Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 28 sierpnia 2008
Mundial nośnikiem ładu czyli "Święty ład. Rytuał i mit mundialu" Alberta Jawłowskiego

Piłka nożna często bywa tematem rozważań z pogranicza dziennikarstwa i paranauki. Pewna wiedza autora w dziedzinie sportu pozwala mu snuć pewne rozważania - w zamyśle naukowe - dotyczące porządku społecznego, mechanizów nim rządzącymi etc. (vide Foer). W przypadku książki Jawłowskiego sytuacja jest w zasadzie odwrotna. To pozycja naukowa dotycząca futbolu, a dokładniej odbywających się co 4 lata mistrostw świata. Właśnie naukowość tą książkę wyróżnia, lecz może też być dla niektórych przykrym zaskoczeniem - mało tu informacji iście kibicowskich, ciekawych historii i zaskakujących puent. Autor przedstawia w niej swoją koncepcję - skąd inąd ciekawą - postrzegania mundialu jako rytuału konfirmacyjnego a więc pewnego trwałego i ustrukturyzowanego wydarzenia o znaczeniu symbolicznym, które poprzez swoje przymioty oraz cykliczność występowania wzmacnia (konfirmuje) istniejący ład społeczny. Używka dla antropologów, socjologów, kulturoznawców. Dla kibiców w mniejszym stopniu. Na przeciw nim autor jednak również stara się wyjść serwując mniej skomplikowane wywody - obserwując etnocentryzm w relacjach prasowych lub sposób pisania o Orłach Engela. Jawłowski wreszcie robi ukłon również w stronę zupełnych laików piłkarskich przytaczając na 40 stronach encyklopedyczno-wikipedystyczny wyciąg z historii futbolu i historii mundialu. Dla każdego coś miłego.

Choć domyślam się, że taka struktura pracy mogła być w jakiś sposób wymuszona (to rozprawa doktorska autora), mnie osobiście razi niespójność książki. Obok rozdziałów bardzo wartościowych, będących sercem książki (kwestie widowiska, rytuału i karnawału) znajduje się zbyt wiele modułów doczepionych na siłę, po prostu nie przystających do całości (wspomniane wątki historyczne). Tym niemniej po książkę warto sięgnąć, ale polecam ją raczej osobom uprawiającym wiedzę akademicką. I w wybranych fragmentach.

A że górnolotna myśl zawsze miała silne związki z futbolem to wiadomo nie od dziś.

P.

Aalborg Boldspilklub, kopę lat!

Jakieś niecałe 3 tygodnie temu, pewna wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba: Saganowski wypożyczony do duńskiego mistrza - Aalborg BK! Ten transfer przebił nawet przejście Lilo do Polonii Słubice i Dudu Omagbemiego do Debreczyna! Ale od początku nie miała to być notka o Saganie (który na oficjalnej stronie figuruje w spillertruppen jako Marek Mirosław Saganowski i ma numer 10!) ani o innych zaskakujących transferach, a właśnie o duńskim klubie.

Rzut oka na obecną kadrę - szału ni ma. W pierwszej kolejności na twarz rzuca się jedno nazwisko: Siyabonga Nomvethe. Nie, żeby to był jakiś tuz, ale wystąpić 71 w kadrze Bafana Bafana i strzelić 15 goli, w tym zwycięskiego na Mundialu to jest jakieśtam osiągnięcie. Nazwisko drugie: Kasper Bøgelund (to duńskie przekreślone "o" zawsze mnie fascynowało) - 15-krotny duński reprezentant kraju i strzelec najładniejszego gola 2005 roku w Bundeslidze. Poza tym, kilka nic-nie-mówiących, ale za to jakich krótkich nazwisk: Curth, Due, Caca i Zaza (jeszcze Lala by im się przydał :)

I co? I taka drużynka, z Saganowskim w składzie, zagra sobie w Lidze Mistrzów. Po laniu sprawionym bośniackiej Modricy, ostatnią przeszkodą do piłkarskiego raju był litewski FBK Kowno. Nie pomogły interwencje Radżiusa i Mrowca, Duńczycy dwukrotnie odprawili Litwinów wynikiem 2:0. I przy całej sympatii dla pogromców ohydnych szkockich Rangersów, wolę jednak polskiego napastnika w Champions League (może coś by się udało ukąsić?) niż kolejnego obrońcę.

