Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 18 stycznia 2017
Puchar Narodów Afryki 2017. 10 mgnień pierwszej kolejki

hadary

Essam El Hadary

Jak przypomniał ostatnio kolega Radek Nawrot, kiedy Adam Mickiewicz został zapytany, o co mu chodziło z tym czterdzieści i cztery w "Dziadach", odrzekł: - Gdy pisałem, to wiedziałem. Teraz pojęcia nie mam.

Wieszcz mógł po prostu przewidzieć rekord egipskiego bramkarza.

Essam El Hadary wszedł do bramki Egiptu w związku z urazem El Shenawy. W meczu z Mali gola nie wpuścił. Dla niego to siódmy Puchar Narodów Afryki, przy czym w 1998 roku (gdy Egipt triumfował) i w 2000 roku był rezerwowym Nadera El-Sayeda i na boisku nie spędził ani minuty. Ten siódmy turniej rekordem jednak nie jest, podobnie jak 23 występy na PNA - na ośmiu turniejach byli Rigobert Song i Ahmed Hassan, przy czym ten pierwszy zaliczył aż 36 gier. Essam El Hadary został najstarszym piłkarzem w historii Pucharu Narodów Afryki: 44 lata i dwa dni to więcej niż miał na liczniku najstarszy uczestnik w historii mistrzostw świata (kolumbijski bramkarz Faryd Mondragon miał 43 lata i 3 dni) oraz najstarszy uczestnik mistrzostw Europy (Gabor Kiraly na Euro w meczu z Belgią w 1/8 finału miał 40 lat i 86 dni, o ile dobrze policzyłem)

El Hadary dla wielu kibiców w Europie może być anonimowy, bo na Starym Kontynencie był tylko przez moment w szwajcarskim FC Sion, a przede wszystkim - nigdy nie zagrał na mistrzostwach świata, bo Egiptu nie było na nich od 1990 roku. A gdy już grał na Pucharze Konfederacji, tracił mnóstwo goli: po dwa z Boliwią i Meksykiem oraz pięć (!) z Arabią Saudyjską w 1999 roku, a także cztery z Brazylią i trzy z USA w 2009 roku. Jedyne zwycięstwo i jedyne czyste konto w tych rozgrywkach musiało więc smakować wybornie, bo pokonani zostali włoscy mistrzowie świata. A El Hadary miał w tym wielki udział.

Algieria - Zimbabwe 2:2 - widowisko i wielki Riyad Mahrez

Najlepszy mecz pierwszej kolejki Pucharu Narodów Afryki 2017. Odwracanie rozstrzygnięcia z 0:1 na 2:1, w końcu 2:2, mnóstwo sytuacji, w strzałach było chyba 21:11 (w tym 11:8 w celnych). Plus Mahrez, który udowadnia, że zasługuje na tytuł najlepszego piłkarza Afryki. Costa Nhamoinesu był jednym z tych obrońców, którzy uznali, że mistrzowi Anglii z Leicester jakoś tak głupio przeszkadzać w pracy. Gol na 2:2 padł chwilę po tym, jak Zimbabwe mogło, a nawet powinno podwyższyć na 3:1.

Prejuce Nakoulma z szansą, Abdul Razack Traore bez szału

nakoulma_razackPrejuce Nakoulma zagrał przeciętnie przeciw Kamerunowi, do niego należało pierwsze słowo w meczu (dosłownie: pierwsze kopnięcie) i przedostatnie w pierwszej połowie, gdy po niezłej akcji jego strzał został obroniony (zaraz potem Kameruńczycy zrobili kontrę zakończoną niesamowitym wyjściem bramkarza BF). Beznadziejnie były zawodnik ekstraklasy spisywał się w powietrzu (0/6), nie udała mu się też żadna z dwóch prób dryblingu. Z taką grą, gdyby to było Zabrze, kogut by nie usłyszał "będę go zjadł".

nakoulma_goradol


Prejuce Nakoulma: Burkina Faso - Kamerun... przez numer10

Razack miał wysoki procent celnych podań, ale tylko jedno z nich było podaniem kluczowym.

 razackgoradol

Moukandjo z rzutu wolnego

Kameruńczyk Benjamin Moukandjo strzelił jedynego, do tej pory, gola z rzutu wolnego. To się zawsze ceni.

