Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 23 listopada 2018
Tango-kat z Romanem. Wasiluk ma czterdzieści lat

Choć nie był piłkarzem wybitnym, to w galerii postrachów polskiej reprezentacji stoi ramię w ramię z Garym Linekerem i Pedro Pauletą. Roman Wasiluk - tak, to o nim mowa - świętuje dzisiaj czterdzieste urodziny. Czy Mariusz Kukiełka "lubi to"? :)

Wasiluk jest jednym z najlepszych napastników w historii ligi białoruskiej. Dwukrotnie był tam królem strzelców (2000, 2007), dwukrotnie mistrzem kraju (2000, 2012), czterokrotnie sięgał po puchar. Umówmy się jednak, że to nie czyni go The Special One. Poza ojczyzną próbował szczęścia w Spartaku Moskwa (łącznie 7 meczów i 2 gole) i izraelskim Hapoelu Tel Awiw (9 meczów i 1 gol). Zero splendoru, sorry. W reprezentacji Białorusi grał w latach 2000-2008, zaliczył 24 mecze i 10 goli. Pięć razy trafił w el. MŚ, raz el. EURO 2004 i raz w el. EURO 2008. Żaden szał, absolutnie żaden. Nikt w Polsce nie straszyłby nim dzieci, gdyby nie wieczór 5 września 2001, kiedy to w meczu eliminacji do mundialu 2002 Pan Roman załadował biało-czerwonym 4 bramki, ośmieszając przy tym Mariusza Kukiełkę i Tomasza Kłosa.

Rok 2001 to w ogóle szczyt kariery Wasiluka. Najpierw trafiał seryjnie w Sławiji Mozyrz, potem przeniósł się do Spartaka. Wiele sobie po nim obiecywano, mówiono, że jest wielkim talentem. Niestety nic z tego nie wyszło. Choć potem zaliczał jeszcze dobre okresy w Dynamie Brześć i FK Homel, to było już wiadomo, że jego najpiękniejszym wspomnieniem będzie kręcenie polskimi obrońcami. No i tych kilka ładnych bramek z ligi białoruskiej.

Swoją drogą po latach Polacy dokonali jednak symbolicznej zemsty na Wasiluku. W 2008 roku pojawił się temat jego transferu do Jagiellonii Białystok, ale okazał się za drogi na białostocką kiesę. Natomiast latem 2015 roku natomiast był on testowany w I-ligowej Pogoni Siedlce, ale władze klubu nie zdecydowały się na transfer leciwego już wówczas zawodnika. Ot, taki pstryczek w nos :)

Na zakończenie warto wspomnieć, że Wasiluk okazał się długowiecznym typem - jeszcze w czerwcu 2018 grywał dla Dynama Brześć. Sto lat chłopie!

P.

 

wtorek, 20 listopada 2018
Polska - Holandia 1:3 (1993). Popis Bergkampa w smutnym pożegnaniu eliminacji w Poznaniu

 bilet1

Polska - Holandia w Poznaniu, z listopada 1993 roku, to mecz niepowtarzalny w historii naszej reprezentacji, w historii polskiego futbolu. Przegrane dużo wcześniej eliminacje, kończone w żałosnym stylu z tymczasowym selekcjonerem - to przerabialiśmy też później podczas spotkania Polska - Słowacja, w 2009 roku. Tu jednak dochodzi niebywała dominacja kibiców gości na trybunach (15 tys. Holendrów, przy 2-3 tys. Polaków!) - nigdy wcześniej i nigdy później nie zdarzyło się, by polscy fani byli w zdecydowanej mniejszości na meczu reprezentacji rozgrywanym w Polsce.

To bardzo wzmacnia obraz degrengolady polskiego futbolu w pierwszej połowie lat 90. Rok 1993 chyba możemy uznać za kwintesencję tego upadku, to przecież też niedziela cudów w polskiej lidze, baty 1:5, jakie Lech Poznań zebrał w eliminacjach Ligi Mistrzów od Spartaka Moskwa, a po rezygnacji Andrzeja Strejlaua - depresyjne porażki z Norwegią oraz Turcją. I w końcu - z Holandią. Wszystkie trzy - w Poznaniu. Aż odechciewało się oglądać futbolu.

