Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 06 marca 2014
Czterdziesty już nie przeraża

Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy podczas ostatniej kolejki ligowej w bój posłany został młody lechita Jan Bednarek. Numer na plecach: 40.

Przypomniałem sobie zabawną z dzisiejszej perspektywy historyjkę. Gdy, świetny swego czasu pomocnik reprezentacji Portugalii, Paulo Sousa przechodził w styczniu 1998 roku do Interu Mediolan, to otrzymał tam trykot właśnie z numerem 40.

Błyskotliwy zawodnik tym faktem był... przerażony! Głośno żalił się mediom: Czy to znaczy, że w klubowej kadrze jest aż czterdziestu zawodników rywalizujących o miejsce w składzie? Jak w takich warunkach można normalnie trenować? Jak można grać w piłkę? Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, to przed sezonem 1998/1999 Sousa poprosił o zmianę numeru. Padło na bardziej już cywilizowaną "19".

I ten numer okazał się jednak za wysoki dla Portugalczyka, bo w sezonie 1999/2000 występował już z szóstką na plecach.

Na tym przykładzie świetnie widać jak zmienia się współczesny futbol. Czterdziestu zawodników w kadrze ma dziś nawet średnia polska drużyna, nie wspominając już o tym, że numery na koszulkach przyjmują obecnie najdziwniejsze wartości.

Co do samego Sousy, to numerologiczne zawirowania na niewiele się jednak zdały, bo kariery w Mediolanie nie zrobił. O wiele bardziej znany jest ze swoich występów w Benfice, Sportingu, Juventusie i Borussii. Przy okazji - po zakończeniu kariery Portugalczyk został trenerem-obiezyświatem. Prowadził Queens Park Rangers, Swansea City, Leicester City, węgierski Videoton (o jego sukcesach tam pisaliśmy tutaj), a obecnie zasiada na ławce Maccabi Tel Awiw. Mocno odmieniony, trzeba dodać.

P.

wtorek, 04 marca 2014
Kadrowy Ślusarz

Ostatnie zamieszanie wokół Bartosza Ślusarskiego nie ma charakteru czysto futbolowego. Warto więc wrócić do czasów, gdy Ślusarz imponował głównie umiejętnościami piłkarskimi

Można powiedzieć, że klubowa kariera Ślusarskiego składa się z sześciu etapów. Etap pierwszy to objawienie jego talentu pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to jako osiemnastolatek wkroczył z przytupem do ekstraklasy strzelając gole dla spadającego z najwyższej ligi Kolejorza, a później punktując dla niego w II lidze i po powrocie na rozgrywkowy top. Etap drugi to wyrobiona w Grodzisku Wielkopolskim marka solidnego snajpera, w przypadku którego zawsze można liczyć na 7-10 goli w sezonie. Etap trzeci składa się z zagranicznych wyjazdów – najpierw do Portugalii (dobry dla Ślusarskiego czas), a potem do Anglii (ciągłe wypożyczenia i stracony w zasadzie czas). Etap czwarty to powrót do kraju i przeciętne występy w Cracovii. Etap piąty, czyli przenosiny na Bułgarską i przygoda, która przypominała jazdę na rollercoasterze. Wreszcie etap szósty, a więc wielki znak zapytania z Arką Gdynia w tle.

Zenitem jego dokonań międzynarodowych są dwa występy w reprezentacji Polski.

Najbliżej reprezentacji Ślusarski był podczas grodziskiego okresu swojej kariery (2004-2006). Wtedy to opiekunem kadry był Paweł Janas, szkoleniowiec, który naszego napastnika kojarzył z reprezentacji młodzieżowych. Biało-czerwoni przegrali wtedy właśnie eliminacje do EURO 2004, ale szybko stanęli na nogi i z przytupem rozpoczęli eliminacje do MŚ 2006. W marcu 2005 roku byli już jedną nogą na niemieckim mundialu. Do tego czasu wygrali bowiem mecze z Irlandią Północną (3:0 i 1:0), Austrią (3:1), Walią (3:2), Azerbejdżanem (8:0) i przegrali z Anglią (1:2). Orłom do rozegrania zostały więc już tylko cztery rewanżowe potyczki. Janas zaczął już powoli myśleć o zawodnikach, który mogliby uzupełnić szeroką kadrę biało-czerwonych.

Sam Ślusarski był natomiast w tym czasie w trakcie swojego najlepszego, jak na razie, ligowego sezonu. Pomimo urazu z początku rozgrywek strzelał gola za golem (w sumie uzbierał ich 10 w 21 meczach), a jego trafienia torowały także drogę Dyskobolii do późniejszego triumfu w Pucharze Polski 2005 (skądinąd Ślusarz strzelił gola w jednym z finałowych spotkań z Zagłębiem Lubin). Trudno więc dziwić się, że wpadł w oko Janasowi. W efekcie szkoleniowiec zaprosił go na dość egzotyczną wycieczkę kadry – na mecz z Meksykiem w… amerykańskim Chicago.

W składzie na to spotkanie znaleźli się, po pierwsze, tacy wyjadacze jak Artur Boruc, Tomasz Kłos, Marcin Baszczyński, Radosław Sobolewski, Dariusz Dudka czy Arkadiusz Głowacki, po drugie, zawodnicy z zaplecza kadry jak Jarosław Bieniuk, Marcin Burkhardt, Marcin Zając, Tomasz Kiełbowicz czy Patryk Rachwał, a po trzecie debiutanci – Piotr Giza (później sensacyjnie w kadrze na MŚ 2006!), Przemysław Kaźmierczak, Konrad Gołoś, Paweł Brożek (właśnie wtedy debiutował) i właśnie Bartosz Ślusarski. Na stadionie Soldier Field w Chicago Ślusarz wystąpił od pierwszej minuty, a kwadrans przed końcem spotkania zmienił go Patryk Rachwał. Mecz zakończył się remisem 1:1, a bramkę dla Polaków strzelił Paweł Brożek.

Pomimo czystego konta Ślusarz wypracował sobie jednak kredyt zaufania u Janasa, ponieważ ten miesiąc później zaprosił go na kolejne spotkanie – towarzyski sparing z Albanią (1:0) w Szczecinie. Mecz ten miał być kolejnym etapem testowania wybranego grona zawodników pod kątem przydatności reprezentacyjnej. Dlatego też obok Jacka Krzynówka czy Kamila Kosowskiego wystąpili m.in. Paweł Kaczorowski, Maciej Stolarczyk i ówczesny gracz Dyskobolii. Choć impreza skończyła się zwycięstwem Polaków, to dla całego tego tercetu był to jednak pożegnalny występ z orzełkiem na koszulce. Ślusarski w jego ramach zaliczył ostatnie pół godziny zawodów, kiedy to zmienił strzelca jedynej bramki meczu – Macieja Żurawskiego. Wraz z końcowym gwizdkiem szczecińskiego spotkania skończyła się także przygoda Ślusarza z kadrą.

Trudno się jednak dziwić, że Janas odstawił obecnego lechity. W ataku rządził wówczas Maciej Żurawski z Tomaszem Frankowskim, rezerwowym duetem była dwójka Andrzej Niedzielan – Grzegorz Rasiak, a w tle pozostawał jeszcze Paweł Brożek. Ciasno jak w poznańskiej pestce.

P.

Tekst na motywach tekstu z programu meczowego

Lecha Poznań "Heej Lech!"

niedziela, 23 lutego 2014
Pożegnanie z hokejowym świętem w cieniu Klonowego Liścia i Trzech Koron, czyli na kilka chwil przed wielkim finałem

Z całego serca życzyłem Finom niedzielnej szansy na zdobycie upragnionego olimpijskiego złota, które wciąż pozostaje dla nich niespełnionym marzeniem. Czyż nie byłoby to piękne, gdyby kończący właśnie swą wspaniałą, lodową przygodę, niespełna 44-letni Teemu Selanne, występujący na swych szóstych już igrzyskach (szkoda, że uciekło mu Lillehammer, bo byłoby tych turniejów aż siedem), mógł wreszcie zawiesić na szyi ten najcenniejszy z kruszców? A jednak trzeba powiedzieć uczciwie - dziś na soczijskiej tafli obejrzymy pojedynek dwóch reprezentacji, które okazały się być podczas tych olimpijskich zmagań zespołami po prostu najlepszymi.

