki. Temu ostatniemu, na skutek nieodpowiedzialnej postawy w Bratysławie, dość szybko zapomniano, że to właśnie on, bardzo długo, niemal za uszy ciągnął w górę tę reprezentację, wypracowując większość naszych eliminacyjnych bramek, a i samemu strzelając ważne gole. Od czasów Zbigniewa Bońka, to właśnie Roman Kosecki był kapitanem biało-czerwonych o bodaj największym (choć nie zawsze dobrym) wpływie nie tylko na zespół, lecz i na decyzje samego selekcjonera. Była też grupa młodych, obiecujących, świetnie wyszkolonych graczy, z Wieszczyckim i Bałuszyńskim na czele. Był robiący furorę w lidze holenderskiej Tomasz Iwan. Ta drużyna naprawdę potrafiła grać w piłkę i nie miała kompleksów nawet na tle najlepszych. Już nigdy później nasza reprezentacja nie zaproponowała polskim kibicom futbolu na podobnie wysokim poziomie technicznym.

Ale była też druga strona medalu. Zawodnicy często podkreślali, że ta kadra stanowiła znakomicie zgraną paczkę, że była wręcz rodziną, co sprawiało, że z ogromną przyjemnością przyjeżdżali na zgrupowania i spędzali na nich ze sobą czas. Tylko, że to właśnie sposób owego wspólnego spędzania czasu był tym najpoważniejszym problemem i miał ogromny wpływ na to, że tamten zespół nie przeszedł do historii polskiego futbolu opromieniony blaskiem sukcesu, który nie tylko mógł, lecz wręcz powinien być jego udziałem. Gdy na mecz z Rumunią w Zabrzu, po raz pierwszy i ostatni zarazem powołany został do tej kadry Marek Jóźwiak, który niejedno przecież w naszym futbolu i widział, i przeżył, był mocno zadziwiony imprezowym rozmachem reprezentacyjnego towarzystwa, dając temu wyraz w głośnym wywiadzie dla tygodnika "Piłka Nożna" i podsumowując całą sprawę w kilku dosadnych słowach: Chyba jednak za dużo 'nafty' tam idzie. Wojciech Kowalczyk dość bezceremonialnie wspominał po latach na kartach swej biografii: Ekipa była wesoła, każdy każdemu przypadł do gustu. Starą tradycją w reprezentacji są wieczorki powitalne. Zazwyczaj na jednej nocy się nie kończyło, bo ciągle dojeżdżali na zgrupowanie spóźnieni koledzy, z którymi trzeba się było przywitać. Wlewaliśmy w siebie alkohol przez kilka dobrych dni! Bezustannie. Jedna, wielka nieprzerwana impreza. Trener Apostel nigdy nie należał do specjalnie rygorystycznych. Może też wyznawał naszą zasadę, że kto się dobrze nie pobawi, ten dobrze nie zagra? Mieliśmy od niego swego rodzaju przyzwolenie, że nie będzie nas ścigał za nocne Polaków rozmowy. Te rozmowy, jeśli mecz był w środę, kończyliśmy koło poniedziałku. Nie zawsze jednak. Miarka przebrała się bowiem, gdy przed decydującym pojedynkiem w Bratysławie, słowacki dziennikarz opisał, jak polscy gracze, mocno wczorajsi, zwlekają się w dniu meczu południową porą do hotelowej stołówki. W kraju wybuchł skandal. Choć biało-czerwoni od dawna już swoją boiskową postawą robili coraz lepsze wrażenie, a na dobrą sprawę, gdyby nie gra w osłabieniu, również i wynik na Słowacji mógłby wyglądać zupełnie inaczej, to jednak w sytuacji, gdy światło dzienne ujrzało życie reprezentacyjnej wspólnoty od kuchni, Henryka Apostela nic już nie mogło uratować. Nie po takim meczu, jak ów kompromitujący, bratysławski blamaż.

Jesienią 1995 roku zakończyła przedwcześnie swój żywot być może najciekawsza reprezentacja biało-czerwonych, jaką mieliśmy w ostatnim ćwierćwieczu. Bardzo symbolicznym wydaje się po latach fakt, że o swej selekcjonerskiej nominacji dowiedział się niegdyś Apostel z ust Ryszarda Kuleszy, człowieka, który będąc kilkanaście lat wcześniej trenerem polskiej kadry, również zapłacił ogromną cenę za nieodpowiedzialne postępowanie swych podopiecznych, którym zaufał w zbyt wielkim stopniu. Nie mam bata, żeby poganiać piłkarzy - zwierzał się dziennikarzom, po jednym z towarzyskich meczów swej drużyny, Henryk Apostel. Może gdyby go miał, przeszedłby do historii nie tylko polskiego futbolu, bo prowadzonej przez niego drużynie naprawdę momentami niewiele brakowało do najlepszych na świecie. Pytanie tylko, czy firmowany przez niego biało-czerwony zespół, byłby rzeczywiście w stanie wspiąć się na sam szczyt na wiecznie chwiejnych, wczorajszych nogach. 

 

Stracona szansa radosnych orłów Apostela cz.1

poniedziałek, 10 lutego 2014
Stracona szansa radosnych orłów Apostela (cz.1)

To mogła być naprawdę wielka drużyna, zapisana na kartach dziejów polskiego futbolu niezapomnianymi zgłoskami. Zabrakło jej do tego tak niewiele i tak wiele zarazem. Minęło właśnie dokładnie 20 lat od debiutu na Teneryfie, prowadzonej przez Henryka Apostela reprezentacji biało-czerwonych.

 

Już na wstępie wyznam zupełnie otwarcie. Być może z żadną, ani wcześniejszą, ani późniejszą reprezentacją Polski nie czułem się tak bardzo mocno emocjonalnie związany, jak z tamtą kadrą, walczącą o udział w Euro '96. Gdy masz 16-17 lat, patrzysz już na futbol troszkę inaczej, głębiej i bardziej analitycznie niż w wieku pacholęcym. Potrafisz teraz więcej rzeczy dostrzec, docenić, zrozumieć. Ale w sferze emocjonalnej wciąż jeszcze przeżywasz te najważniejsze mecze na poziomie najwyższym z możliwych. A biało-czerwoni Henryka Apostela niemal bezlitosnym wdrażaniem w życie swej filozofii ofensywnego, efektownego, radosnego, momentami wręcz beztroskiego futbolu na tak, powodowali istny wulkan emocji, w sposób niezrównany zasiewając w swych kibicach wirus uczucia, które Cyprian Kamil Norwid zwał "miłością dwuskrzydlatą - od uwielbienia do wzgardy".

Gdy Henryk Apostel obejmował stery nad polską kadrą był już od lat szkoleniowcem o uznanej na naszym krajowym rynku marce. W 1978 roku asystował Edmundowi Zientarze przy ekipie polskich juniorów, która wywalczyła brąz w Mistrzostwach Europy, a rok później poprowadził kadrę U-20 do czwartego miejsca na japońskim mundialu (w meczu grupowym na tym turnieju, bramkę Polakom władował sam Diego Maradona). Później były jeszcze dwa srebra z rzędu, w 1980 roku (m.in. efektowne zwycięstwa nad RFN 3:2 czy w półfinale z Włochami 2:0; przegrany finał w Lipsku z Anglią 1:2) oraz w 1981 roku (zwycięstwo w karnych 6:5 po bezbramkowym półfinale w Bochum z Hiszpanią; porażka 0:1 z gospodarzami w finałowej potyczce w Dusseldorfie), wywalczone na mistrzostwach Starego Kontynentu w kategorii U-18. Przez wymienione juniorskie i młodzieżowe kadry biało-czerwonych, z którymi pracował Apostel, przewinęło się wiele znaczących później postaci dla naszego futbolu, takich jak choćby, Dariusz Dziekanowski, Andrzej Buncol, Andrzej Iwan, Jacek Kazimierski, Waldemar Matysik, Andrzej Pałasz, Ryszard Tarasiewicz, Dariusz Wdowczyk, Dariusz Kubicki czy Józef Wandzik. Tylko ostatni z wymienionych będzie miał okazję zetknąć się jeszcze z pochodzącym z Bytomia szkoleniowcem w kontekście reprezentacji, gdy ten, po kilkunastu latach będzie już prowadził pierwszy garnitur narodowego zespołu. Jednak zanim to nastąpi, Apostel przez cztery lata (1984-88) dowodzi ze szkoleniowej ławki wrocławskim Śląskiem (z Tarasiewiczem, Prusikiem czy Rudym na pokładzie), z którym w 1987 roku wywalczy Puchar Polski oraz rozegra dwumecz z prowadzonym przez Johna Toshacka Realem Sociedad w europejskich pucharach (0:2, 0:0). W 1988 roku przejmuje zespół poznańskiego Lecha. Z Kolejorzem przeżywa wspaniałą przygodę, konfrontując się w PEZP z FC Barceloną Johanna Cruyffa, z którą odpada w dramatycznych okolicznościach dopiero po serii rzutów karnych. Ciekawostką jest fakt, że oba te spotkania przesiedzi na ławce rezerwowych, nie dostając swojej szansy na występ, młodziutki, choć niezwykle zdolny snajper rodem z Gostynia - Andrzej Juskowiak, z którego goli żyć będzie po latach apostelowa kadra biało-czerwonych. Szkoleniowiec wróci do Lecha jeszcze w 1991 roku, by wywalczyć z nim mistrzostwo kraju (1992) oraz z hukiem rozbić się o szwedzką zaporę (0:3, 0:1 z IFK Goeteborg), podczas próby sforsowania bram Champions League. Na początku kwietnia 1993 roku trener Kolejorza zasłabnie podczas porannego treningu zespołu. Przechodzi zawał serca i żegna się z poznańską ławką. Gdy powróci do zdrowia, obejmie w lipcu tego samego roku bardzo ciekawy wówczas zespół zabrzańskiego Górnika. Po kilku miesiącach właśnie tam zastanie go nominacja na selekcjonera polskiej reprezentacji.