Paweł Zarzeczny i Dariusz Szpakowski po Polska - Holandia i polskiej piłce

polska_holandia_1993_policja_kamera

„Za pierwsze 45 minut można naszej drużynie podziękować, za drugie - zganić (...) Jedno jest pewne - gorzej już być nie może, może być tylko lepiej, tym się pocieszmy. Z tą nadzieją zapadamy w zimowy, piłkarski sen. (...) Kiedyś Kazimierz Górski, po powrocie z Grecji, powiedział - trzeba wziąć kanister z benzyną, wszystko oblać, podpalić i zacząć od początku. Panie Kazimierzu - nic nie stoi przeciwko temu” - to Dariusz Szpakowski, w swoim tradycyjnym w tamtym czasie podsumowaniu na antenie TVP.

„Darujmy sobie teraz drobiazgowe analizy gry Polaków. Warto jednak po tym przegranym meczu, po pięciu przegranych meczach jesienią i po przegranych eliminacjach powiedzieć sobie coś takiego - reprezentacja po długiej agonii zginęła śmiercią tragiczną. Póki ciało jeszcze ciepłe - można wyjąć z niego parę zdrowych organów i przeszczepić w inne miejsce, być może z pożytkiem dla kogoś innego. Takimi zdrowymi organami w chorej reprezentacji, elementami na których można mimo wszystko budować przyszłość, są: Matysek, Wałdoch, Koźmiński, Adamczuk, Jałocha, Michalski, Kowalczyk, Brzęczek, Lewandowski... Dla reszty ciała, chorego, trzeba niestety odprawić nabożeństwo i... do piachu. I bardzo prosimy - ciszej nad tą trumną...” - to z kolei słowa Pawła Zarzecznego w tygodniku Piłka Nożna.

Faktycznie, szczegółową analizę meczu Polska - Holandia sobie oszczędzimy, ale skoro już przebrnąłem przez cały mecz z odtworzenia, to parę spraw warto przypomnieć.

przeglad

Ruud Gullit i Dick Advocaat - trudne sprawy

Holendrzy przyjechali do Poznania bez trzech wielkich gwiazd: Ruuda Gullita, Marco van Bastena (kontuzja) i Franka Rijkaarda (pauza za kartki). Ruud Gullit w trakcie eliminacji do World Cup 1994 pokłócił się z Dickiem Advocaatem, poszło głównie o to, że wiosną 1993 selekcjoner zdjął go z boiska podczas meczu w Anglii (2:2). Bez Gullita Holendrzy zdobyli awans na mundial, pieczętując go w Poznaniu. Dla Advocaata, mecz przy Bułgarskiej, miał być ostatnim w roli selekcjonera, co otwierało drogę powrotu Gullita do kadry. Advocaat po meczu w Poznaniu powiedział: - Odchodzę. W finałach mistrzostw świata reprezentację Holandii poprowadzi Johan Cruyff. Dwa lata temu umówiłem się z nim, że po eliminacjach zrezygnuję.

Problem w tym, że wielki Johan może i był umówiony na prowadzenie kadry od 1994 roku, ale nie był za to umówiony (a raczej - nie był „podpisany”) - na kasę z federacją. KNVB - podobno - nie zgodziła się zresztą nie tylko na wygórowaną pensję dla ówczesnego trenera Barcelony, ale też na zmianę sponsora technicznego kadry, bo Cruyff chciał, by Lotto zostało zmienione na producenta, z którym on miał umowę.