Jakie szanse w Lidze Mistrzów ma klub z Jutlandii? Zważając na ostatni, całkiem udany sezon w Pucharze UEFA, widać od razu, że nie jest to zespół, który da sobie w kaszę dmuchać:

faza rywal dom wyjazd
eliminacje HJK Helsinki 3:0 1:2
I runda Sampdoria Genua 0:0 2:2
grupa Anderlecht Bruksela 1:1 -
grupa Tottenham Hotspur - 2:3
grupa Getafe 1:2 -
grupa Hapoel Tel Aviv 3:1 -

Taki zestaw rezultatów dał czwarte miejsce w grupie z czteroma punktami (gdyby Wisła swego czasu 4 punkty ugrała, to z grupy Pucharu UEFA by wyszła...). A gola dla Anderlechtu w meczu grupowym strzelił pewien pan, którego spodenki w niektórych kręgach są uznawane za kultowe...


Jeśli do tego dodać, że na White Hart Lane Tottenham przegrywał z Duńczykami już 0:2... To dla mnie wystarczające powody, by z uwagą śledzić losy czerwono-białych w Champions League.

Nie będzie to jednak pierwszy start w Lidze Mistrzów AaB, a okoliczności poprzedniego awansu, warte są przypomnienia. W 1995 roku (tym samym, gdy Legia pokonywała IFK) w eliminacjach LM Aalborg został dwukrotnie pokonany przez Dynamo Kijów (3:1 i 1:0). Duńczycy już dawno zdążyli zapomnieć, że z Ukraińcami grali, gdy po pierwszej kolejce fazy grupowej wybuchła prawdziwa bomba: hiszpański sędzia Lopez Nieto oskarżył działaczy Dynama o próbę wręczenia 30 tysięcy dolarów i... dwóch futer przed meczem z Panathinaikosem Ateny. UEFA dała wiarę arbitrowi i Ukraińców z Ligi Mistrzów wyrzuciła, a na ich miejsce wskoczył Boldspilklub. A z tymi futrami, to mogło wyglądać tak...

Klubowi nie udało się jednak powtórzyć sukcesu reprezentacji z 1992 roku i zatriumfować po nieoczekiwanym dokoptowaniu do stawki. Łączny bilans - 4 punkty i ostatnie miejsce w grupie:

rywal
dom wyjazd
FC Porto 2:2 0:2
FC Nantes 0:2 1:3
Panathinaikos 2:1 0:2

Jeśli w tym roku Duńczykom uda się ugrać więcej niż zwycięstwo i remis, obiecuję poświęcić im kolejną notkę. Białoruskie BATE czy cypryjski Anorthosis to z pewnością większe kopciuszki od zespołu Saganowskiego, ale to właśnie za AaB, który zimą 1996 roku gościł w poznańskiej Arenie, będę jesienią trzymał kciuki.

B.

