Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 21 sierpnia 2008
Zawiedliście nas!* czyli nie będzie ''Fakt'' pluł w twarz szczypiornistom

Ciężko prowadzić polemikę z komentarzami prasowymi, ale tym razem czuję się wybitnie sprowokowany przez ''Fakt''. Skrajne szydzenie z podopiecznych Wenty, którą (pomimo wpadek i z Islandią i z Hiszpanią) uważam za najbardziej charakterną polską drużynę jaką pamiętamy, nie mogło zostać bez reakcji.


Komentator ''Przeglądu Sportowego'' w ''Fakcie'':

''Polscy szczypiorniści, czyli frajerstwo i głupota''

Oto komentarz pisany w stylu, w jakim drużyna polskich piłkarzy ręcznych przegrała z Islandią:

No to jadziem. Zaczynamy normalnie z wyższością, powieziemy tych zmarzluchów, na dzień dobry zapodamy im ''piątkę'', to się nie podniosą. Bez nerwów trzeba przejść do rzeczy, dostojnie. Siłą spokoju ich walniemy. To nic, że obrony nie ma, a w ataku drepczemy w miejscu. Pod kontrolą sytuacja jest, luzik.

Zaraz, chwilunia, jak to oni już trzema golami prowadzą? No nie tak to miało być! To my tu sztuczkami się popisujemy, za plecków rzucamy, przeciskamy się bez sensu, walcząc pod kołem a oni co? Myk, myk i bramki zdobywają? Szybsiejsi są? Bramkarza nam oszukują?

Rany boskie, toż to zaraz koniec! Do roboty trzeba się brać, natychmiast do roboty! Gonić, łapać, pędzić! Co jest z tym zegarem, przesterowany jakiś? I gdzie ten islandzki gamoń się pcha? Wynocha! To my tu tryumfować mieliśmy, a oni nas, skubańcy, bezczelnie ogrywają?

Uuuuu... Płakać się chce i wyć. Wykiwali nas. Za bardzo wygrać chcieliśmy, błędów więc narobiliśmy. Smutek i żal po prostu, aż łzy się do oczu cisną.

Taki właśnie powinien być komentarz, aby oddać w pełni styl gry naszych szczypiornistów. Mówiąc krótko: frajerstwo i głupota.



Ja na to:

''Komentarz w 'Fakcie', czyli...''

Oto komentarz do komentarza pisany w stylu, w jakim drużyna polskich piłkarzy ręcznych została obrażona w ''Fakcie'':

No to jadziem. Zacznę normalnie z wyższością, z wysokości mojego stołka naczelnego największego dziennika sportowego w Polsce, a ponieważ tekst ukaże się na zawsze gościnnych łamach najlepiej sprzedającej się polskiej gazety, to nie ma co się szczypać z tymi szczypiornistami, powiezie się ich. Na dzień dobry zapodam im, że to co zrobili, to frajerstwo i głupota, to się nie podniosą. O, nawet do tytułu to wrzucę. Siłą spokoju ich walnę. To nic, że to co piszę sensu nie ma, a w swoim ataku nie używam argumentów. Pod pręgierzem ich ustawię i tyle, luzik.

Zaraz, chwilunia, wcześniej za trzy mecze ich bardzo chwaliliśmy? No nie tak to miało być! To my tu kpiące teksty jeszcze przed meczami piszemy, ja nawet porcję drwin na wypadek porażki z Chinami gotową miałem, a oni
co? Myk, myk i bramki zdobywają? Z mistrzami świata i mistrzami olimpijskimi wygrywają? Co jest z tym Wentą, zagraniczny jakiś? Żadnych durnych tłumaczeń porażki nawet nie ma? Wynocha! To my tu tryumfować mieliśmy, ale od samego początku, a nie (nie licząc meczu z Hiszpanią), że z totalnym pojazdem musiałem aż do ćwierćfinału czekać.

