Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 05 września 2008
Do Bosackiego selekcjonerów trudne uczucie

Bartosz Bosacki i reprezentacja Polski - zaiste niebanalny to związek. Historia tego dziwnego uczucia przypomina mi trochę dzieje kochanków w "Wielkich nadziejach" albo w "Kochankach z kręgu polarnego" (oba filmy przepyszne, serdecznie polecam) - akcja trwa latami, są wzloty i upadki, trochę upokorzeń, trochę ekstazy, a kończy się.. różnie:)

Bosacki - mało kto o tym pamięta - powołany do kadry był już przez Selekcjonera Wszech Czasów - Władysława Stachurskiego! Wtedy jako młody, choć już zaprawiony w bojach poznańskiego Lecha, chłopak trafił na konsultację reprezentacji przed jej szalonym wypadem na mecze z Japonią (0-5...) i - nieoficjalny - ligą Hong Kongu. W oficjalnej potyczce z Krajem Kwitnącej Wiśni nie zagrał (ławka), ale pozostały mu z tej wyprawy telefony do kilku ligowych zawodników:) Był luty 1996 roku.

Minęło 6 lat. W międzyczasie"Bosy" zmienił Kolejorza na Amicę, z miejsca stał się jej pewnym punktem, kompletował kolejne medale za Puchar Polski i zwiedzał kolejne kraje w ramach Pucharu UEFA. Okrzepł i nabrał walorów, które towarzyszą mu do dzisiaj - szybkość, świetna gra głową i ustawianie się na boisku. Stał się jednym z lepszych piłkarzy wronieckiego klubu i jednym z lepszych stoperów ligi.

Do tego stopnia, że w 2002 roku montujący ekipę na MŚ w Korei i Japonii Jerzy Engel powołał go na spotkanie z Wyspami Owczymi, które to miało być jedną z ostatnich szans na dołączenie nowych zawodników do składu, który wywalczył awans na mundial. Bosacki zagrał całą drugą połowę, po czym... jego kontakt z kadrą urwał się na kolejne dwa lata.

Wtedy to, w 2004 roku, z jego usług zaczął na powrót korzystać Paweł Janas. Korzystał jednak w sposób dość powściągliwy, niczym podlotka, która daży chłopaka sympatią, chadza z nim czasem do kina, ale wstydzi się zaprosić go do domu i przedstawić rodzicom, bo jeszcze mógłby wtedy strzelić jakąś gafę. Przez 2,5 roku selekcjonerskich rządów Janosika stoper Lecha Poznań (w latach 2004-2005 Nurnberga) zagrał w 12 spotkaniach, z czego aż 10 z nich było spotkaniami towarzyskimi (2004: Irlandia, Grecja, Szwecja, Dania; 2005: Albania, Estonia;

2006: Arabia Saudyjska, Litwa, Wyspy Owcze

i Chorwacja). Był także powoływany na wiele meczów eliminacyjnych, ale zawsze przesiadywał je w całości na ławce. Jest to o tyle dziwne, że w sezonie 2003/2004 był - moim zdaniem - najlepszym obrońcą polskiej ligi.

Jednak dyspozycyjność oraz dobra gra w barwach Kolejorza zaprocentowały w najbardziej niespodziewanym momencie. Dzień po ogłoszeniu nominacji na Mundial 2006 okazało się, że ze względów zdrowotnych (?) nie może na niego jechać Damian Gorawski. Jak-Zwykle-Przewidywalny Janas zamiast tego prawego pomocnika postanowił powołać... stopera Bosackiego! Nikt jednak nie miał wątpliwości, że jedzie tam jako 23, a w zasadzie 24 zawodnik reprezentacji. Coś z pogranicza turysty i osoby odpowiedzialnej za to, aby liczba piłkarzy z pola podczas sparingów była parzysta. I kto wie jak by się potoczyła przygoda Bosackiego z mistrzostwami w Niemczech, gdyby nie kompromitującą porażka Polaków (głównie za sprawą Jopa) w meczu z Ekwadorem. Janas chcąc-niechcąc musiał dokonać roszad personalnych w linii obronnej i postawił na rosłego poznaniaka. Ten odwdzięczył się dobrą grą w spotkaniu z gospodarzami turnieju

oraz równie dobrym występem oraz wyśmienitą skutecznością w meczu z Kostaryką.