Po nieudanych podchodach pod amerykański World Cup '94, dymisji opiekującego się naszą kadrą przez ponad czteroletnią kadencję Andrzeja Strejlaua oraz przygnębiającym finiszu eliminacyjnych zmagań, firmowanym już przez Lesława Ćmikiewicza, polski futbol znajdował się w stanie naprawdę głębokiego upadku. Misja Apostela, przypominająca w jakimś sensie budowanie na zgliszczach, naprawdę nie należała do godnych pozazdroszczenia. Odchodziła właśnie z narodowego zespołu grupa piłkarzy, nazywana przez niektórych z samych jej członków, pokoleniem straconym - Bako, Ziober, R. Warzycha czy Furtok. Dodatkowo w środowisku piłkarskim oraz dziennikarskim nader liczne było stronnictwo domagające się selekcjonerskiego berła dla Janusza Wójcika. I choć srebrni olimpijczycy z czasem staną za Apostelem murem, to jednak znajdą się w naszym kraju dziennikarze, a nawet całe, niegdyś szanowane, tytuły sportowe, które od zarania aż po kres apostelowej przygody z kadrą, będą przekraczać wszelkie granice przyzwoitości w poniewieraniu selekcjonerem na rzecz lansowanego przez siebie pupila.

9 lutego 1994 roku, debiutujący w roli trenera polskiej reprezentacji Henryk Apostel nie miał łatwego zadania również i z tego powodu, że rywalem jego zespołu była na Teneryfie reprezentacja naprawdę mocna. Hiszpanie mieli już za sobą kryzys początku lat 90. i w oparciu o złotych medalistów igrzysk w Barcelonie przygotowywali właśnie na amerykański mundial nową, silną drużynę. To spotkanie przeplatało w sobie wiele symbolicznych podtekstów. Kapitanem hiszpańskiej kadry był w tym meczu Zubizarreta, którego Apostel doskonale pamiętał z tchnącej istnym horrorem serii jedenastek przeciwko Barcelonie przy ul. Bułgarskiej w Poznaniu. Po murawie biegał też Beguiristain, który podopiecznym Apostela dawał się wcześniej we znaki grając w europejskich pucharach zarówno przeciwko Śląskowi (strzelił gola dla Sociedad we Wrocławiu), jak i Lechowi (jako pierwszy trafił z karnego) oraz Julio Salinas, który również wystąpił przeciwko Kolejorzowi na Camp Nou. Na boisku w Teneryfie spotkało się poza tym sześciu uczestników olimpijskiego finału sprzed kilkunastu miesięcy, w tym aż trzech strzelców bramek w tamtej, pamiętnej potyczce (Abelardo, Kowalczyk, Staniek). Co ciekawe jeden z piłkarzy, o których Henryk Apostel pragnął oprzeć cały szkielet swej narodowej kadry - Aleksander Kłak, doznał podczas przedmeczowej rozgrzewki kontuzji barku, przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych i nigdy nie zagrał w kadrze biało-czerwonych za kadencji tego szkoleniowca. Na Wyspach Kanaryjskich Polacy rozegrali naprawdę niezłe, obiecujące spotkanie. Prowadzenie dla gospodarzy uzyskał debiutujący Sergi Barjuan, lecz w 38 minucie spotkania, po ładnej akcji Kowalczyka, wyrównał kapitan zespołu - Roman Kosecki. Udanie zadebiutowali w koszulce z białym orłem na piersi Andrzej Woźniak i Henryk Bałuszyński. Obaj będą potem znaczyli wiele dla tej drużyny. Jestem zadowolony z wyniku i z gry w pierwszej połowie meczu - powie po powrocie do kraju selekcjoner biało-czerwonych.

Wiosną 1994 roku reprezentacja Apostela zagra jeszcze dwukrotnie z finalistami zbliżającego się mundialu. Najpierw bezbramkowo zremisuje w Salonikach z Grekami, a potem pokona w Cannes Arabię Saudyjską 1:0 (gol w końcówce spotkania Tomasza Wieszczyckiego; powrót do kadry byłego podopiecznego selekcjonera z czasów jego pracy w Śląsku - Andrzeja Rudego). Następnie przyjdzie seria trzech kolejnych, towarzyskich przetarć na naszym podwórku. Żadne z nich jednak nie przyniesie kibicom nadmiernych powodów do optymizmu. Na krakowskich Suchych Stawach biało-czerwoni pokonują znajdujących się w głębokim kryzysie Węgrów 3:2 (gole Jałochy, Bałuszyńskiego i naprawdę efektowne trafienie w końcówce Fedoruka), ulegają w Katowicach przeciętnym Austriakom 3:4 (bramki Juskowiaka, Brzęczka i Moskala; pożegnanie z apostelową kadrą m.in. Rudego i Leśniaka, a także Grembockiego, na którego aż dotąd bardzo wytrwale stawiał polski szkoleniowiec) oraz remisują w Radomiu ze stawiającą dopiero pierwsze, samodzielne kroczki reprezentacją Białorusi 1:1 (trafienie Jacka Bąka). Wszystkie te trzy ostatnie sprawdziany, przed eliminacyjną premierą w Tel Awiwie, musiały dawać selekcjonerowi bardzo wyraźny sygnał, że nie jest dobrze.

Jednak to, co działo się w niedzielne popołudnie 4 września 1994 roku na Ramat Gan, przerosło chyba nawet najskrytsze obawy selekcjonera i przeszło do historii polskiej piłki, jako jeden z najbardziej kompromitujących występów naszej kadry w meczach o punkty. Biało-czerwoni zagrali tego dnia nie tyle słabo, co przygnębiająco, żałośnie i ze skandalicznym wręcz brakiem jakiejkolwiek namiastki boiskowej ambicji, odpowiedzialności i zaangażowania. Słynną tyradę o tym, jak bardzo ma dość komentowania meczów tak grającej narodowej drużyny, smażył przez ostatnie kilka minut telewizyjnej transmisji Dariusz Szpakowski, ale chyba wszyscy podzielali wówczas głębokie zniesmaczenie para-występem tego zespołu. Tym bardziej, że była to kolejna, szósta już z rzędu porażka polskiej reprezentacji w meczu o punkty. Po dziewięciu miesiącach pracy Apostela z kadrą okazało się, że stojąc u progu eliminacyjnych zmagań do Euro '96 nie mamy nawet nędznej atrapy drużyny. Największą żałością ziało z tylnich formacji, od których ponoć zaczyna się budowę każdego zespołu. Apostel już wcześniej, po meczu z Austrią zrezygnował z Piotra Jegora, który w pierwotnym zamyśle miał być filarem biało-czerwonej defensywy, a po spotkaniu w Izraelu imiennie obarczył odpowiedzialnością za stracone bramki Romana Szewczyka, który na Ramat Gan zakończył swą reprezentacyjną karierę. Wandzik w bramce też absolutnie nie pomógł drużynie, ale wśród graczy, na których tego dnia najmocniej się zawiódł, selekcjoner wymieniał również Jałochę oraz duet napastników: Mielcarski-Kowalczyk, który już nigdy więcej nie zaistnieje wspólnie w jego kadrze. Zagrali beznadziejnie - podsumował szkoleniowiec. Jedynym piłkarzem, obok kapitana polskiego zespołu, Romana Koseckiego, który w końcówce meczu odpowiedział swym trafieniem na gole Ronena Haraziego, zmniejszając rozmiary porażki na 1:2, do którego trener nie zgłaszał większych zastrzeżeń był Tomasz Wałdoch. By kontekst tej spektakularnej kompromitacji był pełniejszy, warto jednak też wspomnieć, że polska ekipa wylatywała do Tel Awiwu - dziś rzecz raczej nie do pomyślenia - dopiero w dniu meczu. Kilka miesięcy po spotkaniu, już na chłodno, Apostel przyzna: Nie przewidywaliśmy dla zawodników czasu na aklimatyzację, mieli zagrać z marszu. Samolot do Izraela startował o godzinie szóstej rano. Zawodnicy 'zarwali' noc. Potem snuli się po boisku jak śnięte ryby.

Do następnego eliminacyjnego pojedynku pozostało polskiemu selekcjonerowi niespełna czterdzieści dni. Zaledwie tyle miał czasu na to, aby na fundamencie selekcji negatywnej, która obrodziła w nadmiar owoców, zacząć niemal od nowa konstruować pomysł na budowę swojej drużyny, opierając ją na innych niż dotąd ogniwach. Po raz kolejny okazało się, że czasem trzeba naprawdę upaść bardzo nisko i strasznie boleśnie, by na dobre zacząć się podnosić. Jeśli pisałem na wstępie tego tekstu o apostelowej reprezentacji, o jej istocie i o jej duchu, to myślałem właśnie o tym wszystkim, co na zgliszczach izraelskiej klęski zaczął z mozołem budować polski selekcjoner przez następny rok. Bo ta reprezentacja, tak na dobrą sprawę powolutku zaczęła powstawać i rodzić się do życia właśnie wtedy, w październiku 1994 roku w Mielcu, a na dobre objawi się ona światu dopiero wiosną 1995 roku.

