Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 25 września 2008
Wczesne dorastanie Marcina Burkhardta

To chyba znak czasów, że będąc obecnie dobrym piłkarzem - mając już lat 18 jest się koszmarnie bogatym (Pato), gdy się ma lat około 20 to się pisze swoją autobiografię (Michael Owen) a w okolicach ćwierćwiecza działalności na ziemskim padole już powoli trzeba się rozglądać za wakacyjnym klubem, gdzie kopiąc futbolówkę można sobie nieco odłożyć (Denilson). Taka nieobecna nigdy przedtem akceleracja piłkarskiego żywota dotyka coraz większą liczbę zawodników. Nagły rozbłysk, szybka kariera, duża eksploatacja i szybkie wypalenie. Potem zostaje już tylko dogorywanie w słabszych zespołach i wspominanie kilku lat w elicie przy lampce koniaku. Syndrom ten funkcjonuje na płaszczyznie futbolu światowego (że wspomnę tylko Larsa Rickena, Ilhana Manzisa, Maxi Lopeza czy El Hadjiego Dioufa), działa również i na naszym rodzimym podwórku.

Dziś 25 urodziny obchodzi Marcin Burkhardt (wszystkiego najlepszego). Jego kariera wpisuje się jak ulał w powyższe trendy:) Starszy syn, byłego pierwszoligowego bramkarza pomocnika Olimpii Poznań, Jacka Burkhardta genetyczną siłą inercji również zaczął kopać futbolówkę. Szło mu na tyle dobrze, że po wysokiego chłopaka zgłosiła się Amica Wronki. W niej też on debiutuje krótko przed 18 urodzinami. Pierwszy sezon bez szału - trener Jabłoński jedynie ogrywa młokosa w I lidze. Natomiast w drugim (2002/2003) już eksploduje jego talent. Marcin błyszczy na każdym froncie - czaruje w lidze (29 meczów i 3 gole, dużo asyst), daje koncerty w Pucharze UEFA (bramki z Llanstffraid i Servette Genewa, kapitalny mecze z Malagą - Hiszpanie chcą go brac od ręki). Selekcjoner biało-czerwonych powołuje go na mecze z Macedonią i eliminacyjny z San Marino...

Bury ma wszystko to, czego brakowało polskim pomocnikom - świetny przegląd pola, dokładne podanie i kapitalne uderzenie. Przy okazji ma też kilka cech również znamionujących artystów-playmekerów: nonszalancję, niechęć do urywania sobie rękawów podczas meczu i granie pod siebie. Taki trochę klon Piekarskiego. I podobna skala talentu. Wielu widzi w nim zbawcę reprezentacji. I on karmi ich taką wizją - m.in. w meczu z Maltą strzela bramkę z połowy boiska.

Potem już jednak zaczynają się schody. Trenerem Amici staje się Majewski, pieszczotliwie nazywany przez piłkarza Bin Ladenem. Popularny Doktor nieprzychylnie patrzy nawet na chodzenie w klapka po schodach a co dopiero na manieryczno-gwiazdorskie zapędy Burkhardta - szalone fatałaszki, piwka na boku, mało sportowy tryb życia. Relacje obu panów są równie sympatyczne jak stosunki woźnego ze szkolnym łobuzem - zachowanie chłopaka trudne do zaakceptowania, chętnie by rozgonił na cztery wiatry, ale występować musi, bo bez takich jak on biznes może się sypać. Ku radości wronieckiego playmakera Stefana na posadzie zmienia Maciej Skorża. Burkhardt nieco pokornieje i robi furorę w Pucharze UEFA jako... bramkarz (w meczu z Auxerre). Poza tym gra nieźle, ale już ogląda się za nowym klubem. Od nowego sezonu trafia do Legii Warszawa.

Po krótkiej aklimatyzacji za panowania Jacka Zielińskiego, u Wdowczyka już gra jak natchniony - strzela, podaje, walczy. Janas myśli, czy nie wziąć go do kadry na Mundial do Niemiec, ale koniec końców nie decyduje się na ten krok (moim zdaniem to był wielki błąd - w owym czasie o głowę przerastał późniejszego "innego" faworyta Majewskiego - Gizę). Ale Burkhardt gra naprawdę świetnie. Chwilami jak krzyżówka Pisza z Rogerem...

a czasmi jak Kazimierz Deyna. 

