Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 01 września 2008
Deyna

Jeśli miałbym wymienić największą nadzieję, którą wiązałem z prawie miesięcznym pobytem w Warszawie (poza możliwością zarywania na "od Zygmunta ukłony...", oczywiście :) byłaby to możliwość kupienia / pożyczenia / przeczytania książki Stefana Szczepłka "Deyna". Dzięki uprzejmości jednego z redaktorów miałem szczęście zgłębić tego białego kruka (gdy pojawia się na allegro raz na 3-4 miesiące osiąga cenę 150-200 zł!). Dzisiejsza, 19. rocznica śmierci Kazimierza Deyny, każe oddać cześć największemu boiskowemu przywódcy w historii polskiej piłki. Wydana w 1996 roku biografia, napisana przez przyjaciela Deyny i dziennikarza Rzeczpospolitej, stanowi najdoskonalsze źródło wiedzy o tym Wielkim Piłkarzu. O tym, że Deyna był niesamowitym zawodnikiem i kapitanem, symbolem Legii i reprezentacji Polski, genialnym asystentem, ale i strzelcem, w końcu wielkim samotnikiem, wiedzą chyba wszyscy kibice. W tej notce postaram się przytoczyć kilka najciekawszych dla mnie fragmentów książki redaktora Szczepłka, jednocześnie wychodząc poza krąg powszechnie znanych faktów.

1. Minęło trochę czasu zanim nauczono się poprawnie pisać jego nazwisko. Pisownię "Dejna" użyto w piśmie Lechii Gdańsk do OZPN z prośbą o pomoc w sprowadzeniu mało wówczas jeszcze znanego trampkarza oraz w pierwszej wzmiance w "Przeglądzie Sportowym", przy okazji pierwszego powołania na zgrupowanie kadry juniorów.

2. Deyna w wieku 17 lat, będąc zawodnikiem macierzystego Włókniarza Starogard, podpisał in blanco zgłoszenie do MZKS (późniejszej Arki) Gdynia, za co został zawieszony na 9 miesięcy (nie mógł być przecież graczem dwóch klubów jednocześnie, a to wynikało z dokumentów). Gdy ŁKS sprowadzał Deynę z Włókniarza, nie wiedział, że kupuje gracza... klubu z Gdyni! Gdy w końcu dyskwalifikacja minęła, Kaka w swoim debiucie w Łodzi (w drugiej drużynie) strzelił 5 goli!

3. Istnieją dwie wersje transferu z ŁKS-u do Legii (de facto powołania do wojska). Wersja łódzka zakłada, że oddanie jednego (rzekomo) przez siebie wybranego zawodnika (Deyny) zamiast trzech (Deyny i uznanych już ligowców - Kostrzewińskiego i Strudniorza) było postępowaniem najbardziej racjonalnym z ich strony. Wersja warszawska twierdzi jednak, że Legii tak naprawdę od początku do końca chodziło tylko o środkowego pomocnika i prędzej czy później, Kazik i tak trafiłby do CWKS.

4. Trener, który ukształtował Deynę jako piłkarza, trafił na Łazienkowską z... protekcji ministra obrony Czechosłowacji. Podczas zwiedzania obiektów Legii, gospodarze zwierzyli się generałowi Lomskiemu, że szukają trenera. Wojskowy podrapał się po głowie i poradził: - Poczekajcie, zdaje się, że będe mógł wam pomóc. Jeśli mnie pamięć nie myli, to wolny jest Jaroslav Vejvoda z Dukli Praha. Po debiucie Deyny w Legii (z Łodzi był kupowany jako napastnik), Czech powiedział w szatni legendarne słowa, mówiące o przesunięciu go do linii pomocy: - Kaziu, ty jsesz rozeny zalożnik [jesteś urodzonym pomocnikiem].

5. Wśród różnych wersji pochodzenia pseudonimu Kaka (spadek po pomocniku Legii Kazimierzu Frąckiewiczu; od słynnych strzałów, gdy piłka [jak kamień rzucony płasko po wodzie] odbijała się nisko nad ziemią), Autor za najbardziej prawdopodobną uznaje tę odnoszącą się do specyficznego sposobu chodzenia zawodnika - jak kaczka.

