Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 02 września 2008
Dudek, Szymek i Franek fatalnie się żegnają, czyli zdarzyło się kiedyś

Do premiery el. ME pod wodzą Leo Beenhakkera z Finlandią, polska kadra przystępowała po słabym Weltmeisterschaft 2006 i nie rokującej niczego dobrego grze z Danią. Pomimo tego, 15 tysięcy widzów zebranych dokładnie 2 lata temu na stadionie Zawiszy liczyło na pokonanie Jariego Litmanena i spółki. Zawód był jednak podwójny, bo nie dość, że Polacy przegrali (po raz pierwszy z Finami u siebie), to - przede wszystkim - zaprezentowali grę wręcz skrajnie złą. Doskonałą ilustracją beznadziei są stracone przez naszych gole, przy których nasza defensywa była ośmieszana, a może - przede wszystkim - ośmieszała się sama.

To jedno z tych spotkań, które chciałoby się jak najszybciej wymazać z pamięci, ale... nijak się nie udaje. Co będzie mi się kojarzyć z tym meczem poza żenadą w obronie? Na pewno szybkie zmiany, które zrobił Leo. Zaraz po przerwie na boisko weszli Jeleń i Garguła, a ten drugi, jak wiadomo zapisał w debiucie trafienie (na 1:3).

Lider GKS-u Bełchatów zmienił słabiutkiego Mirka Szymkowiaka. W sumie czterech panów (z czego trzech prawie na pewno definitywnie) z Finlandią zaliczyło (to adekwatne określenie) ostatni mecz w reprezentacji. Naprawdę słaby i naprawdę smutny mecz.

Mirosław Szymkowiak (33A - 3 gole) - w pół roku od numeru 10 na mistrzostwach świata do zawieszenia butów na kołku

(zdjęcie boleśnie pokazuje, że tego dnia "Szymek" ledwo dorastał do stóp Vayrynenowi - zdobywcy pięknego gola na 0:3)

Jerzy Dudek (58A) i Tomasz Frankowski (22A - 10 goli) chcieli udowodnić, że pominięcie ich przez Janasa w kadrze do Niemiec było wielkim błędem. Przy całej mojej sympatii dla nich - nie udowodnili ani trochę. "Franek" na boisku gubił się w gąszczu rosłych fińskich drwali na obronie.

A "Dudzio"? No, szkoda gadać...

 

Tym czwartym graczem, dla którego spotkanie w Bydgoszczy jest jak do tej pory ostatnim z orłem na piersi jest Arkadiusz Głowacki - sponsor gola na 0:2.

Nad Głowackim jednak tu pastwił się nie będę: po pierwsze - w kadrze jeszcze pewnie zagra, a po drugie - ten gość to temat na osobną notkę. O ile nie na doktorat.

B.

Stranieri grają!

W czasie, gdy polscy reprezentanci grający w rodzimej ekstraklasie mają przerwę w rozgrywkach, aby odpowiednio przygotować się do meczów reprezentacji, spora grupa ich zagranicznych kolegów... znajduje się dokładnie w tej samej sytuacji. Liczba stranierich powoływanych do swoich narodowych reprezentacji jest obecnie bardzo wysoka, kto wie czy w ogóle nie najwyższa w dziejach naszej rodzimej ligi. Kiedy obserwuje się zagraniczny zaciąg polskich klubów można odnieść wrażenie, że szczecińsko-płocki model hurtowego skupu obcojęzycznych miernot (wciąż tęsknię za Gu) powoli odchodzi do lamusa. Kluby nieco więcej wysiłku wkładają w dobór nowych zawodników, choć oczywiście nie znaczy to, że zupełnie udało się wyeliminować słabeuszy. Ale spora grupa piłkarza jest regularnie powoływana do swoich narodowych ekip - coś co kiedyś było zarezerwowane głównie dla garstki Litwinów (Żvirgżdauskas, Preiksaitis, Poskus), dziś jest dobrem coraz bardziej powszechnym.

Na najbliższe mecze eliminacyjne MŚ powołanych zostało aż 10 zawodników Ekstraklasy.

