Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 18 listopada 2014
Helweci, 20 lat wcześniej

Choć dzisiejsza reprezentacja Szwajcarii to naprawdę drużyna na światowym poziomie, to ja i tak największą sympatią darzę ekipę, która 20 lat temu zagrała na MŚ 1994.

Już sam fakt, że Helweci pojechali do USA był sporym zaskoczeniem. Poprzednią bowiem imprezą, w której wzięli udział był mundial w 1966 roku (zarówno w Anglii, jak i cztery lata wcześniej w Chile przegrali jednak wszystkie mecze). Poziom wygłodzenia był więc w alpejskim kraju naprawdę duży, gdy w styczniu 1992 roku trenerem kadry - w miejsce słynnego Niemca Uliego Stielke - został Anglik Roy Hodgson. Miał on już wówczas na koncie piękną kartę trenerską w Szwecji oraz dwa lata solidnej pracy w szwajcarskim Neuchatel Xamax.

Kadra pod jego dowodzeniem radziła sobie kapitalnie. W eliminacyjnym rankingu ustąpiła w tabeli tylko Włochom (2:2 i 1:0!),

a wyprzedziła Portugalię, silną wówczas Szkocję, Maltę i Estonię.

W Stanach Zjednoczonych Szwajcarzy trafili na wyrównaną grupę - z gospodarzami, bardzo silną Rumunią i typowaną do medalu Kolumbią. Helweci poradzili sobie jednak wybornie. W meczu otwarcia zremisowali z USA (1:1). W kolejnym spotkaniu efektownie rozbili Rumunię (4:1).

Helweci grali szybko, dynamicznie i pomysłowo. Mieli indywidualności, dobre stałe fragmenty i opracowane różne schematy gry. Bardzo solidna drużyna z aspiracjami na robienie niespodzianek.

Dopiero w ostatnim, niewiele znaczącym spotkaniu ulegli wracającym do domu Kolumbijczykom (0:2). Ta porażka okazała się jednak złym znakiem. W 1/8 finału egzekucji na Helwetach dokonali Hiszpanie. Gładko pokonali ich 3:0.

Potem Roy Hodgson awansował jeszcze ze swoimi podopiecznymi na EURO 1996, ale w listopadzie 1995 roku odszedł do Interu Mediolan. Pół roku później, w czerwcu 1996, Szwajcaria prowadzona już przez Portugalczyka Artura Jorge zaliczyła bardzo kiepski start na imprezie (ostatnie miejsce w grupie).

Miałem swoich ulubionych zawodników w drużynie z MŚ 1994.

Długowłosy Alain Sutter trafił później do Bayernu Monachium, Freiburga i amerykańskiego Dallas Burn. Szybki, ofensywny i silny. Z racji urody Adonisa wzdychała do niego kobieca część publiki. Znany był także z protestów i wystąpień proekologicznych. Oto jego strona internetowa.

Bramki Szwajcarów strzegł Marco Pascolo - solidny na mundialu, ale wyróżniający się raczej pstrokatą bluzą, a później bez sukcesów próbujący podbić ligę włoską (Cagliari) i angielską (Nottingham)

Grający z "10" Ciriaco Sforza był prawdziwym technicznym wirtuozem, którego grę można było jeszcze długo podziwiać w Kaiserslautern i Bayernie. Poczytacie o nim tutaj.

W ataku wreszcie buszowały dwa lisy pola karnego występujące w Bundeslidze - Stephen Chapuisat (ponad 100 goli dla Borussii Dortmund) i Adrian Knup (VfB Stuttgart, później też Karlsruher). Ich specjalność to wpychanie piłki do siatki głową, wślizgiem i plecami.

Dzisiaj z Polską zagrają też ciekawi zawodnicy, no, ale to już nie to, co kiedyś:)

P.