środa, 27 sierpnia 2008
Tryptyk bałkański: Chorwacja

Dubravka Ugresić w Kulturze kłamstwa pisała o Chorwacji, że to majstersztyk PR-owy. Że priorytetem włodarzy państwowych jest tworzenie mitu krainy idealnej, wysp szczęśliwych i miejsca na ziemi, w którym jedyną niedogodnością jest wysokie zasolenie ciepłego morza. Autorka przytacza nawet sytuację w której premier Chorwacji zachęca obywateli, aby ci wysyłali listy do swoich znajomych za granicą, w których opisywaliby idylliczność życia w ojczyźnie. Muszę przyznać, że mechanizm działa. W Chorwacji juz nikt nie pamięta o wojnie. Lub też nie chce o niej pamiętać. Mówiąc językiem marketingu - pozycjonuje się palmy i plaże a dziury w murach są już dawno załatane i przykryte planszami "rooms for rent". Jak blisko i jak daleko zarazem stąd do Bośni. Chorwacja żyje nowym życiem, a życie wybrzeża w szczególności uzależnione jest od jego nowego kształtu. Na mocy powojennych ustaleń niemal całe zachodnie wybrzeże Półwyspu Bałkańskiego przypadło państwu z szachownicą w herbie! To właśnie ten obszar stanowi główną siłę napędową chorwackiej gospodarki, to Split, Trogir czy Dubrownik stanowią o jej sile, a nie Zagrzeb czy przemysłowy Varażdin. Obywatele o tym wiedzą i starają się aby turystom włos z głowy nie spadł.

Mimo to mieszkancy nadadriatyckiego kraju pewnych barier nie przeskoczą - wciąż nie są finansowym tygrysem, co odbija się również na sytuacji sportowej. Chorwaci kochają sport. Ale można śmiało powiedzieć, że niczym rozsądny gracz rynkowy, specjalizują się w kilku dyscyplinach, a w reszcie biorą udział niemal hobbystycznie. Podczas pobytu tam miałem przyjemność po raz pierwszy w życiu obejrzeć... mecz piłki wodnej (waterpolo)! Mały szok kulturowy i niesamowite przeżycie zarazem. Ciepły wieczór, mała trybuna i zacięty mecz piłki wodnej - polecam:) A dostać się na mecz waterpolo nie jest szczególnie trudno, bo Chorwaci mają zupełnego fioła na punkcie tej dyscypliny i niemal każda nadmorska miejscowość ma swoją ekipę. Poza tym piłka wodna to dyscyplina w której bardzo mocne są całe Bałkany (Serbia, Czarnogóra) przez co mecze często stają się polem do rywalizacji między jeszcze niedawno zwaśnionymi krajami. Dlatego porażka z Czarnogórą w ćwierćfinale Igrzysk zabolała podwójnie.

 

Podobnie gorzką pigułką była porażka piłkarzy ręcznych, których autochtoni uwielbiają i mogą ich transmisje oglądać godzinami. Brak medalu w popularnym "rukomecie" po porażce z Hiszpanią w meczu o brąz (nomen omen Ci sami Hiszpanie pokonali Chorwatów w grze o 5 miejsce w waterpolo) sprawił, że całe Igrzyska nie były zbyt dobrze odbierane (pomimo 5 innych medali - srebra w skoku wzwyż i gimnastyce oraz brązy w taekwondo i strzelaniu). Poza tym popularna jest również koszykówka, wszystkie sporty wodne oraz sporty walki.

A jak się ma do tego wszystkiego piłka? Ano każdy kto chociaż pokątnie śledził Euro 2008 widział na co stać chorwackich futbolistów. Zwycięstwo z Austrią, Niemcami i oczywiście z Polską po czym pechowa (frajerska?) porażka z Turcją (do dziś nie mogę jej przeboleć). Chorwacja to europejska pierwsza liga, śmiało pukająca do absolutnej elity. Ma rzadko spotykany potencjał, jej zawodnicy występują w bardzo silnych europejskich klubach i odgrywają w nich pierwsze skrzypce (ułamek litanii - Krajncar, Modric, Eduardo, Tudor, Kovac....) a byłe gwiazdy angażują się w rozwój futbolu (Bilic, Suker, Prosinecki). Pisanie o całokształcie sytuacji chorwackiej piłki to zadanie tytaniczne, do którego wypełnienia nie czuję się kompetentny. Skupię się więc na jednej ciekawostce i polskich koligacjach:)

Zawsze kiedy myślałem o idealnej harmonii stadionu piłkarskiego i otoczenia przychodzi mi do głowy stadion w Bradze - pięknie wtopiony w skałę.

