Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 01 czerwca 2017
Nie dzień, ale cała runda dziecka

Sezon 2002/2003 był w polskiej ekstraklasie dość nietypowy. Dwie jej drużyny kończyły bowiem rozgrywki na granicy bankructwa, ratując się od połowy sezonu juniorami. Były to Pogoń Szczecin i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Obie wiosną 2003 roku puściły w bój nieopierzonych młodzieżowców, czasem wręcz dzieciaków.

*

W przypadku Portowców sprawy już jesienią wyglądały fatalnie. Zespół miał na koncie sześć punktów (jedno zwycięstwo z... KSZO) i był kompletnie rozbity na skutek tragikomicznych rządów Lesa Gondora (vel Leszka Gondorowicza, eks-taksówkarza z Lipian). O ile jednak w pierwszej części sezonu w składzie występowali całkiem uznani zawodnicy (m.in. Dźwigała, Choto, Kosmalski, Paweł Sobczak), o tyle w drugiej odsłonie za piłką uganiali się przede wszystkim piłkarze poniżej 20 roku życia, wspomagani kilkoma bardziej doświadczonymi zawodnikami (np. Biliński, Rafał Pawlak, Szubert). Oto młodziaki (tj. urodzeni w 1982 i później) z Pogoni, którzy w jej barwach zagrali w ekstraklasie wiosną 2003 roku: Tomasz Michałowicz (18 lat), Rafał Rogowski (18 lat), Marcin Całko (20 lat), Dawid Kamrowski (20 lat), Łukasz Żebrowski (21 lat), Łukasz Bednarek (21 lat), Michał Niedźwiedzki (18 lat), Przemysław Węgier (21 lat).

Dla całej tej ferajny ówczesny w ekstraklasie były jedyny w czasie kariery i po tym krótkim wiosennym epizodzie bezpowrotnie przepadli. (Na marginesie warto wspomnieć, że w klubowej kadrze przebywał wówczas także Piotr Celeban, ale nie dane mu było zadebiutować wówczas w lidze).

Uzupełnienie tej młodzieży zawodnikami rezerw dało bardzo niewybuchową mieszankę. Cała Pogoń zdobyła zaszczytny tytuł najsłabszej drużyny w XXI wieku. Wiosną zdobyła tylko trzy punkty (z... KSZO, a jakże), strzelając trzy gole i zaliczając takie wyniki jak 1:7 z Odrą, 0:9 z Górnikiem czy 0:6 z Lechem (pięć goli Gajtkowskiego), a ostatni mecz sezonu (z Ruchem Chorzów) oddając walkowerem.

Żeby uświadomić sobie jakim składem grała wówczas Pogoń - oto drużyna z ostatniego rozegranego meczu (ze Szczakowianką): Olszewski - Pawlak, Godras, Walburg, Misiura, Żebrowski, Liszczak (Węgier), Szubert, Kułkiewicz, Radziwon (Bednarek), Kotula (Makowski).

I na zakończenie małe wspomnienie

*

O ile miecz zagłady wisiał od dawna nad Pogonią, o tyle w KSZO kibice zostali nieco zaskoczeni astralną katastrofą. Zespół po rundzie jesiennej zajmował bowiem 13. miejsce, z względną przewagą nad strefą spadkową (13 m. - KSZO - 15 p.; 14 m - Zagłębie - 13; 15 m. - Widzew - 12; 16 m. - Pogoń - 6 p.).

Drużyna może nie była naszpikowana gwiazdami, ale takie nazwiska jak Piątek, Lasocki, Pietrasiak, Sokołowski, Małocha czy Żelazowski dawały nadzieję na spokojne utrzymanie w ekstraklasie. Tym bardziej, że KSZO zanotowało niezły początek rozgrywek (8 punktów w sześciu meczach, w tym remis z Legią). Z czasem jednak pojawiły się kłopoty finansowe i konflikt między piłkarzami a zarządem. W efekcie, w przerwie zimowej większość zawodników podstawowego składu odmówiła gry, przedstawiając zwolnienia lekarskie (tzw. afera grypowa). Klub nie doszedł z nimi do porozumienia i przed rozpoczęciem rundy wiosennej musiał kompletować skład z juniorów, często zupełnych dzieciaków. O ile więc Pogoń uzupełniała skład młokosami, o tyle KSZO go na nich opierała. Oto młodzieżowcy (ur. 1982 i później), którzy zagrali wówczas w ekstraklasie: Kamil Bąk (19 lat), Klaudiusz Łatkowski (18), Kamil Kutryba (19), Łukasz Leszczyński (18), Radosław Mikołajek (17), Przemysław Ryński (18), Grzegorz Sadłowski (19), Paweł Madej (18), Marcin Szczygieł (19). Najmłodszy w tym gronie Mikołajek miał w chwili debiutu 16 lat i 87 dni. Nikt z tego towarzystwa nie pojawił się już później na najwyższym szczeblu (ale - ciekawostka - Mikołajka w kadrze KSZO możemy znaleźć także dzisiaj!). Efekt tej pajdokracji był jednak kiepski, bo KSZO przegrało wiosną wszystkie (!) mecze i z hukiem spadło z ekstraklasy.

z1419686QWiosna2003AndrzejNiedzielanwmeczuKSZOOstro

Jak widać Dzień Dziecka może trwać całą rundę. Pytanie jednak czy dzieci zaprzęgnięte nagle do występów w ekstraklasie cieszyły się z tego faktu, czy też - co może sugerować przebieg ich karier - zostały skrzywdzone taką gwałtowną, bolesną i przedwczesną inicjacją.

P.

środa, 31 maja 2017
Kubi z płetwą

Dziwną to karierę ma za sobą dzisiejszy jubilat - Arkadiusz Kubik (ur. 31.05.1972). Największą popularnością cieszył się jako dwudziestolatek, by potem zniknąć z kibicowskich radarów za sprawą... transferu do lepszej ligi. Ale po kolei.

Bb9mKwICYAEvYv0

Kubik to wychowanek Cracovii (jego ojciec Dominik również tam występował), z klubem tym dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Już jako dwudziestolatek trafił jednak do Górnika Zabrze - drużyny nie tylko bardzo silnej, ale i trzęsionej przez starszyznę. Szybko jednak wyrobił sobie w niej silną pozycję - zarówno dzięki kompetencjom piłkarskim, jak i pozaboiskowym (zawsze jest wymieniany jako członek załogi zabawowej).  Występował na lewej pomocy, opcjonalnie na lewej obronie. Dysponował dobrym uderzeniem z lewej nogi i często wykonywał stałe fragmenty gry. Jednak jego główny znak charakterystyczny to fryzura na płetwę :)

Kubik spędził w Zabrzu 3,5 roku i stał się w tym czasie bardzo solidnym ligowcem. Był etatowym graczem reprezentacji młodzieżowej i kwestią czasu wydawało się jego wieloletnie umoszczenie się w lewym sektorze boiska dorosłej kadry. Sprawa miała być o tyle nieuchronna, że debiut w niej zaliczył w maju 1994 (czyli jeszcze przed 22. urodzinami). Był to mecz Polska - Węgry (3:2),

20170531_120927

a kilka dni później dorzucił kolejne spotkanie (Polska - Austria 3:4). Henryk Apostel stawiał więc na młodego gracza puszczając w bój w bataliach towarzyskich i sadzając na ławce w grach eliminacyjnych (1:2 z Izraelem, 0:0 z Azerbejdżanem).

Po przegranych eliminacjach do EURO 1996 Apostel jednak pożegnał się z posadą selekcjonera, a Kubik na początku 1996 roku opuścił polską ekstraklasę. I wtedy... temat jego występów w reprezentacji na zawsze został zamknięty. W kadrze nigdy więcej już się nie pojawił, a i zdecydowana większość kibiców straciła go bezpowrotnie z oczu. Szkoda, bo sportowo na przeprowadzce na pewno nie stracił.

Kubik przeniósł się bowiem do belgijskiej ekstraklasy, do klubu KRC Harelbeke.

Kubik_Arkadiusz

Spędził w nim 5,5 rok i osiągał z tym zespołem całkiem solidne wyniki. Zajmował kolejno 12., 9., 5. (sezon 1997/1998, rywalizacja do samego końca z Germinalem Ekeren i Anderlechtem o prawo do gry w pucharach), 11., 14. i 17. (spadkowe) miejsce w tabeli. Dał się poznać jako dobry i skuteczny lewy obrońca (132 mecze i 10 goli). Tygodnik "Piłka Nożna" regularnie informował o jego dobrej dyspozycji i wypada mu zawierzyć w tej kwestii :) Szkoda zatem, że Piechniczek, a później także Wójcik, nawet nie spróbowali go w kadrze, tym bardziej, że lewonożnych zawodników zawsze nam brakowało.

Po degradacji Harelbeke Kubik zaliczył epizod w Zagłębiu Lubin (4 mecze w kiepskim sezonie 2001/2002), ale szybko znów obrał kurs na Eerste Klasse i dorzucił do CV 2,5 sezonu w Royal Antwerp.

Kubik_Arek_320

Tym razem poszło już jednak gorzej. Antwerp bronił się przed spadkiem z ekstraklasy (miejsca 16. i 12.), by z niej wreszcie spaść (ostatnie 18. miejsce w sezonie 2003/2004).

W 2004 wrócił więc na stałe do Polski, ale grał wyłącznie w niższych ligach. Najpierw na zapleczu - w Widzewie i Jagiellonii (tutaj też do poczytania o sympatii Nawałki do niego, a tutaj o kibicowskich pretensjach dotyczących spotkań barażowych). Później występował już tylko amatorsko w Górniku Wieliczka, Bronowiance Kraków i Dębie Paszkówka (w tych dwóch ostatnich był także grającym trenerem). W marcu tego roku został natomiast szkoleniowcem A-klasowej Cedronki Wola Radziszowska. Poza tym pojawia się także w meczach oldbojów Cracovii. Polecam do przeczytania ten wywiad z nim.

Kubik to zatem przykład zawodnika, którego kariera, całkiem udana, przeszła kompletnie bez echa w naszym kraju. Winić można za to... nierozwinięte jeszcze w latach 90-tych globalne media :) Dzisiaj jego występy w Belgii mógłby śledzić każdy posiadacz telewizji kablowej. Wtedy jednak jedyną informacją był akapit w "Piłce Nożnej".

P.

środa, 17 maja 2017
Marek Citko czyli spełnienie w niespełnieniu


20 lat temu na murawie stadionu w Zabrzu, miało miejsce jedno z ważniejszych wydarzeń w najnowszych dziejach polskiego futbolu. Kiedy w 62 minucie ligowego meczu przeciwko miejscowemu Górnikowi, Marek Citko wyskakiwał do pojedynku o górną piłkę, nie mógł nawet przeczuwać, że gdy za moment boleśnie wyląduje na ziemi, w jego życiu zmieni się, jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. To być może najsłynniejsza kontuzja w całej historii futbolu nad Wisłą. Chyba tylko na boiskowy powrót Lubańskiego piłkarscy kibice w naszym kraju czekali z równie wielką nadzieją, jak na chwilę, gdy Citko znów wybiegnie na murawę czarować swą widowiskową grą. Okazało się jednak, że podobnie jak w przypadku Lubańskiego czy Nawałki, również i dla Citki powrót do tego, co było, nigdy już nie będzie możliwy. Kontuzja doznana wczesnym sobotnim popołudniem 17 maja 1997 roku w ogromnej mierze przekreśliła „brazylijczykowi z Białegostoku” - jak nazwał go kiedyś Franciszek Smuda - wspaniale zapowiadającą się międzynarodową karierę oraz uniemożliwiła wdarcie się do najściślejszego panteonu prawdziwych piłkarskich legend Rzeczpospolitej, a może nawet i do czegoś znacznie więcej.

Był moim pierwszym i ostatnim, rodzimym, prawdziwym piłkarskim idolem. Po nim nie było już nikogo. Gdy w dniu moich osiemnastych urodzin strzelał swą niezapomnianą bramkę na Wembley, rozkochał w sobie całą sportową Polskę, powodując wybuch zjawiska, którego fenomen ówczesny dziennikarz tygodnika „Piłka nożna” - Janusz Atlas, określił mianem „Citkomanii”. Zjawiska bezprecedensowego i niepowtarzalnego w naszych futbolowych dziejach. Marek Citko był bowiem nosicielem zupełnie nadzwyczajnego piłkarskiego talentu. Miał zadatki na wielkiego gracza światowego formatu. Ilu mieliśmy w ostatnim stuleciu polskich prawdziwych futbolowych artystów, geniuszów dryblingu, graczy, którzy niemal w pojedynkę mecz z własnym udziałem potrafili uczynić niepowtarzalnym spektaklem? Być może Wilimowski. Pewnie Deyna. Raczej Okoński. Może ktoś tam jeszcze. Tylko, że Okoński nie miał swojego koncertu na Wembley w biało-czerwonym trykocie.

„Rośnie nam wielki piłkarz” - ekscytował się po kolejnym znakomitym zagraniu Citki w meczu z Anglią, współkomentujący wówczas to spotkanie Zbigniew Boniek. Wydawało się naprawdę, że były gracz Juventusu doczekał się wreszcie swego godnego następcy. Ale Citko wielkiego futbolu dotykał niestety bardzo krótko. Kontuzja w jednym momencie bezlitośnie ucięła marzenia o wspaniałej piłkarskiej karierze. Z perspektywy czasu śmiało można jednak stwierdzić, że swoje przysłowiowe 5 minut, czy raczej kilkanaście miesięcy, jakie dostał, by pokazać się futbolowemu światu, wykorzystał najlepiej jak tylko mógł. Dokonał w tym czasie więcej niż niejeden polski piłkarz przez 20 lat kariery. Strzelał bramki Anglii, Brazylii, Borussii Dortmund czy w sposób najspektakularniejszy z możliwych - Atletico Madryt. Na krótką chwilę rozkochał w sobie piłkarską Europę. Po raz pierwszy od czasów Bońka o polskiego gracza biły się największe klubowe firmy Starego Kontynentu. A przede wszystkim w czasach posuchy epoki szesnastolecia międzymundialowego, był Citko uosobieniem nadziei polskich kibiców na lepsze czasy naszego futbolu. Kimś, kto na krótki czas zapalił światło w ciemnym pokoju oczekiwania na sportowy sukces. Mimo, że patrząc na całą sprawę wyłącznie szkiełkiem i okiem, był on przecież tylko wielkim wygranym przegranych meczów. Piłkarzem, który nigdy nie zagrał w ważnej imprezie, a dorobek reprezentacyjny zamknął na identycznym bilansie, jaki jest udziałem choćby Macieja Iwańskiego.

