Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 10 lipca 2017
Uciec, żeby żyć. I grać, i stać się kanadyjską gwiazdą

Kanada ma piłkarskiego bohatera! Został nim właśnie 17-letni Alphonso Davies. Ten chłopak to prawdziwy brylant spod znaku klonowego liścia.

hires5dd5862ff4c54b80fec2fed9322eea0a_crop_north

Urodzony 2.11.2000 roku zawodnik nie miał jeszcze ukończonych 16 lat, gdy w barwach Vancouver Whitecaps zadebiutował w lidze MLS (uczynił to dokładnie 17.07.2016). Wciąż był jeszcze piętnastolatkiem, gdy w meczu CONCACAF Champions League zanotował gola i asystę (2:1 z Kansas City Wizards). Kolejne superważne, bo ćwierćfinałowe z RB Nowy Jork (2:0), dorzucił już po zdmuchnięciu świeczek na torcie.

14 czerwca 2017 Davies zadebiutował w dorosłej reprezentacji Kanady (2:1 z Curacao), a w premierowym meczu swojej kadry na trwającym właśnie CONCACAF Gold Cup 2017 (mistrzostwa Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów) strzelił dwa gole reprezentacji Gujany Francuskiej (4:2). Tym samym stał się najmłodszym strzelcem w historii reprezentacji Kanady.

I pewnie w tym wszystkim nie było nic aż tak szczególnego (ot, nie pierwszy i nie ostatni utalentowany dzieciak), gdyby nie przeszłość Alphonso Daviesa. Mroczna przeszłość, rozświetlona surowym kanadyjskim słońcem.

Davies urodził się bowiem w obozie dla uchodźców w Buduburam na terenie Ghany, dokąd jego rodzice uciekli z Liberii przed wojną domową. Mały Alphonso spędził w nim pięć pierwszych lat swojego życia, zanim całej familii udało się przenieść do Kanady. Piękną i poruszającą historię ucieczki przed zniszczeniem i głodem zobaczycie w tym dokumencie.

Tutaj z kolei można zobaczyć filmik z ceremonii przyznania kanadyjskiego obywatelstwa. Po otrzymaniu nowego paszportu mówił:

Nie każdy może powiedzieć, że jest Kanadyjczykiem wiedząc, że to najlepszy kraj na świecie. Jestem dumny, że ja akurat jestem jednym z nich. (...) Tu jest nasz dom. Tutaj dorastałem. I teraz mam możliwość jego reprezentowania.

Jego matka zaś dodawała:

Jestem z niego dumna. Gdzie byliśmy jeszcze kilka lat temu, w obozie dla uchodźców, gdzie nie było jedzenia, nie było ubrań... A gdzie jesteśmy teraz. Tutaj mamy wszystko czego potrzebujemy.

Historia Alphonso Daviesa jest dzisiaj szczególnie ważna. W czasie, gdy uchodźcy pokazywani są często jako siewcy zniszczenia, gwałtu i pożogi warto w nich dostrzec osoby, które chcą po prostu normalnie żyć. I grać w piłkę. Obawiam się, że młoda gwiazda kanadyjskiej kadry nie miałaby szans, ani na jedno, ani na drugie, gdyby "udzielono jej pomocy w miejscu zamieszkania".

P.

piątek, 07 lipca 2017
Superpuchary, których… nie było

Dzisiejszym meczem o Superpuchar Polski między Legią a Arką symbolicznie rozpocznie się kolejny sezon ligowy. Kibice przywykli już do takiej formuły tego spotkania. Warto jednak pamiętać, że idea ideą, ale... bywało różnie. Mecz bowiem czasem w ogóle się nie odbywał.

ffndbt73m4q4

Sam pomysł na rozgrywanie Superpucharu Polski zrodził się w 1980 roku. Ówczesne władze PZPN uznały, że konfrontacja najlepszej drużyny w kraju z zespołem, który sięgnął po krajowy puchar może być nie lada atrakcją dla kibiców. Kiedy jednak rywalem Legii Warszawa (zdobywca PP 1980) okazać się miał zupełnie nieoczekiwany triumfator ligi – Szombierki Bytom – z pomysłu się wycofano! Decyzję argumentowano tym, że takie zawody nie spotkają się ze zbyt dużym zainteresowaniem fanów.