Nie boję się, że będzie to mój ostatni mecz w roli selekcjonera polskiej reprezentacji. Mam nadzieję, że zawodnicy zagrają wreszcie tak, jak tego wszyscy oczekują, i co najważniejsze, wygrają - wyznał przed mieleckim meczem "Gazecie" Henryk Apostel. Polscy reprezentanci wiedzieli jednak, że choć oficjalnie nikt o tym nie mówił, grają o być albo nie być swego selekcjonera. W drużynie nastąpiło dość znaczne przemeblowanie. Formację defensywną wydatnie wzmocnił Waldemar Jaskulski, do drugiej linii wprowadzili się Piotr Świerczewski i Marek Koźmiński, a także debiutujący w kadrze Sylwester Czereszewski, natomiast w ataku naprawdę wysoką jakość wnieśli Andrzej Juskowiak i Krzysztof Warzycha. Apostel postanowił skończyć więc z forsowanym wcześniej nieco na siłę, choć przecież głęboko już utopijnym w tamtych czasach i w ówczesnych warunkach, zamierzeniem opierania kadry o graczy słabej, polskiej ligi. Po raz pierwszy w historii jego selekcjonerskiej kadencji, spośród zawodników, którzy wyszli na boisko, większość stanowili ci z zagranicznych klubów. Odtąd stanie się to regułą podczas wszystkich meczów o punkty jego zespołu. To była już zupełnie inna drużyna biało-czerwonych, choć zwycięstwo nad Azerbejdżanem wcale nie przyszło łatwo. Zostało jednak wyszarpane i wywalczone, głównie przez ofensywny tercet z niezawodnym Koseckim (asystował przy zwycięskiej bramce Jusko) oraz Warzychą i Juskowiakiem w składzie. Co ciekawe, mieleckim występem pożegnał się z apostelową kadrą dotąd pewny jej punkt - Jerzy Brzęczek (w Zabrzu przeciwko trójkolorowym usiądzie jeszcze na ławce rezerwowych, potem zniknie z drużyny). Inny z graczy, którzy podczas nieobecności Koseckiego, zastępowali go w funkcji kapitana zespołu - Tomasz Łapiński, również tym meczem stracił na jakiś czas swe niepodważalne miejsce na środku obrony. Na dziesięć minut przed końcem spotkania z Azerami, zgłosił dziwne zawroty głowy i trener musiał dokonać zmiany. Piłkarz Widzewa źle poczuje się również tuż przed rozpoczęciem następnego eliminacyjnego spotkania z Francuzami i Apostel będzie musiał zdecydować się na pokerową zagrywkę zastąpienia Łapińskiego, debiutującym w kadrze i na dobrą sprawę uczącym się dopiero od niedawna gry na środku obrony - Markiem Świerczewskim. Łapiński do kadry Apostela jeszcze wróci i będzie odgrywał w niej ważną rolę, ale niepodważalną ostoją na środku defensywy będzie już wówczas ktoś inny. Polacy wywalczą więc w Mielcu skromne, lecz jak najbardziej zasłużone, swoje pierwsze eliminacyjne zwycięstwo na drodze do Euro '96. Będzie to również, w całych dziejach naszego futbolu, premierowa wiktoria biało-czerwonych za trzy punkty. Bardzo się cieszę i myślę, że w tym meczu było więcej momentów dobrych niż złych w grze reprezentacji Polski. Jestem zadowolony z całego zespołu. Szkoda tylko, że moi gracze nie wykorzystali kilku dogodnych sytuacji - podsumuje mielecki pojedynek Apostel.

16 listopada 1994 roku na stadionie w Zabrzu czeka Polaków przeciwko Francji, sprawdzian znacznie bardziej wymagający, a zarazem kolejny już mecz o wszystko w tych eliminacyjnych zmaganiach. Grunt pod nogami Apostela wciąż jest bardzo niepewny, co skłania go nawet do złożenia publicznej deklaracji: Być może po spotkaniu z Francją reprezentację będzie prowadził już kto inny. Odejdę, jeśli ten mecz przegramy. Biało-czerwoni rozgrywają jednak naprawdę dobre spotkanie, zdecydowanie dominując na zabrzańskiej murawie. Tomasz Wałdoch czyni występ kapitana rywali, słynnego gwiazdora Manchesteru United, Erika Cantony, zupełnie bezbarwnym, czy wręcz niewidocznym dla oka. Nadspodziewanie udanie debiutuje w kadrze Marek Świerczewski. Wypada jedynie żałować, że świetnie grającym tego dnia: Koseckiemu (zdecydowanie najlepszy na murawie), Warzysze i Juskowiakowi zabrakło nieco szczęścia w sytuacjach podbramkowych, których nie udało się zamienić na gola. Remis 0:0 trójkolorowi przyjmują z prawdziwą ulgą, tym bardziej, że od 50 minuty grają w osłabieniu po czerwonej kartce dla Karembeu. "Francuzi zerwali się ze stryczka" – napisał w swej relacji o tym spotkaniu "World Soccer". Do ostatniej minuty drżałem o wynik. Polacy byli dziś lepsi. To cud, że nie przegraliśmy. Ja i polski trener budujemy nowe drużyny, ale na tej drodze, to mój rywal jest bliżej celu – wyznał po meczu trener przyszłych mistrzów świata Aime Jacquet. Gospodarze zasłużyli na zwycięstwo. Możemy być szczęśliwi, że zdobyliśmy punkt – wtórował francuskiemu selekcjonerowi uczestnik spotkania Youri Djorkaeff. Do zwycięstwa zabrakło nam szczęścia. Mamy dobry, młody zespół, z którym trzeba pracować - podsumował Henryk Apostel.

Niespełna miesiąc po udanym, choć bezbramkowym spotkaniu z Francuzami, apostelowa kadra kończy rok, pokonując w Rijadzie, po golach Bałuszyńskiego i Rząsy Arabię Saudyjską 2:1.

Nadciąga powoli wiosna 1995 roku, a wraz z nią rozkwita na dobre ten reprezentacyjny zespół. Już towarzyskie spotkanie w Ostrowcu Świętokrzyskim, pokazuje, że biało-czerwoni potrafią zagrać naprawdę ofensywnie, efektownie i skutecznie. Pokonują Litwinów 4:1 (Czereszewski, Wałdoch, Wieszczycki, Jaskulski), rozgrywając wprost znakomitą pierwszą połowę meczu (3:0). Na Polaków czeka już jednak rywal z naprawdę najwyższej półki. Rumunia ma dziś zespół, jak Polska w 1974 roku. To jest generacja wybitnych piłkarzy - mówił przed wyjazdem do Bukaresztu na mecz z najsilniejszą drużyną w naszej eliminacyjnej grupie, Henryk Apostel. Rzeczywiście, Rumuni, którzy kilka miesięcy wcześniej, na amerykańskim mundialu, zachwycili swą grą cały piłkarski świat, należeli wówczas do najściślejszej elity futbolowych potęg. Hagi, Raducioiu, Dumitrescu, Lacatus, Popescu, Petrescu czy Munteanu, to byli gracze najwyższej światowej klasy. A jednak 29 marca 1995 roku biało-czerwoni toczyli z nimi znakomity, ekscytujący, wyrównany, otwarty bój. Dość powiedzieć, że w Bukareszcie zagraliśmy aż pięcioma czysto ofensywnymi zawodnikami, takimi jak Nowak, Kosecki, Bałuszyński, K.Warzycha i Juskowiak. Po golu, zdobytym przez ostatniego z wymienionych w 42 minucie spotkania z rzutu karnego, Polacy objęli sensacyjne prowadzenie. Jeszcze do szatni wyrównał jednak, po znakomitym zagraniu Hagiego, Florin Raducioiu. Józef Wandzik nie był bez winy przy tym golu, ale pełnię swych możliwości postanowił zademonstrować dopiero 7 minut po przerwie, wrzucając sobie piłkę do bramki i niwecząc tym samym wysiłek całego zespołu, który na tle rywala z najwyższej półki rozegrał naprawdę nadspodziewanie dobre spotkanie. Warto podkreślić, że od 70 minuty, gdy pożegnany przez arbitra czerwoną kartką został Jaskulski, biało-czerwoni biegali po boisku Steauy w dziesiątkę. Grę Polaków komplementował po meczu nawet jeden z najwspanialszych futbolistów wszechczasów, Gheorghe Hagi, który szczególnie hojny był w pochwałach dla Henryka Bałuszyńskiego: Dziś zachwycił mnie ten piłkarz. Wygrał wszystkie pojedynki jeden na jednego, a czasem nawet dwóch naszych obrońców było bezradnych przy jego dryblingach. Rumuńscy defensorzy nie są łatwymi rywalami, ale Bałuszyński udowodnił, że ma klasę.

Musimy teraz wygrać z Izraelem i Słowacją u siebie. W sierpniu pojedziemy do Francji na mecz o wszystko - nie załamywał rąk po pechowej porażce w Bukareszcie Henryk Apostel. W kraju poza wąskim gronem osobistych i nieprzejednanych wrogów selekcjonera, nikt poważny nie domagał się już głośno dymisji Apostela. Ta drużyna zaczynała mieć swój niepowtarzalny styl, prezentując odważny, otwarty futbol, a zawodnikom, w większości nieźle wyszkolonym technicznie, piłka absolutnie nie przeszkadzała w grze. Szkoda tylko, że w tak nikłym stopniu przekładało się to na konkretne zdobycze punktowe. Gdyby biało-czerwonym udało się zagarnąć zasłużony komplet punktów w Zabrzu przeciwko Francuzom oraz przywieźć, będący jak najbardziej w ich zasięgu, remis z Bukaresztu, ich sytuacja w tabeli byłaby nieporównanie ciekawsza. Ale i cenne, eliminacyjne punkty musiały w końcu zacząć zasilać konto tak grających biało-czerwonych.

