Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 10 czerwca 2015
Mecz z wątrobą

Gdy 9 czerwca 2005 roku, a więc niemal dokładnie dziesięć lat temu, arbiter spotkania Lech – Wisła odgwizdał koniec zawodów Waldemar Piątek nie spodziewał się, że to jego ostatni ligowy mecz w karierze. W końcu miał dopiero 25 lat na karku i świetny sezon za sobą.

z14540359P,Waldemar-Piatek

Historia golkipera Lecha to przykład jak ulotną sprawą są sukcesy, kariera i zdrowie. Jednego dnia można wznosić Puchar Polski, by kilka miesięcy później nie móc wykonać kilku skłonów.

Gwiazda Ostrowca na ławce w Poznaniu (na krótko)

Piątek w Kolejorzu pojawił się dość nieoczekiwanie. Pewną pozycję w bramce miał bowiem wówczas idol publiczności – Norbert Tyrajski, kapitan i lider zespołu. W sezonie 2001/2002, gdy poznaniacy z „Tyrajem” w składzie walczyli o awans do ekstraklasy, to beniaminek KSZO Ostrowiec Świętokrzyski dość sensacyjnie walczył wówczas o jak najlepsze miejsce w grupie mistrzowskiej. Jednym z jego najjaśniejszych punktów był 22-letni Waldemar Piątek.

z7967090Q

Dlatego niezbyt rozsądnym krokiem wydawała się jego przeprowadzka do Poznania na początku 2003 roku. W perspektywie czekała go bowiem ławka w cieniu bardziej utytułowanego rywala. Urodzony w Dębicy podjął jednak wyzwanie.

Faktycznie, przez pierwsze pół roku nie powąchał on zbyt wiele murawy. Między słupkami pojawił się dopiero w 28. kolejce, zmieniając w meczu z Pogonią kontuzjowanego Tyrajskiego. Jako zmiennik dotrwał do końca sezonu (trzy mecze). W inauguracyjnej kolejce sezonu 2003/2004 bramki Kolejorza strzegł jednak znowu „Tyraj”. Jednak po feralnej porażce u siebie z Górnikiem Zabrze (1:2) trener Libor Pala postawił na Piątka. Eks-zawodnik KSZO pokazał się z dobrej strony i pozycji pierwszego golkipera już nie oddał. Później stawiał na niego również Czesław Michniewicz – następca Pali. Norbert Tyrajski musiał zaś pogodzić się z rolą rezerwowego, a wiosną przeniósł się do Widzewa Łódź.

Z Waldkiem po sukcesy

Sezony 2003/2004 i 2004/2005 to najlepszy okres w karierze Piątka. W tym pierwszym wywalczył z Lechem Puchar i Superpuchar Polski (kapitalny mecz z Wisłą Kraków i pamiętne parady w rzutach karnych)

oraz 6. miejsce w ekstraklasie. Ukoronowaniem jego świetnej postawy było zaś powołanie do prowadzonej przez Pawła Janasa reprezentacji biało-czerwonych na towarzyski mecz z USA w Chicago w lipcu 2004 roku (ostatecznie Piątek całe zawody przesiedział na ławce rezerwowych i debiutu w kadrze nie zaliczył). W tym drugim sezonie zaliczył natomiast debiut w Pucharze UEFA (dwumecz z Tierekiem Grozny) oraz ulokował się wraz z Kolejorzem na 8. pozycji w tabeli. Gwizdek kończący ostatni mecz rozgrywek z Wisłą (3:1) oznaczał dla niego czas rozmyślań nad przyszłością. Bezapelacyjnie był wówczas jednym z najlepszych bramkarzy ligi. Kariera stała przed nim otworem.

Typ C

Do sezonu 2005/2006 przygotowywał się zatem na pełnych obrotach. Coś dziwnego działo się jednak z jego organizmem. Coraz szybciej się męczył, a coraz prostsze ćwiczenia sprawiały mu problem. Wystąpił jednak jeszcze w wyjazdowym meczu Pucharu Intertoto z azerskim Karwanem Jewlach. Był wyznaczony do gry w ligowym meczu z Cracovią, ale na rozgrzewce kiepsko się poczuł. Trafił do lekarza z objawami grypopodobnymi. Diagnoza była jednak bezwzględna – wirusowe zapalenie wątroby typu C. Bardzo ciężka choroba, która skutkuje poważnym uszkodzeniem wątroby oraz wieloma innymi groźnymi następstwami. O kontynuowaniu kariery nie mogło być mowy, rozpoczęła się walka o życie.