Citko przychodzi na świat w roku, w którym polski futbol święci na zachodnioniemieckim mundialu swe największe triumfy. Gdy w wieku szesnastu lat, młody wychowanek białostockiego Włókniarza przenosi się do potężniejszego sąsiada zza miedzy, Jagiellonia właśnie dopiero co z hukiem spada z ekstraklasy, choć przecież jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej toczy niezapomniany bój w finale Pucharu Polski z warszawską Legią. Citko w Jadze trafia pod skrzydła trenera Ryszarda Karalusa (to od niego przejmował białostocki zespół Janusz Wójcik, zanim wprowadził go w 1987 roku po raz pierwszy w historii do ekstraklasy), dysponującego wówczas naprawdę ciekawą grupą graczy, którzy po latach będą w polskim futbolu znaczyć bardzo wiele. Marek Citko, Mariusz Piekarski, Tomasz Frankowski, Jacek Chańko, Bartosz Jurkowski czy Daniel Bogusz to piłkarze, którzy od Karalusa słyszeć będą jak mantrę, że to „technika, technika, technika” jest w piłce najważniejsza. Citko nigdy tej nauki nie zapomni i dzięki temu jego gra wielokrotnie pieścić będzie oczy futbolowych fanów w naszym kraju. Podczas rozmowy z Dariuszem Faronem dla Onet.pl, Karalus tak wspomina Citkę: Od początku się wyróżniał. Dobrze grał ciałem, miał silne nogi. W młodszych rocznikach nie zabraniałem dryblingu, a w grze jeden na jeden, która jest tak ważna, Marek radził sobie kapitalnie.

16-letni białostoczanin grywa w juniorskiej reprezentacji Polski, prowadzonej przez Wiktora Stasiuka. W maju 1990 roku nie załapuje się jeszcze do kadry (czołowymi postaciami tamtej ekipy byli m.in. Onyszko, Ratajczyk, Chańko czy Wojciechowski) na Mistrzostwa Europy w NRD, która przywiezie stamtąd brązowe medale. Ale w sierpniu tego roku Citko strzela już gole w koszulce z orłem na piersi, zarówno Norwegom, jak i Węgrom. W turnieju eliminacyjnym do kolejnego europejskiego czempionatu, Citko gra w zdecydowanej większości spotkań, Irlandczykom strzeli nawet gola w Warszawie, ale jest raczej głównie zmiennikiem dla Sazonowicza czy Apryjasa. 3 czerwca 1992 roku zagra jeszcze pierwsze 41 minut w towarzyskim spotkaniu z Czechosłowacją, po czym nastąpi trwająca niemal trzy i pół roku przerwa w jego przygodzie z reprezentacyjną koszulką. Podczas lipcowego, kończącego się dosłownie kilka dni przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Barcelonie, turnieju Mistrzostw Europy juniorów w Niemczech, znów zabraknie dla niego miejsca. W pierwszej linii zespołu Stasiuka grają tam wtedy Moskalewicz, Bociek czy Róg (w ekipie są również takie postaci, jak Wyparło, Ledwoń, Bogusz, Ratajczyk, Berensztajn czy Wojciechowski). Biało-czerwoni przegrywają zarówno z Anglikami, jak i Niemcami i szybko odpadają z turnieju. Na pociechę pozostaje Citce wywalczone w imponującym stylu z Jagiellonią pod wodzą Ryszarda Karalusa, 8 lipca 1992 roku, mistrzostwo Polski juniorów. Jednak absencja na niemieckim turnieju to bolesny i zarazem jeden z kluczowych momentów w karierze Marka Citki. Po latach, w książce Bogdana Rymanowskiego „Gracze”, będzie to wspominać następująco: Reprezentacja kraju to jest coś pięknego. Od dzieciństwa o niej marzyłem. (...) Kiedy z Jagiellonią zdobyliśmy tytuł Mistrza Polski juniorów, moi klubowi koledzy pojechali na Mistrzostwa Europy juniorów. Ja powołania nie dostałem. Wracałem ze zgrupowania pociągiem i pół drogi przepłakałem. Ale powiedziałem sobie, że biorę się za siebie i że im wszystkim pokażę. Szkoła, treningi. Zacząłem się zdrowo odżywiać. Tak mnie ta porażka nakręciła, że szedłem już tylko do przodu.

W tak zwanym międzyczasie wychowanek Włókniarza zaczyna powolutku przebijać się do piłki seniorskiej. W czerwcu 1991 roku Jagiellonia jest już jedną nogą w ekstraklasie. W barażowym meczu pokonuje w Sosnowcu tamtejsze Zagłębie 2:0. Ale w rewanżu na własnym boisku gospodarze dokonują rzeczy niemal niemożliwej. Wypuszczają awans z rąk. Gdy po godzinie gry, młodziutki Citko schodzi z boiska, jego zespół przegrywa z piłkarzami z Sosnowca 0:1. Ale podopieczni Zbigniewa Mygi, wśród których brylują m.in. Czerwiec i Mandrysz, dokładają drugiego gola i ostatecznie po serii jedenastek goście wywalczają pierwszoligowy awans.

Rok później Jaga powraca jednak do ekstraklasy. A gdy po Szerszenowiczu trenerem zespołu zostaje były bramkarz Mirosław Sowiński, 18-letni Citko dostaje swą upragnioną szansę na pierwszoligowe szlify. 26 września 1992 roku przed własną publicznością Marek Citko debiutuje w rozgrywkach ekstraklasy, zmieniając w 67 minucie bezbramkowego meczu z GKS Katowice Roberta Grzankę. Gdy w rundzie wiosennej pierwszy zespół obejmie Ryszard Karalus, który odważnie stawia na swych młodych wychowanków, Citko będzie grywał już regularnie, a 13 marca 1993 roku w białostockim meczu przeciwko poznańskiej Olimpii uzyska swe pierwsze trafienie na dorosłych boiskach. Ponad miesiąc później, również przed własną publicznością pokona także Adama Matyska z wrocławskiego Śląska i zakończy sezon z dwoma trafieniami na koncie oraz spadnie z hukiem wraz ze swym klubem na drugoligowe zaplecze. Tam jesienią tworzyć będzie duet napastników z białostocką gwiazdą - Jackiem Bayerem i spędzi na tym poziomie rozgrywkowym dwa następne sezony, strzelając łącznie 10 goli.

I wcale nie wykluczone, że Citko ugrzązłby tam na dobre, ale wiosną 1995 roku Jagiellonia gra sparing z pierwszoligową Stalą Mielec. Stal trenuje wówczas Franciszek Smuda i jest on pod ogromnym wrażeniem gry wychowanka Włókniarza. Zaraz po meczu Smuda proponuje mieleckim decydentom, by jak najszybciej ściągnęli Citkę do Stali. Oni jednak przygotowywali się raczej powoli do pożegnania z Franzem i nie byli nadmiernie skorzy do realizacji jego transferowych zamierzeń. Kilka tygodni później, na początku maja 1995 roku, Smuda jest już w łódzkim Widzewie, gdzie przejmuje posadę po Władysławie Stachurskim i nie zapomina o Citce. Wypytuje o niego wielokrotnie obrońcę Widzewa Daniela Bogusza, który świetnie zna go jeszcze z czasów wspólnej gry dla Jagielloni. Smuda kilkukrotnie jeździ do Białegostoku oglądać obiecującą dychę Jagi. Jak powie po latach, w niektórych z tych meczów przyszły bohater z Wembley grał straszną „padlinę”, ale w przeważającej części były to jednak występy znakomite.

Wydawało mi się, że ten chłopak przyjechał z Brazylii, bo takie umiejętności techniczne posiadał - wyzna przyszły polski selekcjoner w filmowym dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”. Smuda przyjechał kiedyś na mecz do Białegostoku no to zrobiłem show. Sześciu rywali kiwnąłem, później bramkarza, poczekałem aż wrócą i strzeliłem do bramki, od słupka. Tak przedstawiłem się Smudzie - wspominał z kolei w zeszłorocznej rozmowie z Piotrem Wołosikiem dla „Przeglądu Sportowego” sam Citko. Smuda jest oczarowany umiejętnościami młodego gracza Jagielloni i chce za wszelką cenę wzmocnić nim prowadzony przez siebie zespół łódzkiego wicemistrza kraju, walczącego z Legią o prymat w ekstraklasie. Citko staje się bezwzględnym transferowym priorytetem na liście życzeń RTS-u. I choć wychowankiem Włókniarza interesuje się w tamtym czasie również grająca przecież wówczas w Champions League warszawska Legia, ten wybiera jednak Smudę i jego Widzew.

Latem 1995 roku Marek Citko rozegra jeszcze w Iławie przeciwko tamtejszemu Jeziorakowi swój pożegnalny mecz w barwach Jagielloni (w kadrze Jagi są wówczas m.in. Dariusz Bayer czy Radosław Sobolewski) i po ponad dwóch latach przerwy, znów pojawia się na boiskach ekstraklasy. Widzewski debiut przeciwko Pogoni Szczecin 20 września 1995 roku jest bardzo udany. W 63 minucie meczu Citko wchodzi na boisko za Piotra Szarpaka, znacznie napędza ofensywne poczynania zespołu, popisuje się kilkoma efektownymi zagraniami i dryblingami, a Widzew strzela w tym czasie dwa gole i po hat-tricku Koniarka wygrywa 3:0. Białostocki wirtuoz niemal z miejsca staje się ulubieńcem łódzkiej publiczności, a miejsca w podstawowym składzie Widzewa już nie odda nikomu.

Początki Citki w Widzewie, tak wspominał w rozmowie z Weszlo.com Tomasz Łapiński: Jak Franek go wyciągnął z Białegostoku, Citek był strasznie zapuszczony fizycznie. Trenowaliśmy w Buku i jeszcze nie było żadnych poważnych obciążeń: 15-20 minut biegu, spokojne tempo. Tymczasem Citek sto metrów za nami i ledwo dycha. Rozciąganie na treningu? Sięgał dłońmi do kolan, dalej nie dawał rady. Był twardy jakby kija połknął. A potem wychodził na boisko i zabierz mu piłkę. Kapitalny technicznie, świetne panowanie nad piłką, dużo widział... Był też bardzo silny, fizycznie jak klocek. Mało jest takich ludzi, którzy z piłką przy nodze potrafią wygrać fizycznie pojedynek – Lewy też to ma.

Wszystko nabiera teraz coraz większego przyspieszenia. 28 października 1995 roku o Marku Citce jest już głośno, gdy w hitowym, zremisowanym 1:1 meczu polskiej ekstraklasy Widzewa z Legią (będącą wówczas w trakcie dwumeczu z Blackburn), piłkarz z Białegostoku niejednokrotnie wręcz ośmiesza tak renomowanych obrońców zespołu mistrza Polski, jak Jóźwiak czy Mandziejewicz. Po spotkaniu trener legionistów, Paweł Janas nie może się nachwalić młodego piłkarza rywali. 4 listopada 1995 roku, na zaśnieżonym boisku w Mielcu, Citko strzela tamtejszej Stali, dla której mógł przecież grać, swego pierwszego widzewskiego gola w ekstraklasie. W 58 minucie gry pokonuje pięknym strzałem piętą kolegę z juniorskich reprezentacji, Bogusława Wyparłę. Dziesięć dni później po kilkuletniej przerwie zagra też wreszcie w reprezentacyjnym stroju. W tureckim Akhaabat podczas ostatniego eliminacyjnego meczu olimpijskiej reprezentacji Mieczysława Broniszewskiego, teoretycznie już tylko zmagającej się o awans na igrzyska w Atlancie, Citko pokonuje w 17 minucie azerskiego bramkarza i biało-czerwoni wygrywają 2:1.

1996 rok cały należy już do Marka Citki. Nowy selekcjoner, Władysław Stachurski, powołuje piłkarza Widzewa na wyjazd do Hongkongu i 19 lutego Citko debiutuje w pierwszej reprezentacji Polski meczem przeciwko Japonii. Zaliczy pełne 90 minut i nie gra źle, stara się, szarpie, trafia nawet w poprzeczkę japońskiej bramki, ale debiut kończy się blamażem 0:5. Dziewięć dni później w Rijece jest już dużo lepiej. Biało-czerwoni przegrają co prawda z Chorwatami 1:2, tracąc bramkę w ostatnich minutach meczu, ale fatalne wrażenie po japońskim laniu zostaje nieco zatarte. 27 marca 1996 roku w dniu swych 22 urodzin Marek Citko rozegra na stadionie Widzewa 63 minuty w meczu przeciwko Słowenii. I będzie to jedyny niepełny mecz pośród jego występów w dorosłej reprezentacji. Na niwie klubowej, Citko uzyskuje wiosną łącznie 4 trafienia w ekstraklasie, a po zwycięstwie 22 maja w Warszawie nad Legią 2:1, widzewiacy mogą praktycznie cieszyć się z mistrzostwa kraju. Pamiętam, że gdy przed meczem z Legią, Franciszek Smuda powiedział w jednym z wywiadów, że Citko jest obecnie najlepszym polskim piłkarzem, wydawało mi się, że sporo w tym stwierdzeniu jednak przesady. Kilka miesięcy później niewielu pewnie odważyłoby się z tą śmiałą tezą Franza polemizować.

