Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 22 maja 2014
Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

Piłka to niewątpliwie sport rodzinny. Ojcowie często kopią piłkę wraz ze swoimi synami. Często zdarza się, że jeśli kopiącym piłkę ojcem jest piłkarz, to i jego pociecha wyrasta na piłkarza. Zapraszamy więc na krótki cykl tekstów na temat ojców i synów na różnych szczeblach polskiej piłki. Zaczynamy od ekstraklasy. Warunek: ojciec musiał w niej występować, dziecko występuje w niej obecnie (albo znajduje się w kadrze ekstraklasowego klubu).

 

Nie jest żadną tajemnicą, że obecny gracz Legii Bartosz Bereszyński (ur. 1992) to syn świetnie znanego wszystkim kibicom Kolejorza Przemysława Bereszyńskiego (ur. 1969). Ojciec występował w ekstraklasie w latach 1988-2002 i uzbierał w niej ponad 200 występów. Z poznańskim klubem trzykrotnie sięgnął po mistrzostwo Polski (1990, 1992 i 1993) i dwa razy po Superpuchar. Poza tym grał także w Sokole Tychy i Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Choć otrzymał raz powołanie do reprezentacji Polski, to nigdy w niej nie zagrał. Wyręczył go w tym dopiero Bartosz. Junior występował przez cztery lata w Kolejorzu (2008-2012), by na początku 2013 roku przenieść się do Legii Warszawa. Tam wygrał ligę (2013), zagrał w europejskich pucharach i seniorskiej kadrze (dwa występy).

Jeszcze bardziej utytułowaną relacją syn – ojciec może się pochwalić klubowy kolega Bereszyńskiego. Jakub Kosecki (ur. 1990) jest potomkiem Romana Koseckiego (ur. 1966). Romana, byłego gracza m.in. Galatasaray, Atletico i Nantes oraz wieloletniego kapitana reprezentacji, nie trzeba nikomu przedstawiać. Kosecki junior z kolei ma na razie na swoim koncie niemal 51 meczów w ekstraklasie, 11 goli, tytuł mistrzowski (2013) i kolejny na wyciągnięcie ręki, status reprezentanta Polski (5 meczów i 1 gol) oraz opinię szybkiego skrzydłowego.

Niemal równie słynnym zawodnikiem co Kosecki senior był Andrzej Iwan (ur. 1959). To brązowy medalista MŚ 1982, etatowy reprezentant, czterokrotny mistrz Polski (jeden tytuł z Wisłą Kraków i trzy z Górnikiem Zabrze), legenda Białej Gwiazdy oraz zawodnik Vfl Bochum i Arisu Saloniki. W ekstraklasie rozegrał 269 meczów i strzelił 90 goli. Jego osiągnięć na pewno nie powtórzy już jego syn – Bartosz Iwan (ur. 1984). Przez wiele lat miotał się on po różnych klubach (Widzew, Odra Wodzisław, GKS Katowice, Piast Gliwice), by ostatnio zakotwiczyć w Górniku Zabrze. Dobija powoli do 80. występu na boiskach ekstraklasy.

Na to, że pójdzie w ślady swoich ojców-reprezentantów liczy jeszcze dwóch nieco młodszych zawodników naszej najwyższej klasy rozgrywkowej. Michał Szewczyk (ur. 1992) z Wisły Kraków (13 meczów w ekstraklasie) chciałby osiągnąć równie wiele co ojciec – Mirosław Szewczyk (ur. 1962). W barwach chorzowskiego Ruchu rozegrał on 263 mecze, strzelając 36 bramki w ekstraklasie. Zdobył także mistrzostwo Polski (1989) i raz zagrał w reprezentacji.

Natomiast Sebastian Janik (ur. 1989) zadebiutował niedawno w ekstraklasie w koszulce Ruchu Chorzów i tym samym wykonał pierwszy krok w naśladowaniu taty - Zdzisława Janika (ur. 1964). Janik senior znany jest z gry w Wiśle Kraków (116 meczów i 21 goli) i w klubach belgijskich oraz z trzech występów z orzełkiem na piersi.

Łukasz Janoszka (ur. 1987) występuje w ekstraklasie już siódmy sezon, czym przegonił swojego ojca – słynnego Mariana „Ecika” Janoszkę (ur. 1961). Dorobek Łukasza: 163 meczów i 26 goli (dla Ruchu Chorzów i Zagłębia Lubin). Dorobek Mariana: 132 mecze i 45 goli (dla GKS Katowice i Ruchu Radzionków) oraz Puchar Polski 1993. Sprawa jest dynamiczna, bo jeśli Łukasz będzie równie długowieczny co Ecik, to może pobić wiele rekordów.

Ojca dopiero goni przywoływany już Adam Dźwigała (ur. 1995). Zadanie ma o tyle trudne, że Dariusz Dźwigała (ur. 1969) był prawdziwym wyjadaczem naszej ligi. Uzbierał aż 258 meczów i 34 gole (dla Polonii Warszawa, GKS Katowice, Górnika Zabrze i Pogoni Szczecin). Adam na razie dobija dopiero do 50 gier w ekstraklasie, ale pamiętać należy, że piłkarz Jagiellonii ma dopiero 18 lat.

Swojego rodzica naśladować chciałoby także dwóch młodych graczy Ruchu Chorzów, którzy jeszcze nie poznali smaku najwyższej klasy rozgrywkowej. Kamil Lech (ur. 1994) marzy o powtórzeniu kariery swojego znanego ojca Piotra Lecha (ur. 1968). Zagrał on w aż 357 meczach ekstraklasy (dla Ruchu Chorzów, Zagłębia Lubin, GKS Katowice, Górnika Zabrze, GKS Bełchatów i Jagiellonii Białystok). Miłosz Trojak (ur. 1994) z kolei ma chciałbym osiągnąć choćby tyle, co Józef Trojak (ur. 1966, zm. 2014), grający w ekstraklasie w barwach Górnika Wałbrzych i Śląska Wrocław (36 meczów w latach 1984-1990). Podobne przykłady mamy w lidze jeszcze dwa. Arkadiusz Kasperkiewicz (ur. 1994) z Widzewa Łódź czeka wciąż na debiut, a jego ojciec Mirosław Kasperkiewicz (ur. 1959) zagrał w ekstraklasie siedmiokrotnie (też dla Widzewa, w latach 1985 i 1989). Natomiast Paweł Jaroszyński (ur. 1994) zaczął już grywać w barwach Cracovii (11 meczów) i pewnie szybko przegoni swojego ojca Piotra Jaroszyńskiego (ur. 1971), który ma na koncie raptem 11 gier dla Górnika Łęczna w sezonie 2003/2004.

Swojego rodzonego już dawno z kolei pobił Tomasz Hołota (ur. 1991) ze Śląska Wrocław. Zdolny pomocnik uzbierał już 42 mecze oraz 4 gole dla Polonii Warszawa i Śląska Wrocław, a także był powołany raz do reprezentacji Polski. Jego ojciec Janusz Hołota (ur. 1964) zaliczył zaś tylko jeden mecz w ekstraklasie dla GKS Katowice (w 1985 roku).

Tak jak dzieci często naśladują rodziców, tak dzieci piłkarzy często naśladują swoich ojców.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego "Heej Lech"

P.

wtorek, 20 maja 2014
Czerwone Diabły w chodakach

Louis van Gaal został ogłoszony nowym trenerem Manchesteru United. Wielu kibiców drapie się w głowę zastanawiając co czeka ich ukochany zespół pod wodzą holenderskiego coacha.

Warto w tym miejscu przypomnieć podobny dreszczyk emocji, który przebiegł po plecach fanów Dumy Katalonii, gdy van Gaal obejmował FCB w 1997 roku. W krótkim czasie dokonał prawdziwej personalnej pomarańczowej rewolucji. Po jego przybyciu z klubem pożegnali się tacy zawodnicy jak Laurent Blanc, Gheorghe Popescu, Christo Stoiczkow i Ronaldo. W ich miejsce na Camp Nou trafiło... ośmiu Holendrów!

1997

Ruud Hesp

Michael Reiziger

Winston Bogarde

1998

Frank De Boer

Ronald De Boer

Phillip Cocu

Boudewijn Zenden

Patrick Kluivert

O ile klasy Franka De Boera, Kluiverta czy nawet Phillipa Cocu nikt nie negował, o tyle ściąganie Zendena było już dość ryzykowne, a Bogarde to już prawdziwy sabotaż.