 

 

Z Niemiec wracał jako jeden z dwóch Polaków, którzy na mistrzowskim turnieju zagrali dobrze (drugi - Boruc). Wydawało się więc, że drzwi do kadry stoją przed nim otworem i odtąd stanie się jej pewnym punktem. Jednak życie znów zameandrowało i Bartek w reprezentacji za długo nie zabawił. Beenhaker powołał go na swój debiut z Danią, jednak ani na moment nie wypuścił na boisku (historia lubi się powtarzać...). Potem już faksy z powołaniami nie były wysyłane na Bułgarską. Przez moment wydawało się, że w odruchu rozpaczy Leo weźmie go na Euro 2008, ale informacja ta okazała się zwykłą kaczką dziennikarską.

Dziś Bosacki wraca do kadry. Nie wyobrażam sobie, żeby nie zagrał ze Słowenią i San Marino. W ogóle dziwi mnie fakt, że tak lekką ręką rezygnowano zawsze z tego nad wyraz solidnego zawodnika. Gdy patrzę na to, w jak szalonych konstelacjach występował ostatnimi czasy środek polskiej obrony - dramatyczny Jop, wiecznie zawodzący Głowacki, pomyłki z Wawrzyniakiem, eksperymenty z Kokoszką, przesuwanie Żewłakowa, Radomskiego, Lewandowskiego i Dudki - zastanawiam się dlaczego nikt nie zadzwonił wówczas po Bartka. Na pewno by przyjechał:)

Mam nadzieję, że nadchodzące spotkania będą dla Bosackiego przełomowe - zagra w nich świetnie i jeszcze na dobrych kilka lat stanie się opoką reprezentacji. Wszak wielu zawodnik wskakiwało do niej na stałe w już nieco przebrzmiałym wieku (Zieliński, Sobolewski, Frankowski) a i tak dawało jej dużo dobrego. On na pewno też to potrafi.

P.

czwartek, 04 września 2008
Dwa wesela i pogrzeb, czyli zdarzyło się kiedyś

Zdarzyło się 4 września...

Piłkarska reprzentacja Polski aż trzykrotnie rozpoczynała eliminacje turniejowe czwartego dnia września. Pierwszy z tych sprawdzianów został w beznadziejny sposób oblany, dwa ostatnio stanowiły zwycięskie preludia do późniejszych udanych gier w grupie eliminacyjnej.

4 września 1994 i spotkanie w Tel Awiwie z Izraelem. To pierwszy mecz reprezentacji Polski, który oglądałem (choć nie w całości), od tego też momentu w swoich prywatnych rachunkach uznaję, że w pełni orientuję się w historii biało-czerwonych. Ten mój debiut przypadł na mecz... wybitnie mizerny. Reprezentacja pod wodzą Henryka Apostela, która później pokazała spore możliwości, swoim pierwszym meczem eliminacyjnym zapisała jedną z czarnych kart w historii naszej piłki. Porażka 1:2 z Izraelem to był kolejny cios dla polskich kibiców, dopiero co doświadczonych batami sprawionymi Legii przez Hajduka.

Ronen Harazi :) Gdyby nie to, że wcześniej oglądałem MŚ w USA i widziałem Stoiczkowa i Romario, przez długi czas żyłbym pewnie w przekonaniu, że to jakiś futbolowy pół-bóg. A tak - żyłem w takim przekonaniu, ale w miarę krótko ;)

Ten mecz zapamiętano również z innych względów. Primo - po raz pierwszy polska reprezentacja grała o trzy punkty przyznawane za zwycięstwo. Secundo - cytuję za Encyklopedią Piłkarską "Fuji": Komentujący mecz dla publicznej TVP red. Dariusz Szpakowski wyraził swoje obrzydzenie i obiecal rezygnację z relacjonowania występów biało-czerwonych. Wielu żałuje, że nie dotrzymał słowa... [ja akurat - mimo wszystko - nie żałuję, a Szpakuś to oczywiście temat na oddzielną serię notek]

4 września 2000 i mecz z Ukrainą w Kijowie. Piękne engelowe 3:1 i jedno z najwspanialszych wspomnień meczu polskiej kadry. Wszyscy pamiętają pewnie o pierwszoplanowych postaciach tamtego meczu - Olisadebe, Kałużnym czy Koźmińskim (fantastyczna akcja na 3:1), ale ja wolałbym się skupić na bohaterach drugoplanowych.