Jednak o tym, że Citko znakomitym piłkarzem jest, przekonały ostatecznie sierpniowe batalie Widzewa o Champions League z zespołem Broendby Kopenhaga. Wychowanek Karalusa błyszczał niesamowicie. To właśnie on wypracował pierwszą bramkę dla gospodarzy w łódzkim starciu, a w Danii przy stanie 0:3 strzelił bezcennego gola, który natchnął podopiecznych Smudy wiarą, że jeszcze nie wszystko stracone. 21 sierpnia 1996 roku w Kopenhadze po heroicznej końcówce spotkania, która zapewne już na zawsze kojarzyć nam się będzie z emocjonalnym, radiowym komentarzem Tomasza Zimocha, Widzew powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Legii i wdarł się do Ligi Mistrzów. 10 września w Dortmundzie, łódzki zespół rozegrał naprawdę znakomite spotkanie przeciwko Borussi. Bramki, które strzelali Niemcy, padły po niepotrzebnych błędach, ale Widzew walczył do końca i Marek Citko, ładnym strzałem (piłka obiła się jeszcze o Jurgena Kohlera) pokonał Stefana Klosa. W końcówce Polacy gnietli podopiecznych Hitzfelda niemiłosiernie, ale ci zdołali dowieźć minimalne zwycięstwo do końcowego gwizdka. Widzew z Citką na czele wjechał więc na europejskie salony z przytupem.

Dwa tygodnie później w Łodzi, gospodarze przetrzebieni kontuzjami, tylko przez godzinę prowadzili równorzędną walkę z Atletico Madryt. Ostatecznie polegli aż 1:4, ale to właśnie tego wieczoru, 24 września 1996 roku, tuż przed zejściem do szatni na przerwę, Marek Citko strzelił lobem Molinie, jedną z najpiękniejszych bramek w całej historii Ligi Mistrzów. To był strzał z premedytacją - opowiadał po latach sam bohater, Bogdanowi Rymanowskiemu w „Graczach” - Obejrzeliśmy wcześniej skróty meczów Atletico i wiedziałem, że Molina lubi wychodzić daleko od bramki. Zapamiętałem to i od początku spotkania go obserwowałem. Kiedy nadarzyła się okazja, pociągnąłem do przodu z piłką, spojrzałem na bramkę i nie zastanawiając się, uderzyłem. Uczestnik tamtego meczu, Andrzej Michalczuk, mówiąc o całej tej sytuacji w rozmowie z Weszlo.com, wspominał: Marek często próbował lobować, a Molina często wychodził. W Hiszpanii też go ktoś tak z dystansu zaskoczył. Marek przed meczem zapowiadał: zobaczycie, strzelę tak! Strzelę! No i jak powiedział tak zrobił. Po cudownym golu strzelonym Atletico, piłkarz Widzewa staje się powoli postacią rozpoznawalną w futbolowej Europie. Znajdujemy się więc już u progu Citkomanii, ale to, co najważniejsze dopiero nadejdzie.

Gdy po dymisji Stachurskiego, stery reprezentacji obejmuje Antoni Piechniczek, Citko otrzymuje powołanie na lipcowy obóz kadry w Wiśle. Ale początki współpracy z nowym selekcjonerem wcale nie są dla wychowanka Włókniarza Białystok łatwe. Citko otwarcie wyraża swoje zdanie, że największy pożytek dla kadry będzie z jego gry w ataku. Selekcjoner ma jednak własną koncepcję. W sparingowym meczu przeciwko Banikowi Ostrawa, Piechniczek wprowadza Citkę do gry z ławki i wystawia na prawej pomocy. Dla piłkarza bieganie od jednego pola karnego do drugiego to istna katorga. Gdy selekcjoner widzi, że piłkarz Widzewa odważnie drybluje również pod własnym polem karnym, zdejmuje go z boiska już po kilkunastu minutach, a prasie mówi potem rozżalony, że dopóki Citko nie dostosuje się do jego wizji gry zespołu, o miejscu w reprezentacji może zapomnieć. Trener szybko jednak się orientuje, że piłkarz Widzewa znajduje się w tak znakomitej formie, że rezygnowanie z niego, byłoby samobójstwem. A po wspaniałych meczach z Broendby, Borussią i Atletico, selekcjoner bez mrugnięcia okiem stawia na Citkę w otwierającym eliminacyjne zmagania o francuski mundial, meczu z Anglią na Wembley.

Ten wieczór, ten mecz, to kluczowy moment dla zrozumienia zupełnie niezwykłego fenomenu Marka Citki w dziejach polskiego futbolu. Anglicy, którzy nie tylko, że regularnie lali nas Wembley to jeszcze od 23 lat i pamiętnego trafienia Jana Domarskiego nie pozwalali Polakom nawet strzelić choćby honorowego gola. Polska reprezentacja zaś od 10 lat nie tylko nie znała smaku wielkiej imprezy, ale nawet choćby namiastki podjęcia w wyjazdowym starciu o punkty wyrównanej walki z naprawdę liczącą się w świecie futbolową siłą. Anglicy byli wówczas mocni jak rzadko kiedy. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej zajęli trzecie miejsce na Euro ’96, a przecież półfinałową potyczkę z Niemcami przegrali bardzo pechowo, po karnych i nie brakowało głosów, że to właśnie Wyspiarze byli najlepszym zespołem Starego Kontynentu. I wtedy wchodzi on - Marek Citko. Może nie cały na biało, ale częstuje kibiców takim koncertem futbolu, jakiego nie da się zapomnieć nawet po ponad dwudziestu latach. I tu już nawet nie chodzi wyłącznie o tę bramkę strzeloną w 7 minucie gry Davidowi Seamanowi po wrzutce Henryka Bałuszyńskiego. 9 października 1996 roku Citko bowiem od początku do końca grał jak w transie. To było niesamowite i niepowtarzalne widowisko w jego wykonaniu. Na tle przecież znakomitych rywali wychodziło Citce niemal dosłownie wszystko. Człowiek, który jeszcze rok wcześniej biegał po drugoligowym boisku w Iławie, teraz jest królem wieczoru na Wembley, ośmiesza największe gwiazdy europejskiej piłkarskiej potęgi, jaką jest Anglia, zakładając siatki takim tuzom, jak Gascoigne, Mc Manaman czy Ince, oraz pokonując Seamana. Czułem się jak ryba w wodzie, ciągle chciałem być przy piłce, robić akcje - wspominał Citko kilka lat temu na łamach „Przeglądu Sportowego”, pamiętne chwile na Wembley. Grał jak natchniony, bez najmniejszych kompleksów, efektownie, odważnie, finezyjnie, z polotem. Pchał polską drużynę do ataku. Każde jego dojście do piłki pachniało kłopotami dla Synów Albionu. Nic dziwnego, że zakochała się w tym graczu niemal połowa zespołów z Premier League. I to właśnie Wembley przeniosło niczym katapulta Citkę do historii polskiego futbolu. Bo czy może poza występem Wilimowskiego z Brazylią i Bońka przeciwko Belgii, mieliśmy w dziejach naszego piłkarstwa jakiegokolwiek innego gracza, który by już nawet nie błyszczał, ale w aż takiej mierze wręcz zdominował cały ważny mecz o punkty ze światową piłkarską potęgą?

Po cudownym wieczorze na Wembley, przychodzi miesiąc później znacznie słabszy, choć wreszcie zwycięski, w Katowicach przeciwko Mołdawii. Citko zalicza w październiku jeszcze dwumecz w Champions League ze Steauą Bukareszt (w Łodzi zdobywa nawet swego trzeciego gola w Lidze Mistrzów, ale sędzia nie uznaje go, bo w momencie, gdy Citko pokonywał Steleę, gdzieś przy bocznej linii autowej znajdowała się na boisku druga piłka wrzucona z trybun przez kibica). Potem listopadowa potyczka z Borussią i grudniowa z Atletico w Madrycie, kończą piękną przygodę Widzewa w Champions League. Zespół Smudy zostawia po sobie znakomite wrażenie, prezentując solidną piłkarską jakość, grę otwartą i zyskującą uznanie na Starym Kontynencie. Skromne zdobycze punktowe nawet w części nie oddają możliwości zespołu. Rundę jesienną w ekstraklasie kończy Citko z łącznym dorobkiem pięciu trafień.

Marek Citko staje się teraz najpopularniejszym polskim sportowcem. W zorganizowanym przez TVP konkursie audio-tele, dystansując nawet złotych medalistów z Atlanty, zostaje wybrany Sportowcem Roku 1996. Odbierając nagrodę, publicznie składa wówczas obietnicę, że jeszcze przez pół roku będzie chciał pograć w kraju dla rodzimych kibiców.

Czytelnicy katowickiego „Sportu” wybierają go Piłkarzem Roku ’96, a tygodnik „Piłka nożna” nieco się kompromitując przyznaje mu wówczas zaledwie tytuł Odkrycia Roku ’96, nie po raz pierwszy i nie ostatni przedkładając nad zdrowy rozum, jakąś bliżej nieokreśloną politykę. Paweł Zarzeczny pisał wówczas, że o wyborze Piotra Nowaka (który sam publicznie podkreślał, że znacznie lepszą formę prezentował w 1995 roku) zadecydował doproszony do redakcyjnej kapituły selekcjoner Piechniczek, który miał powiedzieć, że jeśli Nowak nie zostanie Piłkarzem Roku, to on nie zamierza firmować swym nazwiskiem jakiegokolwiek innego wyboru. Wszelakie nagrody spływają jednak do Citki z różnych stron. Nad wszystkim unoszą się opary Citkomanii. Piłkarz dostaje codziennie nawet kilkaset listów, na które stara się w miarę możliwości odpisywać do drugiej, trzeciej w nocy. Dziesiątki telefonów, wyznań miłosnych, próśb o spotkanie, o autograf, zdjęcie, rozmowę, pomoc finansową czy egzystencjalną. Momentami wręcz było nam go szkoda. Teraz to normalne, że piłkarze-celebryci rozdają autografy, ale wtedy byliśmy Citce wdzięczni, bo jak gdzieś wychodziliśmy, to wszyscy biegli do niego. Ściągał na siebie cale zainteresowanie, a my mieliśmy luz - wspominał w rozmowie z Weszlo.com czasy Citkomanii, kolega z Widzewa i reprezentacji, Radosław Michalski. Z czasem Citko poprosi o pomoc w kontaktach z kibicami i dziennikarzami Tomasza Zimocha, by on sam miał choć troszkę czasu na grę w piłkę.

Po wspaniałej jesieni w wykonaniu Citki, bramkach z Borussią i Atletico, ale przede wszystkim po meczu na Wembley ustawia się po piłkarza łódzkiego Widzewa długa kolejka znaczących europejskich klubów. Sam Citko potwierdza autentyczność ofert z Interu, Milanu, Udinese, Arsenalu, Liverpoolu, Blackburn, Evertonu, West Ham, Atletico, Bayeru Leverkusen. Jemu samemu nie mówiono jednak wtedy o wszystkich wpływających do klubu ofertach. W mediach dywagowano wówczas również o Realu Madryt, Leeds, Sunderlandzie czy Bochum. Najkonkretniejszą i najbardziej atrakcyjną finansowo ofertę składa jednak Blackburn. Rozmowy toczą się na przełomie stycznia i lutego 1997 roku. Włodarze Widzewa wywierają ogromną presję na Citkę, by ten zgodził się na transfer do byłych mistrzów Anglii i dał zarobić sobie, klubowi i im. Grajewskiego nie interesował mój sportowy rozwój. Myślał tylko o pieniądzach. Gdyby traktował mnie w negocjacjach jak partnera, a nie jak rzecz, na której można się wzbogacić, może podjąłbym inną decyzję - wspominał po latach w tekście Dariusza Farona dla Eurosport.onet.pl, Marek Citko. Na wyjazd do Blackburn namawia też swego byłego wychowanka trener Ryszard Karalus. Sceptyczny jest natomiast Franciszek Smuda. Citko od samego początku nie ma zamiaru wiązać się z walczącym o utrzymanie w Premier League (ostatecznie się utrzyma z dwoma punktami nad strefą spadkową, a w sezonie 1997/98 zaatakuje górną część tabeli), prezentującym toporny styl gry klubem. Ale kwota 9 milionów dolarów sprawia, że włodarze Widzewa za wszelką cenę nakłaniają piłkarza, by przyjechał do Blackburn i wziął udział w treningu. Wychowanek Włókniarza spełnia tę prośbę, przyjeżdża na trening i niemiłosiernie wręcz kręci niedoszłymi klubowymi kolegami, czym jeszcze bardziej wzmaga zainteresowanie tamtejszych włodarzy własną osobą, po czym spokojnie wraca do Polski i ostatecznie ogłasza, że pozostaje w Łodzi do końca rundy wiosennej 1997 roku. Po latach przyzna, że głównym powodem był niski poziom sportowy zespołu Blackburn, podczas, gdy on miał ambicje trafić do wielkiego klubu, który walczy o najwyższe laury. Tym bardziej, że ofert z tego typu drużyn nie brakowało. Również sam klimat miasta, mglisty, szary, depresyjny mu nie odpowiadał. Kwota miliona funtów gwarantowanej pensji nie skusiła go do zmiany zdania. Citko po prostu celował w zupełnie inne miejsca na futbolowej mapie Europy.

W wywiadzie udzielonym pod koniec lat 90. Tomaszowi Lipińskiemu dla „Piłki nożnej”, Citko tłumaczył: Przedstawiciele Interu Mediolan byli w Madrycie podczas naszego ostatniego meczu Champions League z Atletico. Po meczu podeszli do mnie i zaczęli rozmowę. Kiedy tylko pan Grajewski to zobaczył, natychmiast do nas doskoczył i powiedział, żebym nie rozmawiał i że on wszystkim się zajmie. Podyktował Włochom zaporową cenę i na tym jego rozmowy się skończyły. Nie chciałem iść do Blackburn. Natomiast do Interu bym odszedł. Po latach były już piłkarz dopowiedział Piotrowi Wołosikowi w „Przeglądzie Sportowym”: Inter miał na transfer i mój trzyletni kontrakt dziesięć milionów dolarów. Ale skoro mieli zapłacić Widzewowi 9 milionów, bo tyle żądali, to nie miałem zamiaru tam iść, by w trzy lata zarobić milion dolarów. Włosi tłumaczyli: „OK, jeżeli klub weźmie pięć, to ty dostaniesz drugie pięć. Ale Widzew żądał za wiele. 9 milionów dolarów dawało tylko Blackburn. Citko przyznaje, że gdyby miał wtedy kilka lat więcej dałby się skusić gigantycznej gaży i poszedłby do Blackburn. Ale w wieku 22 lat, mając mnóstwo wspaniałych ofert z wielkich klubów, patrzył też na poziom sportowy, który mu oferowano. Chciał trafić do klubu, który stawiałby na bardziej techniczną piłkę, a w Blackburn spotkał się tylko z ponurą kopaniną. Co prawda pouczający przykład filigranowego i fantastycznie wyszkolonego technicznie Gruzina Georgi Kinkładze, który w barwach Manchesteru City błyszczał wówczas na boiskach Premier League, przekonywał, że i dla futbolowej finezji jest miejsce w nieco topornej wówczas wyspiarskiej piłce. Niemniej Citko postanowił jednak poczekać jeszcze pół roku. Tym bardziej, że czuł się zobowiązany dotrzymać słowa danego publicznie polskim kibicom. W międzyczasie nawiązał kontakt z przedstawicielami Liverpoolu, z którym miał podpisać kontrakt pod koniec maja. Kontuzji nie mógł przecież przewidzieć...