Jednak wraz z przyjściem Jana Urbana do Legii Burkhardt idzie w odstawkę. Nowy trener woli widzieć w składzie Piotra Gizę (nomen omen, to chyba jakiś prześladowca M.B.:)), zarzuca Marcinowi, że ten nie walczy na boisku. Słowem, przekazywany między wierszami komunikat jest dość jednoznaczny - "pakuj się chłopie". Po małych zawirowaniach i krótkich nawrotach uczuć Urbana, Burkhardt wylatuje do Szwecji szukać formy i ukojenia. Nieraz chłodny północny klimat dobrze działał na gorące głowy polskich piłkarzy (Sypniewski...), ale nie można też wykluczyć, że IFK Norrkoping to dla tego piłkarza po przejściach dom spokojnej starości (a w zasadzie młodości).

Liczę jednak, że wróci. Liczę, że się wyliże ze skandynawskiej posuchy szybciej niż Sebastian Mila. Liczę, że nie zapomni jak się gra w piłkę. Liczę na to, bo Burkhardt wciąż jest młody.

P.

środa, 24 września 2008
By Uzbekistan rósł w siłę a Brazylijczykom żyło się lepiej

To wszystko przypomina mi trochę negocjacje z szefem na temat pensji - na początku myślisz, że podana przez niego kwota jest żartem, że to niemożliwe, że jest ona tak absurdalna, że aż nierealna. Potem zaczynasz się zastanawiać, że może jednak on faktycznie tak myśli, ciągle ją powtarza, więc może jest do tego zdolny i koniec końców okazuje się, że faktycznie staje na podanej przez bossa kwocie.

Gdy usłyszałem o przejściu Eto'o w Uzbekistanie byłem pewien, że to kaczka dziennikarska - młody chłop, w dobrej formie, ze sporymi ambicjami (gdyby ich nie miał dalej by pewnie rezydował w Realu) nie mógł przejść, tak ot, na piłkarską prowincję. Stanęło na moim - Eto'o pojechał tam z misją krzewienia futbolu, zabawił parę dni i wrócił.

Gdy media podały, że Rivaldo przeniósł się do klubu Bunyodkor Taszkient

pomyślałem, że Rivaldo zbiera pieniążki na nowego BMX, co by nim sobie pojeździł na emeryturze. Ot, bzik zmanierowanej gwiazdy, która nigdy nie ukrywała, że gra przede wszystkim dla pieniędzy (vide wykłócanie się o nie w Pireusie, Cruzeiro czy na koniec w Atenach). Ciekawostkę stanowił jedynie dobór lokalizacji geograficznej, albowiem Uzbekistan nie jest szczególną potęgą finansową a już na pewno nie piłkarską - wręcz przeciwnie, reprezentacja tego kraju to jakaś światowa 3 liga (choć z przebłyskami - zwycięstwo z Arabią Saudyjską). Mimo to nie poczytywałem transferu w kategoriach istotnego wydarzenia - zachłanna gwiazda i "chorzy" na nią działacze (Rivaldo skasuje 5 mln dolarów za sezon gry). Suche fakty, bez większej nadbudowy ideologicznej.

Lecz kiedy usłyszałem wczoraj, że trenerem rzeczonego Bunyodkor Taszkient został słynny Zico

 

 

to uznałem, że chyba jesteśmy świadkami narodzin nowego kierunku futbolowych migracji.

Przypadek Zico jest o tyle istotny, że jako trener jest on wciąż na topie - trenował przez wiele lat reprezentację Japonii a ostatnio kapitalnie działał w Fenerbahce Stambuł. Jego przejście do Uzbekistanu świadczy więc (oprócz, moim zdaniem, braku ambicji Brazylijczyka) o potężnej sile nabywczej tego środkowoazjatyckiego kraju. Na ściągnięcie do siebie będącego na fali coacha nie mogą sobie pozwolić fujary. Dlatego mam wrażenie, że fakt ten może znamionować początek futbolowej ofensywy postradzieckich, autorytarnych republik (już 18-letnie rządy prezydenta Karimowa). Wszak nie od dziś wiadomo, że nic tak nie sprzyja mocnym rządom jak sukcesy sportowe. Przebrzmiałe gwiazdy zapewnią poparcie państwowym włodarzom a same przy okazji będą sobie żyły jak pączek w maśle. Tak więc może w niedługim czasie podstarzałe gwiazdy być może zmienią wycieczkowe przyzwyczajenia. Na początku była Japonia, potem USA, ostatnio Katar, Kuwejt, ZEA i wszystkie inne petromocarstwa, więc teraz czemu nie Uzbekistan, Turkmenistan, Kazachstan, Tadżykistan i inne gorskie republiki byłego ZSRR...