Doskonale zorganizowana szwedzka maszyna już od samego początku pierwszego, grupowego meczu z Czechami funkcjonowała znakomicie. Również wtedy, gdy w półfinałowym boju przeżywała trudne chwile, wielokrotnie grając w liczebnym osłabieniu przeciwko Suomi, wychodziła obronną ręką z największych nawet opresji. Mając bowiem bramkarza pokroju Henrika Lundqvista śmiało można planować największe nawet sukcesy.

Kanadyjczycy, choć bardzo długo nie zachwycali na rosyjskich lodowiskach, to jednak, podobnie jak Trzy Korony, wygrali przecież wszystkie swoje spotkania, a w decydującym pojedynku przeciwko Amerykanom pokazali niemal pełnię swej klasy. Ich półfinałowy rywal, który dotąd prezentował się na soczijskim turnieju z naprawdę jak najlepszej strony, w piątkowej potyczce bardzo często był na lodzie po prostu kompletnie bezradny wobec całkowicie panujących nad sytuacją hokeistów Klonowego Liścia.

W niedzielnym meczu o złoto, Kanadyjczycy skrzyżują więc swe kije ze Szwedami. Nie pierwszyzna to dla obu ekip, iż spotykają się ze sobą w finałowym o boju o wielką stawkę.

Po raz pierwszy reprezentacje spod znaku Klonowego Liścia i Trzech Koron zmierzyły się w bezpośrednim starciu o najcenniejszy z kruszców podczas letnich igrzysk olimpijskich w Antwerpii. 26 kwietnia 1920 roku na belgijskim lodzie, kanadyjski zespół, oparty w głównej mierze na zawodnikach, w których żyłach krążyła krew islandzkich emigrantów, rozgromił Szwedów 12:1. Aż siedem goli dla zwycięskiej ekipy strzelił w tamtym meczu Sigurdur 'Frank' Fredrikson.

 

Na kolejną wzajemną konfrontację o podobnej randze, przyszło obu krajom czekać dość długo. Dopiero po sześćdziesięciu czterech lat, Kanadyjczycy i Szwedzi znów stanęli ze sobą oko w oko, w kontekście batalii decydującej o zwycięstwie w ważnym turnieju. 30 lat temu, w finałowym dwumeczu niezwykle prestiżowego i uchodzącego wówczas za nieoficjalny hokejowy mundial z prawdziwego zdarzenia (bo tylko tu mogli wtedy zagrać w komplecie dla swych narodowych drużyn najlepsi hokeiści z NHL), turnieju Canada Cup, swą wyższość nad rywalem ponownie okazali zawodnicy spod znaku Klonowego Liścia. W pierwszej odsłonie finałowego starcia na tafli w Calgary, 16 września 1984 roku, Kanada wygrała ze Szwecją 5:2. A dwa dni później na lodowisku w Edmonton, po meczu, który był pasjonującym, niezapomnianym widowiskiem, przypieczętowała swój triumf, pokonując Szwedów 6:5. Gospodarze wygrywali już w pewnym momencie aż 5:0 (jedną z bramek zdobył legendarny Wayne Gretzky), lecz reprezentanci Trzech Koron nie zamierzali składać broni i napsuli tego dnia ojczyźnie światowego hokeja sporo krwi. Co ciekawe, najskuteczniejszym strzelcem tamtego turnieju był Szwed Thomas Steen. Parający się dziś w Kandzie polityką, były hokeista, który przez kilkanaście lat strzelił w NHL dla Winnipeg Jets blisko trzy setki goli, to ojciec obecnego zawodnika St. Louis - Alexandra Steena, którego dzisiejszym wczesnym popołudniem zobaczymy w finałowym pojedynku na tafli w Soczi.

Po raz drugi od czasu Antwerpii, w ścisłym olimpijskim finale, hokeistom Kanady i Szwecji przyszło skrzyżować ze sobą kije 20 lat temu, podczas igrzysk w Lillehammer. 27 lutego 1994 roku na norweskiej tafli jesteśmy świadkami naprawdę emocjonującego widowiska. Szwedzi bardzo długo prowadzą po golu Jonssona, lecz w ostatniej tercji, po bramkach Kariyi i Mayera, zwycięstwo wymyka im się z rąk. Trzy Korony przywraca do gry, swym wyrównującym, a uzyskanym na dokładnie 109 sekund przed końcową syreną trafieniem, Magnus Svensson. W serii rzutów karnych bohaterem okażą się, efektownie i skutecznie strzelający Peter Forsberg oraz bramkarz Tommy Salo, na którego sposobu nie będzie potrafił znaleźć w decydującym momencie Paul Kariya.

Był to jedyny, jak dotąd, triumf Szwedów nad Kanadyjczykami podczas ich bezpośrednich starć w ścisłym finale wielkich turniejów. A spotkają się ze sobą obie ekipy w finałowych okolicznościach jeszcze dwukrotnie z rzędu przy okazji mistrzostw świata.

11 maja 2003 roku, w finałowym meczu na lodowisku w Helsinkach, oba zespoły znów serwują nam porywający spektakl. W regulaminowym czasie gry, podobnie jak w Lillehammer znów pada remis 2:2. Gdy dobiega końca czternasta minuta dogrywki, w bardzo ciekawych okolicznościach, trafieniem na wagę 'golden goal', zapewniającym Kanadyjczykom tytuł mistrzów świata, popisuje się ówczesny gracz New York Rangers, ciemnoskóry Anson Carter. Powrót do równowagi emocjonalnej po tym meczu zajmie mi zapewne dobry miesiąc - wyznał tuż po szczęśliwym zwieńczeniu finałowych trudów, trener Kanadyjczyków, Andy Murray.

Niemal dokładnie rok później, ponownie jesteśmy świadkami finałowego pojedynku na mistrzostwach świata pomiędzy reprezentacjami Kanady i Szwecji. Choć 9 maja 2004 roku na praskiej tafli, Trzy Korony jeszcze po pół godzinie gry prowadzą 3:1 (jedną z bramek zdobył Daniel Alfredsson, którego i dziś zobaczymy na lodzie), to jednak finisz zdecydowanie należy już do rywali, którzy pokonują Lundqvista raz za razem i Szwedzi ostatecznie przegrywają z Kanadyjczykami 3:5.

Poza dwoma wspomnianymi olimpijskimi finałami z Antwerpii 1920 i Lillehammer 1994, od czasu gdy na zimowych igrzyskach biorą udział również najlepsi hokeiści z NHL, reprezentacje Kanady i USA wpadły na siebie dotąd dwukrotnie.

14 lutego 1998 roku na tafli w Nagano, Szwedzi objęli prowadzenie po golu Lidstroema, lecz Nieuwendyk, MacInnis i Blake, wyprowadzili dyrygowany na lodzie przez Gretzkyego zespół na prowadzenie. Kontaktową bramkę uzyskał na 10 minut przed końcem Sundin, a potem już żadnej z drużyn nie udało się skierować krążka do siatki rywala i Kanadyjczycy wygrali 3:2.

Osiem lat później, podczas igrzysk w Salt Lake City, Szwedzi zemścili się całkiem srogo, dość niespodziewanie pokonując, już na dzień dobry, późniejszych triumfatorów całej imprezy 5:2 (m.in. dwa trafienia Matsa Sundina).

Czeka nas zatem wczesnym niedzielnym popołudniem kolejne starcie o najwyższą stawkę pomiędzy dwoma hokejowymi gigantami. Gdy weźmie się pod uwagę doskonale zorganizowaną grę w defensywie obu zespołów, a przede wszystkim postać Lundqvista w szwedzkiej bramce, być może na nadmiar bramek nie ma co liczyć, ale już na nadmiar emocji jak najbardziej. Warto w tym miejscu raz jeszcze przypomnieć, że od igrzysk w Oslo z 1952 roku minęły aż 62 lata, zawierające w sobie osiem kolejnych hokejowych turniejów olimpijskich, organizowanych na Starym Kontynencie, podczas których zespołowi spoza Europy nie udało się zgarnąć złota. Czy igrzyska w Soczi dopiszą się do tej listy jako dziewiąte z kolei, czy też Kanadyjczycy przełamią wreszcie passę olimpijskiej niemocy na europejskim lodzie? Dowiemy się wszyscy już niebawem.

