Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 18 października 2008
Polski specjał, produkcja zagraniczna - Stullin, Janota& Blacha inc.

Niedługo reprezentacja Polski U-19 zacznie turniej eliminacyjny do Mistrzostw Europy. W cieniu ekipy Leo, po cichutku i bez fanfar, klaruje się obraz jednej z ciekawszych naszych drużyn narodowych w ostatnich latach. Michał Globisz ma bowiem wyjątkowo niewdzięczne lub też wdzięczne zadanie zmontowania zespołu z chłopaków, których... często mało co z Polską w ogóle łączy.

To chyba pierwszy w historii naszej piłki młodzieżowej przypadek tak silnej obecności zawodników urodzonych bądź od najmłodszych lat występujących za granicą. W pierwotnie powołanej kadrze (dziś zaszły w niej modyfikacje) na turniej w Sarajewie na 22 zawodników aż 9 reprezentowało zagraniczne barwy (głównie niemieckie)! To sprawa bez precedensu, ale zarazem chyba symptomatyczna. Jestem pewien, że to zjawisko będzie się nasilać. Z jednej strony potężna migracja młodego pokolenia zaowocuje tym, że duża liczba polskich dzieci będzie się rodzić za granicą, tam wychowywać i grać w piłkę. Z drugiej strony, młodzi zawodnicy w Polsce jak już tylko kilka razy celnie uderzą w bramkę, zaraz będą pakować tornistry i pryskać do profesjonalnych klubów na Zachód. Jednym wyjdzie to na dobre (vide Smolarek), inni się pogubią (pamięta ktoś może śląski talent grający w Kaiserslautern - Michała Ilków-Gołąb? dziś zgrywa murawę w Miedzi Legnica; a Michał Janicki z Ajaxu i Wolfsburga - obecnie nie płaczą po nim nawet w Stalowej Woli).

Moim jednak zdaniem, trend "zagraniczny" może nas paradoksalnie przybliżyć do najlepszych. Młodzi adepci, trenowani w świetnych warunkach, przez dobrze opłacanych fachowców mogą nauczyć się więcej niż - z całym szacunkiem - w Łukowie czy Mikołajkach. A potem te umiejętności przenieść do kadry. Polskich trenerów i działaczy (tfu, nie cierpię tego słowa) jednak głowa w tym, aby młode chłopaki na kadre przyjeżdżać chcialy.

Przykłady "zagranicznej wczesnej piłkarskiej dojrzałości" świetnie widać w kadrze Globisza. Brylują w niej właśnie grający od dawna w dużych zagranicznych klubach zawodnicy - Michał Janota z Feyenoordu Rotterdam

Alan Stullin z Kaiserslautern,

stamtąd także Lukas Olbrich i David Blacha z Borussi Dortmund,

(odpowiednio - środkowy i pierwszy od dołu, Stullin drugi od dołu)

Grzegorz "Roberto Carlos" Krychowiak (Bordeaux),

(swoją drogą proszę się przyjrzeć kto podyktował tego wolnego - czy to nie zabawne?:))

Tomasz Kupisz z Wigan Athletic,

Tomasz Wełnicki (Vfl Bochum),

Paweł Wojciechowski z Heerenveen i oczywiście Wojciech Szczęsny z Arsenalu.

A pamiętać należy, że do ekipy z różnych względów nie załapali się tacy gracze jak Martin Zakrzewski (Borussia Dortmund), Damian Rączka (Borussia Moenchengladbach), Patryk Gorajewski (Hertha Berlin) czy - nazywany przez niektóre gazety polskim Zidanem - Alabidyn Zeyn S-Latef.

Żeby jednak nie było, że deprecjonuje zawodników z polskich klubów - trudno tą reprezentację wyobrazić sobie bez szalenie utalentowanego Ariela Borysiuka z Legii

a coraz śmielsze kroki, zarówno w kadrze jak i w lidze, stawia pomocnik Arki Gdynia - Marcin Budzyński.

Oczywiście można się żachnąć i powiedzieć, że to piłka młodzieżowa, nie ma co się podniecać, bo jedna czwarte tych młodych piłkarzy wkrótce zrezygnuje z profesjonalnej gry w piłkę, połowa popadnie w przeciętność i tylko garstka poważniej zaistnieje. Ale - trzymając się metaforyki holenderskiej - warto inwestować w pięciu "janickich" żeby wśród nich znaleźć jednego "smolarka".