 

Bohater pierwszy - Andrzej Juskowiak. Bohater tragiczny, dodajmy. Jakaż straszna szkoda, że Kernożenko (kto to w ogóle jest?) wyciągnął tego karnego, no co mu szkodziło puścić ;) Wszystkim nam taki przebieg zdarzeń był nie po myśli. A najbardziej, co słychać w komentarzu, to chyba Włodek Lubański nie mógł darować, że karnego nie strzelał jego podopieczny Michał Żewłakow. Co zrobić.

Bohater drugi - Tomasz Kłos. Bohater wygimnastykowany, dodajmy. Nie ma tego na skrócie, ale chyba wszyscy pamiętamy. Przy stanie 2:1 dla naszych piłka już minęła Dudka, już była centymetry od bramki, gdy niczym diabeł z pudełka wyskoczył Kłosiu i kopem karatekiotuszinkaj uchronił nas od pewnej zguby. Prawdopodobnie nie byłoby tego zwycięstwa, gdyby nie Kłos.

Bohater trzeci - ukraiński realizator transmisji. Bohater przekomiczny. Ten mecz, to największy piłkarski koszmar realizatorski, jaki pamiętam.To co wyprawiała wówczas obsługa transmisji przechodziło ludzkie pojęcie. Pierwszego gola, autorstwa Emmanuela Olisadebe, można było zobaczyć tylko na powtórkach (widać to w poniższym skrócie, gdzie głos red. Szpakowskiego jest podłożony pod replay). Strzał z rzutu karnego Andrzeja Juskowiaka (czyli nie żadne niespodziewane wydarzenie, skoro sędzia odgwizdał faul w polu karnym, logicznym wydawałoby się, że zaraz nastąpi uderzenie z jedenastu metrów) niestety nie został uchwycony "live" - z tego co pamiętamy, bodaj kosztem pokazania... kałuży (takiej od deszczu, nie Radosława Kałużnego). To, że karny jest z odtworzenia, również widać w skrócie. Poza tym podczas tamtej transmisji raczono widzów np. widokiem kibiców, podczas gdy piłka była w grze. Rewelacja.

4 września i bój z Irlandią Północną w Belfaście. Pamiętam jak dziś. Przed meczem wybrałem się na Dni Pyrlandii na spotkanie z piłkarzami Kolejorza (...piłkarzy nie zastałem, trafiła się za to fotka z Superpucharem Polski), jak to w życiu bywa, gdy się człek gdzieś spiesza po drodze trafiłem na jakiś kataklizm komunikacyjny i do domu dotarłem po jakimś kwadransie gry. Polacy prowadzili już wtedy 1:0 po golu Żurawskiego. Trzecim tego typu golu w biało-czerwonej historii!

 

 

Wcześniej bezpośrednio z rogu dla polskiej kadry udawało sie strzelać Kazimierzom - Kmiecikowi i Deynie.

Dwa pozostałe gole to też ciekawe historie. Piotr "Nędza" Włodarczyk strzelił gola (cóż za uprzejmość obrońcy, który zrobił mu miejsce), by potem wylecieć z boiska.

 

 

A Jacek Krzynówek (w typowym dla siebie stylu) strzelił gola krótko po śmierci ojca.

 

 

Również 4 września, dokładnie 45 lat temu w kadrze zadebiutował Włodzimierz Lubański. Zadebiutował, strzelając gola Norwegii w meczu wygranym 9:0. WL to jednak temat na inną notkę - pewnie połączoną z recenzją bardzo ciekawej książki o nim.

B.

W cieniu zagłady cz.I

W najbliższą sobotę rusza pełną parą europejska lokomotywa eliminacji do Mistrzostw Świata. Na kilkunastu arenach, na których stoczone zostaną tego dnia piłkarskie batalie, wrażeń z pewnością nie zabraknie. Ale w gronie czekających nas spotkań jest też jedno szczególne, które swym znaczeniem zdecydowanie wykracza poza czysto sportowe emocje. Do Armenii przyjeżdżają Turcy.

