Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 26 sierpnia 2008
Wesoły pogrzeb czyli trzy po trzy po meczu Wisła Kraków - FC Barcelona

P:

SŁODKA PORAŻKA, GORZKIE ZWYCIĘSTWO 

1. Fajnie. Fajnie jest wygrać z Barceloną. Tak po ludzku, zwycięstwo nad legendarnym klubem cieszy - nie dokonał tego nigdy żaden inny polski zespół. Miło popatrzeć, że Cleber strzela celniej niż Henry, Krkić i Xavi. Siłą rzeczy przypomina mi się inny mecz, gdzie Biała Gwiazda pokonała drużynę z absolutnego europejskiego topu po czym odpadła:)

Mam oczywiście świadomość, że to zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku znaczy tyle co nic, bo polskiej drużyny po raz nasty zabraknie w Lidze Mistrzów, ale to "nic" ma dziś wyjątkowo słodki posmak. Poza tym taki mecz powinien wzmocnić krakusów psychicznie przed starciem o fazę grupową Pucharu UEFA.

2. Gdybanie. Można teraz gdybać - co by było gdyby. Co by było gdyby w pierwszym meczu zamiast 4-0 było 3-1 - awans w zasięgu ręki. Co by było gdyby dyrektor Bednarz zamiast oglądać na TVNie seriale o kłopotach boliwijskich nastolatek ściągnął do Wisły, choćby wzorem Lecha, kilku młodych zawodników z Bałkanów czy Ameryki Południowej (wykorzystałby znajomość boliwijskiego). Co by było gdby Wisła zamiast Barcelony wylosowała Olympiakos czy Anderlecht. Co by było gdyby...

3. Victor Valdes. Choćby ze mnie skórę pasami ściągali nie potrafię docenić tego bramkarza. Niby nie wpuszcza spektakularnych farfocli, ale brakuje mu osobowości wielkich golkiperów. A to źle się wybije, a to mu piłka przeleci po ręce, a to sparuje nie w tą stronę. Często nie padają po tych zdarzeniach bramki, często obrona tuszuje jego błędy, ale grając na środku defensywy nie czułbym się zbyt pewnie mając takiego agenta za plecami.

R:

CHWAŁA ZWYCIĘZCOM (CZYLI ZWYCIĘŻONYM)

Gdy ponad 10 lat temu Borussia Dortmund sięgała po laur najlepszego klubowego zespołu Europy, na swej drodze po to trofeum, w fazie eliminacyjnej Ligi Mistrzów (wtedy jeszcze „mistrzów” nie tylko z nazwy) przyszło jej się zmierzyć z łódzkim Widzewem. Podopieczni Franciszka Smudy w obu tych spotkaniach zaprezentowali się naprawdę z jak najlepszej strony, grając futbol ciekawy, pomysłowy, poukładany. W Dortmundzie ulegli 1:2, by w Łodzi będąc o krok od zwycięstwa ostatecznie zremisować 2:2. Każdy kto pamięta te mecze przyzna, że w obu spotkaniach różnica pomiędzy najlepszą ligową drużyną naszego kraju a najlepszym teamem piłkarskiej Europy była wtedy na tyle niewielka, że Polacy w obu tych pojedynkach śmiało mogli się pokusić o zwycięstwa.

20 lat temu poznańskiego Lecha dzieliła od wyeliminowania wielkiej Barcelony jedna skutecznie wykonana jedenastka w serii rzutów karnych. Jak wspomina na swoim blogu trener Czesław Michniewicz, gdy do piłki ustawionej na wapnie podbiegał Bogusław Pachelski, słynny trener Katalończyków Johann Cruyff zaczął już schodzić do szatni, nie wierząc w to, że Barcelona jest jeszcze w stanie awansować (Zubizarreta strzał Pachelskiego jednak obronił a Barca wygrała karne 5:4)
Dziś, gdy od wielu już lat Liga Mistrzów stała się przytulnym gniazdkiem wzajemnej adoracji dla pięknych i bogatych (z naciskiem na bogatych) a przepaść dzieląca dwa futbolowe światy (możnych i niemożnych) pogłębia się z każdym rokiem, jako kibice nauczyliśmy się cieszyć z mniejszych lub większych namiastek sukcesu naszej klubowej piłki. 6 lat temu Polonia Warszawa ograła wspaniałe, naszpikowane gwiazdami, prowadzone przez Mourinho FC Porto 2:0 (ulegając w pierwszym spotkaniu 0:6) Dzisiejszego wieczoru piłkarze krakowskiej Wisły sprawili psikusa legendarnej Barcelonie wygrywając z nią 1:0. I choć awans Barcy, po zwycięstwie na Camp Nou 4:0, ani przez moment nie był zagrożony, warto chyba jednak docenić wagę tego wieczoru. Wiślacy zostawili na boisku serce, włożyli w grę mnóstwo ambicji i ogrywając wielkiego rywala, który wcale meczu nie odpuścił, zasłużyli na słowa uznania. Przeszli też do historii jako pierwsza polska drużyna pokonując klub marzeń z Barcelony. Dzisiejszy wieczór ma posmak radości, bo mistrzowie naszego kraju zwyciężyli drużynę z innej piłkarskiej galaktyki. Dziś Dawid spotkał się z Goliatem ucierając mu nieco nosa. I to nieważne, że cztery sińce nabyte podczas batalii sprzed dwóch tygodni wciąż aktualne. Brawo Wisło, dziękujemy Wisło! Chwała zwycięzcom! Czyli zwyciężonym.