P.

środa, 15 października 2008
Polsko-słowacki odwieczny konflikt o urodę Tatr

Choć z Polski na Słowację żabi skok, to jednak piłkarska przyjaźń między tymi dwiema nacjami przesadnie nie kwitnie. Od czasu rozpadu Czechosłowacji na dwa suwerenne państwa, zaledwie czterokrotnie potykaliśmy się z naszymi południowymi sąsiadami. Każdy z tych meczów w jakiś sposób wyrył mi się w pamięci. Nigdy nie były to jednak pokojowe spory o to czyja strona Tatr jest bardziej malownicza.

7. 06. 1995 roku. Odradzająca się powoli z popiołów i zgliszczy reprezentacja Polski wkroczyła w decydującą fazę rywalizacji o awans do EURO 1996. Rumuni i Francuzi mocno cisną, nawet Izrael daje do wiwatu. Ze Słowacją trzeba wygrać, to bezsporne. Słowo staje się ciałem, piękna wiktoria 5-0 po świetnym meczu w wykonaniu biało-czerwonych. Gra Orłów w tym spotkaniu długo stanowiła dla mnie "wzorzec metra z Sevres", tego jak powinniśmy grać w piłkę. No i boskie dywagacje Zydorowicza tuż przed piątą bramką - "ciekawe jak będzie miała na imię córka Wałdocha - może Słowacja?"

11. 10. 1995 roku. Jednak nic w przyrodzie nie ginie - po kilku miesiącach trzeba było Słowakom złożyć rewizytę. Przed pierwszym gwizdkiem dziennikarze i kibice dokonywali gorączkowych obliczeń, co się musi stać, abyśmy zachowali szanse na awans (w tym samym czasie Rumunia grała z Francją). Wyższą matematyką głowy sobie nie zaprzątali polscy piłkarze, którzy na słowackim zgrupowaniu... balowali aż miło. Plotki i legendy co się działo w hotelu krążą jeszcze do dziś. Ile wypito, jak się bawiono - pewności jednak nie ma. Faktem jest natomiast, że Słowacka Spółka Akcyjna nie pozostawiła suchej nitki na "zmęczonych" Polakach. 4:1 w czapę w smutne jesienne popołudnie.

Przykre pożegnanie z reprezentacją Koseckiego, idiotyczne zachowanie Świerczewskiego, dymisja Apostela. Goryczy nie osłodziłaby nawet największych rozmiarów czekolada Studentska.

10. 11. 1998 roku. Kadra Wójcika, po świetnej jesieni (zwycięstwa z Bułgarią i Luksemburgiem) postanawia pomścić krzywdy poniesione przed trzema laty i korzysta z zaproszenia do Bratysławy. Bardzo ciekawy mecz, mimo że rozegrany w ciężkim błocie. Debiutuje Reiss i od razu trafia do bramki a dwie inne (i to bardzo ładne - jedną z niemal zerowego kąta, drugą z lini pola karnego w samo okienko) strzela Naczelny-Myśliciel-Cafe Futbol-Ależ-Skąd-Niezmarnowany-Talent-Wojciech Kowalczyk.

Wtedy wydawało mi się, że jeszcze może coś z niego będzie. I było - król strzelców ligi cypryjsiej:)

7. 02. 2007 roku. Polacy już od początku XXI wieku wpisali się w piękny trend grania dwóch meczów o ogórki, zimową porą, w jakimś ciepłym miejscu. Niecałe dwa lata temu, w hiszpańskiej Jerez de la Frontera, biało-czerwoni, po uprzednim odprawieniu Estonii 4-0, podejmowali - a jakże - Słowaków. Śmiechu było co niemiara, bo zanim Orły zdążyły wetrzeć krem do opalania juz było 1-0 w plecy (gol Jakubko w 34 sekundzie meczu - to druga najszybciej stracona bramka w historii - wcześniej traciliśmy tylko w 1931 r. z Czechosłowacją).

Potem jeszcze bramkę dorzucił Skrtel

i generalnie zrobiło się jak w rodzinnym grobowcu. Na szczęście po zmianie stron z karnego trafia Żewłakow

a potem sympatycznym gestem wobec Matusiaka popisuje się słowacki bramkarz i kończy się na pokojowym 2-2.

