Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 11 września 2008
Miliard ludzi, mało piłek

Od pewnego czasu ta myśl wraca do mnie przy okazji wszelkich migawek o Indiach. Dlaczego Anglicy nie zaszczepili Hindusom miłości do futbolu!? Zagadnienie to jest dziwne przynajmniej z kilku względów.

Anglicy wraz ze swymi oddziałami wojskowymi oraz flotą handlową zwykle przybywali do swoich kolonii również z ukochaną futbolówką pod pachą i niejako imputowali tą grę miejscowym. Tak było w Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie czy Egipcie - może futbol z miejsca nie wzbił się tam na wyżyny, ale obecnie te reprezentacje nie mogą narzekać. Co innego w Indiach. W Indiach kopanie piłki wydało się zbyt nudne. Tam porywający okazał się... krykiet (co nie znaczy, że w innych państwach on się nie przyjął - Australia jest aktualnie mistrzem świata, ale tam ekspansja futbolu jest porównywalna jeśli nie większa). Konsekwencje tego obserwujemy wciąż. Indie to absolutny krykietowy top - na każdych mistrzostwach biją się o tytuł (zwycięstwo w zeszłorocznych mistrzostwach świata w odmianie Twenty20).

Futbolowo natomiast praktycznie nie istnieją - eliminacje do MŚ RPA 2010, po przegranym dwumeczu z Libanem (2-2 i 1-4), zakończyły zanim inne drużyny je rozpoczęły. Reprezentacja tego ponadmiliardowego państwa (!) gra na poziomie Bangladeszu, Syrii czy Turkmenistanu.

Z jednej strony rozumiem, że zgodnie z piramidą Maslowa, najpierw muszą być zapewnione potrzeby podstawowe, aby później realizować potrzeby wyższego rzędu - np. sport. Z drugiej jednak strony to właśnie futbol wydaje mi się grą, która w najprostszy sposób może dostarczyć nieco rozrywki i odwrócić uwagę od społecznych problemów. Wszak nie wymaga on niemal żadnych specjalnych warunków ani sprzętów (bose stopy młodocianych piłkarzy w Brazylii czy Afryce to wciąż standard), rozgrywka możliwa jest do przeprowadzenia niemal wszędzie (czego nie można raczej powiedzieć o krykiecie). Poza tym często w ubogich krajach piłka nożna stanowi dla młodych ludzi najlepszy sposób do wybicia się i zmiany otoczenia na przyjaźniejsze (standardowy trop pożądany przez większość afrykańskich chłopów). W Indiach taki tok rozumowania jeszcze nie jest krzewiony (w ogóle tamtejszy sport ma się fatalnie o czym niedawno pisano tutaj). Co na to FIFA?

Agonia indyjskiej piłki jest zjawiskiem frapującym i złożonym niczym fantastyczne potrawy przygotowane w bombajskich restauracjach. Piłka jest tam niezwykle popularna jako... spektakl do oglądania. Gdy niedawno w meczu towarzyskim East Bengal FC podejmował Bayern Monachium na trybunach zasiadło 120 tysięcy widzów! Biznes zaraz zwietrzyła londyńska Chelsea i zabukowała sobie termin na wypad w okolice Gangesu. Telewizyjne transmisje ligi angielskiej oglądają miliony Hindusów, co według niektórych znacznie jeszcze obniża frekwencję na stadionach. Mimo to ludzi na stadionach raczej nie brakuje. Kiedyś Mike Okoro, były zawodnik GKSu Katowice, Amiki Wronki oraz Sparty Szamotuły, opowiadał, że po zdobyciu mistrzostwa Indii w sezonie 2002/2003 przez East Bengal FC, w barwach którego właśnie występował, oszalało pół Kalkuty (ok. 3 milionów ludzi...)!