Do idei wrócono trzy lata później, czyli w 1983 roku. Wtedy też rozegrano pierwszy w historii Superpuchar Polski. Lechia Gdańsk (zdobywca PP 1983, świeżo po awansie z III do II ligi) wygrała na swoim stadionie z… Lechem Poznań (mistrz Polski 1983). Jedynego gola strzelił Jerzy Kruszyński, który dwa lata później przeniósł się do Kolejorza.

Pomimo frekwencyjnego sukcesu premierowego spotkania (na trybunach zasiadło 15 000 kibiców) na kolejny mecz o Superpuchar trzeba było czekać aż cztery lata (1984-1986). Nikt bowiem nie kwapił się do organizacji kolejnych spotkań. Dopiero w 1987 roku PZPN, na wniosek Kazimierza Górskiego, zadecydowano, że pieczę nad spotkaniem obejmie piłkarska centrala. Mecz odbywać się miał zawsze na tydzień przed rozpoczęciem rozgrywek ekstraklasy i być formą inauguracji sezonu. Honorowym patronem wydarzenia została Fundacja „Gloria Victis” zajmująca się wspieraniem byłych sportowców. Dochód ze spotkania miał wspierać jej właśnie konto. Lokalizacja kolejnych meczów była ruchoma i docelowo trafiała również do mniejszych piłkarskich ośrodków. Wdrożenie tych szlachetnych założeń rozpoczęło się 2 sierpnia 1987 roku, kiedy to Śląsk Wrocław (zdobywca PP) pokonał Górnika Zabrze (mistrz Polski) na stadionie w Białymstoku (2:0). Od tego czasu Superpuchar rozgrywany jest już regularnie, choć i w tym okresie nie brakuje wpadek.

W 1993 roku zaplanowane już spotkanie (miało odbyć się w Radomiu) zostało odwołane z powodu afery „ostatniej kolejki” sezonu 1992/1993. Wtedy to Legia i ŁKS ścigały się w strzelaniu bramek swoim przeciwnikom w korespondencyjnym boju. Za karę obu drużynom unieważniono wyniki ostatniego spotkania oraz nie dopuszczono do występów w europejskich pucharach. Tym samym mistrzem Polski ostatecznie został Lech Poznań, ale jego superpucharowego meczu z GKS Katowice (zdobywca PP) postanowiono już nie rozgrywać.

Początek XXI wieku to trudny czas dla Superpucharu. W 2000 roku z jego współorganizowania wycofała się Fundacja Gloria Victis. Jedynym podmiotem odpowiedzialnym za wydarzenie został więc PZPN. Skutki tej sytuacji szybko zaczęły być widoczne.

W 2002 roku zawody dość niespodziewanie odwołano. Ciekawie zapowiadający się mecz Legii i Wisły miał być toczony na stadionie w Suwałkach. Władze PZPN uznały jednak, że w kontekście MŚ 2002… nie są w stanie znaleźć dla niego dobrego terminu. Padały różne daty, w końcu zdecydowano się na grę na początku września, po czym wycofano się w ogóle z pomysłu rozgrywania spotkania.

Rok później, czyli w 2003 roku, o przeprowadzeniu Superpucharu już w ogóle nie myślano. PZPN uznał, że nie jest zainteresowany organizacją takiego przedsięwzięcia, więc nawet nie poczyniono żadnych przymiarek związanych z jego przeprowadzeniem.

Historię z 2004 roku znają doskonale przede wszystkim kibice poznańskiego Lecha. Do meczu o Superpuchar z pewnością znowu by nie doszło, ale działacze Kolejorza (zdobywcy PP) zaproponowali, aby potraktować w tych kategoriach spotkanie ostatniej kolejki sezonu – właśnie ze świeżo koronowanym mistrzem Polski Wisłą Kraków. Mecz przy ul. Bułgarskiej zakończył się remisem 2:2 i wobec tego arbiter zarządził... konkurs rzutów karnych. Jedyny raz w historii takie wydarzenie towarzyszyło ligowemu spotkaniu.

W 2005 roku powtórzyła się historia z lat 2002-2003. Polska reprezentacja „szykowała się” do MŚ 2006 w Niemczech, a sam PZPN zmagał się ze szczytem afery korupcyjnej. O Superpucharze nikt wówczas nie pomyślał.