Uuuuu... Płakać się chce i wyć. Wykiwali nas. Za bardzo drwić chcieliśmy, błędów więc narobiliśmy. Smutek i żal, jak śmieli tak zwyczajnie przegrać, nie na przykład po błędzie bramkarza w ostatniej sekundzie. Teraz będę musiał zmyślać jakieś kosmiczne powody ich porażki. Może lekceważenie przeciwnika, ale to samo w sobie słabe,
będzie trzeba podkręcić mocno tę wersję. Ech, znowu robota bajkopisarska, aż łzy się do oczu cisną.

Taki właśnie powinien być komentarz, aby oddać w pełni styl komentarza w ''Fakcie''. Mówiąc krótko: frajerstwo i głupota.


----------------------
* ''Zawiedliście nas!'' - tytuł relacji z meczu Polska - Islandia w ''Fakcie''

 

PS Notka pierwotnie była przeznaczona do 'popularnego serwisu sportowego', ale ponieważ nie mogła tam wisieć - jest tutaj. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Perła Kaukazu cz. I

Gruzjo, jesteś wyjątkowa! - tymi słowami podczas wizyty w Tbilisi, przed ponad trzema laty, prezydent USA George W. Bush wyraził pogląd, z którym podejmowanie jakiejkolwiek polemiki byłoby równie pozbawione sensu, co łapanie komara na wędkę. Ale Gruzja jest fenomenem również na piłkarskiej mapie Europy - ustalmy to już na wstępie i raz na zawsze :)

 Ten tekst pisał się gdzieś w głowie i w sercu od dłuższego już czasu. Dziś, gdy agresja wojsk rosyjskich na terytorium Gruzji sieje wśród jej mieszkańców śmierć, strach i zniszczenie, mówienie o piłce nożnej może się wydać niezbyt stosownym ku temu momentem. Ale może też być bardzo szczerym w swej prostocie wyrazem głębokiego podziwu i ogromnej sympatii dla członków tego wspaniałego narodu.

Gdy na początku sierpnia świat obiegła informacja, że w miejsce zdymisjonowanego Klausa Toppmoellera nowym selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Gruzji został Argentyńczyk Hector Cuper, powitałem ją z umiarkowaną nadzieją. Kiedy Toppmoeller obejmował stanowisko trenera narodowej reprezentacji "Perły Kaukazu" wierzyłem, że to jest właśnie ta chwila. No bo w końcu kto jak nie niemiecki (utytułowany w dodatku) szkoleniowiec, może wreszcie oszlifować taktykcznie - bajecznych technicznie gruzińskich futbolistów. Ale Toppiego już tu nie ma. Tak jak nie został nawet ślad po jego poprzednikach z zachodniego świata na trenerskiej ławce w górzystym kraju: Johannie Boskampie, Ivo Susaku, Alain Giresse. Czy Hector Cuper - człowiek, który prowadził do sukcesów Valencię i Inter Mediolan podoła wyzwaniu zbudowania wreszcie w Gruzji drużyny narodowej, przed którą zadrżą najpotężniejsze siły na starym kontynencie? Nie ulega przecież wątpliwości, że gdzie jak gdzie, ale tu akurat, budować jest z czego, czy raczej z kogo...

Moje pierwsze zetknięcie z gruzińskim futbolem dokonało się na początku lat 90. za sprawą napastnika sprowadzonego do Polski, by pomóc GKS Katowice w wywalczeniu upragnionego (a nie zdobytego do dziś) tytułu Mistrza Polski. Facet nazywał się Gija Guruli i choć przyjeżdżał na Śląsk w aurze króla strzelców ligi gruzińskiej (w 25 meczach strzelił dla Iberii Tbilisi 23 gole!), to przywoził ze sobą również w pakiecie dość poważną kontuzję, którą leczył potem przez następnych kilka ładnych miesięcy. Ale gdy już wyleczył... Do dziś uważam go za jednego ze ścisłej, nielicznej elity, najlepszych piłkarsko obcokrajowców, jacy kiedykolwiek przewinęli się przez naszą ekstraklasę i którzy swym pojawieniem się w niej ogromnie ją ubogacili.

