Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 29 sierpnia 2008
Paul Scholes - piłkarz, którego nie lubię

Pierwszy raz tutaj piszę "na gorąco", zainspirowany wydarzeniem sprzed chwili, no ale po prostu musiałem. Jeden pan strasznie mnie podirytował. Paul Scholes właśnie dał w meczu o Superpuchar Europy prawdziwy popis głupoty, ale i - przede wszystkim - bezczelności.

Tym sposobem, jak czytam na relacji uefa.com, został pierwszym piłkarzem w historii ukaranym czerwoną kartką w meczu o Superpuchar Europy. Moje gratulacje.

Szkoda tylko, że prawie 10 lat temu strzał łapą uszedł Anglikowi na sucho...

Wiem, że Scholes nie jest żadnym brutalem, a w cynizmie i cwaniactwie daleko mu do Włochów, ale tak się złożyło, że... właśnie w konfrontacji z rywalami z Italii zarobił inną czerwoną kartkę, która zapadła mi w pamięć:

(co żarł ten komentator?!)

Fani MU rudowłosego pomocnika uwielbiają, ja go najzwyczajniej w świecie nie lubię. Zastanawiam się też, jakim cudem przez tyle lat mieści się w podstawowym składzie Czerwonych Diabłów. Dla mnie jedyną umiejętnością, jaką ma opanowaną w stopniu więcej niż dobrym jest uderzenie piłki. Ręką.

B.

Marcin, chodź na Widzew!

Pamiętam kiedy go pierwszy raz zobaczyłem. To był chyba rok 2003 i iTi coraz poważniej kręciło się wokół Widzewa (koniec końców nic z tego mariażu nie wyszło). W przerwie zimowej nakręcono krótki film dokumentalny ze zgrupowania łódzkiego klubu. Oprócz (wtedy jeszcze) trenera Wdowczyka i rzucającego dowcpicami Kazka Węgrzyna zwracał na siebie uwagę właśnie On. Chętnie gaworzył z piłkarzami, z niektórymi grał nawet w łapki:) Niewątpliwie jasny punkt klubowej szatni. Marcin Kaczorowski, niewidomy masażysta Widzewiaków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem dowiedziałem się, że obecność Marcina w klubie spowodowana jest w dużej mierze tym niezwykłym reportażem (tekst reportażu w nieco zmienionej wersji również tutaj). Niewidomy chłopak z Suwałk jeździ kilkaset kilometrów na każdy mecz Widzewa. Kocha ten klub. Mimo że nie widzi co się dzieje na boisku, zawsze najgłośniej śpiewa, krzyczy, dopinguje. Wiadomości o stanie meczu czerpie z trzymanego przy uchu radia albo od sąsiada. Nigdy nie obraża przeciwników: Przecież każdy z nich mógłby urodzić się w innym mieście i wtedy kibicowałby komu innemu. Dowiadują się o nim łódzcy działacze - Andrzej Pawelec zatrudnia go jako masażystę, łodzkie firmy pomogają znaleźć mieszkanie i organizują przeprowadzkę.

Minęło kilka lat. Marcin wciąż pracuje w Widzewie. Na stadionie poznał kobietę swojego życia, pobrał się z nią, ona urodziła mu dwójkę (niestety również niedowidzących) dzieci - Henia i Zośkę. Odzywa się również do niego Michał Jóźwiak - autor przełomowego tekstu sprzed kilku lat. Chce nakręcić dokument. Marcin godzi. Tak powstaje "Henio, idziemy na Widzew". W lipcu tego roku obraz na festiwalu Era Nowe Horyzonty zostaje zwycięzcą w kategorii filmów dokumentalnych.

Marcin o tym nie wie. Prosi włodarzy łódzkiego klubu o podwyższenie pensji do 1600zł. W rewanżu klub postanawia nie przedłużać z nim umowy. Marcin zarzeka się, że nigdy już nie przyjdzie na Widzew, ale po kilku dniach łamie się i idzie porozmawiać sobie ze stadionowym portierem (o sprawie pisała jakiś czas temu GW).