Zabrzański mecz z Izraelem udowodnił po raz kolejny, że zespół Apostela ma naprawdę wielką siłę rażenia w przednich formacjach, lecz pod własną bramką nigdy nie możemy czuć się bezpiecznie. Triumfalny powrót do kadry po izraelskiej klęsce z Tel Awiwu, zaliczył napastnik Betisu - Wojciech Kowalczyk, który na obiekcie Górnika, z nietypowym dla siebie numerem "2" na plecach, rozegrał swój najlepszy mecz w polskiej reprezentacji. Zawodnik, który był zamieszany właściwie we wszystkie cztery trafienia dla naszej drużyny (sam zdobył bramkę na 3:2 po pięknym strzale głową w 55 minucie, a wcześniej w 20 minucie trafił też w poprzeczkę), tak wspominał tamto spotkanie na kartach biografii spisanej przez Krzysztofa Stanowskiego p.t. "Kowal": W ofensywie graliśmy świetnie i mieliśmy naprawdę niezłych grajcarów do strzelania goli. Gorzej, że... do przerwy przegrywaliśmy. Poszły dwie kontry, dwie bramki z niczego. Józek Wandzik zapomniał pobronić. W szatni panowała grobowa cisza. Dobrze graliśmy, tylko bramkarz nie działał. Trener też nic nie mówił. Chwilę postał w miejscu, chwilę nerwowo pochodził i milczał. W końcu stanął przed nami i powiedział jedno zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięci: "Panowie, to może być nasze ostatnie 45 minut". Wstrząsnęło nami. Wandzik jednak i w drugiej połowie cały czas stał popsuty i strasznie się wtedy z nami bawił. Na szczęście potrafiliśmy wtedy strzelić więcej goli niż on.

Polacy wygrali ostatecznie 4:3 po "meczu, który był jak arytmia serca", by zacytować słowa naszego selekcjonera.

W apostelowej kadrze dokonywały się ostatnie zmiany, nadające jej właściwy i ostateczny kształt. Szkoleniowiec wreszcie zlitował się nad kibicami biało-czerwonych i zluzował z reprezentacyjnych obowiązków Józefa Wandzika, który nie pomógł drużynie w kolekcjonowaniu zdobyczy punktowych, by na eufemizmie poprzestać. Do składu wchodzili za to nowi gracze, choćby tacy jak Krzysztof Bukalski (który zaliczył znakomitą asystę przy bramce Kowalczyka z Izraelem), Jacek Zieliński, Maciej Szczęsny, a potem również Andrzej Woźniak, który dostanie wreszcie swą wielką szansę w meczu o punkty. Nastąpiła też reaktywacja olimpijskiego ataku z Barcelony, gdyż partnerem Juskowiaka został teraz Kowalczyk. Krzysztof Warzycha, który mecz z Izraelem obejrzał z ławki rezerwowych, więcej już w kadrze Apostela nie zagra.

Na dobrą sprawę, eliminacyjnym meczem, rozegranym 7 czerwca 1995 roku w Zabrzu przeciwko Słowacji, reprezentacja Henryka Apostela wchodzi w najpiękniejszy dla siebie okres. Rozgromienie podopiecznych słynnego Josefa Venglosza w stosunku 5:0, stanowi bowiem pewien moment szczytowy w historii tego zespołu, będąc prawdziwą afirmacją, a zarazem efektowną kwintesencją tego wszystkiego, co było w jego grze najwspanialsze. I któż by się wówczas spodziewał, że będzie to zarazem ostatnie zwycięstwo apostelowej reprezentacji...

"Bójmy się Polaków" - napisał w swej relacji z zabrzańskiego pogromu, francuski "L'Equipe", przestrzegając podopiecznych Jacqueta, że za kilkadziesiąt dni przyjdzie im się zmierzyć w meczu o wszystko z drużyną, która posiada naprawdę imponującą siłę rażenia i nie zawaha się jej użyć. Wszak w dwóch ostatnich swych eliminacyjnych spotkaniach, biało-czerwoni strzelili aż dziewięć goli! Czerwcowy pojedynek ze Słowakami jest przede wszystkim wielkim triumfem Piotra Nowaka, który długo szukał swej drogi do drużyny Apostela, lecz wreszcie rozgrywa w niej fantastyczne spotkanie, będąc bezsprzecznie najlepszym piłkarzem na murawie oraz aktywnie współdziałając przy dwóch polskich trafieniach, a także samemu uzyskując efektowną bramkę na 4:0. Dwa gole są udziałem niezawodnego Juskowiaka, a po jednym dokładają też Wieszczycki i Kosecki. Między słupkami, w miejsce Wandzika, pojawia się Szczęsny, a na środku obrony Marka Świerczewskiego zluzuje Jacek Zieliński. Obaj gracze Legii zaliczają znakomity występ, podobnie zresztą jak cała nasza drużyna. Mam nadzieję, że we Francji zagramy jeszcze lepiej. Teraz naprawdę jest szansa na awans. Wreszcie mamy zespół. Uwierzyliśmy, że możemy wygrywać - cieszył się po zabrzańskim triumfie Henryk Apostel. Jest więc dobrze. Wszyscy z nadzieją czekają na decydujący bój w paryskim Parku Książąt.

Nim to jednak nastąpi nadchodzi zaproszenie na mecz do Brazylii, przeciwko przygotowującym się do turnieju Copa America, aktualnym mistrzom świata. Polscy kadrowicze pościągani w trybie awaryjnym z urlopów, absolutnie nie zamierzają być tłem dla piłkarzy pokroju Aldaira, Jorginho, Roberto Carlosa, Dungi, Cesara Sampaio, Leonardo, Savio czy Edmundo. Biało-czerwoni znów rozgrywają nadspodziewanie dobry mecz i już w początkowych sekundach mogą przełamać gospodarzy, lecz brazylijski (!) arbiter tego spotkania nie dyktuje ewidentnej jedenastki po faulu Darnleia na Kowalczyku. Szczęsnego dwukrotnie pokona Tulio, lecz Juskowiak po raz kolejny potwierdzi ogromną klasę i strzelając między nogami renomowanego Aldaira, zaliczy swoje trafienie w Brazylii. Polacy grają przeciwko najlepszej drużynie świata jak równy z równym. Zawodnicy przekonali się, że nie są jeszcze najlepsi, ale równocześnie uwierzyli, że dystans do najlepszych nie jest taki duży - tłumaczył po spotkaniu Henryk Apostel. Minimalna porażka 1:2 oraz znakomita postawa wielu polskich graczy, z Juskowiakiem, Wieszczyckim (którego chciało po tym meczu pół ligi brazylijskiej), Zielińskim czy Nowakiem na czele, sprawiła, że bez przygniatającego brzemienia lęków i niepokojów czekaliśmy na decydujące, paryskie starcie.

Ten mecz rozstrzygnie się w środku pola. Uważam jednak, że tutaj mamy przewagę. Poza tym posiadam dwóch znakomitych napastników: Kowalczyka i Juskowiaka. Wierzę, że znajdą sposób na defensywę Francuzów - snuł swe refleksje przed batalią na Parc des Princes, Henryk Apostel. Dziś słowa naszego selekcjonera o polskiej przewadze w drugiej linii, podczas gdy o sile francuskiej pomocy stanowili przecież wówczas tacy gracze, jak Zidane, Deschamps czy Desailly, można by potraktować w kategoriach buńczuczności. Wówczas jednak polskie dwie przednie formacje miały naprawdę ogromną wartość. Aime Jacquet publicznie rozpływał się w zachwytach nad polskim ofensywnym kwartetem (Kosecki-Nowak-Kowalczyk-Juskowiak). Nim jednak na paryską murawę wybiegły obie jedenastki, miało miejsce jeszcze jedno dość istotne zdarzenie. Polska kadra przegrała sparing z Fortuną Dusseldorf 1:3. Nasi bramkarze bronili w tym meczu po 45 minut. W pierwszej połowie między słupkami stanął Woźniak, w drugiej natomiast, zbierający dobre recenzje za mecze ze Słowacją i Brazylią - Szczęsny. Gdy Woźniak opuszczał polską bramkę, nasze konto było czyste. Bramkarz Legii natomiast aż trzykrotnie musiał wyplątywać z sieci futbolówkę. Zapewne nie pozostało to bez wpływu na fakt, iż 16 sierpnia 1995 roku w bramce biało-czerwonych, ku ogromnemu zaskoczeniu polskich kibiców, po raz pierwszy w meczu (i to takim meczu!) o punkty, stanął Andrzej Woźniak. Paryż na długo zapamiętał ten jego występ.

 

cdn...

środa, 05 lutego 2014
Dożywotni król nie tylko rumuńskich serc

Gheorghe Hagi, człowiek, który futbol potrafił uczynić sztuką, rozpoczyna dziś pięćdziesiąty rok swego życia.

O piłkarskim geniuszu rodem z Sacele, napisano już niegdyś na naszym blogu całkiem sporo. Zapraszamy więc do lektury, bo futbolowy artysta z Bałkanów, to naprawdę postać godna tego, aby ją lepiej poznać lub po prostu przypomnieć sobie, jakie cuda potrafił wyczyniać ze skórzaną kulą u nogi rumuński piłkarz wszechczasów.