Oczekując na pierwsze uderzenie krążka podczas finałowej batalii, znajdujemy się u progu szczytu i kresu zarazem, olimpijskiego turnieju. Można więc pozwolić już sobie na kilka refleksji podsumowujących powoli imprezę, którą mogliśmy przeżywać przez ostatnie kilkanaście dni. I właśnie warto przede wszystkim pamiętać o specyfice tego turnieju, nazywanego przez niektórych wręcz błyskawicznym. 12 dni to naprawdę niewiele czasu na rozegranie hokejowej imprezy na tak wysokim poziomie sportowym. Nie ma tu oczywiście nad czym kruszyć kopii, bo warunki podyktowane zostały, w ogromnej mierze, wymaganiami szefostwa NHL, które wyłącznie na tak krótki okres zgodziło się puścić za Ocean swych najlepszych graczy. Dyskutować zaś już można, i moim zdaniem jak najbardziej należy, nad samą formułą olimpijskiego turnieju. Nie jest chyba do końca zdrowym rozwiązaniem, że zespół, który przegrywa swoje wszystkie mecze w fazie grupowej, wciąż jeszcze ma szanse bić się o medale. Oczywiście, jak zawsze i we wszystkim – są tacy, którzy na tym stracą (w Soczi byli to choćby Szwajcarzy), jak i tacy, którzy zdecydowanie zyskają (vide Łotwa), ale generalnie sam pomysł tak ogromnego osłabienia znaczenia rozgrywek grupowych nie należy chyba do najlepszych. Uważam, że znacznie korzystniejszym rozwiązaniem byłoby po prostu dopuszczenie do igrzysk szesnastu hokejowych ekip i powielenie schematu piłkarskiego Euro z ostatnich lat, czyli zorganizowanie rozgrywek z czterema czterodrużynowymi grupami, z których wychodziłyby po dwie najlepsze, bijące się już potem systemem pucharowym (oczywiście bez rewanżów;) o olimpijskie medale.

Gdzieś w pamięci zagnieździ się zapewne wiele wspomnień z tego turnieju. Myślę jednak, że poza dzisiejszymi finalistami, szczególne słowa uznania należą się również Finom. W ćwierćfinałowym boju, pewnie pokonali, wyrzucając z turnieju gospodarzy igrzysk. Również w półfinale mieli swoje szanse przeciwko Szwedom. Kilkukrotnie grali przecież w przewadze, przez jakiś czas nawet w pięciu na trzech, prowadzili 1:0 i mieli kilka naprawdę niezłych okazji do zadania kolejnego, być może decydującego ciosu. Szwedzi okazali się jednak być w piątek, zespołem lepszym, bardziej wyrachowanym i mającym nieco więcej szczęścia. Kto wie jednak, jak potoczyłyby się losy półfinałowego pojedynku, gdyby bramkę Suomi tego dnia, mógł zamurować swoim zwyczajem, znakomity na tej imprezie Tuukka Rask. Tego niestety nigdy się już nie dowiemy. Znamienne jednak, że w sobotnim meczu o brąz, już z Raskiem między słupkami, który obronił aż dwa karne egzekwowane przez Amerykanów, Finlandia nadspodziewanie gładko rozbiła USA 5:0. Nie ukrywam, że cieszyłem się wraz z Finami, gdy niespełna 44-letni, wcielony hokejowy fenomen, który zwie się Teemu Selanne, będący najlepszym europejskim strzelcem w dziejach NHL, uzyskując w meczu o brąz swe kolejne trafienia, przechodził do historii również jako najskuteczniejszy gracz w całych dziejach igrzysk olimpijskich.

Duże wrażenie zrobił też na mnie styl i pewność amerykańskiego marszu w drodze do najlepszej czwórki turnieju. I choć tam, podopieczni Bylsmy ponieśli już dwie dość wyraźne porażki, to jednak z Soczi mogą z pewnością wyjeżdżać z podniesionymi głowami. Zawiedli za to na pewno gospodarze, których Owieczkin, Daciuk czy Małkin mieli wprowadzić co najmniej do strefy medalowej, a na dobrą sprawę zespół ten, poza całkiem niezłą grą w grupowym, przegranym zresztą meczu przeciwko USA, niespecjalnie miałby się czym pochwalić. Niedosyt z pewnością towarzyszy także występowi Czechów, których barwy - co jest wydarzeniem godnym odnotowania nie tylko z kronikarskiego punktu widzenia - reprezentowali w Soczi m.in. 42-letni Jaromir Jagr oraz rok starszy Petr Nedved, który jeszcze na igrzyskach w Lillehammer grał... dla Kanady. Słowacy, poza dzielną postawą, zaprezentowaną w meczu z gospodarzami igrzysk, zawiedli bodaj najbardziej spośród wszystkich ekip jeżdżących po rosyjskich lodowych arenach. Zdecydowanie większe oczekiwania wobec występu swej reprezentacji mieli też z pewnością szwajcarscy kibice. Helweci w pojedynkach grupowych (pokonali Czechów i Łotyszy, minimalnie ulegli Szwedom) zdawali się potwierdzać swe medalowe aspiracje oraz przekonywać, że wywalczony zeszłej wiosny tytuł wicemistrza świata nie był dziełem przypadku. Gdy jednak przyszło do decydującego boju o ćwierćfinał, niespodziewanie zostali w pokonanym polu (o absurdalnej formule rozgrywek, w myśl której, Helweci mając 6 punktów na koncie, musieli w ogóle taki pojedynek toczyć z Łotwą, której konto punktowe świeciło pustką - już pisałem). Inna sprawa, że fakt, iż Szwajcarzy w swych czterech olimpijskich występach strzelili zaledwie dwa gole, powodów do jakiejś nadmiernej dumy im nie przynosi. Warto jednak zauważyć, że w ogóle, we wszystkich trzech spotkaniach fazy grupowej, z udziałem Szwajcarii, padły łącznie zaledwie trzy gole! Łotyszom, którzy urządzili wspomnianym Szwajcarom wieczorek pożegnalny z igrzyskami w Soczi, uśmiech z ust po tym turnieju, usuwać zapewne trzeba będzie operacją chirurgiczną, bo i niewątpliwie mają oni dość istotne powody do zadowolenia. Już w fazie grupowej, choć zdobyczą punktową się nie skalali, to jednak absolutnie wstydu nie przynieśli, ponosząc minimalne porażki. Potem jednak mieli swoje wielkie chwile w meczu przeciwko Szwajcarom, a i w ćwierćfinałowym boju bardzo dzielnie walczyli z Kanadyjczykami, psując im mnóstwo krwi i będąc naprawdę całkiem blisko sprawienia ogromnej sensacji. Na długo zapamiętam fantastyczną postawę w łotewskiej bramce Gudlevskisa oraz niespotykanie widowiskowy, brawurowy i wręcz heroiczny sposób, w jaki ocalił swój zespół od utraty gola obrońca Kristaps Sotnieks (niewykluczone, że kiedyś, po wielu latach, właśnie tylko ów wyczyn defensora z Rygi będzie żył jeszcze w katalogu mej pamięci, w szufladce pod hasłem: "hokej na igrzyskach Soczi 2014"). Austriackie trio zza Oceanu wsławiło się głównie specyficznym sposobem koncentrowania się przed decydującym meczem ze Słowenią, ale tak czy inaczej, muszę przyznać, że ogromne wrażenie robiła na mnie snajperska klasa Grabnera, który grając przecież w jednym z najsłabszych na tym turnieju zespołów, zdołał mimo wszystko uzbierać pokaźną liczbę trafień. Nieoczekiwaną i niekwestionowaną zarazem rewelacją olimpijskich zmagań była reprezentacja Słowenii. Zwycięski mecz przeciwko Słowakom wyszedł im niemal perfekcyjnie. Kopitar i spółka wznieśli się wówczas na prawdziwy szczyt swoich możliwości. Ale nadspodziewanie dzielnie walczyli oni również w meczach z Rosją, USA czy Szwecją. Austriaków rozstrzelali niemal bezlitośnie, sensacyjnie zapewniając sobie ćwierćfinał. Z tymi ostatnimi poległa na tym turnieju tylko Norwegia. Trudno jednak powiedzieć, by przyniosła ona swym kibicom wstyd na tych igrzyskach, a w meczu z Rosją czy Kanadą, jej gra momentami naprawdę mogła się podobać. Zresztą w ogóle należy podkreślić, że poziom zespołów biorących udział w soczijskim turnieju był bardzo wyrównany. Dawno już do lamusa odeszły czasy, gdy któraś z hokejowych potęg mogła sobie pozwolić na pastwienie się podczas igrzysk nad którąś ze słabszych drużyn, aplikując jej dwucyfrową różnicę bramek. Na rosyjskich taflach najwyższym zwycięstwem było 7:1, które już na dzień dobry Amerykanie zaserwowali... Słowacji. Mieliśmy też w Soczi jeden wynik zakończony bezbramkowym remisem w regulaminowym czasie gry oraz aż cztery spotkania, w których padła zaledwie jedna bramka.