1/ Andrius Skerla - LITWA - Jagiellonia Białystok

Czasem mam wrażenie, że znaczna część obserwatorów ligowych rozgrywek nie zdaje sobie sprawy, że defensor Jagiellonii to chodzącą legenda reprezentacji Litwy. Rekordzista pod względem występów w niej (66 meczów), w swojej karierze grał m.in. w PSV Eindhoven. Piłkarz pełną gębą, do tego z własną, choc nieco już zwietrzałą, stroną internetową.

2/ Jan Mucha - SŁOWACJA - Legia Warszawa

Chyba obecnie najlepszy bramkarz ekstraklasy. Odsiedział swoje na ławce w Legii, ale obecnie jest jednym z jej najjaśniejszych punktów. Swoją dobrą grą przekonał do siebie selekcjonera reprezentacji choć jego konkurentem do miejsca w narodowej ekipie jest tegoroczny zdobywca Pucharu UEFA z Zenitem - Kamil Contofalsky. Oby w meczach z Polską nie bronił tak:

3/ Carlo Costly - HONDURAS - GKS Bełchatów

Miał prawdziwe wejście smoka do reprezentacji Hondurasu podczas Pucharu CONCACAF 2007 - bramka z Panamą i dwa trafienia z Meksykiem, sprawiły, że był na ustach wielu kibiców. Zawodnik piekielnie zdolny, obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi, dobrze się zastawiający i grający głową, ale bardzo chimeryczny i czarujący kibiców tylko wtedy kiedy mu się chce. Orest Lenczyk mówił, że jak Costly wraca z kadry, to potrzeba tygodnia, żeby znowu zaczął porządnie trenować.

4/ Junior Diaz - KOSTARYKA - Wisła Kraków

Kiedy przychodził do Krakowa, to wielu traktowało go jako kolejny wynalazek Bednarza pokroju Dudu - diabeł z pudełka, pozwiedza troche Wawel, uświetni otwarcie jakiego boiska i sajonara. Ale na szczęście ten lewy obrońca pokazał, że potrafi grać w piłkę. W barwach swojej reprezentacji grał w Copa Amerca 2004 i na Igrzyskach w Atenach. Szybki, dynamiczny, z ciągiem na bramkę przeciwnika, o czym przekonał się jerozolimski substytut defensywy.

5/ Luis Alfonso Henriquez Ledezma - PANAMA - Lech Poznań

Przychodził do Kolejorza równo z Djurdjevicem i wydawało się, że jeśli w ogóle któryś z nich pobiega trochę po boisku to raczej ten drugi. Panamczyk z czasem udowodnił jednak, że może być ciekawą alternatywą dla poznańskich szyków obronnych. Choć obecny sezon rozpoczął niefortunnie od samobójczego trafienia w meczu z Belchatowem, wydaje się, że Franz Smuda przekonał się do tego zawodnika i będzie często na niego stawiał. Dwukrotny mistrz Panamy, 2 miejsce z reprezentacją na CONCACAF 2005. Inklinacje do gry ofensywnej.

6/ Semir Stilic - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Lech Poznań

Opisywany już przeze mnie przy okazji wpisu o Bośni. Wielki talent, świetna lewa noga, kapitalne dośrodkowanie. Aż przyjemnia ogląda się jego grę. Ma szansę ugrać coś więcej niż tylko wyróżniena za "gracza meczu" w Polsce.

7/ Hernan Rengifo - PERU - Lech Poznań

Poznański Renifer. Zapoczątkował owocny zaciąg obcokrajowców spod ręki Smudy. W Peru praktycznie nie schodził poniżej 10 trafień w sezonie, w Kolejorzu jak na razie kontynuuje tą passę. Klasyczny snajper, którego piłka szuka w polu karnym. Świetnie gra głową, krępy, trzyma się na nogach jakby jego buty zapuszczały korzenie w murawę. Niedawno zadebiutował w reprezentacji i już zdążył dla niej dwukrotnie trafić. Na jego liście pokonanych bramkarzy widnieje nawet nazwisko Ikera Casillasa.

 

8/ Sasa Yunisoglu - AZERBEJDŻAN - Polonia Warszawa

Były kapitan azerskiej młodzieżówki, obecnie regularnie powoływany do kadry A. Wyłowiony przez polskich szperaczy przy okazji meczów Groclinu z MTK Araz Imiszli (którego skąd inąnd również byl kapitanem). W Ekstraklasie pogrywa na razie nieśmiało, ale ma duży potencjał.