Selekcjonerem pozostał więc Advocaat, który dał się namówić na powołanie Gullita do reprezentacji Holandii, krótko przed mundialem, w maju 1994. Mało tego, obiecał publicznie, że zrobi Gullita kapitanem Holendrów na mundialu w Stanach. Gullit jednak zagrał jeszcze towarzysko ze Szkocją, po czym... opuścił zgrupowanie. Może czuł, że z Advocaatem nie jest się w stanie dogadać, a może - że kadra pod jego wodzą nie ma szans na sukces. Najzabawniejszy jest kontrast między zdjęciami obu panów z 1994 roku i z 2017, gdy Gullit został włączony do sztabu Advocaata.

gullitadvocaatGullit, czyli pierwszy piłkarz, który przebił się do mojej świadomości we wczesnym dzieciństwie (może na Italia ’90, a może na Euro 1992) nie wystąpił więc w Poznaniu, nad czym ubolewam. A nad jego brakiem w kadrze na World Cup 1994, tak sądzę, ostatecznie ubolewali holenderscy kibice. Owszem, reprezentacja Holandii miała wtedy jednego genialnego napastnika. Ale tylko jednego. Dennis Bergkamp stanowił o sile ofensywy Pomarańczowych w USA, był też jej motorem napędowym w Poznaniu.

Magik Dennis Bergkamp czarował w meczu Polska - Holandia

Na jego tle, nie czarujmy się, polscy piłkarze wyglądali jak ludzie uprawiający inną dyscyplinę sportu. Ok, Marek Leśniak zrobił to, czego nie dokonał wcześniej podczas meczu z Anglią („ajezusmaria!”) i po błędzie obrony (konkretnie Ronalda Koemana!) zdobył gola, ale tylko tyle dobrego na temat jego występu w Poznaniu można napisać. Jedyna naprawdę ciekawa kombinacyjna akcja Polaków podczas meczu z Holandią została zepsuta właśnie przez niego, gdy po wymianie kilku zagrań bez przyjęcia piłki, on posłał podanie (to ostatnie podanie) pod nogi Holendrów. To był początek drugiej połowy, jeszcze przy 1:1. W następnej akcji Bergkamp strzelił drugiego gola dla Holandii.

Polska beznadzieja: solidny tylko Adam Matysek, przebłyski Grzegorza Lewandowskiego

Wojciech Kowalczyk prawie nie miał piłki - w pierwszej połowie w dobrej sytuacji strzelił głową nad poprzeczką i to tyle. Najwięcej szumu robił zaczynający grę w kadrze Grzegorz Lewandowski. Zupełnie bez ikry zagrał Robert Warzycha, Marcin Jałocha i Radosław Michalski może i się starali, ale nie umieli (Michalski indywidualnie miał opiekować się Bergkampem...). Dramatycznie wyglądała gra w obronie, gdzie z prawej strony Dariusz Adamczuk co i rusz był wolniejszy niż Bryan Roy. Adamczuka czekała potem bardzo długa przerwa w grze z orłem na piersi, bo ponownie powoływał go dopiero Janusz Wójcik w 1999 roku. Występ Juliusza Kruszankina można traktować w kategoriach dowcipu, podobnie jak fryzurę Tomasza Wałdocha. Pochwalić, poza Lewandowskim, można było za ten mecz tylko Adama Matyska, którego i tak przed stratą czwartego gola, już w ostatnich sekundach, uratowała poprzeczka po strzale Ronalda de Boera.

 

Małomówny Lesław Ćmikiewicz, rozgadany Wojciech Kowaczyk

Polaków, prowadzonych przez Lesława Ćmikiewicza i Władysława Żmudę I, trudno tak naprawdę nazwać zespołem, to była raczej dość przypadkowa grupa, w której zresztą specjalnej ochoty nie miał się wówczas znaleźć m.in. Roman Kosecki. Dużo więcej do powiedzenia od tymczasowego selekcjonera miał Wojciech Kowalczyk (niżej zapis z Przeglądu Sportowego), który stwierdził, że reprezentacja Polski w Poznaniu nie powinna grać, skoro nikt przy Bułgarskiej jej nie chce oglądać. Tak się złożyło, że był to ostatni mecz reprezentacji Polski o punkty na tym stadionie (a i na mecz towarzyski trzeba było czekać aż do 2000 roku).