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.1

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.2

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.3

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.4

Wszystkiego najlepszego, niezapomniany władco milionów futbolowych serc!

poniedziałek, 03 lutego 2014
Nie idźcie tą drogą

Dobra prognoza dla Polski, dobra prognoza dla Europy - zwykła mawiać przed laty legendarna już telewizyjna spikerka, wieszcząca w wieczornym wydaniu dziennika pogodę na jutro. Porównywalny dreszcz optymizmu poczułem kilka dni temu, gdy krakowska Gazeta poinformowała, iż kolejny z naszych byłych piłkarskich orłów postanowił wedrzeć się na polityczne salony, w tym przypadku euro-salony. "Jest znaną i lubianą osobą, może wnieść powiew świeżości do polskiej i europejskiej polityki" - przekonuje rzecznik małopolskiego SLD, która to partia w trosce o budowę lepszego jutra dla Starego Kontynentu, postanowiła skorzystać z intelektualnego potencjału eks-futbolisty. Rzecz dotyczy Macieja Żurawskiego, więc tym większy żal, że na swym posterunku w służbie narodu, pośród politycznej familii nie wytrwał radny PO, Radosław Majdan, bo wówczas obaj nasi mężowie stanu mogliby dokończyć, w bardziej już szykownych strojach oraz pośród przyjaźniejszych okoliczności przyrody, tę jakże głęboką i merytoryczną konwersację o życiu i jego problemach.

Cóż może dać polityk Żurawski Europie? Co ma jej do zaproponowania? Z jakim bogactwem myśli i głębią programów nadciąga pod postkomunistycznym sztandarem znad Wawelu ku gmachom w Strasburgu i Brukseli? Nie chcę się znęcać nad byłym graczem Warty, Lecha czy Wisły, bo ani nie jest on osobą niesympatyczną, ani też jakoś szczególnie tępą. Ba, w piłkarskiej szatni, przy pomyślnych wiatrach może uchodzić nawet za względnego bystrzachę. Jednak, jak mawiał sienkiewiczowski bohater: "Znaj proporcjum, mociumpanie!". Sedno problemu leży natomiast gdzie indziej. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że polskie partie polityczne traktują swych wyborców jak bandę idiotów, którym kompletnie wszystko jedno, bo i tak ostatecznie, po chwilowym wachlowaniu się długopisem nad wyborczą urną, rzeczywiście zagłosują na tych bardziej 'znanych', przynajmniej z nazwiska. Po części zresztą w swych bezczelnych przewidywaniach niestety mają rację, co bezlitośnie potwierdzają wyniki niemal każdych kolejnych wyborów.

Fatalnie się dzieje, gdy polityka wchodzi do futbolu. Gdy jednak futbol wchodzi do polityki mamy do czynienia z sytuacją chyba jeszcze gorszą. Jeśli prawo w Polsce stanowią nam w sejmie Roman Kosecki i Cezary Kucharski (obaj PO) do spółki z Janem Tomaszewskim (PiS), w senacie ustawodawczą pracę posłów przez kilka lat korygował Grzegorz Lato (SLD), a Maciej Żurawski (SLD) ma reprezentować nasz kraj w europarlamencie, to zabrnęliśmy chyba rzeczywiście w jakąś koszmarnie ciemną uliczkę, z której wyjścia będziemy szukali kiedyś w trudach i znojach.

Owszem, ktoś może powiedzieć, że cóż w tym dziwnego, iż SLD szturmuje Europę Żurawskim (kilka lat temu samorządowym kandydatem tej formacji, która najwidoczniej kocha sport, był człowiek o głowie prawdziwie nie byle jakiej - Józef Młynarczyk), skoro standardy intelektualne wyznaczają tam ludzie pokroju głównego rzecznika tej partii, którego zdaniem zaledwie rok dzielił wybuch Powstania Warszawskiego (ponoć działo się to w 1988 roku), od wprowadzenia stanu wojennego (według naszego geniusza - 1989 rok). Ktoś inny słusznie może wskazać, że przez polski parlament przewinęła się przecież przez dekady znaczna ilość osób w jeszcze mniejszym stopniu przygotowanych (intelektualnie, moralnie, merytorycznie czy jakkolwiek) do pełnienia tak ważnych funkcji niż ci, którzy zasilają polityczne ławy z futbolowego narybku. Ktoś słusznie zauważy, że przecież od lat politykę opisują nam ludzie, którzy kultury osobistej oraz dobrych manier mogliby się nauczyć od niejednego z piłkarzy, a wśród telewizyjnych gwiazd polskiego dziennikarstwa najjaśniej błyszczą te, które każdego dnia warcząc wieczorową porą na swych gości nie potrafią sklecić choćby jednego zdania poprawną polszczyzną, a nawet i takie, które z poważną miną pytają zaproszonych przez siebie polityków dlaczego, skoro ich partia jest taka fajna, nie należą do niej nieżyjący już od dziesięcioleci (o czym gwiazda nie wie) myśliciele polityczni. Ktoś wreszcie wskaże, że na zaszczytnych ministerialnych stołkach zasiadają u nas postaci niemal żywcem wycięte z najbardziej złośliwych dowcipów o blondynkach. A jeszcze ktoś inny słusznie pokwęka, że i na najwyższych stanowiskach w państwie mieliśmy już ludzi, którzy nie dorośli nawet do pełnienia roli dyżurnego w klasie. Tak, niestety to prawda. A jednak, mimo wszystko, zasilanie szeregów politycznej i około politycznej ferajny, ludźmi z piłkarskiego środowiska, o którego intelektualnych kompetencjach bardzo dosadnie wyraził się niegdyś na kartach swej biografii Wojciech Kowalczyk, do niczego dobrego nie prowadzi. Owszem, chwalebne wyjątki się zdarzają, jak wszędzie, ale akurat tu specjalnie nimi nie obrodziło.

Przesłanie więc, zarówno do tych, którzy na listy wciągają, jak i do tych, którzy są na nie wciągani, może być tylko jedno. Szanujcie wyborców choć trochę. I jak radził niegdyś człowiek, który niejednej filipińskiej chorobie spojrzał głęboko w oczy - nie idźcie tą drogą. A jeżeli już koniecznie musicie, pójdźcie na całość i sięgnijcie chociaż po jeszcze spektakularniejsze postacie ze świata polskiej piłki - będzie przynajmniej weselej i bardziej widowiskowo, jeśli już ma być tragicznie. Politycznie niezagospodarowany jest na przykład Marek Jóźwiak. Specjalność - kopytka. Sukces gwarantowany.

czwartek, 30 stycznia 2014
Przedostatnia część niespełnionych marzeń o kadrze. Podręczny rejestr orłów bez orzełka (cz.5)

Krzysztof Iwanicki. Prawdziwy futbolowy brylant na boiskach polskiej ekstraklasy. Znakomicie wyszkolony technicznie, niezwykle efektownie i błyskotliwie grający piłkarz. Do pierwszoligowej piłki wprowadzał go w warszawskiej Legii, Jerzy Engel. Za czasów Andrzeja Strejlaua, był w stołecznym zespole największym pewniakiem. Iwanicki jako jedyny, przez półtora roku prowadzenia Legii przez słynnego Narko, rozegrał pełen zestaw wszystkich – ligowych i pucharowych spotkań. A jednak, gdy nastały rządy tego trenera nad narodową reprezentacją, Iwanicki był dla odmiany, jednym z naprawdę niewielu graczy podstawowego składu strejlauowej Legii, któremu ów selekcjoner nie dał w swojej kadrze nawet symbolicznej szansy występu. Znałem go dobrze z prowadzonej przeze mnie Legii. Był naprawdę bardzo ciekawym, świetnie wyszkolonym technicznie graczem o wysokim potencjale. Ale bądźmy szczerzy, przy Jacku Zioberze nie miałby jednak większej możliwości zaistnienia w mojej reprezentacji  - tłumaczy nam, po latach, Andrzej Strejlau. Na ligowych boiskach Iwanicki często błyszczy, a choć nie uda mu się nigdy wywalczyć tytułu mistrzowskiego, to jednak aż dwukrotnie (1989, 90) ma szansę wznieść w radosnym geście ku górze Puchar Polski. Mogła ta seria wyglądać jeszcze efektowniej, ale w 1988 roku Legia przegrała w rzutach karnych łódzki finał z Lechem Poznań. Mimo to, Krzysztof Iwanicki jest jednym z nielicznych polskich graczy, którzy strzelali bramki w aż dwóch z rzędu finałach krajowego pucharu (przeciwko Lechowi w 1988 i Jagielloni w 1989). Udziałem pomocnika warszawskiej Legii była też piękna, rozciągnięta na kilka lat przygoda w europejskich pucharach, podczas trwania której miał okazję grać przeciwko naprawdę wielkim klubom, takim jak Inter Mediolan, Bayern, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria czy Manchester United. Gol strzelony przez Iwanickiego Bayernowi, we wrześniu 1988 roku na Stadionie Olimpijskim w Monachium, to zapewne jedna z najpiękniejszych polskich bramek w rozgrywkach europejskich pucharów.

W rewanżowym meczu na Łazienkowskiej, Iwanicki także miał znakomitą okazję by z bliskiej odległości wpakować piłkę do siatki, jednak zabrakło mu nieco szczęścia i jej nie wykorzystał. Do dzisiaj, jak się nieraz gdzieś spotkamy, przypominam mu tamtą sytuację. Kto wie, może gdyby wtedy wpadło, tamten feralny dla nas mecz ułożyłby się zupełnie inaczej – wspomina po latach z uśmiechem Andrzej Strejlau. Piłkarz Legii wykorzysta za to, kilkadziesiąt miesięcy później, znacznie trudniejszą sytuację i dzięki przytomnemu, sprytnemu lobowi nad bramkarzem Aberdeen, zaserwowanemu na sześć minut przed końcem spotkania, zapewni legionistom awans do ćwierćfinału PEZP, a ostatecznie stołeczni zatrzymają się dopiero w półfinale rozgrywek na podopiecznych Alexa Fergusona.