Taka taktyka okazała się jednak połowicznie skuteczna. Duma Katalonii z holenderską wkładką wywalczyła mistrzostwo Hiszpanii 1998 i 1999, wicemistrzostwo 2000 oraz Puchar Hiszpanii 1998.

Ten czas domowych sukcesów znaczony jest także klęskami w Lidze Mistrzów. W sezonie 1997/1998 Barca nie wyszła nawet z grupy. Ba, nie wyszła z niej z przytupem! W sumie udało jej się wywalczyć raptem 5 punktów - trzy oczka z Newcastle (2:3 i 1:0), dwa oczka z PSV (2:2 i 2:2)  i kosmiczna kompromitacja z Dynamem Kijów (0:3 i 0:4).

Rok później Barcelona... powtórzyła swój wyczyn. Tym razem lepszy okazał się Bayern (1:2 i 0:1) i Manchester (3:3 i 3:3), słabsze zaś Broendby (2:0 i 2:0).

Lepiej było dopiero w sezonie 1999/2000. Barcelona dotarła w niej aż do półfinału, po drodze bijąc m.in Arsenal i Chelsea. W 1/2 finału lepsza okazała się jednak Valencia (1:4 i 2:1).

Barcelońskie problemy to oczywiście tylko drobne uszczypnięcie wielkiego trenera. Misja przed nim trudna, bo Czerwone Diabły spadły naprawdę nisko. Czy w realizacji tego trudnego zadania znowu skorzysta z armii w chodakach? Na razie ma ich na stanie dwóch - Alexandra Buttnera i Robina Van Persiego.

P.

piątek, 16 maja 2014
Jamajskie dyscyplinowanie fok

Od wczoraj jest już w sprzedaży wyjątkowa pozycja "Kopalnia - Sztuka Futbolu". Fanom tego bloga nie trzeba jej przedstawiać, ale jeśli ktoś jeszcze o niej nie słyszał - to zbiór wyjątkowych historii okołomundialowych popełnionych przez absolutną elitę polskich dziennikarzy sportowych, w tym także skromnych twórców niniejszego bloga.

Po szczegóły odsyłamy tutaj, a w ramach zachęcenia do lektury i połechtania kubków smakowych - oto małe promo tekstu naszego autorstwa dotyczącego maluczkich na mundialach. Na tapecie Jamajka i jej barwna załoga (uwaga - fragment tekstu w wersji reżyserskiej, niepociętej jeszcze przez redaktorów; słowem - unikat:)).

Żadne inne wydarzenie w historii Jamajki nie wywołało takiej euforii jak bezbramkowy remis z Meksykiem w ostatniej kolejce kwalifikacji do mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Dwa punkty przewagi nad Kostaryką wystarczyły, aby to Reggae Boyz wraz z USA i Meksykiem wywalczyli sobie przepustki na mundial.


Euforia była tym większa, że jeszcze pół roku wcześniej w awans nie wierzyli nawet najbardziej odurzeni rumem fani futbolu. Jamajka w czterech pierwszych spotkaniach IV rundy eliminacji zdobyła bowiem tylko dwa punkty (0-0 z USA, 0-6 z Meksykiem, 0-0 z Kanadą i 1-3 z Kostaryką). Potem jednak nastąpiła niezwykła passa sześciu meczów bez porażki i można było świętować sukces. Kibice urządzili więc prawdziwy karnawał na ulicach Kingston i innych jamajskich miast, który dodatkowo wydłużył premier P.J. Patterson, ogłaszając dzień po konfrontacji z Meksykanami dniem wolnym od pracy.

Jednym z głównych architektów wyjątkowego sukcesu był brazylijski szkoleniowiec drużyny Rene Simoes. „Gdy trener po raz pierwszy zobaczył na treningu swoich nowych podopiecznych, to powiedział, że przypominają mu oni foki żonglujące piłeczkami. Wszystko wygląda efektownie, ale pożytek z tego żaden. Taktyki i schematów gry musieli się nauczyć w zasadzie od zera” – opowiada nam Tym Glaser, redaktor sportowy dziennika „Jamaica Gleaner” w latach 1995-2009. „Choć – wbrew pozorom – futbol jest najpopularniejszym sportem na Jamajce, to rozgrywki tutaj mają półamatorski charakter. Większość występujących w ojczystej Premier League piłkarzy zwykle gdzieś jeszcze pracuje – za barem albo w hotelach”.

Zakontraktowany w 1994 roku Simoes miał więc trudne pole do uprawy. Krok po kroku starał się jednak pogodzić pół-amatorską fantazję z rygorami światowego futbolu. W pierwszej kolejności Brazylijczyk wziął się za zastanych już kadrowiczów. Zaproponował im specjalną dietę, skłonił do zajęć fitness, a reprezentacyjnym golkiperom zafundował oddzielne treningi bramkarskie. „To drobne rzeczy, ale właśnie w kwestiach organizacji i dyscypliny jamajska kadra najbardziej kulała. Udało mu się zaszczepić wyluzowanej karaibskiej kulturze trochę dyscypliny” – twierdzi Glaser.

Kolejnym krokiem było zaproszenie do reprezentacji zawodników urodzonych w Anglii, ale legitymujących się jamajskimi korzeniami. Tym sposobem drużynę zasilili występujący na Wyspach Brytyjskich - Deon Burton i Darryl Powell (obaj Derby County), Paul Hall i Fitzroy Simpson (obaj Portsmouth), Marcus Gayle i Robbie Earle (obaj Wimbledon) oraz Frank Sinclair (Chelsea).

Ich nagłe pojawienie się w reprezentacji wywołało spory szok. Zarówno kibice jak i zawodnicy przyjęli angielski zaciąg z rezerwą. „Fani pytali - skoro drużyna radzi sobie nieźle, to po co ściągać ludzi z zewnątrz? Z czasem jednak, najpierw piłkarze, a potem sami sympatycy, przekonali się, że z ‘Anglikami’ ekipa radzi sobie jeszcze lepiej” – mówi Glaser.

Co było dalej? Dlaczego po meczu z Argentyną łajano selekcjonera? Jaki deal Jamajczycy dobili z japońskimi kibicami? Sprawdźcie w "Kopalni - Sztuce Futbolu".

P.

niedziela, 04 maja 2014
Tom meets Zizou, film o piłkarzu innym niż wszyscy

Thomas Broich, Tom meets Zizou

Bystrością nie grzeszyli, talent zaprzepaścili. Takich piłkarzy było wielu. Niemiec Thomas Broich też nie zrobił takiej kariery, jaką mógł. Myślał za wiele, a najchętniej uprawiał wielobój, w którym futbol był tylko jedną z dyscyplin obok filozofii, literatury i muzyki klasycznej.

''Sokrates strzelił bramkę dzięki podaniu Archimedesa. Niemcy sprzeczają się z sędzią. Hegel twierdzi, że rzeczywistość to tylko aprioryczny dodatek do etyki. Kant za pomocą imperatywu kategorycznego stwierdza, że ontologicznie bytuje ona tylko w wyobraźni''. Wyborny skecz grupy Monty Python o meczu filozofów greckich z niemieckimi przychodzi na myśl na widok złośliwego rysunku, który przedstawia Thomasa Broicha przed wykonaniem rzutu karnego. Podpis brzmi: ''Z logicznego punktu widzenia mogę założyć, że w ośmiu przypadkach na dziesięć ten bramkarz wybierze lewy róg. Ale czy to nie Sartre powiedział, że przyszłość nie ma związku z tym, co było? Do diabła, za dużo myślę!''.

Australia, druga ojczyzna

13 marca 2011 roku Thomas Broich do strzału z jedenastu metrów nie podszedł. Chwilę wcześniej jego Brisbane Roar przegrywało w dogrywce finału australijskiej A-League już 0:2, ale Niemiec - w 117. i 120. minucie - dwa razy podał kolegom tak, że ci doprowadzili do wyrównania. Gdy gracz Brisbane strzelił zwycięskiego karnego, wszyscy koledzy z drużyny w amoku rzucili się na niego z radości. I tylko Broich od zespołu oddalał się wesół, a może półwesół.