B:

NIE ZMARNOWAĆ TEGO ZWYCIĘSTWA

Zasiadałem do tego wpisu z dużą dawką sceptycyzmu, bo w końcu w pierwszym meczu baciory, bo Barca myślami pewnie jeszcze przy zwiedzaniu Wawelu, bo przecież Polonia też kiedyś po batach w Porto wygrała rewanżyk na Konwiktorskiej i co z tego itd. Kilka faktów sprawia jednak, że tryumf nad Dumą Katalonii trzeba rozpatrywać w kategorii sukcesu, jeśli nie wielkiego sukcesu. Pod jednym jednak warunkiem. O nim jednak na końcu. 

1. Barca cholernie rzadko kończy mecze w pucharach bez strzelonego gola. Nie widzę w tym zasługi Pawełka, oczywiście. Bohatersko grała cała linia obrony, z (wreszcie!) świetnym Baszczyńskim na czele. Henry, Eto'o czy Krkić naprawdę mieli wielką ochotę ukąsić, ale fakt, że to nie był ich dzień mocno wspomagała wiślacka defensywa (Bojan może po prostu chciał, by trener Serbii Radomir Antić sobie pomyślał, że w sumie to jest kiepski, nie wiem). W każdym razie, w czterech ostatnich sezonach, na 41 meczów Barcy w europejskich pucharach (konkretnie w Lidze Mistrzów), tylko w dziewięciu Katalończycy nie strzelili gola. Mało tego, z tych dziewięciu meczów bez trafienia, przegrali tylko 4 razy - reszta kończyła się bezbramkowo.

2007/08: Rangers 0:0 ; Manchester United 0:0, 0:1

2006/07: Chelsea 0:1

2005/06: Panathinaikos 0:0 ; Benfica 0:0 ; Milan 0:0

2004/05: Milan 0:1 ; Szachtar 0:2 [ponad połowa składu rezerwowa]

2. Blaugrana ma przecież nowego trenera - Guardiola, zważając na fakt, że jest szkoleniowym nowicjuszem, jeszcze przez jakiś czas będzie musiał pracować na zaufanie fanów (nie mylić oczywiście z szacunkiem - ten ze względu na karierę zawodniczą ma zapewniony). O tym, że na wynikach u progu sezonu mu zależy, świadczą sparingi (i pierwszy mecz), gdzie Barcelona łomotała rywali, że hej. O tym mówi też skład - szokujący, bo najsilniejszy. Pepe Guardiola naprawdę chciał ten mecz wygrać. A tu taki dzwon na ogórkowie :)

3. Nic nie mam do Clebera, ale trochę szkoda, że tej jednej, jedynej brameczki nie ustrzelił któryś z Polaków. Mógłby to być Brożek, król naszego polskiego podwórka, który jeśli się nie przełamie w tym sezonie w dziedzinie strzelania ważnych goli, to moim zdaniem nie przełamie się już nigdy. Mógłby to być Zieńczuk, który zdjąłby tym samym piętno ateńskiej tragedii z rewanżu z Pao. Mógłby to być Niedzielan, bo na nasze warunki to zawodnik o niespotykanych walorach (szybkość + instynkt), tylko po kontuzji potrzeba mu jakiegoś przełomu. Mógłby to być... nie no, bez żartów, że Dawidowski, w jego przypadku cieszmy się, że dograł te swoje minutki bez kontuzji.

Zwycięstwo nad Barceloną w najsilniejszym składzie jest wielkim sukcesem. Ale jeśli tak podbudowana Wisła nie awansuje do fazy grupowej Pucharu UEFA, to to zwycięstwo będzie trochę jak towarzyskie 3:1 janasowej kadry z Włochami. Fajnie, że było, tylko - co z tego?

Tryptyk bałkański: Bośnia i Hercegowina

Zastanawiam się czy pisanie o poziomie piłki nożnej w Bośni i Hercegowinie w ogóle jest etyczne. Bolesna historia tego sponiewieranego państwa wyziera niemal zza każdego zakrętu. Chodząc po Mostarze można obserwować niezwykle trudne sąsiedztwo - podziurawionych od kul ścian oraz ludzi, którzy na ich koślawym fundamencie reanimowali tkankę miejską. Wojna jest tu cały czas obecna - jako znamię i ostrzeżenie. Może więc jednym ze sposobów powrotu do normalności jest piłka nożna?