6. W końcówce meczu z Pogonią w 1969 roku Legia prowadziła 5:0, a do rzutu wolnego podszedl Deyna. Strzelił w samo okienko, ale sędzia dostrzegł jakieś uchybienia i nakazał powtórzenie strzału. Po chwili Kaka strzelił w zupełnie inny sposób, ale równie skutecznie. O takiej sytuacji słyszano wcześniej tylko w przypadku strzałów Garrinchy w meczu z Bułgarią.

7. Na 6 minut przed końcem rewanżowego meczu z St. Etienne w Pucharze UEFA 1969 (pierwszy mecz 2:1 w Warszawie) Deyna strzelił gola z 25 metrów, a zachodni reporterzy wręcz piali nad jego grą: (RTL) - Zapamiętajmy nazwisko - Casimir Deyna. Kiedyś będziemy dumni z tego, że grał na naszym stadionie.

8. Tak Deyna opowiadał o strzeleniu gola Milanowi w 1972 roku, czy raczej o tym, co stało się tuż po uderzeniu: - Wpadła w siatkę, ocierając się o poprzeczkę. Bramkarz Belli nie zdążył podnieść rąk wyżej niż do głowy. Potem zrobił coś, co wprawdzie jeszcze kilka razy w życiu zdarzyło mi się przeżyć, ale wtedy to było coś wyjątkowego. Wstał i... zaczął bić brawo. Razem z całym stadionem. To była jedna z najpiękniejszych bramek jakie w życiu strzeliłem. Meczu jednak nie wygraliśmy.

9. "Na olimpiadzie w Monachium Deyna został królem strzelców, mając na nogach buty wyprodukowane w Krośnie, nazywały się Huragan, a grała w nich cała Polska, od I ligi w dół. Teraz [w 1974 roku] wszyscy od stóp do głów ubrani zostali w wyroby, których znakiem fabrycznym są trzy paski. (...) Kiedy Deyna strzelił piękną bramkę Zoffowi

podkręcając przy tym w wyjątkowy sposób piłkę, pękł mu przy tym but. Poinformowany przedstawiciel Adidasa natychmiast dał Kazikowi nową parę. - A koledzy? - spytał rezolutnie piłkarz. - A my? - zaskomleli działacze... Następnego dnia przyjechała cała furgonetka z towarem."

10. Żal ściska człowiekowi serce, a jednocześnie ciężko powstrzymać oburzenie, gdy się czyta w jakich klubach mógł grać Deyna, gdyby nie komunistyczny ustrój: - Miałem propozycje gry w Saint Etienne, Milanie, Interze, Bayernie, Realu Madryt, AZ Alkmaar, Neuchatel Xamax... Na przejście do Monaco namawiał mnie osobiście książę Rainier. Najdłużej rozważałem propozycję z Realu, bo to było moje dziecięce marzenie. Ale gdzie tam - nie chcą mnie przecież puścić - mówił jeszcze przed odejściem do Manchesteru City.

11. W meczu z Górnikiem Zabrze w 1978 roku Deyna dostał czerwoną kartkę. Najpierw sfaulował Henryka Wieczorka, następnie kopnął piłkę w jego kierunku, za co sędzia postanowił ukarać go żółtą kartką, którą zawodnik Legii... wyrwał arbitrowi. To musiało zakończyć się wykluczeniem z gry.

12. W sierpniu 1978 zagrał w zespole Reszty Świata (wspólnie z Tomaszewskim) przeciw Cosmosowi Nowy Jork (z Beckenbaurem, Carlosem Alberto i gościnnie Cruyffem). Po meczu podszedł do niego sam Pele i namawiał do przejścia do Cosmosu. Bezskutecznie, transfer do Manchesteru City był prawie pewien i Kaz (jak mówiono na niego w Stanach) postanowił nie ryzykować.