Może tak naprawdę nie dochodziło do niego, że oto w wieku 30 lat wywalczył pierwszy tytuł w swojej karierze. A może po prostu było to zgodne z jego zdystansowanym podejściem do futbolu. Podejściem, które pozwoliło mu być naprawdę szczęśliwym dopiero w Australii. W odległości 15 tys. km od ojczyzny i Bundesligi, w której zaczynał być gwiazdą, z której regułami się kłócił, która wpędziła go w depresję. I od której w końcu uciekł.

Dla A-League, czyli ligi australijskiej, zrobił więcej niż jakikolwiek inny piłkarz, z Alessandro Del Piero na czele. To w kraju kangurów opinia na tyle powszechna, że wielu kibiców i fachowców widziało (widzi) Broicha w reprezentacji Australii na zbliżający się mundial w Brazylii. Nic dziwnego, właśnie znów zdobył tytuł najlepszego piłkarza ligi.

Na jednym mistrzostwie kraju dla Brisbane nie poprzestał, właśnie zdobył trzecie w ciągu czterech lat. Każde z nich - w niezwykłych okolicznościach, w każdym finale zaliczał asystę lub asysty. Przeciw z Perth Glory ze znanym z Wisły Kraków kapitanem Jacobem Burnsem w 2012 r. Roar wyrównali na 1:1 w 84. minucie, a gola na wagę triumfu strzeliło w czwartej minucie doliczonego czasu. Zdobyte w niedzielę mistrzostwo 2014 roku też mogło przyprawić fanów o migotanie - 1:1 w 84., 2:1 w 108. minucie (w ekipie Western Sydney Wanderers zagrał były ełkaesieak Labinot Haliti, miejsce na boisko ustąpił mu... Shinji Ono).

Broich przyznaje, że Australia to jego miejsce na ziemi. Niemcy, ojczyzna, tym miejscem na pewno nie były. Ale na pewno musi mu być miło, że w roku mistrzostw świata, przy całej potędze Bayernu i Borussii, są w Niemczech osoby, które próbują przekonać Jogi Loewa, by wziął go pod uwagę przy ustalaniu kadry na Brazylię.

Bundesliga, basen pełen rekinów

Młody Tom był pełen entuzjazmu jak inne dzieciaki. Jeszcze jako 15-latek stawiał mamę na bramce i kazał bronić swoje strzały. - Byłam cała posiniaczona. Strzelali jak szaleni. Zawsze powtarzam, że to szkoda: taki bystry chłopak, a idzie grać w piłkę - wspominała troskliwa kobieta. Chłopak, który znalazł pod choinką koszulkę Bayernu, wyglądał na najszczęśliwszą istotę na świecie. Jego idolem był najpierw Lothar Matthäus, a potem Zinedine Zidane. - Biegałem po podwórku, odgrywając wymyślone mecze Bawarczyków. Zawsze chciałem zagrać w Bundeslidze - opowiadał piłkarz, który na cześć Francuza nadał swojej skrzynce e-mail adres: tommeetszizou@aol.com.

Zidane'a na boisku nigdy nie spotkał, do ukochanego Bayernu też nie trafił.

Już pełnoletni zawodnik nie został doceniony na przedmieściach Monachium, Unterhaching kazało mu szukać innego klubu. Broich rozkwitać zaczął w Wacker Burghausen, gdzie spędził 2,5 sezonu - najpierw w trzeciej, potem w drugiej lidze. Z wielu propozycji z 1. Bundesligi, zimą 2004 roku wybrał Borussię Mönchengladbach.

Po kilku tygodniach tam ofensywny pomocnik powiedział: - Słyszałem o Bundeslidze rzeczy, które mnie przeraziły. Basen pełen rekinów, zła atmosfera. Od pierwszego dnia byłem bardzo szczęśliwy, bo nic z tego nie okazało się prawdą. Było jak w Burghausen. To wielka ulga.

Trener Holger Fach chwalił go: - Podoba mi się to, że identyfikuje się ze swoim zawodem. Stara się ciągle rozwijać, słucha konstruktywnej krytyki.

Obie opinie z czasem przestały być aktualne.

Thomas Broich, Tom meets Zizou 

Mozart i Netzer w jednym

Najpierw jednak Broich zagrał świetną rundę, zdobył dwa gole, miał kilka asyst. Co i rusz lądował w prasowych nagłówkach. ''Gladbach ma nowego Netzera'', ''Mozart z piłką'', ''Myśleć i wygrywać''. Media szybko odkryły, że Thomas Broich to zarówno nietuzinkowy piłkarz, jak i człowiek. - Hemingway, Dostojewski, Camus, nic lekkiego - wymieniał swoich ulubionych autorów młody gracz. - Wolność, tożsamość i moralność to poważne kwestie, którym często nie poświęca się dość uwagi w społeczeństwie. Chcę reprezentować pewną filozofię i czasami móc poruszyć tematy, o których nie rozmawia się w Bundeslidze - przekonywał. Przydomek ''Mozart'' dostał w szatni, w kolegach z zespołu nie znalazł dyskutantów.

- W ogóle mnie to nie interesuje - stwierdził szczerze obrońca Stefan Fruhbeis. - Próbowałem przeczytać parę stron, ale to nie dla mnie. Thomas w wolnym czasie chodzi na przykład do teatru. To o czym mówi, naprawdę robi wrażenie. Kiedy jedziesz z nim samochodem, nagle słuchasz Mozarta i innych - dodał. Dla ścisłości: Broich słuchał Carla Löwe, ale nie wymagajmy od piłkarzy słuchu absolutnego.

Broich był rzadkim okazem, bo miał do powiedzenia więcej niż tylko ''kopnąłem i wpadła''. Pozował do zdjęć a to z książką w ręku, a to w operze. Potem został też felietonistą, brał udział w muzycznych jam session, a dla wyciszenia się poszedł na kurs garncarstwa. Cały czas twierdził, że jest świadom ryzyka utraty kontaktu z rzeczywistością. Jednocześnie zaczął jeździć używanym Jaguarem, tak jak legenda klubu, Günther Netzer. - To, co robimy, to sztuka użytkowa, dlatego musimy być blisko publiki. Zainteresowanie mediów wpływa na mnie pozytywnie, ale wiem, że zajmują się tobą, kiedy wyrastasz na gwiazdę i kiedy wpadniesz w otchłań - przewidywał młodzian.

Lena, jego dziewczyna, nie chciała dać się wcisnąć w wytworzone przez media ramy typowej partnerki piłkarza: - Nie masz własnej osobowości. Określa cię twój chłopak. Jeżeli jest dobry, ty też jesteś wspaniała. Jeżeli gra słabo, albo w ogóle, wtedy wypadasz. WAGs (ang. Wives And Girlfriends - żony i dziewczyny) to głupi stereotyp: dziewczyna siedzi w domu, czeka aż pojawią się pieniądze, żeby pójść na zakupy do Gucciego, Prady czy Versace, a potem ma leżeć i czekać aż wróci jej cudowny chłopak-piłkarz - opowiadała dziewczyna, która pracowała jako kelnerka. - W tydzień zarabia więcej niż ja przez rok. Czasami myślę, że to nienormalne. To ja zasuwam przez osiem godzin dziennie.

Po latach, w Australii, Thomas przyzna: - Jako ''Mozart'' byłem podatny na pochlebstwa... Arogancja i próżność. Wpadłem w to.

Thomas Broich, Tom meets Zizou

Pustka na Evereście

Od próżności wielu innych sportowców i tak dzieliły go jednak lata świetlne. Rozmowa w ZDF:

- Jak to jest być ''promykiem nadziei''?

- Najpierw trzeba się tak czuć, a ja się tak nie czuję.

- W ogóle? Za duży ciężar czy po prostu nie jesteś zainteresowany?

- Nie jestem zainteresowany.

- Ale musimy w kimś pokładać nadzieje. Frank Fahrenhorst, Bastian Schweinsteiger, Lukas Podolski, Thomas Broich. Te nazwiska ciągle się powtarzają.

- Tak, ale tak jest zawsze po przegranym meczu reprezentacji. Opinia publiczna chce widzieć w zespole świeżą krew.

Kontuzja sprawiła, że Broich nie pojechał na młodzieżowe mistrzostwa Europy latem 2004 roku. Po klęsce drużyny seniorów na Euro 2004, cały kraj widział go jednak w kadrze budowanej na mundial 2006, organizowany przecież przez Niemcy. Sielanka skończyła się, gdy trenerem Gladbach został Dick Advocaat. Broich zamiast w reprezentacji wylądował w czwartoligowych rezerwach. Tam spotkał asystenta Michaela Oenninga, który próbował go zrozumieć: - Tom ma wielki potencjał, ale i skłonności do tłumienia go. Jest dla siebie zbyt krytyczny. Często próbuje być wszystkim na raz. Są tylko dwie możliwości. Jeśli ktoś postępuje w sposób, który uważa za słuszny, a jest odmienny od normy, to albo zostaje uznany za niebezpiecznego, albo będzie wyznaczał nowe trendy.