Lata 2005-2008 to trudny czas dla Piątka. Golkiper przeszedł bolesną kurację. W różnych jej etapach jego stan był lepszy lub gorszy. Raz zawodnik drastycznie chudł, by kiedy indziej okresowo odzyskiwać siły. Kosztowne leczenie sprawiło jednak, że, choć do gry w piłkę już nie wrócił, to mógł on na powrót normalnie funkcjonować w codziennym życiu. O byłym koledze nie zapomniał także poznański klub, który w listopadzie 2007 roku zorganizował charytatywny mecz Lech Poznań – Gwiazdy Ligi Polskiej (3:2), z którego dochód przekazany został na leczenie swojego eks-bramkarza.

Życie po życiu

Choć wydawało się, że Piątek już nigdy nie zbliży się do piłkarskiego boiska, to okazało się, że zaskakująco szybko na nie wrócił. W nowej roli. Już w 2009 roku wdział bowiem rękawice i został… trenerem bramkarzy. W swoim „drugim” życiu prowadził już golkiperów Sandecji Nowy Sącz, Wisłoki Dębica, Czarnych Jasło, Kolejarza Stróże, Wisły Płock, Olimpii Elbląg, Stali Rzeszów, a od stycznia 2015 roku – Siarki Tarnobrzeg. Szkolił także młodych zawodników na swojej pozycji w reprezentacjach Polski: U-12, U-13 i U-17. Jak widać choroba nie złamała jego miłości do futbolu.

Przykład Waldemara Piątka pokazuje, że nawet walcząc z przeciwnościami losu można nie schodzić z boiska. I na pewno czuć się na nim wygranym.

Tekst pochodzi z programu meczowego "Heej Lech!"

P.

czwartek, 28 maja 2015
Pierwszorzędny sukces drugorzędny

Witold Gombrowicz pisał o Henryku Sienkiewiczu, że to pierwszorzędny pisarzerzem drugorzędnym, "Homerem drugiej kategorii". Przypomniał mi się ten cytat, gdy oglądałem jak wczoraj Sevilla świętuje po raz czwarty zwycięstwo w Lidze Europy (Pucharze UEFA).

z18001777P,Grzegorz-Krychowiak

To kolejna już wiktoria tego klubu w zawodach, w których elicie nie chce się brać udziału. Jakiś czas temu Arjen Robben opowiadał, że nie przychodzi mu do głowy zbyt wiele kataklizmów równie nieprzyjemnych jak gra w Lidze Europy. Dla silnych ekip to zsyłka, dla kibica przejaw awangardy i hipsterstwa.

Zastanawiam się zatem jak bardzo można się cieszyć z tego, że się jest najlepszym uczniem w kiepskiej klasie? Że biega się najszybciej w mityngu, w którym nie biorą udział czołowi sprinterzy?

To na pewno miłe, taki triumf ma swoją słodycz (wielką!) - nie neguję tego. Widać było to wczoraj na Stadionie Narodowym. Ale pojawia się pytanie - jak duża to słodycz? Jak cenny jest taki sukces? Jak bardzo doceniają go sami piłkarze? Ile on subiektywnie waży? Na co - na jaki sukces - Sevilla byłaby skłonna wymienić kolejne triumfy w LE? Na półfinał Ligi Mistrzów? Na ćwierćfinał? Sevilla grała w nim tylko raz - w 1958 roku. Ba, w XXI wieku Andaluzyjczycy występowali w Champions League tylko dwa razy (2007/2008 - porażka z Fenerbahce w 1/8 finału; 2009/2010 - porażka z CSKA Moskwa w 1/8 finału)!