13. Po nieudanej angielskiej przygodzie, do Stanów i tak jednak trafił. Grając dla San Diego Sockers, ustanowił rekord nieistniejącej już ligi North American Soccer League: 4 gole i 5 asyst w jednym meczu (12 sierpnia 1983).

14. Z Polską pożegnał się 18 września 1979, grając na Łazienkowskiej pół meczu w koszulce Legii, a pół w trykocie MC.

I strzelając fantastycznego gola, oczywiście.

14. Ze światem pożegnał się 1 września 1989 roku o 1:25 w nocy.

15. Stefan Szczepłek tak kończy książkę: "Uroczystości pogrzeb odbył się 9 września, w Europie zaczynał się 10 września, kolejna rocznica zdobycia przez reprezentację Polski złotego medalu olimpijskiego. Dzień Piłkarza..."

16. Choć w reprezntacji Polski na mistrzostwach świata zagrał z numerem 12

a w Legii zaczynał z "dziewiątką", to zawsze był prawdziwym Numerem 10. I właśnie "dziesiątkę" władze Legii zastrzegły, pięknie oddając cześć Deynie.

17. O największym piłkarzu w historii klubu zawsze pamiętają kibice Legii

18. Pamiętajmy my wszyscy - kibice reprezentacji Polski - doceniając zawsze klasę Geniusza. Swoją pamięcią choć w części zmazujmy plamę jednego z najczarniejszych wydarzeń w historii naszej piłki, gdy zgraja (bo przecież nie kibice) wygwizdała strzelca gola (z rzutu rożnego!) na wagę awansu do mistrzostw świata [fragment filmu "Deyna"].

19. Za rok okrągła, 20. rocznica śmierci Deyny. Mam cichą nadzieję, że do księgarń trafi nowe dzieło redaktora Stefana Szczepłka lub chociaż wznowione zostanie to sprzed 12 lat.

20. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że dwie najwybitniejsze postacie polskiego futbolu nosiły takie samo imię - imię króla, który jako jedyny w naszej historii otrzymał przydomek "Wielki"?

 

B.

niedziela, 31 sierpnia 2008
Łukasz Sosin - piłkarz z pogranicza dwóch światów

W czasie, gdy naszej drużyny po raz kolejny zabraknie w Lidze Mistrzów większość kibiców tęskny wzrok kieruje w stronę zawodnika, ktory ma dużą szansę zdobyć pierwszą od ponad trzech lat "polską" bramkę w Champions League.

Obserwując karierę Łukasza Sosina towarzyszy mi uczucie, że jest to zawodnik wiecznie niedopasowany, permanentnie osadzony (a raczej osadzający się) w okolicznościach nie do końca dla siebie odpowiednich, niewykorzystujących pełni jego potencjału.

W kadrze pierwszoligowego wówczas Hutnika Kraków znajdował się już w wieku 18 lat, lecz zadebiutował w niej dopiero rok później. Jednak po rozegraniu 2 meczów dla drużyny ze Suchych Stawów, został wypożyczony do pozostającej poza ekstraklasą Cracovii. Wrócił do - już - drugoligowego Hutnika i spędził w nim dwa sezony. Szczególnie w drugim z nich błysnął skutecznością strzelając 17 goli. Jego popisy nie uszły uwadze przedstawicieli Odry Wodzisław, w konsekwencji czego trafił on tam na sezon 1999/2000. Rok gry, 10 goli w 27 meczach. Uznanie w oczach ligowych trenerów i popularność z racji specjalizacji w strzałach głową - tym sposobem zdobył połowę swoich bramek. Parol zagięło na niego szefostwo Wisły Kraków - dobry zawodnik i do tego tutejszy. Sosin sezon 200/2001 spędził więc w Wiśle,