W połowie lutego, Citko zalicza na Cyprze dwa kolejne, zwycięskie towarzyskie mecze z orzełkiem na piersi, wygrane po 3:2 zarówno z gospodarzami, jak i z Łotwą. 26 lutego pośród wysokich traw na boisku w Goianii, pomimo nieco zwodniczego wyniku 2:4 (to najłagodniejszy z możliwych wymiarów kary), biało-czerwoni dostają srogą lekcję futbolu od Brazylijczyków, napędzanych tego dnia przez fantastyczny duet Romario-Ronaldo. Marek Citko notuje piękną asystę oraz zdobywa gola po dobitce własnego strzału z karnego. Oceniając postawę gracza Widzewa w tym meczu, Janusz Atlas relacjonował z Goiani, iż Citko potwierdził, że nadal jest najbardziej uzdolnionym polskim piłkarzem, najbliższym klasy Brazylijczyków. Gdyby Citko miał obok siebie równorzędnych partnerów, zapewne postępowałby na boisku mniej egoistycznie.

Z początkiem marca wznowione zostają rozgrywki ekstraklasy. Widzew niespodziewanie przegrywa dwa pierwsze mecze, a Marek Citko coraz częściej uskarża się na stan zdrowia. Nie gra w dwóch następnych marcowych ligowych spotkaniach. Wystąpi dopiero 2 kwietnia 1997 roku w eliminacyjnym meczu z Włochami w Chorzowie. Polacy są bliscy zwycięstwa, ale bezbramkowy remis musi wystarczyć, Citko nie błyszczy może równie mocnym blaskiem jak na Wembley, ale wciąż jest pomysłowym, nieszablonowym graczem, który stanowi o wartości reprezentacji. Efektowne siatki zakładane wielkim gwiazdom europejskiego futbolu - Paolo Maldiniemu czy Alessandro Costacurcie też mają swoją wymowę. W kwietniu Citko gra już w lidze regularnie i strzela bramki Odrze oraz Lechowi. 30 kwietnia 1997 roku na Stadio San Paulo w Neapolu, który kiedyś przez lata czarował swą grą Diego Maradona, Citko jak się później okaże, po raz ostatni wybiegnie na murawę w koszulce z orłem na piersi. Włosi tłamszą Polaków, rozbijając ich 3:0. Citce udaje się postraszyć squadrę azzurra tylko jedną akcją w pierwszych minutach meczu.

Po powrocie z kadry Citko zagra jeszcze 3 maja w spotkaniu przeciwko Wiśle Kraków, w którym nie wykorzysta rzutu karnego. Potem przez aż trzy kolejki ligowe nie pojawi się na boisku. I wreszcie wybiegnie na nie w Zabrzu w sobotę 17 maja 1997 roku o godzinie 14. Dla nas to będzie mecz na śmierć i życie. Na żadną wpadkę nie możemy już sobie pozwolić. Mistrzostwo jest dla nas celem absolutnie nadrzędnym - mówił przed meczem Franciszek Smuda. Gdy w 62 minucie spotkania, na wysokości ławki trenera Widzewa Marek Citko wyskoczył do piłki, a następnie upadł na murawę, Smuda wiedział, że stało się coś poważnego. Miał wrażenie, jakby bezwładnie spadała kłoda, a nie piłkarz. Citko zszedł z boiska i ostatnie pół godziny spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Widzew wygrał 1:0. Bohater z Wembley dowiedział się natomiast, że zerwał ścięgno Achillesa.

„Idol na noszach” - krzyczał na pierwszej stronie katowicki „Sport”. Prognozowano półroczną przerwę w grze. Rozpoczął się najbardziej dramatyczny etap w piłkarskiej karierze Marka Citki. Problem ze ścięgnem zaczął się już w styczniu podczas okresu przygotowawczego do rundy wiosennej. To wtedy Citko zaczął odczuwać bóle, ale intensywność spotkań i treningów była tak duża, że nie było kiedy się leczyć. W marcu pojechał do Freiburga, jednak masaże i ćwiczenia niewiele pomogły i piłkarz nadal utykał wychodząc na boisko. Momentem przełomowym była wizyta u pewnego lekarza z Łodzi, który zamiast leczyć piłkarza, po prostu założył mu blokadę, wstrzykując preparat sterydowy uśmierzający ból. Piłkarz powrócił do treningów i gry, ale miało to fatalne konsekwencje w zdarzeniu z 17 maja. Marek Citko znajdował się pod nieustanną presją wyniku. Gdy wracałem ze zgrupowania kadry i mówiłem, że chcę odetchnąć, trener Smuda odpowiadał: Aha, dla Piechniczka to grałeś, a w klubie chcesz odpoczywać, tak? Kiedy jechałem na kadrę, trenerzy zamieniali się rolami. No tak, dla Smudy to grać mogłeś. No więc grałem cały czas. To były czasy, gdy lekarz nie miał praktycznie nic do powiedzenia, decydował trener. Lekarz miał zrobić wszystko, żeby piłkarz zagrał. A nie wolno z bólem grać w piłkę. Męczyłem się ja, męczył się ze mną zespół, bo nie korzystał z mojej gry - zwierzał się piłkarz Bogdanowi Rymanowskiemu. Po operacji w Polsce Citko zaczął szukać pomocy na własną rękę. W czasie leczenia i rehabilitacji piłkarz czuł się całkowicie opuszczony przez działaczy Widzewa i pozostawiony sam sobie. Pojechał więc do Szwecji. Jak tamtejsi lekarze zobaczyli, że mam gips od stopy do pachwiny, chwycili się za głowy - opowiada dalej w „Graczach” - Powiedzieli, że u nich operowano tak 20 lat temu. Kiedy ten gips mi zdjęli nie mogłem wyprostować kolana. Okazało się też, że mam stan zapalny wokół drugiego Achillesa. Zaproponowali mi zabieg. O dziewiątej rano była operacja, o szesnastej siedziałem w samolocie do Polski. Na nogę, z której zdjęli gips, dostałem usztywniający but. Lewą, którą mi zoperowali, od razu mogłem obciążać. Do Warszawy wróciłem jedynie o kulach. To był szok. Gdybym tam trafił od razu, do dawnej formy mogłem wrócić błyskawicznie.

Ostatecznie Achillesa Citki i zarazem Citkę dla polskiego futbolu ratuje dopiero w sierpniu 1997 roku dr Robert Śmigielski, który tak opowiada o tym w dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”. Wiele osób odradzało mi podjęcie się tego zabiegu. Bo to przecież Citko i jeśli coś nie wyjdzie, będzie się to potem za mną ciągnęło. Pomyślałem, że jeśli w ten sposób my lekarze będziemy do sprawy podchodzili to ten facet zostanie sam. Każdy będzie umywał ręce, bo to Citko. Wszyscy zamknęli mi drzwi przed nosem na hasło, że chcę operować Marka Citkę (...) Operacja trwała 7 godzin i jest to wykładnikiem jak skomplikowany był to proces. Normalnie zabieg na Achillesie trwa ok. godziny do półtorej. Ale to nie było świeże uszkodzenie. To było uszkodzenie już z historią. Kolejne zerwanie tego samego ścięgna. Były blizny. Po tej operacji wypiłem chyba ze 3 litry wody jednym ciurkiem. Wszyscy czekali, żeby mi nie wyszło i żeby można było mnie ukrzyżować. (...) Potem sporo rozmawiałem z różnymi ludźmi na świecie i oni uważali, że to że udało się Citce wrócić do piłki to jest naprawdę cud. (...) Gdyby udało się za pierwszym razem zrobić to tak, jak należy to podejrzewam, że nie byłoby tego wszystkiego.

Ostatecznie z prognozowanej początkowo półrocznej przerwy zrobiło się półtora roku. Z samego epicentrum Citkomanii, wychowanek Włókniarza Białystok i jeszcze przed chwilą idol tysięcy młodych ludzi w Polsce, wpadł w czarną piłkarską dziurę oczekiwania na powrót do wielkiej gry. Na szczęście najważniejsze rzeczy piłkarz poukładał sobie w głowie, sercu i życiu już znacznie wcześniej, więc był dobrze przygotowany do trudnego czasu próby.

Będąc jeszcze młodym piłkarzem Jagielloni doświadczył głębokiej duchowej przemiany, która uporządkowała jego życie. Dzięki regularnej modlitwie i Eucharystii znalazł wewnętrzną siłę m.in. do uwolnienia się z hazardowego nałogu, który swego czasu wpędził go w takie długi, że musiał sprzedać samochód. Zaczął odważnie świadczyć o Bogu, własnym życiem przede wszystkim, co zawsze jest najbardziej przekonujące. Swoją skromnością, pogodą ducha i naturalnością w chwilach największej popularności zjednywał sobie sympatię zwykłych ludzi. O tym, że istotą chrześcijaństwa jest nadzieja nie zapomniał również podczas trudnego czasu zmagania się z kontuzją. Citko zaczytywał się w Księdze Hioba, który pomimo utraty wszystkiego, co było dla niego najcenniejsze, nie przestał żyć w przyjaźni z Bogiem, Który zawsze widzi dalej i głębiej. Kontuzjowany piłkarz starał się z ufnością, uśmiechem i pokorą przyjmować rzeczywistość, która go dopadła. Miał teraz czas i możliwość, by nabrać dystansu do tego wszystkiego, co pochłaniało go jeszcze do niedawna. Tłum wielbicieli coraz bardziej topniał w coraz dłuższym oczekiwaniu na powrót idola. Pozostali tylko ci najwierniejsi przyjaciele. Między innymi przyszła żona, Agnieszka - studentka dziennikarstwa, z którą Citko poznał się podczas wywiadu dla „Rzeczpospolitej” i z którą właśnie w okresie rekonwalescencji wziął ślub i założył rodzinę.

Bardzo ciepło o pozaboiskowej postawie kolegi z reprezentacji juniorów wypowiada się w książce Izabeli Koprowiak „Fucking Polak. Nowe życie”, Arkadiusz Onyszko: Citkę znałem już od dawna. Graliśmy razem w kadrach juniorskich. Bardzo zbliżył się do Boga i podejrzewam, że dzięki temu tak dobrze układało mu się na boisku. Podczas jednego ze zgrupowań reprezentacji pojechałem z nim do Częstochowy. Na miejscu nie mogliśmy spokojnie przejść stu metrów, wszyscy nas zatrzymywali, by zrobić sobie zdjęcie z Markiem. W Sanktuarium na Jasnej Górze wygłosił świadectwo wiary. Opowiedział w jaki sposób doświadczył obecności Boga. Zawsze biło od niego ciepło, dobroć, choć podejrzewam, że wiele osób mogło to wykorzystywać.

Andrzej Michalczuk, wspomina w rozmowie z Weszło: Środek Citkomanii, Marek rozdaje pięćdziesiąt autografów gdziekolwiek się pojawi. Gdy dowiedział się, że mam przeprowadzkę, od razu sam zaoferował się, że pomoże mi taszczyć meble. Tego typu sytuacje były codziennością.

Swoje trzy grosze na temat brazylijskiego podopiecznego dorzuca też Franciszek Smuda: Przeporządny człowiek, inteligentny, uczciwy, lojalny.

Choć pozasportowo Citko wyszedł z okresu kontuzji zdecydowanie obronną ręką, na boisku nic już nie było jak wcześniej. Nie grałem przez półtora roku - zwierza się Rymanowskiemu w „Graczach” - Mięśnie prawej nogi na skutek gipsu zmniejszyły się o 30 procent. Na początku nie miałem żadnej rehabilitacji, a przecież trzeba je było odbudować. Siadły mi mięśnie, które decydowały o szybkości i zwinności. Straciłem wszystkie atuty. Powinienem był pół roku ćwiczyć bez piłki, tylko odbudowując mięśnie. Ale skąd ja to miałem wiedzieć? Wróciłem za szybko. Biegałem po boisku, utykając. Technicznie jakoś sobie radziłem, ale szybkościowo wszyscy mnie przeganiali. Nie było już czasu, żeby mięśnie odbudować w stu procentach.

W rozmowie z portalem widzew.com, Citko podkreśla: Z perspektywy czasu wiem już, że byłem wtedy bez szans. Po takiej przerwie powinienem minimum pół roku odbudowywać mięśnie. Na to nie było czasu, bo każdy chciał, żebym jak najszybciej wrócił do gry. Wróciłem więc na boisko, ale zupełnie bez szybkości. Brakowało też dynamiki oraz wielu innych ważnych piłkarskich elementów. Marek Citko po kontuzji po prostu nie miał najmniejszych szans, by zademonstrować na murawie choć odrobinę więcej niż 70-80 procent tego, na co było go stać jeszcze na chwilę przed feralnym wyskokiem do główkowego pojedynku 17 maja 1997 roku. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był po prostu brak odpowiedniej rehabilitacji i odbudowania organizmu.

