Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 21 września 2008
Rok przed wojną: Niemcy - Polska

Zdarzyło się 70 lat temu, w trzecią niedzielę września - 18.09.1938...

18 września 1938 rozegrano "mecz o randze państwowej": Niemcy - Polska w Chemnitz.

Mecz z Niemcami był pierwszym podopiecznych Józefa Kałuży (wówczas selekcjonera nazywano "kapitanem związkowym") od czasu legendarnego spotkania z Brazylią na mundialu we Francji (5:6).

W porównania do pojedynku z Canarinhos w składzie zaszła tylko jedna zmiana - Teodor Peterek zastąpił Fryderyka Scherfkego. Niemcy grali również po raz pierwszy od francuskiego czempionatu, na którym (podobnie jak my) nie sprostali pierwszemu z rywali - Szwajcarom. Tak zawodników pokazała karykatura w przedmeczowym programie

a w takich składach zagrały obie drużyny (obowiązkowo ustawienie 1-2-3-5)

Przy okazji meczu dokonano oficjalnego otwarcia stadionu w Chemnitz (polski Kamieniec, w czasach NRD - Karl-Marx-Stadt). A stadion wówczas prezentował się tak:







Na trybunach zgromadziło się 60 tysięcy ludzi - tej frekwencji z otwarcia stadionu już potem w Chemnitz nie poprawiono.

Jak udało mi się wyczytać w Encyklopedii Piłkarskiej FUJI, wydarzenia na boisku miały dziwny przebieg. Dużo więcej z gry mieli Niemcy, ale do pewnego momentu to Polacy stwarzali dużo więcej sytuacji bramkowych. Tak opisał to jeden z zawodników - Edward Nyc: Tyle mieliśmy okazji, a sam Piątek mógł być rekordzistą zdobytych goli. I oto po naszej bramce, gdy mieliśmy cenny remis, nastąpiło dziesięć minut dla Niemców. Trzy akcje, trzy gole! To nas załamało do reszty.

Trzy gole strzelił 22-letni Josef Gauchel, a czwartego dołożył... Helmut Schön - wielki trener RFN w latach 1966-78

Jedyne trafienie dla biało-czerwonych, w swoim ostatnim występie w reprezentacji, zaliczył Teodor "Mietlorz" Peterek.

Szerzej o niezwykłych okolicznościach tego meczu (piłkarze spóźnili się na pociąg i ich podróż trwała w sumie 17 godzin) można przeczytać na blogu Pawła Czado. Z niego również pochodzi wyżej pokazana karykatura oraz poniższy cytat:

Po meczu ”führer sportu niemieckiego” Hans Tschammer von Osten (dokładna nazwa jego ówczesnej funkcji to ”Reichssportführer”), który dokonał wcześniej uroczystego otwarcia stadionu, stwierdził zadowolony, że gra między Niemcami i Polską ”była piękna i rycerska i prowadzono ją w atmosferze przyjacielskiej”. Mecz oglądało 60 tysięcy ludzi. ”Dajemy wam możliwość rewanżu za dwa lata w Polsce” - stwierdził trener niemieckiej kadry Sepp Herberger.

Ale rewanżu w Polsce jeszcze przez długie lata nie było. By pokazać niezwykłość tamtego meczu, czy raczej - terminu jego rozgrywania, małe kalendarium:

13 marca 1938: Anschluss Austrii
18 września 1938: mecz Niemcy - Polska
1 października 1938: przyłączenie Sudetów do III Rzeszy
24 października 1938: pierwsza "propozycja" dla Polski włączenia do Niemiec Gdańska i "korytarza pomorskiego"
16 marca 1939: utworzenie Protektoratu Czech i Moraw
28 kwietnia 1939: wymówienie przez Hitlera polsko-niemieckiego układu o nieagresji
5 maja 1939: przemówienie sejmowe Józefa Becka


23 sierpnia 1939: pakt Ribbentrop-Mołotow
26 sierpnia 1939: Niemcy gotowe do uderzenia na Polskę
27 sierpnia 1939: ostatni przedwojenny mecz reprezentacji: Polska - Węgry 4:2
1 września 1939: atak Niemiec na Polskę, początek II Wojny Światowej

Ciężko o puentę. Krzepiące jest to, że w momencie zbliżającego się dość nieuchronnie konfliktu zbrojnego pomiędzy obydwoma narodami, 22 wymienionych wcześniej ludzi, nie baczyło na na okoliczności, tylko robiło to co najbardziej kochało: grało w piłkę.

B.

piątek, 19 września 2008
Mariusz Nosal. Prawie jak Szarmach, prawie jak Crouch.