Dziś nie można liczyć ani na Matusiaka, ani na prezenty, ani nawet na czekoladę. Trzeba wygrać. I udowodnić, że to nasza strona Tatr jest piekniejsza:)

P.

wtorek, 14 października 2008
Jak św. Paweł Attylę ujarzmił cz. II. Futbol na Węgrzech

O węgierskiej piłce i o tej, chyba najbardziej spektakularnej na całym globie, na przestrzeni dekad, degrengoladzie rodzimego futbolu można by mówić i pisać godzinami. Naród, którego reprezentacja niegdyś nie miała sobie równych, w ostatnim dwudziestoleciu upadł niemal na samo dno w piłkarskiej hierarchii. Przez lata i w naszej, polskiej piłce mówiono, i słusznie zresztą, o ogromnym, przerażającym kryzysie. Tylko, że my nigdy nie wygrywaliśmy z Niemcami na mundialu 8:3, nigdy nie rozbiliśmy Anglii na własnym boisku 7:1, a na Wembley 6:3 jak to czynili Węgrzy. Nie graliśmy też dwukrotnie w ścisłym finale mistrzostw świata. Nigdy nie wzbiliśmy się tak wysoko jak Madziarzy (i pewnie nie wzbijemy). Ale też i nigdy nie upadliśmy tak nisko jak oni w ostatnich latach (i mam nadzieję, że nie upadniemy).

I cóż tu pisać o fantastycznej, dziś rzekłoby się – galaktycznej węgierskiej drużynie sprzed dziesięcioleci, z Puskasem, Kocsisem, Bozsikiem, Grosicsem, Hidegkutim, Cziborem… Powiedziano i napisano o nich już tyle, a przecież wciąż za mało. Ponoć węgierscy kibice starszego pokolenia płaczą wspominając i oglądając fragmenty legendarnych występów swej wspaniałej jedenastki.

 

 

 

 

 

Po inwazji radzieckiej i tragicznych wydarzeniach roku 1956 piłkarskie Węgry już nigdy nie podniosły się do dawnego poziomu. Powolutku acz sukcesywnie obniżały swe loty. Owszem, wciąż pozostawały siłą liczącą się w Europie, ale nikt już nie drżał jak niegdyś wychodząc na murawę, by grać przeciwko nim. Ale przecież jeszcze nawet w pierwszej połowie lat 80. węgierska drużyna należała do zespołów mocnych. Na Mundialu 1982 roku, choć ostatecznie ze swej grupy Węgrzy się nie wydostali, odnieśli przecież niesamowite zwycięstwo nad Salwadorem 10:1.

 

 

Jeszcze nawet w kwietniu 1986 roku, czyli na 3 miesiące przed turniejem, który okazał się w pewnym sensie momentem przełomowym w pikowaniu Madziarów poniżej piłkarskiego poziomu morza potrafili oni rozbić na własnym boisku świetną Brazylię 3:0!!!

 

Symbolicznym w dziejach kryzysu totalnego węgierskiego futbolu wydaje się być dzień ich pierwszego meczu na meksykańskim Mundialu. W 30 lat po tragedii 1956 roku, to znów inwazja radziecka, tym razem na szczęście już tylko i wyłącznie w czysto sportowym wymiarze zadała decydujący cios. Prowadzona przez ś.p. Walerego Łobanowskiego drużyna ZSRR rozjechała Węgrów 6:0.

Po tej porażce Węgrzy nie podnieśli się już nigdy. Już nigdy potem nie wygrali oni w ważnym meczu o punkty z jakąkolwiek liczącą się w Europie drużyną. Meksykański Mundial oczywiście dokończyli, zdołali nawet pokonać najsłabszą na całym turnieju Kanadę 2:0 (ostatnią jak dotychczas na mistrzostwach globu bramkę strzelił wówczas dla Hunów Lajos Detari). Z mistrzostwami pożegnali się (jak dotąd na co najmniej 24 lata…) meczem z Francją (0:3), który był dla nich przygnębiający, jak całe następne dwie futbolowe dekady. Na króciutką chwilę, w latach 90-tych Madziarzy liznęli jeszcze nieco nadziei na zaistnienie w wielkiej imprezie. Zajmując drugie miejsce w swej eliminacyjnej grupie, dzięki wyrównującej, a strzelonej Finom w doliczonym czasie gry bramce, załapali się na baraże o udział w Mistrzostwach Świata 1998.