Ale mogło być przecież jeszcze gorzej. Bo dziś Citko ma już świadomość, że w początkowym procesie jego leczenia popełniono rażące błędy. Gdyby ich w porę nie wykryto najprawdopodobniej już nigdy nie mógłby normalnie chodzić. A jednak udało się wrócić do piłki. 23 września 1998 roku po godzinie gry przeciwko Pogoni Szczecin, Citko pojawia się wreszcie na boisku po 16-miesięcznej przerwie. Jednak tuż po powrocie gra, zamiast przyjemnością, staje się dla Citki istną męczarnią. Dopiero 18 listopada 1998 roku po raz pierwszy wyjdzie w podstawowym składzie Widzewa i strzeli nawet gola Amice we Wronkach. 22 maja 1999 roku pokona też bramkarza Ruchu Chorzów i będzie to jego ostatnie trafienie dla Widzewa. Choć jesień 1999 roku spędzi jeszcze w Łodzi (nie odnotuje żadnych zdobyczy bramkowych) to jednak zimą przechodzi już do prowadzonej przez Franciszka Smudę warszawskiej Legii.

Wejście do stołecznego zespołu ma Citko bardzo mocne, bo w swym debiucie 15 marca 2000 roku już kilkanaście minut po pojawieniu się na boisku w Lubinie strzela Zagłębiu zwycięskiego gola na 3:2 dla swojej nowej drużyny. Wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze.

Jeszcze w kwietniu 2000 roku nowy selekcjoner polskiej reprezentacji, Jerzy Engel, chwali legionistę na łamach „Piłki nożnej”: Marka Citkę zaliczam do zawodników wysokiej klasy, którzy nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Dlatego od dłuższego czasu bacznie mu się przyglądam. Powiedziałbym, że jego powrót do wysokiej formy przebiega planowo. Nie jest on jeszcze w dyspozycji, jaką zachwycał nas jesienią 1996 roku, choć w kolejnych meczach potwierdza swe nieprzeciętne umiejętności. Bezwzględnie znajduje się w kręgu moich zainteresowań.

Jesienią 2000 roku Citko strzela cztery gole dla Legii. Robi co może, Miewa chwilowe przebłyski dawnej świetności. Kibice wybierają go najlepszym piłkarzem klubu rundy jesiennej. Tygodnik „Piłka nożna” umieści go wśród piątki najlepszych polskich bocznych napastników. Ale do dyspozycji sprzed kontuzji Citko już nigdy nie wróci. Po odejściu Smudy i nowych porządkach Dragomira Okuki w 2001 roku dla Citki zaczyna brakować miejsca w szatni legionistów. Jesienią Citko odejdzie do Grodziska, gdzie z powodu kontuzji rozegra jednak zaledwie trzy spotkania, a wiosną 2002 roku wyjeżdża do Izraela. W Hapoelu Beer-Sheva zawodnik nieco się odradza. Zespół jest wysoko w tabeli, ale okres wypożyczenia się kończy i Citko wraca do Warszawy. Okuka jednak wciąż nie chce go w zespole, więc przez moment bohater z Wembley biega nawet po boisku w zespole rezerw stołecznego zespołu.

W 2003 roku Marek Citko trafia do szwajcarskiego FC Aarau i tam przeżywa bodaj ostatnie podrygi swej futbolowej świetności. Jest ważną i szanowaną postacią w zespole. Strzela gole, notuje mnóstwo asyst, jest w świetnej dyspozycji, rozgrywa wiele udanych spotkań. Mówi nawet, że zbliża się do formy z Wembley. Na nowo zaczyna wierzyć w wymarzony powrót do reprezentacji. Zdaje sobie jednak sprawę, że ze Szwajcarii nie będzie łatwo przebić się do narodowej kadry. Dlatego, gdy na przełomie kwietnia i maja 2004 roku pojawia się oferta z szykującej się do powrotu na salony Bundesligi Arminii Bielefeld (były też oferty z walczących o awans do Serie A Cagliari i Palermo), 30-letni Citko czuje, że znów wraca do poważnej gry. Zresztą to już naprawdę ostatni dzwonek. Testy w Arminii wypadły znakomicie, a polski piłkarz ma już wybrać sobie samochód. Niestety przedostanie się do mediów informacji o planowanym transferze sprawia, że telefony z Polski dwóch osób „życzliwych”,(jedna z nich przed laty za wszelką cenę próbowała upchnąć Citkę w Blackburn), sugerujące niedoszłym pracodawcom, że piłkarz jest po ciężkiej kontuzji, a w dodatku ma trudny charakter, przesądzają o tym, iż decydenci z Bielefeldu wycofują się z zamiaru pozyskania polskiego piłkarza.

Citko wraca więc do ojczyzny. Ale sezon w Cracovii nie jest dla niego udany. U trenera Stawowego piłkarz z numerem 10 na plecach najczęściej bywa zmiennikiem, zaledwie raz rozgrywając pełne spotkanie. Jesień 2005 roku to znów wyjazd do Szwajcarii, ale pobyt w Yverdon, ze względu na kontuzję, jest raczej wyłącznie epizodem (łącznie niespełna 250 minut spędzonych na boisku). Po ponownym powrocie do kraju, wiosną 2006 roku, Marka Citkę przygarnia Polonia Warszawa. Dla Czarnych Koszul Citko staje się ważną postacią, a 25 marca, na dwa dni przed swymi 32 urodzinami w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze, który już zawsze będzie mu się pewnie kojarzył z feralną kontuzją i zarazem po 13 latach od swego debiutanckiego gola w barwach Jagi przeciwko poznańskiej Olimpii, zaliczy Citko swe ostatnie trafienie na boiskach ekstraklasy.

Podobnie jak kiedyś z Jagiellonią, tak teraz z Polonią Warszawa poznaje Marek Citko gorzki smak degradacji na drugoligowe zaplecze. I to właśnie tam, wychowanek Włókniarza raz jeszcze zaprezentuje na do widzenia przebłysk swego futbolowego geniuszu, strzelając Zawiszy Bydgoszcz bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Łącznie Citko strzeli dla drugoligowej Polonii sześć goli i 26 maja 2007 roku rozegra w Legnicy swój ostatni mecz w piłkarskiej karierze.

CITKA1

Antoni Piechniczek w samych superlatywach opowiada w tekście Farona „Być jak Hiob” o swoim byłym podopiecznym z polskiej reprezentacji: To na pewno jeden z większych talentów, jakie trenowałem. Świetnie się z nim współpracowało. Kochał piłkę i treningi. Lubił grać indywidualnie, błyszczeć, a ja mu na to pozwalałem. Dostrzegałem, że ma wielki talent i jedną akcją może odwrócić losy meczu. Wiedziałem, że jak wkomponuje się w zespół, to dużo da tej drużynie. Potwierdzeniem tego było spotkanie na Wembley. Marek Citko był niewątpliwie piłkarzem wybitnie utalentowanym, który mógł zrobić wspaniałą międzynarodową karierę. I choć czuje się jednak trochę ofiarą polskiej medycyny lat 90., to nie hoduje w sobie żalu do kogokolwiek. Po prostu samemu będąc dziś menedżerem stara się towarzyszyć swym piłkarzom na dobre i na złe, wyciągać do nich pomocną dłoń również w tych najtrudniejszych dla nich chwilach. I zdecydowanie nie traci czasu na snucie historii alternatywnych, co by było, gdyby skorzystał z bajecznej oferty Blackburn i został polskim Kinkładzem Premier League. Ma na to wszystko pod ręką prostą odpowiedź, którą dzieli się z nami w dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”: Nie żałuję tego, że nie wyjechałem. Zawsze patrzę do przodu. Widocznie tak to miało być. A dzięki temu, że nie wyjechałem, podpisałem znacznie lepszy kontrakt - kontrakt małżeński. Mam wspaniałą żonę, fajne dzieciaki, jesteśmy fajną rodzinką. Opatrzność czuwa. A w rozmowie z Rymanowskim precyzuje: Nie wiem, czy byłbym przygotowany na większy sukces i wielkie pieniądze. A może by mi odbiło? A może byłbym bardzo bogatym i równie nieszczęśliwym człowiekiem? I teraz pytanie, co jest ważniejsze: kariera czy szczęście rodzinne? W pewnym momencie oddałem swoje życie w ręce Boga i powiedziałem: „Co ma być, to będzie”.

Gdy żona Agnieszka była w drugim miesiącu ciąży - snuje dalej swą opowieść Citko - lekarze wykryli u dziecka poważną wadę serca. Sugerowano, że dziecko będzie rośliną, że jesteśmy młodzi i po co się męczyć. Powiedziałem, że nie ma mowy o aborcji. Mówiono żonie, że dziecko nie tylko urodzi się chore, ale zaraz po porodzie umrze. Pomyślałem: Niech pożyje chociaż godzinę czy dwie, ale niech się urodzi. Lekarze naciskali, że mało czasu zostało i trzeba usuwać. Ale nie poddawaliśmy się. Zaufałem Jezusowi. Wierzyłem, że może zdarzyć się cud. Uruchomiłem przyjaciela, księdza, z prośbą o modlitwę. O wsparcie poprosiłem siostry zakonne, rodzinę, znajomych. Sam też napisałem modlitwę i codziennie ją odmawiałem. Żona skontaktowała się z matką dziecka z podobną wadą, która powiedziała, żeby nie słuchała lekarzy, bo jej dziecko, które rzekomo nie miało szans się narodzić żyje i dobrze się rozwija. Gdy Konrad się urodził bardzo szybko go ochrzciliśmy. Byliśmy z nim jeden dzień, a po tygodniu miał już pierwszą operację na otwartym sercu. My w tym czasie modliliśmy się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Dziecko wymagało jeszcze dwóch kolejnych operacji, ale obie skończyły się pomyślnie. Dziś Konrad ma czternaście lat. I normalnie się rozwija. Biega, gra w piłkę. Zawodowym piłkarzem na pewno nie zostanie. Ma przecież połowę serca. Wie, że jak się zmęczy, musi odpocząć, zrobić sobie przerwę. Ale co roku wyniki badań są lepsze. To taki kolejny cud w moim życiu. Księga Hioba pozwala mi wierzyć, że to wszystko ma sens.

To między innymi dlatego Marek Citko lubi o sobie mówić, że jest niespełnionym piłkarzem, ale spełnionym człowiekiem.

piątek, 05 maja 2017
Strzelaj Poskus

On na pewno pojawi się jeszcze na tym blogu w zestawieniu najlepszych obcokrajowców polskiej ekstraklasy lat dziewięćdziesiątych (work in progress). Dziś ma jednak urodziny, więc choćby krótko. Robertas Poskus (ur. 5.05.1979), oto nasz bohater.

poskus

Warto o nim wspomnieć, bo to faktycznie jeden z najlepszych stranieri grających u nas na przełomie XX i XXI wieku. Poza tym - i o tym już wspomina się rzadziej - gość miał również interesującą karierę po opuszczeniu Polski oraz - uwaga! - dokonania trenerskie po zawieszeniu butów na kołku. Poniżej zatem cztery fazy futbolowego życia snajpera RoPos-a.

Przed

Zanim trafił do Polski zdążył już sobie wyrobić nazwisko na Litwie. W domowej lidze debiutował jako 16-latek, a jako 18-latek terminował w HSV (występował w rezerwach, strzelił nawet gola w Pucharze Niemiec). W wieku lat dwudziestu miał już na koncie Puchar Litwy, ćwierć setki goli i debiut w reprezentacji. Co było więcej robić, trzeba się zawijać.

PL

Transfer do Widzewa to początek 2000 roku. Świetna wiosna 2000 - 12 meczów i 5 goli. Potem świetna jesień 2000 - 15 meczów i 7 goli. Uczucia widzewskich kibiców zaskarbił sobie przede wszystkim dwoma golami w derbach z ŁKS (2:0 w 2000 roku). Poskus był skoczny, dobrze grał ciałem i świetnie się ustawiał w polu karnym. Typowy snajper.

Biedujący łodzianie godzą się więc na transfer Poskusa do Polonii Warszawa - panującego wciąż mistrza Polski (pojawiał się też temat Energie Cottbus i Derby County). Wywiad z nim tutaj. Tam jednak skończyło się wszystko, co dobre dla Litwina. 8 meczów bez trafienia, na osłodę tylko dwa gole w Pucharze Polski (który Polonia ostatecznie zdobyła).

Wysoki napastnik pokazał jednak, że warto w niego inwestować. To coś sprawiło, że na ściągnięcie go zdecydowali się Rosjanie z pierwszoligowego zespołu Krylja Sowietow Samara. Czyli w sumie sportowy awans.

Po - na boisku

Poskus błyskawicznie odnalazł się u naszych sąsiadów. Przez 3,5 roku był kluczowym zawodnikiem Krylji. Szczególnie pierwszy sezon w Rosji w jego wykonaniu był imponujący (11 goli!). Naprawdę był tam gwiazdką co najmniej średniego zasięgu.

Wyrobił sobie na tyle mocną pozycję, że jesienią 2005 przeniósł się do Zenitu Sankt Petersburg. Ta przygoda jednak nie do końca mu się udała. W klubie spędził 1,5 roku (głównie na ławce) i zdobył raptem trzy gole w 22 meczach (ale za to cieszą go pewnie ówczesne występy w Lidze Europy).

2013.10.10.09.47.29.142013242.1

Potem zaczął się okres krótkich i nieefektownych zwykle pobytów. Najpierw Poskus trafił do Dynama Moskwa (porażka), potem FK Rostow (porażka), izraelskiego Ihud Bnei Sakhnin (porażka) i Urał Swierdłowskaja obłast (porażka).

Odżył dopiero po transferze do Azerbejdżanu w 2009 roku. W Interze Baku strzelał jak za starych czasów (12 goli), zdobył z nim mistrzostwo i pokazał się w europejskich pucharach (m.in. w dwumeczu z... Lechem Poznań). Kolejny sezon w Baku był jednak nieco słabszy, a następny spędził już w Simurq Zaqatala (14 meczów i 8 goli). Potem wrócił na chwilę do Rosji (jesień 2012 w Sibirze Nowosybirsk), bo osiąść w ojczyźnie (dwa lata w Kłajpedzie).