P. 

niedziela, 21 września 2008
Rok przed wojną: Niemcy - Polska

Zdarzyło się 70 lat temu, w trzecią niedzielę września - 18.09.1938...

18 września 1938 rozegrano "mecz o randze państwowej": Niemcy - Polska w Chemnitz.

Mecz z Niemcami był pierwszym podopiecznych Józefa Kałuży (wówczas selekcjonera nazywano "kapitanem związkowym") od czasu legendarnego spotkania z Brazylią na mundialu we Francji (5:6).

W porównania do pojedynku z Canarinhos w składzie zaszła tylko jedna zmiana - Teodor Peterek zastąpił Fryderyka Scherfkego. Niemcy grali również po raz pierwszy od francuskiego czempionatu, na którym (podobnie jak my) nie sprostali pierwszemu z rywali - Szwajcarom. Tak zawodników pokazała karykatura w przedmeczowym programie

a w takich składach zagrały obie drużyny (obowiązkowo ustawienie 1-2-3-5)

Przy okazji meczu dokonano oficjalnego otwarcia stadionu w Chemnitz (polski Kamieniec, w czasach NRD - Karl-Marx-Stadt). A stadion wówczas prezentował się tak:







Na trybunach zgromadziło się 60 tysięcy ludzi - tej frekwencji z otwarcia stadionu już potem w Chemnitz nie poprawiono.

Jak udało mi się wyczytać w Encyklopedii Piłkarskiej FUJI, wydarzenia na boisku miały dziwny przebieg. Dużo więcej z gry mieli Niemcy, ale do pewnego momentu to Polacy stwarzali dużo więcej sytuacji bramkowych. Tak opisał to jeden z zawodników - Edward Nyc: Tyle mieliśmy okazji, a sam Piątek mógł być rekordzistą zdobytych goli. I oto po naszej bramce, gdy mieliśmy cenny remis, nastąpiło dziesięć minut dla Niemców. Trzy akcje, trzy gole! To nas załamało do reszty.

Trzy gole strzelił 22-letni Josef Gauchel, a czwartego dołożył... Helmut Schön - wielki trener RFN w latach 1966-78

Jedyne trafienie dla biało-czerwonych, w swoim ostatnim występie w reprezentacji, zaliczył Teodor "Mietlorz" Peterek.

Szerzej o niezwykłych okolicznościach tego meczu (piłkarze spóźnili się na pociąg i ich podróż trwała w sumie 17 godzin) można przeczytać na blogu Pawła Czado. Z niego również pochodzi wyżej pokazana karykatura oraz poniższy cytat:

Po meczu ”führer sportu niemieckiego” Hans Tschammer von Osten (dokładna nazwa jego ówczesnej funkcji to ”Reichssportführer”), który dokonał wcześniej uroczystego otwarcia stadionu, stwierdził zadowolony, że gra między Niemcami i Polską ”była piękna i rycerska i prowadzono ją w atmosferze przyjacielskiej”. Mecz oglądało 60 tysięcy ludzi. ”Dajemy wam możliwość rewanżu za dwa lata w Polsce” - stwierdził trener niemieckiej kadry Sepp Herberger.

Ale rewanżu w Polsce jeszcze przez długie lata nie było. By pokazać niezwykłość tamtego meczu, czy raczej - terminu jego rozgrywania, małe kalendarium:

13 marca 1938: Anschluss Austrii
18 września 1938: mecz Niemcy - Polska
1 października 1938: przyłączenie Sudetów do III Rzeszy
24 października 1938: pierwsza "propozycja" dla Polski włączenia do Niemiec Gdańska i "korytarza pomorskiego"
16 marca 1939: utworzenie Protektoratu Czech i Moraw
28 kwietnia 1939: wymówienie przez Hitlera polsko-niemieckiego układu o nieagresji
5 maja 1939: przemówienie sejmowe Józefa Becka


23 sierpnia 1939: pakt Ribbentrop-Mołotow
26 sierpnia 1939: Niemcy gotowe do uderzenia na Polskę
27 sierpnia 1939: ostatni przedwojenny mecz reprezentacji: Polska - Węgry 4:2
1 września 1939: atak Niemiec na Polskę, początek II Wojny Światowej

Ciężko o puentę. Krzepiące jest to, że w momencie zbliżającego się dość nieuchronnie konfliktu zbrojnego pomiędzy obydwoma narodami, 22 wymienionych wcześniej ludzi, nie baczyło na na okoliczności, tylko robiło to co najbardziej kochało: grało w piłkę.