Coraz częściej i coraz mocniej odzywają się niestety głosy, że turniej w Soczi, to szósty z rzędu, lecz zarazem być może, ostatni już taki zajazd hokejowej śmietanki pod szyldem pięciu olimpijskich kół. Dlatego tym bardziej należy docenić tę wspaniałą ucztę, którą przez ostatnich dwanaście dni mieliśmy możliwość się raczyć. Hokej na zimowych igrzyskach, z udziałem tych najlepszych z najlepszych, to niewątpliwie najwspanialsza światowa promocja i afirmacja tej pięknej, fascynującej i porywającej dyscypliny sportu. 

R.

piątek, 21 lutego 2014
Przełamując fale. Czy Amerykanom się uda? Czy Finowie zdołają?

Bywały całe, długie epoki w hokejowych dziejach, gdy każde zerknięcie na dzisiejsze, półfinałowe pary w oczywisty sposób pachniałoby nieuniknioną finałową rozgrywką o olimpijskie złoto pomiędzy zespołami Kanady i Szwecji. A jednak, zarówno amerykańscy, jak i fińscy, młodsi bracia swych niegdysiejszych, surowych nauczycieli lodowego rzemiosła spod znaku kija i krążka, wcale nie zamierzają oddawać im pola w piątkowych potyczkach i skrzętnie planują własny udział w meczu o najcenniejszy z kruszców, będących do zdobycia na zimowych igrzyskach. Czekają nas dziś zatem na soczijskich taflach dwa wspaniałe, hokejowe klasyki, a zarazem zapewne fascynujące sportowe widowiska na poziomie najwyższym z możliwych.

Przyznam szczerze, że zespół USA zrobił na mnie, jak dotąd, zdecydowanie najlepsze wrażenie spośród wszystkich ekip, uczestniczących na hokejowym turnieju olimpijskim, rozgrywanym w Rosji. Amerykanie grają naprawdę z polotem i niesłychanym zaangażowaniem, prezentując coś, co śmiało można by zdefiniować jako hokej totalny. Podopieczni Bylsmy są na tych igrzyskach niemal bliscy perfekcji. Przyznam się bez bicia, że pomimo, iż zespół spoza Europy, na igrzyskach rozgrywanych na Starym Kontynencie, sięgnął ostatnio po olimpijskie złoto aż 62 lata temu w Oslo, to jednak znakomita dyspozycja reprezentantów USA na rosyjskich taflach, skłoniła mnie nawet do tego, by po fazie grupowej, po raz pierwszy od dawna zaryzykować drobną kwotę mamony w trybach bukmacherskich młynów (dzieci, nie róbcie tego same, hazard to bardzo niebezpieczna zabawa) i postawić na ich końcowe zwycięstwo w turnieju. A przecież na tych igrzyskach, los ich wcale nie rozpieszczał. Najpierw trafili do 'grupy śmierci', a potem i w ćwierćfinale, i teraz w półfinale również przydzielono im rywali z najwyższej półki. To jednak nie przypadek, że Amerykanie pozostawili w pokonanym polu zespoły tej klasy, co Słowacja, Rosja czy Czechy. Teraz czeka ich konfrontacja z aktualnymi mistrzami olimpijskimi z Vancouver. Kanadyjczycy jednak przypominają nieco w Soczi głęboko uśpionego tygrysa, który niekoniecznie musi zdążyć przebudzić się na czas. Wygrali, co prawda, grupowe zmagania z Finami, ale męczyli się w meczach, w których absolutnie nie mieli prawa tego robić (przeciwko Norwegom czy Łotyszom) i jeśli podobnie niemrawą dyspozycję zaprezentują w boju o finał przeciwko Amerykanom, nie wróżę im łatwej przeprawy.

Gdy porówna się całościowy dorobek obu ekip na igrzyskach olimpijskich, czy mistrzostwach świata, nie ma wątpliwości, czyja gablotka mieni się większym blaskiem, bijącym od zdobytych trofeów. Kanadyjczycy aż ośmiokrotnie zdobywali olimpijskie złoto, dokładając do tego, cztery srebrne i dwa brązowe medale wywalczone na igrzyskach. Reprezentanci USA natomiast stawali na najwyższym olimpijskim podium dwukrotnie, zresztą czynili to tylko wówczas, gdy rzecz rozgrywała się na ich lodowiskach, w Squaw Valley (1960) oraz Lake Placid (1980). Ośmiokrotnie bywali też na olimpiadzie nagrodzeni srebrem i raz brązem. Na hokejowych mistrzostwach świata, Kanadyjczycy triumfowali aż 24 razy (wywalczając w latach 1920-32 aż sześć tytułów z rzędu), trzynastokrotnie zadowalali się wicemistrzostwem świata, a dziesięć razy zgarniali brąz i aż do początku lat 60. byli niekwestionowanym hegemonem światowego hokeja, oddając potem pałeczkę pierwszeństwa na mistrzowskich turniejach ekipie ZSRR. Dość powiedzieć, że na swe kolejne tytuły mistrzowskie, przyszło hokeistom spod znaku Klonowego Liścia czekać bardzo długo. Olimpijskie złoto wróciło do nich dopiero w 2002 roku, po oczekiwaniach trwających dokładnie pół wieku, a tytuł mistrza świata przytulili w 1994 roku, po upływie przeszło trzech dekad od momentu, gdy uczynili to poprzednim razem. Amerykanie natomiast uzyskiwali tytuł mistrza świata dwukrotnie, dziewięć razy zadowalali się wicemistrzostwem globu, a sześciokrotnie nagradzani bywali brązem. Na jeden z dwóch najcenniejszych kruszców podczas hokejowego mundialu, kibice w USA czekają już od 54 lat. Warto jednak pamiętać, że ze względu na bardzo ograniczony udział zawodników z NHL - hokejowym mistrzostwom świata daleko swym prestiżem do rozgrywek toczonych podczas igrzysk olimpijskich.