Żeby domknąć statystyki jego kariery należy także wspomnieć o wątku reprezentacyjnym. W kadrze wystąpił 48 razy, strzelając 8 bramek. Grał w el. EURO 2004, 2008 i 2012 oraz el. MŚ 2006 i 2010. Jego najskuteczniejszy występ to dublet w meczu z Mołdawią, a jedyny gol w kwalifikacjach strzelony został w meczu z Wyspami Owczymi (2:0 w 2002 roku).

Po - na ławce

Po zakończeniu kariery Poskus wziął się za trenowanie swoich następców. Najpierw pracował jako asystent w Kłajpedzie, ale na początku 2016 roku został trenerem litewskiego średniaka FK Lietava Jonava. Ze skazywanym na porażkę zespołem zajął solidne 5. miejsce. Ten mikrosukces został doceniony w jego ojczyźnie. W konkursie na najlepszego trenera na Litwie w 2016 roku Poskus zajął drugie miejsce (za Valdasem Dambrauskasem z Żalgirisu).

Co ciekawe jednak, po sezonie pożegnano się z nim i oddano drużynę w ręce innego naszego byłego ligowca - Donatasa Venceviciusa. Nigdzie nie mogę znaleźć przyczyn rozstania, ale faktem jest, że Poskus w chwili obecnej nigdzie nie pracuje.

Gdziekolwiek by jednak nie trafił w przyszłości -  przy okazji urodzin wypada mu życzyć powodzenia.

P.

sobota, 29 kwietnia 2017
Jacek Kazimierski czyli dzieje jednego pocisku

KGrHqRHJCoFHK5fnHieBR3ErY8z60_35

To mogła być naprawdę wielka europejska kariera między słupkami. Jacek Kazimierski był bramkarzem zupełnie wyjątkowym, obdarzonym niezwykłym talentem, bardzo sprawnym fizycznie, wręcz spektakularnie wygimnastykowanym oraz interweniującym w sposób niezwykle efektowny i widowiskowy. Jednak, jak trafnie zauważył w swej nieocenionej „Encyklopedii piłkarskiej” Andrzej Gowarzewski: Obok znakomitych spotkań miał zbyt wiele nieudanych zagrań i nie zawsze do końca zrozumiałych, aby stać się legendą. Jedno z takich właśnie, delikatnie mówiąc, niezrozumiałych zagrań, które wywarło kolosalny wpływ nie tylko na całą sportową przyszłość Kazimierskiego, ale też na sposób, w jaki po upływie trzech dekad nadal jest on postrzegany przez piłkarskich kibiców w Polsce, miało miejsce dokładnie przed trzydziestu laty, w chłodny i wietrzny, kwietniowy wieczór na wypełnionym przez siedemdziesięciotysięczną widownię Stadionie Olimpijskim w Atenach.

Aby spróbować zrozumieć o jak wielkich umiejętnościach bramkarzem był Kazimierski, wsłuchajmy się w opinię człowieka po fachu, jednego z najlepszych polskich golkiperów lat 90., Macieja Szczęsnego, który w książce Piotra Jagielskiego „Legia Mistrzów”, tak wspomina swe zetknięcie z wychowankiem stołecznej Agrykoli: Jacek Kazimierski był ode mnie dziesięć razy lepszym bramkarzem. Nie dwa, nie trzy, tylko dziesięć. Pod każdym względem. Był silniejszy, sprawniejszy, szybszy. Technicznie po prostu mnie przerastał. Na treningach nakrywał mnie czapką. Nie istniałem przy nim. Jedyny nasz bramkarz, który dwukrotnie zagrał z polskim klubem w Champions League, a przy tym i sam kilkukrotnie dostąpił zaszczytu bronienia dla polskiej reprezentacji, wyraźnie przy tym zaznacza, że nie jest to jego subiektywny pogląd, lecz po prostu obiektywny fakt. Dotarło do nas, jak bardzo jesteśmy w jego towarzystwie nie na miejscu. Moglibyśmy we dwóch wejść do tej bramki i we dwóch łapać piłki, a i tak nie obronilibyśmy tego, co on w pojedynkę - kontynuuje Szczęsny swe wspomnienia o tym, jak wraz z Robakiewiczem podglądali na wspólnych treningach popisy Kazimierskiego między słupkami.

Jednak istnieje też inna perspektywa w obrazie postaci Jacka Kazimierskiego. Choćby taka, jaką nakreślił w swej autobiografii „Dziekan”, jego kolega zarówno z klubowej, jak i reprezentacyjnej szatni, Dariusz Dziekanowski, który potwierdzając ogólnie znane walory bramkarskie Kazimierskiego, takie jak skoczność, sprawność czy wyjątkowa dynamika, dodaje jednak również: Miał jedną wadę, która uniemożliwiła mu wspięcie się na najwyższy poziom: przed ważnymi spotkaniami adrenalina nie pozwalała mu na pokazanie wysokich umiejętności. Niestety, nie potrafił tego ukryć, a mało rzeczy działa bardziej deprymująco na drużynę niż bramkarz, który ma strach w oczach… Niesamowite interwencje przeplatał głupio puszczonymi babolami. W Legii nie pałaliśmy do siebie nadmierną sympatią; raziło mnie w nim nadmierne cwaniactwo (mam na myśli zachowanie poza boiskiem).

Andrzej Iwan w fascynującej autobiografii „Spalony”, spisanej przez Krzysztofa Stanowskiego, tak opisuje jednego ze swych najbliższych boiskowych przyjaciół: Jacek Kazimierski, pierwszy playboy stolicy, wyluzowany warszawiaczek, który żył w zbyt szarych dla siebie czasach. Ale na ile mógł, na tyle dodawał im kolorytu. Jest stare piłkarskie powiedzenie, że dwie pozycje w zespole zawsze obsadzone są przez ludzi niespełna rozumu – bramka i lewe skrzydło. Jacek w młodości grał na skrzydle i zgaduję, że musiało być właśnie lewe. W czasie zgrupowania kadry juniorów opowiadał kiedyś mnie i Krzyśkowi Budce:

- Grałem na skrzydle i... nagle w pobliskim kościele zabiły dzwony. Wtedy poczułem powołanie. Zrozumiałem, że muszę grać na bramce.

Czyli świr.

Rozmawiać można z nim było godzinami. Do Jacka – niczym do Don Juana – w młodości lgnęły dziewczyny, a on niezbyt stanowczo się bronił. Słuchaliśmy więc opowieści o jego miłosnych podbojach, a były to opowieści barwne.

Gdy 19-letni Jacek Kazimierski przechodził z macierzystej, stołecznej Agrykoli do prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua Legii, kończył w niej właśnie powoli swą przygodę, szykujący się do przenosin na Wyspy, Kazimierz Deyna. Wczesną piłkarską jesienią 1978 roku, młodziutki bramkarz zdąży jeszcze siedmiokrotnie wystąpić w barwach warszawskiej Legii wespół z legendą polskiego futbolu. W tym samym czasie Jacek Kazimierski wraz z prowadzoną przez trenera Zientarę polską kadrą juniorów wywalcza trzecie miejsce na turnieju UEFA, a rok później, na przełomie sierpnia i września 1979 roku, będzie jednym z bohaterów (w ćwierćfinałowej, zwycięskiej serii rzutów karnych obroni aż dwie jedenastki egzekwowane przez Hiszpanów - Joaquina i Tendillo) biało-czerwonej młodzieżówki, która podczas rozgrywanych na japońskich boiskach Mistrzostw Świata zajmie czwarte miejsce. Wraz z Maradoną, Zawarowem i kilkoma innymi graczami zostanie Kazimierski przez organizatorów imprezy wyróżniony mianem wschodzącej gwiazdy futbolu.

Opromieniony tymi sukcesami, już pod trenerskim okiem Lucjana Brychczego, na dobre wygryzie teraz z warszawskiej bramki Krzysztofa Sobieskiego i odtąd jego pozycja między słupkami stołecznego klubu stanie się niezagrożona na całe następne lata, bez względu na to, czy szkoleniowcem Legii będzie Kazimierz Górski, Jerzy Kopa czy Jerzy Engel. W czerwcu 1980 roku po uważanym za jedno z najlepszych spotkań w całej historii warszawskiej Legii, a jednocześnie naznaczonym tragicznymi wydarzeniami w Częstochowie zwycięstwie nad Lechem 5:0, Kazimierski wraz z kolegami zdobywa swe pierwsze klubowe trofeum - Puchar Polski. Tuż przed przerwą finałowego spotkania, bramkarz Legii obroni nawet egzekwowany przez Romualda Chojnackiego rzut karny. Rok później młody golkiper wzniesie w górę wspomniane trofeum raz jeszcze, po finałowej wiktorii nad Pogonią Szczecin.

Na przełomie stycznia i lutego 1981 roku, w dalekim Kraju Kwitnącej Wiśni, nieco niepostrzeżenie dla samego siebie Kazimierski zaliczy też pierwsze występy w polskiej reprezentacji A. Na skutek rezygnacji z wyjazdu na zakontraktowane wcześniej mecze do Japonii przez seniorską kadrę, udaje się tam wprawdzie młodzieżowa ekipa pod wodzą Waldemara Obrębskiego (m.in. z Ostrowskim, Matysikiem czy Okońskim na pokładzie), ale zgodnie z umową pomiędzy PZPN a japońską federacją, gra ona pod szyldem pierwszej reprezentacji Polski z pierwszą kadrą gospodarzy. Wszystkie te cztery mecze Polacy wyraźnie wygrywają, a Kazimierski zagra w aż trzech z nich, jedynego gola tracąc po strzale z rzutu karnego. Na „prawdziwy” debiut w dorosłej kadrze biało-czerwonych bramkarz Legii nie czeka zbyt długo, bo już w niespełna dwa miesiące po japońskiej eskapadzie wybiegnie na stadion w Bukareszcie, wystawiony do bramki przez debiutującego właśnie na selekcjonerskim stanowisku Antoniego Piechniczka. Polacy przegrają z Rumunami 0:2, a Kazimierskiego już do przerwy pokonają sławy tamtejszego futbolu: Rodion Camataru i Anghel Iordanescu. Po tym spotkaniu Kazimierski musi dłuższy czas poczekać na swoją kolejną szansę od Piechniczka. Ten stawia wyraźnie na Młynarczyka, a dla bramkarza Legii zaczyna brakować miejsca nawet na ławce rezerwowych, na której znacznie częściej siada teraz Piotr Mowlik.

Na hiszpański mundial Jacek Kazimierski zdołał się jednak załapać i we wszystkich spotkaniach (poza meczem o 3 miejsce, gdy ustępuje miejsca Mowlikowi) siada na ławce w swetrze z numerem 21, pełniąc rolę rezerwowego dla niezawodnego na tym turnieju w wymiarze sportowym Młynarczyka. Na boisko wybiegnie Kazimierski w reprezentacyjnym stroju jednak dopiero niespełna półtora roku po rumuńskim występie. W pierwszym pomundialowym meczu biało-czerwonych, bramkarz Legii będzie uczestnikiem powołanej przez Edmunda Zientarę, choć prowadzonej przez Piechniczka ekipy, która spektakularnie rozbije Francuzów na Parc des Princes aż 4:0. Dzięki temu 8 września 1982 roku Kazimierski po raz pierwszy dostanie swą szansę w meczu o punkty. W Kuopio Polacy, będący wówczas trzecią futbolową siłą na świecie, na inaugurację swych zmagań o udział w Euro ‘84 prowadzą już z Finami 3:0, ale w ostatnich dziesięciu minutach spotkania zamienia się ono w istny horror dla biało-czerwonych. Bramkarz Legii zostaje pokonany aż dwukrotnie w odstępie kilkudziesięciu sekund, a nasi reprezentanci ledwo dowożą do końcowego gwizdka szczęśliwe, choć jeszcze kilka chwil wcześniej wydawałoby się, pewne zwycięstwo.

Niewątpliwie moment ważnej próby w stroju z orzełkiem na piersi przychodzi dla Kazimierskiego 10 października 1982 roku. Wtedy to po raz pierwszy i ostatni zarazem ma miejsce sytuacja, że to Jacek Kazimierski stoi w reprezentacyjnej bramce, a na ławce rezerwowych w roli zmiennika siada Józef Młynarczyk. Eliminacyjny mecz z Portugalią ma naprawdę kluczowe znaczenie. Na wypełnionym przez siedemdziesiąt tysięcy kibiców słynnym lizbońskim Estadio da Luz, Kazimierski popełnia jednak jeden z większych błędów w całej swej bramkarskiej karierze. Już w drugiej minucie meczu w fatalnym stylu przepuszcza strzał Nene. Ów gol już na wstępie ustawia nie tylko przebieg tego arcyważnego spotkania, które Bohaterowie mórz wygrają ostatecznie 2:1, ale i w pewnym sensie całe dalsze eliminacyjne zmagania. Portugalczycy okażą się być wspaniałą drużyną, która z francuskiego Euro przywiezie później brązowe medale, będąc dosłownie o krok od czegoś znacznie więcej. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, iż był to jeden z istotniejszych momentów w reprezentacyjnej karierze Jacka Kazimierskiego, gdyż lizboński wieczór w ogromnej mierze przekreślił go w oczach Piechniczka jako potencjalnie wartościowego kandydata do rywalizacji o miejsce w bramce ze znakomitym Młynarczykiem. W wydanej całkiem niedawno książce Pawła Czado i Beaty Żurek „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, były selekcjoner mówiąc o tamtym wydarzeniu i samym bramkarzu Legii niespecjalnie bawi się w owijanie w bawełnę: Do dziś mam pretensje do Jacka Kazimierskiego. Pod nieobecność Młynarczyka wielokrotnie dawałem mu szansę, a on wielokrotnie mnie zawodził, wpuszczał głupie bramki, jakie nie przystoją reprezentantowi kraju. Tak było choćby w tym ważnym meczu z Portugalią. Potem się tłumaczył, że bark go bolał, choć przed meczem się nie skarżył. Zawiodłem się na nim. Każdy ceni bramkarza, który potrafi wygrać mecz. Jacek taki nie był. Nigdy się nie zdarzyło niestety, żeby Kazimierski wygrał nam jakiś mecz.