cmikiewicz_zmuda

cmikiewicz_kowalOczywiście, w meczu z listopada 1993 roku, tak specyficznym, pełne było obrazków dziś w futbolu niespotykanych. Advocaat już po trzecim golu, tym de Boera, jeszcze przed zakończeniem spotkania przez sędziego, udzielał wywiadów holenderskim mediom, w tym telewizji.
polska_holandia_1993_advocaat_wywiad

Holendrzy, którzy na stadionie czuli się jak u siebie, transparenty pozawieszali na wszystkich możliwych płotach, ale też i pokładli je za bramką. Polscy kibice ostatecznie siedzieli tylko na jednym sektorze, na który i tak zgodzili się wpuścić niemieszczących się już gdzie indziej Holendrów.
polska_holandia_1993_kibice_flagi_bez_tvp

Goście mieli ze sobą - oprócz wszystkich możliwych instrumentów muzycznych (z trąbkami, puzonami i bębnami na czele) - całe mnóstwo akcesoriów odnoszących się do wyjazdu ze Stanów. Były więc maski i czapki a’la Statua Wolności, były amerykańskie flagi.

Gdy taką flagę USA otrzymał od jednego z kibiców Marc Overmars, w zamian ofiarował mu swoją koszulkę. Zazdroszczę, bo ja swoją koszulkę Overmarsa, oczywiście podrabianą, dorwałem dopiero w 1998 roku w sklepie niedaleko rynku w Wąbrzeźnie.

Polska - Holandia 1:3 (1:1)

Gole:

0:1 Dennis Bergkamp (10. minuta),

1:1 Marek Leśniak (13. minuta),

1:2 Dennis Bergkamp (68. minuta),

1:3 Ronald de Boer (88. minuta)

POLSKA: 1. Adam Matysek, 2. Radosław Michalski, 3. Marek Koźmiński, 4. Juliusz Kruszankin, 5. Tomasz Wałdoch, 6. Marcin Jałocha, 7. Grzegorz Lewandowski, 8. Dariusz Adamczuk, 9. Robert Warzycha, 10. Wojciech Kowalczyk, 11. Marek Leśniak

Rezerwowi: 12. Janusz Jojko, 13. Tomasz Łapiński, 14. Ryszard Czerwiec, 15. Tomasz Cebula, 16. Jerzy Brzęczek

Ustawienie: Matysek - Jałocha, Kruszankin, Michalski, Wałdoch - Adamczuk, Warzycha, Lewandowski, Koźmiński - Leśniak, Kowalczyk.

Zmiany: 65. minuta - Cebula za Warzychę; 78. minuta - Czerwiec za Jałochę

HOLANDIA: 1. Ed de Goey, 2. Ulrich van Gobbel, 3. Frank de Boer, 4. Ronald Koeman, 5. Erwin Koeman, 6. Jan Wouters, 7. Marc Overmars, 8. Aron Winter, 9. Ronald de Boer, 10. Dennis Bergkamp, 11. Bryan Roy

Rezerwowi: 12. John Bosman, 13. Wim Jonk, 14. John de Wolf, 15. Arthur Numan, 16. Theo Snelders

B.

czwartek, 08 listopada 2018
Moshtagh Yaghoubi, Afgańczyk w Finlandii

Ciekawy piłkarz świętuje dzisiaj urodziny, dostarczając swoją osobą kolejnych dowodów, że świat się dziś kurczy, tożsamość narodowa to rzecz płynna, warto pomagać, a wiele dróg i tak prowadzi do Finlandii. Bohater tym jest Moshtagh Yaghoubi (ur. 8.11.1994).