9/ Vlade Lazarevski - MACEDONIA - Polonia Warszawa

Parafrazując klasyka - twardy jak młot, zakręcony jak sierp. Prawdziwy tur. Po nieudanej przygodzie z Metalistem Charków wrócił do Groclinu czyli do Polonii. Szybki, solidny obrońca, bedący podporą macedonskiej defensywy.

10/ Tadas Papeckys - LITWA - Górnik Zabrze

Przez większość swojej kariery w FBK Kowno, z tym klubem aż pięciokrotnie mistrz Litwy (i jeszcze raz z Żalgirisem). Zwykle na lewej stronie boiska w Zabrzu. Jak dla mnie trochę niemrawy i ogólnie bez szału, ale co kto lubi.

Jeśli dodać do tej grupy Dicksona Choto - filar defensywy reprezentacji Zimbabwe oraz powoływanego ostatnio Takesura Chinyamę, okaże się, że ci obcokrajowcy nie są jednak tacy słabi, jakby się czasem mogło niektórym wydawać. A biorąc pod uwagę również to, że kilku zawodników gra w młodzieżowych reprezentacjach swoich krajów (Cebanu, Jirsak, Freidgeimas) to tym bardziej nie ma się czego wstydzić. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że nie są to przedstawiciele topowych państw, ba, często nie są to nawet średniaki. Ale szczerze mówiąc wolę reprezentanta Azerbejdżanu niż sprzedawcę butów z Sao Paulo z rozbujanym ego.

poniedziałek, 01 września 2008
Jedziemy, jedziemy, czyli zdarzyło się kiedyś

Zdarzyło się 1 września 2001...

Jeśli zdarzały się ostatnimi czasy mecze eliminacyjne, które elektryzowały bez mała całą Polskę to z pewnością był to jeden z nich. W pierwszy dzień roku szkolnego nasza reprezentacji miała również wykonać pierwszy stanowczy krok w stronę wydobycia się z kilkunastoletniego marazmu. Wystarczyło pokonać przechodzących akurat kryzys Norwegów (kłotnie trenera Semba z kluczowymi zawodnikami - Flo, Solskjaerem, Carewem), by jako pierwsza europejska drużyna cieszyć z awansu do MŚ 2002. Wyczekiwana szansa na przełamanie klątwy Bońka była na wyciągnięcie ręki. Czekały na to miliony Polaków przed telewizorami, czekał komplet publiczności na Stadionie Śląskim (42 000) czekali wreszcie sami zawodnicy. Nastroj jak przed bitwą. Engel w szatni zaprezentował zawodnikom specjalny film motywacyjny - Ten pietnastominutowy film składał się z trzech części. Pierwsza - to wrześniowy najazd Niemcow na Polskę, łamanie granicznych barier przez hitlerowców, zbiorowe mogiły Polaków, wreszcie sowiecki atak od wschodu; druga - obrazy dzisiejszyej Warszawy, z jej pomnikami upamiętniającymi historię, z wypowiedziami ludzi pamiętającymi dawne czasy; trzecia - ujęcia bramek zdobytych podczas meczów z Armenią, Norwegią i Białorusią, a także najlepsze meczowe momenty poparte radością i entuzjazmem kibiców. Wizualna terapia poskutkowała - Polacy wyszli na murawą bardzo skoncentrowani. Może nawet za bardzo, bo pierwsza połowa była dość przeciętna w ich wykonaniu. I gdy już większość piłkarzy myślała o wypiciu napoju izotonicznego w szatni, Kryszałowicz w zamieszaniu podbramkowym trafił do siatki. Ten gol praktycznie ustawił dalsze losy meczu. Orły spokojnie kontrolowały grę a Norwegom chciało się jakby mniej. Później bramkarza Myhre pokonali jeszcze Olisadebe oraz Marcin Żewłakow i awans Polaków stał się faktem. Fiesta na trybunach, piłkarze szaleją. Koźmiński wpada przed telewizyjną kamerę i drze się na całą Polskę: Jedziemy, jedziemy!!!