Choć Guruli nie powtórzył już u nas strzeleckich wyczynów (36 meczów i 11 goli) z czasu gry we własnej ojczyźnie to jednak swoją grą po prostu czarował, wprowadzał nową jakość, świeżość pomysłów na boisku. Pamiętam wiosenne spokanie Lecha Poznań i GKS Katowice z 1992 roku, na murawie niemal połowa ówczesnej reprezentacji Polski, same duże nazwiska: Sidorczuk, Rzepka, Moskal, Skrzypczak, Juskowiak, Podbrożny, Trzeciak, Lesiak, Szewczyk, Ledwoń, bracia Świerczewscy. Ale to na Gurulego "się szło" i to na jego grę patrzyło się z największą przyjemnością. Klasę niemłodego już przecież napastnika Katowic docenili włodarze francuskiego Le Havre, którzy ściągnęli go do siebie, a on odwdzięczył się im kilkunastoma bramkami strzelonymi w ciągu dwu sezonów.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Wiosna, rok 1995. Gruzini, w swym pierwszym oficjalnym turnieju eliminacyjnym do Mistrzostw Eurpopy (w Anglii) mierzą się z późniejszymi zwycięzcami tej imprezy - Niemcami. Po raz pierwszy w życiu mam okazję oglądać grę reprezentacji Gruzji, a zasiadam przed telewizorem ze zdwojoną ciekawością, bo w jej szeregach wybiega na boisko piłkarz grający w naszej lidze - Zaza Rewiszwili. Minęło wiele lat, ale tamtego spotkania pewnie jeszcze długo nie zapomnę. Zupełnie nieznani mi (poza wspomnianym Rewiszwilim, który tu akurat należał do mniej wyróżniających się) piłkarze robili na boisku dosłownie co tylko chcieli. Grając ze zdecydowanie najsilniejszą wówczas w Europie drużyną po prostu bawili się piłką, raz po raz ośmieszjąc rywali. To było jak świeży, ożywczy powiew w nieco skostniałym europejskim futbolu. Gruzini grali naprawdę cudownie, pięknie, porywająco. Sztuczkami technicznymi z tego spotkania można by obdzielić kilkanaście ostatnich sezonów polskiej ekstraklasy. Oczywiście Niemcy, jak to Niemcy, mecz wygrali, ale to co pokazali Gruzini wywarło na mnie ogromne wrażenie. Szczególnym objawieniem tego wieczoru był młodziutki, 21 letni wówczas, zawodnik z numerem "10" na koszulce - prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju perła Kaukazu. Georgi Kinkładze, o którego istnieniu aż do tego dnia nie miałem zielonego nawet pojęcia, swymi popisami w tym spotkaniu przyćmił wszystkich pozostałych bohaterów wieczoru. A był przecież wówczas dopiero u progu swojej kariery. Kinkładze był najprawdopodobniej najlepszym piłkarzem w stosunkowo krótkich dziejach niepodległej Gruzji. Po niepowodzeniach w Saarbrucken i wielkim Boca Juniors, dokąd wyjechał jako młody chłopak, przyszły wspaniałe lata gry gry w Manchester City, gdzie był niekwestionowaną gwiazdą (3 sezony, 106 meczów i 20 goli), Ajaxie Amsterdam, Derby County a potem również, u schyłku kariery w Anorthossisie Famagusta i Rubiniu Kazań. Kinkładze był piłkarzem o wybitnych umiejętnościach technicznych i wspaniałym dryblingu, niezwykle błyskotliwym, dynamicznym, fantastycznie operującym piłką. Oglądanie jego gry było prawdziwą przyjemnością.