Kluby piłkarskie również silnie odczuły wojnę - najpierw krwawe działania wojenne a potem nowy układ administracyjny sprawiły, że piłkarze mieli dłuższą przerwę w rozgrywkach. Reprezentacja kraju pierwszy oficjalny mecz zagrała 30.11.1995 roku z Albanią w Tiranie (porażka 0-2) a we wrześniu 1996 roku wystartowała w eliminacjach do MŚ we Francji (w międzyczasie sensacyjne zwycięstwo w towarzyskim meczu z Włochami 2-1!). Prawdziwe problemy pojawiły się jednak przy próbach wskrzeszenia rozgrywek ligowych. Jako że Bośnia składała się wówczas z trzech stref etnicznych - strefy muzułumańskiej, chorwackiej oraz serbskiej (obecnie dwie pierwsze się połączyły tworząc binarny układ: Federacja Bośni i Hercegowiny oraz Republika Serbska) - każda ze stref miała swoje rozgrywki. Chcąc je ujednolicić zaproponowano play-offy w których miały zagrać czołowe zespoły z każdej z lig. Pomysł zbojkotowali Serbowie a w końcu poróżnili się także Chorwaci z Muzułumanami. Do play-offów między tymi dwoma ostatnimi strefami doszło dopiero rok później (rok 2000, zwycięzcą został chorwacki Brotjo Citluk, Serbowie bojkotują). W sezonie 2000/2001 połączone strefy chorwackie i muzułumańskie utworzyły jedną ligę. O tym jak głębokie są rany między etnicznymi grupami w Bośni niech świadczy fakt, że dopiero w sierpniu 2002 roku, po długich negocjacjach, wystartowała wspólna liga Bośni i Hercegowiny. Ludzie, których Historia postawiła kiedyś naprzeciwko siebie i włożyła karabin do ręki, dziś wspólnie kopią piłkę.

Podstawowym problemem Bośniaków była i jest emigracja zawodników do innych krajów. Część z nich cały czas czuje się związanych z ojczyzną i gra dla niej, lecz część po prostu zmienia obywatelstwo (głównie w Niemczech i Holandii). Rodacy nie mają im tego jednak za złe - dość powiedzieć, że najlepiej sprzedającą się koszulką na bazarze w Mostarze jest... koszulka reprezentacji Szwecji tego pana:

Ale największy szacunek należy się tym, którzy grają w biało-niebieskich barwach. Czytałem kiedyś wywiad z Hasanem Salihamidżicem, który opowiadał, że w wieku 9-10 lat ojciec włożył mu do kieszeni kilka dolarów i zapakował do autobusu jadącego do Hamburga. Dziś ten piłkarz gra w Juventusie, przedtem występował w HSV i Bayernie. Jest gwiazdą. I bohaterem Bośni.

Reprezentacja Bośnii dała Europie kilku świetnych piłkarzy - wspomniany Salihamidżić, kapitalny Meho Kodro (grał w Barcelonie), Elvir Bolić i Elvir Baljić (sezon w Realu Madryt, choć uznany przez kibiców za drugi, po Jonathanie Woodgacie, najgorszy transfer w historii:)) oraz Sergiej Barbarez (król strzelców Bundesligi w HSV, poza tym Hansa, Borussia Dortmund, Bayer Leverkusen). Po zawieszeniu butów na kołku przez tego ostatniego największą gwiazdą reprezentacji jest napastnik PAOKu Saloniki Zlatan Muslimović. Jego wizytówką jest hat-trick w meczu z Chorwacją (choć przegranym 3-5):

W najbliższej przyszłości piłkarzem dużego formatu może zostać napastnik robiącego furorę w Bundeslidze beniaminka Hoffenheim Vedad Ibisević.

Wedle mojej wiedzy w polskiej ekstraklasie występowało lub występuje trzech reprezentantów Bośni i Hercegowiny. Kilka lat temu etatowymi zawodnikami bośniackiej kadry byli Admir Adżem

i Omer Joldić.

O ile ten pierwszy był solidnym ligowcem - występował w Pogoni Szczecin, GKSie Katowice i Zagłębiu Sosnowiec (44 występy w I lidze, 1 gol) o tyle pobyt tego drugiego w Polsce to kompletna pomyłka - 5 meczów w GKSie Bełchatów, przesunięcie do rezerw po czym czarna nalewka od Oresta Lenczyka i powrót do BiHu. Trudno powiedzieć dlaczego nie zaistniał w górniczym klubie (kłopoty wychowawcze, antypatia Lenczyka?), ale faktem jest że była podpora reprezentacji biało-niebieskich nie przyjęła się na naszych murawach.