To nie przypadek, że pierwsze reprezentacje Armenii i Turcji, dwóch graniczących ze sobą krajów, jeszcze nigdy nie spotkały się ze sobą na zielonej murawie. Teraz jednak to nastąpi. Tak zadecydowały plastikowe kuleczki podczas ceremoniału losowania grup eliminacyjnych do czempionatu w RPA a federacja Armenii postanowiła ostatecznie nie bojkotować dwumeczu. Po raz pierwszy w historii Ormianie i Turcy wybiegną wspólnie na boisko by stoczyć sportowy pojedynek. Pojedynek wyjątkowy.

Właściwie trudno sobie wyobrazić wydarzenie bardziej dotknięte żywymi bliznami historii niż właśnie potyczka w Erewaniu. Izrael-Niemcy? Nie – to jednak coś innego. Zbrodnia Niemiec została dokładnie opisana, nazwana po imieniu, uznana, wyznana i potępiona przez nich samych.

24 kwietnia 1915 roku to data, którą pomimo upływu ponad dziewięćdziesięciu lat, boleśnie wyrytą w sercu dźwiga każdy żyjący Ormianin. Tego dnia postanowiono bowiem, że znajdujący się pod tureckim zaborem naród Armenii powinien… przestać istnieć. Rozpoczęło się coś, co miało przejść do historii jako pierwsze planowe ludobójstwo XX wieku. Rozpoczął się ormiański Holocaust.

We wrześniu wspomnianego 1915 roku jeden z młodotureckich przywódców Talaat Pasza w swej depeszy pisał bez ogródek: rząd zdecydował o całkowitej eksterminacji wszystkich Ormian zamieszkałych w Turcji. (...) Bez względu na to, że znajdują się wśród nich kobiety, dzieci i chorzy, jakkolwiek tragiczne będą środki tej eksterminacji, bez słuchania głosu sumienia należy położyć kres ich egzystencji.

Tzw. „akcję deportacyjną”, jak przeprowadzaną przez siebie operację nazwali sami Turcy, w następujących słowach opisał brytyjski historyk David Marshall Lang: "Niemowlęta zabierano do 'sierocińców', które okazywały się jamami wykopanymi w ziemi: wrzucane tam dzieci żywcem grzebano pod stosem kamieni. Z kobiet i starców formowano karawany i zmuszano do pieszego wielosetkilometrowego marszu w kierunku Aleppo i innych punktów zbiorczych na terenie Syrii. Po drodze napadały na nie bandy, którym władze pozwalały na mordowanie deportowanych i grabież ich dobytku. Deportowanym nie dawano ani pożywienia, ani wody, wielu rychło utraciło zmysły i zmarło z pragnienia. Po nocach eskortujący żandarmi zabawiali się rozbierając do naga każdą przystojną dziewczynę, która im wpadła w oko, i zmuszając do udziału w rozmaitych erotycznych perwersjach. Kończyło się to zazwyczaj wypruwaniem kiszek i odcinaniem piersi ofiar; wiele tak okaleczonych zwłok, wrzuconych do Tygrysu i Eufratu, prąd wyrzucał na brzeg w dole rzeki."

Yüghaper Dirazuian, która w tym marszu śmierci straciła całą rodzinę, zeznawała w Paryżu 14 maja 1989 roku jako ostatni naoczny świadek tamtych wydarzeń. - Zapędzono nas do Szeddede, do wejścia do pieczary. Kobiety chwytano jak worki, podpalano im spódnice i rzucano w dół. Wszystkie krzyczały. Kiedy przyszła moja kolej, sama szybko skoczyłam w dół. Cała zakrwawiona, trzęsąc się, wpełzłam do niewielkiej niszy, gdzie straciłam przytomność.

Historyczne świadectwa tureckich zbrodni tego czasu są przerażające. Na jednym z placów kazano ułożyć w szeregu stu związanych Ormian. Do leżących na wznak podchodził przywódca oprawców, nad każdym z nich przyklękał, recytował werset z Koranu – i podrzynał ofierze gardło. Poderżnięcie stu gardeł zajęło mu sporo czasu, był bowiem drobiazgowo dokładny, zabijał wedle rytu ofiarnego uboju baranów praktykowanego w Mekce.