Nie wiem jak się skonczy ta historia. Może sztab odpowiedzialny za wizerunek klubu wyda komunikat, że jednak się pomylił, że to niedopatrzenie, że księgowa coś namieszała. Może będzie stanowczy: "Nie możemy się godzić na rozbuchane żądania naszych pracowników!". A może powie, że przemyślał sprawę i źle postąpił - będzie konferencja prasowa i uśmiechy. Finansowo na pewno da się całą sprawę odkręcić, na to nigdy nie jest za późno.

Ale czasem ważniejsza jest kwestia smaku. I mam nadzieje (życzę tego kibicom Widzewa, bo to oni stanowią o sile klubu), że za kilka lat (już dziś?) Marcin nie odpowie tak jak - parafrazując - Mendel Gdański z noweli Konopnickiej: Pan powiada, co u mnie nic nie umarło? Nu, u mnie umarło to, z czym ja się urodził, z czym ja trzydzieści i parę lat żył, z czym ja umierać myślał... Nu, u mnie umarło serce do tego klubu!...

P.

czwartek, 28 sierpnia 2008
Mundial nośnikiem ładu czyli "Święty ład. Rytuał i mit mundialu" Alberta Jawłowskiego

Piłka nożna często bywa tematem rozważań z pogranicza dziennikarstwa i paranauki. Pewna wiedza autora w dziedzinie sportu pozwala mu snuć pewne rozważania - w zamyśle naukowe - dotyczące porządku społecznego, mechanizów nim rządzącymi etc. (vide Foer). W przypadku książki Jawłowskiego sytuacja jest w zasadzie odwrotna. To pozycja naukowa dotycząca futbolu, a dokładniej odbywających się co 4 lata mistrostw świata. Właśnie naukowość tą książkę wyróżnia, lecz może też być dla niektórych przykrym zaskoczeniem - mało tu informacji iście kibicowskich, ciekawych historii i zaskakujących puent. Autor przedstawia w niej swoją koncepcję - skąd inąd ciekawą - postrzegania mundialu jako rytuału konfirmacyjnego a więc pewnego trwałego i ustrukturyzowanego wydarzenia o znaczeniu symbolicznym, które poprzez swoje przymioty oraz cykliczność występowania wzmacnia (konfirmuje) istniejący ład społeczny. Używka dla antropologów, socjologów, kulturoznawców. Dla kibiców w mniejszym stopniu. Na przeciw nim autor jednak również stara się wyjść serwując mniej skomplikowane wywody - obserwując etnocentryzm w relacjach prasowych lub sposób pisania o Orłach Engela. Jawłowski wreszcie robi ukłon również w stronę zupełnych laików piłkarskich przytaczając na 40 stronach encyklopedyczno-wikipedystyczny wyciąg z historii futbolu i historii mundialu. Dla każdego coś miłego.

Choć domyślam się, że taka struktura pracy mogła być w jakiś sposób wymuszona (to rozprawa doktorska autora), mnie osobiście razi niespójność książki. Obok rozdziałów bardzo wartościowych, będących sercem książki (kwestie widowiska, rytuału i karnawału) znajduje się zbyt wiele modułów doczepionych na siłę, po prostu nie przystających do całości (wspomniane wątki historyczne). Tym niemniej po książkę warto sięgnąć, ale polecam ją raczej osobom uprawiającym wiedzę akademicką. I w wybranych fragmentach.

A że górnolotna myśl zawsze miała silne związki z futbolem to wiadomo nie od dziś.

P.

Aalborg Boldspilklub, kopę lat!

Jakieś niecałe 3 tygodnie temu, pewna wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba: Saganowski wypożyczony do duńskiego mistrza - Aalborg BK! Ten transfer przebił nawet przejście Lilo do Polonii Słubice i Dudu Omagbemiego do Debreczyna! Ale od początku nie miała to być notka o Saganie (który na oficjalnej stronie figuruje w spillertruppen jako Marek Mirosław Saganowski i ma numer 10!) ani o innych zaskakujących transferach, a właśnie o duńskim klubie.