Po zakończeniu sezonu, 28-letni Iwanicki przenosi się do drugoligowego, francuskiego Perpignan, gdzie przez jakiś czas gra razem z Pachelskim. Podczas swojego pierwszego roku gry na ojczystej ziemi potomków Karola Wielkiego robi prawdziwą furorę, uchodząc w oczach francuskich dziennikarzy za jednego z najlepszych graczy na pierwszoligowym zapleczu. Iwanicki pogra w Perpignan, a potem w Cherbourgu kilka ładnych lat, a potem wróci do ojczyzny, by na poziomie niższych lig pobawić się jeszcze troszkę piłką.

Zenon Burzawa. Kolejny w dziejach naszego futbolu król strzelców polskiej ekstraklasy, który nigdy nie dostąpił zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski. Często mówi się o nim, że był to piłkarz jednego sezonu, który niczym meteor przeleciał przez naszą ekstraklasę w bardzo dojrzałym już piłkarsko wieku (32 lata na karku w chwili pierwszoligowego debiutu), uzyskując tytuł króla strzelców z dorobkiem 21 goli. Warto jednak pamiętać, że nim wdarł się na krótko na futbolowe salony, temu wiernemu przez lata gorzowskiemu Stilonowi napastnikowi, zabrakło zaledwie dwóch trafień do skompletowania setki zdobyczy bramkowych na drugoligowym froncie. Szkoda, że wrota ekstraklasy otworzyły się przed tym skutecznym snajperem tak późno. W sezonie 1993/94, gdy grając dla Sokoła Pniewy sięgał po strzelecką koronę, skompletował na pierwszoligowych boiskach aż trzy hat-tricki, w tym jeden czterobramkowy przeciwko Polonii Warszawa. W 1991 roku na boisku we Wrześni zagrał w sparingowym meczu reprezentacji Polski B prowadzonej wówczas przez asystenta Strejlaua – Lesława Ćmikiewicza, przeciwko poznańskiej Olimpii i strzelił nawet bramkę, ale możliwości występu w tej prawdziwej, pierwszej kadrze nigdy nie dostał. Na pewne rzeczy było już po prostu za późno. Wyjechał za to pograć sobie przez sezon we francuskim trzecioligowym Lyon-Duchere.

Marian Janoszka. W Radzionkowie - człowiek legenda. Dla tamtejszego Ruchu strzelał gole w ilościach hurtowych (przez całe lata, niestety, głównie w niższych klasach rozgrywkowych). Choć połowę ze swych pierwszoligowych trafień uzyskał już w barwach GKS Katowice. W 1994 roku napastnik katowickiego klubu wywalczył tytuł wicekróla strzelców ekstraklasy, a rok wcześniej sięgnął po krajowy puchar. Wielka szkoda, że debiutował w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej dopiero w wieku 32 lat. Mimo to, zdołał uzbierać na pierwszoligowym poziomie blisko pół setki trafień. Załapał się jeszcze na kawałek wielkiej piłki, gdy mógł zagrać w europejskich pucharach przeciwko takim firmom, jak Benfica czy Bayer Leverkusen. Na reprezentację niestety było już za późno. 

Sławomir Chałaśkiewicz. Ciekawa postać. W polskiej ekstraklasie grał i strzelał przez kilka lat dla Widzewa i Śląska. W 1992 roku wyjechał szukać swej szansy na karierę do Niemiec. I trzeba przyznać, że udało mu się tam wyrobić sobie naprawdę solidną markę. Na boiskach Bundesligi dla Hansy Rostock, gdzie rywalizował o miejsce w składzie z piłkarzami tej klasy, co Neuville, Akpoborie, Beinlich czy Barbarez, w latach 1995-97 rozegrał Chałaśkiewicz blisko pół setki spotkań. Swego jedynego gola na pierwszoligowych niemieckich boiskach strzelił w sierpniu 1995 roku Stefanowi Klosowi z mistrzowskiej Borussi Dortmund. Zaliczył również blisko półtorej setki występów (dla Hansy, Carl Zeiss Jena oraz Babelsbergu) oraz 22 trafienia w 2.Bundeslidze, a także jednego gola w Pucharze Niemiec.

Bogusław Cygan. W całych dziejach polskiego futbolu, Cygan to jeden z zaledwie sześciu król strzelców polskiej ekstraklasy, którzy nigdy nie dostąpili zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski. Snajper o naprawdę bardzo wysokiej skuteczności. Gdy grając dla mieleckiej Stali, sięgnął po koronę króla strzelców, był już piłkarzem po trzydziestce. Na polskich pierwszoligowych boiskach zabrakło mu jedynie jednego trafienia do łącznej liczby siedmiu dziesiątek goli (zdobywał je dla Szombierek, Górnika, Stali i Śląska). A przecież kilkadziesiąt bramek uzyskał też na zapleczu ekstraklasy, aż dwukrotnie zostając wicekrólem strzelców na drugoligowym froncie. Dwukrotnie miał szansę skonfrontować się z Juventusem grając dla zabrzan w europejskich pucharach. Jesienią 1993 roku wyjechał spróbować szczęścia w Lausanne, ale na szwajcarskich, pierwszoligowych boiskach strzelił tylko jednego gola. W latach 90. grywał i zdobywał bramki dla polskiej reprezentacji B, ale w tej pierwszej kadrze biało-czerwonych nigdy nie dostał swej szansy.

Joachim Klemenz. Zapowiadał się naprawdę niekiepsko. Na rozegranych w 1983 roku meksykańskich Mistrzostwach Świata do lat 20, wywalczył wraz z polską ekipą brązowy medal, a indywidualnie uzyskał miano wicekróla strzelców tej imprezy. Dość powiedzieć, że na skompletowanie hat-tricka w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej potrzebował dokładnie 51 minut. Dołożył potem jeszcze gola z Urugwajem oraz bezcenne, zwycięskie, ćwierćfinałowe trafienie przeciwko Szkocji. W przeciwieństwie jednak do sławnych partnerów z tamtej drużyny trenera Broniszewskiego – Wandzika, Bako czy Leśniaka, Klemenz nigdy nie przeniósł się w koszulce z białym orłem na piersi na szczebel seniorski. Z Górnikiem Zabrze wywalczył cztery tytuły mistrzowskie, strzelił też bardzo ważną bramkę w Pireusie podczas potyczki o Puchar Mistrzów z Olympiakosem. Jesienią 1988 roku następuje bodaj ostatni znaczący akcent na międzynarodowej arenie w karierze Joachima Klemenza, któremu dane jest zagrać na Stadionie Śląskim w meczu II rundy Pucharu Mistrzów z wielkim Realem Madryt i ma nawet znakomitą okazję do strzelenia gola, lecz niestety nie wykorzystuje jej. W 1989 roku jest już na zapleczu Bundesligi we Freiburgu (gdzie dołącza do byłego klubowego kolegi – Marka Majki) i to właśnie w Niemczech zakończy swoją niespełnioną reprezentacyjnie, piłkarską karierę.

Stefan Machaj. Przez kilkanaście lat występów na boiskach polskiej ekstraklasy, przywdziewając trykoty Śląska, Zagłębia Lubin i Pogoni Szczecin, uzbierał łącznie aż 349 występów i 32 gole. Z wrocławskim zespołem wywalczył w 1987 roku Puchar Polski, a z Zagłębiem triumfował w lidze w 1991 roku. W europejskich pucharach grywał przeciwko takim rywalom jak choćby Real Sociedad, FC Bologna czy Broendby. Na dobre zapisał się w kronikach Pucharu UEFA w 1995 roku. Najpierw strzelił w Armenii zwycięską bramkę na wagę awansu przeciwko Szirakowi Gumri. A potem uzyskał też efektownego gola na San Siro, podczas pojedynku z wielkim AC Milan. Niestety, w tym ostatnim przypadku, było to trafienie samobójcze. Będąc już dojrzałym graczem po trzydziestce, spróbował jeszcze przez trzy sezony smaku pierwszoligowej piłki w Izraelu, gdzie grał dla Hapoelu Jerozolima. Jeszcze u progu lat 80. Stefan Machaj niejednokrotnie przywdziewał reprezentacyjną koszulkę, grywając w polskiej kadrze juniorów, lecz do pierwszego oddziału biało-czerwonej husarii nigdy się nie przedostał.

Zdzisław Strojek. Choć zaczynał w Igloopolu Dębica, a pierwszoligową karierę inaugurował w barwach krakowskiej Wisły, to jednak najpiękniejsze karty swej piłkarskiej przygody zapisał grając dla GKS Katowice. Aż 21 razy występował wraz z tym klubem w europejskich pucharach, mierząc się z takimi firmami jak Bayer Leverkusen, FC Brugge, Galatasaray czy Benfica. Jego nazwisko nieco szerszym echem odbiło się po futbolowych zakątkach Starego Kontynentu, gdy w październiku 1994 roku, Strojek swym strzałem życia w samej końcówce spotkania z naszpikowanym gwiazdami, faworyzowanym Bordeaux, zapewnił katowickiej drużynie niespodziewane zwycięstwo.