 

 

Z perspektywy czasu stwierdzam, że to właśnie te eliminacje, choć nie zostały właściwie zdyskontowane na mistrzostwach, były kamieniem węgielnym kolejnych awansów. Liczne zwycięstwa i zdobyte punkty spowodowały, że nasza reprezentacja przestała być losowana do rozgrywek z czwartego i trzeciego koszyka, co często (zwykle) stanowi kluczową sprawę w turniejach eliminacyjnych.

P. 

Deyna

Jeśli miałbym wymienić największą nadzieję, którą wiązałem z prawie miesięcznym pobytem w Warszawie (poza możliwością zarywania na "od Zygmunta ukłony...", oczywiście :) byłaby to możliwość kupienia / pożyczenia / przeczytania książki Stefana Szczepłka "Deyna". Dzięki uprzejmości jednego z redaktorów miałem szczęście zgłębić tego białego kruka (gdy pojawia się na allegro raz na 3-4 miesiące osiąga cenę 150-200 zł!). Dzisiejsza, 19. rocznica śmierci Kazimierza Deyny, każe oddać cześć największemu boiskowemu przywódcy w historii polskiej piłki. Wydana w 1996 roku biografia, napisana przez przyjaciela Deyny i dziennikarza Rzeczpospolitej, stanowi najdoskonalsze źródło wiedzy o tym Wielkim Piłkarzu. O tym, że Deyna był niesamowitym zawodnikiem i kapitanem, symbolem Legii i reprezentacji Polski, genialnym asystentem, ale i strzelcem, w końcu wielkim samotnikiem, wiedzą chyba wszyscy kibice. W tej notce postaram się przytoczyć kilka najciekawszych dla mnie fragmentów książki redaktora Szczepłka, jednocześnie wychodząc poza krąg powszechnie znanych faktów.

1. Minęło trochę czasu zanim nauczono się poprawnie pisać jego nazwisko. Pisownię "Dejna" użyto w piśmie Lechii Gdańsk do OZPN z prośbą o pomoc w sprowadzeniu mało wówczas jeszcze znanego trampkarza oraz w pierwszej wzmiance w "Przeglądzie Sportowym", przy okazji pierwszego powołania na zgrupowanie kadry juniorów.

2. Deyna w wieku 17 lat, będąc zawodnikiem macierzystego Włókniarza Starogard, podpisał in blanco zgłoszenie do MZKS (późniejszej Arki) Gdynia, za co został zawieszony na 9 miesięcy (nie mógł być przecież graczem dwóch klubów jednocześnie, a to wynikało z dokumentów). Gdy ŁKS sprowadzał Deynę z Włókniarza, nie wiedział, że kupuje gracza... klubu z Gdyni! Gdy w końcu dyskwalifikacja minęła, Kaka w swoim debiucie w Łodzi (w drugiej drużynie) strzelił 5 goli!

3. Istnieją dwie wersje transferu z ŁKS-u do Legii (de facto powołania do wojska). Wersja łódzka zakłada, że oddanie jednego (rzekomo) przez siebie wybranego zawodnika (Deyny) zamiast trzech (Deyny i uznanych już ligowców - Kostrzewińskiego i Strudniorza) było postępowaniem najbardziej racjonalnym z ich strony. Wersja warszawska twierdzi jednak, że Legii tak naprawdę od początku do końca chodziło tylko o środkowego pomocnika i prędzej czy później, Kazik i tak trafiłby do CWKS.

4. Trener, który ukształtował Deynę jako piłkarza, trafił na Łazienkowską z... protekcji ministra obrony Czechosłowacji. Podczas zwiedzania obiektów Legii, gospodarze zwierzyli się generałowi Lomskiemu, że szukają trenera. Wojskowy podrapał się po głowie i poradził: - Poczekajcie, zdaje się, że będe mógł wam pomóc. Jeśli mnie pamięć nie myli, to wolny jest Jaroslav Vejvoda z Dukli Praha. Po debiucie Deyny w Legii (z Łodzi był kupowany jako napastnik), Czech powiedział w szatni legendarne słowa, mówiące o przesunięciu go do linii pomocy: - Kaziu, ty jsesz rozeny zalożnik [jesteś urodzonym pomocnikiem].