Zły los cyklicznego spotkania odmienił się dopiero w 2006 roku. Wtedy to pod swoje skrzydła wzięła go nowo powołana spółka Ekstraklasa SA. Od tego czasu wydarzenie pod zmienioną nazwą Superpuchar Ekstraklasy SA miał toczyć się rokrocznie bez względu na okoliczności. Tak się jednak nie stało.

W 2011 roku zaplanowano, że odbędzie się on na świeżo wybudowanym na EURO 2012 Stadionie Narodowym w Warszawie. Termin oddania obiektu do użytku ciągle jednak przesuwano. Ostatecznie mecz miał być rozegrany… w lutym 2012 roku. Policja jednak zakwestionowała gotowość stadionu na przyjęcie kibiców Legii i Wisły. Dodatkowo same kluby zadeklarowały, że nie są zainteresowane takim spotkaniem rozgrywanym w zimowej aurze, ponieważ kolidowałoby on w ich przygotowaniach do 1/16 Ligi Europy.

Wreszcie w 2013 roku Superpuchar Ekstraklasy również się nie odbył. PZPN argumentował tę decyzję reformą rozgrywek Ekstraklasy zwiększająca liczbę meczów ligowych w sezonie (wprowadzono wtedy podział na grupy mistrzowską i spadkową, po 30 kolejkach rundy zasadniczej) oraz zmianami organizacyjnymi w Pucharze Polski.

Jak widać historia inaugurujących sezon potyczek mistrza Polski ze zdobywcą Pucharu bywa burzliwa. Mimo to dzisiaj wieczorem piłkarze powinni jednak wybiec na murawę.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego Lecha Poznań

P.

wtorek, 04 lipca 2017
Ślizgawka w tropikach

Dokładnie 10 lat temu rosyjski kurort Soczi został wybrany gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. Właśnie 4 lipca 2007 roku w głosowaniu podczas 119. sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Gwatemali wygrał on w drugiej turze wyborów z południowokoreańskim Pjongczangiem, wynikiem głosów 51:47. W pierwszej turze wyeliminowany zaś został austriacki Salzburg.

Same igrzyska to już historia stara, ale ciekawą perspektywę i głosy na temat samego wyboru znalazłem w dwóch książkach-reportażach, które niedawno czytałem.

Książka Wacława Radziwinowicza "Soczi. Igrzyska Putina" (2014)

indeks4

w całości poświęcona jest temu przedsięwzięciu. Warto się z nią zapoznać, tym bardziej, że mieści się w kieszeni i można ją podczytywać nawet w tramwajowym tłoku. O samych okolicznościach wyboru Soczi autor pisze na przykład tak:

W stolicy tego środkowoamerykańskiego państwa Kreml kupił spory budynek. 120-osobowa ekipa sprowadzonych z Moskwy fachowców wykonała tam ekspresowo "jewroremont", czyli solidny remont, jak to w Europie. Wstawiła też luksusowe meble, a we wspaniałych wnętrzach zaczął działać "Ruski Dom", w którym karmiono kogo trzeba, pojono, a rosyjscy artyści tańczyli i śpiewali. (...) Do Gwatemali samolot przetransportował aparaturę do produkcji śniegu i lodu. Pod "Ruskim Domem" zrobiono ślizgawkę, na której w 30-stopniowym upale, w krajobrazie rosyjskiej zimy przeniesionym pod palące zwrotnikowe słońce, kręcił piruety mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym Jewgienij Pluszczenko. (s. 18)

[...] Moskwa pomagała losowi, czym mogła, hurtem kupując głosy małych państw. Taki na przykład Timor Wschodni (15 tysięcy km2 i 1,2 mln mieszkańców) okazał się tani - premierowi tego państwa Xananie Gusmao wystarczyło to, że Rosjanie przetłumaczyli i wydali tomik jego wierszy "Moje morze". (s. 20)

Genialny Wojciech Górecki w swojej "Abchazji" (2013)

gorecki_abchazja

igrzyskami zajmuje się mniej, ale na ich temat odbywa ciekawą rozmowę z Ławrikiem Achbą - komendantem suchumskiego portu wojennego i... aktorem teatralnym.