Czytaj także:

Mój mundial - MŚ 1994

wtorek, 11 listopada 2014
Piłkarskie salwy biało-czerwonej niepodległości

Dzień Niepodległości od małego kojarzy mi się przede wszystkim z migającymi w telewizji defiladami wojskowymi oraz zajadanymi po poznańsku rogalami marcińskimi. Zdarzało się jednak nieraz, że smakowitym dodatkiem do tego zestawu były także rozgrywane w okolicach naszego święta narodowego mecze reprezentacji Polski.

Dokładnie 11 listopada trzy lata temu sposobiąca się do EURO 2012 kadra prowadzona przez Franciszka Smudę zmierzyła się we Wrocławiu z Włochami. Właśnie kończyłem sprzątać po rodzinnej imprezie, gdy Mario Balotelli popisał się pięknym trafieniem. W drugiej połowie gola dorzucił też Pazzini.

Pewnie zapomniałbym szybko o tych zawodach, gdyby nie Jakub Błaszczykowski i spudłowany przez niego rzut karny w 85. minucie. Fakt, że Kuba się pomylił doprowadził do największej kompromitacji w dziejach powojennej prasy sportowej. Oto bowiem "Przegląd Sportowy" następnego dnia zaprezentował na swojej pierwszej stronie... radującego się Błaszcza... w koszulce kadry... bez godła... ale ze znaczkiem Nike. Wykupczona dużo wcześniej okładka okazała się żałosną kompromitacją, zarówno dla gazety, jak i dla firmy. Pisaliśmy o tym tutaj.

Dwa ciekawe mecze rozegrano także w wigilię Dnia Niepodległości, czyli 10 listopada. W 1996 roku biało-czerwoni pod wodzą Antoniego Piechniczka w mękach wywalczyli skromne zwycięstwo nad kaszlącą Mołdawią (2:1). Szok był spory, bo po dobrym meczu na Wembley kibica oczekiwali egzekucji przeciwnika.

Znowu jednak - zawody pewnie zatarłyby się gdzieś w pamięci, gdyby nie legendarny pomeczowy wywiad Jacka Laskowskiego z trenerem naszej drużyny. Obejrzyjcie koniecznie!

Drugi ciekawy mecz z 10.11 to towarzyskie spotkanie Słowacja - Polska (1:3) z 1998 roku. Janusz Wójcik puścił wtedy w bój jedenastkę zawodników drugiego planu, którzy w rozpoczętych dopiero eliminacjach EURO 2000 jeszcze za dużo nie pograli. Tym sposobem w składzie znaleźli się Bogusław Wyparło, Kazimierz Węgrzyn czy Ryszard Czerwiec, a z ławki wszedł dzisiejszy asystent Adama Nawałki - Bogdan Zając. W spotkaniu debiutowali w kadrze dwaj późniejsi etatowi reprezentanci - Maciej Żurawski i Bartosz Karwan. Ich występ przyćmił jednak inny debiut. Piotr Reiss, podobnie jak w każdym innym swoim debiucie, także i w tym strzelił gola. Dwa ładne trafienia dorzucił też Wojciech Kowalczyk. Polacy wygrali po fajnym, choć rozgrywanym w błocie, meczu.

Pamiętne zawody rozegrano także dzień po obchodach święta, czyli 12 listopada. Tego właśnie dnia, w 2003 roku, reprezentacja Polski po fantastycznym meczu pokonała reprezentację Włoch (3:1). Gole dla biało-czerwonych strzelili Bąk, Kłos i Krzynówek, a dla naszych przeciwników trafił debiutujący wówczas w dorosłej reprezentacji Antonio Cassano.

Wspomnieć wypada, że Włosi tego dnia pogrążeni byli w żałobie po śmierci 26 swoich żołnierzy po samobójczym ataku na kwaterę włoskiej policji w Iraku.

Sporo meczów rozegranych było także w kolejnych dniach - 13 (2005: Polska - Ekwador 3:0) albo 14 listopada (2009: Polska - Rumunia 0:1; 2012: Polska - Urugwaj 1:3), ale to już temat na inną opowieść.