600px-AUT_U-21_vs._FIN_U-21_2015-11-13_%28180%29

Piłkarz ten urodził się w Kabulu w rodzinie Hazarów, czyli ludu częściowo pochodzenia mongolskiego, istotnej, bo liczącej ok. 5 mln osób (2011) i ok. 18% ogółu ludności, grupy etnicznej Afganistanu. Hazarowie są zwykle szyitami, co czyni z nich ofiary prześladowań ze strony Talibów. To właśnie ten fakt odcisnął krwawe piętno na rodzinie Moshtagha. Gdy chłopak miał bowiem 5 lat, to na podwórku przed domem Talibowie zabili jego ojca (piłkarz nosi na ręce tatuaż z jego imieniem i nazwiskiem). Po tym zajściu rodzina natychmiast zdecydowała się na ucieczkę z ojczyzny. Najpierw udała się do Teheranu, a po siedmiu latach życia tam poprosiła o azyl w Finlandii.

Gdy familia osiadła już w Helsinkach, to Moshtagh wziął się na poważnie za kopanie piłki. Od 2007 roku terminował jako junior w różnych klubach ze stolicy oraz jej okolic, a w 2011 roku podpisał profesjonalny kontrakt z FC Honka. W barwach tej drużyny wyrobił sobie solidną marką, a zagrał w niej w LE, w dwumeczu... z Lechem Poznań w 2013 roku [1:3, 1:2]. Później były kolejne kluby: Pallohonka, łotewski Spartaks Jurmala, nieudane wypożyczenie do Dynamo Moskwa, powrót do fińskiego RoPS, znowu łotewski Spartaks Jurmala, wypożyczenie do kazachskiego Szachtiora Karaganda i w 2017 roku zameldowanie w HJK Helsinki.

Właśnie lata 2017-2018 spędzone w HJK to najlepszy na razie czas w jego karierze. Ze stołecznym zespołem regularnie gra w europejskich pucharach, a w tegorocznych eliminacjach LM strzelił nawet dwa gole - z Vikingurem i BATE Borysow. Silny jak tur i ostro dopakowany pomocnik zwraca uwagę walecznością i dobrym uderzeniem.

Yaghoubi jako przysposobiony Fin zaliczył również juniorskie reprezentacje kraju (U-15, U-19, U-20, U-21, w tej ostatniej był wieloletnim kapitanem), aż wreszcie w 2017 roku zadebiutował w dorosłej kadrze. Zanim to się stało zaliczył jednak ciekawy falstart, bo pierwszy jego występ z seniorami przypadł na mecz, który... ostatecznie okazał się nieoficjalny (wyjazdowe spotkanie z Meksykiem w 2013 roku [2:4]). Jednak, co się odwlecze, to nie uciecze - prawdziwy debiut przyszedł w marcu 2017 w meczu el. EURO 2018 z Turcją (0:2). Od tego czasu Yaghoubi uzbierał sześć spotkań, a w ostatnim, czerwcowej potyczce z Białorusią (2:0), strzelił debiutanckiego gola.

Krzepiący to obrazek, gdy uciekając z domowego piekła można napotkać na pomocną dłoń wyciągniętą przez państwo z drugiej części świata. Moshtagh futbolowo się rozwija, to jasne. Ale co najważniejsze - żyje.

P.

Czytaj także:

Nikolai Alho - pierwszy ciemnoskóry reprezentant Finlandii

Alphonso Davies - uchodźcza gwiazda reprezentacji Kanady

środa, 31 października 2018
Dziesiątka (nie zawsze) zobowiązuje

numer10

Jak wszyscy wiedzą numer "10" (dziesiątka, dyszka, dycha!) jest adorowany na tym blogu. Z zainteresowaniem więc śledzimy losy trykotów oznaczonych tą właśnie liczbą na boiskach naszej ekstraklasy.