Istnieje natomiast szansa (jestem o tym przekonany), że zupełnie inaczej rzecz się będzie miała z młodziutkim Semirem Stilicem z Lecha Poznań.

Przez lata kluczowy element młodzieżówki BiHu, obecnie powoływany do I reprezentacji (co ciekawe, zagrał w grudniu w meczu z... Polską!).

Jemu wielkopolska trawa chyba służy, bo praktycznie od początku swojego pobytu daję pyszne próbki swoich możliwości.

Bardzo solidnym grajkiem jest Ensar Arifovic z Jagiellonii Białystok (przedtem Poloniia Warszawa i ŁKS) - w 79 meczach ustrzelił 20 goli.

Miewał chwile strzeleckich blokad, ale generalnie zawsze można liczyć na 6-8 bramek w sezonie w jego wykonaniu. Jego najbardziej znane trafienia to chyba dublet w meczu z Wisłą Kraków.

Solidnie też prezentował się obrońca Szczaowianki Jaworzno i Zagłębia Sosnowiec Dżenan Hosić (39-0).

Pozostali Bośniacy nie zapisali się specjalnie złotymi zgłoskami w księdze "I Liga Polska". Oto oni:

Tarik Ceric (25 gier dla ŁKSu w latach 2006-2007) - dał się poznać jako... jeden z wyższych zawodników Ekstraklasy - 193 cm! (choć wciąż daleko mu do Jakuba Dziółki - 202 cm)

Amar Fehratovic (2 mecze dla Bełchatowa 2005) - razem z Joldicem oraz Serbami Jankovicem i Radulovicem (nomen omen dziś reprezentantem Czarnogóry) tworzył w Bełchatowie bałkańską ekipę rozgonioną przez Lenczyka na cztery wiatry

Edin Saranovic (12 meczów i 1 gol dla Pogoni 2002) - do spółki z Chilijczykiem Sebastianem Rodriguezem tworzy wtedy chyba najbardziej egzotyczny duet napastników w lidze:)

Vladimir Sladojevic (7 meczów i 2 gole dla Górnika Zabrze 2003/2004) - utalentowany napastnik, przedtem w juniorach Brescii, szkoda, że dłużej nie zabawił w Polsce.

Nenad Studen (11 meczów w Wiśle Płock 2004/2005) - grał jeszcze potem w II-ligowym Radomiaku

Tomislav Basic - przybył przed sezonem do Arki Gdynia, ale chyba na razie poczeka na swoją szansę jako zmeinnik Witkowskiego.

(przez trzy sezony - 2005-2007 - w II-ligowym Zagłębiu Sosnowiec występował także Hadis Zubanovic)

Świadectwem zawikłanej historii Bośni są również zawodnicy, którzy wprawdzie urodzili się na jej terytorium, ale są innej narodowości jak choćby Serbowie - Marko Bajic (Górnik Zabrze) oraz gwiazdy: Miroslav Radovic i Aleksandar Vukovic (Legia) czy Chorwat Anto Petrovic (Górnik Łęczna 2005).

Bośniacki futbol cierpi na podobną przypadłość co gruziński - kapitalne występy przeplata totalną mizerią. Kibicuję mu jednak z całego serca, bo klarował się on w mozole i pyle zniszczonych domów. Kiedy dziś porażki Polaków (również te olimpijskie) tłumaczy się "opóźnieniem cywilizacyjnym" związanym z socjalistyczną przeszłością, chciałbym wskazać na Bośnię - jeszcze 13 lat temu na ulicach Sarajewa snajperzy urządzali sobie polowania na cywilów. Dziś punkty tam tracą reprezentacje Turcji, Belgii czy Hiszpanii.

P.
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Tryptyk bałkański: Słowenia

Tak się złożyło, że jeden z nas dwa tygodnie tegorocznego lata miał przyjemność spędzić na Bałkanach. Dokładnie w Chorwacji i w nieco mniejszym wymiarze w Słowenii oraz Bośni i Hercegowinie. Oto refleksji kilka, głównie o piłce, ale nie tylko.

SŁOWENIA

W moim odczuciu to kraj szczęśliwych ludzi. Małe państwo, któremu fortunnie udało się wyjść z wojen bałkańskich bez większego szwanku. Majestatyczne góry, piękne jeziora, dostęp do morza. Wszystkiego po trochu, choć skromnie ilościowo, to w najwyższej jakości. Słoweńcy cieszą się tym co mają i nie mają pretensji o więcej. Poza aspektem urbanistycznym trudno znaleźć większą różnicę w tempie życia na słoweńskiej prowinicji a w stołecznej Ljublanie. To miasto to w ogóle dla mnie socjologiczny fenomen - niby krajowe centrum dowodzenia, ale parlamentu w sumie nie widać, placówki dyplomatyczne skromne, garniturowcy jeżdżą na rowerach (szybko!), życie toczy się wprost leniwie. Wzdłuż centralnego mostu rozciąga się pas malowniczych kawiarni - grzechem jest nie wstąpić.