Patrzę na te spotkania, wspominam z przyjemnością i tak sobie myślę, że gdyby 11 listopada organizować zawsze jakiś fajny mecz Polski kadry (choć wiem, że technicznie to trudne), to być może rokrocznie nie płonęłoby pół Warszawy, a ludzie zjednoczyliby się wokół swojej reprezentacji.

P.

piątek, 07 listopada 2014
Czy chcemy krwi na ochraniaczach?

Czytając o kolejnym brutalnym faulu i pozostając jeszcze w temacie krążących po sieci zdjęć faulu, a później dziury w nodze Roberta Lewandowskiego, warto sobie zadać pytanie czy publiczność faktycznie się na te faule oburza czy też traktuje je jako trwały - efektowny! - element ubarwiający widowisko piłkarskie.

W tym kontekście przypomniał mi się fragment "Technologii i sportu" - sorry za autoreklamę, ale to naprawdę świetna pozycja:) - dotyczący obecności ochraniaczy w sporcie:

Frank Gifford, jedna z gwiazd futbolu amerykańskiego, tak mówił o swojej dyscyplinie: „futbol jest jak wojna atomowa. Tam nie ma zwycięzców. Są tylko ci, którzy przeżyli” [za: Ross op. cit., s. 52]. Pomijając spektakularność tej tezy, to z pewnością sygnalizuje ona skalę zagrożeń czekających na osobę profesjonalnie uprawiającą sport. Dlatego niezwykle ważna staje się ochrona ciała zawodnika. W tym właśnie celu wykorzystywane są wszelkiej maści hełmy, kaski, ochraniacze, rękawice i inne dodatkowe elementy ubioru. Analizując charakter tych artefaktów należy zwrócić uwagę na ich kulturowy wymiar. Sama obecność tego typu przedmiotów stawia bowiem pod znakiem zapytania założenie umowności sportu. Oznacza ona bowiem, że skulturalizowana i fikcyjna walka między sportowcami dzieje się jednak naprawdę. Tym samym wszelki sprzęt chroni konwencjonalność sportu - stanowi bufor między tym co umowne, a tym co rzeczywiste.

Takie formy zabezpieczania były znane już w starożytności. W oparciu o to jakiego typu sprzętem ochronnym (tarcza, hełm, naramienniki) dysponował gladiator do takiej konkurencji był klasyfikowany [McClelland 2007, s. 67]. Konieczność odpowiedniego wyposażenia dostrzegano również w wyścigach zaprzęgów. Woźnica (auriga) nie tylko miał wspominaną już tunikę bez rękawów, ale również gruby skórzany czepek przypominający dzisiejszy kask oraz zakrzywiony nóż, żeby w razie karambolu móc przeciąć cugle [Osterloff op.cit., s. 60]. W średniowieczu walczący na szpady zawodnicy zakładali grube rękawice mające chronić ich dłonie, a osoby grające w hokeja w XIX wieku po prostu grubo się ubierały, aby zneutralizować potencjalne uderzenie krążkiem lub kijem. Ochrona ciała pozostawała więc czymś intuicyjnym, ale jednocześnie coraz silniej urefleksyjnianym.

Wśród sprzętu ochronnego można wyróżnić trzy główne grupy: hełmy i kaski, odzież ochronną oraz takie dodatkowe wyposażenie ubioru jak naramienniki i rękawice.