Jedną z najbardziej charakterystycznych dziesiątek w ekstraklasie jest grający w Miedzi Legnica Petteri Forsell (ur. 1990). Ach, rasowa dycha! To niewysoki (168 cm) i nieco okrągły (72 kg) pomocnik, który ma na swoim koncie występy w reprezentacji Finlandii (lata 2013-2017, a na fali świetnych występów w lidze wrócił do kadry i zagrał w niedawnym meczu LN z Estonią) oraz w fińskiej, tureckiej i szwedzkiej ekstraklasie. W Legnicy gra od początku 2016 roku, choć próbował już w międzyczasie zmienić klub. W czerwcu 2017 podpisał już nawet kontrakt z Cracovią, ale trener Probierz zrezygnował z niego, gdy zauważył… jego sporą nadwagę! Jesień 2017 spędził za to w szwedzkim Orebro SK. Pomimo tych krótkich wypadów fani Miedzi wciąż mogą oklaskiwać jego efektowną grę (w obecnym sezonie rozegrał 13 meczów i strzelił 7 goli). I cokolwiek by się w przyszłości wydarzyło z Finem to i tak ma wyryte miejsce w dziejach Legnicy. To on bowiem strzelił pierwszą w historii bramkę dla Miedzi w ekstraklasie.

Co ciekawe, Forsell obecnie występuje z „10” na plecach, ale praktycznie co roku zmienia numer – nosił już „17” i „20”.

W poznańskim Lechu trykot z „dychą” dzierży Darko Jevtic. Dla niego to już piąty rok w Lechu. Choć swoją przygodę w Kolejorzu zaczynał z numerem „16”, to od sezonu 2015/2016 on właśnie nosi brzemię „magicznej dziesiątki”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że szwajcarsko-serbski pomocnik najlepszy czas przy Bułgarskiej ma już za sobą, ale wciąż potrafi pokazać tę nadprzyrodzoną iskrę.

Obaj zawodnicy – Forsell i Jevtic – najpełniej wpisują się w klasyczne wyobrażenie zawodnika występującego z „10”: są świetni technicznie, dysponują niebanalnym podaniem, świetnym strzałem i rewelacyjnym przeglądem pola. Rzut oka na inne drużyny ekstraklasy dowodzi, że z dziesiątką grają najczęściej piłkarze o dość podobnej charakterystyce.

Największą grupę stanowią właśnie pomysłowi rozgrywający. W Śląsku Wrocław to błyskotliwy irański playmaker Farshad Ahmadzadeh,

w Piaście Patryk Dziczek, a w Pogoni Szczecin – eks-lechita Radosław Majewski. Podobnymi atrybutami dysponować mają również dwa młodziaki, które w lidze pograły na razie niewiele albo wcale - Callum Rzonca z Zagłębia Sosnowiec (168 cm) oraz Indonezyjczyk Egy Maulan Vikri z Lechii Gdańsk (też 168 cm!). Natomiast nieco innymi cechami dysponuje Vullnet Basha z Wisły Kraków, ale on również jest środkowym pomocnikiem, choć zorientowanym nieco bardziej defensywnie.

Druga grupa to z kolei szybcy i błyskotliwi atakujący, zwykle skrzydłowi – Gruzini Giorgi Merebaszwili z Wisły Płock

oraz Luka Zarandia z Arki Gdynia,

Bośniak Ivan Jukic z Korony Kielce, Estończyk Sergei Zenjov z Cracovii oraz leczący zerwane więzadła Łukasz Wolsztyński z Górnika Zabrze. Do tego grona należy także zaliczyć Słoweńca Dejana Lazarevica, który niedawno pożegnał się z Jagiellonią Białystok.

Na zakończenie warto również wspomnieć, że w dwóch klubach „dziesiątka” jest zastrzeżona.  Legia Warszawa zrobiła to ku pamięci Kazimierza Deyny, a Zagłębie Lubin – tragicznie zmarłego Pawła Piotrowskiego.