Jak na tym tle sytuuje się futbol? Można powiedzieć przeciętnie, ale ja użyłbym słowa "adekwatnie". Poziom futbolu jest adekwatny do Słoweńców i ich mentalności. Mała drużyna, dzielnie walcząca i mająca w przeszłości swoje wielkie chwile - udział w Euro 2000 i MŚ 2002. Zresztą kto nie pamięta tego meczu:

 

 

Po fatalnych eliminacjach do Euro 2008 drużyna powoli się odradza. Podczas mojego pobytu akurat przegrała po niezłym meczu 2-3 z Chorwacją, ale gazety i tak odgrażały się - "pobijom Poljakow!" (czy jakoś tak). Nie żebym po tej deklaracji drżał jak osika, ale trzeba na Słoweńców uważać.

Przy okazji, całkiem przypadkowo trafiłem na... stadion mistrza kraju - NK Domżale! Jest on tak wtopiony w krajobraz miejski, że... aż go nie widać! Właśnie robiliśmy zakupy w markecie w podljublańskiej miejscowości, gdy zaintrygowały mnie maszty oświetleniowe unoszące się bezpośrednio nad marketem. Po obejściu terenu zobaczyłem, że do marketu, niejako plecami, przylega stadion!

 

(ten jasnozielony budynek z tyłu to właśnie market Mercator!:))

Bardzo skromny, bardzo niepozorny, choć zadbany. Pojemny na 2813 osób, pachnie prowincją, choć sam klub na tle rywali prowincjonalny nie jest. W zeszłym sezonie zwyciężył rozgrywki z przewagą 8 punktów na drugim FC Koper. W obecnym sezonie po 6 kolejkach "ekipa spod marketu" również okupuje szczyt tabeli. Zespół ma nawet swojego Juninho!

 

 

Z NK Domżale łączy się jeszcze drobniutki i pokątny wątek polski:) Otóż asystentem trenera Roberta Pevnika jest ten oto pan:

Jernej Javornik w rundzie wiosennej sezonu 2003/2004 13 razy występił w barwach drugoligowego Zagłębia Lubin i zdobył jedną bramkę. Nie dane mu jednak było skosztować przesmacznej polskiej pierwszoligowej piłki i kolejną rundę w - już pierwszoligowym - Zagłębiu przesiedział na ławce. Poza Słowenią kosztował jeszcze futbolowego chleba prosto z Izraela, Austrii i Cypru. Tego chleba zjadł chyba trochę za dużo bo obecnie wygląda jakby szerzej:)

Inne związki słoweńsko-polskie? Nad wyraz ubogie. Półtora sezonu spędził w Wiśle Płock pomocnik Marko Grizonić (2005/2006 i jesień 2006). Zagrał w sumie 15 meczów i to w zasadzie było by tyle, gdyby nie fakt, że miał szczęście spotkać tam Ireneusza Jelenia, który akurat postanowił zdobyć dla naftowego klubu Puchar Polski. Tak więc to trofeum może wpisać do swojego CV.

Tym samym wpisem może również okrasić swoją dokumentację Sead Zilić. Z tym, że to grajek dużo mniej banalny od swojego krajana z klubu. Trudno w ogóle jednoznacznie określić jego narodowość. Urodził się na terytorium dzisiejszej Serbii, wychował się w Bośni i Hercegowinie (to państwo wskazywane jest jako kraj jego pochodzenia), ale legitymuje się także słoweńskim paszportem i jako Słoweniec właśnie często porusza się po futbolowej galaktyce. Że barwna to postać można się przekonać spoglądając na metryczkę. Po pobycie w Fiorentinie (chyba turystystycznym - okrągłe zero występów), paradował w eleganckim wdzianku Herthy.

Ale że go specjalnie nie przepocił świadczy statystka - trzy sezony, jeden mecz. Potem Sarajewo, Słowenia (Drava Ptuj, sporo goli) i Płock. 24 występy i 5 goli - niby nie tak marnie, ale jednak marnie. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Wisła przygarnęła go za 250 tys. euro. Dziś z powrotem w Ptuju, znów całkiem skutecznie. Nie ma jak w Słowenii.

Ostatnim słoweńskim śladem w Polsce jest obrońca Erdźan Bećiri.

Słoweniec legitymujący się również albańskim paszportem przemknął niczym F-16 przez drugoligową Polonię Warszawa (sezon 2006/2007). Jeden mecz ligowy i jeden pucharowy po czym rytuał wymiany pożegnalnych spojrzeń z działaczami w oczekiwaniu na pociąg na Węgry, gdzie kontynuował karierę (obecnie Słowenia).

A jak wyglądał ruch tranzytowy w drugą stronę? Jeszcze skromniej. W sezonie 2002/2003 w III-ligowym Svätze Kniz podobno występował niejaki Konrad Dębogórski. Podobno - poza encyklopedią FUJI żadne źródło tego nie potwierdza. No ale mamy też misjonarza na słoweńskiej ziemi pełną gębą.