Szczególnie ważnym segmentem pozostaje ta pierwsza grupa. Logika jej funkcjonowania odzwierciedla bowiem obecne również w pozostałych dwóch segmentach odwieczne dążenie technologii do zapewnienia sportowcom maksymalnego bezpieczeństwa przy jak największej poręczności (usability) sprzętu. Analiza kasków motocyklowych, rowerowych, narciarskich czy hokejowy pokazuje, że kluczowymi ich parametrami są właśnie trwałość (amortyzacja uderzeń, buforowanie zagrożeń, odporność na zniszczenie) oraz ich równoczesne dopasowanie do warunków uprawiania określonej dyscypliny (lekkość, aerodynamiczność, dobra widzialność). Podobnie rzecz się ma także z kamizelkami szermierzy czy rękawicami motocyklistów – mają one zabezpieczać ciało sportowca przed urazami, ale nie powinny też krępować jego ruchów i utrudniać mu rywalizacji. Sprzęt ma więc z jednej strony chronić sportowca, ale jednocześnie nie przeszkadzać mu w rozgrywce. Dlatego właśnie hełmy i kaski stanowią niezwykle cenny poligon doświadczalny, gdy chodzi o technologiczne poszukiwania materiałów niezwykle wytrzymałych, ale zarazem lekkich i nieobciążających zbytnio ich użytkowników. Obecnie w większości kasków stosowane jest łączenie kevlaru z grafitem – materiałów łączących obie te pożądane cechy. Z sytuacji tej korzysta np. instytucja wojska, które cały czas przenosi na swój grunt udoskonalenia związane właśnie z hełmami sportowymi. 

Jednocześnie obszar bezpieczeństwa zawodnika staje się często przestrzenią ścierania się interesów zawodników i mediów. Tym pierwszym zależy na jak najlepszej ochronie swojego zdrowia. Dla tych drugich natomiast okrucieństwo i przemoc związane z kontuzjami i urazami stanowi jedną z głównych strategii przyciągania uwagi odbiorców. Zjawisko to analizuje Jennings Bryant: "Rapaport badał, co jest normą w jedynej swego rodzaju metodzie powiększania przyjemności widza oglądającego mecze – w powtórkach. Jeden z jego wniosków brzmi, iż szefowie kanałów telewizyjnych postępują tak, jakby wyznawali teorię, iż oglądanie (i oglądanie powtórne) szczególnie brutalnych zagrań znacznie intensyfikuje przyjemność widza – wyjątkowo duża część powtórek dotyczy bowiem najostrzejszych i najbrutalniejszych momentów rozgrywki" [Bryant 2003, s. 160].

W tym samym jednak czasie, obcowanie z przemocą w sporcie stanowić ma dla jej obserwatorów bardzo ważne źródło czerpania przyjemności: "Jednakże dla podsumowania odnotujmy, że aby wyjaśnić, dlaczego przemoc w sporcie jest aż tak popularna, podaje się na ogół jedną z trzech teorii. Argumentem przytaczanym najczęściej, zwłaszcza przez laików i dziennikarzy prasy wielonakładowej, jest argument symbolicznej katharsis. W ujęciu tym przemoc w sporcie stwarza widzom doskonałą możliwość uwolnienia się od destrukcyjnej energii dzięki utożsamianiu się ze sportowymi herosami, którzy niejako zamiast nich dokonują aktów agresji pod płaszczykiem „gry”. Uważa się, iż to oczyszczenie przynosi ulgę, która jest przyjemna. Im brutalniejsza przemoc, tym większa ulga, a tym samym przyjemność. Po drugie, sądzi się, że przemoc w sporcie stanowi dla widzów idealny środek zapewnienia sobie siły i dominacji, znajdują się bowiem oni u boku herosa, który „pozwala” przeciwnika zdobywając mistrzostwo i władzę przez prawomocną grę. Ekstremalna przemoc symbolizuje potężną dominację, która z tego punktu widzenia jest czymś szalenie przyjemnym. Dlatego im bardziej bezwzględna rozgrywka, tym większa przyjemność. Trzecie częste uzasadnienie wynika z tez teorii rozrywki, według której współzawodnictwo i konflikt są sercem oraz dyszą dramatu. Wydaje się, że najróżniejszego rodzaju konflikty podobają się nam w prawie wszystkich gatunkach popularnej rozrywki, a telewizyjne programy sportowe są nią na pewno. Przemoc w sporcie to konflikt w wydaniu ekstremalnym, który pokazuje widzom, iż aktorzy tego reality show dają z siebie wszystko, by zwyciężyć, choćby kosztem poważnej kontuzji. Im bardziej zażarta rywalizacja, tym wyraźniejsza wskazówka, że walczy się do upadłego, i tym większe dramat oraz przyjemność" [ibidem, s. 167]. 