Poza tym istnieje grupa zamożnych osobistości, które chętnie inwestują w sport, ale akurat nie w piłkę. Reprezentacja krykiecistów ma rozbudowaną sieć sponsorską a coraz modniejsze staje się także inwestowanie w kwestie związane z Formułą 1 - według badań ponad 30% kobiecej populacji Indii ogląda 4 do 9 zawodów w sezonie! Tak więc pieniądze mogą się znaleźć, ale trzeba je odpowiednio nakierować.

Przy takim złożeniu - dużej popularności sportu oraz istnieniu sporej grupy milionerów (miliarderów) - aż kłuje w oczy brak niemal jakiejkolwiek infrastruktury sportowej. Z różnych reportaży przebija obraz totalnego braku. Braku wszystkiego, ale także braku bazy do treningu sportowego. Szkoda, że tych boisk nie ma, bo na pewno z miejsca znalazły by sie tłumy chętnych, którzy by je zapełnili. W trudnych czasach futbol to oddech i zapomnienie, które należy się przede wszystkim tym, którzy mają problem nawet ze skompletowaniem ryżu do niewielkich przecież miseczek.

Wierzę, że bogate organizacje piłkarskie - czy to FIFA, czy UEFA, czy też AFC - spojrzą wreszcie przychylniej w stronę Półwyspu Indyjskiego i zamiast pakować kasę w Klubowe Mistrzostwa Świata, Puchar Konfederacji czy inne nikomu niepotrzebne cudo na kiju, zagrają razem w meczu dla Indii. Może dzięki temu niedługo mali Hindusi oprócz nazwiska Ronaldinho czy Rooneya będą znali także nazwisko Baichunga Bhutii - największej indyjskiej gwiazdy.

No i sami będą kopać piłkę.

P.

środa, 10 września 2008
Pamiętam tylko las w oddali, czyli trzy po trzy po meczu San Marino - Polska

 

P:

1. Wygraliśmy 2-0. Ten fakt uważam za jedyny warty zapamiętania w kontekście dzisiejszych zawodów. Polacy grali w stylu znanym nam już z soboty - bez pomysłu, bez polotu, miernie. Nie było w tym myśli, konceptu, jak powiedziałby niedoszły prezydent z Białegostoku - nie było niczego. Szwankowała przede wszystkim druga linia - jeśli jakieś piłki trafiały dokładnie do napastników to tylko te serwowane przez autowych chłopców od podawania piłek. Mało strzałów, mało zrywów, mało werwy. Drużyna, która znowu nie tak dawno potrafiła się sprężyć jak mało kto, dziś przypomina mi koktajl bananowy - jakiś lepszy kawałek owoca czasem się wybije, ale generalnie całość to jednokolorowa, amorficzna substancja.

2. Fabiański i Lewandowski. W stosunku do pierwszego byłem nieco spectyczny - uważałem, że jest gorszy zarówno od Boruca jak i Kuszczaka, a kto wie czy nie i od Kowalewskiego. Grał mniej więcej tyle co Dudek w Realu, ale tu nikt nie miał wątpliwości, że do kadry się nadaje. Ja miałem. Już nie mam. Te dwa mecze pokazały, że Fabiański to golkiper pełną gębą, niepękający w trudnych momentach. No i gdyby dziś nie wybronił karnego, to kto wie czy już byśmy się nie zastanawiali nad nazwiskiem nowego selekcjonera. Ta interwencja może sprawić, że w kadrze na dłużej zabraknie Kogoś Kto Jeszcze Niedawno Bronił Karne.