Podobną symbiozę, lecz na nieco mniejszą skalę spotkałem w Trogirze, zabytkowym mieście niedaleko Splitu. Tam oto boisko drugoligowego obecnie HNK Trogir przylega w całości do murów średniowiecznej starówki oraz okazałej baszty. Iście egzotyczny widok!

Gorzej sprawa się ma jeśli spojrzeć na piłkę chorwacką pod kątem jej reprezentantów w Polsce. Było ich 27 i subiektywnie pogrupowałem te indywiduua w 4 kategorie (niestety z dużą dyslokacją zasobów):

Chorwackie Jeżowce czyli tzw. trzeci sort kubanskich pomarańczy. Jedyne co można o nich powiedzieć, to to, że zagrali w ekstraklasie. W najlepszym wypadku nic nie zepsuli. W najgorszym stali się piątą kolumną drużyny przeciwnika:)

Nikola Simic - 2 mecze, Pogoń Szczecin, 1999

Anto Petrovic - 8 meczów, Górnik Łęczna, 2005; Chorwat urodzony w Bośni; jedyne co uważam za ciekawe w jego życiorysie (mimo że występował w Sturmie Graz i Chinach) to fakt, że jest podobny do Marka Zająca:)

Grgica Kovac - 10 meczów, Orlen Płock, 2001

Mario Andracic - 17 meczów, Górnik Zabrze, 2002/2003

Mladen Alajbeg - 5 meczów, Polonia Warszawa, 1999/2000; mistrz Polski z Polonią!:) poza tym to porażka całą gębą, w niższych ligach w Wisłoce Dębica i Świcie NDM, ostatnio kontynuował karierę na... Brunei! (królestwo za informacje o jegotamtejszych strzeleckich popisach)

Lek Kcira - 6 meczów, Górnik Łęczna, 2006; Albańczyk z Kosowa, obecnie w SK Tirana

Damir Kurtovic - 7 meczow, GKS Katowice, 2003

Dalibor Możanic - 9 meczów, Górnik Zabrze, 2000

Tomislav Visevic - 10 meczów, Zagłębie Lubin, 2006/2007; mistrz Polski z miedziowych klubem, choć na wiosnę już nie zagrał, poza tym obieżyświat - ma w dorobku kluby z Ukrainy, Bośni, Chorwacji i Azerbejdżanu (tam nawet mistrzostwo 2004/2005 z Neftczi Baku)

Stipe Matic - 7 meczów, Górnik Zabrze, 2006; choć w CV kluby ze Szwajcarii i Izraela na Śląsku bardzo biednie

Josko Samardzic - 12 meczów i 1 gol, KSZO Ostrowiec, 2003; stały punkt ostrowieckiej obrony, która jednak była mierna, dziś na Słowacji

Ronald Siklic - 27 meczów, Dyskobolia Grodzisk, Odra Wodzisław, Górnik Łęczna (II liga - Lechia Gdańsk), 2003-2006; bezbarwny i nijaki, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca, tym bardziej dziwi, że obecnie w... Slavii Praga

Toni Jurjev - 1 mecz, Ruch Chorzów, 2002, bramkarz z przeszłością w Belgii, ale w Chorzowie tylko ławka

Matko Perdijic - 2 mecze, Ruch Chorzów, 2007 - wciąż; kontynuuje tradycje chorwackich rezerwowych bramkarzy w Ruchu rozpoczętą przez Jurjeva, gdy się widzi jego grę chce się krzyknąć "O Matko!":)

Danijel Madaric - 25 meczów, Zagłębie Lubin, 2003-2006; trzy sezony w Zagłębiu - solidny w drugiej lidze, w I lidze liczne kompromitacje, wreszcie ławka rezerwowych na rzecz Liberdy

Matija Kristic - 4 mecze i 1 gol, Zagłębie Lubin, 2005; choć w ojczyźnie pewne miejsce w silnym Varteksie Varażdnin to w Lubinie nieporozumienie, szybkie przesunięcie do rezerw i powrót do Chorwacji

Branko Hucika - 10 meczów i 1 gol, Polonia Warszawa, 2006; drewniany jak cała ówczesna obrona Polonii, która zafundowała temu klubowi spadek, na dodatek brutal - 7 żółtych kartek w 10 meczach!