ale nie był to dla niego dobry czas. W ataku brylowali Frankowski z Żurawskim, ostro strzelał Moskalewicz. Mistrzostwo i puchar ligi chyba nie osłodziły mu raptem 17 meczów i 5 goli. Zadziorny zawodnik chciał grać więcej w związku z czym włodarze wypożyczyli go tam skąd przyszedł a więc do Wodzisławia (choć przez pewien czas wydawało się, że trafi do 1.FC Sankt Pauli, gdzie znajdował się na testach). Tutaj jego talent znów rozbłysnął nakładając się zarazem (a może go akuszerując) na świetny czas Odry. Wodzisławianie zajęli 5 miejsce, przez długi czas będąc liderem rozgrywek. Polskę obiegały kolejne cieszynki wymyślane przez Piotra Rockiego, Paweł Sibik wykuwał formę na MŚ w Korei:), a Sosin ustrzelił 12 goli (5 głową), przy okazji dokonując słodkiej zemsty na Wiśle (jego strzał dał jej domowe zwycięstwo 1-0).

Wypożyczenie jednak się skończyło, Odrę nie było stać na wykupienie swojego najlepszego snajpera a Wisła uznała, że go nie potrzebuje. W tej sytuacji Sosin podjął decyzję - wydawać by się mogło - surrealistyczną i po życiowym sezonie przeniósł się na... Cypr. Wszyscy solidarnie pukali się w czoło, ale krakowianin zameldował się w Apollonie FC. Tam spędził 5 sezonów, zostając trzykrotnie królem strzelców (w sumie 96 goli!), zdobywając mistrzostwo i superpuchar Cypru oraz zaskarbiając sobie miłość fanów. Miłość jednak prysła, gdy po kłótniach z zarządem postanowił przenieść się do odwiecznego rywala drużyny Apollonu - Anorthosisu Famagusta. Z miejsca fani tej pierwszej ekipy go znienawidzili (powstała specjalna strona "poświęcona" Sosinowi) a tej drugiej... pokochali.

Polski napastnik w barwach Anorthosisu kontynuuje swoją świetną passę i właśnie walnie przyczynił się do wprowadzenia cyprysjkiego klubu do Ligi Mistrzów!

Sosin a reprezentacja to temat trudny niczym prawo Archimedesa. Na fali strzeleckich popisów/ na skutek presji dziennikarzy/ pod wpływem własnych przemyśleń i szukania nowych twarzy do kadry - Janas powołał go na mecz z Arabią Saudyjską. Sosin trafił tam dwa razy (dwa razy głową)

wprowadzając co niektórych w euforię (nowy Szarmach!), innych w konsternację (w tym chyba samego Janasa, który raczej nie spodziewał się tak dobrej gry "Cypryjczyka"). Niektórzy już typowali go jako pewniaka do kadry na MŚ 2006. Jednak dwa mecze - z Litwą i Wyspami Owczymi - przesądziły (a może wszystko było już przesądzone wcześniej), że do Niemiec nie pojechał. Od tego czasu raczej się nie pojawiał w orbicie zainteresowań kadry. Aż do teraz.

Przyznaję, że mam do tego gracza ambiwaletny stosunek. Z jednej strony szanuję jego dorobek strzelecki - bramki (a w zasadzie ich ilość) zdobywane zarówno dla Odry i Wisły jak i dla klubów cypryjskich budzą uznanie. Świetna gra głową chwilami faktycznie przywodzi na myśl najlepszych w tej dziedzinie. Dorobek w kadrze również wskazuje na to, że gdyby otrzymał więcej szans, mógłby sobie poradzić. Tak więc talent, ale nie do końca wykorzystany.

W tym momencie warto się jednak zastanowić dlaczego niewykorzystany. W moich oczach Sosin zawsze był konformistą, który przełożył spokojne życie na Cyprze nad prawdziwą rywalizację i podnoszenie swoich umiejętności choćby na Grecji (miał dwa lata temu liczne propozycje stamtąd, również atrakcyjne finansowo, ale uznał, że nie ma ochoty wynosić się z Cypru), nie mówiąc już o Niemczech czy Francji. Był za słaby na Wisłę i za silny na Odrę zarazem, ale nie szukał rozwiązania optymalnego - klubu pośredniego, bardzo dobrego, ale nie najlepszego, w którym mógłby błyszczeć, ale też się czegoś uczyć. Wolał być pierwszorzędnym zawodnikiem drugiej klasy niż podjąć wysiłek konforntacji z najlepszymi. Dlatego nigdy nie ubolewałem nad brakiem powołań dla niego, bo w moich oczach jego brak ambicji i tak nie zbawiłby reprezentacji. Wszak królem strzelców "wakacyjnej" ligi cypryjskiej był nawet leciwy już Wojtek Kowalczyk.