Czy więc taka "specjalizacja" (skądinąd ciekawa - specjalizacja: triumfy w LE) nie uwiera Sevilli? Czy to nie lukrowany gorset? Spektakularny symbol niemocy? Niezwykły przykład na to, że system światowej piłki nie jest emergentny - sukcesy i osiągnięcie mistrzostwa na jednym poziomie nie "przepycha" bohaterów automatycznie na wyższy poziom. To potwierdza swoistą kastowość dzisiejszego futbolu. Wchodzenie do frakcji lepiej sytuowanych jest bardzo mozolne i - paradoksalnie - najłatwiej dokonać jej przez rewolucję. Finansową rewolucję. Otrzymać potężny zastrzyk pieniężny, kupić zastęp światowej sławy piłkarzy i zatrudnić natchnionego trenera. Tak zrobiło Chelsea, tak zrobił Manchester City. Pracą na wychowankach i transferami średniego szczebla wydłuża się drogę awansu, być może w nieskończoność. A na szczycie i tak utrzymają się ci najlepiej urodzeni (więc także i bogaci) - Real, Barcelona, Bayern.

O czym zatem myśli się dziś w Sevilli? Dzień po wielkim triumfie. Czy aby nie wnosi się tam modłów do nieba, aby to już był ostatni triumf zespołu w Lidze Europy?

P.

poniedziałek, 11 maja 2015
Kaczka

Przy okazji sobotniego meczu Lecha z Legią pomyślałem sobie, że historia w zasadzie każdego zawodnika, który występował w obu tych klubach, jest dość niezwykła. Żadna jednak chyba nie jest tak dziwna jak ta w wydaniu Pawła Kaczorowskiego. "Kaczka" to fenomen zupełnie osobny.

kaczorowski_pawel_1319885407

Debiut przeciw…

Paweł Kaczorowski (ur. 1974) zadebiutował w ekstraklasie w barwach KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Do drużyny tej trafił wiosną 1998 roku, podczas pierwszego w historii sezonu ostrowieckiego klubu na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Pochodzący ze Zduńskiej Woli zawodnik miał wzmocnić kulejącą wówczas drugą linię. Jego pierwszy występ przypadł 8 marca 1998 roku. W meczu 18. kolejki zmienił on w 67. minucie Arkadiusza Bilskiego. Przeciwnikiem KSZO był… Lech Poznań! Mecz zakończył się remisem 1:1.

Wśród Gwiazd Ligi

Kaczorowski szybko dał się poznać jako waleczny i dynamiczny zawodnik. Jednak nawet on chyba zdziwił się powołaniem na niezwykły mecz, który rozegrano 6 maja 1998 roku. Wtedy to Reprezentacja Ligi Polskiej zmierzyła się w towarzyskim spotkaniu z Zagranicznymi Gwiazdami Ligi Polskiej. „Kaczor” miał wówczas na koncie raptem kilka meczów w ekstraklasie, więc kibice szeptali, że jego występ to ukłon w stronę kibiców z Ostrowca Świętokrzyskiego, którego stadion był areną zawodów. Nasz bohater zagrał więc w jednej drużynie z takimi wówczas tuzami jak Szymkowiak, Trzeciak czy Śrutwa, a „Polacy” wygrali 2:0. Jeszcze o tym meczu kiedyś tutaj napiszę :)

Lądowanie na Bułgarskiej. I jeszcze raz

Pomimo dobrej gry Kaczorowski najpierw spadł z KSZO z ekstraklasy, a później przez rok bawił z nim na jej zapleczu. Dopiero w sezonie 1999/2000 zasilił Kolejorza, a na dodatek uczynił to ze sporym poślizgiem (przybył dopiero już po okresie przygotowawczym). Pomimo fatalnych wyników Kolejorza, akurat do „Kaczora” nikt nie miał pretensji. Zawodnik był jednym z nielicznych jasnych punktów drużyny. Pewnie dryblował, często dośrodkowywał, nigdy nie odstawiał nogi (7 żółtych kartek). Trudno się dziwić, że latem szybko zgłosili się kupcy. Kaczorowski trafił na 2,5 roku do Polonii Warszawa (zdobył tam Puchar Polski 2001). Wiosną 2003 roku wrócił jednak do Poznania.

To chyba najlepszy okres w dorobku „Kaczora”. Przez 2 lata dawał z siebie wszystko ku chwale i czci Kolejorza. Kibice pamiętają jego waleczność i dynamiczne rajdy. Pod wodzą Czesława Michniewicza wraz z kolegami sięgnął wówczas po Puchar (po pamiętnym dwumeczu z Legią Warszawa)

z12982998Z,Pilkarze-Lecha-Poznan-po-zdobyciu-Pucharu-Polski-w

i Superpuchar Polski (po spotkaniu z Wisłą Kraków) 2004, zagrał także w Pucharze UEFA (dwumecz z Terekiem). Łącznie, w różnych rozgrywkach, Kaczorowski zaliczył dokładnie 80 meczów dla Lecha.