Aktor Ławrik Achba ma olimpiadę w nosie. Chodzi o zimowe igrzyska, które odbędą się w 2014 roku w Soczi. Rzut beretem, z Suchumi to dwie godziny jazdy, z granicy - w ogóle nie ma o czym mówić. Lipcową relację z Gwatemali, gdzie MKOl przyznawał Rosji organizację zawodów, oglądała cała Abchazja. Ławrik też.

Inaczej niż większość rodaków, wcale się nie ucieszył. Wizja turystycznego boomu raczej go przeraziła (Abchazowie natychmiast uznali, że wszyscy kibice przyjadą tu na wycieczkę, a część będzie w Abchazji mieszkać), w eldorado nie wierzył (przeczuwał, że na dostawach abchaskich cegieł, z których, jak ogłoszono, powstaną obiekty olimpijskie, zarobi jak zwykle kilka rodzin). Bał się, że przy okazji Moskwa znowu zamknie granicę albo przeciwnie - tak mocno zacieśni kontakty z Abchazją, że jakakolwiek niezależność stanie się fikcją.

Po decyzji MKOl ceny nieruchomości poszły ostro w górę i rząd zdecydował, że nie można ich sprzedawać obcokrajowcom. Nic to nie dało. Rosjanie, którzy mieli więcej pieniędzy niż miejscowi, dalej brali wszystko jak leci. Jedni załatwiali w tym celu abchaskie obywatelstwo, inni - pełnomocnictwa od formalnego właściciela. Po drodze do Aczandary Ławrik mijał coraz więcej domów z płachtami ogłoszeń: "Sprzedam. Chętnie Rosjanom".

Krezusi dogadywali się bezpośrednio z rządem. Mer Moskwy Jurij Łużkow kupił w Gagrze sanatorium Ukraina, zmienił nazwę na "Moskwa" i właśnie rozpoczął remont. Kompleks turystyczny w Suchumi i hotel w Oczamczirze przejął biznesmen z Niżnego Nowogrodu. Miliarder Oleg Deripaska w ostatniej chwili wycofał się z kipana jednej z willi Stalina - ale też miał już w ręku wydane "w drodze wyjątku" zezwolenie. Po kilku takich przypadkach Ławrik zrozumiał, że Rosjanie nigdy stąd nie wyjdą. Za dużo by stracili". (s. 149-150)

Jak wyglądały igrzyska, to już wszyscy wiemy. Nasz polski paradoks polega na tym, że impreza odbywająca się w tak wątpliwych okolicznościach (inna sprawa, że które coraz mniej w ostatnich latach imprez, w przypadku których nie pojawiałyby się problemy natury etycznej) dostarczyła nam tylu miłych wspomnień.

P.

wtorek, 27 czerwca 2017
Ongiś smutny koszyk

 basket1

Spodziewane 6. miejsce w rankingu FIFA i domniemany pierwszy koszyk w losowaniu grupowym na MŚ 2018 przywołują u mnie bolesne wspomnienia, gdy nasza kadra była dnem dna. Wyznacznikiem tego był fakt, że przy okazji rozstawiania eliminacyjnych garnuszków lądowała ona w czwartym kubełku. Sytuacja taka miała miejsce dwukrotnie - w ramach boju o EURO 2000 oraz MŚ 2014.

*

Na mętną lokację przed imprezą w Belgii i Holandii solidnie zapracowaliśmy beznadziejnymi wynikami pod wodzą Apostela i Piechniczka. W efekcie spadliśmy z trzeciego do czwartego koszyka (co prawda na sam jego szczyt, ale to nic nie zmieniło). Tam bawiliśmy się w gronie innych ówczesnych wielkich: Węgier, Irlandii Północnej, Bośni i Hercegowiny, Łotwy, Macedonii, Cypru, Walii i Islandii. Dość napisać, że szczebel wyżej ulokowały się m.in. Litwa, Słowacja, Izrael, Finlandia czy Gruzja.

Choć z drużyną prowadzoną przez Janusza Wójcika jakoś trudno mi wielce sympatyzować, to trzeba jej oddać, że dzięki kilku zwycięstwom odniesionym w el. EURO 2000 udało się wygrzebać z czwartego dołka w losowaniu, co - moim zdaniem - znacznie przyczyniło się do późniejszego awansu do MŚ 2002.