Dariusz Kofnyt. Bardzo solidny (ponad 200 występów w ekstraklasie) i na dobrą sprawę bodaj jedyny spośród ważnych graczy znakomitego, mistrzowskiego Lecha Poznań z początku lat. 90, o którego nigdy nie zapytała dorosła reprezentacja Polski. Swój romans z biało-czerwonym strojem zakończył zatem Kofnyt na występach w narodowej kadrze juniorów. Przeżył za to fantastyczne pucharowe przygody w barwach Kolejorza w europejskich pucharach, w których łącznie zaliczył 13 występów.

Dariusz Czykier. Tajemnicą poliszynela w szeroko pojętym piłkarskim światku jest odpowiedź na pytanie dlaczego zawodnik o tak wysokich umiejętnościach piłkarskich, kojarzony z pierwszoligowych boisk głównie w kontekście Jagielloni i Legii, nie zrobił znacznie efektowniejszej kariery. Jednak całościowy bilans i tak uciułał całkiem niekiepski: mistrzostwo kraju (1994), dwa Puchary Polski (90, 97), 230 występów w ekstraklasie i 33 gole. Do tego aż osiemnaście przetarć w europejskich pucharach, w tym dotarcie wraz z Legią aż do półfinału Pucharu Zdobywców w 1991 roku. A warto też pamiętać o dwóch bramkach wbitych na międzynarodowej arenie takim zespołom, jak Sampdoria Genua czy Panathinaikos Ateny. W koszulce z białym orłem na piersi grywał w reprezentacji młodzieżowej pod koniec lat 80., lecz progów pierwszej kadry biało-czerwonych nigdy nie przestąpił.

Jacek Kot. Najskuteczniejszy gracz w historii pierwszoligowych występów bydgoskiego Zawiszy. Do tego blisko pół setki trafień również na drugoligowym froncie. W ekstraklasie o Jacku Kocie szczególnie głośno było w sierpniu 1989 roku, kiedy to na stadionie w Poznaniu strzelił Lechowi aż cztery gole. Awans do kadry wydawał się być wówczas kwestią czasu, lecz ostatecznie Kot nigdy w biało-czerwonych barwach nie zagrał. W 1993 roku strzelał gole również Rapidowi Wiedeń oraz duńskiemu Broendby w ramach Pucharu Intertoto.

Sławomir Suchomski. Kilkanaście lat na boiskach polskiej ekstraklasy, 271 występów i 64 trafienia dla poznańskich: Olimpii i Lecha, a także Lechii/Olimpii, Bełchatowa, Dyskobolii i Widzewa. Na początku lat 90. grał dla polskiej reprezentacji B, ale do upragnionej literki A nigdy nie udało mu się przeskoczyć.

Jacek Cyzio. Na przestrzeni całych dziejów polskiego futbolu tylko kilku naszym graczom udało się strzelić gola na szczeblu półfinałowym któregoś z europejskich pucharów. Jednym z nich, obok m.in. Lubańskiego, Kowalczyka, Warzychy czy Lewandowskiego  jest właśnie Cyzio, którego trafienie przeciwko Manchesterowi United dało przy Łazienkowskiej 50 sekund nadziei na spełnienie marzenia o wielkim finale PEZP. W polskiej ekstraklasie Jacek Cyzio grał i strzelał głównie dla Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Z tą ostatnią sięgnął w 1990 roku po Puchar Polski, zdobywając zresztą gola w finale. A potem przeżył w stołecznych barwach wspaniałą przygodę w Pucharze Zdobywców, eliminując wielką wówczas Sampdorię oraz tocząc bój o finał z MU. Dorobek Cyzio w europejskich pucharach jest w ogóle bardzo bogaty. Rozegrał w nich łącznie 21 spotkań, strzelając dwa gole. Miał okazję potykać się z takimi zespołami jak Verona, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria, Manchester United, a potem, reprezentując już barwy tureckiego Trabzonsporu, wyrzucił z Pucharu UEFA Olympique Lyon Domenecha oraz grał przeciwko Atletico Madryt Luisa Aragonesa. W Turcji, Cyzio wywalczył z Trabzonem puchar kraju w 1992 roku, często trafiając w lidze przeciwko takim tamtejszym potęgom jak Galatasaray, Besiktas czy Fenerbahce. U progu lat 90. Jacek Cyzio niejednokrotnie grywał w kadrze młodzieżowej. Jeszcze w lutym 1988 roku, selekcjoner pierwszej reprezentacji, Wojciech Łazarek, powołał napastnika Pogoni na mecze z Rumunią i Izraelem, lecz oba spotkania Cyzio przesiedział na ławce rezerwowych przyglądając się debiutowi swego późniejszego klubowego kolegi - Romana Koseckiego. Jego własny debiut w biało-czerwonych barwach nigdy nie nastąpił.

Piotr Prabucki. Uchodzący za ogromny talent wychowanek Goplanii Inowrocław był zawodnikiem skutecznym, walecznym i ambitnym. Przygniatającą większość spośród swoich 53 goli na boiskach ekstraklasy, strzelił dla poznańskich: Warty i Lecha, choć na pierwszoligowym poziomie trafiał również dla Lechii Gdańsk, Jagielloni i GKS Katowice (wywalczył tu Puchar Polski w 1991 roku). W połowie lat 90. przez aż trzy sezony z rzędu należał do ścisłej czołówki strzelców w ekstraklasie. W kwietniu 1995 roku w poznańskich derbach pomiędzy Wartą i Olimpią, uzyskał dla Zielonych bramkowego hat-tricka. Wielokrotnie grywał w polskich kadrach juniorskich oraz w młodzieżówce (strzelił nawet gola Anglikom w eliminacyjnym meczu w Jastrzębiu). Występował również w polskiej reprezentacji B, będącej ścisłym zapleczem pierwszej kadry biało-czerwonych. Tego najważniejszego z reprezentacyjnych trykotów nigdy jednak nie przywdział.

Przemysław Bereszyński. Wychowanek poznańskiego Lecha, z którym zdobywał nie tylko Mistrzostwo Polski juniorów (1987), ale sięgał również dwukrotnie po triumfy w dorosłej ekstraklasie (1990, 92; ma też na koncie tytuł przyznany Lechowi w 1993). Solidny obrońca, który trafił w Poznaniu na wspaniałe chwile Kolejorza, dzięki czemu zaliczył aż 12 występów w europejskich pucharach. Brał udział również w tych najbardziej legendarnych pucharowych bataliach poznańskiej lokomotywy z FC Barceloną, Olympique Marsylia czy Panathinaikosem Ateny. We wrześniu 1992 roku selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, powołał go na rozgrywany w stolicy Wielkopolski eliminacyjny do World Cup ’94 mecz z Turcją, ale poznański defensor nie powąchał murawy w koszulce z białym orłem. Musi zadowolić się faktem, że udało się to po latach jego synowi.

Adam Grad. Cudowne dziecko ŁKS. Wielki talent. Selekcjoner biało-czerwonych, Andrzej Strejlau, z niecierpliwością i wielką nadzieją oczekiwał aż piłkarz dojrzeje by stać się filarem polskiej reprezentacji. Miał być jednym z pierwszych olimpijczyków Wójcika, którzy zmienią szyld i pojadą dalej, i to jeszcze przed igrzyskami w Barcelonie. Od samego początku istnienia kadry olimpijskiej ’92, Grad był wiodącą siłą ofensywnych poczynań tej drużyny. Strzelał dla niej mnóstwo bramek, miał niepodważalne miejsce w linii ataku. To właśnie on w listopadzie 1990 roku na kilka minut przed końcem spotkania strzelił bezcennego, zwycięskiego gola w eliminacyjnym pojedynku z Turcją w Stambule. Niespełna rok później, 15 października 1991 roku w Bydgoszczy miało jednak miejsce dość istotne wydarzenie. W przedostatnim, grupowym meczu eliminacji do igrzysk w Barcelonie, Polacy strasznie męczyli się z Irlandczykami. Potrzebowali za wszelką cenę zwycięstwa, a wynik wciąż był bezbramkowy. W 70 minucie Wójcik zdejmuje z murawy Grada. Wchodzi Juskowiak i strzela dwa decydujące gole. W następnym meczu z Anglią to już Jusko wyjdzie w pierwszym składzie i znów trafi dwukrotnie. Grad traci miejsce w ataku na rzecz imponującego formą napastnika Lecha. Jakiś czas później, na własne życzenie, zaprzepaści też swą życiową szansę na olimpijski medal. W dwudziestą rocznicę barcelońskiego srebra, w rozmowie z Pawłem Grabowskim dla Onet.pl, Janusz Wójcik wspominał: Przed jednym zgrupowaniem powiedziałem, że o tej i o tej wszyscy mają wrócić do hotelu w normalnym stanie. Adaś Grad nie posłuchał. Wrócił późno, w stanie dalekim od normy. Na drugi dzień było "do widzenia". Gdyby nie jakieś tam bzdury, które wpadły mu do głowy, najpewniej pojechałby na igrzyska. Nie wiem, czy w pierwszym składzie, bo Kowal i Jusko byli wtedy w formie, ale pewnie by wchodził. Miałby jakieś tam miejsce. Być może był to moment zwrotny dla piłkarskiej przygody Grada. To, że na własne życzenie wypadł z kadry olimpijskiej na ostatnim wirażu przeżył ponoć bardzo mocno. Zresztą tajemnicą poliszynela jest, iż zawodnik ten nie pomagał swojej karierze również i potem. Utonął w naszej pierwszoligowej przeciętności, grywając dla ŁKS, Olimpii Poznań czy Sokoła Tychy. Przeplótł to wszystko krótką przygodą w lidze tureckiej, gdzie jesienią 1994 roku strzelił dla Kayserispor cztery gole. Po barcelońskiej traumie Grada, temat reprezentacji nigdy już dla niego nie zaistniał.