Gorąca Łazienkowska

Fani tak już przyzwyczaili się do łysego pomocnika, że sporym zaskoczeniem była dla nich informacja o transferze „Kaczora”, która pojawiła się wiosną 2005 roku. Totalnym szokiem okazał się jednak kierunek przeprowadzki. Lechita zasilić miał bowiem… Legię Warszawa. W swoim zespole zapragnął go bowiem mieć ówczesny szkoleniowiec Wojskowych – Jacek Zieliński. Zawodnik przywdział więc koszulkę Legii (w sumie uczynił to 11 razy), ale nigdy nie został zaakceptowany przez stołecznych sympatyków. Powodem były antylegijne piosenki, które Kaczorowski śpiewał podczas fetowania triumfu Lecha w Pucharze Polski w 2004 roku. Kibice bojkotowali go na różne sposoby. Wywiesili słynny transparent „Chórzysto, nigdy nie będziesz legionistą!”, obrzucili gumowymi kaczkami, a nawet wygwizdali… po strzelonym golu (w meczu z Górnikiem Łęczna). W kolejnym sezonie „Kaczor” już nie pojawił się boisku.

z2958225M,Pawel-Kaczorowski-mial-w-stolicy-trudne-zycie--Ter

Biała Gwiazda na zero

Jeśli jednak ktoś myśli, że dziwne transfery w karierze Kaczorowskiego kończą się na przenosinach do Warszawy, ten jest w błędzie. Największym kuriozum jest bowiem przeprowadzka do Wisły Kraków.

250px-Pawe%C5%82_Kaczorowski

Eks-lechita trafił tam po półrocznym nie-graniu w Legii (jesień 2005). Kontrakt z nim parafowano w styczniu 2006 roku. Rozwiązano go niemal równo rok później. W tym czasie „Kaczor”, na skutek kontuzji i innych okoliczności, nie zagrał w żadnym ligowym spotkaniu! Cały jego dorobek pod Wawelem to jeden występ w Pucharze Ekstraklasy.

Niżej

Pożegnanie z Krakowem to zarazem także pożegnanie z ekstraklasą. Od tego czasu Kaczorowski pojawiał się już tylko w zespołach z niższych lig: Śląsku Wrocław, Warcie Poznań, GKP Gorzów Wielkopolski oraz Turze Turek (gdzie był także trenerem wraz z Wojciechem Wąsikiewiczem). Pobyt w Turku to w zasadzie koniec jego profesjonalnej kariery. Na stare lata Kaczorowski zapałał natomiast sympatią do drużyny oldbojów Lecha Poznań. Jeśli tylko czas i zdrowie mu pozwalają to chętnie bierze udział w meczach starszych pokoleń lechitów.

Fiordy

W sierpniu 2013 roku Kaczorowski został trenerem… czwartoligowego zespołu z Norwegii – Hallingdal FK. Najpierw objął zespół juniorów, a później seniorów, sam również zakładał buty i występował na zaśnieżonym boisku. W dalekiej Skandynawii pracował do końca 2014 roku (1,5 roku) zbierając z pewnością wyjątkowe doświadczenia.

Biało-czerwony „Kaczor”

Osobną kwestią pozostaje kariera reprezentacyjna Kaczorowskiego. W latach 2000-2005 rozegrał on 14 meczów z orzełkiem na piersi.

p_kaczorowski

Debiutował w kadrze spotkaniem z Hiszpanią (0:3), a pożegnał się towarzyskimi zawodami z Albanią (1:0). Pięciokrotnie wystąpił u Engela (mówiło się nawet, że ten selekcjoner rozważał jego kandydaturę pod kątem wyjazdu na MŚ 2002), trzykrotnie u Bońka i sześciokrotnie u Janasa. W swoim jedynym eliminacyjnym spotkaniu (kwalifikacje do EURO 2004) strzelił pierwszą bramkę w inauguracyjnych zawodach z San Marino (2:0), czym uchronił nasz zespół przed kompletną kompromitacją.

Natomiast w towarzyskiej potyczce z USA w Chicago (2004) wyprowadzał drużynę na boisko jako kapitan reprezentacji.