Z marzeń o wyjeździe do Francji szybko, lecz niestety nie bezboleśnie, wyleczyli ich jednak Jugosłowianie rozbijając potomków Attyli 7:1 (w Budapeszcie) i 5:0. Węgierska prasa, po pierwszym z meczów nazwała swych piłkarzy „jedenastką komediantów”.

Również podczas eliminacji do Mistrzostw Europy 2004 roku wydawało się początkowo, że Madziarzy mogą się liczyć w rozgrywce o wyjście z grupy. Po cennych wyjazdowych remisach ze Szwecją (1:1), oraz reprezentacją Polski (0:0) przyszła jednak seria słabszych spotkań. Znów trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości.

Choć październikowe spotkanie Malty i Węgier, sprzed dwóch lat nie było pierwszym ciosem jaki potomkowie Attyli odebrali od mieszkańców Archipelagu, na którym naukę Chrystusa głosił swego czasu św. Paweł (w eliminacjach do MŚ Italia 90 Węgrzy dwukrotnie remisowali z Maltą - 1:1 i 2:2, a w roku 1997 przegrali z nimi towarzysko na własnym terenie 2:3!), to jednak miało ono wydźwięk symboliczny. Tego dnia bowiem Maltańczycy sięgając po najcenniejsze zwycięstwo w historii własnego piłkarstwa zafundowali Węgrom swoiste futbolowe katharsis. Porażka w meczu o punkty z reprezentacją Malty była być może dla Węgrów czymś głęboko koniecznym a zarazem ozdrowieńczym. Narodowi, który wydał takich artystów futbolu jak Puskas, Kocsis, Hidegkuti, Bozsik, Czibor, Albert, czy nawet jeszcze potem Nyilasi i Detari trzeba było poczuć bolesny upadek na samo dno, by potem móc się już tylko od tego dna odbić. I Węgrzy się odbijają. Każdy kto miał okazję obserwować spotkania Madziarów w bieżących rozgrywkach eliminacyjnych z Duńczykami (0:0), Szwedami (1:2) czy Albanią (2:0) przyzna, że to niezwykle starannie układany zespół, który doskonale wie po co wychodzi na boisko.

Osobiście jestem zdania, iż Erwin Koeman stwarza obecnie jedną z ciekawszych drużyn na całym Starym Kontynencie, z niekwestionowanym liderem, graczem Borussi Dortmund Tamasem Hajnalem na czele. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że z czasem podopieczni Holendra będą coraz groźniejsi.

Nie twierdzę, że to już na pewno teraz, że po 24 latach przerwy, południowoafrykańskie murawy będą świadkiem wielkiego powrotu na piłkarskie salony węgierskich futbolistów. Rywale w grupie są bowiem niesamowicie mocni (Portugalia, Szwecja, Dania). Ale jutro na Malcie, przy całej mej sympatii do piłkarzy z tej Wyspy, powtórki sprzed dwóch lat raczej się nie spodziewajmy.

R.

Jak św. Paweł Attylę ujarzmił cz.I

Jednym z najbardziej wytartych i irytujących truizmów grasujących po piłkarskim światku jest stare jak sama Europa porzekadło traktujące o tym, że w tejże Europie nie ma już drużyn słabych. Czasem ze łzami w oczach (jak po niegdysiejszych eliminacyjnych remisach polskiej reprezentacji z Cyprem czy Azerbejdżanem), ale jednak trudno się z tym nie zgodzić. Oczywiście reprezentacja San Marino zapewne jeszcze troszkę poczeka na swój historyczny awans do ćwierćfinału Mistrzostw Świata (choć i ich zwycięstwo w meczu o punkty wydaje się być tylko kwestią czasu), ale prawdą jest jednak, iż dziś na Starym Kontynencie już niczego nie można być pewnym. Szwajcarzy Hitzfelda zostają złomotani na własnej trawie przez Luksemburg, Austriacy Brucknera remisują na Wyspach Owczych, zaś nie tak dawno, bo w eliminacjach do ME 2008 Cypryjczycy pokonują Irlandię i remisują z Niemcami. Jeszcze troszkę wcześniej Portugalczycy cudem ratują remis z Liechtensteinem.