Mariusz Nosal, tak, pamiętam... Zawodnik ten z racji posiadanego nazwiska zawsze zbudzał moją sympatię - wszystkie Nosale to porządne chłopaki:) Gdy na początku lat 90-tych znalazłem więc go w kadrze I-ligowego Górnika Zabrze, potraktowałem raczej jako ciekawostkę przyrodniczą niż potencjalne objawienie sportowe. Szczególnie, że 18-letni młokos rodem z Zamościa sporadycznie dostawał szansę występu od trenerów Łyski, Apostela i Kostki. Przełom nastąpił dopiero w sezonie 1994/1995. Edward Lorens, mimo dużego wyboru w pierwszej linii (Bałuszyński, Szemoński, Tarachulski...) zaczął bardziej zdecydowanie stawiać na wysokiego (186 cm) napastnika i choć ten nie od razu spłacił zaufanie (w rzeczonym sezonie w 15 meczach tylko 2 gole, aczkolwiek jeden z nich na wagę remisu w Wielkich Derbach Śląska z Ruchem Chorzów), to systematycznie otrzaskiwał się na I-ligowych murawach.

Kolejny sezon pod wodzą Adama Michalskiego (i w dalszej części Jana Kowalskiego) to zabrzańskie (zabrskie?) wyżyny w wykonaniu Nosala - 18 meczów i 6 goli, a trafiał i do bramki Legii (słynne 3:2) i Lecha. Już wtedy dał próbki ponadprzeciętnych umiejętności gry głową - większość bramek które zdobywał, odbywała się właśnie według schematu: dośrodkowanie - Nosal cedzi z bańki - gol.

Do tego dochodziła jeszcze świetna współpraca z wschodzącą gwiazdą Marcina Kuźby (8 goli). Pomimo jednak dobrych osiągów indywidualnych Nosala, sezon 1995/1996 był dla Górnika rozczarowaniem (12 miejsce w tabeli...). Wysoki napastnik postanowił więc zmienić pracodawcę na przebojowego beniaminka z Wodzisławia.

Nie obeszło się jednak bez nieporozumień pomiędzy tymi dwoma klubami w kwestii transferu, w związku z czym Nosal dołączył do Odry dopiero w rundzie wiosennej sezonu 1996/1997, ale... roztrenowany grywał głównie ogony i zanotował tylko jedno trafienie. Prawdziwa hossa miała jednak dopiero przyjść. Kolejny sezon w Odrze nasz bohater - za sprawą olśnienia trenera Bochynka...

- rozpoczął jako... prawy obrońca (by the way, to chyba nasza narodowa specjalność - przerabiać napastników na obrońców)! Co ciekawe, i z tej pozycji nieraz ukąsił bramkarza przeciwników (2-1 z Wisłą to jego zasługa:)). Jednak dopiero po zmianie trenera na Mikulskiego (ale nie tego) pokazał, gdzie naprawdę jest jego miejsce na boisku - grając w napadzie strzelił 8 goli w 8 meczach (w sumie 11 goli w 31 meczach). A kolejny sezon był jeszcze lepszy, bo występując nieprzewranie na szpicy zdobył 14 goli w 30 meczach. Jego forma nie umknęła Januszowi "kasa, Misiu, kasa" Wójcikowi, który powołał go w czerwcu 1999 roku do reprezentacji Polski na tournee plażowo-biwakowe po Tajlandii. Tam Nosal zagrał w nieoficjalnym meczu z Brazylią i oficjalnym spotkaniu z Nową Zelandią (ach, zresztą kto nie grał w tym spotkaniu - Tomala, Szwed, Chańko, Jakubowski, Sypniewski...:)), tym samym wkraczając do [kiedyś] elitarnego grona reprezentantów Polski (co ciekawe Nosalowi - w czasach, gdy grał on jeszcze w Górniku - uważnie przyglądał się już Piechniczek. Powołał go nawet na jedną konsultację, ale na tym kontakt obu panów się skończył). Więcej szans już jednak nie otrzymał zatrzymując licznik na popularnym 1A-0:)

Opromieniony zdjęciem w koszulce z orzełkiem Mariusz N. postanowił postanowił zmienić klub na jeszcze silniejszy (da się?:)) i wybrał... Petro vel Orlen Płock (?).