*

Eliminacje do MŚ 2014 jawią się mi jako senny koszmar. Nie tylko dlatego, że szybko znaleźliśmy się poza grą. Stawaliśmy do nich bowiem z piętnem katastrofalnych eliminacji do MŚ 2010 (a zaczynaliśmy z drugiego koszyka) oraz fatalnego EURO 2012. I cały ten kiepski wizerunek został potwierdzony na boisku.

O skali naszej ówczesnej zapaści niech świadczy fakt, że w losowaniu trafiliśmy do czwartego koszyka, ale - wiem, że to technicznie nieistotne - na samo jego dno! Towarzystwo w dołku mieliśmy takie: Bułgaria, Rumunia, Gruzja, Litwa, Albania, Szkocja, Irlandia Północna i Austria. Niewiele jednak brakowało, a spadlibyśmy do piątego (!!!) koszyka kosztem Armenii. Ówczesne popisy kadry Fornalika kazały sądzić, że taka degradacja byłaby uzasadniona.

*

Dziś te smutne czasy wspominam bez sentymentu. Jak zawsze w tego typu przypadkach potrzebny był... cud. Polacy eliminację do EURO 2016 zaczynali z samego dołu trzeciego koszyka i awansowali. Spodziewana kwalifikacja do MŚ 2018 odbędzie się także z trzeciego koszyka, ale już z jego wierzchołka. Bez względu zatem czy w bój o EURO 2020 będziemy ruszać z pierwszej czy drugiej grzędy - również wszyscy liczymy na awans. Ot, choćby po to, żeby skutecznie wymazać wspomnienia z dawnych czasów :)

P.

środa, 21 czerwca 2017
Rzeczy, których (być może) nie wiesz o Żurawiu

DARIUSZ ŻURAW został właśnie trenerem drugoligowego Znicza Pruszków.  Wcześniej pracował jako pierwszy szkoleniowiec w WKS-ie Wieluń, Odrze Opole oraz Miedzi Legnica. Był także asystentem Macieja Skorży w Lechu Poznań, w czasie, gdy ten zdobywał Mistrzostwo Polski 2015.

Pewnie nie jest to news rzucający na kolana, ale stanowi on dobrą okazję, żeby nieco przypomnieć postać Żurawia-piłkarza, jednego z najbardziej niedocenionych polskich zawodników w XXI wieku (!). Oto zatem wyjściowa jedenastka ciekawostek o nim.

Klub od dziadków. Choć Żuraw urodził się (w 1972 roku) i wychował w Wieluniu (województwo łódzkie) to jego pierwszym klubem był klubik z pobliskiej wsi – LZS Ostrówek. Dlaczego właśnie ten zespół? Powód jest dość niezwykły. Pewnego dnia młody Darek pojechał w odwiedziny do dziadków mieszkających Ostrówku. Wujek zabrał go na mecz, a ponieważ brakowało jednego zawodnika zapytano się go czy może chce zagrać. On zgodził się, a przy tym zaprezentował się na tyle dobrze, że został już w drużynie do końca sezonu.

Przez LZS do Lubina. Kariera zdolnego defensora nabierała rozpędu. W kolejnym roku przeniósł się do LZS Rychłocice. W 1992 trafił do rodzinnego III-ligowego WKS Wieluń. Po czterech latach przebił się klasę wyżej, do II-ligowego Okocimskiego Brzesko, by wreszcie w przerwie sezonu 1997/1998 zostać zawodnikiem grającego w ekstraklasie Zagłębie Lubin.