B.

piątek, 19 września 2008
Mariusz Nosal. Prawie jak Szarmach, prawie jak Crouch.

Mariusz Nosal, tak, pamiętam... Zawodnik ten z racji posiadanego nazwiska zawsze zbudzał moją sympatię - wszystkie Nosale to porządne chłopaki:) Gdy na początku lat 90-tych znalazłem więc go w kadrze I-ligowego Górnika Zabrze, potraktowałem raczej jako ciekawostkę przyrodniczą niż potencjalne objawienie sportowe. Szczególnie, że 18-letni młokos rodem z Zamościa sporadycznie dostawał szansę występu od trenerów Łyski, Apostela i Kostki. Przełom nastąpił dopiero w sezonie 1994/1995. Edward Lorens, mimo dużego wyboru w pierwszej linii (Bałuszyński, Szemoński, Tarachulski...) zaczął bardziej zdecydowanie stawiać na wysokiego (186 cm) napastnika i choć ten nie od razu spłacił zaufanie (w rzeczonym sezonie w 15 meczach tylko 2 gole, aczkolwiek jeden z nich na wagę remisu w Wielkich Derbach Śląska z Ruchem Chorzów), to systematycznie otrzaskiwał się na I-ligowych murawach.

Kolejny sezon pod wodzą Adama Michalskiego (i w dalszej części Jana Kowalskiego) to zabrzańskie (zabrskie?) wyżyny w wykonaniu Nosala - 18 meczów i 6 goli, a trafiał i do bramki Legii (słynne 3:2) i Lecha. Już wtedy dał próbki ponadprzeciętnych umiejętności gry głową - większość bramek które zdobywał, odbywała się właśnie według schematu: dośrodkowanie - Nosal cedzi z bańki - gol.

Do tego dochodziła jeszcze świetna współpraca z wschodzącą gwiazdą Marcina Kuźby (8 goli). Pomimo jednak dobrych osiągów indywidualnych Nosala, sezon 1995/1996 był dla Górnika rozczarowaniem (12 miejsce w tabeli...). Wysoki napastnik postanowił więc zmienić pracodawcę na przebojowego beniaminka z Wodzisławia.

Nie obeszło się jednak bez nieporozumień pomiędzy tymi dwoma klubami w kwestii transferu, w związku z czym Nosal dołączył do Odry dopiero w rundzie wiosennej sezonu 1996/1997, ale... roztrenowany grywał głównie ogony i zanotował tylko jedno trafienie. Prawdziwa hossa miała jednak dopiero przyjść. Kolejny sezon w Odrze nasz bohater - za sprawą olśnienia trenera Bochynka...

- rozpoczął jako... prawy obrońca (by the way, to chyba nasza narodowa specjalność - przerabiać napastników na obrońców)! Co ciekawe, i z tej pozycji nieraz ukąsił bramkarza przeciwników (2-1 z Wisłą to jego zasługa:)). Jednak dopiero po zmianie trenera na Mikulskiego (ale nie tego) pokazał, gdzie naprawdę jest jego miejsce na boisku - grając w napadzie strzelił 8 goli w 8 meczach (w sumie 11 goli w 31 meczach). A kolejny sezon był jeszcze lepszy, bo występując nieprzewranie na szpicy zdobył 14 goli w 30 meczach. Jego forma nie umknęła Januszowi "kasa, Misiu, kasa" Wójcikowi, który powołał go w czerwcu 1999 roku do reprezentacji Polski na tournee plażowo-biwakowe po Tajlandii. Tam Nosal zagrał w nieoficjalnym meczu z Brazylią i oficjalnym spotkaniu z Nową Zelandią (ach, zresztą kto nie grał w tym spotkaniu - Tomala, Szwed, Chańko, Jakubowski, Sypniewski...:)), tym samym wkraczając do [kiedyś] elitarnego grona reprezentantów Polski (co ciekawe Nosalowi - w czasach, gdy grał on jeszcze w Górniku - uważnie przyglądał się już Piechniczek. Powołał go nawet na jedną konsultację, ale na tym kontakt obu panów się skończył). Więcej szans już jednak nie otrzymał zatrzymując licznik na popularnym 1A-0:)

Opromieniony zdjęciem w koszulce z orzełkiem Mariusz N. postanowił postanowił zmienić klub na jeszcze silniejszy (da się?:)) i wybrał... Petro vel Orlen Płock (?).