O ile pierwszy sezon w nowych barwach, mimo dopiero 12 miejsca zespołu, był dla wysokiego napastnika OK (1999/2000 - 25 meczów i 13 goli), o tyle drugi (14 - 7) zakończył się klęską i spadkiem nafciarzy do II ligi. To wydarzenie okazało się w sumie początkiem końca kariery tego piłkarza. Po odsłużeniu sezonu w niższej klasie rozgrywkowej (6 goli; nomen omen najlepszym strzelcem płocczan z 8 golami był... obrońca Wojnecki) postanowił wrócić do Górnika. Tam jednak nie łapał się do pierwszego składu (10 meczów i bez goli), więc w nosalowej głowie zaświtała myśl o przeprowadzce do klubu swej młodości czyli do Odry. Jednak młodym się jest tylko raz i powtórny pobyt w Wodzisławiu potwierdzil tą tezę. Półtora sezonu, 22 mecze i 4 gole oraz permanentne problemy ze zdrowiem - ospa, salmonella, złamana szczęka - "nam nie było lekko". Na to nie pomógł by ani...

doktor Burski...

ani żaden inny doktor, nawet ten - prof. dr Jerzy Klemens Werner.

Nosal doszedł do wniosku, że może mu pomóc tylko słońce, plaża i ładna pogoda. Słowem - Wyspa Afrodyty:) Wybrał się więc na sezon 2004/2005 do AEKu Larnaka - cypryjskiego klubu z ambicjami (rozgrywki Pucharu UEFA w tym sezonie). Tam jednak też nie było za fajnie i po pięciokrotnym wpisaniu sie na meczową listę płac, Nosal obrał kurs powrotny na Wodzisław (w międzyczasie mówiło się również o Polonii Warszawa).

Tutaj na dzień dobry spotkała go przykra niespodzianka - już na pierwszym treningu wybił sobie bark... W konsekwencji założył wodzisławską koszulkę dwukrotnie po czym... zniknął. Długo próbowałem znaleźć jakiś jego trop, ale niestety ani widu, ani słuchu... Może wrócił do rodzinnego Zamościa i wprawia się, żeby zostać w nieodleglej przyszłości trenerem, jak się kiedyś odgrażał?

Faktem jest, że Mariusz Nosal był jednym z lepiej grających głową zawodników jakich pamiętam. To był jego znak firmowy.

Porównania do Szarmacha są może na wyrost, ale już do Rasiaka, Sosina czy Żewłakowa - jak najbardziej na miejscu. To taki typ angielski, trochę też a'la Crouch czy nawet Heskey (również Koller) - na niego szla większość piłek i on albo je zbijał na drugiego napastnika albo walił na bramkę. Kto wie, może gdyby w odpowiednim czasie podkupiło go jakieś Hull City to nie czekalibyśmy tyle lat na bramkę w Premiership...

Tak, Mariusz, Mariusz Nosal. Pamiętam...

P.

czwartek, 18 września 2008
Juventus 1:0 Turyn - koszmar powrócił?

Wpis z tych bardziej subiektywnych, fani Juve proszeni są o nie gorączowanie się :)

Szczegóły z fazy grupowej Ligi Mistrzów dość rzadko zapadają mi w pamięć - wiadomo, prawdziwa gra zaczyna się w fazie pucharowej. Jednak jeden fakt sprzed 4 lat, wrył mi się w świadomość tak bardzo, że ciężko będzie mi go się kiedykolwiek pozbyć.

Juventus Turyn to klub do którego z kolejnymi latami jakoś traciłem sympatię. Jeszcze w 1997 roku w konfrontacji z Borussią Dortmund w finale LM, szczerze Juve - a zwłaszcza młodemu Alexowi Del Piero (długo trzymanemu na ławce, czego nie mogłem pojąć) - kibicowałem.

Jednak już rok później, Juve do spółki z Realem zafundowali jeden z dwóch najnudniejszych finałów LM za mojego kibicowskiego życia.

Żeby nie było wątpliwości - drugi to też sprawka Juve - przenudne 0:0 z Milanem z 2003 roku. Popis catenaccio (cóż za oksymoron) rozstrzygnęły karne... Za taki finał, to ja dziękuję...

Drugi powód mojej pewnej takiej nieśmiałości w stosunku do Juve, to - jak wynika z właśnie przeprowadzanej autopsychoanalizy - eliminowanie z gry Realu, czy - by być ścisłym - eliminowanie Zizou.
Półfinał LM z 2003 roku (czyli po nim nastąpił beznadziejny finał z Milanem) to zwycięstwo "Królewskich" w Madrycie 2:1 i - bardzo dla mnie bolesne - 3:1 dla Juve w Turynie.

(ci Włosi to wstydu nie mają, nawet pięknego gola Zidane'a wycięli... A w ogóle, to czemu karnego strzelał Figo, a nie Zidane?! Donner Wetter...)