Czy w tym gąszczu sensacji będziemy jeszcze w stanie wykrzesać choć troszkę z drzemiącego w nas potencjału zdziwienia, by pochylić się nad tym co wydarzyło się niemal dokładnie przed dwoma laty – 11 października 2006 roku? Ponoć historia lubi się powtarzać a tak się składa, że w najbliższą środę znów na piękną maltańską wyspę zawitają Węgrzy...

Malta i Węgry. Przez całe niemal dekady piłkarskie reprezentacje obu tych krajów dzieliła przepaść tak ogromna, że trudno byłoby ją opisać słowami. Jak wiele musiało się zmienić na przestrzeni lat, że kibice węgierscy dożyli chwili, gdy musieli obserwować własnych graczy, którzy ze zwieszonymi nisko głowami opuszczali boisko w Ta’ Qali. Jak wiele musiało się zmienić, że maltańscy fani przyzwyczajeni do porażek z każdym i wszędzie, mogli wreszcie nacieszyć oko zwycięstwem swej drużyny nad nacją, przed którą niegdyś, niczym przed Attylą, drżał cały piłkarski świat. A jednak niemożliwe stało się faktem. Na dwa trafienia Andre Schembri Madziarzy odpowiedzieli tylko golem Torghelle.

 

Podopieczni legendarnego Jozefa Bozsika ponosząc porażkę na Malcie (a jej rozmiary mogły być przecież znacznie pokaźniejsze) sięgnęli dna od którego mogli się już tylko odbić. Reprezentanci Malty natomiast świętowali tego wieczoru największy sukces w dziejach rodzimego futbolu. Owszem zdarzało im się już kiedyś w meczach o punkty ograć w Tallinie Estonię 1:0 (1993) a na własnym boisku pokonać Greków 2:0 (w lutym 1975 roku) i Islandię 2:1 (1981) oraz remisować bezbramkowo z RFN (1979), Czechosłowacją (1985), Czechami (1994), po 1:1 zaś z Chorwacją i Bułgarią (oba mecze w 2005 roku) czy wreszcie 2:2 z reprezentacją Turcji (2007), ale to właśnie zwycięstwo w batalii z Węgrami uchodzi na wyspie, którą w latach 60. naszego wieku nawracał na chrześcijaństwo św. Paweł za największy piłkarski sukces wszechczasów.

Oczywiście awansem do jakiejkolwiek wielkiej imprezy piłkarze z Archipelagu ani przez moment nigdy nie byli zagrożeni i pewnie jeszcze nie prędko będą. Tym niemniej wyniki osiągane przez podopiecznych Duszana Fitzela w dwóch ostatnich turniejach eliminacyjnych, w których odbierali oni punkty tak silnym zespołom jak Chorwacja, Turcja czy Bułgaria muszą budzić zdziwienie i szacunek.

Maltańczycy, którzy przez całe lata uchodzili za przysłowiowego kopciuszka w europejskim piłkarskim towarzystwie nagle zaczęli się stawiać i nie chcą już pokornie przyjmować razów, jak to w starych dobrych czasach bywało. Przez dłuuugi czas przecież wizytówką (na pewno nie do pozazdroszczenia) maltańskiego futbolu był mecz w Sewilli z późnego grudnia 1983 roku. Wtedy to o awans do Mistrzostw Europy zawzięcie rywalizowały ze sobą zespoły Holandii i Hiszpanii. To właśnie potyczka tych ostatnich z Maltą miała zadecydować o tym, kto pojedzie do Francji, by w gronie 8 czołowych zespołów Starego Kontynentu walczyć o tytuł tej najlepszej z najlepszych. Hiszpanie, by wyprzedzić w tabeli Holendrów potrzebowali zwycięstwa DZIESIĘCIOMA golami nad Maltą. Cel wydawał się mało realny do osiągnięcia. Tym bardziej, że po bramce Degiorgio w 24 minucie gry wynik meczu brzmiał sensacyjnie: 1:1. Na przerwę gospodarze schodzili ze skromnym wynikiem 3:1, by ostatecznie całe spotkanie wygrać… 12:1. Pomiędzy 76 a 81 minutą Hiszpanie strzelili 4 gole… Do dziś ten mecz i sewilski wyścig z czasem oraz łatwość zdobywania przez gospodarzy w drugiej połowie kolejnych bramek budzi, nie tylko zresztą w Holandii, sporo kontrowersji.