Po powrocie Broicha do pierwszego zespołu, nawet gdy jego grę przyjechali obejrzeć selekcjonerzy, Jürgen Klinsmann i Joachim Löw, holenderski trener trzymał go na ławce. Powołanie dostał, ale do kadry B. I olśnił wszystkich swoją grą, pochwał nie szczędzili mu nawet wielcy Borussii, Berti Vogts czy Udo Lattek. Prawdziwym problemem Broicha nie było jednak to, w jakim tempie wraca do formy po kontuzji, czy to, że nie pasuje do koncepcji szkoleniowca. Po zaledwie jednej udanej rundzie w jego wypowiedziach słychać było wątpliwość, czy w piłce chce jeszcze coś zdziałać.

- Przez pół roku doświadczyłem rzeczy, na jakie inni potrzebują lat. Zrobiłem wszystko, o czym marzyłem jako mały chłopiec, brakuje mi trochę motywacji. Reinhold Meissner kiedyś powiedział: ''Na Mount Everest, po wejściu jako pierwsza osoba bez tlenu, zastanawiałem się, czemu nic nie czuję w środku''. Ze mną było podobnie. W ogóle nie mam ambicji, by kiedyś zagrać w Bayernie, Dortmundzie czy Leverkusen. Mam pewne zobowiązania, gdy podpisuję kontrakt i gram na oczach widzów, ale mój stan emocjonalny jest dla mnie znacznie ważniejszy. Jedna droga życiowa przez 20 lat? Przegapienie szansy, by doświadczać nowych kultur, innych mentalności i osobowości, byłoby smutne - twierdził Thomas Broich.

Przez chwilę na jego ambicję działał zbliżający się mundial. To grę na nim oznaczył sobie jako ''nowy cel''. Konflikt z Advocaatem szybko go jednak do tego zniechęcił:

- Spędziłem dużo czasu próbując robić to, o co mnie prosił. Potem trenowałem tak, jak mi się podobało. Wiem, że tego nie cierpiał. W Burghausen piłka była jedyną rzeczą, o jakiej myślałem. Chciałem osiągnąć cel, bez względu na wszystko. Teraz uważam, że ważniejsze jest to, by lubić to, co się robi, postępować zgodnie ze swoimi ideałami. Nie muszę wygrać mistrzostwa świata w 2006 roku. Nie chcę rezygnować ze wszystkiego, by na nich wystąpić. Cena jest zbyt wysoka.

Po wyrzuceniu Holendra z klubu, Broich na chwilę odżył, miewał przebłyski dawnej formy. Wiosną 2006 nie dostał się jednak do kadry, a... na studia filozoficzne. Latem przeprowadził się do drugoligowego 1.FC Köln.

Thomas Broich, Tom meets Zizou

Mówię ten sam szajs, co inni piłkarze

W Kolonii chciał zacząć wszystko od nowa. W końcu przestał się rozpraszać. - Nie wziąłem ze sobą żadnych książek, brałem je tylko na długie wycieczki. W wywiadach przestałem mówić o swoich zainteresowaniach. Mówię ten sam szajs co 70 proc. zespołu. To chyba działa, jestem z nim dobrze zgrany - opowiadał.

Scenariusz z Gladbach zaczął się jednak powtarzać. Broich zagrał genialny mecz (w ''Kickerze'' nota 1, klasa światowa) w Pucharze Niemiec przeciw Schalke, gdy w dogrywce jednego gola strzelił, a drugiego wypracował. Natychmiast stwierdził, że graczowi na jego poziomie tak doskonały wieczór może się zdarzyć tylko raz. To pasowało do jego wcześniejszych rozmyślań, że chce dotknąć granicy swoich możliwości, chce móc powiedzieć ''nie mogę być lepszy''.

Kolejny znany i charyzmatyczny trener zarzucał mu jednak, że być lepszym próbował za mało. Broich porównywał Christopha Dauma - bo o nim mowa -  do mesjasza, a to co się wokół niego działo do cyrku (co było dość trafne: na pierwszy trening przyszło 10 tys. osób, a trener błogosławił dzieci). W drugim sezonie po przyjściu Dauma i Broicha, Kolonia awansowała do 1. Bundesligi. Piłkarzowi udało się nawet zerwać ze stereotypem artysty-mięczaka. Po tym, jak na własną prośbę zagrał w ważnym meczu zaledwie cztery dni po leczeniu ciężkiego urazu płuc w szpitalu, dostał owację na stojąco. Po powrocie do ekstraklasy za wielu oklasków się już nie nasłuchał, z Daumem współpracować nie chciał.

Jeszcze dał się namówić Michaelowi Oenningowi, jedynemu trenerowi, który go rozumiał, na przejście do Norymbergi. Ale to już była piłkarska agonia, chciał rzucić grę.

- Nagle nie wierzysz już w nic. Czułem, że z każdym kolejnym negatywnym doświadczeniem wpadam w coraz głębszą dziurę. Psychicznie byłem totalnym wrakiem, jak ktoś martwy. Kiedy miałem iść na trening, to było piekło. To była w pełni rozwinięta piłkarska depresja.

Strach w Bundeslidze daje się wyczuć wszędzie

- W Australii, zmienił otoczenie, presja była dużo mniejsza. Tam spotykał się z psychologiem. Mnie też nazywał swoim terapeutą - mówił Aljosha Pause, specjalista od piłkarskich dokumentów, który przez ponad siedem lat śledził z kamerą losy i rozterki niemieckiego piłkarza. 136 minut z ponad stu nakręconych godzin materiału zawarł w filmie ''Tom meets Zizou - Kein Sommermärchen'', który można było obejrzeć na poznańskim festiwalu filmowym ''Ale Kino!'', w ramach fantastycznej sekcji ''Ale Kino! z piłką''.

W czym reżyser, który gościł przy tej okazji w Polsce, widzi największy problem sportowca? - W Niemczech o problemie depresji w sporcie zrobiło się głośno dopiero po śmierci bramkarza Roberta Enke. Samobójczą próbę podjął też sędzia, a trener Ralf Rangnick zrezygnował z posady z powodu wypalenia się. W piłce nie chodzi o to, by być głupszym, czy mniej myśleć, ale by być opanowanym emocjonalnie. Tom rozdzielał uwagę na zbyt wiele spraw, nie skupiał się w 100 proc. na piłce.

Thomas Broich uważa, że nie chciał być desperatem:

- Nie znoszę, kiedy ktoś mówi, że jest tyle rzeczy, które mogłem zrobić inaczej. Albo że ten ktoś zrobiłby je inaczej. Wiele rzeczy poszło zupełnie źle, ale nie chcę narzekać. Były też dobre chwile, fajne przeżycia, możliwości, które nie każdy ma. W końcu wylądowałem tutaj, więc wszystko zdaje się mieć jakiś cel. Generalnie, jestem zadowolony ze swojego życia, a to jest bardzo ważne. Gdybym mógł wybrać czyjeś życie, możliwe, że wybrałbym swoje.

Miałem wrażenie, że oni wszyscy są strasznie wystraszeni w Bundeslidze.

Każdy gracz obawia się, że coś mu zabiorą. Każdy trener kurczowo trzyma się swojego stołka. Wszyscy są pod wielką presją. Kiedy przez pół roku idzie gorzej, wiedzą, że ich czas dobiega końca. To się daje wyczuć wszędzie. Każdy desperacko usiłuje odnieść sukces.

Każdy, ale nie on.

B.

Polub Numer 10 na facebooku. I na twitterze.

PS Było tu więcej o Broichu-człowieku niż Broichu-piłkarzu, więc oto próbka jego umiejętności.

Przypomina mi trochę Gheorghe Hagiego, którego szeroko opiewaliśmy na blogu Numer 10.

PS 2. Przy całej gamie kanałów sportowych w Polsce nie jestem w stanie pojąć, dlaczego film ''Tom meets Zizou'' nie był jeszcze u nas pokazany. Ktoś mi wytłumaczy?