Dwa lata później awans Juve był jeszcze bardziej minimalny - i moim zdaniem - jeszcze mniej zasłużony. Po 1:0 w Madrycie dla Realu, w rewanżu zespół z Turynu odpłacił się takim samym wynikiem po 90 minutach. A w dogrywce? W dogrywce Urugwajczyk Marcelo Zalayeta jak na złość postanowił strzelić prawdopodobnie najważniejszego gola w swojej karierze.

Powód numer 3 - gracze nijacy tacy, no - nijacy tacy (mówimy o okresie po odejściu Zizou). Oczywiście w pełni uznaję ich klasę, ale nie wzbudzają we mnie zachwytu. Tylko tyle i aż tyle. Najwybitniejszy z nich - Del Piero - nie okazał się nowym Robertino Baggio. A na to za młodu liczyłem. Buffon jest może i najlepszym bramkarzem za mojego kibicowskiego życia, ale... Bramkarz to (sorry) tylko bramkarz. Nedved swego czasu wręcz nie miał słabych zagrań, nie popełniał błędów, nie dokonywał złych wyborów na boisku, ale (jednak!) to nie żaden geniusz, a rzemieślnik (choć doskonały rzemieślnik). Obrońcy wręcz doskonali itede itepe. I do tego Mauro Camoranesi (nie wiem, może to jakieś kwestie podprogowe, może dźwięk nazwiska tak na mnie działa), który dla mnie jest jednym z bardziej przereklamowanych zawodników. Słowem - gracze Juve siakoś nie pobudzają we mnie, hm, kibicowskiego ognia. Bywa.

Powód czwarty - ostatni. Jednocześnie powód dla którego powstała ta notka: minimalistyczne zwycięstwa - 1:0. Faktem sprzed czterech lat, który tak zapadł mi w pamięci, są wyniki Juve w fazie grupowej Ligi Mistrzów 2004/05. Spójrzmy na pięć pierwszych meczów:
Ajax - Juventus 0:1  [Pavel Nedved 42]
Juventus - Maccabi Tel-Aviv 1:0 [Mauro Camoranesi 37]
Juventus - Bayern 1:0 [Pavel Nedved 75]
Bayern - Juventus 0:1 [Alessandro Del Piero 90]
Juventus - Ajax 1:0 [Marcelo Zalayeta 14]

W ostatnim meczu, chyba w ramach świątecznych prezentów dali sobie wbić Maccabi gola, samemu strzelając - jakże inaczej - również jednego. Bilans bramkowy zwycięzcy grupy: 6-1. Brrrrr... Albo raczej: chrrrr...

Ktoś powie - najtrudniej jest wygrać 1:0. Ok, ale mnie, jako kibica, który (po odejściu Zizou) nie ma specjalnie ukierunkowanych sympatii klubowych na arenie międzynarodowej i chce oglądać Ligę Mistrzów by wpadać w zachwyt nad pięknem gry... Mnie to g...ucio obchodzi. Czy koszmar Juventusu 1:0 Turyn powróci? Oby nie. Pierwszy krok już jednak został poczyniony: Juve - Zenit 1:0.

Jak dla mnie - tam, gdzie pojawia się Juve - gasną emocje; tak jak - gdzie pojawia się Buka - gaśnie ognisko ;)

B.

środa, 17 września 2008
Austria Wiedeń - doszczętna analiza

Przed Lechem Poznań dwumecz, który może otworzyć księgę "Kolejorz w Europie" i dopisać w niej nowy, piękny rozdział. Młodym, więc (nad czym ubolewam) do tej pory, nie licząc tego sezonu oraz żenady w Intertoto, miałem okazję śledzić na europejskiej arenie tylko przeciętne mecze z jesieni '99: z Metalurgsem Lipawa (2:3, 3:1 - słuchany w Radio Merkury)

i IFK Goeteborg (1:2, 0:0 - transmitowany przez Eurosport - jeszcze z angielskim komentarzem)

Po meczach z Grasshopper i Wisłą ufam, że Lech jest w stanie awansować do fazy grupowej Pucharu UEFA i tam nie przynieść wstydu. Po doszczętnej analizie, której wyniki przedstawiam poniżej wiem, że po prostu nie ma się kogo bać, a to Austriacy (co widać po wypowiedziach trenera i ich stronie internetowej "Stark, stärker, Lech Posen!"; o meczu z Wisłą "Machtdemonstration") mają pełno w portkach. I słusznie.