Mariusz Soska przez dwa sezony (dokładnie przez dwie rundy - wiosna i jesień 2007) występował w solidnym pierwszoligowcu Dravie Ptuj (24 mecze). Grał regularnie, ale sam fakt, że przeszedł tam z III-ligowej Nadnarwianki Pułtusk daje do myślenia na temat poziomu ligi. Podobnie jak to, że po powrocie do Polski nie chciała go ani Pogoń Szczecin ani ŁKS. Tak czy owak Słoweńców poznał - może warto go dokoptować do sztabu Beenhakera?:)

P.

czwartek, 21 sierpnia 2008
Zawiedliście nas!* czyli nie będzie ''Fakt'' pluł w twarz szczypiornistom

Ciężko prowadzić polemikę z komentarzami prasowymi, ale tym razem czuję się wybitnie sprowokowany przez ''Fakt''. Skrajne szydzenie z podopiecznych Wenty, którą (pomimo wpadek i z Islandią i z Hiszpanią) uważam za najbardziej charakterną polską drużynę jaką pamiętamy, nie mogło zostać bez reakcji.


Komentator ''Przeglądu Sportowego'' w ''Fakcie'':

''Polscy szczypiorniści, czyli frajerstwo i głupota''

Oto komentarz pisany w stylu, w jakim drużyna polskich piłkarzy ręcznych przegrała z Islandią:

No to jadziem. Zaczynamy normalnie z wyższością, powieziemy tych zmarzluchów, na dzień dobry zapodamy im ''piątkę'', to się nie podniosą. Bez nerwów trzeba przejść do rzeczy, dostojnie. Siłą spokoju ich walniemy. To nic, że obrony nie ma, a w ataku drepczemy w miejscu. Pod kontrolą sytuacja jest, luzik.

Zaraz, chwilunia, jak to oni już trzema golami prowadzą? No nie tak to miało być! To my tu sztuczkami się popisujemy, za plecków rzucamy, przeciskamy się bez sensu, walcząc pod kołem a oni co? Myk, myk i bramki zdobywają? Szybsiejsi są? Bramkarza nam oszukują?

Rany boskie, toż to zaraz koniec! Do roboty trzeba się brać, natychmiast do roboty! Gonić, łapać, pędzić! Co jest z tym zegarem, przesterowany jakiś? I gdzie ten islandzki gamoń się pcha? Wynocha! To my tu tryumfować mieliśmy, a oni nas, skubańcy, bezczelnie ogrywają?

Uuuuu... Płakać się chce i wyć. Wykiwali nas. Za bardzo wygrać chcieliśmy, błędów więc narobiliśmy. Smutek i żal po prostu, aż łzy się do oczu cisną.

Taki właśnie powinien być komentarz, aby oddać w pełni styl gry naszych szczypiornistów. Mówiąc krótko: frajerstwo i głupota.



Ja na to:

''Komentarz w 'Fakcie', czyli...''

Oto komentarz do komentarza pisany w stylu, w jakim drużyna polskich piłkarzy ręcznych została obrażona w ''Fakcie'':

No to jadziem. Zacznę normalnie z wyższością, z wysokości mojego stołka naczelnego największego dziennika sportowego w Polsce, a ponieważ tekst ukaże się na zawsze gościnnych łamach najlepiej sprzedającej się polskiej gazety, to nie ma co się szczypać z tymi szczypiornistami, powiezie się ich. Na dzień dobry zapodam im, że to co zrobili, to frajerstwo i głupota, to się nie podniosą. O, nawet do tytułu to wrzucę. Siłą spokoju ich walnę. To nic, że to co piszę sensu nie ma, a w swoim ataku nie używam argumentów. Pod pręgierzem ich ustawię i tyle, luzik.

Zaraz, chwilunia, wcześniej za trzy mecze ich bardzo chwaliliśmy? No nie tak to miało być! To my tu kpiące teksty jeszcze przed meczami piszemy, ja nawet porcję drwin na wypadek porażki z Chinami gotową miałem, a oni
co? Myk, myk i bramki zdobywają? Z mistrzami świata i mistrzami olimpijskimi wygrywają? Co jest z tym Wentą, zagraniczny jakiś? Żadnych durnych tłumaczeń porażki nawet nie ma? Wynocha! To my tu tryumfować mieliśmy, ale od samego początku, a nie (nie licząc meczu z Hiszpanią), że z totalnym pojazdem musiałem aż do ćwierćfinału czekać.