 

Hiszpanie jednak wygrali, na Euro pojechali, co więcej, okazali się tam jednym z dwu najlepszych zespołów, docierając aż do finału. Na Maltańczyków zaś przez kolejne lata patrzono trochę z niesmakiem, trochę z politowaniem.

Jak powszechnie wiadomo każda drużyna piłkarska składa się z … piłkarzy. Zasada jest raczej prosta i niespecjalnie skomplikowana - dobrzy piłkarze, to i drużyna niezła. Gdy takowych brak, trudno marzyć o jakimś większym sukcesie zespołu. A na Malcie przez całe lata ciężko było się doszukać choćby kilku, choć troszeczkę wybijających się ponad przeciętność grajków. Za najlepszego w historii uchodzi Carmel Busuttil. Ten filigranowy pomocnik o nienagannej technice był piłkarzem naprawdę ciekawym. W reprezentacji od 1982 do 2001 roku rozegrał dokładnie 111 spotkań. W 1987 roku jako jeden z nielicznych piłkarzy maltańskich opuścił rodzimą Wyspę, by spróbować szczęścia w Europie. Po sezonie spędzonym w niższej lidze włoskiej (zespół zwał się Nova Verbania) przeniósł się do Belgii, gdzie przez 6 sezonów był niezwykle cenionym graczem Racingu Genk, dla którego strzelił w tym czasie 45 bramek. U schyłku kariery, w wieku 31 lat znów powrócił do kraju, by jeszcze przez niemal 8 sezonów grać dla Sliemy Wanderers. W lidze maltańskiej Busuttil ustrzelił aż 111 goli.

Busuttil był przez całe lata właściwie jedynym graczem z Malty, którego nazwisko cokolwiek mówiło kibicom w Europie. Pozostali, ważni dla reprezentacji tego kraju piłkarze wracali z podboju Starego Kontynentu raczej z poszarpanymi marzeniami i ledwie kilkoma występami na koncie, w drużynach, do których usiłowali się przebić. Całkiem solidny skądinąd obrońca John Buttigieg karierę w angielskich Brentford i Swindon zakończył na raptem 3 meczach. Gilbert Agius poszedł o krok dalej i we włoskiej Pisie udało mu się uciułać aż 4 spotkania. Niewiele więcej nagrali się w Bułgarii Stefan Giglio, Chucks Nwoko i Daniel Bogdanovic. Bramkarz Justin Haber zwiedzał do tej pory francuski Quevilly, belgijski Virton, a ostatnio wylądował w angielskim Sheffield United. Luke Dimech grał już znacznie więcej, ale tylko w irlandzkim Shamrock oraz angielskim Mansfield, Chester i Macclesfield. Nienajgorzej radził sobie w portugalskim Leixoes Udo Nwoko. Ale bez wątpienia pierwszym od czasów Busuttila piłkarzem, którego nazwisko znają piłkarscy kibice w Europie jest Michael Mifsud. Były napastnik Kaiserslautern (dla którego strzelił 23 gole) i norweskiego Lillestroem (17 goli) z powodzeniem już od ponad dwóch lat przywdziewa koszulkę Coventry, dla którego dość regularnie trafia do siatki rywala. Jest też od dłuższego już czasu zdecydowanie największym zagrożeniem, dla każdej drużyny której przychodzi mierzyć się z reprezentacją Malty.

 

R.

 

sobota, 11 października 2008
Najazd Brzetysława pomszczony, czyli trzy po trzy po Polska-Czechy

R:

Choć nie wiem jak bardzo by się chciało, trudno jednak uniknąć porównań z wydarzeniami sprzed dwóch lat. Bo znów mamy nasz chorzowski 11 października. Znów mamy nasze 2:1. I to prawda, że gra biało-czerwonych tylko momentami (głównie w drugiej połowie meczu) przypominała tę natchnioną z potyczki z Portugalią. Ale jest zwycięstwo. Ogromnie ważne. Nie do przecenienia. Dla gromadki ludzi, którzy czekają na każde potknięcie Beenhakkera i jego drużyny to solidny cios. Zaś w serca prawdziwych kibiców naszej reprezentacji sobotni wieczór wlał wiele pogody i radości. Pokonaliśmy Czechów, zespół który wydaje się być najgroźniejszym konkurentem w walce o awans na najważniejszą futbolową imprezę na świecie.