 

Kolejną, niezwykle ważną wizytówką gruzińskiej piłki jest też na pewno Temur Kecbaja. Piłkarz z charakterystyczną łysinką na głowie, ale także fenomenalną siłą i precyzją strzału oraz wyszkoleniem technicznym nieodbiegającym od tego jakim dysponował Kinkładze, swymi popisami czarował podczas gry m.in. w AEK Ateny, Newcastle, Wolverhampton, Dundee i Anorthossisie.

Wśród wirtuozów którzy rozsławili gruziński futbol na świecie nie sposób nie wymienić Szoty Arweładze. Piłkarz, który na początku lat 90. testowany przez Ruch nie zaskarbił sobie uznania w oczach włodarzy chorzowskiego zespołu, zrobił niesamowitą wręcz karierę w klubowej piłce. Arweładze jest wybuchową mieszanką cudownej, chyba wrodzonej gruzińskiej techniki, z niebywałą skutecznością. Bramkostrzelność tego napastnika uczyniła go na długie lata obiektem westchnień trenerów wszystkich czołowych klubów Europy. Zresztą niech o jego skuteczności przekonają nas cyferki. Dla Dinama Tbilisi Szota Arweładze ustrzelił 62 gole w lidze, dla Trabzonsporu 61, Ajaxu Amsterdam 54, Glasgow Rangers 44, AZ Alkmaar 36. Kresu kariery wyczekuje w hiszpańskim Levante.

W pierwszym szeregu gruzińskiego gwiazdozboru na pewno niestosownym byłoby nie wspomnieć o ogromnie utytułowanym Kachaberze Kaładze. Obrońca, kapitan i chyba najbardziej obecnie rozpoznawalna twarz piłkarskiej reprezentacji Gruzji. Po 3 latach gry w kijowskim Dynamie, już od 10 sezonów biega po boiskach jednej z najsilniejszych lig na świecie - Serie A, przywdziewając trykot wielkiego AC Milan.

Renomę i świetną markę w Europie wyrobił sobie swą grą, występujący od 10 lat na boiskach Bundesligi Lewan Kobiaszwili, na którego bardzo mocno stawiał Toppmoeller upatrując w nim reżysera i dyrygenta poczynań prowadzonego przez siebie narodowego zespołu.

 

niedziela, 10 sierpnia 2008
Perła Kaukazu cz. II

Przejdź do części pierwszej

Nie sposób wymienić tu wszystkich wspaniałych gruzińskich piłkarzy, którzy czarowali europejskie stadiony swymi błyskotliwymi zagraniami. Na pewno jednym z nich był Georgi Nemsadze - strzelec pamiętnej bramki z rzutu karnego w rewanżowym spotkaniu Dinama Tbilisi z Wisłą Kraków, który to gol, tę ostatnią pozbawił nadziei na grę w fazie grupowej Pucharu UEFA. Nemsadze to piłkarz nie do przecenienia dla reprezentacji Gruzji, przez wiele lat odgrywał w niej centralną rolę. Występował m.in. w Trabzonsporze, Grashoppers, Reggianie czy Dundee.

Solidnym obrońcą, grającym na bardzo wysokim poziomie jest z pewnością filar reprezentacyjnej obrony Zurab Chizaniszwili. Zawodnik ten od 2000 roku występuje na Wyspach, gdzie najpierw występował w szkockich: Dundee i Glasgow Rangers, a obecnie przywdziewa barwy Blackburn Rovers.