A Robercie Lewandowskim już nieraz wspominałem. To talent czystej wody, wielki talent, nie można go zmarnować. Ma wszystko to, co potrzebuje rasowy snajper - warunki fizyczne, szybkość, technikę użytkową, instynkt, świetne sytuacyjne uderzenie... Zawodnik niemal kompletny, mimo że ma dopiero - uwaga - 20 lat! Uwielbiam oglądać jak strzela bramki:)

3. Inne wyniki. Tak naprawdę w tym meczu najważniejsze i najfajniesze są... wyniki pozostałych meczów z naszej grupy. Czesi zgubili punkty w Irlandii Północnej, porażka Słowaków ze Słoweńcami (mimo wszystko cały czas bardziej obawiam się tych pierwszych). To znaczy, że grupa jest wyrównana i - bez podtekstów - każdy może z każdym. Poza tym dzisiejszą "victorię" doceniam jeszcze bardziej kiedy spoglądam na rezultat meczu Szwajcarii z Luksemburgiem (1-2)... Sakramentalne zdanie "dziś w Europie już nie ma kelnerów" cieszy, kiedy nie jest wypowiadane w kontekście meczów Polski:)

 

R:

Są zespoły, których sposób gry bywa niekiedy określany mianem "gry na zmęczenie rywala". Polska reprezentacja specjalizuje się od jakiegoś czasu w grze na zmęczenie własnych kibiców. Za nami kolejny odcinek serialu, w którym podopieczni Leo Beenhakkera poczęstowali nas tą właśnie specjalnością zakładu. Jednak narzekać wcale nie mam zamiaru. Są 3 punkty, wymęczone, wyszarpane, ale są. Przypomnijmy sobie wojnę nerwów na tymże boisku za kadecji Andrzeja Strejlaua (ostatecznie wygraliśmy 3:0) czy Zbigniewa Bońka (gdzie oba trafienia uzyskaliśmy w koncówce meczu). Powiem więcej - nasza drużyna dokonała dzisiejszego wieczoru rzeczy historycznej. Po raz pierwszy udało się bowiem Polakom strzelić w Serravalle bramkę do przerwy i nie schodzić do szatni przy remisie 0:0. Na dobry początek zawsze coś ;)

Czy ten mecz popchnął nas jednak do przodu? Jest komplet punktów i w tym sensie najważniejszy cel został zrealizowany. Każdemu kto czem prędzej pospieszy by się żachnąć, że przecie San Marino, to San Marino (i będzie miał rację;) radzę uważnie przyjrzeć się wynikowi meczu Szwajcaria-Luksemburg. Zamknąć na chwilę oczy, potem znów je otworzyć i popatrzeć jeszcze raz.

Myślę też, że to co jeszcze niedawno wydawało się czymś zupełnie nieprawdopodobnym powoli staje się faktem. Jeśli bowiem Łukaszowi Fabiańskiemu (który dziś broniąc karnego w ważnym momencie meczu potwierdził swoją dużą klasę) nie przytrafi się żadna groźniejsza kontuzja, Artur Boruc może pożegnać się z miejscem między słupkami reprezentacyjnej bramki na dłuższy czas. Na własne życzenie zresztą.

Swoje trafienie przywozi też z Serravalle Robert Lewandowski, zawodnik który miejmy nadzieję, na dłużej zadomowi się w kadrze, z pożytkiem głównie dla tej ostatniej. Całkiem korzystne zdają się być również pozostałe dzisiejsze rezultaty w naszej grupie. Czesi gubią punkty w Belfaście a Słowacja traci ich komplet w wyjazdowej batalii ze Słowenią.

Grajmy dalej. Kibicujmy. Żyjmy i pozwólmy żyć Leo. Czy aż tak krótka nasza pamięć? Czy w poprzednich eliminacjach drużyna Beenhakkera nie zaczęła się rodzić właśnie w drugim i trzecim meczu eliminacji, by w czwartym i piątym być już zespołem, na którego grę aż przyjemnie było popatrzeć? Październikowe pojedynki z Czechami i Słowacją będą więc testem prawdy. Czekajmy na nie z nadzieją, cierpliwie i godnie.  