I nic to, że owi Czesi są już tylko cieniem znakomitego zespołu, który przez całe ostatnie lata siał popłoch w Europie. Reprezentacja naszych południowych sąsiadów sprawia wrażenia drużyny pozbawionej jakiejkolwiek iskry, wypalonej, bezbarwnej, ociężałej. Myślę, że mecz z Turcją na ME w Szwajcarii był w pewnym sensie momentem przełomowym w najnowszej historii ich futbolu. Coś pękło, rozsypało się, i teraz troszkę czasu zajmie Czechom pozbieranie tego wszystkiego do kupy i posklejanie znów w sensowną całość. Nie twierdzę, że podopieczni Rady nie awansują na najbliższy Mundial. Ale po prostu nie da się ukryć, że pewna epoka po prostu się skończyła. Może czeka nas nawet kilka lat bez czeskiego udziału w wielkich imprezach, kto wie? Tym, którym scenariusz takowy wydaje się niewiarygodny przypomnę, że przez całe niemal lata 80-te wszelkie mistrzostwa świata i Europy czescy piłkarze oglądali wyłącznie w telewizorze. W 1990 roku jeszcze jako Czechosłowacja powrócili na moment na piłkarskie salony. Potem, już jako samodzielny kraj zaistnieli Czesi dopiero w 1996 roku, gdzie pod wodzą Dusana Uhrina wywalczyli 2 miejsce w Europie. Ostatnie 8 lat to już wspaniały dla nich okres i ścisła czołówka światowa. Teraz potomkowie groźnego Brzetysława znów wydają się być w odwrocie. Ale to już nie nasz problem.

Naszym jest, choć przykro to pisać, obecna psycho-fizyczna dyspozycja Artura Boruca. Choć w pierwszej połowie wybronił on kilka sytuacji, to jednak zdecydowanie obciąża go dziś fatalna bramka, która sprawiła, że końcówka meczu znów była strasznie nerwowa. I jeśli mam o coś pretensje do Beenhakkera, to właśnie o to, że Boruc wyszedł dziś w ogóle na boisko. Nie wiem, czy to fair w stosunku do Łukasza Fabiańskiego, który w poprzednich dwóch spotkaniach pokazał klasę. Pokazał ją także i dzisiaj. Myślę, że tym co mi zostanie w pamięci po sobotnim meczu jest również obrazek, jaki uchwyciła kamera telewizyjna tuż po spotkaniu. Uśmiechnięty Fabiański wchodzi na płytę boiska i gratuluje kolegom z zespołu. Cieszy się ze wspólnego zwycięstwa i jest w tym ogromna szczerość. Nawet jeśli dla niego zabrakło dziś (choć moim skromnym zdaniem nie powinno) miejsca w składzie.

Cieszy mnie gra i bramka Pawła Brożka. Od dawna jestem zdania, że bez względu na wszystko warto na niego stawiać. Mam nadzieję, że dzisiejszym golem napastnik krakowskiej Wisły rozpocznie już na dobre swą przygodę z kadrą Beenhakkera. Jestem zbudowany postawą w chorzowskim spotkaniu Błaszczykowskego (ale to już tradycja), Rogera a także Murawskiego i Smolarka. Z przodu było dziś momentami naprawdę ciekawie.
Mamy wreszcie naszą złotą jesień. Wygraliśmy niezwykle ważny mecz. Zdobyliśmy ogromnie cenne 3 punkty. Ubogaciliśmy się też nadzieją, że może znów rodzi się coś ciekawego. I choć do końca zmagań jeszcze dłużej niż długo, to może właśnie tego wieczoru po raz pierwszy delikatnie zapachniało afrykańskim Mundialem...

 

B.

1. Hau hau hau hau hau. Odszczekuję wszystkie złe rzeczy, które kiedykolwiek powiedziałem na temat Brożka.

Oczywiście, nie zachwycam się jego grą, ale (cytując Z czuba) "wybaczam i proszę o przebaczenie" z powodu faktu, że strzelił gola w naprawdę ważnym meczu. Gola, w zwycięskim ważnym meczu. Mam nadzieję, że zmazał piętno plączących się nóg w kluczowych spotkaniach.