Wśród pozostałych gruzińskich pilkarzy, którzy swymi występami w barwach klubowych tudzież reprezentacjnych uświetniali europejskie boiska należy przede wszystkim przypomnieć takie nazwiska jak:

Gocha Jamarauli (Trabzonspor, Zurich, Luzern; jego bramka strzelona w eliminacyjnym meczu do MŚ 2002 Węgrom była majstersztykiem dryblingu i techniki jakiego nie ogląda się zbyt często na europejskich boiskach)

Giorgi Gakhokidze (3 sezony w PSV Eindhoven, potem Twente Enschede)

Kacha Cchadadze (wiele sezonów na boiskach Niemiec - filar defensywy Eintrachtu Frankfurt i Anglii - Manchester City)

Michaił Kawełaszwili (Manchester City, Grashoppers, FC Zurich, Luzern, Sion, Aarau, Basel)

Aleksandr Jaszwili (wiele lat gry w Bundeslidze, w której strzelił ponad 50 goli)

Arcził Arweładze (3 sezony w FC Koeln, przedtem też Trabzonspor i Breda)

Rewaz Arweładze (FC Koeln, Mechelen)

Murtaz Szelija (Saarbrucken, Manchester City)

Lewan Ckitiszwili (7 sezonów we Freiburgu, potem m.in. Wolfsburg i Panionios)

Kacha Gogiczaiszwili (m.in. Hapoel Aszkelon)

Malchaz Asatiani (Lokomotiw Moskwa)

David Mujiri (Sturm Graz)

Niezmiennie za największy niewykorzystany talent uchodzi Georgi Demetradze, który ściągnięty swego czasu za krocie miał zastąpić w Dynamie Kijów odchodzącego do Milanu Szewczenkę. Wyszło mu to tak sobie. Demetradze grywał też m.in. w Feyenoordzie i Realu Sociedad, a obecnie biega po boiskach Ukrainy. Ale w Gruzji wciąż czekają na przebudzenie jego nieprzeciętnego przecież talentu, którego przebłyski od czasu do czasu piłkarz ujawnia. Jak choćby podczas tego dryblingu, którym wypracował bramkę Szocie Arweładze w eliminacyjnym meczu ze Szkocją

Gruzińscy piłkarze raczej nie grywali ogonów i nie grzali ławy w zachodnich klubach. Zawdzięczali to chyba po prostu swym wysokim umiejętnościom czysto piłkarskim. Jest swoistym i zdumiewającym fenomenem ta cechująca ich niesamowita, brylantowa wręcz technika. Czy poza reprezentacjami Portugalii i Hiszpanii ktokolwiek gra jeszcze w Europie równie efektownie dla oka co Gruzini? Przecież każdy mecz z udziałem gruzińskiej drużyny to prawdziwa uczta. I nie chodzi tu tylko o reprezentację. W ubiegłym sezonie niedoszły Mistrz Polski GKS Bełchatów potykał się z Ameri Tbilisi, zespołem środka tabeli, który w Pucharze UEFA wystąpił tylko dzięki zdobyciu Pucharu Gruzji. Wydawałoby się, że bełchatowianie nie powinni mieć problemu z pokonaniem rywala. I już nie o to chodzi, że mieli i to ogromny, a awans wyszarpali po serii jedenastek. Chodzi raczej o to, że w rewanżowym meczu w Tbilisi, który to Ameri wygrało tylko 2:0, a powinno co najmniej trzykrotnie wyżej, nawet kibicując polskiej drużynie nie sposób było nie podziwiać błyskotliwej, opartej na wspaniałym wyszkoleniu technicznym gry gruzińskiej drużyny. Momentami aż żal było patrzeć, jak wicemistrzowie Polski ganiali po boisku z wywalonymi ze zmęczenia językami a zawodnicy Ameri z uśmiechem na ustach bawili się piłką.

Jednocześnie jednak fenomenem jest też fakt, że Gruzini od dawna już cierpią na brak jakichkolwiek sukcesów na arenie międzynarodowej. Wywalczone w 1981 roku przez Dinamo Tbilsi, a nieistniejące już zreszta trofeum Pucharu Zdobywców Pucharów to ostatni podryg sukcesu w gruzińskim futbolu. Niesamowita akcja, którą na 3 minuty przed końcem finałowego meczu przeprowadził Witali Daraselia, z racji deficytu jakichkolwiek nowszych osiągnięć, pełni zapewne w Gruzji rolę podobną do uczenia się u nas na pamięć bramki Jana Domarskiego przed każdym następnym zbliającym się meczem z Anglią.