Hymny a capella

O tej hecy bym nie wiedział, gdyby nie Michał Zichlarz (afrykagola.pl polecam zawsze, ale podczas Pucharu Narodów Afryki to jest absolutny oblig!). Najpierw był najazd kamery na kolejnych graczy Burkina Faso, którzy czekali na hymn. Potem kolejne chwile zniecierpliwienia. I w końcu decyzja: śpiewamy sami, taśmy nie dowieźli. BF słychać nie było, ale Kameruńczycy już się zdrowo wydzierali.


Hymny/ Anthems a capella: Burkina Faso... przez numer10

Asamoah Gyan z numerem 3

Jeśli ma być w życiu coś pewnego oprócz śmierci i podatków, to niech to będzie Asamoah Gyan, latający w ataku Ghany z numerem 3 na plecach i ratujący skórę kolegom z reprezentacji. Tym razem wywalczył karnego, po którym padł jedyny gol w meczu z Ugandą. Rywale, wracający na turniej po wielu latach (ostatni występ w 1978 roku), zaprezentowali się lepiej niż można było się spodziewać. W przeciwieństwie do Ghany. Twitt-analiza turnieju należy do Szymona Urbaniaka, którego śledzenie (tak jak Michała Zichlarza) jest obowiązkiem każdego szanującego się fana PNA.

 

Wybrzeże Kości Słoniowej też zawiodło, bezbramkowo remisując z Togo.

Rudinilson kontra Gabon i Aubameyang

rudigoradol1

Rudinilson (przypomnijmy: pięć meczów w ekstraklasie dla Lechii Gdańsk, do tego jeden w Pucharze Polski z Puszczą Niepołomice i do tego prawie 40 w trzecioligowych rezerwach) chyba po prostu za sukces może uznać fakt, że Gabon i Aubameyang skończyli mecz z jego Gwineą Bissau z jednym golem na koncie. To nie był dobry mecz. To był mecz otwarcia.

Kabananga z golem i fryzurą

Jedyna rzecz warta zapamiętania z meczu DR Kongo - Maroko to fryzura i nazwisko strzelca jedynego gola. Kabananga. Kabananga wcześniej miał dredy i parę innych kiepskich fryzur. Fryzjerzy w Astanie (gdzie gra w klubie) chyba robią sobie z niego jaja.

Porażka Tunezji Henryka Kasperczaka

Północ kontynentu w ogóle kiepsko zaczęła Puchar Narodów Afryki 2017. Tunezja Henryka Kasperczaka przegrała z Senegalem 0:2 i choć trochę okazji do gola miała, to najbliżej i tak było po absurdalnym odbiciu piłki przez Senegalczyka z ok. 11 metrów, po którym uratował go słupek. Henri po takim meczu może być co najwyżej jeszcze bardziej siwy, o ile to w ogóle możliwe. Chyba on sam byłby w stanie wykończyć niektóre sytuacje lepiej od tunezyjskich napastników.

Pierwsze Puchary Narodów Afryki, które pamiętam, to były wielkie sukcesy drużyn Kasperczaka - WKS i Tunezji. Potem było wielkie Mali, za które można było trzymać kciuki prawie jak za polskie drużyny w europejskich pucharach. Druga kadencja w Tunezji, przy braku wyjścia z grupy, może być - niestety - dla Polaka ostatnią w reprezentacji z afrykańskiego topu. Epizody w Maroku, Senegalu i druga kadencja w Mali okazały się przecież porażkami.

Rasizm na Pucharze Narodów Afryki?

Na profilu Al.-Jazeera+ na Twitterze w czwartym dniu turnieju wrzucony został materiał o rasistowskich tekstach, jakimi w mediach społecznościowych raczą się wzajemnie mieszkańcy Afryki Północnej i tzw. Czarnej Afryki (połowa drużyny Zimbabwe ma HIV ; Arabowie w ogóle nie powinni grać w Pucharze Afryki, tego typu uwagi). Z daleka trudno osądzić, na ile oskarżenia o tym, że "na turnieju rasizm wygrywa" są wyolbrzymione. To pierwszy tego typu sygnał, na który się natknąłem, zobaczymy, co dalej.

 

I najważniejsze: oby żaden meleks już nikogo nie rozjechał.

B.