(pre)historia

W 1911 roku zawodnicy i działacze towarzystwa krykietowo-piłkarskiego założyli klub pod nazwą ”Wiener Amateur Sportvereinigung” (Wiedeński Amatorski Związek Sportowy). W 1926 roku, dwa lata po zdobyciu pierwszego mistrzostwa kraju, uznano, że mistrzom nie wypada się tytułować amatorami i z nazwy wyrzucono ”Amateur”, a wprowadzono ”Austria”. W latach 30-tych Austria dwukrotnie (1933, 1936) zwyciężyła w rozgrywkach o Puchar Mitropa (protoplasta późniejszego Pucharu Europy). Po niemieckim Anschlussie wielu piłkarzy klubu o żydowskim pochodzeniu zginęło, a największym sukcesem klubu było zachowanie swojej nazwy pomimo nacisków nazistów.

”Die Violetten” (”Fioletowi”) mają w swoim dorobku aż 23 tytuły mistrzowskie i 26 krajowych pucharów. Tryumfy na własnym podwórku długo nie przekładały się na sukces w rozgrywkach międzynarodowych. W 1963 roku ”Fioletowi” spotkali na swojej drodze rodzącą się polską potęgę - Górnika. W Zabrzu, przy rekordowej frekwencji (mówi się nawet o 110-120 tys. na Śląskim!) było 1:0 po golu Lentnera, w rewanżu, który był jednocześnie debiutem Włodzimierza Lubańskiego w europejskich pucharach, Austriacy wygrali w takich samych rozmiarach. O awansie zadecydował trzeci mecz - również w Wiedniu - w którym Polacy po świetnej grze i golach Pola oraz Musiałka wygrali 2:1.

Złota dekada

Sukcesy Austriaków w europejskich pucharach przypadają na lata 1977-1985. Co ciekawe, największy z nich - finał Pucharu Zdobywców Pucharów - został osiągnięty po mało efektownej grze, a stwierdzenie, że fortuna sprzyjała Wiedeńczykom nie będzie pozbawione podstaw. No, po prostu mieli ogromnego fuksa :) Oto ich droga do finału z sezonu 1977/78: Cardiff City (0:0, 1:0) , MFK Koszyce (0:0, 1:1), Hajduk Split (1:1, 1:1, karne) oraz w półfinale Dynama Moskwa (1:2, 2:1 i karne).

W decydującym starciu o Puchar Zdobywców Pucharów, Anderlecht nie pozostawił jednak żadnych złudzeń, który z ”fiołkowych” zespołów jest lepszy i zwyciężył 4:0. W Austrii grali wówczas m.in. słynny Herbert Prohaska oraz obecny trener - Karl Daxbacher.

W gronie najlepszych czterech drużyn europucharów ”die Violetten” znaleźli się jeszcze dwa razy: w 1979 roku w walce o finał okazali się słabsi od Szwedów z Malmoe FF, a w ćwierćfinale edycji 1982/83 Pucharu Zdobywców Pucharów wyższość ”Fioletowych” musiała uznać, wówczas broniąca tytułu, słynna Barcelona (w półfinale Katalończyków pomścił Real Madryt). Kolejne dwa sezony kończyły się ćwierćfinałowymi porażkami z Anglikami (83/84 Tottenham, 84/85 Liverpool).

Kryzys lat 90-tych 

Po tym ”złotym okresie” nastąpił 20-letni kryzys Austriaków na arenie międzynarodowej. Zespół z Wiednia nie potrafił przebrnąć więcej niż jednej rundy pucharów, choć z potęgami przegrywał po walce, często minimalnie, np. Barcelonie strzelając gola piętą.

Jeśli dodamy do tego 9-letni okres bez mistrzostwa kraju (1994-2002), ujrzymy pełen obraz zapaści najbardziej utytułowanego klubu kraju dynastii Habsburgów. Powód? Jakże inaczej - kłopoty finansowe.

Wyjście z cienia 

W 1999 roku Austriacy sądzili, że ”złapali Pana Boga za nogi”. W klub ze swoim kapitałem wszedł potężny biznesmen - Frank Stronach, co poza zastrzykiem pieniędzy zaskutkowało zmianą nazwy na Austria Memphis MAGNA. Inwestycja zaczęła się zwracać, gdy w 2003 roku zespół pod wodzą Christopha Dauma odzyskał tytuł mistrowski. W końcu nadszedł sezon 2004/05, w którym wiedeńczycy zawojowali Europę i dzięki któremu przez kolejne lata cieszyli się z dobrego miejsca w rankingu klubowym i rozstawienia w pucharach.