Hokeiści Kanady i USA po raz pierwszy w ważnych turniejowych okolicznościach skrzyżowali ze sobą kije na... letnich igrzyskach olimpijskich w Antwerpii. W półfinałowym spotkaniu, rozegranym 26 kwietnia 1920 roku, reprezentanci kraju uznawanego za ojczyznę i kolebkę hokeja na lodzie, po golach Fredricksona i Johanessona, pokonali USA 2:0. Cztery lata później, już na zimowej olimpiadzie we francuskim Chamonix, Kanadyjczycy wygrali 6:1. W 1932 roku na własnym lodzie, podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, reprezentanci Stanów Zjednoczonych, postawili się już rywalom bardzo mocno. Pierwszy mecz przegrali dopiero w dodatkowym czasie 1:2, a w drugim nawet trzy dogrywki nie przyniosły rozstrzygnięcia i spotkanie zakończyło się remisem 2:2. 26 lutego 1933 roku, w ścisłym finale rozgrywanych w Czechosłowacji mistrzostw świata, po trzynastu latach od pierwszej wzajemnej, konfrontacji o dużą stawkę, Amerykanom udaje się wreszcie, po raz pierwszy w historii, pokonać po dogrywce (2:1) na ważnym turnieju zespół Klonowego Liścia. Niespełna rok później, 11 lutego 1934 roku, drogi hokeistów obu ekip znów przetną się ze sobą w ścisłym finale mistrzostw świata, lecz na mediolańskiej tafli, pomimo uzyskania prowadzenia przez USA, ostatecznie po zwycięstwie 2:1 triumfować będzie Kanada. To ważna data, bo choć od tamtego czasu minęło dziesięć dni temu dokładnie 80 lat, Amerykanie i Kanadyjczycy już nigdy więcej nie zagrali ze sobą w meczu ścisłego finału mistrzostw świata. I choć już od bardzo dawna turnieje te odbywają się co roku, to na przełomie ostatniego stulecia, Amerykanom udało się zaledwie sześciokrotnie pokonać na nich odwiecznego rywala. Łupnia dostawali za to bardzo często, bo łącznie blisko pół setki razy. Niejednokrotnie były to porażki w zatrważających rozmiarach, takich jak choćby 2:16 (na MŚ w 1951 roku) czy 1:12 (MŚ '55 i '58). Choć warto przypomnieć, że ostatnie starcie na mistrzostwach z 2012 roku, wygrali po dogrywce właśnie Amerykanie (5:4).

Na olimpijskim szlaku dochodziło za to niejednokrotnie do zaciętych, wyrównanych bojów. Po nieznacznie przegranym przez USA 0:1 spotkaniu z 1936 roku na IO w Garmisch Partenkirchen, po wojnie jeszcze dwunastokrotnie obie reprezentacje stawały naprzeciw siebie podczas zimowych igrzysk. Do 1994 roku cztery te spotkania wygrali Kanadyjczycy (St. Moritz 1948 - 12:3, Innsbruck 1964 - 8:6, Grenoble 1968 - 3:2, Sarajewo 1984 - 4:2), w dwóch padł remis (Oslo '52 - 3:3, Lillehammer '94 - 3:3), a dwukrotnie triumfowali Amerykanie (Cortina d'Ampezzo '56 - 4:1, Squaw Valley '60 - 2:1).

Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, że nim u schyłku XX wieku, na zimowe igrzyska znów zaczęli przyjeżdżać zawodnicy najlepsi z najlepszych, rolę swoistego hokejowego mundialu, podczas którego można było zweryfikować rzeczywistą siłę poszczególnych narodowych ekip (gdyż grały tam one po prostu w swych najsilniejszych składach, opartych na jeżdżących po lodowiskach NHL graczach) pełnił turniej Canada Cup. To właśnie tam mogły stanąć naprzeciw siebie reprezentacje Kanady i USA w swym pełnym rynsztunku. Pomiędzy 1976 a 1991 rokiem odbyło się pięć takich turniejów, a zarazem siedem pojedynków kanadyjsko-amerykańskich. Trudno byłoby wyłowić spośród nich choćby jeden taki, który nie byłby porywającym, fascynującym i emocjonującym do granic możliwości, hokejowym spektaklem. Co prawda aż sześć z tych spotkań wygrał zespół Klonowego Liścia, a reprezentacji USA udało się zaledwie jeden z nich zremisować (w 1984 roku, 4:4), ale wszystkie te pojedynki były niezwykle wyrównane.

Gdy we wrześniu 1991 roku, Kanadyjczycy podczas finałowej rozgrywki, dwukrotnie pokonali USA (w Montrealu 4:1, w Hamilton 4:2), euforii w kraju Klonowego Liścia nie było końca.

W 1996 roku turniej Canada Cup został formalnie zastąpiony tworem o nazwie Puchar Świata, który ze względu na udział w nim całej hokejowej śmietanki, swym prestiżem bił oczywiście na głowę rozgrywane corocznie mistrzostwa świata. Turnieje World Cup odbyły się jednak zaledwie dwukrotnie - w 1996 oraz 2004 roku.

Na World Cup '96 hokeistom Kanady i USA przyszło skrzyżować ze sobą kije aż czterokrotnie, i aż trzykrotnie triumfowali wówczas Amerykanie! Najpierw w rozgrywkach grupowych, pokonali zespół Klonowego Liścia 5:3 (m.in. po dwa trafienia zaliczyli w tym spotkaniu Gretzky i Hull; ten ostatni zdobył piątą, przypieczętowującą zwycięstwo gospodarzy bramkę w ostatnich sekundach meczu). W pierwszym, niezwykle dramatycznym meczu finałowym na filadelfijskim lodowisku lepsi okazali się jednak być goście. Choć Le Clair na siedem sekund przed końcem regulaminowego czasu uratował Amerykanom remis, to jednak ostatecznie Kanadyjczycy wygrali 4:3, a decydującą bramkę zdobył dopiero w jedenastej minucie dogrywki niezawodny Steve Yzerman. Dwa dni później w Montrealu lepsi okazali się jednak reprezentanci USA, którzy zwyciężyli 5:2. W trzecim, decydującym i porywającym, finałowym pojedynku na montrealskiej tafli, Amerykanie, choć jeszcze na kilka minut przed końcem, po efektownym golu Adama Foote, przegrywali z gospodarzami 1:2, dzięki swemu fantastycznemu finiszowi (w ostatnich siedmiu minutach padło łącznie aż pięć goli!) oraz dwóm trafieniom uzyskanym w ostatnich czterdziestu sekundach spotkania, ponownie pogrążyli rywali w identycznych rozmiarach 5:2, triumfując w całym turnieju. Był to ogromny i niezwykle prestiżowy sukces amerykańskiego hokeja. Mam wciąż żywo przed oczami widok smutnego, zrezygnowanego Wayne Gretzkyego, przyglądającego się z boksu swego zespołu, szalonej euforii amerykańskich graczy po końcowej syrenie.

Osiem lat później, w montrealskiej hali, podczas drugiej i ostatniej edycji Pucharu Świata, Kanadyjczycy pokonają USA 2:1.

W Nagano w 1998 roku, rozpoczęła się dla hokeja na igrzyskach zupełnie nowa era. Wraz z pojawieniem się na olimpijskim turnieju wszystkich najlepszych graczy z NHL, hokejowy spektakl spod znaku pięciu olimpijskich kół nabrał posmaku wydarzenia absolutnie wyjątkowego, które pośród gier zespołowych można porównać chyba wyłącznie do futbolowego mundialu.

16 lutego 1998 roku, już podczas fazy grupowej, wyjechały do wzajemnej konfrontacji na japońskim lodzie, ekipy Kanady i USA naszpikowane największymi gwiazdami tej dyscypliny sportu. Z jednej strony Gretzky, Yzerman, Shanahan, Sakic, Recchi, z drugiej Hull, Tkachuk, Modano, Roenick. Kanadyjczycy, dyrygowani na lodzie przez największą legendę światowego hokeja - Wayne Gretzkyego okazali się tego dnia silniejsi od rywali. Na cztery trafienia Primeau (dwa gole), Zamunera i Sakica, skromną odpowiedź znalazł wyłącznie jeden z najskuteczniejszych snajperów w dziejach NHL - Brett Hull. Zespół Klonowego Liścia zwyciężył dość wyraźnie 4:1.

Cztery lata później, 24 lutego 2002 roku, stawką toczonego podczas igrzysk w Salt Lake City pojedynku odwiecznych rywali było już olimpijskie złoto. Oba zespoły w finałowym meczu znów zaserwowały nam niezapomniane, genialne widowisko, demonstrując hokej niemal z innej planety. Upragnione prowadzenie dla gospodarzy uzyskał Amonte, doprowadzając halę do euforii. Lodowe święto popsuł jednak Amerykanom Joe Sakic, który najpierw wyprowadził gości na prowadzenie 3:2, a 20 sekund przed końcem meczu, dobił USA, ustalając wynik finałowej rozgrywki na 5:2 dla Klonowego Liścia. Tego dnia, dowodzona na lodzie przez gwiazdy pokroju Mario Lemieux czy Yzermana, światowa ojczyzna hokeja, świętowała wywalczenie swego pierwszego od półwiecza, olimpijskiego złota.