Uuuuu... Płakać się chce i wyć. Wykiwali nas. Za bardzo drwić chcieliśmy, błędów więc narobiliśmy. Smutek i żal, jak śmieli tak zwyczajnie przegrać, nie na przykład po błędzie bramkarza w ostatniej sekundzie. Teraz będę musiał zmyślać jakieś kosmiczne powody ich porażki. Może lekceważenie przeciwnika, ale to samo w sobie słabe,
będzie trzeba podkręcić mocno tę wersję. Ech, znowu robota bajkopisarska, aż łzy się do oczu cisną.

Taki właśnie powinien być komentarz, aby oddać w pełni styl komentarza w ''Fakcie''. Mówiąc krótko: frajerstwo i głupota.


----------------------
* ''Zawiedliście nas!'' - tytuł relacji z meczu Polska - Islandia w ''Fakcie''

 

PS Notka pierwotnie była przeznaczona do 'popularnego serwisu sportowego', ale ponieważ nie mogła tam wisieć - jest tutaj. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Perła Kaukazu cz. I

Gruzjo, jesteś wyjątkowa! - tymi słowami podczas wizyty w Tbilisi, przed ponad trzema laty, prezydent USA George W. Bush wyraził pogląd, z którym podejmowanie jakiejkolwiek polemiki byłoby równie pozbawione sensu, co łapanie komara na wędkę. Ale Gruzja jest fenomenem również na piłkarskiej mapie Europy - ustalmy to już na wstępie i raz na zawsze :)

 Ten tekst pisał się gdzieś w głowie i w sercu od dłuższego już czasu. Dziś, gdy agresja wojsk rosyjskich na terytorium Gruzji sieje wśród jej mieszkańców śmierć, strach i zniszczenie, mówienie o piłce nożnej może się wydać niezbyt stosownym ku temu momentem. Ale może też być bardzo szczerym w swej prostocie wyrazem głębokiego podziwu i ogromnej sympatii dla członków tego wspaniałego narodu.

Gdy na początku sierpnia świat obiegła informacja, że w miejsce zdymisjonowanego Klausa Toppmoellera nowym selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Gruzji został Argentyńczyk Hector Cuper, powitałem ją z umiarkowaną nadzieją. Kiedy Toppmoeller obejmował stanowisko trenera narodowej reprezentacji "Perły Kaukazu" wierzyłem, że to jest właśnie ta chwila. No bo w końcu kto jak nie niemiecki (utytułowany w dodatku) szkoleniowiec, może wreszcie oszlifować taktykcznie - bajecznych technicznie gruzińskich futbolistów. Ale Toppiego już tu nie ma. Tak jak nie został nawet ślad po jego poprzednikach z zachodniego świata na trenerskiej ławce w górzystym kraju: Johannie Boskampie, Ivo Susaku, Alain Giresse. Czy Hector Cuper - człowiek, który prowadził do sukcesów Valencię i Inter Mediolan podoła wyzwaniu zbudowania wreszcie w Gruzji drużyny narodowej, przed którą zadrżą najpotężniejsze siły na starym kontynencie? Nie ulega przecież wątpliwości, że gdzie jak gdzie, ale tu akurat, budować jest z czego, czy raczej z kogo...

Moje pierwsze zetknięcie z gruzińskim futbolem dokonało się na początku lat 90. za sprawą napastnika sprowadzonego do Polski, by pomóc GKS Katowice w wywalczeniu upragnionego (a nie zdobytego do dziś) tytułu Mistrza Polski. Facet nazywał się Gija Guruli i choć przyjeżdżał na Śląsk w aurze króla strzelców ligi gruzińskiej (w 25 meczach strzelił dla Iberii Tbilisi 23 gole!), to przywoził ze sobą również w pakiecie dość poważną kontuzję, którą leczył potem przez następnych kilka ładnych miesięcy. Ale gdy już wyleczył... Do dziś uważam go za jednego ze ścisłej, nielicznej elity, najlepszych piłkarsko obcokrajowców, jacy kiedykolwiek przewinęli się przez naszą ekstraklasę i którzy swym pojawieniem się w niej ogromnie ją ubogacili.