Podopieczni Duńczyka Larsa Sondergaarda, po drodze do fazy grupowej Pucharu UEFA pokonali ukraiński Iłyczywiec Mariupol (3:0, 0:0) oraz - bez większych problemów - warszawską Legię [1:0 (Kiesenebner 83) i 3:1 (Smolinski 84; Vachousek 32, Poledica 42 sam., Sionko 90)]. W pięciozespołowej stawce Austria zajęła trzecie miejsce (7 punktów, 1:0 z Saragossą, 0:1 z Dnipro, 1:1 z Club Brugge i 2:1 z Utrechtem), a spory udział w awansie do 1/16 miał zdobywca dwóch goli (przeciw Saragossy i Brugge), Radosław Gilewicz

Pokonując dwie kolejne - hiszpańskie - przeszkody, Wiedeńczycy wprawili w osłupienie całą Europę - Athletic Bilbao przegrał po golach Libora Sionko (0:0 i 2:1), a Real Saragossa po straceniu większej liczby goli na własnym terenie (1:1, 2:2). W Saragossie zanosiło się nawet na zwycięstwo "Fioletowych"

W ćwierćfinale Austriacy nie wytrzymali presji i musieli uznać wyższość AC Parmy. Włosi do Pucharu UEFA nie przywiązywali wielkiej wagi i ogrywali w nim młodych zawodników. Warto wspomnieć, że w pierwszym meczu w Wiedniu (1:1, rewanż 0:0) gola strzelił Sebastian Mila.
Z tamtej drużyny, do dziś fioletowe koszulki noszą tylko rezerwowy wówczas, a obecnie pierwszy bramkarz Szabolcs Safar, argentyński obrońca Fernando Ariel Troyanski oraz ex-gracz Juventusu Turyn Jocelyn Blanchard.

Równia pochyła

W ostatnich trzech latach Austriacy nigdy nie zbliżyli się do tamtego poziomu. 2005 rok to porażka z norweskim Vikingiem Stavanger. Dwa kolejne lata kończyły się awansami do fazy grupowej Pucharu UEFA i... totalną klapą. W sezonie 2006/07 znów w pokonanym polu została Legia [1:1 [Junior 44 - Mair 25] oraz 1:0 (Wallner) ], ale w przeciętnej grupie Wiedeńczycy nie zdobyli choćby punktu (porażki z belgijskim Waregem, Ajaxem, Spartą Praga i Espanyolem). Rok temu wynik był tylko trochę lepszy - słabsze okazały się czeski Jablonec i norweska Vaalarenga ale w grupie znów bez zwycięstwa (lepsze Bordeaux, Helsingborgs i Panionios, remis z Galatasaray). Tytuły w Austrii (mistrz 2006, puchar 2005, 2006, 2007) przestały zadowalać właściciela - Stronach wycofał się z klubu, a pieniądze zaczął inwestować w całkowicie własny zespół (II-ligowy FC Magna).

Tu i teraz
 
Wyniki Wiedeńczyków w obecnym sezonie nie są złe, ale nie powalają na kolana. W lidze FK Austria (powrócono do tradycyjnej nazwy) zajmuje po 8 kolejkach trzecie miejsce w tabeli z 15 punktami. Na ten dorobek składają się 4 zwycięstwa, 3 remisy i jedna porażka, poniesiona jednak w dużych rozmiarach (0:3) w prestiżowych derbach stolicy z Rapidem. Oby "Kolejorz" również potrafił wykorzystać słabości "Fioletowych".

W pucharach ”Die Violetten” startują dzięki splotowi wydarzeń: ze względu na Euro 2008 zrezygnowano w minionym sezonie z rozegrania pucharu Austrii. Zespół z Wiednia zdobył więc awans do Pucharu UEFA, choć w lidze zajął dopiero trzecie miejsce. W samym Pucharze UEFA, znów dopisało szczęście. Pierwsza runda przyniosła rywali z Kazachstanu (Toboł Kostanaj), którzy okazali się tylko trochę słabsi (1:0 dla Kazachów i 2:0 dla Austriaków). Kolejną przeszkodę stanowił gruziński WIT Georgia Tbilisi. Ze względu na napiętą sytuację w Gruzji, nie rozegrano meczu na Kaukazie. O awansie Austrii zdecydowała wygrana 2:0 w Wiedniu.

W kadrze Austrii próżno szukać większych gwiazd. Najbardziej znani zawodnicy najlepsze lata mają już dawno za sobą. Gdy czytam na oficjalnej stronie Austrii, że wspominy tu już Francuz Blanchard, to "jeden z najlepszych pomocników na świecie", to myślę sobie, że Roberta Lewandowskiego będzie można już niedługo stawiać w jednym rzędzie z Davidem Villą ;) [tak, zdaję sobie sprawę, że to wpis z przeszłości] Jocelyn Blanchard znany jest z tego, że był w Juventusie Turyn

Przy czym słówka "był" nie powinno się mylić ze słówkiem "grał", bo grali inni, a Francuzowi zdarzyło się 12 razy patrzeć z boiska co robią koledzy ;) Kapitan Austrii ma niezłe uderzenie, ale do bramki trafia naprawdę rzadko (w lidze średnio raz na rundę). Słowem - z tą "magią" Blancharda bym nie przesadzał.