(teraz moje ulubione dwa przypadki)

Ivan Udarevic - 22 mecze i 2 gole, Polonia Warszawa i ŁKS, 2004-wciąż z roczną przerwą na sezon 2005/2006; ktoś się może żachnąć i powiedzieć, że to solidny zawodnik - dla mnie zawsze był tępym rzeźnikiem, którego jedynym celem było pogruchotanie rywalom kości, jego dorobek w premierowym sezonie w Polsce mówi sam za siebie - 21 meczów, 9 żółtych kartek, 2 czerwone - przyjaźnił się z Huciką:) obecnie kontynuuje misję w III-ligowej Ilance Rzepin - w 4 meczach zdobył 3 żółte kartki; w pewnym momencie na skutek dziwnych układów menedźersko-koleżeńskich miał trafić do.. Wisły Kraków

Andy Bara - 3 mecze, Legia Warszawa, Świt NDM (potem III liga dla Delty Warszawa), 2003/2004; przychodził do Legii w akompaniamencie fanfar i z informacją, że terminował w Valencii i Logrones a w młodzieżowej reprezentacji Chorwacji rozegrał 60 spotkań; był tak dobry, że Legia... od razu wypożyczyła go do Świtu a potem do Delty. W koszulce z eLką nigdy nie zagrał, a ostatnio widziano go na Brunei i w Malezji

Chorwackie Piwo czyli w sumie nie jest złe, ale gdyby można było wybierać to sięga się po nie w dalszej kolejności.

Damir Maretic - 11 meczów i 1 gol, Pogoń Szczecin, 1999; w przeciwienstwie do swojego kolegi Simica był wartościowym uzupełnieniem ówczesnej Pogoni

Toni Golem - 42 mecze, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów, 2005-2008; jak na Łęczne to solidny, na Ruch już nieco mniej; średniak choć na tle swych rodaków prezentował się nie najgorzej

Mate Lacic - 47 meczów i 1 gol, Dyskobolia Grodzisk, Zaglębie Lubin, 2005-wciąż; solidny obrońca, mający za sobą występy w amatorach TSV Monachium i mistrzostwo Bośni z NK Siroki Brijeg

Żankarlo Simunic - 10 meczów, Polonia Warszawa, 2006 (potem w II lidze do 2008 roku); na spadkową beznadzieję Polonii byl w sam raz - ani boski jak Jaszyn, ani kiepski jak grający kilka metrów przed nim Hucika czy Igwe, poza tym solidna gra w II lidze dla Polonii, obecnie stosuje sobie krioterapię u boku Tomasza Stolpy na Islandii w klubie którego nazwę można wymówić płynnie dopiero po 10 piwach - Ungmennafélag Grindavíkur

Chorwackie Słońce czyli zawsze warto znajdować się w jego pobliżu.

Ivica Krizanac - 62 mecze i 5 goli, Górnik Zabrze i Dyskobolia Grodzisk, 2002-2004;

 

Sokole Oko wśród ślepców, podpora każdej defensywy w której występował (wyróżniający się w Górniku, świetny w Groclinie), równo grający, potężny i skuteczny, w ogóle jeden z lepszych obcokrajowców ostatnimi czasy w Polsce a już na pewno najbardziej utytuowany - w maju tak się cieszył:

W ostatnim meczu ze Słowenią zadebiutował w reprezentacji Chorwacji.

Chorwackie Krzyżówki - jeszcze nie wiemy co z tego będzie, chwilkę trzeba odczekać.