PS Obowiązkowe lektury na Weszło: Leszka Milewskiego o Ugandzie oraz o więzieniu Luzira.

wtorek, 10 stycznia 2017
Kraj Kwitnącej Wisły

springjapancherryblossomsnationalgeographics211

Choć Japończyków w polskiej ekstraklasie nie było zbyt wielu, to wszyscy zostawili po sobie jakiś ślad w pamięci kibiców. Choć nie zawsze był piłkarski ślad :)

Pierwszym Japończykiem w naszej lidze był Kimitoshi Nogawa (ur. 1984). Trafił on wiosną 2004 roku do Górnika Zabrze. Działo się to na fali zagranicznych transferów pilotowanych wówczas przez Marka Koźmińskiego. Stanowił on jednak raczej egzotyczną ciekawostkę niż wzmocnienie składu zabrzan. Bardziej pasowała mu rola turysty, który przed zawitaniem do Polski przebywał w Brazylii, a po pożegnaniu naszego kraju bawił (to właściwe określenie, bo nie grał zbyt wiele) w Kamerunie, Rumunii, Francji i Włoszech. Obecnie zarabia jako… model. O Nogawie pisaliśmy już kiedyś tutaj.

Prawdziwa inwazja samurajów rozpoczęła się jednak w 2011 roku. Wtedy zawodników z Kraju Kwitnącej Wiśni zaczął intensywnie sprowadzać menedżer piłkarski Tomasz Dranikowski. Bardzo ciekawy wywiad z nim do poczytania tutaj. Transferował głównie piłkarzy z tamtejszych rozgrywek uniwersyteckich, a później także z profesjonalnej ligi. Zwykle trafiali oni najpierw na Łotwę albo na Bałkany (głównie do ligi czarnogórskiej albo serbskiej), kiedy indziej do niższych polskich lig, a nieraz lądowali od razu w ekstraklasie.

Serię zapoczątkował Takafumi Akahoshi (ur. 1986). Popularny dziś „Aka” w 2011 roku najpierw oblał testy w Śląsku Wrocław, ale na jego usługi zdecydowała się, wówczas jeszcze I-ligowa, Pogoń Szczecin. Wkrótce okazało się, że „Duma Pomorza” stała się „najbardziej japońskim polskim klubem”, w ciągu pięciu lat zatrudniając czterech piłkarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Sam Akahoshi szybko odpłacił pracodawcom za kredyt zaufania i z miejsca zaaklimatyzował się w nowym zespole. Najpierw wydatnie pomógł awansować mu do ekstraklasy, a później brylował w jego barwach na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

Grając w Szczecinie od 2011 roku (z krótką przerwą na wypad do rosyjskiego FK Ufa jesienią 2014 roku) stał się graczem z jednym z najdłuższych stażów w Pogoni. To także pierwszy Japończyk, który strzelił gola w polskiej ekstraklasie (Pogoń – Jagiellonia 1:1, wrzesień 2012). "Aka" jednak nie ma już w Szczecinie, bo przeniósł się do Tajlandii. Do poczytania o nim - tutaj i tutaj.

Dwa lata później, w 2013 roku do Akahoshiego dołączył rodak - Takuya Murayama (ur. 1989). Wiosną 2013 roku zamienił on Gwardię Koszalin na Pogoń Szczecin. On również – być może dzięki pomocy „Aki” – z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny. W ciągu trzech lat prezentował niezmiennie równy poziom. Japończyk był szybki, obunożny i dobry technicznie. Fajny tekst o nim tutaj. Dzisiaj zarabia na chleb w tajskim Ratchaburi FC, a jego klubowym kompanem od kilku dni znów jest Aka.

Tropem starszych kolegów w Pogoni nie poszedł z kolei Shohei Okuno (ur. 1990). Rozegrał raptem kilka (nijakich) meczów jesienią 2014 roku i bez żalu oddano go do Bytovii Bytów. Melodią przyszłości jest natomiast Seiya Kitano (ur. 1997). Ten młodzian brylujący dotychczas w drużynach młodzieżowych ma już za sobą mecze, a nawet gola, w ekstraklasie. Wciąż jednak musi walczyć o miejsce w kadrze pierwszego zespołu – nie tyle nawet w pierwszej jedenastce, co na ławce rezerwowych.

O ile Pogoń Szczecin można potraktować jako hurtownika, to inne zespoły sprowadzały Japończyków już raczej detalicznie.

Lechii Gdańsk udało się sięgnąć po prawdziwą gwiazdę. Sprowadzony jesienią 2013 roku Daisuke Matsui (ur. 1981) był etatowym reprezentantem Japonii, uczestnikiem MŚ 2010 oraz graczem, który niemal przez osiem lat występował we Francji. O jego transferze pisaliśmy tutaj. Doświadczony pomocnik faktycznie błyszczał w Gdańsku, ale już po pół roku pożegnał się z ekstraklasą. Jego małżonka spodziewała się bowiem dziecka i piłkarz uznał, że najwyższa pora wracać do ojczyzny. O Matsuim czytajcie też tutaj i tutaj.