Napięcie między zdrowiem sportowców a atrakcyjnością przemocy można obserwować na przykładzie świata boksu. Tam jedną z granic oddzielających boks amatorski od zawodowego jest stopień ochrony ciała zawodnika. W przypadku tego pierwszego używa się rękawic cięższych i bardziej miękkich, w tym drugim lżejszych (zarazem szybszych) i twardszych (mniejsza waga rękawic wynika z mniejszej ilości miękkiego materiału ochronnego wyścielającego wnętrze rękawicy). Używanie kasków ochronnych zabezpieczających głowę jest obowiązkowe wyłącznie w boksie amatorskim we wszystkich walkach i na każdych zawodach, ale to w boksie zawodowym sportowcom towarzyszy lekarz wraz z całym sztabem medycznym. Wreszcie w boksie amatorskim walki trwają cztery rundy, po dwie minuty każda, natomiast w zawodowym kontraktuje się ja na określoną liczbę rund (maksymalnie dwanaście). Opierające się podobnym mechanizmie przykłady możemy znaleźć również w kontekście sportów motorowych czy samochodowych.

Sytuacja ta pokazuje, że formuła profesjonalnego widowiska sportowego obok spektakularnych zwycięstw musi zawierać w sobie również nie do końca kontrolowaną przez organizatorów dawkę okrucieństwa. W konsekwencji współczesny sport realizuje logikę quasi-bezpieczeństwa. W czasie, gdy istnieją odpowiednie środki, aby zupełnie wyeliminować zagrożenie życia i zdrowia ze sportowych aren, rywalizacja wciąż niesie za sobą potężne ryzyko. W efekcie technologiczne bezpieczeństwo zapewniane przez najnowszy sprzęt sportowy ma charakter pozorny – likwiduje bowiem naskórkowe przejawy ryzyka (zadrapania, potłuczenia, obicia), równocześnie potęgując ideę rywalizacji do ekstremalnych wymiarów. Innymi słowy, daje ono sportowcom miraż bezpieczeństwa, pod wpływem którego decydują się oni na jeszcze bardziej niebezpieczne zachowania i zagrywki.

Podsumowując - zakładamy piłkarzom ochraniacze na nogi także po to, aby później ekscytować się jak wielkie dziury sobie nawzajem w nich porobili.

P.

Czytaj także: "Technologia i sport" Przemysława Nosala

sobota, 01 listopada 2014
Którzy odeszli: Luis Aragones

Choć był architektem największej reprezentacyjnej drużyny XXI wieku, to odchodził w ciszy. Luis Aragones zmarł na białaczkę 1 lutego 2014 roku, ale tylko uważne oko wyłuskało tę wiadomości w zalewie newsów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wyjątkowo dowcipna ręka prowadziła Aragonesa przez kolejne trenerskie ławki. Choć szkoleniowe sukcesy odnosił w Primera Division już od lat siedemdziesiątych (mistrzostwo 1977 z Atletico), to selekcjonerem narodowej kadry został dopiero w wieku 66 lat! Jego kandydatura była co prawda poważnie brana pod uwagę w latach dziewięćdziesiątych - za pierwszym razem postawiono jednak na Vicente Mierę (1991), a za drugim na Jose Antonio Camacho (1998).

Być może jednak tak miało być, być może Aragones miał nie trafić na przeciętny skład La Furia Roja z początku ostatniej dekady XX wieku, być może miał też nie nadziać się na pajaca udającego sędziego na MŚ 2002 w meczu z Koreą. Dzięki temu dokonał czegoś, co nie udało się jego bezpośrednim poprzednikom - zdobył mistrzostwo Europy w 2008 roku.

Do dziś zastanawiam się, czy ekipa Hiszpanii z 2008 roku była faktycznie lepsza niż ta z MŚ 2002 (Camacho, skandaliczna porażka z Koreą w 1/4 finału) czy nawet prowadzonej już przez Aragonesa załogi na MŚ 2006 (fenomenalne występy w grupie i później porażka w 1/8 finału z Francją). Faktem jednak jest, że zespół z Austrii i Szwajcarii, poza wielkimi umiejętnościami piłkarskimi, miał to coś, co muszą mieć mistrzowie. Co?