Boris Radovanovic - Lechia Gdańsk

Frane Cacic - Lechia Gdańsk; trzkrotny mistrz Chorwacji z NK Zagrzeb i Hajdukiem Split, w których - co jest rzadkością u przybywających do nas "mistrzów" regularnie grał, może Lechia będzie z niego miała pociechę

Ivan Turina - Lech Poznań; dwukrotny mistrz Chorwacji z Dinamem Zagrzeb, występy w Lidze Mistrzów z tymże, w sezonie 2005/2006 najlepszy zawodnik ligi, 1 występ w reprezentacji Chorwacji (mecz z Hong Kongiem); ostatnio w Skodzie Xanthi, ale się nie zagrywał. Ciekawy zawodnik a że Kolejorz potrzebuje bramkarza jak kania dżdżu, więc widzę przed nim ciekawą przyszłość na Bułgarskiej.

Tak więc z Chorwatami w Polsce jest jak z chorwacką piosenką - generalnie folkowe truchło, ale czasem trafi się jakiś grający na gitarze Slaven Bilić:)

P.

Przewrotką na Anglię czyli zdarzyło się kiedyś

Zdarzyło się 27 sierpnia 1996 roku.

Wakacyjne mecze kadry to nieustanny powód do uśmiechu. A to nie przyjdą kibice, a to ktoś wpadnie na pomysł tournee po Botswanie, a to jakiś piłkarz powie, że woli urlop w Gąskach niż grę w reprezentacji. Trąci to raczej kroniką towarzyską niż poważną piłką. Nie inaczej było w sierpniu 1996 roku. Ekipa Piechniczka szykująca się do eliminacji MŚ 1998 obrała sobie za sparingpartnera Cypryjczyków. Gospodarzem było senne miasto Bełchatów (na meczu 4000 widzów). W sumie najciekawszym wydarzeniem było... odsunięcie od gry przez selekcjonera pięciu piłkarzy Widzewa, którzy spóźnili się na zgrupowanie (Citko, Czerwiec, Michalski, Szczęsny, Wojtala). Konsekwencją tego było zestawienie składu orientalne niczym jeansy na Stadionie Dziesięciolecia. Debiutowało siedmiu zawodników - Szamotulski, Hajto, Kaczmarczyk, Kucharski, Mięciel, Berensztajn i Rzeźniczek - z czego dwaj ostatni przyodziewek z orłem na piersi zawdzięczają chyba tylko faktowi bycia bełchatowskimi autochtonami. Co zapamiętałem z tego spotkania? Nieudolne przewrotki Mięciela (o ironio jedna z nich - ta najbardziej fajtłapowata - przyniosła nam gola) oraz... niebieskie korki napastnika gości Sinisy Gogica. I zerową użyteczność sparingu przed starciem z Anglią.

P.

wtorek, 26 sierpnia 2008
Wesoły pogrzeb czyli trzy po trzy po meczu Wisła Kraków - FC Barcelona

P:

SŁODKA PORAŻKA, GORZKIE ZWYCIĘSTWO 

1. Fajnie. Fajnie jest wygrać z Barceloną. Tak po ludzku, zwycięstwo nad legendarnym klubem cieszy - nie dokonał tego nigdy żaden inny polski zespół. Miło popatrzeć, że Cleber strzela celniej niż Henry, Krkić i Xavi. Siłą rzeczy przypomina mi się inny mecz, gdzie Biała Gwiazda pokonała drużynę z absolutnego europejskiego topu po czym odpadła:)

Mam oczywiście świadomość, że to zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku znaczy tyle co nic, bo polskiej drużyny po raz nasty zabraknie w Lidze Mistrzów, ale to "nic" ma dziś wyjątkowo słodki posmak. Poza tym taki mecz powinien wzmocnić krakusów psychicznie przed starciem o fazę grupową Pucharu UEFA.

2. Gdybanie. Można teraz gdybać - co by było gdyby. Co by było gdyby w pierwszym meczu zamiast 4-0 było 3-1 - awans w zasięgu ręki. Co by było gdyby dyrektor Bednarz zamiast oglądać na TVNie seriale o kłopotach boliwijskich nastolatek ściągnął do Wisły, choćby wzorem Lecha, kilku młodych zawodników z Bałkanów czy Ameryki Południowej (wykorzystałby znajomość boliwijskiego). Co by było gdby Wisła zamiast Barcelony wylosowała Olympiakos czy Anderlecht. Co by było gdyby...