O ile pierwszy sezon w nowych barwach, mimo dopiero 12 miejsca zespołu, był dla wysokiego napastnika OK (1999/2000 - 25 meczów i 13 goli), o tyle drugi (14 - 7) zakończył się klęską i spadkiem nafciarzy do II ligi. To wydarzenie okazało się w sumie początkiem końca kariery tego piłkarza. Po odsłużeniu sezonu w niższej klasie rozgrywkowej (6 goli; nomen omen najlepszym strzelcem płocczan z 8 golami był... obrońca Wojnecki) postanowił wrócić do Górnika. Tam jednak nie łapał się do pierwszego składu (10 meczów i bez goli), więc w nosalowej głowie zaświtała myśl o przeprowadzce do klubu swej młodości czyli do Odry. Jednak młodym się jest tylko raz i powtórny pobyt w Wodzisławiu potwierdzil tą tezę. Półtora sezonu, 22 mecze i 4 gole oraz permanentne problemy ze zdrowiem - ospa, salmonella, złamana szczęka - "nam nie było lekko". Na to nie pomógł by ani...

doktor Burski...

ani żaden inny doktor, nawet ten - prof. dr Jerzy Klemens Werner.

Nosal doszedł do wniosku, że może mu pomóc tylko słońce, plaża i ładna pogoda. Słowem - Wyspa Afrodyty:) Wybrał się więc na sezon 2004/2005 do AEKu Larnaka - cypryjskiego klubu z ambicjami (rozgrywki Pucharu UEFA w tym sezonie). Tam jednak też nie było za fajnie i po pięciokrotnym wpisaniu sie na meczową listę płac, Nosal obrał kurs powrotny na Wodzisław (w międzyczasie mówiło się również o Polonii Warszawa).

Tutaj na dzień dobry spotkała go przykra niespodzianka - już na pierwszym treningu wybił sobie bark... W konsekwencji założył wodzisławską koszulkę dwukrotnie po czym... zniknął. Długo próbowałem znaleźć jakiś jego trop, ale niestety ani widu, ani słuchu... Może wrócił do rodzinnego Zamościa i wprawia się, żeby zostać w nieodleglej przyszłości trenerem, jak się kiedyś odgrażał?

Faktem jest, że Mariusz Nosal był jednym z lepiej grających głową zawodników jakich pamiętam. To był jego znak firmowy.

Porównania do Szarmacha są może na wyrost, ale już do Rasiaka, Sosina czy Żewłakowa - jak najbardziej na miejscu. To taki typ angielski, trochę też a'la Crouch czy nawet Heskey (również Koller) - na niego szla większość piłek i on albo je zbijał na drugiego napastnika albo walił na bramkę. Kto wie, może gdyby w odpowiednim czasie podkupiło go jakieś Hull City to nie czekalibyśmy tyle lat na bramkę w Premiership...

Tak, Mariusz, Mariusz Nosal. Pamiętam...

P.

czwartek, 18 września 2008
Juventus 1:0 Turyn - koszmar powrócił?

Wpis z tych bardziej subiektywnych, fani Juve proszeni są o nie gorączowanie się :)

Szczegóły z fazy grupowej Ligi Mistrzów dość rzadko zapadają mi w pamięć - wiadomo, prawdziwa gra zaczyna się w fazie pucharowej. Jednak jeden fakt sprzed 4 lat, wrył mi się w świadomość tak bardzo, że ciężko będzie mi go się kiedykolwiek pozbyć.

Juventus Turyn to klub do którego z kolejnymi latami jakoś traciłem sympatię. Jeszcze w 1997 roku w konfrontacji z Borussią Dortmund w finale LM, szczerze Juve - a zwłaszcza młodemu Alexowi Del Piero (długo trzymanemu na ławce, czego nie mogłem pojąć) - kibicowałem.