5. Wśród różnych wersji pochodzenia pseudonimu Kaka (spadek po pomocniku Legii Kazimierzu Frąckiewiczu; od słynnych strzałów, gdy piłka [jak kamień rzucony płasko po wodzie] odbijała się nisko nad ziemią), Autor za najbardziej prawdopodobną uznaje tę odnoszącą się do specyficznego sposobu chodzenia zawodnika - jak kaczka.

6. W końcówce meczu z Pogonią w 1969 roku Legia prowadziła 5:0, a do rzutu wolnego podszedl Deyna. Strzelił w samo okienko, ale sędzia dostrzegł jakieś uchybienia i nakazał powtórzenie strzału. Po chwili Kaka strzelił w zupełnie inny sposób, ale równie skutecznie. O takiej sytuacji słyszano wcześniej tylko w przypadku strzałów Garrinchy w meczu z Bułgarią.

7. Na 6 minut przed końcem rewanżowego meczu z St. Etienne w Pucharze UEFA 1969 (pierwszy mecz 2:1 w Warszawie) Deyna strzelił gola z 25 metrów, a zachodni reporterzy wręcz piali nad jego grą: (RTL) - Zapamiętajmy nazwisko - Casimir Deyna. Kiedyś będziemy dumni z tego, że grał na naszym stadionie.

8. Tak Deyna opowiadał o strzeleniu gola Milanowi w 1972 roku, czy raczej o tym, co stało się tuż po uderzeniu: - Wpadła w siatkę, ocierając się o poprzeczkę. Bramkarz Belli nie zdążył podnieść rąk wyżej niż do głowy. Potem zrobił coś, co wprawdzie jeszcze kilka razy w życiu zdarzyło mi się przeżyć, ale wtedy to było coś wyjątkowego. Wstał i... zaczął bić brawo. Razem z całym stadionem. To była jedna z najpiękniejszych bramek jakie w życiu strzeliłem. Meczu jednak nie wygraliśmy.

9. "Na olimpiadzie w Monachium Deyna został królem strzelców, mając na nogach buty wyprodukowane w Krośnie, nazywały się Huragan, a grała w nich cała Polska, od I ligi w dół. Teraz [w 1974 roku] wszyscy od stóp do głów ubrani zostali w wyroby, których znakiem fabrycznym są trzy paski. (...) Kiedy Deyna strzelił piękną bramkę Zoffowi

podkręcając przy tym w wyjątkowy sposób piłkę, pękł mu przy tym but. Poinformowany przedstawiciel Adidasa natychmiast dał Kazikowi nową parę. - A koledzy? - spytał rezolutnie piłkarz. - A my? - zaskomleli działacze... Następnego dnia przyjechała cała furgonetka z towarem."

10. Żal ściska człowiekowi serce, a jednocześnie ciężko powstrzymać oburzenie, gdy się czyta w jakich klubach mógł grać Deyna, gdyby nie komunistyczny ustrój: - Miałem propozycje gry w Saint Etienne, Milanie, Interze, Bayernie, Realu Madryt, AZ Alkmaar, Neuchatel Xamax... Na przejście do Monaco namawiał mnie osobiście książę Rainier. Najdłużej rozważałem propozycję z Realu, bo to było moje dziecięce marzenie. Ale gdzie tam - nie chcą mnie przecież puścić - mówił jeszcze przed odejściem do Manchesteru City.

11. W meczu z Górnikiem Zabrze w 1978 roku Deyna dostał czerwoną kartkę. Najpierw sfaulował Henryka Wieczorka, następnie kopnął piłkę w jego kierunku, za co sędzia postanowił ukarać go żółtą kartką, którą zawodnik Legii... wyrwał arbitrowi. To musiało zakończyć się wykluczeniem z gry.

12. W sierpniu 1978 zagrał w zespole Reszty Świata (wspólnie z Tomaszewskim) przeciw Cosmosowi Nowy Jork (z Beckenbaurem, Carlosem Alberto i gościnnie Cruyffem). Po meczu podszedł do niego sam Pele i namawiał do przejścia do Cosmosu. Bezskutecznie, transfer do Manchesteru City był prawie pewien i Kaz (jak mówiono na niego w Stanach) postanowił nie ryzykować.

13. Po nieudanej angielskiej przygodzie, do Stanów i tak jednak trafił. Grając dla San Diego Sockers, ustanowił rekord nieistniejącej już ligi North American Soccer League: 4 gole i 5 asyst w jednym meczu (12 sierpnia 1983).