W Bitlisie uwięziono a następnie spalono żywcem ponad tysiąc ormiańskich dzieci. Kiedy płomienie pożerały tysiąc małych ciał, tłum muzułmańskich obywateli Bitlisu obserwował zdarzenie z uwagą. Zarządzający całą akcją pan Abdulhalih wygłosił do nich porywającą mowę, o potrzebie obrony interesów państwa. Musiał być doskonałym oratorem, o silnym, donośnym głosie. Jego słów nie zagłuszył krzyk ginących dzieci – pisze w książce „Pierwszy Holocaust XX wieku” Grzegorz Kucharczyk.

Największym cmentarzyskiem Ormian stała się pustynia Del-el-Dzor, gdzie zmarło z głodu, pragnienia i epidemii chorób kilkaset tysięcy spędzonych tam pod przymusem osób. Wiele tysięcy Ormian, ratując życie, uciekło za granicę.

Żydowski pisarz Franz Werfel już w roku 1933 w proroczy sposób nazywał ormiańskie marsze śmierci "wędrującymi obozami koncentracyjnymi". Ludzi topiono, spychano w przepaści górskie, przybijano podkowy końskie do stóp, mordowano w sposób bestialski. Małym dzieciom odcinano stopniowo kolejne kawałki ciała i wtykano do ust związanym i przyglądającym się wszystkiemu ich bezsilnym rodzicom każąc im je zjadać. Duchownych Kościoła Ormiańskiego żywcem – palono lub zakopywano w ziemi.

Młodoturecki plan eksterminacji narodu, tworzącego ongiś kraj, który jako pierwszy na świecie (już w 301 roku) przyjął religię chrześcijańską, powiódł się. O ile jeszcze w 1912 roku w imperium osmańskim mieszkało 2,1 mln Ormian, o tyle w 1922 roku było ich już tylko 150 tys. Jeszcze w sierpniu 1915 roku Taalat Pasza oświadczył z dumą, że przez trzy miesiące rzezi dokonano tego, czego sułtan nie mógł dokonać przez 30 lat: kwestia ormiańska przestała istnieć.

Zginęli nawet nie wiedząc, dlaczego (...). A ja jestem z tego ludu (...), który wolał umrzeć niż zaprzeć się swej wiary" – śpiewał Charles Aznavour, francuski pieśniarz ormiańskiego pochodzenia.

(ze względu na drastczność niektórych obrazów materiał jest przeznaczony dla osób pełnoletnich)

 

Ktoś pewnie zauważy, że od tamtych tragicznych wydarzeń upłynął przecież niemal cały wiek. Powiedzcie to Ormianom. Czy dla ukojenia ogromu cierpienia po bestialskim wymordowaniu niemal całego narodu 93 lata to zbyt wiele?... Czy gdyby w liczącej dziś 38 milionów mieszkańców Polsce ktoś wymordował 35 milionów ludzi wystarczyłyby nam 93 lata na zagojenie głębii wszystkich ran?

A przecież współczesna Turcja, którą tak wielu z rozwartymi szeroko ramionami chętnie powitałoby w europejskich strukturach, nadal neguje tę haniebną zbrodnię, jakiej się dopuściła. Nawet dziś rząd Turcji oficjalnie twierdzi, że tureccy Ormianie padli ofiarą epidemii podczas ewakuacji frontu, a jej przedstawicielstwa dyplomatyczne agresywnie atakują wszelkie próby upamiętnienia ofiar. Zdobywcy literackiej nagrody Nobla Orhanowi Pamukowi wytoczono w Turcji nawet kilka procesów po tym, jak przebąknął o konieczności podjęcia próby pochylenia się nad rzezią Ormian urządzoną przed laty przez jego własny naród.

Według badań przeprowadzonych przed ponad trzema laty aż 93 proc. Ormian uważa, że Armenia powinna zażądać od Turcji rekompensat za ludobójstwo, a aż 70 proc. popiera rekompensatę terytorialną. Ponad 80 proc. nie ma wątpliwości, że współczesna Turcja jest odpowiedzialna za ludobójstwo z czasów I wojny światowej.

Więcej informacji na temat ludobójstwa Ormian na stronie http://armenocide.am/.

R.

Przejdź do części II

W cieniu zagłady cz. II

Przejdź do części I

Wszystko to sprawia, że przyjazd tureckich piłkarzy do Erewania jest wydarzeniem ogromnej wagi i jest w dziejach Armenii momentem dalece donioślejszym aniżeli moglibyśmy sobie z tego zdawać sprawę oglądając w sobotni wieczór potyczkę obu piłkarskich reprezentacji zwaśnionych narodów.