Rzut oka na obecną kadrę - szału ni ma. W pierwszej kolejności na twarz rzuca się jedno nazwisko: Siyabonga Nomvethe. Nie, żeby to był jakiś tuz, ale wystąpić 71 w kadrze Bafana Bafana i strzelić 15 goli, w tym zwycięskiego na Mundialu to jest jakieśtam osiągnięcie. Nazwisko drugie: Kasper Bøgelund (to duńskie przekreślone "o" zawsze mnie fascynowało) - 15-krotny duński reprezentant kraju i strzelec najładniejszego gola 2005 roku w Bundeslidze. Poza tym, kilka nic-nie-mówiących, ale za to jakich krótkich nazwisk: Curth, Due, Caca i Zaza (jeszcze Lala by im się przydał :)

I co? I taka drużynka, z Saganowskim w składzie, zagra sobie w Lidze Mistrzów. Po laniu sprawionym bośniackiej Modricy, ostatnią przeszkodą do piłkarskiego raju był litewski FBK Kowno. Nie pomogły interwencje Radżiusa i Mrowca, Duńczycy dwukrotnie odprawili Litwinów wynikiem 2:0. I przy całej sympatii dla pogromców ohydnych szkockich Rangersów, wolę jednak polskiego napastnika w Champions League (może coś by się udało ukąsić?) niż kolejnego obrońcę.

Jakie szanse w Lidze Mistrzów ma klub z Jutlandii? Zważając na ostatni, całkiem udany sezon w Pucharze UEFA, widać od razu, że nie jest to zespół, który da sobie w kaszę dmuchać:

faza rywal dom wyjazd
eliminacje HJK Helsinki 3:0 1:2
I runda Sampdoria Genua 0:0 2:2
grupa Anderlecht Bruksela 1:1 -
grupa Tottenham Hotspur - 2:3
grupa Getafe 1:2 -
grupa Hapoel Tel Aviv 3:1 -

Taki zestaw rezultatów dał czwarte miejsce w grupie z czteroma punktami (gdyby Wisła swego czasu 4 punkty ugrała, to z grupy Pucharu UEFA by wyszła...). A gola dla Anderlechtu w meczu grupowym strzelił pewien pan, którego spodenki w niektórych kręgach są uznawane za kultowe...


Jeśli do tego dodać, że na White Hart Lane Tottenham przegrywał z Duńczykami już 0:2... To dla mnie wystarczające powody, by z uwagą śledzić losy czerwono-białych w Champions League.

Nie będzie to jednak pierwszy start w Lidze Mistrzów AaB, a okoliczności poprzedniego awansu, warte są przypomnienia. W 1995 roku (tym samym, gdy Legia pokonywała IFK) w eliminacjach LM Aalborg został dwukrotnie pokonany przez Dynamo Kijów (3:1 i 1:0). Duńczycy już dawno zdążyli zapomnieć, że z Ukraińcami grali, gdy po pierwszej kolejce fazy grupowej wybuchła prawdziwa bomba: hiszpański sędzia Lopez Nieto oskarżył działaczy Dynama o próbę wręczenia 30 tysięcy dolarów i... dwóch futer przed meczem z Panathinaikosem Ateny. UEFA dała wiarę arbitrowi i Ukraińców z Ligi Mistrzów wyrzuciła, a na ich miejsce wskoczył Boldspilklub. A z tymi futrami, to mogło wyglądać tak...

Klubowi nie udało się jednak powtórzyć sukcesu reprezentacji z 1992 roku i zatriumfować po nieoczekiwanym dokoptowaniu do stawki. Łączny bilans - 4 punkty i ostatnie miejsce w grupie:

rywal
dom wyjazd
FC Porto 2:2 0:2
FC Nantes 0:2 1:3
Panathinaikos 2:1 0:2

Jeśli w tym roku Duńczykom uda się ugrać więcej niż zwycięstwo i remis, obiecuję poświęcić im kolejną notkę. Białoruskie BATE czy cypryjski Anorthosis to z pewnością większe kopciuszki od zespołu Saganowskiego, ale to właśnie za AaB, który zimą 1996 roku gościł w poznańskiej Arenie, będę jesienią trzymał kciuki.

B.