O Jacku Bąku nie będę się rozpisywał, to, że naszej kadrze go brakuje wiązałbym bardziej z klęską nieurodzaju wśród polskich obrońców niż ze świetną dyspozycją "Komara". Ale na strzały też trzeba uważać.

W końcu, Słoweniec Milenko Acimović. Tego pana zawsze kojarzył będę z jednym strzałem. Baraże do Euro 2000, ostatnie minuty meczu Słowenia - Rumunia Ukraina...

Słoweńcy zagrali na dwóch turniejach, a piłkarze porozjeżdżali się po uznanych klubach. Acimović był w Tottenhamie (gdzie mu nie wyszło) i Lille (gdzie miał dość pewne miejsce).

Prawy obrońca, 26-letni Joachim Standfest zagrał na Euro 2008 z Chorwacją. Najlepszymi strzelcami Austrii w tym sezonie z trzema golami są Chorwat Mario Bazina (tak strzela gole najlepszy piłkarz ligi austriackiej 2005)  oraz Rubin Okotie (grał dla Austrii na ME juniorów w Wielkopolsce - mecz z Polską w Poznaniu przesiedział na ławce rezerwowych oraz na MŚ w Kanadzie). O Chińczyku Sun Xiang można powiedzieć tyle, że jest pierwszym przedstawicielem swojego kraju w I lidze austriackiej. Skoro w PSV Eindhoven dali mu zagrać tylko pięć razy, to ósmym cudem świata na pewno nie jest. 7-krotny (?) reprezentant Senegalu, Mamadou Diabang to spieler w sam raz na Austrię - za słaby na niemiecką pierwszą Bundesligę, a za mocny na drugą. Latem szatnię solidnie "przewietrzono", obecna kadra na pewno nie jest oszałamiająca. Legia i Wisła (sparing) z Austrią poległy, czas na awans Polaków - czas na awans Lecha.

Prawdopodobny skład Austrii na mecz Lechem:
Safar - Standfest, Bąk, Schiemer, Majstorovic - Sulimani (Krammer), Hattenberger, Blanchard, Acimovic - Okotie, Diabang (Bazina)

B.

poniedziałek, 15 września 2008
Elana, moja młodość

Jedną z wielu korzyści letnich wyjazdów do dziadków w młodocianych czasach była możliwość... śledzenia w telewizji regionalnej rozgrywek II ligi polskiej. Dziadkowie mieszkający niedaleko Wąbrzeźna odbierali na falach TVP3 ramówkę kujawsko-pomorską. W niej też w sobotnie popołudnia lub niedzielne poranki serwowane były mecze grającej wtedy właśnie w (dwugrupowej) II lidze Elany Toruń.

Sezon 1996/1997. Derby Kuj-Pomu. Elana podejmuje u siebie Zawiszę Bydgoszcz. W barwach bydgoskiego klubu kilku znanych już z ekstraklasy piłkarzy: Maciej Nuckowski, Piotr Burlikowski, Tomasz Szuflita, Piotr Soczewka czy Krzysztof Konon. Na boisku jednak poziom I-ligowy prezentują ich rywale zza miedzy, zwyciężając w ostatecznym rozrachunku 3-1. Na mojej jeszcze nie do końca ukształtowanej wyobraźni piłkarskiej, gra Elany pozostawiła piętno na lata. Kilku zawodników wydawało mi się wręcz natchnionych, a już w najgorszym wypadku - świetnych w jednym konkretnym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Gdy dziś patrzę na ówczesną kadrę torunian utwierdzam się w przekonaniu, że ciekawe to były chłopaki i... praktycznie żaden z nich nie zrobił kariery na miarę swoich możliwości.

Maciej HANCZEWSKI

(jegomość po prawej, z zakolami:))

Ten słabszy z tandemu toruńskich napastników, choć i tak dobry. W oglądanym przeze mnie meczu pięknie uderzył z nożyc w poprzeczkę. Gdyby trafił wyglądałoby to mniej więcej tak:

Od tego czasu ile razy widziałem jakieś uderzenie w tym stylu to porównywałem je ze strzałem Hanczewskiego:) Dobry technik, szybki dobrze zgrany ze swoim partnerem z ataku (o którym pod koniec). Gdy kilka lat później, na jesieni 1999 roku, przechodził do Dyskobolii aż zacierałem ręce z uciechy. Byłem pewien, że ten zawodnik stanie się ożywczym impulsem dla geriatycznego ataku z Grodziska (Kaziów, Rybak). Myliłem się. Hanczewski zagrał w 6 spotkaniach i już na wiosnę wrócił do Torunia. Tam przez długie pięć lat (także kapitan drużyny), potem Mogilno, obecnie Goplania Inowrocław.