Bo Gruzini tak naprawdę poza wspomnianym 1981 rokiem nie osiągnęli na międzynarodowej arenie dosłownie nic. Kibice gruzińscy musieli zadowalać się pojedynczymi sukcesikami, tak klubowymi jak i reprezentacyjnymi. Owszem, było wyeliminowanie w 1979 roku w wielkim stylu przez Dinamo Liverpoolu po wyśmienitym zwycięstwie 3:0 w Tbilisi.

Było też przejście Interu w roku 1977, dzięki zwycięskiej bramce zdobytej przez Dawida Kipianiego w Mediolanie, a dziesięć lat temu (1998 rok) zażarta batalia z Athletic Bilbao o udział w Lidze Mistrzów (2:1 w Tbilisi i porażka 0:1 w Bilbao, choć przez niemal godzinę Dinamo utrzymywało się w Champions League) czy wreszcie awans kosztem praskiej Slavii i krakowskiej Wisły do grupowej fazy Pucharu UEFA, w roku 2004 (gdzie Dinamo doznało jednak samych porażek). Ale to już wszystko na co było stać gruzińską klubową piłkę w ostatnich dekadach.

Krajobraz reprezentacyjny, jest jeszcze mniej naszpikowany choćby namiastkami sukcesu. Bo Gruzja gra chimerycznie. W jednym turnieju eliminacyjnym potrafi wygrać 2:1 z silnym zespołem Bułgarii (wówczas czwarte miejsce w świecie) lub 5:0 z Walią, by następnie przegrać oba mecze ze słabą Mołdawią. Wyniki tej kaukaskiej reprezentacji nacechowane są kompletnym brakiem jakiejkolwiek przewidywalności. Bo Gruzini, gdy mają dobry dzień są w stanie powalczyć o korzystny rezultat niemal z każdym. Mogą wygrać u siebie z Polską 3:0 (el. MŚ 98), Szkocją 2:0 (el. ME 2008), Rosją 1:0 (el. MŚ 2002) lub zremisować z Włochami 0:0 (el. MŚ 98) i Danią 2:2 (el. MŚ 2006) a na wyjeździe z Rumunią 1:1 (el. MŚ 2002) czy Turcją 1:1 (el. MŚ 2006), by potem rozbroić swych kibiców z mocarstwowych zapędów obezwładniającymi porażkami z Mołdawią czy Albanią.

 

 

 
Nie oszukujmy się, w chwili obecnej reprezentacja narodu, który na przestrzeni dziesięcioleci okraszał światowy futbol piłkarzami tej klasy co Metreweli, Churciława, Meschi, Czocheli, Dzodzuaszwili, Asatiani, Nodia, Kipiani, Cziwadze, Sułakwelidze, Daraselia, Szengelia, Kinkładze, Kecbaja, Arweładze czy Kaładze, i któremu zasobu talentów pozazdrościć mogą nawet najwięksi, miota się gdzieś w ogonie licznej gromadki starokontynentalnych teamów ganiających za piłką po zielonej murawie.
 
 
 
Czy Hector Cuper, nowy zarządca gruzińską kopalnią piłkarskich diamentów, jest osobą, która zdoła wreszcie dokonać przełomowego kroku i stworzy silny narodowy zespół, na miarę potencjału jakim Gruzini dysponują? Życzę mu tego z całego serca, bo zyska na tym cała europejska rodzina piłkarska.

 

czwartek, 07 sierpnia 2008
Jak Foer wyjaśnia świat (?). "Jak futbol wyjaśnia świat czyli nieprawdopodobna teoria globalizacji"

Książka Foera to bardzo interesująca pozycja, którą jednak czytając na różnych płaszczyznach borykam się z pewnymi problemami poznawczymi.