Tak mi się zawsze wydawało. Jednak w świetle tegorocznych występów drużyn z Wyspy Afrodyty nie wiem czy nie będę zmuszony zrewidować własnych poglądów.

P.

piątek, 29 sierpnia 2008
Paul Scholes - piłkarz, którego nie lubię

Pierwszy raz tutaj piszę "na gorąco", zainspirowany wydarzeniem sprzed chwili, no ale po prostu musiałem. Jeden pan strasznie mnie podirytował. Paul Scholes właśnie dał w meczu o Superpuchar Europy prawdziwy popis głupoty, ale i - przede wszystkim - bezczelności.

Tym sposobem, jak czytam na relacji uefa.com, został pierwszym piłkarzem w historii ukaranym czerwoną kartką w meczu o Superpuchar Europy. Moje gratulacje.

Szkoda tylko, że prawie 10 lat temu strzał łapą uszedł Anglikowi na sucho...

Wiem, że Scholes nie jest żadnym brutalem, a w cynizmie i cwaniactwie daleko mu do Włochów, ale tak się złożyło, że... właśnie w konfrontacji z rywalami z Italii zarobił inną czerwoną kartkę, która zapadła mi w pamięć:

(co żarł ten komentator?!)

Fani MU rudowłosego pomocnika uwielbiają, ja go najzwyczajniej w świecie nie lubię. Zastanawiam się też, jakim cudem przez tyle lat mieści się w podstawowym składzie Czerwonych Diabłów. Dla mnie jedyną umiejętnością, jaką ma opanowaną w stopniu więcej niż dobrym jest uderzenie piłki. Ręką.

B.

Marcin, chodź na Widzew!

Pamiętam kiedy go pierwszy raz zobaczyłem. To był chyba rok 2003 i iTi coraz poważniej kręciło się wokół Widzewa (koniec końców nic z tego mariażu nie wyszło). W przerwie zimowej nakręcono krótki film dokumentalny ze zgrupowania łódzkiego klubu. Oprócz (wtedy jeszcze) trenera Wdowczyka i rzucającego dowcpicami Kazka Węgrzyna zwracał na siebie uwagę właśnie On. Chętnie gaworzył z piłkarzami, z niektórymi grał nawet w łapki:) Niewątpliwie jasny punkt klubowej szatni. Marcin Kaczorowski, niewidomy masażysta Widzewiaków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem dowiedziałem się, że obecność Marcina w klubie spowodowana jest w dużej mierze tym niezwykłym reportażem (tekst reportażu w nieco zmienionej wersji również tutaj). Niewidomy chłopak z Suwałk jeździ kilkaset kilometrów na każdy mecz Widzewa. Kocha ten klub. Mimo że nie widzi co się dzieje na boisku, zawsze najgłośniej śpiewa, krzyczy, dopinguje. Wiadomości o stanie meczu czerpie z trzymanego przy uchu radia albo od sąsiada. Nigdy nie obraża przeciwników: Przecież każdy z nich mógłby urodzić się w innym mieście i wtedy kibicowałby komu innemu. Dowiadują się o nim łódzcy działacze - Andrzej Pawelec zatrudnia go jako masażystę, łodzkie firmy pomogają znaleźć mieszkanie i organizują przeprowadzkę.

Minęło kilka lat. Marcin wciąż pracuje w Widzewie. Na stadionie poznał kobietę swojego życia, pobrał się z nią, ona urodziła mu dwójkę (niestety również niedowidzących) dzieci - Henia i Zośkę. Odzywa się również do niego Michał Jóźwiak - autor przełomowego tekstu sprzed kilku lat. Chce nakręcić dokument. Marcin godzi. Tak powstaje "Henio, idziemy na Widzew". W lipcu tego roku obraz na festiwalu Era Nowe Horyzonty zostaje zwycięzcą w kategorii filmów dokumentalnych.