Mirosław Waligóra. Aż dziw, że tej klasy napastnik nigdy nie dostał swej reprezentacyjnej szansy. Trafiał do bramki niemal na zawołanie. W barwach krakowskiego Hutnika, wystarczyły mu cztery pierwszoligowe sezony do zgromadzenia pokaźnej liczby 61 goli (w sezonie 1990/91 był jeszcze wiceliderem w końcowej klasyfikacji najlepszych snajperów ekstraklasy, lecz już w 1992 roku na skutek swych dwudziestu bramkowych zdobyczy, mógł włożyć na skronie koronę króla strzelców). W 1994 roku wyjechał do Lommel i przez osiem sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach w Belgii, zgromadził na swym koncie łącznie 60 goli. Do tego należy doliczyć kilkadziesiąt trafień uzyskanych na drugoligowym, zarówno polskim, jak i belgijskim froncie, bramki zdobywane w krajowych pucharach itd. Waligóra strzelał również w reprezentacji olimpijskiej. Miał nawet ogromną szansę na zdobycie swego gola na igrzyskach w Barcelonie. 24 lipca 1992 roku w Saragossie, podczas pierwszego meczu Polaków na turnieju przeciwko Kuwejtowi, Wójcik wpuścił na końcowe kilka minut Waligórę, zdejmując z boiska bohaterskiego autora obu zwycięskich trafień – Juskowiaka. Napastnik krakowskiego Hutnika egzekwował rzut karny, lecz nie zdołał zamienić go na bramkę. Więcej już od Wójcika szansy na igrzyskach nie otrzymał. Nigdy nie dostał też zaproszenia do pierwszej kadry biało-czerwonych, a wydaje się, że w pełni na nie zasłużył.

Dariusz Koseła. Nasz polski „Gazza”, czyli gracz przypominający swym wyglądem słynnego angielskiego gwiazdora. Koseła bardzo długo był filarem, na którym opierała się gra olimpijskiej reprezentacji Wójcika. Z czasem zaczął tracić miejsce w podstawowym składzie, ale w szerokiej kadrze trzymał się mocno. Na igrzyska do Barcelony  pojechał i wrócił stamtąd ze srebrnym medalem, lecz należał do grona tych zawodników, którzy nie zagrali w turnieju ani sekundy. To był naprawdę ciekawy gracz drugiej linii, dysponujący niezłym uderzeniem, choć niewątpliwie jeszcze pod koniec lat 80. wydawało się, że zrobi znacznie większą karierę. Miał swój drobniutki udział (kilkunastominutowy występ) w wywalczeniu mistrzowskiego tytułu przez Górnika Zabrze w 1988 roku, który zamykał epokę dominacji tego zespołu na polskim podwórku. Koseła wystąpił łącznie w dziewięciu meczach w europejskich pucharach (m.in. przeciwko HSV), strzelając w nich trzy bramki. Najwięcej radości, 19-letniemu wówczas pomocnikowi Górnika, sprawiło zapewne efektowne trafienie głową, uzyskane we wrześniu 1989 roku przeciwko Juventusowi w Turynie. Latem 1995 roku strzelił też honorowego gola podczas potyczki w Pucharze Intertoto z Karlsruhe. Aż przez jedenaście sezonów był wierny pierwszoligowemu Górnikowi, a w ekstraklasie grał też dla Ruchu Radzionków. Dariusz Koseła należał do etatowych reprezentantów Polski, zarówno w kategoriach juniorskich, jak i młodzieżowych. Pozostał jednak jednym z trzech polskich graczy, którzy przywieźli z Barcelony srebrny medal olimpijski, a którym nigdy nie dane było zagrać w pierwszej kadrze biało-czerwonych.

Marek Bajor. Jedyny spośród polskich uczestników olimpijskiego półfinału w Barcelonie, który nigdy nie wystąpił w pierwszej reprezentacji biało-czerwonych. Na igrzyskach rozegrał łącznie trzy spotkania (przeciwko Włochom, USA i Australii). Aż czternaście sezonów z rzędu spędzonych na boiskach ekstraklasy, podczas których zagrał łącznie w 325 spotkaniach (dla Igloopolu, Widzewa i Amiki). Dwukrotnie z rzędu wywalczał mistrzostwo kraju (Widzew 1996 i 97), trzy raz pod rząd przytulał Puchar Polski (z Amiką w latach 1998-2000), a do zdobytych trofeów może zaliczyć również trzy polskie superpuchary (97, 99, 00). Ponadto jesienią 1996 roku trzykrotnie zagrał w barwach łódzkiego Widzewa w elitarnych i nieosiągalnych dziś dla polskich piłkarzy rozgrywkach Champions League. W ogóle Bajor zdobył ogromne doświadczenie w europejskich pucharach, w których łącznie wystąpił aż 34 razy (w tym przeciwko takim zespołom, jak Eintracht, Broendby, Borussia Dortmund, Atletico, Steaua, Heerenveen, Hertha czy Malaga). Zabrakło tylko biało-czerwonego stempla pierwszej reprezentacji.

Robert Dymkowski. Jeszcze gdy młodziutki napastnik szczecińskiej Pogoni biegał po drugoligowych murawach (w 1991 roku, w wieku 21 lat, został królem strzelców na pierwszoligowym zapleczu), kibice tego klubu zwykli już skandować: Robert Dymkowski, najlepszy napastnik Polski! No i wywróżyli, Dymkowski bowiem przez całe lata należał do grona czołowych napastników ekstraklasy. Na naszych pierwszoligowych boiskach strzelił łącznie aż 78 goli (w tym sześć trafień dla Widzewa; reszta uzyskana w portowych barwach). Był to naprawdę wyjątkowo skuteczny snajper o niesamowitym wręcz instynkcie strzeleckim. W sezonie 1995/96 należał do najściślejszej czołówki strzelców ekstraklasy. Miał też w swej karierze epizod grecki, gdy w sezonie 1996/97 wyjechał pograć nieco w towarzystwie późniejszych mistrzów Europy – Zagorakisa i Vryzasa dla PAOK Saloniki (16 meczów i 2 gole). Jeszcze na dwa miesiące przed igrzyskami w Barcelonie w 1992 roku, próbował Dymkowskiego w ataku swej olimpijskiej reprezentacji Janusz Wójcik, ale ostatecznie na udział w srebrnej ekipie napastnik Pogoni się nie załapał. Do pierwszej reprezentacji kraju nigdy się nie przebił. A chyba zasłużył na swoją szansę.

Adam Kucz. Mało, który polski piłkarz lat 90. potrafił tak imponować bajecznym wyszkoleniem technicznym, jak filigranowy pomocnik rodem z Tychów. Niewielu futbolistom na świecie udaje się też strzelić gola bezpośrednio z rzutu rożnego na słynnym Estadio Da Luz, wielkiej Benfice Lizbona, jak uczynił to Adam Kucz w europejskich pucharach, choć bramki tej, prowadzący tamto spotkanie arbiter, postanowił z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, po prostu nie uznać. Gdy w meczu rewanżowym w Katowicach, pomocnik GKS znów zagrał wspaniale, uzyskując trafienie dla swego zespołu, Benfica już na poważnie zainteresowała się polskim graczem, a jej wysłannicy tułali się nawet po Stalowej Woli, podpatrując podczas naszej ligowej młócki obiekt swych zainteresowań. Do transferu ostatecznie jednak nie doszło, podobnie zresztą, jak do występu Kucza w narodowej reprezentacji (choć po meczach przeciwko Bordeaux, selekcjoner Henryk Apostel rozpływał się w zachwytach nad grą filigranowego pomocnika GKS). Mimo, że finezją kopania futbolówki na polskich murawach dorównywało w tamtym czasie Adamowi Kuczowi naprawdę niewielu, to jednak parametry fizyczne, niekoniecznie były jego sprzymierzeńcem w walce o koszulkę z białym orłem na piersi.

Grzegorz Król. Zdecydowanie jeden z najzdolniejszych naszych piłkarzy ostatnich kilkunastu lat, który nigdy nie wystąpił w polskiej reprezentacji. Niesamowity instynkt strzelecki. W siedemnastu spotkaniach europejskich pucharów w barwach Amiki Wronki uzyskał aż 12 goli (pokonywał bramkarzy m.in. Heerenveen, Ałanii Władykawkaz, Herthy, Servette czy Malagi). Przeciwko walijskiemu Llansantfraid skompletował hat-tricka, w Maladze strzelił bramkę już w 54 sekundzie spotkania. W polskiej ekstraklasie zanotował łącznie 41 trafień w niespełna dwustu spotkaniach. Był autorem dwóch pierwszoligowych hat-tricków. Z Amiką wywalczył trzykrotnie z rzędu Puchar Polski, a dwukrotnie superpuchar kraju. Testowany za młodu przez słynny Ajax, swego czasu bliski przejścia do PSV Eindhoven, a w 2004 roku był też o krok od przywdziania trykotu poznańskiego Lecha (w którym grał już kiedyś u progu swej futbolowej przygody). Nie tylko jednak transfer do Kolejorza, ale i szansę na zrobienie naprawdę efektownej piłkarskiej kariery przegrał w nierównej potyczce z hazardowym nałogiem (o czym potrafi po latach w sposób mądry i bardzo otwarty opowiedzieć). Jest czego żałować.

 

cdn...

R.