Jedno jest pewne. Dla Ormian to mecz o najwyższą stawkę, mecz w którym zagrają z niespotykanym wręcz zaangażowaniem i podczas którego rzucą na szalę dosłownie WSZYSTKO, byle tylko pokonać Turków. A że Armenia potrafi grać w piłkę na własnym boisku przekonaliśmy się najboleśniej my sami, podczas ubiegłorocznego czerwcowego lania w Erewaniu 0:1. Ten mecz przeszedł do historii ormiańskiego futbolu, bo to wówczas właśnie po raz pierwszy kaukaskiej reprezentacji udało się zdobyć 3 pkt na silnym rywalu w meczu eliminacyjnym.

W ogóle reprezentacja Armenii turniej eliminacyjny do zakończonych przed dwoma miesiącami Mistrzostw Europy może uznać za szczególnie udany. Poza niespodziewanym, acz zasłużonym zwycięstwem nad Polską prowadzeni przez ś.p. Iana Porterfielda Ormianie zremisowali również na własnym boisku ze znakomitą drużyną Portugalii 1:1,

oraz z Serbią 0:0 (gdyby w tym meczu gospodarze wykorzystali choćby co trzecią „stuprocentówkę” na strzelenie gola, Serbowie odjechaliby uginając się pod bagażem bramek w plecaku). W przeszłości zdarzało się już Ormianom podroczyć nieco z możnymi europejskiej piłki, ale aż do meczu z Polską nigdy nie przekroczyli magicznej bariery remisu z faworytem. Choć tych remisów, przyznać trzeba, troszkę się uzbierało. Punkty w Armenii traciła Rumunia (1:1, el MŚ 2006), dwukrotnie Ukraina (2:2, el ME 2004 i 0:0 el MŚ 2000), Polska (1:1 el MŚ 2002) czy Portugalia (0:0 el MŚ 98). Ormianom zaś udawało się wywozić cenne remisy m. in. z Norwegii (0:0 el MŚ 2002) i Ukrainy (1:1 el MŚ 98).

Grę reprezentacji Armenii, podobnie zresztą jak sąsiadującej z nią Gruzji, ogląda się ze sporą przyjemnością. Ormianie bazują bowiem na wysokim wyszkoleniu technicznym i dobrym, niezwykle dynamicznym operowaniu piłką. Często na boisku szukają rozwiązań ciekawych i niekonwencjonalnych. Ich problemem są jednak kiepskie warunki fizyczne i aż rażąca oczy surowość taktyczna. To właśnie w tym upatrywałbym głównej przyczyny braku sukcesów na międzynarodowej arenie. I choć talentów piłkarskich w Armenii nie brakuje, to jednak w przeciwieństwie do Gruzji Ormianie nie mogą się pochwalić (i powiedzmy sobie szczerze, że nieczęsto w historii, znów w przeciwieństwie do Gruzii, mogli to zrobić) choćby kilkoma zdecydowanie wybijającymi się ponad przeciętność indywidualnościami piłkarskimi.

Za najlepszego w dziejach ormiańskiego gracza uchodzi Choren Oganesian. Grajek to rzeczywiście był niekiepski. Każdy kto pamięta go z hiszpańskich boisk podczas mundialu 1982 roku przyzna, że Oganesian doskonale wiedział o co w tym sporcie biega. Zresztą na rzeczonym turnieju grał w zespole ZSRR z wymownym numerem „10” na plecach (co przemawia samo za się) a w pojedynku z Belgami ładnym, technicznym strzałem zapewnił Sbornej arcyważne zwycięstwo.

Oganesian wystąpił łącznie w 34 meczach i strzelił 6 bramek dla bardzo silnej wówczas radzieckiej reprezentacji. W 1976 roku zdobył również złoty medal Młodzieżowych Mistrzostw Europy, a w 1980 brąz na moskiewskiej olimpiadzie.

W latach 70. koszulkę z napisem CCCP kilkunastokrotnie przywdziewał również Arkadi Andreasian. Ten ormiański pomocnik ma w swej kolekcji również brązowy medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium 1972.