Po pierwsze czytam ją jako kibic. Jest pyszna. Mnóstwo smakowitych wątków, często ezoterycznych nawet dla osób, które pasjonują się piłką. Kapitalny rozdział o Arkanie (Żeljko Raznatović) i jego imperium - niby gdzieś się o tym słyszało, coś się wie, ale jednak nie do końca. Pomyśleć, że kolega poniżej był przez lata capo di tutti capi jugosławiańskich rozgrywek ligowych.

Autor odwala kawał solidnej dziennikarskiej roboty - nie ogranicza się do serwowania wytartych klisz i sprawdzonych faktów (co zdarza mu się niestety w późniejszych rozdziałach), ale szuka również opinii - rozmawia z żoną Arkana, zarządcą stadionu Obilica. Zresztą wśród kibiców Obilica kult Miłośnika Tygrysów jest wciąż żywy.

Co ciekawe i jakoś niezbyt nagłośnione, trenerem Obilica w sezonie, w którym terroryzując pół ligi sięgnął po mistrzostwo był... Dragomir Okuka.

Równie interesujące są rozdziały o korupcji w brazylijskiej piłce czy fragment o futbolu węgierskim. Dla kibica do solidny zastrzyk nowych wiadomości i potencjalny zaczątek własnych poszukiwań. Gorzej jednak gdy autor brnie w banał i porusza się po stereotypach (domyślam się, że może to być po części chęcią dotarcia do amerykańskiego odbiorcy, jednak chwilami zęby bolą od czytania "ukraińskim charakterze gry") - rozdział o kibicach w Glasgow praktycznie nie wnosi nic nowego, podobnie rzecz się z fragmentem o Iranie - choć interesujący, jest praktycznie wypisem zdarzeń historycznych, wreszcie kawałek o Nigeryjczyku we Lwowie - zderzenie cywilizacji w wersji dla licealistów. Tak więc książka widziana oczami mnie-kibica jest nierówna - chwilami świetna, chwilami przeciętna.

Po drugie czytam ją jako osoba nie stroniąca od książek, prasy i reportaży. "Jak futbol wyjaśnia świat" to lektura bardzo strawna, czytająca się lekko i bez zaparć. Choć chwilami razi pewną naiwnością w rozumieniu piłki, to jednak dociekliwość autora i w wielu przypadkach "wsadzanie głowy tam gdzie inni bali by się wsadzić nogę" daje dobry literacko efekt. Z jednej strony, dobierani do rozmów ludzie zwykle mają coś intersującego do powiedzenia, z drugiej strony mobilność Foera czyni relacje świeżą i wiarygodną (rozdział z serca treningowego AC Milan). Kawał dobrej dziennikarskiej roboty.

Po trzecie wreszcie do tej pozycji podchodzę jako socjolog. Książka nie kryje się ze swoimi ambicjami - wszak ma wyjaśnić rolę futbolu w procesach globalizacyjnych. I tu niestety autor poległ na całej linii. Niby wciąż przytacza autorytety ze świata nauki i - nazwijmy to - myśli górnolotnej, jednak sam wciąż pozostaje na obszarze dziennikarstwa i raczej relacjonuje niż tworzy coś nowego. Poza tym jego praca jako całość popierająca pewną tezę (mniej więcej brzmiącą tak: globalizacja = zło) jest niespójna i w wielu miejscach razi naciąganiem rzeczywistości (rozdział o Barcelonie). Bardziej interesujący pod kątem socjologicznym wydaje mi się fakt postrzegania pewnych "naszych", europejskich mechanizmów przez Amerykanina - człowieka z zewnątrz, outsidera, współczesną namiastkę Tocquevilla (tylko, że dziajającą w odwrotnym kierunku geograficznym).