Choć Guruli nie powtórzył już u nas strzeleckich wyczynów (36 meczów i 11 goli) z czasu gry we własnej ojczyźnie to jednak swoją grą po prostu czarował, wprowadzał nową jakość, świeżość pomysłów na boisku. Pamiętam wiosenne spokanie Lecha Poznań i GKS Katowice z 1992 roku, na murawie niemal połowa ówczesnej reprezentacji Polski, same duże nazwiska: Sidorczuk, Rzepka, Moskal, Skrzypczak, Juskowiak, Podbrożny, Trzeciak, Lesiak, Szewczyk, Ledwoń, bracia Świerczewscy. Ale to na Gurulego "się szło" i to na jego grę patrzyło się z największą przyjemnością. Klasę niemłodego już przecież napastnika Katowic docenili włodarze francuskiego Le Havre, którzy ściągnęli go do siebie, a on odwdzięczył się im kilkunastoma bramkami strzelonymi w ciągu dwu sezonów.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Wiosna, rok 1995. Gruzini, w swym pierwszym oficjalnym turnieju eliminacyjnym do Mistrzostw Eurpopy (w Anglii) mierzą się z późniejszymi zwycięzcami tej imprezy - Niemcami. Po raz pierwszy w życiu mam okazję oglądać grę reprezentacji Gruzji, a zasiadam przed telewizorem ze zdwojoną ciekawością, bo w jej szeregach wybiega na boisko piłkarz grający w naszej lidze - Zaza Rewiszwili. Minęło wiele lat, ale tamtego spotkania pewnie jeszcze długo nie zapomnę. Zupełnie nieznani mi (poza wspomnianym Rewiszwilim, który tu akurat należał do mniej wyróżniających się) piłkarze robili na boisku dosłownie co tylko chcieli. Grając ze zdecydowanie najsilniejszą wówczas w Europie drużyną po prostu bawili się piłką, raz po raz ośmieszjąc rywali. To było jak świeży, ożywczy powiew w nieco skostniałym europejskim futbolu. Gruzini grali naprawdę cudownie, pięknie, porywająco. Sztuczkami technicznymi z tego spotkania można by obdzielić kilkanaście ostatnich sezonów polskiej ekstraklasy. Oczywiście Niemcy, jak to Niemcy, mecz wygrali, ale to co pokazali Gruzini wywarło na mnie ogromne wrażenie. Szczególnym objawieniem tego wieczoru był młodziutki, 21 letni wówczas, zawodnik z numerem "10" na koszulce - prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju perła Kaukazu. Georgi Kinkładze, o którego istnieniu aż do tego dnia nie miałem zielonego nawet pojęcia, swymi popisami w tym spotkaniu przyćmił wszystkich pozostałych bohaterów wieczoru. A był przecież wówczas dopiero u progu swojej kariery. Kinkładze był najprawdopodobniej najlepszym piłkarzem w stosunkowo krótkich dziejach niepodległej Gruzji. Po niepowodzeniach w Saarbrucken i wielkim Boca Juniors, dokąd wyjechał jako młody chłopak, przyszły wspaniałe lata gry gry w Manchester City, gdzie był niekwestionowaną gwiazdą (3 sezony, 106 meczów i 20 goli), Ajaxie Amsterdam, Derby County a potem również, u schyłku kariery w Anorthossisie Famagusta i Rubiniu Kazań. Kinkładze był piłkarzem o wybitnych umiejętnościach technicznych i wspaniałym dryblingu, niezwykle błyskotliwym, dynamicznym, fantastycznie operującym piłką. Oglądanie jego gry było prawdziwą przyjemnością.

 

Kolejną, niezwykle ważną wizytówką gruzińskiej piłki jest też na pewno Temur Kecbaja. Piłkarz z charakterystyczną łysinką na głowie, ale także fenomenalną siłą i precyzją strzału oraz wyszkoleniem technicznym nieodbiegającym od tego jakim dysponował Kinkładze, swymi popisami czarował podczas gry m.in. w AEK Ateny, Newcastle, Wolverhampton, Dundee i Anorthossisie.

Wśród wirtuozów którzy rozsławili gruziński futbol na świecie nie sposób nie wymienić Szoty Arweładze. Piłkarz, który na początku lat 90. testowany przez Ruch nie zaskarbił sobie uznania w oczach włodarzy chorzowskiego zespołu, zrobił niesamowitą wręcz karierę w klubowej piłce. Arweładze jest wybuchową mieszanką cudownej, chyba wrodzonej gruzińskiej techniki, z niebywałą skutecznością. Bramkostrzelność tego napastnika uczyniła go na długie lata obiektem westchnień trenerów wszystkich czołowych klubów Europy. Zresztą niech o jego skuteczności przekonają nas cyferki. Dla Dinama Tbilisi Szota Arweładze ustrzelił 62 gole w lidze, dla Trabzonsporu 61, Ajaxu Amsterdam 54, Glasgow Rangers 44, AZ Alkmaar 36. Kresu kariery wyczekuje w hiszpańskim Levante.

W pierwszym szeregu gruzińskiego gwiazdozboru na pewno niestosownym byłoby nie wspomnieć o ogromnie utytułowanym Kachaberze Kaładze. Obrońca, kapitan i chyba najbardziej obecnie rozpoznawalna twarz piłkarskiej reprezentacji Gruzji. Po 3 latach gry w kijowskim Dynamie, już od 10 sezonów biega po boiskach jednej z najsilniejszych lig na świecie - Serie A, przywdziewając trykot wielkiego AC Milan.

Renomę i świetną markę w Europie wyrobił sobie swą grą, występujący od 10 lat na boiskach Bundesligi Lewan Kobiaszwili, na którego bardzo mocno stawiał Toppmoeller upatrując w nim reżysera i dyrygenta poczynań prowadzonego przez siebie narodowego zespołu.