Amerykanie postanowili zemścić się na słodko i 21 lutego 2010, podczas grupowej fazy olimpijskiego turnieju w Vancouver, popsuli radość z igrzysk gospodarzom imprezy, wygrywając z nimi 5:3. Choć na 3 minuty przed końcem meczu, Crosby sprawił swym trafieniem, że gospodarze igrzysk przegrywali już zaledwie jedną bramką, to jednak Ryan Kesler na 45 sekund przed końcową syreną zadał decydujący cios, posyłając krążek do pustej, kanadyjskiej bramki i ustalając wynik spotkania na 5:3 dla USA.

Siedem dni później, 28 lutego 2010 roku, obu zespołom znów przyszło skrzyżować ze sobą kije. Tym razem stawką było już olimpijskie złoto. Jonathan Toews i Corey Perry wyprowadzili gospodarzy na dwubramkowe prowadzenie. Kontaktową bramką odpowiedział Kesler, a na 25 sekund przed końcem finałowego spotkania, Zach Parise uciszył halę w Vancouver, wyrównując stan meczu na 2:2. Ostatnie słowo należało jednak do Kanadyjczyków. Gdy dochodziła ósma minuta dogrywki Sidney Crosby zdobył gola na wagę złota. Końcowy triumf, podobnie jak osiem lat wcześniej w Salt Lake City, stał się więc udziałem Kanadyjczyków. Warto też nadmienić, że wszystkich pięciu strzelców goli z finałowej potyczki w Vancouver, zobaczymy podczas dzisiejszej, półfinałowej batalii w Soczi, co z pewnością gwarantuje moc wrażeń.

Jak Kanadyjczycy dla Amerykanów, tak równie wymagającym starszym bratem i srogim nauczycielem hokejowego rzemiosła, byli niegdyś dla Finów, Szwedzi. Pierwsze wzajemne widzenia na lodowej tafli przyprawiały zapewne kibiców Suomi o porządny ból zębów. Rozpoczęło się podczas mistrzostw świata w 1949 roku od prawdziwego szwedzkiego potopu i porażki fińskich adeptów hokejowej sztuki aż 1:12. Dwa lata później było już nieco lepiej, bo tylko 3:11. Przez niemal dwie dekady scenariusz kolejnych, wzajemnych konfrontacji wyglądał mniej więcej tak samo – Szwedzi bili i patrzyli czy równo puchnie. Fińscy hokeiści solidnie obrywali, lecz obrywając postanowili przy tym nie próżnować i powolutku uczyli się nabywania umiejętności, jak sprawiać swym szwedzkim rywalom coraz więcej problemów na tafli. W 1959 roku na mistrzowskim turnieju udaje im się, po raz pierwszy w historii, zremisować z zespołem Trzech Koron 4:4. A po 21 latach od pierwszego fińsko-szwedzkiego pojedynku w meczu o stawkę, Suomi odnoszą wreszcie swe pierwsze historyczne zwycięstwo nad Ruotsi, jak nazywa się w Finlandii Szwedów. By smak zwycięstwa był jeszcze słodszy, fińscy hokeiści dokonują tego wyczynu w jaskini lwa, czyli podczas mistrzostw świata rozgrywanych na sztokholmskim lodowisku. Sensacyjne i efektowne zwycięstwo 3:1 rekompensuje Finom blisko dwie dziesiątki, poniesionych dotąd, często bardzo dotkliwych klęsk, podczas wzajemnych widzeń na lodzie. Dwa lata później, 12 marca 1972 roku, w trakcie igrzysk w Sapporo, hokeiści Suomi znów okażą się lepsi od Szwedów, wygrywając 4:3, a kilkadziesiąt dni później, wygrają również na praskich mistrzostwach 5:4.

Od lat 70. kiełkuje powoli nowy etap w dziejach lodowych zmagań pomiędzy reprezentacjami Finlandii i Szwecji. Choć Suomi wciąż jeszcze częściej przegrywają niż wygrywają w ważnych meczach ze swym potężnym sąsiadem, to jednak jest to już rywalizacja zdecydowanie bardziej wyrównana. Finom udaje się odnieść kilka niezwykle spektakularnych zwycięstw w tych najbardziej prestiżowych pojedynkach z ekipą Trzech Koron. W 1976 roku Suomi wygrywają z nimi mecz w Canada Cup 8:6, a wiosną 1985 roku, podczas mistrzostw świata w Pradze aż dwukrotnie gromią odwiecznych rywali 5:0 i 6:1. Wysoko wygrają również na wiedeńskich mistrzostwach dwa lata później (4:1). Podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, Calgary i Albertville aż trzy ich spotkania z rzędu kończą się remisem. Finowie triumfują za to 3:1 na lodowisku w Toronto, podczas rozgrywanego w 1991 roku turnieju Canada Cup.

10 maja 1992 roku na praskim lodowisku, Finom i Szwedom, po raz pierwszy w historii przychodzi zmierzyć się ze sobą w finale mistrzostw świata. Choć tydzień wcześniej, w rozgrywkach grupowych Suomi zwyciężają 3:1, w pojedynku o złoto górą będą Ruotsi, którzy wygrają 5:2.

Trzy lata później sytuacja się powtórzy. Tym razem jednak to Finowie będą górą. Ćwierć wieku po pierwszej, historycznej wiktorii odniesionej w jaskini szwedzkiego lwa, Suomi zdobędą Sztokholm aż dwukrotnie w trakcie jednego turnieju. Najpierw pokonają gospodarzy w rozgrywkach grupowych 6:3, a dwa tygodnie później, 7 maja 1995 roku, na lodowej tafli w stolicy Szwecji, pokonają w finałowym spotkaniu o mistrzostwo świata odwiecznych rywali 4:1. Bohaterem spotkania zostanie Ville Peltonen, który zdobędzie aż trzy pierwsze trafienia i będzie asystował przy golu na 4:0, którego uzyska Timo Jutila.

Szwedom i Finom bardzo przypadną do gustu cykliczne, co trzyletnie, wzajemne konfrontacje na finałowym szczeblu mistrzostw świata. Co ciekawe, wiosną 1998 roku, podczas światowego czempionatu na szwajcarskim lodzie, oba zespoły zmierzą się ze sobą aż trzykrotnie i łącznie padną w tych spotkaniach zaledwie... dwa gole, a żadnego z nich nie zdobędzie zespół Suomi. W rozgrywkach fazy grupowej Trzy Korony wygrają 1:0. W finałowym dwumeczu, rozegranym 16 i 17 maja 1998 roku na lodowisku w Zurychu, najpierw pada bezbramkowy remis, a nazajutrz Szwedzi, dzięki jedynemu trafieniu Tomberga na dziesięć minut przed końcem spotkania, zapewniają sobie triumf.

Po raz czwarty i ostatni, jak dotąd, Suomi i Ruotsi zmierzyli się w finale mistrzostw świata niespełna trzy lata temu. 15 maja 2011 roku, na tafli w Bratysławie, aż do 40 minuty meczu Finlandia przegrywała tę potyczkę 0:1, by ostatecznie, w końcowych dwudziestu minutach spotkania, zdecydowanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i efektownie rozgromić Szwedów aż 6:1! Immonen, Nokelainen, Kapanen, Pesonen, Pyorala, Philstrom ładowali kolejno gumowy krążek do bramki rywala.

Co warte podkreślenia, łącznie aż piętnastu hokeistów z tamtego finałowego spotkania (dziewięciu Finów i sześciu Szwedów) wyjedzie dziś zapewne na lodowisko w Soczi, by powalczyć o olimpijski finał.