2. Brożek i Błaszczykowski, Błaszczykowski i Brożek. Tak, chyba pamiętam...

 

Motyla noga, jaki ten Błaszczykowski jest dobry! :) Żeby tylko ci wszyscy boiskowi bandyci nie złamali mu kariery, to doczekamy się wreszcie Polaka w jednym z zespołów TOP 8 legendarne kluby świata (do takowych zaliczam: Real, Barca, MU, Liverpool, Bayern, Inter, Milan i Juve - z tym, że do tych ostatnich nie chciałbym, by trafił :)

3. TVP :) Nie wiem, czy to było za wiedzą Robcia Korzeniowskiego (który jutro biegnie w poznańskim maratonie) czy nie, w każdym razie za wpieprzanie się z napisem "już za chwilę w Jedynce 'Maksimum ryzyka' i Jean Claude Van Damme" - ktoś powinien zebrać cięgi. Filmweb o filmie: " W Nicei ginie młody człowiek, ścigany przez gangsterów. Władze próbują ustalić jego tożsamość. Okazuje się, że zmarły jest bliźniaczo podobny do jednego z miejscowych policjantów.
Dalsze poszukiwania prowadzą do Ameryki, zmarły był członkiem mafii." Po prostu tak głupie, że aż śmieszne. I fabuła i TVP :)

Aha, zły księciunio Brzetysław wyglądał podobno tak:


A równo 970 lat temu zrobił w Wielkopolsce naprawdę ciężką rozróbę. Mało tego, w drodze powrotnej przyłączył do Polski Śląsk i Małopolskę. Po latach, ale zemsta jest słodka ;)

P:

1. Magiczna różdżka. Wiara w sukcesy polskiej reprezentacji to coś z pogranicza romantycznego uczucia, magii, sensacji oraz programu "Strefa 11". Po meczach, po których nawet nie chce się wstać, żeby wyłączyć telewizor, przychodzą spotkania natchnione, niezwykłe i zupełnie zaskakujące. Wiktorię 3-1 w Kijowie za Engela poprzedził ciąg meczów, których nie powstydziłaby się co najwyżej reprezentacja Wysp Cooka albo inna kadra z kilkutysięcznego archipelagu. Przed awansem ekipy Janasa były bęcki od Szwecji i od Danii (do dziś jeszcze słyszę huk w uszach). A Portugalię Leo odprawił po meczu z Finlandią, który miernością bił najmierniejsze mecze futbolowe. Teraz Słowenia i Czechy. Wniosek - nie wierzyć to błąd.

2. Zagrać świetnie. Tak zagrali Polacy. Dynamicznie, odważnie, kombinacyjnie. Mieli cały czas przewagę nad niemrawo szurającymi po boisku Czechami. Walka o każdą piłkę (pierwszy gol...), serce, płuca - to główne atuty polskiej ekipy, to jest to, czym możemy wygrywać. Gdy tego braknie - vide mecz ze Słoweńcami - praktycznie nie istniejemy. Do tego dochodzi talent Błaszczykowskiego. Niesamowite. To będzie jego sezon, jestem o to spokojny. Ten ciąg na bramkę, ten drybling, wreszcie to wyrachowanie! Gdy wychodził na sam na sam z Cechem stanęła mi przed oczami bramka z meczu z Rosją - fałszem w długi róg.

 

 

Myślę sobie - zrobi to samo. A tu pyk. Mało jeszcze wiem o talencie Kuby:)

3. Nie dobijać konającego. Praktycznie ta sama śpiewka co w zwycięskim meczu z Portugalią. Prowadzenie 2-0, przewaga, kontola gry, rywal na kolanach ledwo dyszy. Aż się prosi, żeby z pełnym wyrachowaniem wbić osikowy kołek prosto w jego serce (czyli bramkę) i zwycięsko postawić nogę na jego zwłokach. Zamiast tego niepotrzebna bramka z niczego, nerwowa końcówka i wynik zamazujący faktyczny przebieg meczu. Przydałaby się kadrze taka namiastka Frankowskiego albo nawet Koniarka, z zimną krwią trafiająca z każdej dogodnej pozycji.