Podsumowując, "Jak futbol wyjaśnia..." jest pozycją niewątpliwie wartą przeczytania - każdy kibic znajdzie tu coś dla siebie a i miłośnicy dobrej dziennikarskiej ręki nie umrą tu na pewno w bólach. Słowem, ciekawy zbiór historii-relacji piłkarskich, z nieco chybionymi ambicjami naukowymi, ale z pewnością godny lektury. Ten pan z pewnością dziełko Foera przeczyta:

P.

Jerozolima wyzwolona, czyli trzy po trzy po meczu Wisła - Beitar
R:
Krakowska Wisła dokonała dziś rzeczy bardzo pięknej i nader szlachetnej. Uwolniła bieżącą edycję europejskich pucharów od drużyny, która sprawia wrażenie jakby grała w piłkę za karę. Wyzwoliła też Jerozolimę od niechybnej traumy po spotkaniach z katalońskim walcem, po których to spotkaniach zapewne większość piłkarzy Beitaru dochodziłaby do równowagi psychicznej przez następny rok. Myślę, że również i kibice izraelscy docenią kiedyś, po latach, ten gest ze strony grajków z białą gwiazdą na piersi. A na razie potrwajmy przez chwilę w zamyśleniu nad tym, jak to możliwe, że drużyna z chorwackim bramkarzem, który chyba tylko w skutek recesji na rynku rozrywki nie dostał etatu w cyrku, oraz obrońcami i napastnikami, którzy na widok nadlatującej piłki zachowują się jakby grali w dwa ognie, zdobyła mistrzostwo Izraela a w pierwszym meczu ograła wiślaków 2:1 napędzając nam wszystkim sporego stracha przed rewanżem...

P:
1. Wysokie zwycięstwo. Co by nie mówić zawsze urządzanie tęgiego lania ma niemal ozdrowieńcze oddziaływanie a psychikę. Zawodnikom pozwala ono uwierzyć siebie. 5:0 to nie szczęśliwe skubanie po 2:1 i wymęczone zwycięstwa w ostatnich minutach. Rośnie przekonanie o własnych umiejętnościach i w głowach kiełkuje myśl, że jeszcze cały czas jesteśmy europejską drugą ligą a nie juz trzecią. Kibice mają wreszcie okazję, żeby wyciągnąć głowę z piasku i przestać się wstydzić za polskie drużyny w starciach z tytanami pokroju Szachtioru Soligorsk czy Szeryfa Tiraspol. Baty krzepią, mógłby rzec Wańkowicz. Tylko, żeby po takim wyniku Wiślacy nie zlekceważyli Barcelony....:)
2. Beitar grał beznadziejnie. Nie ma co się czarować - Izraelici dali show na poziomie objazdowego cyrku a rolę kobiety z brodą pełnił bramkarz Kale. Niezbyt wiele było ostatnimi czasy spotkań Polaków w europejskich pucharach, w których przeciwnik prezentowałby się tak słabo. FK Homel i Chazar mogliby uczyć stołecznych zawodników uderzenia na bramkę i celności strzału.
3. Rzuty rożne. Lata mijają, ale rożne jakie były takie są. Boguski, Dawidowski, nie ważne kto - piłka dolatuje na pole karne tylko i wyłącznie siłą woli kibiców.

B:
1. Typy na nagłówki w "Fakcie"
a) Messi poprosił o azyl w Pekinie,
b) Valdez sra ze strachu,
c) Hugo Sanchez dla "Faktu": Łobodziński jest lepszy ode mnie!
d) Babcia Niedzielana popłakała się ze wzruszenia
e) Beitar na kolanach, wściekłość w Agorze
2. Najważniejsze, by Wisła, tak jak to polskie kluby lubią, przed Barcą nie pękła.

3. Jak Brożek strzeli Barcy choćby jednego gola, póki sprawa jeszcze nie będzie rozstrzygnięta, nie mówiąc już o takim na wagę awansu, to już nigdy nie powiem na niego, że jest beznadziejny. Może se nawet figurkę kupię.