Dość dobre wrażenie zostawił po sobie w Podbeskidziu Bielsku-Białej również Kohei Kato (ur. 1989). W sezonie 2015/2016 ten nieustępliwy zawodnik pokazał, że ma wielkie serce do gry i żelazne płuca. Zapisał się także w rankingu kolorowych kartek, bo w ciągu roku udało mu się uzbierać 9 żółtych i 1 czerwony kartonik. Obecnie Kato występuje w bułgarskim Beroje Stara Zagora.

Na tym tle Ryota Morioka (ur. 1991) wydaje się nie tylko potwierdzać tezę o dość wysokim poziomie ściąganych do nas Japończyków, ale nawet podwyższać nieco poprzeczkę. Do Wrocławia trafił wiosną 2016 roku jako reprezentant Japonii (dwa mecze, w tym z Brazylią), ale wejście do Śląska miał jednak dość trudne i dłuższą chwilę nie potrafił odnaleźć się w nowym klubie. Przełamanie przyszło dopiero w siódmym występie. Działo się podczas spotkania z Lechem na Bułgarskiej. Morioka zdobył wtedy jedyną bramkę meczu. Od tego czasu do końca sezonu strzelił 7 goli w 9 meczach. Jego popisem był mecz Śląsk - Górnik Łęczna (3:2). Zresztą kilka miesięcy później Japończyk znów pięknie skarcił łęcznian. W obecnych rozgrywkach zdecydowanie rzadziej umieszcza piłkę w siatce, ale nikt nie ma wątpliwości, że to najwartościowszy zawodnik Śląska.

Poniżej pełne zestawienie Japończyków w polskiej ekstraklasie.

Zawodnik

Klub

Sezon

Bilans w ekstraklasie

Kimitoshi Nogawa

Górnik Zabrze

Wiosna 2004

3 - 0

Takafumi Akahoshi

Pogoń Szczecin

2011-2014, 2015-2016

115 - 14

Takuya Murayama

Pogoń Szczecin

2013-2015

78 - 9

Daisuke Matsui

Lechia Gdańsk

Jesień 2013

16 - 4

Shohei Okuno

Pogoń Szczecin

Jesień 2014

5 - 0

Kohei Kato

Podbeskidzie Bielsko-Biała

2015/2016

35 - 1

Ryota Morioka

Śląsk Wrocław

Wiosna 2016 - wciąż

35-11

Seyia Kitano

Pogoń Szczecin

Jesień 2016 - wciąż

9 - 1

Na zakończenie można wspomnieć także, że wielu zawodników występowało również na zapleczu ekstraklasy albo w II lidze. Byli to np. Tsubasa Nishi (m.in. Widzew Łódź, Stomil Olsztyn), Toshikazu Irie (Bogdanka Łęczna), Nayo Shibamura (Stomil Olsztyn), Kosuke Ikegami (m.in. Chojniczanka Chojnice), Tomoki Fujikawa (m.in. Arka Gdynia), Shatoru Okada (m.in. Termalica Nieciecza), Takeru Okada (GKS Bełchatów) czy Kosuke Kimure (Widzew Łódź). Poza tym kilkunastu Japończyków grało w drużynach z niższych klas, przede wszystkim w Gwardii Koszalin, Energetyku Gryfino i Concordii Elbląg.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego Lecha Poznań

P.

poniedziałek, 02 stycznia 2017
Jacka Magiery jedyny dublet w ekstraklasie: Raków - Lech 1996

magiera_rakow

Jacek Magiera w Nowy Rok obchodzi swoje urodziny, a gdy sylwestrowy zegar 2016/2017 wybił północ, mógł zaśpiewać "czterdzieści lat minęło...". Trener Legii Warszawa jako piłkarz długo był kojarzony jako talent, który nigdy ostatecznie nie eksplodował na miarę oczekiwań - mówimy w końcu o mistrzu Europy do lat 16 z 1993 roku. Nikt nie odmawiał mu pracowitości (świetnie scharakteryzowali go w książce Wojciech Kowalczyk i Krzysztof Stanowski: "Ja bym mu płacił podwójnie, bo nikt nie spędza w klubie tyle czasu, co on - przychodzi rano i do wieczora ogląda wszystkie możliwe mecze"), a i bez solidnych umiejętności nie byłby w stanie przez tyle lat utrzymać się na poziomie ekstraklasy, i to w Legii.