środa, 30 kwietnia 2014
Ostatni taki bal

Kilka dni temu ucieszyliśmy się wszyscy radością szczerą, choć zatroskaną nieco o to, co dalej, z wywalczonego w niezłym stylu, awansu polskich hokeistów na zaplecze elity. Po trzech latach szamotania się w trzeciej lidze światowego hokeja, biało-czerwoni znów znajdą się za rok w gronie dwudziestu dwu najlepszych drużyn globu. Trochę na przekór skrzeczącej rzeczywistości, wciąż wielu z nas marzy o powrocie polskich Orłów do elitarnej szesnastki. Miara naszych marzeń jest bowiem zarazem miarą upadku polskiego hokeja, jaki dokonał się na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza i wiele mówi o tym, w jakim miejscu znajduje się obecnie ta piękna dyscyplina sportu w rodzimym wydaniu pośród światowej stawki. A przecież to właśnie dziś, w godzinach popołudniowych, minie dokładnie 25 lat od momentu, gdy biało-czerwoni po raz ostatni zagrali w ścisłej, ośmiodrużynowej światowej elicie. To właśnie wtedy rozpoczął się gwałtowny proces zmierzchu pewnej epoki w dziejach polskiego hokeja.

Biało-czerwoni jechali na szwedzki turniej o mistrzostwo świata w kwietniu 1989 roku, niczym na egzekucję. Niemal wszyscy spisują nas na straty, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo my jej tanio na pewno nie sprzedamy – odgrażał się niemal w przededniu inauguracyjnego spotkania, legendarny Henryk Gruth. Polski zespół, który jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej, aż do momentu dyskwalifikacji Jarosława Morawieckiego, nadspodziewanie dobrze spisywał się podczas igrzysk olimpijskich w Calgary, gdzie m.in. minimalnie przegrał z Kanadą (0:1) i sensacyjnie zremisował ze Szwecją (1:1), czekało naprawdę niełatwe zadanie przedłużenia swego bytu pośród hokejowej śmietanki. W porównaniu do olimpijskiego turnieju sprzed roku, Leszek Lejczyk zabierał teraz za Morze Bałtyckie kadrę, zdaniem wielu po prostu osłabioną, zmianą aż siedmiu nazwisk.

Już na dzień dobry, wieczorem 15 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, przyszło się zmierzyć Polakom, z broniącymi mistrzowskiego tytułu gospodarzami imprezy. Biało-czerwoni zagrali naprawdę bardzo przyzwoicie i jeszcze w połowie meczu sensacyjna powtórka z olimpijskiego remisu wydawała się być jak najbardziej realna. Co prawda na niespełna 150 sekund przed syreną kończącą pierwszą tercję, ówczesny napastnik New York Rangers, hokeista, który podczas swych piętnastu sezonów gry na lodowiskach NHL, w 1122 występach uzbiera łącznie blisko tysiąc punktów (w tym 426 goli), Tomas Sandstroem, wykorzysta okres gry w przewadze i na kilkanaście sekund przed powrotem z ławki kar Janusza Syposza, pokona bramkarza Naprzodu Janów - Andrzeja Hanisza, lecz podopieczni Lejczyka wcale nie złożą broni. W 27 minucie spotkania, debiutujący na wielkiej imprezie, napastnik GKS Tychy, Marian Drasyk, dobije potężny strzał Piotra Zdunka i wprawi w osłupienie, wypełnioną ponad trzynastotysięczną widownią, sztokholmską Globen Arena. Choć Polacy w drugiej tercji mają wręcz przewagę w strzałach na bramkę, to jednak gospodarze schodzą na kolejną przerwę z prowadzeniem 3:1. Gole uzyskane w końcówce drugiej tercji przez legendę Winnipeg Jets, Thomasa Steena (łącznie przez 14 sezonów gry dla Jets w NHL - 1006 występów i 861 zdobytych punktów, w tym 276 goli) oraz ponownie Sandstroema, a także trafienie w pierwszych sekundach ostatniej odsłony uzyskane przez Fredrika Olaussona (łącznie 16 sezonów w NHL, 1093 występy i 610 punktów) na dobrą sprawę, w niespełna cztery minuty przesądziły o losach spotkania. Wynik na 5:1 ustalił kolejny gwiazdor zza Oceanu, ówczesny gracz nowojorskich Rangers – Ulf Dahlen (14 sezonów w NHL, 1051 występów, 695 punktów w tym 316 goli). Warto przypomnieć, że w ekipie gospodarzy, podczas meczu przeciwko biało-czerwonym asysty przy golach zaliczyli m.in. Kent Nilsson (już wtedy mający na koncie 612 spotkań i 738 punktów w NHL) oraz Thomas Albelin (1033 występy w NHL), a w obronie wystąpił również, dobiegający już wówczas powoli do czterdziestki na karku, legendarny obrońca Borje Salming, członek panteonu Hall Of Fame NHL, który na lodowiskach za Oceanem spędził łącznie szesnaście sezonów (1229 występów, 836 punkty). Kilka lat temu Salming został wybrany, obok Tretiaka, Fietisowa, Charłamowa, Makarowa i Gretzkyego do piątki stulecia IIHF, All-Star Team. Celowo tak nachalnie przypominam te wszystkie imponujące cyfry, bilanse i osiągnięcia, by niemal łopatologicznie uzmysłowić nam wszystkim, z kim mieli okazję mierzyć się wówczas polscy hokeiści podczas szwedzkiego, lodowego mundialu przed ćwierćwieczem. I westchnąć z rozrzewnieniem.

Występ naszych hokeistów przeciwko naszpikowanym gwiazdami, broniącym mistrzowskiego tytułu, gospodarzom imprezy, mógł długimi chwilami nastrajać umiarkowanym optymizmem. Jednak już 24 godziny później, miny w polskiej ekipie zdecydowanie zrzedły. W pierwszej tercji swego drugiego spotkania, biało-czerwoni, wbrew zaleceniom sztabu szkoleniowego, po husarsku, lecz dość lekkomyślnie, zdecydowali się pójść na wymianę ciosów z kanadyjskimi gwiazdami. Po 20 minutach przegrywaliśmy z Klonowym Liściem 0:2, jednak druga odsłona była już istną katastrofą. Polscy hokeiści wycieńczeni morderczym tempem pierwszego starcia, drugie przegrali aż 0:7 i na niewiele zdała się nawet zmiana w bramce Gabriela Samoleja na Hanisza, po tym jak ten pierwszy w niespełna dwie minuty został pokonany aż trzykrotnie. W ostatniej tercji Kanadyjczycy znów nieco zwolnili tempo i poczęstowali nas zaledwie dwoma trafieniami. Biało-czerwoni niespecjalnie siali popłoch pod kanadyjską bramką, w której po pół godzinie gry Seana Burke zastąpił, pochodzący z Dąbrowy Białostockiej, Peter Sidorkiewicz. Ostatecznie skończyło się na pogromie 11:0. Dwa trafienia i dwie asysty Briana Bellowsa (łącznie 17 sezonów w NHL, 1188 występów i 485 goli) w ostatecznym rozrachunku będą stanowiły istotny wkład w wywalczenie przez niego tytułu najskuteczniejszego gracza tego mistrzowskiego turnieju. Aż o cztery bramkowe łupy wzbogacił się na Polsce Andrew McBain. Dwukrotnie Hanisza pokona też wielka legenda światowego hokeja, członek panteonu Hall of Fame NHL, jeden z najskuteczniejszych graczy tej ligi – Dale Hawerchuk (łącznie 16 sezonów w NHL, 1188 występów, 1409 punktów, w tym aż 518 goli). Swoje trafienie dołoży też Kirk Muller (19 sezonów w NHL, 1349 meczów, 959 punkty, w tym 357 goli), a przy asystach, zapunktują na tle biało-czerwonych również takie tuzy kanadyjskiego hokeja, jak Scott Stevens (członek Hall of Fame NHL, siódmy w tabeli wszechczasów, jeśli chodzi o największą ilość meczów w NHL - 1635, w której spędził aż 22 sezony i zdobył 908 punktów), John MacLean (18 sezonów w NHL, 1194 punktów) czy Randy Carlyle (18 sezonów w NHL, 1055 występów, członek All Star Team NHL z 1981 roku). Aż strach pomyśleć, co działoby się na lodzie, gdyby w meczu z Polską wystąpili również Mark Messier i Steve Yzerman, którzy wspierali już zespół Klonowego Liścia w następnych spotkaniach na szwedzkim turnieju. Cóż, w Kanadzie jest więcej lodowisk niż w Polsce wszystkich hokeistów, trzeźwo konstatowali obserwatorzy mistrzowskich zmagań.