 

B:

1. No, Fabiański ''odrobił zadanie domowe''.

Nie mam żadnych wątpliwości, że przed meczem, jak na profesjonalistę przystało, przejrzał youtube, a tam natknął się na filmik, gdzie Andy Selva strzela karnego. Strzela karnego dokładnie tak samo, dodajmy :)

2. Ostatnim zawodnikiem, który strzelił gola w debiucie w meczu o punkty był Matusiak. Radosław Matusiak, na pewno pamiętacie - obecnie to bodaj biznesmen. Całkiem niezły grajek z niego musiał być, skoro Kubica z nim sobie zdjęcie robił :)


(dobra, wszyscy wiemy, że ta fotka to tylko ze wzlędu na Tego Słynnego Od Spodenek ;)

3. Na 2 minuty przed końcem wdreptał na boisko Rafał Murawski. Wdreptał z koszulką z numerem 10 na plecach. Ze Słowenią zagrał z ''dychą'' Saganowski, teraz nagle wolał ''jedenastkę''. Mam nieodparte wrażenie, że ten magiczny numer nasi piłkarze traktują jak taki gorący ziemniak (pyrkę, po poznańsku), który najlepiej jest podrzucić koledze i samemu nie mieć z nim nic wspólnego. To też średnio świadczy o zespole - znaczy, brak nam choć jednego lidera na boisku / kogoś nie bojącego się brać odpowiedzialności na swoje barki.

Dzień Piłkarza - dwa wielkie tryumfy polskiej piłki

Zdarzyło się 10 września 1972 roku oraz 10 września 1975...

Przypadek to lub przeznaczenie, ale dwa absolutnie wspaniałe, niesamowite, przepiękne itd. zwycięstwa polskich piłkarzy - pod dowództwem ś.p. Kazimierza Górskiego - miały miejsce tego samego dnia - 10 września.

Pierwsza z tych wiktorii - na cześć której obchodzony (lub niestety częściej - nie obchodzony) jest w Polsce Dzień Piłkarza - została odniesiona w finale Igrzysk Olimpijskich w Monachium nad Węgrami. Bardziej legendarny jest pewnie wcześniejszy pojedynek z ZSRR i zwycięstwo 2:1 po 'wejściu smoka' Zygi Szołtysika (i wątek zmiany, gdy desygnowany był Andrzej Jarosik, który wypiął się na Trenera Tysiąclecia stwierdzając ''Teraz to ja nie gram''), ale co mecz o złoto, to mecz o złoto.

Symbolem spotkania o najwyższe podium olimpijskie jest Kazimierz Deyna. Pierwszej bramki na skrótach nie znalazłem, więc pozwolę sobie zacytować przytaczaną tu już, fantastyczną biografię Deyny autorstwa red. Stefana Szczepłka: Tuż przed przerwą Deyna, wyprowadzając z prawej strony piłkę popełnił błąd. Sądził, że zdoła puścić ją koło nogi Varadiego i poprowadzić dalej. Węgier wyczuł jednak jego intencje, przejął piłkę i nieatakowany, bo nikt nie spodziewał się takiej sytuacji, popędził w kierunku bramki. Kostka nie wiedział czy rywal będzie podawał, czy strzeli. Liczył na podanie i odsunął się trochę od słupka. Tam Varadi trafił. W polskiej szatni zawrzało. Niby nikt głośno nie zgłaszał do Deyny pretensji, ale wszyscy je mieli. Lubański, jako kapitan drużyny usiłował uspokoić kolegów, Gadocha powiedział - wygramy 2:1, a trener Górski stwierdził: ''Panowie, wyobraźcie sobie, że oni teraz siedzą w drugiej szatni i już myślą, że wygrali. A ja myślę, że jeszcze 45 minut przed nami''.

O tym, że trener Górski był zawsze siłą spokoju, to wiedziałem, ale, że z Gadochy taki prorok - kto by pomyślał :) Druga połowa to już był koncert gry Deyny. Bach, bach i złote medale na szyjach biało-czerwonych.