Natomiast trudno wskazać jedną boiskową cechę Jacka Magiery, którą zdecydowanie się wyróżniał. Najwięcej goli w sezonie ligowym strzelił jeszcze dla Rakowa Częstochowa. To była jego ostatnia runda w tym klubie przed odejściem do Legii. Jesienią 1996 roku zdobył sześć bramek. Z tego dwie - w meczu Raków - Lech Poznań. I to obie dzięki uderzeniom piłki głową.

Jacek Magiera na swojej stronie internetowej ma skan zdjęcia, zrobionego akurat w momencie, gdy strzela "szczupakiem" na 1:0, ale jeszcze ciekawszy jest wywiad z Andrzejem Kawką z Gazety Częstochowskiej, którego udzielił akurat po meczu z Kolejorzem. Te kilka zdań pokazuje, jakim był piłkarzem, ale też jakim jest człowiekiem (jeśli komuś mało, jego szerszą charakterystykę ukazaną przez inne rozmowy w mediach skreślił Leszek Milewski): magiera_tajemnica3

- Stałeś się najskuteczniejszym zawodnikiem Rakowa, 6 zdobytych bramek daje ci miejsce w ścisłej czołówce ligowych snajperów. Skąd wzięła się ta dobra skuteczność?
- Może stąd, że dwa razy w tygodniu przychodzę na boisko i trenuję strzały.
- Sam trenujesz?
- No tak. Biorę jakiegoś bramkarza z drużyny juniorów, kilka piłke i przez godzinę, czasami półtorej godziny trenuję strzały na bramkę.
- W meczu z Lechem obie bramki zdobyłeś głową. Takie strzały samemu trudno trenować. Ktoś musi przecież dośrodkować.
- Oczywiście, że nie mógłbym samemu sobie centrować i jeszcze strzelać. Jak są pod ręką jacyś juniorzy, to proszę ich o pomoc i w ten sposób ćwiczę ten element.
- Zdobycie drugiego gola w spotkaniu z poznaniakami towarzyszyły dość osobliwe okoliczności. Tuż przed oddaniem celnego strzału przewróciłeś się w polu karnym.
- Przewróciłem się, bo jeden z piłkarzy Lecha podłożył mi nogę. Krzyknąłem do sędziego, że powinien być rzut karny, ale arbiter nie zareagował. Kiedy się podnosiłem, zauważyłem, że leci w moim kierunku piłka. Wyskoczyłem i uderzyłem ją głową w kierunku bramki. Wpadła w samo okienko, ale to już czysty przypadek.


Jacek Magiera - dwa gole w meczu Raków Częstochowa - Lech Poznań 2:0

Co możemy powiedzieć o Lechu Poznań w tym meczu? Mimo niezłego składu, zwłaszcza mocnych nazwisk atakujących, to był obraz nędzy i rozpaczy. Fragmenty relacji Jacka Łuczaka w Gazecie Wyborczej Poznań, zatytułowanej "Wstrząśnięty Bocian" (Paweł Bocian musiał zejść z boiska ze wstrząśnieniem już w siódmej minucie):

Piłkarze Lecha już od 423 minut, czyli od meczu z Widzewem w Łodzi, nie strzelili gola w ekstraklasie. Lechici zagrali w Częstochowie beznadziejny mecz, a dwie najgroźniejsze sytuacje przez nich stworzone bardziej były wynikiem błędów obrońców Rakowa niż umiejętności poznaniaków. - Żałuję, że nie strzeliliśmy gola, to może nas podłamać. Tym bardziej, że w tym sezonie chyba nie zagramy już na własnym boisku [chodziło raczej o rok kalendarzowy i kary za burdy przy Bułgarskiej - przyp.] - mówił trener Ryszard Polak.

Raków Częstochowa - Lech Poznań 2:0 (0:0)

Gole: Jacek Magiera (46. i 66. minuta)

Raków: Matuszek - Skrzypek, Wróblewski, Bodzioch Ż, Sieja, Wilk, Spychalski, Magiera (90. Synoradzki), Kugiel (65. Bański), Załęski, Skwara (85. Stępień).