14. Z Polską pożegnał się 18 września 1979, grając na Łazienkowskiej pół meczu w koszulce Legii, a pół w trykocie MC.

I strzelając fantastycznego gola, oczywiście.

14. Ze światem pożegnał się 1 września 1989 roku o 1:25 w nocy.

15. Stefan Szczepłek tak kończy książkę: "Uroczystości pogrzeb odbył się 9 września, w Europie zaczynał się 10 września, kolejna rocznica zdobycia przez reprezentację Polski złotego medalu olimpijskiego. Dzień Piłkarza..."

16. Choć w reprezntacji Polski na mistrzostwach świata zagrał z numerem 12

a w Legii zaczynał z "dziewiątką", to zawsze był prawdziwym Numerem 10. I właśnie "dziesiątkę" władze Legii zastrzegły, pięknie oddając cześć Deynie.

17. O największym piłkarzu w historii klubu zawsze pamiętają kibice Legii

18. Pamiętajmy my wszyscy - kibice reprezentacji Polski - doceniając zawsze klasę Geniusza. Swoją pamięcią choć w części zmazujmy plamę jednego z najczarniejszych wydarzeń w historii naszej piłki, gdy zgraja (bo przecież nie kibice) wygwizdała strzelca gola (z rzutu rożnego!) na wagę awansu do mistrzostw świata [fragment filmu "Deyna"].

19. Za rok okrągła, 20. rocznica śmierci Deyny. Mam cichą nadzieję, że do księgarń trafi nowe dzieło redaktora Stefana Szczepłka lub chociaż wznowione zostanie to sprzed 12 lat.

20. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że dwie najwybitniejsze postacie polskiego futbolu nosiły takie samo imię - imię króla, który jako jedyny w naszej historii otrzymał przydomek "Wielki"?

 

B.

niedziela, 31 sierpnia 2008
Łukasz Sosin - piłkarz z pogranicza dwóch światów

W czasie, gdy naszej drużyny po raz kolejny zabraknie w Lidze Mistrzów większość kibiców tęskny wzrok kieruje w stronę zawodnika, ktory ma dużą szansę zdobyć pierwszą od ponad trzech lat "polską" bramkę w Champions League.

Obserwując karierę Łukasza Sosina towarzyszy mi uczucie, że jest to zawodnik wiecznie niedopasowany, permanentnie osadzony (a raczej osadzający się) w okolicznościach nie do końca dla siebie odpowiednich, niewykorzystujących pełni jego potencjału.

W kadrze pierwszoligowego wówczas Hutnika Kraków znajdował się już w wieku 18 lat, lecz zadebiutował w niej dopiero rok później. Jednak po rozegraniu 2 meczów dla drużyny ze Suchych Stawów, został wypożyczony do pozostającej poza ekstraklasą Cracovii. Wrócił do - już - drugoligowego Hutnika i spędził w nim dwa sezony. Szczególnie w drugim z nich błysnął skutecznością strzelając 17 goli. Jego popisy nie uszły uwadze przedstawicieli Odry Wodzisław, w konsekwencji czego trafił on tam na sezon 1999/2000. Rok gry, 10 goli w 27 meczach. Uznanie w oczach ligowych trenerów i popularność z racji specjalizacji w strzałach głową - tym sposobem zdobył połowę swoich bramek. Parol zagięło na niego szefostwo Wisły Kraków - dobry zawodnik i do tego tutejszy. Sosin sezon 200/2001 spędził więc w Wiśle,

ale nie był to dla niego dobry czas. W ataku brylowali Frankowski z Żurawskim, ostro strzelał Moskalewicz. Mistrzostwo i puchar ligi chyba nie osłodziły mu raptem 17 meczów i 5 goli. Zadziorny zawodnik chciał grać więcej w związku z czym włodarze wypożyczyli go tam skąd przyszedł a więc do Wodzisławia (choć przez pewien czas wydawało się, że trafi do 1.FC Sankt Pauli, gdzie znajdował się na testach). Tutaj jego talent znów rozbłysnął nakładając się zarazem (a może go akuszerując) na świetny czas Odry. Wodzisławianie zajęli 5 miejsce, przez długi czas będąc liderem rozgrywek. Polskę obiegały kolejne cieszynki wymyślane przez Piotra Rockiego, Paweł Sibik wykuwał formę na MŚ w Korei:), a Sosin ustrzelił 12 goli (5 głową), przy okazji dokonując słodkiej zemsty na Wiśle (jego strzał dał jej domowe zwycięstwo 1-0).