Przebłysk szczęścia. Moment fartu. Ta sekunda, w której decyduje się - jak malowniczo opowiadał Woody Allen w "Match Point" - czy piłeczka uderzona w siatkę spadnie na Twoje pole, czy pole przeciwnika.

Dla Hiszpanów na EURO 2008 takim momentem był ćwierćfinał z mordującymi przedtem futbol na turnieju Włochami. Wymęczeni podopieczni Aragonesa (komplet zwycięstw w grupie) trafili na mur, z którym nie mieli sił i pomysłu sobie poradzić. Po 90 minutach i dogrywce na tablicy widniało wciąż 0:0 i nadeszły rzuty karne. Było już 3-2 dla Hiszpanii (pomylił się De Rossi) i wystarczyłoby, że piłkę w bramce umieściłby Guiza i byłoby po zawodach. Ten jednak się pomylił i awans zawisnął na włosku. Wtedy jednak ktoś podał Aragonesowi rękę, piłeczka spadła po właściwej stronie. Do piłki podszedł bowiem Di Natale, ale się pomylił. Chwilę później kropkę nad "i" postawił Fabregas.

Później leciało już z górki, zarówno w półfinale z Rosją, jak i finale z Niemcami. Hiszpanie dali radę, Aragones dał radę. Te triumf ukształtował zespół i stworzył drużynę, która później, już pod wodzą Del Bosque, sięgała po mistrzostwo świata 2010 i mistrzostwo Europy 2012. Zachęcam, żeby porównać sobie kadry Hiszpanów na tych turniejach. Rotacja personalna porównywalna jest tam z rotacją prezydentów Poznania, Wrocławia czy Krakowa. Aragones miał więc szczęście, ale miał też wizję.

Na zakończenie dodam także, że cenię go za coś jeszcze. W chwili triumfu na EURO 2008 był tuż przed siedemdziesiątymi urodzinami. Wracił do kraju w glorii mistrza. Większość trenerów na jego miejscu usiadłoby w hamaku i z tej pozycji komentowała krajowe rozgrywki. Co zrobił Aragones? Przepakował walizki i poleciał prowadzić Fenerbahce Stambuł, czyli zasiąść na jednym z najgorętszych stołków w Europie! I faktycznie stołek go oparzył, bo po niecałym roku podziękowano mu za współpracę.

Myślę jednak, że wycieczki nie żałował, bo po prostu kochał tę robotę.

P.

wtorek, 28 października 2014
Gdy Raul mógł poczuć się najlepszym na świecie

raul

Dziwnie Raul wygląda bez siódemki, tak jak dziwnie wyglądał w koszulce Schalke, Al-Sadd, a teraz będzie wyglądał w w Cosmosie Nowy Jork, Siódemka w Realu Madryt była jego od trzeciego sezonu gry w pierwszej drużynie. Nie oddał numeru 7 nawet po przyjściu do drużyny Cristiano Ronaldo, który na początku w Realu musiał z CR7 stać się CR9. Wcześniej Raul biegał sobie z "17", a pierwszy raz biegał dokładnie 20 lat temu. 28 października Raul zadebiutował w Realu Madryt. Królewscy przegrali wtedy 2:3 w Saragossie, Mecz gospodarzom wygrał Juan Esnaider (do spółki z Gusem Poyetem - składy tutaj), który sezon później grał w Realu (i to z "siódemką"), a sytuacjami z tego spotkania można by obdzielić cały sezon ekstraklasy.

Z okazji 20. rocznicy od debiutu napastnika Real wręczył mu przed El Clasico koszulkę z nr 20. Od siebie dorzucam krótką notkę. Jeden Z Moich Ulubionych Piłkarzy Z Gatunku "Wygrał Mniej Niż Powinien" zwyczajnie sobie na to zasłużył. Tak, jak zasłużył na Złotą Piłkę.