Tekst na podstawie programu meczowego Lecha Poznań

P.

czwartek, 30 sierpnia 2018
Poznań 2000 - USA 2018. Ian Russell, Jimmy Conrad, Wojtek Krakowiak

Fajna to historia i większość kibiców, a przynajmniej kibiców Lecha Poznań, ją zna. Jesienią 2000 roku do grającego na zapleczu ekstraklasy Kolejorza przybywa trójka Amerykanów z zespołu San Jose Earthquake: Wojtek Krakowiak (pochodzący z Kielc i znający się z ówczesnym trenerem Adamem Topolskim), Jimmy Conrad i Ian Russell. Zadebiutowali we wrześniu, pożegnali się z kibicami w listopadzie. Mecze z ich udziałem do znalezienia tutaj. Wiedza o ich po-poznańskich dokonaniach jest jednak bardzo zróżnicowana. Dodatkowo, z wymienionej trójki ten ostatni jegomość - Ian Russell - ma dzisiaj urodziny (ur. 30.08.1975).

Jimmy Conrad - Jimmy Super Star

O Jimmy'm Conradzie napisano sporo. Z San Jose Earthquake wywalczył mistrzostwo USA 2001, szybko został czołowym defensorem w MLS, przebił się do reprezentacji USA i wystąpił z nią na Gold Cup 2005, mundialu 2006 (mecze z Włochami i Ghaną) oraz Copa America 2007. Teraz jest celebrytą, prowadzi własny, niezwykle popularny kanał futbolowy na youtubie. Kariera w USA - tutaj. Do poczytania - tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. Po angielsku choćby tutaj, a do posłuchania - tutaj i tutaj. No i filmik z golami.

A jak chcecie sprawdzić czy Jimmy jest sympatyczny, to polecam ten krótki filmik.

Wojtek Krakowiak - uniwersyteckie ławki

Choć o Wojtku Krakowiaku w Polsce wiadomo niewiele, to w Stanach jest on cenionym fachowcem od szkolenia młodzieży akademickiej (tu dla kontrastu - angielska wikipedia nawet nie odnotowuje jego pobytu w Poznaniu (!)). Po powrocie pograł dwa sezony w MLS (w San Jose Earthquake i Tampa Bay Mutiny), a potem kopał już wyłącznie w niższych, i coraz niższych ligach. Po zakończeniu kariery trenował kobiece drużyny uniwersyteckie - Ruttgers-Newark i Montana State Billings. Polecam ten fajny materiał o nim.

W 2016 roku zrezygnował z pracy w Montanie i został dyrektorem technicznym w United Hurricane’s w Howard (Wisconsin). Obecnie w kobiecej Green Bay Phoenix. Biogram do doczytania tutaj i tutaj.

Ian Russell - niestrzelający napastnik, dobry trener

Ian Russell to z kolei piłkarsko ciekawy przypadek. Był on bowiem napastnikiem, który nie strzelał zbyt wielu goli, choć często asystował. Po zakończeniu wielkopolskiego epizodziku Russell wrócił do San Jose Earthquake. Grał tam przez pięć lat (2001-2005), wywalczył mistrzostwo MLS 2001 i 2003, ale choć był popularnym zawodnikiem (w 2001 roku został wybrany do MLS All-Stars Game), to w przeciwieństwie do Conrada nie wypłynął na reprezentacyjne wody. Być może blokowała go właśnie skuteczność. Na osłodę jednak - dwa jego trafienia.

W 2007 roku rozegrał jeszcze kilka meczów dla LA Galaxy i zawiesił buty na kołku. Po zakończeniu kariery wziął się za trenowanie. Pełnił rolę asystenta, a przez moment również epizodycznego trenera, w San Jose Earthquake. W listopadzie 2016 roku objął zespół mający zadebiutować w USL (II liga) - Reno 1868 FC. Russell świetnie poradził sobie z trudnym zadaniem. Jego podopieczni zakończyli sezon na 3. pozycji w Western Conference. Sezon 2018 zakończył na 6. miejscu. Pozostaje trzymać kciuki, szczególnie w jego urodziny, za dalsze sukcesy.

P.