Brat też grał

Mało kto wie, że „Kaczor” ma brata, który również startował do ligowej piłki. Marcin Kaczorowski (ur. 1977) przez wiele lat terminował w barwach KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, ale nigdy nie dostąpił zaszczytu gry w ekstraklasie. Szczytem jego osiągnięć jest jeden seniorski występ w Pucharze Ligi oraz dwa w Pucharze Polski 2001/2002.

Tekst pochodzi z programu meczowego "Heej Lech!"

P.

czwartek, 23 kwietnia 2015
John Moshoeu. Zdejmij buty dla legendy RPA

john_moshoeu_1

"Zmarł John Shoes Moshoeu. Nasz własny Pirlo. Dzięki za wspomnienia" - przeczytać można na Twitterze po śmierci - na raka żołądka - byłego reprezentanta RPA. Każdy te wspomnienia ma inne.

Dla ekspertów z Republiki Południowej Afryki, w tym dwóch uznanych na tym terenie dziennikarzy (Nick Said i Mazola Molefe) - to najlepszy piłkarz kraju od czasu powrotu reprezentacji na arenę międzynarodową. Ich opinie podaje ESPN. "Miał to coś" ("robił przewagę" - powiedzielibyśmy pewnie w Polsce). "Nie wyglądał jak ciało obce na żadnym boisku na świecie, nawet w wieku 40-kilku lat". Faktycznie, pasował - to sprawdzona teza, bo grał w piłkę jeszcze grubo po czterdziestce. Pięćdziesiątki nie dożył, zabrakło kilku miesięcy.

Dla ludzi oglądających go z trybun był tym, dla którego można było głośnie i przeciągle krzyczeć "Shoooooooooooes". Ci afrykańscy kibice, którzy akurat dysponowali butami, zdejmowali je z nóg i radośnie nimi wymachiwali. Dowodów w postaci filmów z trybun brakuje, ale uwierzyć na słowo trzeba, skoro wśród źródeł są m.in. Encyklopedia Piłkarska Fuji i oficjalna strona Kaizer Chiefs. Gdy tylko John Moshoeu dostawał piłkę pod nogi, na trybunach zaczynało panować szaleństwo.

W sumie, trudno się dziwić: to przecież w dużej mierze dzięki niemu reprezentacja RPA wygrała Puchar Narodów Afryki w 1996 roku, rozgrywany na własnym terenie. John Moshoeu strzelił na nim cztery gole. W premierze z Kamerunem zdobył gola "tylko" na 3:0 ("Shoes" nigdy nie krył, że zdobywanie bramek, które nie przesądzają o zwycięstwie to średnio zabawa, a tak w ogóle, to dużo bardziej ekscytujące jest asystowanie przy golach), w ćwierćfinale z Algierią już na 2:1 (tuż przed końcem), a w półfinale z Ghaną - dwa z trzech (3:0). Moshoeu został wybrany do najlepszej jedenastki turnieju. On, ani żaden z kolegów z drużyny nie został wybrany na prezydenta RPA chyba tylko dlatego, że już był nim Nelson Mandela.

Meczów z tamtego zakończonego triumfem RPA turnieju - przyznaję się - prawie w ogóle nie oglądałem. Śledziłem relacje w Gazecie Wyborczej, do tego czasem udało mi się natrafić na urywki w Eurosporcie (nie kojarzę transmisji całych meczów, ale chyba przecież były - były?). Kiedy tylko była okazja, jak zaczarowany patrzyłem na koszulki tamtej reprezentacji RPA - zupełnie inne niż te znane mi z Europy. Zupełnie. 

moshoeu Już wtedy wiedziałem, że najważniejszy jest gość z numerem 10.

Tak, dla mnie John Moshoeu to jeden z tych ważnych piłkarzy z numerem 10 na plecach, których grę w latach 90. podziwiałem - podziwiałem za mało. Puchar Narodów Afryki i trzy nieudane dla Bafana Bafana mecze na mistrzostwach świata we Francji. Mało.

We Francji kadra RPA zawiodła mnie strasznie. Nie wiadomo co by było, gdyby z dala od boiska trzymany był Pierre Issa. Gość nie tylko zaliczył - de facto - dwa swojaki z Francją, ale o ile dobrze pamiętam, ma też na sumieniu podarowanie dwóch rzutów karnych Arabii Saudyjskiej. W tym ostatnim meczu Moshoeu dwoił się i troił, oddał parę strzałów, ale gola nie zdobył.