środa, 27 sierpnia 2008
Tryptyk bałkański: Chorwacja

Dubravka Ugresić w Kulturze kłamstwa pisała o Chorwacji, że to majstersztyk PR-owy. Że priorytetem włodarzy państwowych jest tworzenie mitu krainy idealnej, wysp szczęśliwych i miejsca na ziemi, w którym jedyną niedogodnością jest wysokie zasolenie ciepłego morza. Autorka przytacza nawet sytuację w której premier Chorwacji zachęca obywateli, aby ci wysyłali listy do swoich znajomych za granicą, w których opisywaliby idylliczność życia w ojczyźnie. Muszę przyznać, że mechanizm działa. W Chorwacji juz nikt nie pamięta o wojnie. Lub też nie chce o niej pamiętać. Mówiąc językiem marketingu - pozycjonuje się palmy i plaże a dziury w murach są już dawno załatane i przykryte planszami "rooms for rent". Jak blisko i jak daleko zarazem stąd do Bośni. Chorwacja żyje nowym życiem, a życie wybrzeża w szczególności uzależnione jest od jego nowego kształtu. Na mocy powojennych ustaleń niemal całe zachodnie wybrzeże Półwyspu Bałkańskiego przypadło państwu z szachownicą w herbie! To właśnie ten obszar stanowi główną siłę napędową chorwackiej gospodarki, to Split, Trogir czy Dubrownik stanowią o jej sile, a nie Zagrzeb czy przemysłowy Varażdin. Obywatele o tym wiedzą i starają się aby turystom włos z głowy nie spadł.

Mimo to mieszkancy nadadriatyckiego kraju pewnych barier nie przeskoczą - wciąż nie są finansowym tygrysem, co odbija się również na sytuacji sportowej. Chorwaci kochają sport. Ale można śmiało powiedzieć, że niczym rozsądny gracz rynkowy, specjalizują się w kilku dyscyplinach, a w reszcie biorą udział niemal hobbystycznie. Podczas pobytu tam miałem przyjemność po raz pierwszy w życiu obejrzeć... mecz piłki wodnej (waterpolo)! Mały szok kulturowy i niesamowite przeżycie zarazem. Ciepły wieczór, mała trybuna i zacięty mecz piłki wodnej - polecam:) A dostać się na mecz waterpolo nie jest szczególnie trudno, bo Chorwaci mają zupełnego fioła na punkcie tej dyscypliny i niemal każda nadmorska miejscowość ma swoją ekipę. Poza tym piłka wodna to dyscyplina w której bardzo mocne są całe Bałkany (Serbia, Czarnogóra) przez co mecze często stają się polem do rywalizacji między jeszcze niedawno zwaśnionymi krajami. Dlatego porażka z Czarnogórą w ćwierćfinale Igrzysk zabolała podwójnie.

 

Podobnie gorzką pigułką była porażka piłkarzy ręcznych, których autochtoni uwielbiają i mogą ich transmisje oglądać godzinami. Brak medalu w popularnym "rukomecie" po porażce z Hiszpanią w meczu o brąz (nomen omen Ci sami Hiszpanie pokonali Chorwatów w grze o 5 miejsce w waterpolo) sprawił, że całe Igrzyska nie były zbyt dobrze odbierane (pomimo 5 innych medali - srebra w skoku wzwyż i gimnastyce oraz brązy w taekwondo i strzelaniu). Poza tym popularna jest również koszykówka, wszystkie sporty wodne oraz sporty walki.

A jak się ma do tego wszystkiego piłka? Ano każdy kto chociaż pokątnie śledził Euro 2008 widział na co stać chorwackich futbolistów. Zwycięstwo z Austrią, Niemcami i oczywiście z Polską po czym pechowa (frajerska?) porażka z Turcją (do dziś nie mogę jej przeboleć). Chorwacja to europejska pierwsza liga, śmiało pukająca do absolutnej elity. Ma rzadko spotykany potencjał, jej zawodnicy występują w bardzo silnych europejskich klubach i odgrywają w nich pierwsze skrzypce (ułamek litanii - Krajncar, Modric, Eduardo, Tudor, Kovac....) a byłe gwiazdy angażują się w rozwój futbolu (Bilic, Suker, Prosinecki). Pisanie o całokształcie sytuacji chorwackiej piłki to zadanie tytaniczne, do którego wypełnienia nie czuję się kompetentny. Skupię się więc na jednej ciekawostce i polskich koligacjach:)

Zawsze kiedy myślałem o idealnej harmonii stadionu piłkarskiego i otoczenia przychodzi mi do głowy stadion w Bradze - pięknie wtopiony w skałę.

Podobną symbiozę, lecz na nieco mniejszą skalę spotkałem w Trogirze, zabytkowym mieście niedaleko Splitu. Tam oto boisko drugoligowego obecnie HNK Trogir przylega w całości do murów średniowiecznej starówki oraz okazałej baszty. Iście egzotyczny widok!