Marcin THIEDE

W dniu debiutu w I lidze w barwach Zawiszy Bydgoszcz miał dokładnie 16 lat i 3 dni, stając się zarazem - licząc od 1990 roku - trzecim (za Kukiełką i Latosem) najmłodszym debiutantem. W sumie w barwach bydgoszczan 4 mecze w pierwszej lidze i... koniec kariery na najwyższym szczeblu. Później długi pobyt w Elanie właśnie, potem Bydgoszcz, Kielce, Janikowo, aby ostatnio być widzianym w Unii Wapno (sezon 2006/2007). Thiede byłby więc sobie przeciętnym, głównie drugoligowym, zawodnikiem, gdyby nie wydarzenie z jego biografii, którym niewątpliwie może się pochwalić na każdym zlocie rodzinnym. Otóż jest on mistrzem Europy juniorów do lat 16 z 1993 roku. Pełnoprawnie przynależał do ekipy Zamilskiego, wraz z takimi zawodnikami jak Szymkowiak, Terlecki, Kukiełka czy Radomski. Jak widać to co dobre w jego karierze przyszło na początku.

Przemysław BOLDT

Ile razy bił rzut wolny swoją ciężką lewą nogą, tyle razy czoło bramkarza zraszał zimny pot. Kopyto miał nieziemskie a i celność w ramach średniej krajowej, więc zwykle po jego uderzeniach było groźnie. Solidny defensor, mało przebojowy, ale z racji uderzenia bardzo przydatny. Długo przypominał (znając proporcję) mi tego pana:

Kapitalne wejście do I-ligi w sezonie 1999/2000 - mistrzostwo Polski i Puchar Ligi z Polonią Warszawa. Tego drugiego wydarzenia Boldt był cichym bohaterem strzelając Legii bramkę na 2-1 w finale. Potem już było tylko gorzej - kilka meczów w Ruchu Chorzów, kilka w Widzewie i regularne obsuwanie się o klasę rozgrywkową. Obecnie w Legii Chełmża.

Jarosław MAĆKIEWICZ

On jedyny z tamtej ekipy tak naprawdę zaistniał w krajowym futbolu. Po systematycznych popisach strzeleckich w II lidze (25 i tytuł króla strzelców wraz z Małochą; 18 oraz 8 bramek, z czego ta ostatnia liczba obejmuje tylko rundę jesienną) po Maćkiewicza sięga Lech Poznań, szukający napastnika w miejsce sprzedanego do Herthy Reissa.

Maćkiewicz z miejsca staje się mocnym punktem Lecha. Ma fajny zmysł kombinacyjny i bardzo przytomne sytuacyjne uderzenie. Jego świetne zrozumienie z Żurawskim skutkuje 11 bramkami obecnego napastnika Larissy i 9 (w 15 meczach) torunianina. Lech kończy rozgrywki na 4 pozycji i dzięki wykluczeniu Wisły Kraków z europejskich pucharów dostaje się do Pucharu UEFA (odpada po potyczce z IFK Goeteborg). Kolejny sezon okazuje się jednak katastrofą - osłabiony "transferami" Kolejorz gra fatalnie i - mimo 7 goli Maćkiewicza - spada do II ligi. Nie spada jednak z nim nasz bohater, tylko zmienia barwy na Wisłę Płock.

i broni ich przez trzy sezony. Strzela dla niej 5 goli w 42 meczach i staje się wielkim rozczarowanie (dla porownania - dla poznaniaków w tylu samu meczach 16 goli). Od sezonu 2003/2004 ponownie w Elanie Toruń, stając się z czasem jednym z jej symboli. W tym roku otrzymał tytuł Piłkarza 40-lecia Elany Toruń.

Po zakończeniu zeszłego sezonu zakończył zawodową karierę i... rozpoczął amatorską, w barwach okręgowego Flisaka Złotoria:)

W przywoływanej przeze mnie toruńskiej ekipie było jeszcze kilku ciekawych zawodników (Kot, Czarnecki). Teraz patrzę na to co ci zawodnicy osiągnęli i konforntuje to z moim młodzieńczym zachwytem nad ich poczynaniami i... widzę czarną dziurę. Szkoda, bo pewnie mogli zawojować więcej. Z drugiej jednak strony od ręki mogę wymienić nastu przezdolnych piłkarzy, którzy nie zagrali nawet w II lidze. Tak więc z eks-elanowcy nie muszą się wstydzić. Ja ich i tak będę pamiętał.

P.