Najpiękniej strzelał w Turcji, gdzie grał m.in. dla Fenerbahce i dla Kocealisporu, gdzie spotkał Romana Dąbrowskiego (vel Kaan Dobra). Razem z Polakiem zafundowali m.in. pogrom 3:5 Besiktasowi.

moshoeu_dobra_1

Ale najwięcej serca miał dla Kaizer Chiefs. Grając już w Turcji, wybłagał u swojego pracodawcy krótkie wypożyczenie do ojczyzny, bo Kaizer Chiefs akurat grało towarzystko z Arsenalem i Manchesterem United. W wielkim klubie nigdy nie zagrał, ale - jak sam się chwalił, zaczynając karierę szkoleniową - trenował pod okiem takich trenerskich gwiazd jak Franz Beckenbauer, Joachim Loew i Carlos Alberto Perreira.

John Moshoeu raz swoją śmierć przeżył - w lutym na Twitterze pojawiły plotki o jego zejściu ze świata, ale okazały się przesadzone. Tym razem odszedł już naprawdę.

 moshoeu_plot

B.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Jak amatorzy to tylko z Calais

Fantastyczna przygoda Błękitnych Stargard Szczeciński w Pucharze Polski oraz niedawne tragiczne wydarzenia z francuskiego Calais przypomniały mi o jednym z najgłośniejszych karier w Pucharze Francji - drużynie Calais Racing Union Football Club.

130430033129751570

W sezonie 1999/2000 ta występująca wówczas w piątej lidze amatorska drużyna dotarła do samego finału Coupe de France!

Sympatyczna drużyna z samiutkiej półfnocy Francji w drodze do finału rozegrała aż dziesięć meczów! Na pierwszy ogień poszły lokalne i regionalne drużyny - Campagne-lès-Hesdin (10:0), Saint-Nicolas-les-Arras (3:1), Marly-lès-Valenciennes (2:1), Béthune (1:0) i Dunkerque (4:0). Później na tapetę trafiły bardziej uznane firmy - Lille (Division 2, 1/32 finału, 1:1, k. 7:6), Langon-Castets (1/16 finału, 3:0) i Cannes (Division 2, 1/8 finału, 1:1, k. 4:1).

Wreszcie rozpędzone Calais przejechało się po ekipach z ekstraklasy. W ćwierćfinale poległ Strasbourg (2:1). W półfinale zaś odstrzelone zostało Bordeaux (3:1). Uwaga! Gole: Jandau 99', Millien 104' Gérard 119' - Laslandes 108'. Totalne szaleństwo! Obejrzyjcie sobie skrót!

I jeszcze wymowna okładka "L'Equipe" po tym spotkaniu.

16512610Dopiero w finałowym spotkaniu o Coupe de France, w obecności 78 000 kibiców na paryskim Stade de France, lepsi od amatorów z Calais okazali się zawodnicy FC Nantes. Szczęście było jednak bardzo blisko. Piątoligowcy prowadzili już nawet, by stracić gola w 50. i 90. minucie! Szczegółową relację z finału znajdziecie tutaj, a poniżej skrót.

Wielki żal i smutek, bo poza fanami Kanarków cała Francja była wówczas za RUFC. Piłkarze z Nantes stanęli okazali się jednak prawdziwymi sportowcami i docenili niezwykłą drogę, którą przemierzył malutki klubik. W dowód uznania dla jego osiągnięć puchar wzniosło dwóch kapitanów - Mickael Landreau z Nantes i Reginal Becque z Calais. A światu została jedna z najpiękniejszych sportowych fotografii ever.

landreau-et-becque_full_diapos_large

Co ciekawe, w sezonie 2005/2006 Calais było blisko powtórzenia sukcesu z 2000 roku. W Coupe de France dotarło ono aż do ćwierćfinału, gdzie jednak odpadło... po meczu z Nantes (1:2)!

Tutaj stronka z materiałami foto z meczów Calais. Tutaj z kolei znajdziecie uroczy film o fantastycznej przygodzie Calais RUFC i o tym, jak żyli nim mieszkańcy Calais.

P.