Gorzej sprawa się ma jeśli spojrzeć na piłkę chorwacką pod kątem jej reprezentantów w Polsce. Było ich 27 i subiektywnie pogrupowałem te indywiduua w 4 kategorie (niestety z dużą dyslokacją zasobów):

Chorwackie Jeżowce czyli tzw. trzeci sort kubanskich pomarańczy. Jedyne co można o nich powiedzieć, to to, że zagrali w ekstraklasie. W najlepszym wypadku nic nie zepsuli. W najgorszym stali się piątą kolumną drużyny przeciwnika:)

Nikola Simic - 2 mecze, Pogoń Szczecin, 1999

Anto Petrovic - 8 meczów, Górnik Łęczna, 2005; Chorwat urodzony w Bośni; jedyne co uważam za ciekawe w jego życiorysie (mimo że występował w Sturmie Graz i Chinach) to fakt, że jest podobny do Marka Zająca:)

Grgica Kovac - 10 meczów, Orlen Płock, 2001

Mario Andracic - 17 meczów, Górnik Zabrze, 2002/2003

Mladen Alajbeg - 5 meczów, Polonia Warszawa, 1999/2000; mistrz Polski z Polonią!:) poza tym to porażka całą gębą, w niższych ligach w Wisłoce Dębica i Świcie NDM, ostatnio kontynuował karierę na... Brunei! (królestwo za informacje o jegotamtejszych strzeleckich popisach)

Lek Kcira - 6 meczów, Górnik Łęczna, 2006; Albańczyk z Kosowa, obecnie w SK Tirana

Damir Kurtovic - 7 meczow, GKS Katowice, 2003

Dalibor Możanic - 9 meczów, Górnik Zabrze, 2000

Tomislav Visevic - 10 meczów, Zagłębie Lubin, 2006/2007; mistrz Polski z miedziowych klubem, choć na wiosnę już nie zagrał, poza tym obieżyświat - ma w dorobku kluby z Ukrainy, Bośni, Chorwacji i Azerbejdżanu (tam nawet mistrzostwo 2004/2005 z Neftczi Baku)

Stipe Matic - 7 meczów, Górnik Zabrze, 2006; choć w CV kluby ze Szwajcarii i Izraela na Śląsku bardzo biednie

Josko Samardzic - 12 meczów i 1 gol, KSZO Ostrowiec, 2003; stały punkt ostrowieckiej obrony, która jednak była mierna, dziś na Słowacji

Ronald Siklic - 27 meczów, Dyskobolia Grodzisk, Odra Wodzisław, Górnik Łęczna (II liga - Lechia Gdańsk), 2003-2006; bezbarwny i nijaki, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca, tym bardziej dziwi, że obecnie w... Slavii Praga

Toni Jurjev - 1 mecz, Ruch Chorzów, 2002, bramkarz z przeszłością w Belgii, ale w Chorzowie tylko ławka

Matko Perdijic - 2 mecze, Ruch Chorzów, 2007 - wciąż; kontynuuje tradycje chorwackich rezerwowych bramkarzy w Ruchu rozpoczętą przez Jurjeva, gdy się widzi jego grę chce się krzyknąć "O Matko!":)

Danijel Madaric - 25 meczów, Zagłębie Lubin, 2003-2006; trzy sezony w Zagłębiu - solidny w drugiej lidze, w I lidze liczne kompromitacje, wreszcie ławka rezerwowych na rzecz Liberdy

Matija Kristic - 4 mecze i 1 gol, Zagłębie Lubin, 2005; choć w ojczyźnie pewne miejsce w silnym Varteksie Varażdnin to w Lubinie nieporozumienie, szybkie przesunięcie do rezerw i powrót do Chorwacji

Branko Hucika - 10 meczów i 1 gol, Polonia Warszawa, 2006; drewniany jak cała ówczesna obrona Polonii, która zafundowała temu klubowi spadek, na dodatek brutal - 7 żółtych kartek w 10 meczach!