Miedziowy top. 3,5 roku – tyle potrzebował w Lubinie Żuraw, żeby wyrobić sobie markę jednego z najlepszych defensorów polskiej ligi. Choć rosły obrońca w Zagłębiu nie grał zbyt długo to uzbierał równo 100 meczów i 10 goli. Wielu kibiców widzi go w jedenastce wszech czasów miedziowej drużyny.

z12653011QDariuszZurawwbarwachZaglebiaObokemanuleOli

Niemieckie saksy. Latem 2001 roku Żuraw przeniósł się do grającego w 2. Bundeslidze zespołu Hannoveru 96. Już po roku cieszył się jednak z awansu – pierwszego w historii klubu - do najwyższej klasy rozgrywkowej. W tej niemieckiej drużynie polski defensor spędził siedem lat – sześć w 1. Bundeslidze i rok na jej zapleczu. Jego bilans w 1. Bundeslidze: 131 meczów i 5 goli. W 2. Bundeslidze: 16 – 2. Godny bilans, trzeba przyznać.

sl300

Uwaga na głowę! Rosły Żuraw wspaniale grał głową. Dzięki temu strzelał całkiem sporo goli jak na defensora. W Bundeslidze tym sposobem uzyskał cztery z pięciu swoich trafień. Udało mu się skierować futbolówkę do bramki takich zespołów jak TSV 1860 Monachium, Werder Brema, HSV Hamburg (dwukrotnie), a także Bayernu Monachium.

Arka tonie, Żuraw ratuje. Po powrocie z Niemiec Żuraw jeszcze przez rok występował jeszcze w Arce Gdynia. Choć miał już na karku 36 lat to był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem drużyny. To głównie dzięki niemu gdynianie obronili się przed spadkiem z ekstraklasy. Dość powiedzieć, że z sześcioma golami na koncie był najlepszym strzelcem Arki (wraz ze Zbigniewem Zakrzewskim). Po zakończeniu sezonu zakończył profesjonalną karierę i tylko okazjonalnie kopał piłkę w WKS Wieluń.

Jedna czerwień. Żuraw przez całą swoją karierę otrzymał tylko jedną czerwoną kartkę! Stało się to 18 września 2004 roku. W 19. minucie wyjazdowego spotkania z Werderem Bremen Polak został usunięty z boiska za faul w polu karnym na Nelsonie Valdezie.  Hannover przegrał potem całe spotkanie aż 0-3.

Kadra i reklama. Osobną kwestią pozostaje reprezentacyjna „przygoda” Żurawia. Choć plasował się w absolutnej czołówce polskich defensorów to kolejni selekcjonerzy – Jerzy Engel, Zbigniew Boniek, Paweł Janas i Leo Beenhakker – nie widzieli dla niego miejsca w koszulce z orzełkiem na piersi. W efekcie w narodowych barwach wystąpił tylko raz. Stało się to w towarzyskim meczu z Białorusią (1:3 w lutym 2005 roku). Jest w tym wszystkim jednak jeden zabawny element. Tak się złożyło, że akurat wtedy reklamę z udziałem kadrowiczów kręciła Telekomunikacja Polska. Dzięki obecności na zgrupowaniu Żuraw później bardzo często pojawiał się na billboardach i w telewizyjnych reklamach właśnie w reprezentacyjnej koszulce.

Trenerka, trudny chleb. Po zawieszeniu butów na kołku Żuraw wziął się za trenerkę. W latach 2010-2012 prowadził WKS Wieluń, jednocześnie sam będąc zawodnikiem tego zespołu. W sezonie 2012/2013 został trenerem Odry Opole, z którą w tym samym sezonie uzyskał awans do II ligi oraz zdobył Puchar Polski na szczeblu okręgowym województwa opolskiego. Jednak już w listopadzie 2013 roku został zwolniony. Od początku maja do połowy czerwca 2014 roku prowadził zespół I-ligowej Miedzi Legnica. Od września 2014 do października 2015 pracował natomiast przy ul. Bułgarskiej jako asystent Skorży. Niemal przez dwa lata pozostawał zatem bez pracy.

Tygrysi skok. W internecie można znaleźć filmik, na którym Dariusz Żuraw wchodząc na boisko najpierw wita się z kibicami, tygrysim susem pokonuje bandę reklamową i… pada jak ścięty. Całkiem zabawne.

Syn. Śladem swojego ojca poszedł również syn Dariusza Żurawia – Szymon. Występował on w zespole WKS Wieluń – najpierw jako junior, a później pojawiał się w zespole seniorów III-ligowego klubu. Obecnie studiuje na AWF we Wrocławiu.

Więcej do poczytania o Żurawiu - tutaj i tutaj.

Tekst pochodzi z programu meczowego Lecha Poznań

P.