Marcin o tym nie wie. Prosi włodarzy łódzkiego klubu o podwyższenie pensji do 1600zł. W rewanżu klub postanawia nie przedłużać z nim umowy. Marcin zarzeka się, że nigdy już nie przyjdzie na Widzew, ale po kilku dniach łamie się i idzie porozmawiać sobie ze stadionowym portierem (o sprawie pisała jakiś czas temu GW).

Nie wiem jak się skonczy ta historia. Może sztab odpowiedzialny za wizerunek klubu wyda komunikat, że jednak się pomylił, że to niedopatrzenie, że księgowa coś namieszała. Może będzie stanowczy: "Nie możemy się godzić na rozbuchane żądania naszych pracowników!". A może powie, że przemyślał sprawę i źle postąpił - będzie konferencja prasowa i uśmiechy. Finansowo na pewno da się całą sprawę odkręcić, na to nigdy nie jest za późno.

Ale czasem ważniejsza jest kwestia smaku. I mam nadzieje (życzę tego kibicom Widzewa, bo to oni stanowią o sile klubu), że za kilka lat (już dziś?) Marcin nie odpowie tak jak - parafrazując - Mendel Gdański z noweli Konopnickiej: Pan powiada, co u mnie nic nie umarło? Nu, u mnie umarło to, z czym ja się urodził, z czym ja trzydzieści i parę lat żył, z czym ja umierać myślał... Nu, u mnie umarło serce do tego klubu!...

P.

czwartek, 28 sierpnia 2008
Mundial nośnikiem ładu czyli "Święty ład. Rytuał i mit mundialu" Alberta Jawłowskiego

Piłka nożna często bywa tematem rozważań z pogranicza dziennikarstwa i paranauki. Pewna wiedza autora w dziedzinie sportu pozwala mu snuć pewne rozważania - w zamyśle naukowe - dotyczące porządku społecznego, mechanizów nim rządzącymi etc. (vide Foer). W przypadku książki Jawłowskiego sytuacja jest w zasadzie odwrotna. To pozycja naukowa dotycząca futbolu, a dokładniej odbywających się co 4 lata mistrostw świata. Właśnie naukowość tą książkę wyróżnia, lecz może też być dla niektórych przykrym zaskoczeniem - mało tu informacji iście kibicowskich, ciekawych historii i zaskakujących puent. Autor przedstawia w niej swoją koncepcję - skąd inąd ciekawą - postrzegania mundialu jako rytuału konfirmacyjnego a więc pewnego trwałego i ustrukturyzowanego wydarzenia o znaczeniu symbolicznym, które poprzez swoje przymioty oraz cykliczność występowania wzmacnia (konfirmuje) istniejący ład społeczny. Używka dla antropologów, socjologów, kulturoznawców. Dla kibiców w mniejszym stopniu. Na przeciw nim autor jednak również stara się wyjść serwując mniej skomplikowane wywody - obserwując etnocentryzm w relacjach prasowych lub sposób pisania o Orłach Engela. Jawłowski wreszcie robi ukłon również w stronę zupełnych laików piłkarskich przytaczając na 40 stronach encyklopedyczno-wikipedystyczny wyciąg z historii futbolu i historii mundialu. Dla każdego coś miłego.

Choć domyślam się, że taka struktura pracy mogła być w jakiś sposób wymuszona (to rozprawa doktorska autora), mnie osobiście razi niespójność książki. Obok rozdziałów bardzo wartościowych, będących sercem książki (kwestie widowiska, rytuału i karnawału) znajduje się zbyt wiele modułów doczepionych na siłę, po prostu nie przystających do całości (wspomniane wątki historyczne). Tym niemniej po książkę warto sięgnąć, ale polecam ją raczej osobom uprawiającym wiedzę akademicką. I w wybranych fragmentach.

A że górnolotna myśl zawsze miała silne związki z futbolem to wiadomo nie od dziś.

P.