Wypożyczenie jednak się skończyło, Odrę nie było stać na wykupienie swojego najlepszego snajpera a Wisła uznała, że go nie potrzebuje. W tej sytuacji Sosin podjął decyzję - wydawać by się mogło - surrealistyczną i po życiowym sezonie przeniósł się na... Cypr. Wszyscy solidarnie pukali się w czoło, ale krakowianin zameldował się w Apollonie FC. Tam spędził 5 sezonów, zostając trzykrotnie królem strzelców (w sumie 96 goli!), zdobywając mistrzostwo i superpuchar Cypru oraz zaskarbiając sobie miłość fanów. Miłość jednak prysła, gdy po kłótniach z zarządem postanowił przenieść się do odwiecznego rywala drużyny Apollonu - Anorthosisu Famagusta. Z miejsca fani tej pierwszej ekipy go znienawidzili (powstała specjalna strona "poświęcona" Sosinowi) a tej drugiej... pokochali.

Polski napastnik w barwach Anorthosisu kontynuuje swoją świetną passę i właśnie walnie przyczynił się do wprowadzenia cyprysjkiego klubu do Ligi Mistrzów!

Sosin a reprezentacja to temat trudny niczym prawo Archimedesa. Na fali strzeleckich popisów/ na skutek presji dziennikarzy/ pod wpływem własnych przemyśleń i szukania nowych twarzy do kadry - Janas powołał go na mecz z Arabią Saudyjską. Sosin trafił tam dwa razy (dwa razy głową)

wprowadzając co niektórych w euforię (nowy Szarmach!), innych w konsternację (w tym chyba samego Janasa, który raczej nie spodziewał się tak dobrej gry "Cypryjczyka"). Niektórzy już typowali go jako pewniaka do kadry na MŚ 2006. Jednak dwa mecze - z Litwą i Wyspami Owczymi - przesądziły (a może wszystko było już przesądzone wcześniej), że do Niemiec nie pojechał. Od tego czasu raczej się nie pojawiał w orbicie zainteresowań kadry. Aż do teraz.

Przyznaję, że mam do tego gracza ambiwaletny stosunek. Z jednej strony szanuję jego dorobek strzelecki - bramki (a w zasadzie ich ilość) zdobywane zarówno dla Odry i Wisły jak i dla klubów cypryjskich budzą uznanie. Świetna gra głową chwilami faktycznie przywodzi na myśl najlepszych w tej dziedzinie. Dorobek w kadrze również wskazuje na to, że gdyby otrzymał więcej szans, mógłby sobie poradzić. Tak więc talent, ale nie do końca wykorzystany.

W tym momencie warto się jednak zastanowić dlaczego niewykorzystany. W moich oczach Sosin zawsze był konformistą, który przełożył spokojne życie na Cyprze nad prawdziwą rywalizację i podnoszenie swoich umiejętności choćby na Grecji (miał dwa lata temu liczne propozycje stamtąd, również atrakcyjne finansowo, ale uznał, że nie ma ochoty wynosić się z Cypru), nie mówiąc już o Niemczech czy Francji. Był za słaby na Wisłę i za silny na Odrę zarazem, ale nie szukał rozwiązania optymalnego - klubu pośredniego, bardzo dobrego, ale nie najlepszego, w którym mógłby błyszczeć, ale też się czegoś uczyć. Wolał być pierwszorzędnym zawodnikiem drugiej klasy niż podjąć wysiłek konforntacji z najlepszymi. Dlatego nigdy nie ubolewałem nad brakiem powołań dla niego, bo w moich oczach jego brak ambicji i tak nie zbawiłby reprezentacji. Wszak królem strzelców "wakacyjnej" ligi cypryjskiej był nawet leciwy już Wojtek Kowalczyk.

Tak mi się zawsze wydawało. Jednak w świetle tegorocznych występów drużyn z Wyspy Afrodyty nie wiem czy nie będę zmuszony zrewidować własnych poglądów.

P.