(swoja drogą, zawsze zastanawiałem się, czemu w tv puszcza się czarno-białe skróty z tego finału, skoro kolorowe też istnieją...)
To było pierwsze od 1939 roku zwycięstwo Polaków nad Węgrami. Nasze orły zdobyły złote medale olimpijskie (na każdym w bardzo krótkim czasie wygrawerowano imie i nazwisko zawodnika, to się dziś nie zdarza!), ale też puchar fair play, a Deyna koronę króla strzelców.
3 lata później polska reprezentacja zagrała mecz, moim zdaniem słusznie, uznawany za najlepszy w historii. Do Chorzowa przyjechali wicemistrzowie świata - Holendrzy. Udało mi się dzisiaj znaleźć półtorej godzinki czasu by wrzucić płytkę z tego meczu (błogosławiony dzień, w którym na nasz rynek prasowy wszedł Futbol.pl z meczami na dvd!). I co? I jestem pod naprawdę wrażeniem. Niby się mówi, że teraz gra się dużo szybciej, że gdyby przenieść tamte drużyny do obecnych czasów, to nie nadążałyby za piłką, że wtedy to zanim rozegrano piłę to minęło hoho albo dłużej, że... Powiem jedno: g...ucio prawda. Wiem, że to było spotkanie dwóch drużyn z podium mistrzostw świata, ale może nie licząc popisu Holendrów w grupie na Euro, to czegoś takiego nie widziałem od dłuższego czasu. Piła chodziła jak po sznurku. Kilka przebłysków geniuszu Deyny, szybki jak wicher Lato (najchętniej oglądałbym tylko nagrania archiwalne z jego udziałem), niesamowity Gadocha, co i rusz strzelający groźnie głową Szarmach, a także świetnie broniący Tomaszewski. Wcześniej poza wyciągniętymi karnymi na mundialu, kojarzyłem go przede wszystkim z fajtłapowatymi wyjściami na Wembley, a to po prostu był wówczas zawodnik ścisłej światowej czołówki bramkarskiej. Neeskens i Cruyff nie mieli praktycznie nic do powiedzenia. Bach, bach, bach i jeszcze raz bach! 4:1!

B.

Cymru żądni zemsty na Moskalach

Walia (wal. Cymru) ostatni raz na mistrzostwach świata zagrała dokładnie 50 lat temu, na Euro - 32 lata temu. Nie tak dawno, 5 lat temu, "Smoki" były bardzo blisko awansu. W grupie eliminacyjnej do Euro 2004 wygrali cztery pierwsze mecze, a w pokonanym polu zostali m.in. słynni Włosi. 2:1 w Cardiff i przepiękne akcje Walijczyków

Później zespół dyrygowany na boisku przez Ryana Giggsa dopadł kryzys i to Italia wygrała grupę, Walia jednak nie oddała drugiego miejsca Serbii, co uprawniało ją do gry w barażach o portugalskie Euro. Los oszczędził im Holandii i Hiszpanii, a rywale z Rosji, którzy w przeciętnej grupie dali się wyprzedzić Szwajcarii, wydawali się do ogrania.

Kluczowymi postaciami pojedynków w Moskwie i Cardiff byli właśnie Giggs oraz rosyjski obrońca Wadim Jewsiejew. Pierwszy mecz w stolicy Rosji zakończył się bezbramkowym remisem. Kryjący skrzydłowego MU rosyjski obrońca kilkakrotnie uciekał się do brutalnych zagrań (jedno z nich Giggs określił najostrzejszym wejściem w karierze), a Giggs w pewnym momencie nie wytrzymał i zamachnął się na rywala łokciem. Walijczyk wyhamował tuż przed twarzą rywala, ale Jewsiejew teatralnie rzucił się na murawę z rykiem bólu - słowem: cyrk :) Sędzia tego meczu był z tych mniej rozgarniętych, w każdym słusznie lub nie, obaj panowie nie wylecieli z boiska i mogli zagrać w rewanżu.