Jednak już rok później, Juve do spółki z Realem zafundowali jeden z dwóch najnudniejszych finałów LM za mojego kibicowskiego życia.

Żeby nie było wątpliwości - drugi to też sprawka Juve - przenudne 0:0 z Milanem z 2003 roku. Popis catenaccio (cóż za oksymoron) rozstrzygnęły karne... Za taki finał, to ja dziękuję...

Drugi powód mojej pewnej takiej nieśmiałości w stosunku do Juve, to - jak wynika z właśnie przeprowadzanej autopsychoanalizy - eliminowanie z gry Realu, czy - by być ścisłym - eliminowanie Zizou.
Półfinał LM z 2003 roku (czyli po nim nastąpił beznadziejny finał z Milanem) to zwycięstwo "Królewskich" w Madrycie 2:1 i - bardzo dla mnie bolesne - 3:1 dla Juve w Turynie.

(ci Włosi to wstydu nie mają, nawet pięknego gola Zidane'a wycięli... A w ogóle, to czemu karnego strzelał Figo, a nie Zidane?! Donner Wetter...)

Dwa lata później awans Juve był jeszcze bardziej minimalny - i moim zdaniem - jeszcze mniej zasłużony. Po 1:0 w Madrycie dla Realu, w rewanżu zespół z Turynu odpłacił się takim samym wynikiem po 90 minutach. A w dogrywce? W dogrywce Urugwajczyk Marcelo Zalayeta jak na złość postanowił strzelić prawdopodobnie najważniejszego gola w swojej karierze.

Powód numer 3 - gracze nijacy tacy, no - nijacy tacy (mówimy o okresie po odejściu Zizou). Oczywiście w pełni uznaję ich klasę, ale nie wzbudzają we mnie zachwytu. Tylko tyle i aż tyle. Najwybitniejszy z nich - Del Piero - nie okazał się nowym Robertino Baggio. A na to za młodu liczyłem. Buffon jest może i najlepszym bramkarzem za mojego kibicowskiego życia, ale... Bramkarz to (sorry) tylko bramkarz. Nedved swego czasu wręcz nie miał słabych zagrań, nie popełniał błędów, nie dokonywał złych wyborów na boisku, ale (jednak!) to nie żaden geniusz, a rzemieślnik (choć doskonały rzemieślnik). Obrońcy wręcz doskonali itede itepe. I do tego Mauro Camoranesi (nie wiem, może to jakieś kwestie podprogowe, może dźwięk nazwiska tak na mnie działa), który dla mnie jest jednym z bardziej przereklamowanych zawodników. Słowem - gracze Juve siakoś nie pobudzają we mnie, hm, kibicowskiego ognia. Bywa.

Powód czwarty - ostatni. Jednocześnie powód dla którego powstała ta notka: minimalistyczne zwycięstwa - 1:0. Faktem sprzed czterech lat, który tak zapadł mi w pamięci, są wyniki Juve w fazie grupowej Ligi Mistrzów 2004/05. Spójrzmy na pięć pierwszych meczów:
Ajax - Juventus 0:1  [Pavel Nedved 42]
Juventus - Maccabi Tel-Aviv 1:0 [Mauro Camoranesi 37]
Juventus - Bayern 1:0 [Pavel Nedved 75]
Bayern - Juventus 0:1 [Alessandro Del Piero 90]
Juventus - Ajax 1:0 [Marcelo Zalayeta 14]

W ostatnim meczu, chyba w ramach świątecznych prezentów dali sobie wbić Maccabi gola, samemu strzelając - jakże inaczej - również jednego. Bilans bramkowy zwycięzcy grupy: 6-1. Brrrrr... Albo raczej: chrrrr...

Ktoś powie - najtrudniej jest wygrać 1:0. Ok, ale mnie, jako kibica, który (po odejściu Zizou) nie ma specjalnie ukierunkowanych sympatii klubowych na arenie międzynarodowej i chce oglądać Ligę Mistrzów by wpadać w zachwyt nad pięknem gry... Mnie to g...ucio obchodzi. Czy koszmar Juventusu 1:0 Turyn powróci? Oby nie. Pierwszy krok już jednak został poczyniony: Juve - Zenit 1:0.

Jak dla mnie - tam, gdzie pojawia się Juve - gasną emocje; tak jak - gdzie pojawia się Buka - gaśnie ognisko ;)

B.