(teraz moje ulubione dwa przypadki)

Ivan Udarevic - 22 mecze i 2 gole, Polonia Warszawa i ŁKS, 2004-wciąż z roczną przerwą na sezon 2005/2006; ktoś się może żachnąć i powiedzieć, że to solidny zawodnik - dla mnie zawsze był tępym rzeźnikiem, którego jedynym celem było pogruchotanie rywalom kości, jego dorobek w premierowym sezonie w Polsce mówi sam za siebie - 21 meczów, 9 żółtych kartek, 2 czerwone - przyjaźnił się z Huciką:) obecnie kontynuuje misję w III-ligowej Ilance Rzepin - w 4 meczach zdobył 3 żółte kartki; w pewnym momencie na skutek dziwnych układów menedźersko-koleżeńskich miał trafić do.. Wisły Kraków

Andy Bara - 3 mecze, Legia Warszawa, Świt NDM (potem III liga dla Delty Warszawa), 2003/2004; przychodził do Legii w akompaniamencie fanfar i z informacją, że terminował w Valencii i Logrones a w młodzieżowej reprezentacji Chorwacji rozegrał 60 spotkań; był tak dobry, że Legia... od razu wypożyczyła go do Świtu a potem do Delty. W koszulce z eLką nigdy nie zagrał, a ostatnio widziano go na Brunei i w Malezji

Chorwackie Piwo czyli w sumie nie jest złe, ale gdyby można było wybierać to sięga się po nie w dalszej kolejności.

Damir Maretic - 11 meczów i 1 gol, Pogoń Szczecin, 1999; w przeciwienstwie do swojego kolegi Simica był wartościowym uzupełnieniem ówczesnej Pogoni

Toni Golem - 42 mecze, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów, 2005-2008; jak na Łęczne to solidny, na Ruch już nieco mniej; średniak choć na tle swych rodaków prezentował się nie najgorzej

Mate Lacic - 47 meczów i 1 gol, Dyskobolia Grodzisk, Zaglębie Lubin, 2005-wciąż; solidny obrońca, mający za sobą występy w amatorach TSV Monachium i mistrzostwo Bośni z NK Siroki Brijeg

Żankarlo Simunic - 10 meczów, Polonia Warszawa, 2006 (potem w II lidze do 2008 roku); na spadkową beznadzieję Polonii byl w sam raz - ani boski jak Jaszyn, ani kiepski jak grający kilka metrów przed nim Hucika czy Igwe, poza tym solidna gra w II lidze dla Polonii, obecnie stosuje sobie krioterapię u boku Tomasza Stolpy na Islandii w klubie którego nazwę można wymówić płynnie dopiero po 10 piwach - Ungmennafélag Grindavíkur

Chorwackie Słońce czyli zawsze warto znajdować się w jego pobliżu.

Ivica Krizanac - 62 mecze i 5 goli, Górnik Zabrze i Dyskobolia Grodzisk, 2002-2004;

 

Sokole Oko wśród ślepców, podpora każdej defensywy w której występował (wyróżniający się w Górniku, świetny w Groclinie), równo grający, potężny i skuteczny, w ogóle jeden z lepszych obcokrajowców ostatnimi czasy w Polsce a już na pewno najbardziej utytuowany - w maju tak się cieszył:

W ostatnim meczu ze Słowenią zadebiutował w reprezentacji Chorwacji.

Chorwackie Krzyżówki - jeszcze nie wiemy co z tego będzie, chwilkę trzeba odczekać.

Boris Radovanovic - Lechia Gdańsk

Frane Cacic - Lechia Gdańsk; trzkrotny mistrz Chorwacji z NK Zagrzeb i Hajdukiem Split, w których - co jest rzadkością u przybywających do nas "mistrzów" regularnie grał, może Lechia będzie z niego miała pociechę

Ivan Turina - Lech Poznań; dwukrotny mistrz Chorwacji z Dinamem Zagrzeb, występy w Lidze Mistrzów z tymże, w sezonie 2005/2006 najlepszy zawodnik ligi, 1 występ w reprezentacji Chorwacji (mecz z Hong Kongiem); ostatnio w Skodzie Xanthi, ale się nie zagrywał. Ciekawy zawodnik a że Kolejorz potrzebuje bramkarza jak kania dżdżu, więc widzę przed nim ciekawą przyszłość na Bułgarskiej.

Tak więc z Chorwatami w Polsce jest jak z chorwacką piosenką - generalnie folkowe truchło, ale czasem trafi się jakiś grający na gitarze Slaven Bilić:)

P.