Od momentu, gdy w igrzyskach biorą udział najlepsi hokeiści z NHL, aż do dzisiejszego piątku, reprezentanci Finlandii i Szwecji trzykrotnie skrzyżowali ze sobą kije na olimpijskich turniejach. 18 lutego 1998 roku, podczas ćwierćfinałowej potyczki w Nagano na dwa trafienia fińskiego supersnajpera Teemu Selanne, odpowiedział tylko Peter Forsberg, strzelając dwanaście sekund przed końcem spotkania kontaktową bramkę. Spośród dwóch legendarnych graczy NHL, którzy stanęli wówczas przeciwko sobie na lodzie, to Jari Kurri triumfował więc nad Matsem Sundinem. Co ciekawe, w tamtym, rozegranym aż przed ponad szesnastu laty pojedynku, obok Selanne, wystąpił również inny hokeista, który będzie miał dziś okazję zagrać w półfinałowym boju na tafli w Soczi - Szwed Daniel Alfredsson.

Osiem lat po ćwierćfinałowej batalii z Nagano, 26 lutego 2006 roku, na lodowisku w Turynie Suomi i Ruotsi spotykają się w wielkim olimpijskim finale. Początek jest wymarzony dla Finów. Na skutek pięknej bramki Timmonena kończą oni pierwszą tercję prowadząc 1:0. W drugiej odsłonie Zetterberg i Kronwell wydzierają Suomi upragnione złoto. Nadzieję przywraca im przytomne, wyrównujące trafienie Peltonena, lecz dziesięć sekund po rozpoczęciu ostatniej tercji Lidstroem, swym znakomitym strzałem z dystansu przesądzi o końcowym triumfie Szwedów 3:2. Finowie nigdy dotąd nie byli tak blisko olimpijskiego złota, jak wówczas na turyńskiej tafli, lecz znów musieli obejść się smakiem. Na najcenniejszy z kruszców polują na igrzyskach do dziś. Warto również nadmienić, iż w pamiętnym olimpijskim, turyńskim finale sprzed ośmiu lat, wystąpiło łącznie aż ośmiu graczy, których zobaczymy dziś zapewne na soczijskim lodzie. Poza Selanne i Alfredssonem, są to również: Timmonen i O.Jokinen u Finów oraz Lundqvist, Kronwall, Zetterberg i D.Sedin u Szwedów.

  

Ostatni jak dotąd szwedzko-fiński pojedynek, który odbył się pod szyldem pięciu olimpijskich kół, rozegrany został cztery lata temu w Vancouver. Tam, jeszcze w fazie grupowej, zespół Trzech Koron dość gładko rozprawił się z Finlandią w stosunku 3:0.

Również ostatnie ważne spotkanie o stawkę, z udziałem obu ekip - zeszłoroczny, sztokholmski bój o finał mistrzostw świata, wygrali Szwedzi 3:0. A nazajutrz sięgnęli na swym lodowisku po złoto i noszą obecnie zaszczytny tytuł aktualnych mistrzów świata.

Gdyby spojrzeć na całościowy dorobek obu ekip, podobnie jak Kanadyjczycy Amerykanów, również i Szwedzi wciąż jeszcze biją Finów na głowę. Dwa olimpijskie złota, dwa srebra, sześć brązów, a do tego aż dziewięć tytułów mistrza świata i dziewiętnaście wicemistrzowskich na koncie Trzech Koron, a przede wszystkim, przeszło dwukrotnie większa ilość zwycięstw odniesionych nad Finlandią w bezpośrednich starciach na ważnych turniejach - robi wrażenie. Również i na turnieju w Soczi Szwedzi grają naprawdę znakomicie. Finowie są jednak niesłychanie głodni najcenniejszego z hokejowych trofeów, którym jest olimpijskie złoto, a którego nigdy, jak dotąd, nie dane im było posmakować. Ten głód sukcesu, w połączeniu ze szczególnym ładunkiem motywacyjnym, jaki w obu opisanych przypadkach, wyzwalają zawsze w zespołach Suomi i USA spotkania, rozgrywane przeciwko swym dawnym nauczycielom hokejowej sztuki, a przede wszystkim, znakomita dyspozycja prezentowana i przez Finów, i przez Amerykanów podczas obecnych igrzysk, sprawiają, że żaden z tych zespołów, w swej walce o spełnienie złotego, olimpijskiego marzenia, absolutnie nie stoi na straconej pozycji. Wszystko to daje nam chyba gwarancję doświadczenia dziś ogromnej dawki hokeja na poziomie najwyższym z możliwych. Wydaje mi się przy tym, że w niedzielnym olimpijskim finale, na tafli w Soczi, nie zmierzą się ze sobą Kanada i Szwecja. Choć oczywiście mogę się mylić ;) Za kilkanaście godzin wszyscy będziemy znacznie mądrzejsi :)

środa, 19 lutego 2014
Rosyjsko-fińska wojna zimowa na hokejowej tafli

Gdy u zmierzchu 1939 roku ojczulek Stalin wysyłał z przyjacielską wizytą do Finlandii swą czerwoną zarazę na czołgach, spodziewał się łatwego i szybkiego sukcesu. Przeliczył się jednak wręcz niebywale, a nieudana 'wojna zimowa' sporo go kosztowała. Znacznie łatwiej szło już za to, przez całe dekady, zwyciężanie swych fińskich rywali, sowieckim hokeistom. Na lodowych taflach, reprezentanci ZSRR upokarzali Suomi bardzo regularnie, bardzo długo i bardzo boleśnie. Tamte czasy odeszły jednak już dawno do lamusa. Dzisiejszym wczesnym popołudniem, gospodarzy igrzysk w Soczi czeka zacięty bój, a nas wszystkich być może kolejna, niezapomniana hokejowa uczta z udziałem obu zespołów, podczas której zdarzyć się może dosłownie wszystko.

Pierwsze hokejowe kroki na międzynarodowej arenie Finowie zaczęli stawiać znacznie wcześniej niż nasi wschodni sąsiedzi, lecz były one dla nich bardzo niełatwe. W lutym 1939 roku reprezentanci Suomi po raz pierwszy stanęli w szranki na turnieju o mistrzostwo świata. Podczas imprezy rozgrywanej w Szwajcarii, na dzień dobry dostali porządny łomot od reprezentantów Trzeciej Rzeszy 1:12, a potem przegrali też swe wszystkie cztery pozostałe spotkania. Po dziesięciu latach, w 1949 roku, Finowie znów rywalizowali o hokejowe mistrzostwo globu, dostając srogie, dwucyfrowe nauczki od Szwecji (1:12) czy Czechosłowacji (2:19), ale i odnosząc swe pierwsze zwycięstwo na światowym czempionacie, pokonując Norwegów 7:3. Od 1957 roku, reprezentanci Finlandii wystąpili na wszystkich kolejnych turniejach o mistrzostwo świata, lecz bardzo długo nie odgrywali w nich jakiejkolwiek poważniejszej roli.

W przeciwieństwie do hokeistów ZSRR, którzy na międzynarodową arenę wkroczyli z przytupem w 1954 roku, już na dzień dobry zdobywając mistrzostwo świata. Aż po kres istnienia Kraju Rad, jego hokejowi przedstawiciele będą niekwestionowanym supermocarstwem w tej lodowej dyscyplinie sportu i nigdy nie zejdą poniżej brązu na wielkich turniejach, w których wezmą udział. Aż 22 razy wywalczą mistrzostwo świata, a siedmiokrotnie sięgną też po olimpijskie złoto.

Po raz pierwszy w meczu o poważną stawkę, hokejowe szlaki Finlandii i ZSRR krzyżują się ze sobą, właśnie podczas debiutanckich, a zarazem zwycięskich dla drużyny sowieckiej, mistrzostw z 1954 roku. Na francuskim lodowisku, zawodnicy radzieccy pokonują wówczas Suomi 7:1. Przez następne 34 lata oba zespoły rozegrają ze sobą jeszcze łącznie aż 43 mecze o punkty na wielkich turniejach i zaledwie dwukrotnie uda się Finom przegrać w mniejszych rozmiarach aniżeli różnicą trzech goli! Aż dziesięciokrotnie natomiast notują po stronie strat bramkowych wartości dwucyfrowe, z których najpokaźniejszą jest ta z mistrzostw świata z 1970 roku, o przykrym dla Suomi brzmieniu 1:16. Trudno więc dziwić się euforii mieszkańców Finlandii, gdy po całych dekadach bolesnych upokorzeń w licznych konfrontacjach z radziecką, lodową machiną, podczas igrzysk w Calgary, 28 lutego 1988 roku, ich reprezentacja, po decydującym trafieniu Erkki Lehtonena, uzyskanym na równo sto sekund przed końcem spotkania, wreszcie po raz pierwszy w historii, pokonuje na wielkim turnieju odwiecznego rywala 2:1. Dodatkowo, tym zwycięstwem, Finowie, niemal rzutem na taśmę zdobywają swój pierwszy, poważny, hokejowy medal.