Jeszcze gorzej było dwa dni później, gdy Polacy zostali rozbici przez Czechosłowację w stosunku 0:15. Bywały i takie momenty w tym meczu, kiedy biało-czerwoni w 77 sekund potrafili stracić aż trzy bramki. Poza tym rywale aż trzykrotnie strzelali nam gole, grając w liczebnym osłabieniu. Tradycyjnie już najbardziej zatrważająca w wykonaniu Polaków była druga tercja, którą przegraliśmy aż 0:8. Łaskawy okazał się za to dla nas skrzydłowy drugiego ataku naszych południowych sąsiadów, dzisiejszy trener GKS Tychy, Jiri Sejba. W festiwalu strzeleckim jaki urządził sobie kosztem biało-czerwonych zespół Czechosłowacji, ówczesny gracz Pardubic, były mistrz świata z 1985 roku, a przyszły skrzydłowy Buffalo Sabres, nie zapunktował. Reprezentanci Polski nie potrafili wykorzystywać nawet sytuacji sam na sam z Dominikiem Haszkiem, który po latach stanie się prawdziwą legendą światowego hokeja i aż sześciokrotnie będzie wybierany do All Star Team NHL. Jest mi wstyd, że nasz zespół gra tak słabo - było to jedyne zdanie, jakie po pogromie z Czechosłowacją zdołał wykrztusić z siebie Leszek Lejczyk. RFN wydaje się być poza zasięgiem. Fakt, że wciąż gramy w grupie A, należy uznać za wydarzenie będące absolutnie wbrew logice – pisał korespondent "Przeglądu Sportowego", Marek Suchy. Inni dodawali z sarkazmem, że w Szwecji lód jest po prostu zbyt śliski dla polskich hokeistów.

Po upływie 20 godzin, Polakom znów przyszło przełknąć kolejną dwucyfrową porażkę na szwedzkiej tafli. W spotkaniu z radziecką maszyną, biało-czerwoni na dobrą sprawę nawet nie podjęli walki, bardzo szybko rzucając ręcznik na lód. Podopieczni Lejczyka nie zdążyli nawet dotknąć krążka, gdy już w 30 sekundzie Władimir Krutow uzyskał prowadzenie dla ZSRR, a w połowie spotkania było już 10:0 dla podopiecznych Tichonowa. Po dziesiątym golu zjechał z bramki debiutujący właśnie na mistrzowskim turnieju bramkarz GKS Katowice – Dariusz Wieczorek. Niedługo potem, honorowe trafienie dla naszego zespołu, uzyskał Roman Steblecki, pokonując Artursa Irbe ładnym uderzeniem. Skończyło się na 1:12, a do polskiej bramki tamtym kwietniowym, wczesnym popołudniem, krążek posyłały takie gwiazdy, jak Krutow i Fiedorow po 2, a także Łarionow, Kasatonow, Chmyliew, Gusarow, Kwartalnow, Bykow (łącznie w swojej karierze strzelił biało-czerwonym dwa gole), Kamienski i Niemczinow. Trzema asystami musiał zadowolić się Makarow. Kilkanaście dni później podopieczni Tichonowa sięgną po swój kolejny tytuł mistrzowski. A biało-czerwoni już nigdy więcej nie zagrają przeciwko ZSRR na wielkim turnieju. W hokeju kończyła się powoli pewna epoka. Najpierw w samym wnętrzu tamtej, legendarnej ekipy. Rozpoczęło się od tarć pomiędzy Łarionowem i Fietisowem, a Tichonowem. Fietisowa odsunięto od kadry, lecz ujęli się za nim, grożąc bojkotem mistrzostw, pozostali członkowie wielkiej piątki – Krutow i Makarow, czyli wszyscy poza Kasatonowem, który uchodził za człowieka Tichonowa. W efekcie przywrócono Fietisowa do drużyny (w Szwecji był nawet jej kapitanem), lecz legendarna piątka uległa rozbiciu, gdyż koledzy nie chcieli już grać wespół z Kasatonowem w tej samej formacji. Odtąd Fietisow tworzył parę obrońców z Szirjajewem, a Kasatonow z Bjakinem. W dodatku na niespełna miesiąc przed sztokholmskim turniejem stała się rzecz historyczna – po raz pierwszy za zgodą radzieckiej federacji, rosyjski hokeista – Siergiej Priachin, podpisał kontrakt z zespołem NHL. Tuż po mistrzostwach świata na podobny krok, lecz bez oficjalnego stempla czerwonych satrapów, zdecydował się 20-letni Aleksandr Mogilny. Jego postępek nie wywołuje innego uczucia jak wstręt – sadził się na morały Tichonow. Jako, że Mogilny był graczem CSKA Moskwa, grożono mu nawet karą za dezercję z wojska. Sytuacja na świecie powoli się jednak zmieniała i z czasem okazało się, że na palcach jednej ręki można policzyć tych radzieckich graczy z meczu przeciwko Polsce z 19 kwietnia 1989 roku, którzy nie zostali potem gwiazdami w NHL (byli to Bykow, Chomutow, Szirjajew, Chalizow i S.Jaszyn). Wiele z filarów radzieckiej kadry ‘89 było już zbyt zaawansowanych wiekowo, by przez długie lata błyszczeć jeszcze za Oceanem, ale swoje wyraźne piętno na rozgrywkach NHL odcisnęli niemal wszyscy poza wymieniona piątką. Fietisow i Łarionow zdążyli sobie nawet jeszcze zapracować na miejsce w panteonie Hall Of Fame NHL. Największą szansę na piękną karierę na drugiej półkuli mieli oczywiście ci najmłodsi i najzdolniejsi, którzy zresztą na szwedzkim turnieju współpracowali ze sobą w trzeciej formacji radzieckiego ataku: Mogilny i Fiedorow - każdy z nich rozegrał w NHL grubo ponad tysiąc spotkań i strzelił ponad pół tysiąca bramek (Fiedorow występował w NHL przez aż 18 sezonów), obaj bywali też wybierani do zespołu Gwiazd NHL. Przeciwko biało-czerwonym na sztokholmskiej tafli zagrali radzieccy hokeiści, którzy w przyszłości na lodowiskach NHL będą autorami łącznie niemal dwóch tysięcy goli! Aż jedenastu z nich wystapiło dwa lata wcześniej, w lutym 1987 roku w Quebec, w słynnym dwumeczu Randevois Cup, pomiędzy gwiazdami NHL a reprezentacją ZSRR (pierwszy z nich podopieczni Tichonowa przegrali 3:4, drugi wygrali 5:3). Pamiętajmy też, że Wiaczesław Fietisow aż dziewięciokrotnie bywał wybierany do piątki All Star Team turniejów mistrzostw świata. Siergieja Makarowa ten zaszczyt spotykał aż ośmiokrotnie, Aleksieja Kasatonowa pięciokrotnie, Władimira Krutowa czterokrotnie, a Igora Łarionowa dwukrotnie. Fietisow i Makarow zostali również uhonorowani przez IIHF wyborem do najlepszej piątki stulecia All Star Team. Zespół radziecki to była po prostu absolutnie fenomenalna plejada gwiazd światowego hokeja, która wówczas, wiosną 1989 roku po raz ostatni skrzyżowała kije z reprezentantami Polski.


Hokej: Polska - ZSRR 1:12 (1989) przez numer10 

Po trzech z rzędu dwucyfrowych porażkach na szwedzkim turnieju, selekcjoner polskiej reprezentacji, 46-letni wówczas, prawnik z wykształcenia, w wywiadzie dla katowickiego "Sportu" nie owijał w bawełnę. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że między nami a hokejowymi potęgami istnieje przepaść. Dziś widzimy całą okrutną stronę tego faktu. Powiem szczerze, stojąc w boksie czułem się bezradny wobec rozwoju wypadków i było mi wstyd. Mam za sobą bezsenną noc, rozmowy z zawodnikami i kierownictwem ekipy. Mimo to, nadal po prostu nie wiem, co się stało z tą drużyną. Przegrywamy w katastrofalnych rozmiarach, w bezbarwnym stylu. Sądzę, że w meczach z Finlandią, USA czy RFN mamy minimalne szanse.