Niestety w ostatnich kilkunastu latach (znów w przeciwieństwie do swych kaukaskich pobratymców z Gruzji) piłkarze rodem z Armenii również nie zawojowywali europejskich boisk. Żaden z nich nie przebił się do jakiejkolwiek z czołowych lig Starego Kontynentu. Najlepsi trafiali do Rosji, Szwajcarii, Bułgarii, Rumunii, Grecji czy na Ukrainę. Jedna z najlepiej rozpoznawalnych twarzy ormiańskiego futbolu to z pewnością grający od lat w Rosji bramkarz Roman Berezowski (m.in. Zenit oraz moskiewskie Torpedo i Dinamo). Bardzo solidny i ceniony przeze mnie obrońca Sarkis Howsepian, przez wiele sezonów swą klasę potwierdzał będąc podporą defensywy w silnym Zenicie. Inny obrońca Harutiun Wardanian był przez lata mocnym punktem drużyn szwajcarskich (Lausanne, Young Boys, Servette, Aarau) oraz niemieckiej Fortuny Koeln. Po szwajcarskich murawach grasowali również, uchodzący niegdyś za materiał na znaczącego piłkarza Artur Petrosian (Young Boys, FC Zurich) i Armen Szachgeldian (Lausanne). Romik Chaczatrian, piłkarz naprawdę zdolny i ciekawy pałętał się gdzieś po Cyprze (Olympiakos Nikozja, Apoel, Anorthosis), Grecji (OFI Kreta) i Rumunii (Unirea i Cluj). W Rumunii na chleb zarabiają też bracia Artavazd i Armen Karamian (ten pierwszy był najpierw w Rapidzie Bukareszt, a obecnie obaj kopią dla Politechniki Timisoara). Znanymi postaciami w piłkarskim światku byli z pewnością swego czasu Michel Der Zakarian oraz Eric Assadourian. Obaj urodzili się we Francji a reprezentacja Armenii przygarnęła ich do siebie, gdy byli już piłkarzami więcej niż doświadczonymi, o znanych i uznanych na rynku nazwiskach. Der Zakarian na blisko 8 lat zżył się z defensywą FC Nantes, a przez następne 9 występował w Montpellier (m. in. wespół z Jackiem Ziobrem, Carlosem Valderramą i Laurentem Blanc w drużynie prowadzonej przez Henryka Kasperczaka). Assadourian zaś był cenionym we Francji napastnikiem, który strzelał gole m.in. dla Toulouse, Guingamp (wspólne występy z Markiem Jóźwiakiem), Lille i Olympique Lyon (jego klubowym kolegą był tam Jacek Bąk). Obaj, choć nie byli już najmłodsi znacznie pomogli reprezentacji Armenii swymi występami w jej barwach.

Włodarze ormiańskiego futbolu tak się rozochocili poszukiwaniem do kadry rozsianych (na skutek wielkiej ormiańskiej emigracji czasu Zagłady) po świecie piłkarzy z ormiańskimi korzeniami, że zaczęli również namawiać na grę dla Armenii futbolistów niewiele mających z tym krajem wspólnego. Zaszczytu występu w reprezentacji Hajastanu (jak mawiają o swej ojczyznie sami jej mieszkańcy) dostąpił więc m. in. kameruński bramkarz Edel Bete Apoula (obecnie rezerwy Paris SG) czy inny ciemnoskóry piłkarz Balep Ba Ndoumbuk. Zaciąg z południowej części kontynentu amerykańskiego stanowili Jose Andre Bilibio (grajacy w rodzimej lidze Argentyny a także w Boliwii, Ekwadorze i Peru), czy całkiem świeży narodowy nabytek brazylijskiego pochodzenia Marcos Pineiro Pizzelli.

Jeśli jednak ktoś gotów pomyśleć, że w Armenii nie rodzą się już klasowi piłkarze, niech czem prędzej tej myśli poniecha. Albowiem Ormianie żyją właśnie nadzieją. Ta piłkarska nadzieja jest w nich mocna jak chyba nigdy. Bo powoli kiełkuje i wzrasta starannie pielęgnowany talent piłkarza, który ma w przyszłości pociągnąć Armenię do sukcesów większych niż sprawianie remisowych psikusów możnym piłkarskiego stadła. Ma być tym, który poderwie w górę ormiański futbol jak uczynił to swego czasu Hagi w Rumunii, Stoiczkow w Bułgarii czy Szewczenko na Ukrainie. Nazywa się Manuczarian. Edgar Manuczarian. Od kilku już lat terminuje w słynnym Ajaxie Amsterdam. Ten 21-letni, znakomicie wyszkolony technicznie piłkarski brylant z Armenii powolutku dobija się do podstawowego składu wielkiego Ajaxu zaliczając kolejne występy. Już teraz oczy całej piłkarskiej Armenii skierowane są na niego.