Bramka stracona na lizbońskim Stadionie Światła nie była pierwszym w karierze Kazimierskiego spektakularnym farfoclem przepuszczonym przez niego do bramki w ważnym meczu. Nieco ponad pół roku wcześniej, w obecności osiemdziesięciu tysięcy widzów na stadionie w Tbilisi, podczas ćwierćfinałowej batalii o Puchar Zdobywców Pucharów z miejscowym Dinamem, Gruzini wygrali 1:0 po golu strzelonym z połowy boiska. Nawet słynący ze spokoju i łagodności, prowadzący wówczas warszawską Legię Kazimierz Górski, żalił się po meczu polskiej prasie, że strata takiego gola mogłaby zdenerwować nawet anioła. Kazimierski się zagapił, za późno interweniował. Takich błędów nie może popełniać zespół nawet średniej klasy.

Po porażce z Portugalią droga Jacka Kazimierskiego do reprezentacyjnej bramki znacznie się wydłużyła. Bramkarz Legii następnym razem stanął między słupkami w reprezentacyjnym stroju dopiero po upływie niespełna dwóch lat, kiedy to w lecie 1984 roku nasza kadra towarzysko zremisowała w Drammen z Norwegią 1:1. Kazimierski wystąpił też w dwóch kolejnych, zwycięskich tym razem towarzyskich spotkaniach z Finlandią i Turcją, zachowując w nich czyste konto, a 17 października 1984 roku po upływie ponad dwóch lat od feralnej lizbońskiej wpadki, znów dostał od Piechniczka szansę w meczu o punkty. Na inaugurację zmagań o meksykański mundial, Polacy podejmowali w Zabrzu Greków. Na przerwę goście schodzili z dość niespodziewanym prowadzeniem po trafieniu głową Mitropoulosa, ale Smolarek i Dziekanowski swymi golami, poprowadzili biało-czerwonych do zwycięskiego otwarcia. Dwa tygodnie później Kazimierski znów stanął między słupkami w kolejnym meczu o eliminacyjne punkty, zremisowanym w Mielcu z Albanią 2:2. Rok 1984 zamykała kadra Piechniczka prestiżowym, choć towarzyskim spotkaniem z Włochami. Na stadionie w Pescarze po czerwonej kartce dla Wdowczyka, Polacy niemal całą drugą połowę zmuszeni byli grać w liczebnym osłabieniu, dzięki czemu stojący w naszej bramce Jacek Kazimierski na bezczynność na pewno nie miał prawa narzekać. Bronił naprawdę nieźle, jednak w ostatnich kilkunastu minutach dwukrotnie dał się pokonać piłkarzom aktualnych wówczas mistrzów świata. Drugie trafienie, uzyskane już w doliczonych sekundach meczu przez Di Gennaro niewątpliwie obciąża bramkarskie sumienie Kazimierskiego. Włoch strzelał bowiem z dobrych 25 metrów w sam środek bramki, czyli dokładnie tam, gdzie stał nasz golkiper.

Niespełna dwa miesiące później, u progu lutego 1985 roku, miały miejsce kolejne wydarzenia, które podobnie jak wspomniany wcześniej lizboński wieczór, mocno skomplikowały sytuację Kazimierskiego w kadrze Piechniczka. Biało-czerwoni pojechali na kilkunastodniowe tournee po Meksyku i Kolumbii. Otwierające całą eskapadę spotkanie z przygotowującym się do roli organizatora przyszłorocznego mundialu Meksykiem, okazało się wielką klęską polskiego zespołu. Na właśnie otwartym stadionie w Queretaro, w obecności czterdziestotysięcznej widowni, podopieczni Piechniczka byli tylko tłem dla świetnie grających rywali, którzy rozbili ich 5:0. Kazimierski znów nie ustrzegł się kilku poważnych błędów, choć w sposób ewidentny zawinił raczej wyłącznie przy drugim golu, gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego po prostu wypuścił piłkę z rąk. A kiedy w 70 minucie Negrete strzelił głową piątego gola dla gospodarzy, polski selekcjoner tak się zdenerwował na bramkarza Legii, że w trybie pilnym zdjął go z boiska, zastępując debiutującym tego dnia w narodowej bramce, 30-letnim Eugeniuszem Cebratem. W następnych dwóch spotkaniach podczas meksykańsko-kolumbijskiego tournee między słupkami stawał już Cebrat (stracił w nich łącznie cztery gole), a Kazimierski choć wrócił jeszcze do polskiej bramki na ostatni mecz amerykańskiej eskapady, przegrany z Kolmbią w Cali 0:1, to nad jego dalszą reprezentacyjną karierą w kadrze Piechniczka znów zebrały się gęste czarne chmury. Odtąd to raczej Cebrat traktowany był jako zmiennik Młynarczyka w ważnych meczach o punkty oraz ten, na którego stawiał selekcjoner w towarzyskich potyczkach. Powołania dostawali też Bolesta, Jojko i Wandzik.

Jesienią 1985 roku o tym, jak ambiwalentne uczucia swą boiskową postawą potrafi wzbudzić pośród kibiców, sam golkiper Legii postanowił przypomnieć również w klubowym stroju. Na sekundy przed końcem rewanżowego spotkania rozgrywek o Puchar UEFA, przy premiującym warszawski zespół awansem kosztem Videotonu remisie 1:1, warszawski bramkarz zechciał zagrać na nerwach kibicom przy Łazienkowskiej. Kazimierski wdał się w drybling z jednym z węgierskich piłkarzy, jednak to bratanek przechytrzył polskiego golkipera i gdyby nie interwencja Kubickiego, który rozpaczliwie wybijał zmierzającą do pustej bramki piłkę, wysiłek całego zespołu w pucharowym dwumeczu zostałby zaprzepaszczony w jednym momencie.

Bardzo późną jesienią legioniści kontynuowali swą europejską przygodę tocząc niezapomniane boje z Interem Mediolan. Kapitan Legii dzielnie strzegący jej bramki, znakomicie zagrał szczególnie w listopadowym, zremisowanym bezbramkowo meczu na San Siro. Zresztą w obu spotkaniach z wielkim Interem Kazimierski w regulaminowym czasie nie dał się pokonać ani razu, mimo że przecież w barwach Nerazzurrich miał kto ukąsić, bo grały tam takie sławy, jak Altobelli, Rummenigge czy Brady. Dopiero na 10 minut przed końcem dogrywki Fanna strzałem głową z bliskiej odległości zaskoczył Kazimierskiego i przesądził o awansie faworyta.

Po powrocie z nieszczęśliwego meksykańsko-kolumbijskiego tournee Jacek Kazimierski zaliczył jeszcze tylko drugą połowę kwietniowej, wygranej 2:1, towarzyskiej potyczki z Finlandią w Opolu (przepuścił strzał głową Ukkonena) i na tym tak na dobrą sprawę zakończył swe czynne występy w reprezentacji prowadzonej przez Antoniego Piechniczka. Bramkarz Legii zasiadł co prawda na ławce rezerwowych (ale już w towarzystwie Cebrata) w eliminacyjnych, wyjazdowych potyczkach z Grecją i Albanią, ale na kluczowe mecze z Belgią nawet nie został już powołany. Mimo to, wiosną 1986 roku, w ostatniej fazie przygotowań do meksykańskiego mundialu, w towarzyskich potyczkach z Hiszpanią i Danią znów siedział już na ławce będąc jedynym potencjalnym zmiennikiem dla Młynarczyka. Wychowanek Agrykoli otrzymuje też upragnione powołanie na Mexico ’86. Podczas mundialu Jacek Kazimierski ubrany z bluzę z numerem 12 na plecach, dwukrotnie usiądzie na ławce rezerwowych, w otwierającym polskie zmagania na tym turnieju meczu z Marokiem oraz podczas dotkliwej porażki z Brazylią (w dwóch pozostałych spotkaniach rolę tę pełni Józef Wandzik), stając się jedynym w dziejach polskiego futbolu bramkarzem, który choć pojechał aż na dwa turnieje mistrzostw świata to jednak w żadnym z nich nie zagrał choćby przez sekundę. Kazimierski w meksykańskim słońcu mógł za to z całkiem bliska przyglądać się, jak zmierzch reprezentacyjnej kariery Młynarczyka znaczony jest bolesnymi błędami, nie mniej przecież spektakularnymi niż jego własne. Józef Młynarczyk zalicza straszne bramkowe wpadki już w przedostatnim meczu przed mundialem, przegranym z Hiszpanią 0:3, gdzie widowiskowo zawala dwa ostatnie gole. A bramka dopełniająca hat-trick Linekera oraz efektowny gol brazylijskiego obrońcy Josimara podczas polskich potyczek w trakcie Mexico ’86, również dobitnie przekonują, że piękna epoka Młynarczyka w reprezentacyjnej bramce dobiega nieuchronnego kresu. Gdy po mundialu z prowadzenia kadry rezygnuje Piechniczek, rywalizacja o miejsce między słupkami otwiera się na nowo, gdyż świeżo upieczony selekcjoner – Wojciech Łazarek, zasłużonego Młynarczyka nigdy już do prowadzonej przez siebie reprezentacji nie powoła.

Początkowo Łazarek planuje oprzeć polską bramkę na duecie Bolesta-Kazimierski, przy czym wydaje się, że nieco wyżej ceni jednak tego pierwszego. W swym selekcjonerskim debiucie popularny Baryła to właśnie Boleście pozwoli wyjść w stroju z numerem 1 na towarzyski mecz z Koreą Północną w Bydgoszczy. Po przerwie bramkarza Widzewa zmienia między słupkami Kazimierski (zakłada nawet opaskę kapitana) i dość szybko traci dwa gole. Tydzień później w otwierającej eliminacyjne zmagania o Euro ’88 potyczce z Grekami w Poznaniu mają miejsce osobliwe wydarzenia. Łazarek znów powołuje obu wspomnianych bramkarzy oraz na przyuczenie młodziutkiego Macieja Szczęsnego z drugoligowej stołecznej Gwardii, przy czym nie ukrywa, że zamierza postawić na Henryka Bolestę. Ten jednak doznaje kontuzji, ale Kazimierski uniesiony ambicją oświadcza, że w tej sytuacji nie zamierza robić za zapchajdziurę po Boleście i rezygnuje z występu w polskiej bramce przeciwko Grekom. Podczas obiadu przed meczem, Łazarek oznajmia więc Szczęsnemu, że to on, 21-letni wówczas golkiper drugoligowej Gwardii, stanie między słupkami podczas eliminacyjnej potyczki z Grecją w stolicy Wielkopolski. Wtedy do akcji wkracza jednak ówczesny prezes PZPN w randze generała milicji i skutecznie udaje mu się przekonać Kazimierskiego do zmiany decyzji w zamian za obietnicę wydania zgody na upragniony transfer zagraniczny po zakończeniu sezonu i wyrwanie się z peerelowskiej futbolowej rzeczywistości. Biało-czerwoni z Kazimierskim w składzie udanie inaugurują eliminacje do Mistrzostw Europy, pokonując Greków 2:1.

Krótko przedtem Kazimierski błyszczy w Pucharze UEFA. Być może mógłby błyszczeć w Pucharze Mistrzów, gdyby w kwietniu 1986 roku, sami legioniści najprawdopodobniej nie przehandlowali na rzecz Górnika Zabrze mistrzowskiego tytułu, o co po latach dość niedwuznacznie oskarżył ich ówczesny kierownik zespołu, sprawujący tę funkcję przez wiele lat – Kazimierz Orłowski. Zresztą nie on jeden publicznie wypowiadał się na ten temat. Jednak rozgrywki Pucharu UEFA i tak stanowiły całkiem atrakcyjne okno, by pokazać się w europejskim światku piłkarskim. A Kazimierski naprawdę znakomicie spisuje się w pojedynkach z Dnieprem Dniepropietrowsk i podczas całego dwumeczu zachowuje czyste konto, mimo że jego bramkę ostrzeliwują takie gwiazdy niedawno zakończonego mundialu, jak Litowczenko czy Protasow. Ten ostatni nie potrafi pokonać kapitana Legii nawet z jedenastu metrów. Bardzo barwnie wspomina tę sytuację ówczesny szkoleniowiec stołecznego klubu, Jerzy Engel w książce „Futbol na tak”, dopełniając ciekawego portretu warszawskiego bramkarza. Mecz w Krzywym Rogu to najlepszy mecz z udziałem polskiego zespołu na wyjeździe, jaki widziałem. Spotkanie tak twarde, tak agresywne – grane przez piłkarzy z niebywałą determinacją – tak krwawe, że rzadko się coś takiego ogląda. (...) Jacek Kazimierski przy wyskoku do piłki dostał uderzenie łokciem w oko. Spuchło mu, nic nie widział, ale prosił, żeby go nie zdejmować z boiska. Dowiedział się tylko od kolegów, że sfaulował go Protasow. (…) W pewnej chwili piłka poleciała po przekątnej w nasze pole karne. Jacek zobaczył jednym okiem, iż biegnie do niej Protasow i ruszył za nim. Nie zdążyłem nawet krzyknąć – Kazimierski wykonał wślizg i… nogi Protasowa znalazły się wyżej głowy. Rzut karny. Protasowa wynieśli, leżał za linią i wydawało się, że jest po zabawie. Opatrywany Protasow krzyknął do kolegów, żeby nikt nie ruszał piłki, ustawionej na jedenastym metrze, bo za chwilę wraca i strzeli „tej bladzi” bramkę z karnego. Jacek natomiast stał przy słupku i cały czas mu dogadywał: - No, chodź frajerze, chodź frajerze. Protasow wszedł na boisko, ale strasznie utykał. Wyglądało więc na to, że… kulawy strzela ślepemu. Protasow zrobił świetny zwód i Jacek poleciał w jedną stronę, a piłka w drugą, tyle że obok bramki. Kazimierski natychmiast się poderwał, podbiegł do rywala i opowiedział mu w krótkich słowach całą historię przyjaźni polsko-radzieckiej.