Przed pojedynkiem w Cardiff gospodarze mieli powody do optymizmu: wśród Rosjan pauzowali podstawowy bramkarz Owczynnikow oraz mózg drużyny Mostowoj, a na dodatek Sborna w tamtych eliminacjach grała słabiutko na wyjazdach (2 przegrane - z Gruzją i Albanią oraz 2 remisy - z Irlandią i Szwajcarią). Oczy widzów na Millenium Stadium były skierowane na Giggsa i Jewsiejewa. I faktycznie, jeden z nich został bohaterem, ale niespodziewanie nie był nim idol kibiców "Smoków". W 22 minucie po dośrodkowaniu z rzutu wolnego obrońca Lokomotiwu Moskwa strzelił głową gola na wagę awansu do Euro 2004.

(tak tak - ten z jedenastką na prawym zdjęciu to oczywiście Ryan - nawet jego plecy wyrażają dogłębny smutek i żal)

W tym momencie do awansu Cymru potrzebowali aż dwóch goli. Strzał Giggsa w słupek to było za mało...

i po zwycięskim meczu Jewsiejew mógł z radości.. przeklinać. Tak, to bardzo zastanawiający sposób cieszenia się, ale naprawdę tak było:

Dziś Walijczycy (w dodatku grający w sporym osłabieniu - bez Koumasa, Earnshawa i kilku innych), stając naprzeciw świetnie prezentujących się na mistrzostwach Europy Rosjan, będą na pewno pamiętać pojedynki sprzed pięciu lat. I na pewno będą chcieli pomścić tamtą porażkę. I Ryana Giggsa, który grę na wielkiej imprezie mógł sobie tylko wyobrażać kopiąc piłkę w ogrodzie.

A ja będę ściskał kciuki za Cymru.

B.

wtorek, 09 września 2008
Dziś prawdziwych "10" już nie ma... (no a na pewno jest ich coraz mniej)

Dla Brazylijczyków i wielu innych futbolowych nacji numer "10" na koszulce oznaczał boiskowego lidera, mózg i ośrodek kierowania grą zespołu. "10" na plecach nadawała zawodnikowi pewien dodatkowy stygmat, rozpoznawalny komunikat - to kluczowa dla poczynań drużyny persona, główny rozgrywający. Cała Ameryka Południowa - niemal bez wyjątków - czciła tą liczbę, a co za tym idzie również jej posiadacza. Zawsze byli to zawodnicy niezwykle charyzmatyczni, niebanalni, odróżniający się od reszty. W Argentynie Maradona (skąd inąnd po zakończeniu przez niego kariery rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja komu powierzyć "10" i czy w ogóle można ją komuś powierzyć - koniec końców staneło na Ortedze, ale to byl raczej kiepski wybór), w Brazylii Pele, Rivaldo, Ronaldinho, w Urugwaju Francescoli, w Boliwii Etcheverry, w Kolumbii Valderamma czy wreszcie Aguinaga w Ekwadorze. W Europie przez długie lata również z tymi dwiema cyframi występowali reżyserowie i wielcy wizjonerzy, że wspomnę tylko o Zidanie, Hagim czy Laudrupie.

Przyszli mi oni wszyscy do głowy, gdy przeglądałem ostateczne kadry polskich ligowców na nadchodzący sezon. Nasze kluby wpisały się w coraz silniejszy trend w dawaniu "10" komu popadnie albo... nie dawaniu jej wcale. Z lupą szukać pelnokrwistych liderów biegających z tym numerem na plecach po rodzimych murawach. Politykę klubów względem tej właśnie koszulki można podzielić na 4 modele:

1/ JEDNOOSOBOWY MODEL BYŁEJ REPREZENTACJI POLSKI (TZW. MODEL KAŁUŻNO-LEWANDOWSKI):

Dariusz Kłus (Cracovia) - to "10" a'la czasy reprezentacji Engela i Janasa - nikt się do niej nie rwał, więc dostał ją defensywny pomocnik - wysoki, pracowity, wojowniczy. Ta sytuacja obrazuje moim zdaniem filozofię gry Cracovii wpajaną przez Doktora Stefana - mózgiem drużyny jest defensywny przecinak...