Być może to właśnie on okaże się za kilka dni największym zagrożeniem dla Turków i głównym aktorem tego zupełnie wyjątkowego dla mieszkańców jego ojczyzny wieczoru. Wieczoru, który bez względu na wszystko, z pewnością zapadnie w pamięci ormiańskich kibiców na długie lata.

Pamiętam gorrrącą atmosferę stadionu w Erewaniu z meczów z Polską czy Portugalią. To jedno z tych miejsc na piłkarskiej mapie Europy, gdzie gospodarz gra w dwunastu. A za kilka dni z nieskończenie zwielokrotnioną siłą wspomniany stadion poniesie Ormian podczas najważniejszego w ich historii pojedynku o punkty.

Armenia czeka na swoje drugie zwycięstwo. Nie będę ukrywał – czekam razem z nią.


Sobota. Erewań. Coś więcej niż mecz.

R.

 

środa, 03 września 2008
Najlepsze 45 minut kadry Janasa (?), czyli zdarzyło się kiedyś

Zdarzyło się 3 września 2005 roku...

Meczom po przerwie wakacyjnej zawsze towarzyszy taka nutka niepewności - czy aby chłopaki sobie za bardzo nie pogrillowały na urlopach, czy złowione rybki przypadkiem nie były zbyt często zakrapiane wysokoprocentową ambrozją czy wreszcie też zwyczajnie towarzystwo nie pogubiło formy. Nie inaczej było też pięknej jesieni 2005. Nie licząc wpadki u siebie z Anglią na początku eliminacji, Orły Janasa kasowały komplet punktów w każdym spotkaniu. Przeciwnicy nie byli może zabójczy (oprócz wspomnianej Anglii - Austria, Irlandia Północna, Walia i Azerbejdżan), ale nie od dziś wiadomo, że 3 punkty ugrać na wyjazdach nigdy nie jest łatwo. Polakom jednak się to udało i na jesieni stali się bardzo poważnym kandydatem do awansu. Krok numer jeden: wygrać z Austrią na Śląskim. Niby Austriakom nie szło w tych eliminacjach, niby mieli problemy, ale stare wietnamskie przysłowie mówi, że to, co w zaroślach wydaje się kurą za chwilę okazuje się tygrysem:) Tak więc bez trwogi, ale i z szacunkiem wyszła biało-czerwona ekipa na murawę stadionu. Co zabawne - wyszła w granatowych/czarnych spodenkach:)

Pierwsza połowa potwierdzała "wersję z kurą". Austriacy grali nieudolnie, za to drużyna Janasa szybko i z polotem, co zakończyło się dwoma trafieniami - Smolarka

i Kosowskiego.

Pierwsza połowa była naprawdę bardzo, bardzo dobra. W drugiej części jednak swoim zwyczajem Polacy zluzowali i w konsekwencji czego Linz trafił na 2-1. Austria w natarciu i robi się niewesoło. Na szczęście szybka kontra Żurawskiego i...

Wydaje mi się, że miliony Polaków miało już na ustach pewien wyraz na "k", który po chwili zmienił się w głośne "jeeeest!":)

Przy 3-1 Polacy serwują już sobie pełny relaks licząc, że nic już wydarzyć się nie może. Niestey może, bo przeciwnicy mają takiego jedngo gościa o twarzy dziecka, co już raz ukąsił Boruca a chciałby jeszcze. Linz dwoi się i troi, ucieka obrońcom, w końcu strzela na 3-2. Śmierć zagląda w oczy trenerowi, zawodnikom, kibicom, wszystkim. Na szczęście w ostatniej akcji meczu piłkę zmierzającą do bramki po strzale Linza wybija Radomski:) 3 punkty można dopisywać do tabeli a już za trzy dni mecz z Walią...

P.

PS A pamiętacie jeszcze tego pana obok Kowalewskiego? O ile się nie mylę, po raz pierwszy i ostatni przesiedział cały mecz kadry na ławce. Z Walią były już tylko trybuny.