3. Victor Valdes. Choćby ze mnie skórę pasami ściągali nie potrafię docenić tego bramkarza. Niby nie wpuszcza spektakularnych farfocli, ale brakuje mu osobowości wielkich golkiperów. A to źle się wybije, a to mu piłka przeleci po ręce, a to sparuje nie w tą stronę. Często nie padają po tych zdarzeniach bramki, często obrona tuszuje jego błędy, ale grając na środku defensywy nie czułbym się zbyt pewnie mając takiego agenta za plecami.

R:

CHWAŁA ZWYCIĘZCOM (CZYLI ZWYCIĘŻONYM)

Gdy ponad 10 lat temu Borussia Dortmund sięgała po laur najlepszego klubowego zespołu Europy, na swej drodze po to trofeum, w fazie eliminacyjnej Ligi Mistrzów (wtedy jeszcze „mistrzów” nie tylko z nazwy) przyszło jej się zmierzyć z łódzkim Widzewem. Podopieczni Franciszka Smudy w obu tych spotkaniach zaprezentowali się naprawdę z jak najlepszej strony, grając futbol ciekawy, pomysłowy, poukładany. W Dortmundzie ulegli 1:2, by w Łodzi będąc o krok od zwycięstwa ostatecznie zremisować 2:2. Każdy kto pamięta te mecze przyzna, że w obu spotkaniach różnica pomiędzy najlepszą ligową drużyną naszego kraju a najlepszym teamem piłkarskiej Europy była wtedy na tyle niewielka, że Polacy w obu tych pojedynkach śmiało mogli się pokusić o zwycięstwa.

20 lat temu poznańskiego Lecha dzieliła od wyeliminowania wielkiej Barcelony jedna skutecznie wykonana jedenastka w serii rzutów karnych. Jak wspomina na swoim blogu trener Czesław Michniewicz, gdy do piłki ustawionej na wapnie podbiegał Bogusław Pachelski, słynny trener Katalończyków Johann Cruyff zaczął już schodzić do szatni, nie wierząc w to, że Barcelona jest jeszcze w stanie awansować (Zubizarreta strzał Pachelskiego jednak obronił a Barca wygrała karne 5:4)
Dziś, gdy od wielu już lat Liga Mistrzów stała się przytulnym gniazdkiem wzajemnej adoracji dla pięknych i bogatych (z naciskiem na bogatych) a przepaść dzieląca dwa futbolowe światy (możnych i niemożnych) pogłębia się z każdym rokiem, jako kibice nauczyliśmy się cieszyć z mniejszych lub większych namiastek sukcesu naszej klubowej piłki. 6 lat temu Polonia Warszawa ograła wspaniałe, naszpikowane gwiazdami, prowadzone przez Mourinho FC Porto 2:0 (ulegając w pierwszym spotkaniu 0:6) Dzisiejszego wieczoru piłkarze krakowskiej Wisły sprawili psikusa legendarnej Barcelonie wygrywając z nią 1:0. I choć awans Barcy, po zwycięstwie na Camp Nou 4:0, ani przez moment nie był zagrożony, warto chyba jednak docenić wagę tego wieczoru. Wiślacy zostawili na boisku serce, włożyli w grę mnóstwo ambicji i ogrywając wielkiego rywala, który wcale meczu nie odpuścił, zasłużyli na słowa uznania. Przeszli też do historii jako pierwsza polska drużyna pokonując klub marzeń z Barcelony. Dzisiejszy wieczór ma posmak radości, bo mistrzowie naszego kraju zwyciężyli drużynę z innej piłkarskiej galaktyki. Dziś Dawid spotkał się z Goliatem ucierając mu nieco nosa. I to nieważne, że cztery sińce nabyte podczas batalii sprzed dwóch tygodni wciąż aktualne. Brawo Wisło, dziękujemy Wisło! Chwała zwycięzcom! Czyli zwyciężonym.