Lech: Onyszko - Bosacki Ż, Bocian (7. Augustyniak), Zawadzki, Kryger, Drame, Majewski, Reiss, Prabucki (60. Bekas), Piskuła, Wichniarek (83. Drajer).

Widzów: 3 tys.

Wszystkie gole Jacka Magiery w ekstraklasie

Raków Częstochowa - Stal Mielec 2:0 (16.09.1995)
Górnik Zabrze - Raków Częstochowa 1:2 (22.05.1996)
Legia Warszawa - Raków Częstochowa 2:1 (3.08.1996)
GKS Bełchatów - Raków Częstochowa 1:1 (7.09.1996)
Raków Częstochowa - Hutnik Kraków 1:0 (15.09.1996)
Raków Częstochowa - Ruch Chorzów 1:0 (12.10.1996)
Raków Częstochowa - Lech Poznań 2:0 (23.10.1996 - dwa gole)
Ruch Chorzów - Legia Warszawa 3:2 (4.04.1998)
Dyskobolia Grodzisk Wlkp. - Legia Warszawa 2:1 (11.04.1998)
Amica Wronki - Legia Warszawa 0:1 (9.05.1998)
Legia Warszawa - Amica Wronki 3:1 (22.08.1998)
Legia Warszawa - GKS Bełchatów 3:0 (13.09.1998)
Odra Wodzisław - Legia Warszawa 1:2 (26.05.1998)
Petro Płock - Legia Warszawa 3:1 (29.08.1999)
Widzew Łódź - Petro Płock 4:3 (17.05.2000)
Legia Warszawa - Pogoń Szczecin 3:0 (7.09.2001)
Legia Warszawa - Amica Wronki 3:2 (1.03.2002)
Górnik Zabrze - Legia Warszawa 2:3 (23.08.2002)
Legia Warszawa - Wisła Kraków 4:1 (19.09.2003)
Legia Warszawa - Odra Wodzisław 2:1 (12.03.2004)
Legia Warszawa - Wisła Płock 2:0 (8.05.2004)
GKS Katowice - Legia Warszawa 2:4 (11.06.2004)
Legia Warszawa - Wisła Kraków 5:1 (22.05.2005)
Legia Warszawa - GKS Katowice 2:0 (9.06.2005)

B.

czwartek, 22 grudnia 2016
Głęboki grudzień

PA2341753

Grudzień raczej nie kojarzy się kibicom z występami kadry narodowej. Choć swego czasu panowała moda na rozgrywanie meczów w ostatnim miesiącu roku, to Adam Nawałka nie jest jej zwolennikiem.

Trudno polemizować z koncepcją selekcjonera, bo jeśli sięgniemy pamięcią do tych grudniowych pierników, to zwykle były to spotkania dość cudaczne. Warto jednak pochylić się nad grudniowym profilem dotychczasowej aktywności kadry.

W całej swojej historii biało-czerwoni rozegrali w grudniu 23 spotkania (z czego mecz Polska - Bośnia i Hercegowina [1:0] z 2007 roku ostatecznie nie jest uznawany przez FIFA). Bilans tych spotkań: 13 zwycięstw - 3 remisy - 7 porażek. Nie świadczy to jednak o zimowe mocy naszych zawodników, ale raczej o jakości przeciwników (aż trzy razy mierzyliśmy się z młodzieżowo-olimpijsko-rezerwową kadrą Bośni i Hercegowiny). Choć trzeba dojrzeć również mocnych przeciwników: Węgrów (1921), Niemców (1933), Argentyńczyków (1968) czy Włochów (1984).

Co ciekawe, pierwszy oficjalny mecz kadry toczony był właśnie w tym świątecznym miesiącu, dokładnie 18 grudnia 1921. Polacy przegrali wtedy w Budapeszcie z Węgrami (0:1).

Jednak z tego całego zbioru tylko dwa mecze były o pozatowarzyską stawkę.

5.12.1971 - Turcja - Polska 1:0, eME

Swoją drogą to była bardzo zaskakująca porażka, bo kilka miesięcy przedtem drużyna Górskiego rozbiła Turcję u siebie aż 5:1)

7.12.1980 - Malta - Polska 0:2, eMŚ, skrót tutaj

Szczególnie te maltańskie zawody (murawa!) pokazały, że granie w grudniu nie jest specjalnie dobrym pomysłem. Zresztą mecz z Maltą z różnych względów jest legendarny.