Dzięki wyeliminowaniu Dniepru, na przełomie października i listopada 1986 roku Jacek Kazimierski znów ma możliwość stanąć oko w oko z prowadzonymi przez słynnego Giovanni Trapattoniego gwiazdami Interu. W Warszawie polskiego bramkarza pokonują Ferri i Altobelli, ale to Legia ostatecznie wygrywa po fantastycznym zrywie na początku drugiej połowy 3:2. W Mediolanie znów jednak Fanna przesądza o awansie Nerazzurrich i zapewnia Włochom upragnione zwycięstwo 1:0.

Niespełna tydzień po rewanżowym meczu na San Siro, bramkarz Legii zagra jeszcze pierwszą połowę, zwycięskiego towarzyskiego meczu z Irlandią, zachowując czyste konto, a wreszcie 19 listopada 1986 roku rozegra bodaj swoje najlepsze spotkanie w reprezentacyjnym stroju. Na stadionie Olimpijskim w Amsterdamie sześćdziesiąt tysięcy widzów jest świadkiem jak Ruud Gullit, Marco van Basten czy inne wielkie gwiazdy wschodzącej holenderskiej potęgi, prowadzonej przez legendarnego Rinusa Michelsa, nie są w stanie sforsować bramki pilnie strzeżonej przez imponującego instynktem, sprawnością i refleksem Jacka Kazimierskiego. Tamten amsterdamski bezbramkowy remis z przyszłymi Mistrzami Europy to chyba najlepsze spotkanie, jakie kiedykolwiek rozegrała prowadzona przez Łazarka w jego trzyletniej kadencji reprezentacja, a Kazimierski miał w tym sukcesie niemały udział. Jego pozycja w wyjściowym składzie narodowej reprezentacji powoli staje się raczej niezagrożona. Wydaje się, że właśnie teraz, po latach oczekiwania i terminowania u boku bezkonkurencyjnego Młynarczyka, nadchodzi wreszcie w polskiej bramce epoka Kazimierskiego. Bramkarz Legii ma przecież dopiero 27 lat, a już solidne doświadczenie za sobą. Gdy 12 kwietnia 1987 roku na przypominającej raczej kartoflisko murawie stadionu Lechii Gdańsk, kadra Łazarka w sposób kompromitujący remisuje bezbramkowo z Cyprem, Kazimierski jest bodaj jedynym naszym graczem, do którego nie można mieć pretensji, bo przecież strzelania goli nikt od niego nie wymagał. Jednak dokładnie dwa tygodnie później przychodzi ten pamiętny wieczór, który w sportowym życiu Jacka Kazimierskiego zmieni, jeśli nie wszystko, to bardzo wiele.

Abstrahując od feralnego remisu biało-czerwonych z Cyprem, zarówno Polacy jak i Grecy spisywali się dotąd w eliminacyjnych zmaganiach o Euro ’88 całkiem przyzwoicie. Biało-czerwoni pokonali synów Hellady w Poznaniu 2:1 oraz wywieźli cenny bezbramkowy remis z Amsterdamu. Grecy, w przeciwieństwie do nas, bez większych problemów uporali się na wyjeździe z Cyprem, ale również dość zaskakująco pokonali u siebie Węgrów, a na miesiąc przed batalią z Polakami w Atenach, urwali też na wyjeździe punkt Holendrom, niespodziewanie remisując 1:1. Grecy zdecydowanie nie byli już tą samą drużyną, która dwa lata wcześniej dała się ograć na tym samym stadionie podopiecznym Piechniczka 1:4.

Jak na schyłek kwietnia w Atenach jest tego wieczoru zadziwiająco zimno. W temperaturze 8 stopni Celsjusza oraz przy porywistym wietrze to raczej Polacy lepiej wchodzą w mecz. Najpierw jugosłowiański sędzia pozostaje nieugięty, gdy Furtok zostaje chyba jednak sfaulowany w polu karnym rywala, a potem Dziekanowski nie trafia do niemal pustej bramki. Z czasem inicjatywę przejmują jednak gospodarze, choć nie sieją zagrożenia pod bramką Kazimierskiego. Na przerwę oba zespoły schodzą z bezbramkowym remisem. W drugiej połowie to gospodarze grają z wiatrem, a ich optyczna przewaga jest już coraz bardziej zauważalna. Wreszcie przychodzi 58 minuta spotkania i moment, który w życiu i karierze Jacka Kazimierskiego zmienił bardzo wiele. Wiodąca postać w greckiej ekipie, dziś już prawdziwa legenda tamtejszego futbolu, Dimitris Saravakos, decyduje się na strzał zza pola karnego, który teoretycznie nie ma najmniejszych szans powodzenia. A jednak wpada do bramki powodując eksplozję radości siedemdziesięciotysięcznej widowni na Stadionie Olimpijskim w Atenach. Kazimierski podczas zatrważająco mało finezyjnej symulacji interwencji, sprawia wrażenie, jakby grał w dwa ognie. Ta jego interwencja, czy raczej jej brak, sprowadza się do jakiejś nieprzekonująco nieudolnej próby pacnięcia piłki przedramieniem, jak by właśnie przed chwilą doznał paraliżu obu kończyn górnych, nie mogąc nimi poruszyć, albo po prostu nie znając przepisów nie wiedział, że wolno mu jako bramkarzowi użyć także dłoni. Z prawdziwym i nieprzemijającym zażenowaniem ogląda się powtórki tego zwycięskiego dla Greków gola sprzed trzydziestu lat.

Ktoś mógłby zapytać: Ale właściwie w czym problem? Przecież Kazimierski przyzwyczaił nas wszystkich przez lata do przeplatania świetnych interwencji (już przy stanie 1:0 dla Greków wybronił sytuacje sam na sam z Anastopoulosem i Kofidisem) puszczaniem żałosnych farfocli. A jednak ten ateński był pośród nich wszystkich zupełnie wyjątkowy i niepowtarzalny. Wyjątkowy i niepowtarzalny był też kontekst całej sprawy. I to właśnie on jest tu kluczowy. Wojciech Łazarek wiedział swoje i niedwuznacznie sugerując, że motywacje Kazimierskiego w tym meczu były delikatnie mówiąc mało szlachetne, nie zamierzał bawić się w dyplomatę. W swym barwnym stylu, choć duszony łzami gniewu i bezradności, wyznał, że on sam złapał by taki strzał do kapelusza, trzymając równocześnie w drugiej ręce filiżankę z herbatą. A Kazimierskiego odstawił od swej kadry ze skutkiem natychmiastowym i nigdy więcej już go do niej nie powołał, choć raczej miał świadomość, że lepszego od niego bramkarza w Polsce na pewno nie znajdzie. Wandzik, Szczech, Jojko czy Jankowski, na których odtąd zdany był selekcjoner, w aspekcie sportowym na pewno niczego wartościowszego do zaoferowania kadrze, niż odstawiony od niej Kazimierski, absolutnie nie mieli, o czym Łazarek przekonał się bardzo szybko. Stracili więc na tym wszyscy. I dopiero, gdy po kilkunastu miesiącach zaczął powoli przebijać się do reprezentacyjnej bramki Jarosław Bako (który przecież w Legii mógł przy Kazimierskim jedynie wygrzewać ławę) pojawiło się jakieś światełko w tunelu na tej newralgicznej przecież pozycji.

Kiedy kilkadziesiąt dni po fatalnej interwencji z Aten Jacek Kazimierski przechodził do Olympiakosu Pireus można się już było tylko smutno uśmiechnąć, że były bramkarz Legii zgodę na transfer wywalczył sobie przed pierwszym meczem z Grekami, a konkretny kierunek transferowy zrealizował podczas rewanżowej potyczki z błękitnymi synami Hellady. A o tym, że Grecy potrafili zadbać o swoje interesy opowiadał po latach w „Spalonym” Andrzej Iwan, wspominając, jak kilka miesięcy po eliminacyjnym wieczorze w Atenach, przedstawiciele Olympiakosu czynili pod niego podchody przed rewanżowym meczem PKME z Górnikiem Zabrze. Olympiakos był wtedy mocny, ale czuł przed nami respekt. Na tyle, że… chciał ode mnie ten mecz kupić, przy czym nie miała to być korupcja w klasycznym rozumieniu tego słowa. W restauracji czekali na mnie przedstawiciele Olympiakosu, wraz z trenerem. I się zaczęło – że jestem superpiłkarzem, że oni bardzo mnie chcą, że mają dla mnie kontrakt, że będę żył jak w bajce, że mam murowane miejsce w podstawowej jedenastce i tak dalej. Czarowanie. Warunek był tylko jeden – dzień później mam zagrać najgorzej, jak potrafię. Powiedziałem, że przemyślę, a potem władowałem gola. Iwan do Olympiakosu nigdy nie trafił, ale gdy kilka lat po opisywanej sytuacji przechodził do Arisu Saloniki, trenerem tego klubu był Alketas Panagoulias. Ten sam, z którym niegdyś rozmawiałem, gdy chciał kupić ode mnie mecz Górnik-Olympiakos. Nigdy do owej rozmowy nie nawiązywał i udawał, że nie miała miejsca. Panagaoulias to bardzo znany trener. Jako pierwszy selekcjoner wprowadził Greków zarówno na Mistrzostwa Europy (1980) jak i na Mistrzostwa świata (1994). Był też trenerem Olympiakosu w czasie, gdy przechodził do niego i grał w nim Jacek Kazimierski.

Wydawało się być może, że chwila hańby i wstydu warta będzie tego wszystkiego, co potem. A jednak chyba nie była warta. Już nigdy więcej Kazimierski nie został powołany do polskiej reprezentacji. Nigdy już nie dostał możliwości zmazania ateńskiej plamy. Pożegnał się z kadrą w momencie, gdy wydawało się, że stoi właśnie u progu własnej epoki w reprezentacyjnej bramce. Ostatni mecz w rodzimej ekstraklasie rozegrał niespełna dwa miesiące po niechlubnym występie w Atenach. Bywało, że podczas wiosennych meczów na naszych ligowych boiskach słyszał z trybun ironicznie skandowane przez kibiców drużyny przeciwnej nazwisko: „Saravakos!”. Kazimierski wyjeżdżał z Polski mając niespełna 28 lat, więc teoretycznie miał jeszcze troszkę czasu na podbój Europy. Jednak nic z tego nie wyszło. Z Olympiakosem zdążył co prawda zdobyć Superpuchar Grecji oraz dwukrotnie zagrać przeciwko Górnikowi w PKME (ów dwumecz jest zresztą znakomitą egzemplifikacją całej kariery Kazimierskiego, który potrafił wygrać pojedynki sam na sam z Baranem czy Cyroniem, by chwilę później wypuścić piłkę z rąk nie będąc przez nikogo atakowanym lub przepuścić pod ręką do bramki strzał Iwana z ponad dwudziestu metrów), ale na greckich boiskach zanotował ledwie siedem ligowych występów. Po zwolnieniu Panagouliasa, został wraz z kilkoma innymi graczami po prostu wyrzucony z klubu, który miał być przecież jego wymarzoną i wywalczoną kosztem własnego dobrego imienia przystanią na lata. Andrzej Iwan twierdzi w „Spalonym”, że to właśnie on swoim pucharowym golem strzelonym w Zabrzu Olympiakosowi przyczynił się do kłopotów swego przyjaciela. Drugą bramkę zdobyłem kończąc praktycznie karierę Jacka Kazimierskiego w Pireusie. Strzał nie był najgorszy, ale chyba faktycznie znajdował się w zasięgu bramkarza i Jacek mógł zareagować lepiej. Jacek puścił, co mu wypominano.

W Grecji bardzo szybko się go pozbyli, jeszcze przed końcem jesiennego sezonu – opowiada o Kazimierskim Maciej Szczęsny w „Legii Mistrzów” – Grudzień i styczeń spędził już w Warszawie. Ciężko przeżył to rozczarowanie. W lutym zapytał Strejlaua, naszego klubowego trenera, czy mógłby przychodzić na treningi, poćwiczyć, bo chciałby spróbować wrócić do piłki. Strejlau się zgodził, ale w klubie jasno zakomunikowano Kazimierskiemu, że choć na kilka treningów przyjść może, to nie powinno to jednak trwać za długo. I że o powrocie do Legii ma zapomnieć. W polskiej piłce Jacek Kazimierski był już ewidentnie spalony i przekreślony. Ale on powoli szykował się do kolejnego wyjazdu. Udało się zakotwiczyć w drugoligowym belgijskim KAA Gent. W zespole z Gandawy spędzi łącznie trzy sezony, z czego dwa ostatnie już w czubie pierwszoligowej stawki. W sezonie 1990/91 Kazimierski prezentuje się w bramce zespołu z Gandawy na tyle dobrze, że w polskich mediach sportowych zaczęły nawet podnosić się głosy, by ponownie dać szanse wychowankowi stołecznej Agrykoli na grę między słupkami w reprezentacyjnym swetrze. Jednak latem 1991 roku w całkiem młodym jak na golkipera wieku, niespełna 32-letni były „bramkarz przyszłości” (jak określano go nad Wisłą), który miał podbić Europę, zdejmuje na dobre bramkarskie rękawice.

Gdy myślimy o tak wspaniałych naszych reprezentacyjnych bramkarzach jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk, Jerzy Dudek czy Artur Boruc, odruchowo wręcz przewijamy w pamięci najpiękniejsze z ich najważniejszych interwencji. A przecież każdy z nich na jakimś etapie swej kariery miewał straszliwe wpadki, popełniał katastrofalne błędy i wpuszczał do własnej bramki farfocle z pewnością nie mniej spektakularne od tych, jakie przytrafiały się Jackowi Kazimierskiemu. Bramkarzowi wcale nie najskąpiej utalentowanemu spośród wymienionego zacnego grona. Jaka szkoda, że wspominając karierę wychowanka stołecznej Agrykoli myśli samoistnie nie biegną do jego znakomitej postawy w ważnych meczach w Amsterdamie czy na San Siro, do wielu wybronionych przez niego karnych i liczniejszych niż gwiazdy na niebie efektownych parad bramkarskich, lecz podążają niestety zawsze, przyciągane niczym siłą magnesu, ku tej jednej feralnej chwili, podczas tamtego chłodnego, wietrznego, kwietniowego wieczoru w Atenach przed trzydziestu laty.

R.