2/ MODEL ATAKUJĄCY

WERSJA A: Owenowo - Neuvillowa - mały, szybki i dobrze wyszkolony napastnik, często nie lider, nieraz przesiadujący pół meczu na ławce, ale jak już wejdzie to może solidnie namieszać

Damian Nawrocik (Arka Gdynia)

Andrzej Rybski (Lechia Gdańsk)

Dawid Jarka (Górnik Zabrze)

Bartłomiej Socha (Odra Wodzisław)

Krzysztof Kukulski (Piast Gliwice)

WERSJA B: Kollerowo - Sheringhamowo - wysoki napastnik (często jako jedyny), świetnie grający głową, potężny i nie dający się zbyt łatwo przewrócić rywalom, ostoja drużyny, często serce i płuca drużyny, ale raczej nie jej mózg

Grzegorz Podstawek (Polonia Bytom)

Jacek Kosmalski (Polonia Warszawa)

WERSJA X - PRAWIE KLASYCZNA: Figowo - Ronaldinhowy - teoretycznie boczny pomocnik, ale w praktyce równie często skrzydłowy, rozgrywający jak i cofnięty napastnik - czasem bierze na własne barki ciężar kierowania grą, czasem ogranicza się do hasania po swojej stronie boiska

Damir Kajosevic (Jagiellonia Białystok) - media donoszą, że tak właśnie gra nowy nabytek Jagi - wkrótce rzeczywistość zweryfikuje te doniesienia

3/ MODEL KLASYCZNA "10" - rozgrywający, mózg, charyzmatyczny lider, często kapitan. "Taki lud na wymarciu"...:)

Łukasz Garguła (GKS Bełchatów) - już od kilku lat wszyscy upatrują w nim polskiej nadziei na odrodzenie reprezentacyjnej "10" - z tym numerem Gargi pojechał nawet na Euro. Problem w tym, że tylko pojechał a nie zagrał. W konforntacjach z bardziej wymagającymi rywalami praktycznie nie istnieje na boisku. W lidze często gra wybornie, ale ostatnio notorycznie pod formą. Jeśli nie chce skończyć tak jak jego przyjaciel Matusiak powinien wreszcie się obudzić i przejść do dobrego klubu.

Jerzy Brzęczek (Górnik Zabrze) - "10" niemal już emerytowana, ale cały czas z charakterem. Górnik aktualnie gra piach, ale Brzęczkowi nie można odmówić woli walki. Nie byłem nigdy jego miłośnikiem, uważam, że dzieliła go przepaść od swoich poprzedników w reprezentacji (Kosecki, Nowak), ale swoje grać umie i jeszcze niejeden Pazdan z Madejskim coś może się od niego nauczyć.

4/ MODEL BEZ MODELÓW - co jednak dość zaskakujące aż 5 klubów Ekstraklasy - Lech Poznań, Wisła Kraków, Legia Warszawa, Ruch Chorzów, Śląsk Wrocław - zdecydowało się nie powierzać koszulki z numerem "10" nikomu! Jak już pisaliśmy wcześniej, Legia ma taki trykot zastrzeżony ku pamięci Deyny. A pozostałe... W Śląsku, wedle większości gazet, miał z nim grać Vuk Sotirovic, ale on załapał się na numer "69". W Lechu i Wiśle on ewidentnie nie leży nikomu. W Poznaniu w przeciągu ostatnich 7 sezonów był on w użyciu dwukrotnie (Nawrocik i Dembiński) a w Krakowie, od czasów Czerwca i Uche, podrzucany komu popadnie (Mijajlovic, Paulista, w poprzednim Pucharze Ekstraklasy występował z nim... Mączyński). W Ruchu... tęksnią za Śrutwą:)

Trudno jednoznacznie orzec czy niewręczanie "10" oznacza poważanie dla tego numery - i w razie braku odpowiednich kandydatów - rezygnację z niego - czy też stanowi splot przypadkowych wydarzeń. Jedno jest pewne - prawdziwych "10" jest już coraz mniej.

P.