Nocne Polaków rozmowy w polskiej ekipie przynoszą jednak pewne ozdrowieńcze owoce. 21 kwietnia, wczesnym popołudniem, biało-czerwoni rozgrywają naprawdę dobry mecz przeciwko Finlandii. Przez pierwsze dwie tercje toczą z Suomi równorzędny, zażarty bój. Polacy zagrali mądrze taktycznie i potrafili stworzyć wiele groźnych sytuacji pod fińską bramką. Mogli objąć nawet prowadzenie, lecz napastnik Naprzodu Janów, Ludwik Czapka nie trafił w krążek będąc przed pustą bramką. Po kwadransie prowadzenie objęli więc Finowie, chwilę później podwyższył je były gracz Buffalo Sabres, Hannu Virta, lecz na 25 sekund przed końcem pierwszej tercji, jedyny obok Jerzego Potza (Eintracht Frankfurt) stranieri w naszej kadrze, grający we włoskim Fassa di Canazei – Jan Stopczyk, uzyskał kontaktową bramkę. W 28 minucie ówczesny gracz bytomskiej Polonii, Jerzy Christ znów wpakował krążek do bramki Jukki Tammiego i mieliśmy remis 2:2. Ostatecznie fińscy NHL-owcy: Jari Kurri, Esa Tikkanen, Hannu Jaervenpaa oraz Kari Eloranta przechylili szalę zwycięstwa na korzyść Suomi, ale sporo się przy tym natrudzili. Po raz pierwszy od meczu ze Szwedami, nawiązywaliśmy momentami walkę ze znacznie lepszym rywalem – nie ukrywał radości Leszek Lejczyk.

To, co najpiękniejsze dla polskiego hokeja na tym turnieju miało jednak nadejść dopiero dwa dni później. Niedzielnym wieczorem 23 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, biało-czerwoni po raz pierwszy od szesnastu lat pokonali na mistrzostwach świata RFN 5:3. A przecież podczas, gdy my zbieraliśmy dwucyfrowy łomot od Kanady, Czechosłowacji czy ZSRR, niemieccy podopieczni Xaviera Unsinna remisowali z tą samą Czechosłowacją oraz ze Szwecją. Polscy hokeiści wznieśli się jednak na absolutne wyżyny własnych umiejętności oraz ambicji i po wspaniałej walce pokonali swego odwiecznego rywala w elitarnym gronie. W pierwszej tercji padło aż pięć goli. Prowadzenie, już w 6 minucie spotkania, dał biało-czerwonym, ówczesny skrzydłowy Polonii Bytom, Marek Stebnicki. Niemcy odpowiedzieli trafieniami Gerda Truntschki i Haralda Birka, a na wyrównującą bramkę Krzysztofa Bujara odpowiedział ponownie Birk i schodziliśmy na pierwszą przerwę przegrywając 2:3. Druga tercja była jednak popisem podopiecznych Lejczyka. W 27 minucie wyrównał Roman Steblecki, a niemal równo dwie minuty później, uzyskując swe drugie trafienie, ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie napastnik Naprzodu Janów, który rok wcześniej niemal w ostatnim momencie wypadł z olimpijskiej kadry na Calgary – Krzysztof Bujar. Na niespełna sto sekund prze końcem drugiej tercji wynik meczu na 5:3 ustalił obrońca bytomskiej Polonii, Andrzej Kądziołka. Gdy w końcówce spotkania Unsinn wycofał bramkarza, Janusz Adamiec mógł jeszcze bardziej pogrążyć rywali, ale zabrakło mu nieco precyzji.

Jeszcze Polska nie zginęła! To największa sensacja tych mistrzostw! – krzyczała nazajutrz szwedzka prasa. W polskiej szatni panowała istna euforia. Leszek Lejczyk był po meczu skrajnie rozemocjonowany. Dopiero następnego dnia mógł udzielać składniejszych wypowiedzi. Mówiliśmy chłopakom, że Niemcy mają dwie mocne piątki, a pozostałe są znacznie słabsze. Mówiliśmy, że musimy grać do momentu kompletnej utraty sił. Zawodnicy rzeczywiście walczyli z niebywałą pasją. Mimo to, w zwycięstwo uwierzyłem dopiero w połowie ostatniej tercji – wyznawał polski selekcjoner. Zagraliśmy na maksimum swoich możliwości. Świetnie bronił Hanisz – dodawał asystent Lejczyka, Jerzy Mruk.

Polacy rzeczywiście zdawali się złapać wreszcie odpowiednią formę. Po udanych spotkaniach z Finlandią i RFN, również występ z USA mógł napawać optymizmem. Biało-czerwoni objęli prowadzenie po 10 minutach gry, gdy ówczesnego bramkarza New York Rangers, wybranego trzy lata wcześniej do All Star Team NHL, Johna Vanbiesbroucka (wspaniała kariera w NHL, łącznie blisko tysiąc spotkań), pokonał efektownym strzałem obrońca nowotarskiego Podhala – Robert Szopiński. Vanbiesbrouck udział w spotkaniu przeciwko Polakom przypłacił przykrą kontuzją szczęki. Minutę po golu Szopińskiego wyrównał legendarny Pat LaFontaine (Hall of Fame NHL; 1013 punktów, w tym 468 goli). Na cztery minuty przed końcem drugiej tercji prowadzenie dał naszym rywalom David Snuggerud, a 50 sekund po wznowieniu gry w ostatniej odsłonie bardzo ważną bramkę na 3:1 strzelił wybitny hokeista o polskich korzeniach Edward Olczyk (łącznie 16 sezonów i 1031 występów w NHL), na którego mecze tłumnie zjeżdżała swego czasu amerykańska polonia. Decydujący cios zadał Dave Christian (15 sezonów i ponad tysiąc spotkań w NHL) i ostatecznie Polska przegrała z USA 1:6, choć wynik ten nie do końca oddaje rzeczywisty obraz dość równorzędnej walki, jaką przez większą część spotkania toczyły ze sobą oba zespoły.


Hokej: Polska - Stany Zjednoczone 1:6 (1989) przez numer10

Polacy kończą więc zasadniczą fazę rozgrywek o mistrzostwo świata na siódmym miejscu, a zarazem plasują się na piątej pozycji w Mistrzostwach Europy (których klasyfikacja ustalana była właśnie na podstawie wyników grupowej fazy hokejowego mundialu), co stanowi niewątpliwe apogeum ówczesnych możliwości polskiego hokeja. Nieosiągalne już nigdy potem.

Nazajutrz zespoły polski i amerykański znów stanęły ze sobą oko w oko, lecz tym razem gra toczyła się już w rozgrywkach o miejsca 5-8. Polacy podświadomie oczekiwali już chyba na decydujący o utrzymaniu w ścisłej elicie bój z Niemcami i pojedynek z USA potraktowali nieco po macoszemu. Przewaga Amerykanów była teraz bardzo wyraźna, a Polacy znów najbardziej gościnni postanowili być dla rywali w drugiej tercji, przegrywając ją aż 0:5. Ostatecznie przegraliśmy ten mecz 2:11, a trafienia dla biało-czerwonych zaliczali wyłącznie napastnicy Naprzodu Janów – Piotr Kwasigroch (na 1:2) oraz Ludwik Czapka (na 2:9). Dla Amerykanów, poza dwiema bramkami Eda Olczyka, gole zdobywały m.in. takie sławy światowego hokeja, jak obrońcy: Brian Leetch (Hall of Fame NHL, dwukrotnie wybierany do pierwszej piątki NHL All Star Team, 18 sezonów, 1205 występów, 1028 punktów) czy Phil Housley (21 sezonów i 1495 występów w NHL, czyli o 8 meczów więcej od następnego, siedemnastego na liście wszechczasów, legendarnego Gretzkyego; 1232 zdobyte punkty), a aż trzykrotnie punktował za asysty w tamtym spotkaniu, znakomity Scott Young (17 sezonów i 1181 występów w NHL).