Najpóźniejszy kalendarzowo mecz reprezentacja Polski rozegrała 19 grudnia 1990 roku. Wtedy to ekipa prowadzona przez Andrzeja Strejlaua zmierzyła się z Grecją w mieście Volos. Nasz selekcjoner dał wówczas zadebiutować z orzełkiem na piersi aż czterem zawodnikom: Sidorczukowi, Lesiakowi, Cebuli i Grzesikowi. To jednak nie zdezorientowało Polaków, który wygrali 2:1 po golach Soczyńskiego i Koseckiego. Skrót meczu tutaj.

P.

piątek, 16 grudnia 2016
1991: Egipt - Polska i Kuwejt - Polska. Jacek Bobrowicz, Zdzisław Janik i Marek Rzepka - postaci dziwnego wyjazdu kadry

egipt_19921

Egzotyczne wyjazdy reprezentacji Polski, często organizowane w grudniu, to zawsze wdzięczny temat. A już eskapada, którą ćwierć wieku temu odbyła ekipa pod wodzą Lesława Ćmikiewicza, to nie lada heca z wielu względów.

Mamy tu do czynienia z odwrotnością pamiętnego wyjazdu kadry Janusza Wójcika do Tajlandii, latem 1999 roku. Wtedy banda przebierańców z jednej z prowincji brazylijskich udawała reprezentację kraju. Oto miejsce na jeden z ulubionych cytatów z Encyklopedii Piłkarskiej Fuji:

W czerwcu 1999 reprezentacja Polski udała się do Tajlandii na turniej z okazji "urodzin króla", bodaj 72. Wyprawę finansowała firma UFA, handlująca prawami, między innymi do transmisji telewizyjnych. Wobec towarzyszącej wyprawie niechęci ze strony klubów i piłkarzy [odmówił nawet ówczesny bramkarz Lecha, Michał Kokoszanek, który w tym samym czasie miał ślub - w kadrze potem już nie zagrał, ale co to też była za kadra - dop.] z najwyższym trudem udało się skompletować ekipę nazwaną "zapleczem kadry", ale ponieważ błogosławieństwo ekipie dał PZPN - należało oczekiwać oficjalnych spotkań. Towarzyszący drużynie jedyny dziennikarz red. Roman Kołtoń z Przeglądu Sportowego opisał oba mecze w Bangkoku jako oficjalne gry biało-czerwonych. Selekcjoner Janusz Wójcik też zapewniał, że „zagrał oficjalnie z Brazylią”. Wszystkim zależało na tym, aby - mimo porażki - uznać potyczkę za oficjalną (...) W federacji brazylijskiej sekretarz generalny Mario Antonio Teixeira wyśmiał jednak zawarty w naszym pytaniu pomysł oficjalnego meczu Brazylii z Polską w Bangkoku, a sekretarz prasowy związku Roberto Salgado odmówił pisemnych deklaracji, bo - jak przekonywał - "równie dobrze mógłbym zapewniać, że nie byłem w kosmosie".
Ostatecznie, za oficjalny uznany został tylko drugi mecz Polski na turnieju, z Nową Zelandią. Tym sposobem, były obrońca Lecha, Przemysław Urbaniak, który zagrał z "Brazylią" i obejrzał czerwoną kartkę - dyskwalifikującą z meczu o trzecie miejsce mini-turnieju - oficjalnego spotkania w kadrze nie ma.

Zestaw osobowy, który w grudniu 1991 roku poleciał na Bliski Wschód, miał dużo więcej wspólnego z reprezentacją Polski niż tamta "Brazylia" z prawdziwą kadrą Canarinhos. A jednak do Egiptu zespół Lesława Ćmikiewicza leciał pod szyldem „Polski B”, ewentualnie "kadry PZPN". Z czasem wyszło jednak na jaw, że według podpisanych dokumentów, PZPN delegował pierwszą reprezentację. Taki był bowiem warunek rywali, płacących za cały wyjazd. Spotkania są więc na liście oficjalnych meczów, a Polacy zagrali w składach:

Kair, 3.12.1991, Egipt - Polska 4:0 (1:0)

Polska: Jacek Bobrowicz (67. Adam Matysek) - Marek Rzepka, Juliusz Kruszankin, Andrzej Lesiak, Krzysztof Maciejewski - Janusz Góra (60. Mirosław Trzeciak), Adam Fedoruk (70. Kazimierz Węgrzyn), Dariusz Skrzypczak, Zdzisław Janik (81. Ryszard Czerwiec), Leszek Pisz - Jerzy Podbrożny