Czy najlepszy strzelec w historii Ligi Mistrzów (wciąż) i Realu Madryt mógł czuć się niespełniony? Nie tylko mógł, ale nawet powinien.

Symbolizuje hiszpańskie „graliśmy jak nigdy, przegraliśmy jak zawsze”. A jeśli nie on sam, to jego przestrzelony rzut karny, w ostatniej minucie ćwierćfinału najwspanialszego turnieju w historii, Euro 2000. Albo mecz z Koreą Południową dwa lata później, w którym nie mógł zagrać przez kontuzję. Powtarzał - m.in. w rozmowie z Dariuszem Wołowskim w Gazecie Wyborczej (cytuję ją też niżej) - "moim największym piłkarskim marzeniem jest wygrać mistrzostwo świata albo mistrzostwo Europy".

Nic z tego. Raul Gonzalez Blanco nigdy tego nie dokonał. Słów Ikera Casillasa, który przysięgał, że wspomnień z finałów Ligi Mistrzów nie sposób w ogóle porównać z ekscytacją finałem mistrzostw narodowych, nie musiał nawet w gazecie czytać. Po prostu to czuł.

Gdy Iker wznosił dwa razy Puchar Henriego Delaunaya, przedzielając to dźwiganiem Pucharu Świata, on siedział w fotelu przed telewizorem, raczej w domu niż w knajpie. Może nawet miał ochotę znów się upić, tak jak upijał się po pierwszych golach w Realu, a przed skończeniem dwudziestki. Dobrze, że z alkoholem i dyskotekami skończył - wziął się w garść i doszedł z Realem na absolutny szczyt. Dwa razy.

raul_gonzalez_-_real_madrid_-_mundicromo_-_1994_1

- Marzyłem, że może kiedyś będę w pierwszym składzie, ale to wszystko spełniło się nieprawdopodobnie szybko. Sam się dziwię. Kiedy jednak dostałem szansę, uczepiłem się jej jak rzep. W każdym kolejnym meczu chciałem grać lepiej, udowadniać coś. Potem czułem się coraz ważniejszy w drużynie i udało się. Po półtora roku wszyscy byli oczarowani, że w Realu pojawił się młody talent. A potem przyszła presja i wymagania, żebym w każdym meczu błyszczał. Nie byłem po prostu w stanie. I pojawiła się ostra krytyka, czasem ciosy poniżej pasa. Ale cieszę się, że przez to przeszedłem. Na początku wszyscy poklepywali mnie po plecach, więc naiwnie wierzyłem, że jestem dzieckiem szczęścia i wszyscy mnie kochają. Potem w trudnych chwilach nauczyłem się odróżniać przyjaciół od tych, którzy uśmiechają się tylko wtedy, gdy strzelam masę goli. I dziś, gdy zdarza się słabszy moment, nie wpadam w panikę.

"To takie ładne dziecko, którego spojrzenie topi lód w najzimniejszych sercach. Uwierzyłbyś mu w każde jego słowo i powierzył wszystkie pieniądze” - napisał pewien hiszpański dziennikarz (cytuję znów za Dariuszem Wołowskim).

el_talento

Nie wiem jak z pieniędzmi, ale Raulowi na pewno uwierzyli dwaj obrońcy brazylijskiego Vasco da Gama. I dali się oszukać. Po długim podaniu i przyjęciu piłki w polu karnym napastnik zwodem najpierw położył na ziemi jednego, w mgnieniu oka drugiego i ustalił wynik na 2:1. 1 grudnia 1998 roku Real Madryt został najlepszą drużyną klubową świata, a Raul został wybrany najlepszym piłkarzem meczu o Puchar Interkontynentalny. Tego jego gola chyba najbardziej lubię - buty Raula i puchar Toyoty można zobaczyć w klubowym muzeum i na tym blogu.



Czy najlepszy strzelec w historii Ligi Mistrzów i Realu Madryt mógł czuć się niespełniony? Mógł, ale akurat nie tego dnia.

 B.