W kolejnym swym meczu podopieczni Lejczyka jedynie przez pierwszą, przegraną zaledwie jedną bramką tercję, dzielnie wytrzymywali rywalizację z Finami, a znakomicie bronił Hanisz. Gdy w pierwszej części drugiej odsłony, w przeciągu nieco ponad pięciu minut, kolejne trafienia dokładali: dzisiejszy selekcjoner reprezentacji Finlandii, już wówczas z zawodniczą przeszłością w NHL – Kari Jalonen (asystował mu przy tym golu gwiazdor zza Oceanu, Esa Tikkanen), a także Virta oraz jedna z największych legend światowego hokeja, a zdaniem wielu najlepszy gracz szwedzkich mistrzostw – Jari Kurri (łącznie 1398 punktów zdobytych w NHL, w tym aż 601 goli!), biało-czerwoni znów poczęli oszczędzać siły na mecz o wszystko z Niemcami. Pojedynek z Suomi był to najkrótszy, bo trwający łącznie zaledwie 113 minut, mecz tych mistrzostw, a żaden z graczy nie otrzymał nawet jakiejkolwiek kary, co najlepiej świadczy o ewidentnym oszczędzaniu sił i kości. Zespół Lejczyka i tak zmuszony był przecież stawać do decydującego boju osłabiony brakiem kontuzjowanych Kwasigrocha i Stopczyka. A warto przypomnieć, że hokeiści RFN nie próżnowali i w czasie, gdy Polacy przegrywali z Finami, oni byli o włos od remisu z Amerykanami, którym dopiero gol Pata LaFontaine, zdobyty na 10 sekund przed końcową syreną, zapewnił zwycięstwo 4:3.

Dokładnie 25 lat temu, w niedzielę 30 kwietnia 1989 roku, na lodowej tafli sztokholmskiej Globen Arena, w obecności niespełna dziesięciu tysięcy widzów, miała się zadecydować przyszłość polskiego hokeja. W meczu, który rozpoczął się o godzinie 13, biało-czerwonym do spełnienia marzeń wystarczał remis. Reprezentacja RFN, będąca najbardziej zaawansowaną wiekowo drużyną na szwedzkim turnieju, musiała za wszelką cenę wygrać. Polacy wystąpili w składzie: Hanisz – Potz, Gruth, Bujar, Adamiec, J.Szopiński; R.Szopiński, Kądziołka, Steblecki, Christ, Stebnicki; Syposz, Teodorczak, Czapka, Copija, Podsiadło; Bryjak, Drasyk, Zdunek. Po pierwszej, bezbramkowej tercji, wciąż mogliśmy jeszcze cieszyć się perspektywą pozostania w gronie najlepszych. Dramat zaczął się tuż po wznowieniu drugiej odsłony. Nie upłynęła nawet minuta gry, gdy Kądziołka uwikłał się w niepotrzebny drybling, tracąc krążek, który Holzmann zagrał do Rona Fischera. Ten ostatni uderzył nieczysto, ale krążek wymknął się jednak z rękawic Hanisza i znalazł dla siebie miejsce w polskiej bramce. W 30 minucie Czapka staje przed dogodną szansą na wyrównanie, lecz jego strzał szybuje obok słupka Friesena. W początkowych minutach ostatniej tercji, gdy Polacy grają w przewadze, na 45 sekund przed końcem kary niemieckiego hokeisty, Hiemer przychwytuje krążek, zagrywa do Georga Franza, a ten w sytuacji sam na sam z Haniszem, pokonuje naszego bramkarza. Po tym ciosie biało-czerwoni już się nie podniosą. Jeszcze na sześć minut przed końcem, Bryjak znajdując się przed pustą niemiecką bramką, nie sięgnie krążka. Nigdy nie zapomnę poczucia wielkiego rozczarowania i uczucia głębokiego smutku, jakie jeszcze przez kilka następnych dni rozdzierały moje serducho nastoletniego kibica polskiej reprezentacji.

Cudu nie było. Polacy zdegradowani – doniesie nazajutrz krakowskie "Tempo". Niemcy, którzy 13 lat wcześniej, na mistrzostwach świata w Katowicach (tamten mecz pamiętała jeszcze para obrońców: Gruth-Potz, oraz kapitan rywali: Kiessling), strzałem Philippa na 21 sekund przed końcową syreną zrzucili Polaków do grupy B., teraz znów zafundowali nam spadek o poziom niżej. W Sztokholmie nasi hokeiści zagrali słabo, a w kilku meczach wręcz kompromitująco. Czuję się za to odpowiedzialny – mówił już po przylocie do kraju, Leszek Lejczyk, który złożył rezygnację z selekcjonerskiego stanowiska. Dymisja ostatecznie nie została jednak przyjęta, gdyż wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że to nie w Lejczyku tkwi problem rodzimego hokeja. Kapitan polskiego zespołu, Henryk Gruth, przyczyn porażki na szwedzkim turnieju upatrywał w braku kontaktów z silnymi przeciwnikami oraz absencji kilku czołowych graczy z olimpijskiej kadry z Calgary. Korespondent katowickiego "Sportu", Ryszard Szuster, na łamach swego pisma analizował: Siódme miejsce w Sztokholmie przyćmiłoby wiele spraw, których władze PZHL nie potrafią lub też nie chcą rozwiązać. Jeśli w decydującej fazie przygotowań do mistrzostw świata nie dochodzi do meczów kontrolnych, kadrowicze żywieni są w ramach jakiejś głodowej diety, do końca nie wiadomo, kto otrzyma paszport, a kto nie... Nie wiem czy pogrążona w błogim śnie centrala widzi niebezpieczeństwa. Myślę, że nie. Zawodnicy muszą wiedzieć, że mistrzostwo na krajowym podwórku nic nie znaczy. Aby zdali sobie z tego sprawę potrzeba jednak kontaktów z zagranicznymi rywalami. Ponadto nagminny u nas brak sprzętu, pieniędzy, dosłownie wszystkiego, a my chcemy walczyć z Kanadą czy RFN... Tego po prostu nie da się zrobić. Wkrótce ustąpimy miejsca Norwegom, Szwajcarom, a być może także i Włochom. Jakże proroczy charakter miało niestety wiele z tych refleksji...

Mimo wszystko, gdy dokładnie przed ćwierćwieczem, po szwedzkim turnieju, biało-czerwoni opuszczali ośmiozespołową, hokejową elitę (do której notabene zaliczały właśnie swój come back nasze reprezentacyjne zespoły U-20 i U-18), zapewne niewielu przypuszczało, że już nigdy do niej nie powrócą. Ba, że już nigdy potem nie uplasują się nawet w światowej pierwszej dziesiątce. Biało-czerwoni zagrali jeszcze trzykrotnie pośród najlepszych, ale zarówno w 1992 roku (turniej olimpijski w Albertville oraz mistrzostwa świata w Czechosłowacji), jak i w 2002 roku (mistrzostwa w Szwecji) było już to grono złożone z odpowiednio dwunastu i szesnastu ekip. Już nigdy więcej nie mieliśmy okazji, by konfrontować się na wielkim turnieju z zespołami ZSRR czy Kanady. Wraz ze zmianami geopolitycznymi kończyła się też ewidentnie pewna epoka w historii światowego hokeja. A nasz rodzimy, polski hokej wkroczył w ćwierćwiecze stopniowego ześlizgiwania się w przepaść, co opisywaliśmy na tym blogu szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku. Jeśli przyjrzymy się tabeli grupy B sprzed ćwierćwiecza, którą wygrała wówczas Norwegia, wkraczając w miejsce Polski do elity, to skonstatujemy, że wszystkie ekipy znajdujące się wówczas za plecami biało-czerwonych już dawno nas wyprzedziły. Czasy, gdy polscy hokeiści znaczyli cokolwiek w silnych ligach europejskich, a na turniejach mistrzowskich mogli skrzyżować kije z takimi legendami światowego hokeja, jak Kurri, Fietisow, Makarow, Łarionow, Krutow, Mogilny, Fiedorow, Kasatonow, Hawerchuk, LaFontaine, Hasek, Leetch, Bellows, Sandstroem czy Stevens pomieszkują już wyłącznie w krainie wspomnień. Dziś, w 25 lat od niedzielnej, sztokholmskiej porażki z RFN, hasło: Polska ósmą siłą na świecie i piątą na Starym Kontynencie brzmi, jak piękna bajka. Czy kiedykolwiek przemieni się ona jeszcze w rzeczywistość?

Przeczytaj także:

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.1

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.2

Awans i co dalej?

Pożegnanie z hokejowym świętem

Tak to się robi. Słoweńcy na medal

Olimpijskie blaski polskiego hokeja

Rosyjsko-fińska wojna zimowa na hokejowej tafli

Przełamując fale

Kolejne wielkie derby Poznania