Opromienieni przywiezionym z kanadyjskich lodów, olimpijskim srebrem, reprezentanci Suomi powoli wkraczają w przedświt swej pięknej, hokejowej epoki. Wiosną 1992 roku dołożą do powiększającej się powoli kolekcji łupów, kolejny srebrny kruszec, wywalczając podczas rozgrywanego u naszych południowych sąsiadów turnieju, swój pierwszy w historii medal mistrzostw świata. To już drugie, zdobyte przez nich srebro w okresie ostatnich czterech lat. Jeszcze kilkukrotnie, aż do końca istnienia na mapie Europy, groźnego Czerwonego Smoka, będą musieli uznawać wyższość graczy ZSRR w meczach o stawkę, ale nigdy nie będą to już bezlitosne pogromy, jak drzewiej bywało.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego, zespoły Finlandii i Rosji po raz pierwszy krzyżują ze sobą kije, w ważnych turniejowych okolicznościach, podczas igrzysk w Lillehammer w 1994 roku. Tu reprezentanci Suomi odbijają sobie z nawiązką na spadkobiercach hokejowej czerwonej potęgi i rozgniatają rywali aż dwukrotnie, wygrywając najpierw 5:0, a potem, w meczu o brązowy medal 4:0. Gablotka na medale zapełnia się w następnych latach coraz bardziej. Naród, który na hokejowy kruszec czekał blisko pół wieku, teraz w przeciągu dwóch dekad z haczykiem (1988-2011) wywalczy łącznie aż 16 medali! Dwukrotnie sięgnie po mistrzostwo świata (1995, 2011), sześciokrotnie po wicemistrzostwo globu (1992, 94, 98, 99, 2001, 2007), dwukrotnie po olimpijskie srebro (1988, 2006), trzykrotnie olimpijski brąz (1994, 98, 2010) oraz trzykrotnie brąz na mistrzostwach świata (2000, 06, 08). Jak doskonale widać brakuje tu tylko najważniejszego z olimpijskich trofeów.

Hokeiści rosyjscy natomiast, odkąd u początku lat 90. zaczęli występować jako samodzielna reprezentacja, zdecydowanie musieli zapomnieć o marzeniach zdominowania światowych lodowisk na miarę ekipy radzieckiej z okresu jej złotej epoki. Rosjanie, w ostatnich dwóch dekadach sięgnęli co prawda czterokrotnie po mistrzostwo (1993, 2008, 09, 12) i dwa razy po wicemistrzostwo świata (2002, 2010), zdobywając ponadto wicemistrzostwo olimpijskie (1998) czy olimpijski brąz (2002), lecz przytrafiały im się również i takie występy, jak ten na światowym czempionacie, którego byli gospodarzami w 2000 roku, kiedy to zajęli dopiero jedenaste miejsce, czy w 2004 roku, gdy uzyskali dziesiątą lokatę.

Powróćmy jednak do bezpośrednich starć obu ekip. Od momentu, gdy Finowie mierzą się już nie z ZSRR, lecz z samodzielną reprezentacją Rosji bilans ich wzajemnych batalii przebiega w sposób niemal doskonale wyrównany. Na turniejach mistrzostw świata oba zespoły potykały się ze sobą piętnastokrotnie i solidarnie rozstrzygnęły na swoją korzyść po siedem spotkań, jedno kończąc remisem. Wiele z nich rozgrywanych było na szczeblu ćwierć lub półfinałowym. Wiele z nich znajdowało również swe rozstrzygnięcie dopiero po dogrywce lub w karnych. Ale były i takie spotkania, jak to wygrane  przez Finlandię na MŚ w 2004 roku 4:0, czy dla odmiany, to z 2008 roku, gdy tym razem Rosjanie triumfowali 4:0. Natomiast podczas zeszłorocznego czempionatu, w bezpośrednim starciu górą była Finlandia, która pokonała Rosję 3:2.

Warto jednak w sposób szczególny przyjrzeć się pojedynkom rosyjsko-fińskim na turniejach olimpijskich, od czasu, gdy na igrzyskach mogą wreszcie barć udział również wszyscy najlepsi hokeiści z NHL, bo one dadzą nam prawdziwy podgląd tego, czego możemy się dziś spodziewać na tafli w Soczi. Począwszy zatem od 1998 roku, Finowie i Rosjanie spotkali się dotąd na lodowisku w rozgrywkach pod szyldem pięciu kół olimpijskich czterokrotnie, dzieląc się zwycięstwami znów sprawiedliwie i po równo. Niewątpliwie natomiast cechą wspólną, łączącą te cztery odsłony fińsko-rosyjskich lodowych zmagań, jest bezsporny fakt, iż wszystkie one były widowiskami porywającymi i niezapomnianymi.

Oba fascynujące starcia naszpikowanych gwiazdami zespołów (Bure, Fiedorow, Jaszyn, Kurri, Tikkanen), podczas igrzysk w Nagano, przechylili na swoją korzyść Rosjanie. Najpierw w rozgrywkach grupowych, 15 lutego 1998 roku pokonali Suomi 4:3, choć ci prowadzili już nawet 3:1.

Zaledwie pięć dni później w boju o finał, dzięki fenomenalnie grającemu tego dnia Pawłowi Bure, Rosja prowadziła już 3:0, lecz Helminen, Rintanen i Selanne podnieśli swój zespół z kolan, doprowadzając do remisu. Na trafienie Żamnowa, odpowiedział Koivu, lecz nieuchwytny niczym błyskawica Bure był na japońskiej tafli bezlitosny dla rywali. Strzelił tego wieczoru łącznie aż pięć goli i zapewnił swej drużynie finał kosztem Suomi.

Cztery lata później, podczas igrzysk w Salt Lake, Paweł Bure znów ma zamiar pogrążyć Finów. Szybko strzela im gola, lecz tym razem Selanne, Eloranta i Lehtinen, nie zamierzają zadowalać się drugoplanową rolą i odwracają losy spotkania, dając swej drużynie bezcenne zwycięstwo 3:1 nad Rosją.

Wreszcie 24 lutego 2006 roku na turyńskiej tafli, w boju o olimpijski finał, Finowie, po golach Peltonena, Lydmana, Koivu i O.Jokinena deklasują Rosjan, pewnie wygrywając 4:0.

Wypada również nadmienić, że spośród graczy, których zobaczymy dziś na lodowisku w Soczi, tylko Teemu Selanne, zaliczający właśnie swoje szóste igrzyska, zagrał we wszystkich czterech wspominanych tu pojedynkach z Nagano, Salt Lake City oraz Turynu.

Gorąco zachęcam do tego, aby raz jeszcze (choćby w wielkim skrócie - dzięki zamieszczonym powyżej filmikom), przypomnieć sobie i przeżyć te fantastyczne hokejowe uczty, jakie zaserwowali nam w przeszłości gracze obu ekip na olimpijskich taflach, gdyż zawierają one w sobie niespotykany wręcz ładunek najpiękniejszych sportowych emocji, które są w stanie porwać nawet tych, którzy niekoniecznie fascynują się hokejem na co dzień. Ale jeszcze goręcej zachęcam do tego, by nie przegapić dziś swej szansy na uczestnictwo w naprawdę pasjonującym spektaklu, którym być może znów zechcą obdarować nas hokeiści reprezentacji Rosji i Finlandii, jak mają to od lat w swoim zwyczaju. Spodziewajmy się wszystkiego, co w tej dyscyplinie najlepsze i najpiękniejsze. Szansa, że się zawiedziemy jest naprawdę niewielka.

R.