B:

NIE ZMARNOWAĆ TEGO ZWYCIĘSTWA

Zasiadałem do tego wpisu z dużą dawką sceptycyzmu, bo w końcu w pierwszym meczu baciory, bo Barca myślami pewnie jeszcze przy zwiedzaniu Wawelu, bo przecież Polonia też kiedyś po batach w Porto wygrała rewanżyk na Konwiktorskiej i co z tego itd. Kilka faktów sprawia jednak, że tryumf nad Dumą Katalonii trzeba rozpatrywać w kategorii sukcesu, jeśli nie wielkiego sukcesu. Pod jednym jednak warunkiem. O nim jednak na końcu. 

1. Barca cholernie rzadko kończy mecze w pucharach bez strzelonego gola. Nie widzę w tym zasługi Pawełka, oczywiście. Bohatersko grała cała linia obrony, z (wreszcie!) świetnym Baszczyńskim na czele. Henry, Eto'o czy Krkić naprawdę mieli wielką ochotę ukąsić, ale fakt, że to nie był ich dzień mocno wspomagała wiślacka defensywa (Bojan może po prostu chciał, by trener Serbii Radomir Antić sobie pomyślał, że w sumie to jest kiepski, nie wiem). W każdym razie, w czterech ostatnich sezonach, na 41 meczów Barcy w europejskich pucharach (konkretnie w Lidze Mistrzów), tylko w dziewięciu Katalończycy nie strzelili gola. Mało tego, z tych dziewięciu meczów bez trafienia, przegrali tylko 4 razy - reszta kończyła się bezbramkowo.

2007/08: Rangers 0:0 ; Manchester United 0:0, 0:1

2006/07: Chelsea 0:1

2005/06: Panathinaikos 0:0 ; Benfica 0:0 ; Milan 0:0

2004/05: Milan 0:1 ; Szachtar 0:2 [ponad połowa składu rezerwowa]

2. Blaugrana ma przecież nowego trenera - Guardiola, zważając na fakt, że jest szkoleniowym nowicjuszem, jeszcze przez jakiś czas będzie musiał pracować na zaufanie fanów (nie mylić oczywiście z szacunkiem - ten ze względu na karierę zawodniczą ma zapewniony). O tym, że na wynikach u progu sezonu mu zależy, świadczą sparingi (i pierwszy mecz), gdzie Barcelona łomotała rywali, że hej. O tym mówi też skład - szokujący, bo najsilniejszy. Pepe Guardiola naprawdę chciał ten mecz wygrać. A tu taki dzwon na ogórkowie :)

3. Nic nie mam do Clebera, ale trochę szkoda, że tej jednej, jedynej brameczki nie ustrzelił któryś z Polaków. Mógłby to być Brożek, król naszego polskiego podwórka, który jeśli się nie przełamie w tym sezonie w dziedzinie strzelania ważnych goli, to moim zdaniem nie przełamie się już nigdy. Mógłby to być Zieńczuk, który zdjąłby tym samym piętno ateńskiej tragedii z rewanżu z Pao. Mógłby to być Niedzielan, bo na nasze warunki to zawodnik o niespotykanych walorach (szybkość + instynkt), tylko po kontuzji potrzeba mu jakiegoś przełomu. Mógłby to być... nie no, bez żartów, że Dawidowski, w jego przypadku cieszmy się, że dograł te swoje minutki bez kontuzji.

Zwycięstwo nad Barceloną w najsilniejszym składzie jest wielkim sukcesem. Ale jeśli tak podbudowana Wisła nie awansuje do fazy grupowej Pucharu UEFA, to to zwycięstwo będzie trochę jak towarzyskie 3:1 janasowej kadry z Włochami. Fajnie, że było, tylko - co z tego?