Kair, 5.12.1991, Egipt - Polska 0:0

Polska: Adam Matysek - Marek Rzepka, Juliusz Kruszankin, Andrzej Lesiak, Kazimierz Węgrzyn - Janusz Góra, Ryszard Czerwiec (65. Leszek Pisz), Piotr Czachowski, Zdzisław Janik (73. Adam Fedoruk) - Jerzy Podbrożny, Maciej Śliwowski

Kuwejt, 9.12.1991, Kuwejt - Polska 0:2

Bramki: Zdzisław Janik (2. minuta), Marek Rzepka (67. minuta)

Polska: Adam Matysek - Marek Rzepka, Andrzej Lesiak, Piotr Czachowski, Janusz Góra - Adam Fedoruk, Dariusz Skrzypczak (55. Kazimierz Węgrzyn), Leszek Pisz, Zdzisław Janik - Maciej Śliwowski, Mirosław Trzeciak (46. Juliusz Kruszankin).

Wiceprezes PZPN Eugeniusz Kolator w Przeglądzie Sportowym po całym wyjeździe wyróżnił czterech graczy. Na jego pochwałę zasłużyli Marek Rzepka, Maciej Śliwowski, Adam Fedoruk i Jerzy Podbrożny. Zganiony przez gazetę został za to Mirosław Trzeciak.

fedoruk_podbrozny_trzeciak

Z perspektywy czasu eskapadę najbardziej powinien wspominać inny zestaw osób.

Dla Jacka Bobrowicza, bramkarza Wisły Kraków znanego z umiejętności bronienia rzutów karnych, ale i jednego z bohaterów cudownego 0:6 z Legią Warszawa w 1993 roku, był to jedyny występ w reprezentacji Polski. Trudno powiedzieć, czy wpuszczeniem dwóch goli w 67-minutowym występie w Egipcie specjalnie się szczyci.

Zdzisław Janik, jego kolega z Wisły Kraków, zaliczył wszystkie trzy mecze na Bliskim Wschodzie. Później w reprezentacji już nie zagrał, a o swoim niedosycie opowiada w ciekawym fragmencie wywiadu dla strony historiawisly.pl:

W kadrze rywalizowaliśmy z Leszkiem Piszem i z Brzęczkiem, kiedy jeszcze grał w Olimpii. Tak jak my z Tomkiem Dziubińskim tworzyliśmy ciekawy duet tak samo w Legii grała para Pisz-Kucharski, a w Olimpii Brzęczek-Mielcarski. Jeśli chodzi o reprezentację to miałem tam troszkę większe nadzieje. Podczas turnieju w Kuwejcie, w którym reprezentacja Polski wzięła udział, byłem chyba najlepszym zawodnikiem na boisku. Liczyłem, że będę powołania otrzymywał częściej niż tylko 3 razy. Usłyszałem nawet od trenera Strejlaua: „No to teraz czekaj na powołanie". Z tego wyjazdu świetnie pamiętam sytuacje po jednym z meczów, w której podszedłem do trenera i wprost zapytałem, czy mogę zatrzymać sobie strój na pamiątkę, że jestem reprezentantem Polski. Odpowiedział: „Nie, nie. Ty Zdzisek jak pojedziesz na następny mecz to dostaniesz całą torbę z wyposażeniem od A do Z". Pamiętam też, że mieliśmy otrzymać jakieś pieniądze za te mecze, bo wygraliśmy jeden mecz a drugi zremisowaliśmy. Ich także nigdy nie zobaczyliśmy, chociaż nie przykładaliśmy do tego wagi tak jak dzisiejsi piłkarze. (...) Na pewno czułem taki niedosyt. Każdy piłkarz wie na jakim poziomie gra i co może zaprezentować. Sam Leszek do tej pory wspomina: „Wiesz co, Ty to wtedy w formie byłeś". On pojechał grać dalej, ja nie - takie życie.

zdzislaw_janik

W końcu Marek Rzepka, który bardzo się zdziwił, że o ten wyjazd go pytam. Z meczów pamięta już niewiele, tyle, że gola zdobył strzałem głową, po dośrodkowaniu - chyba z rzutu rożnego. I że się cieszy, bo to jego jedyny gol w 15 grach w reprezentacji, że jest tym zapisany w kronikach. I że murawa w Kuwejcie była beznadziejna. Koszulek "Kuwait is free, thank you Mr Bush", o których powiedział mi Kazimierz Węgrzyn, nie kojarzy.

marek_rzepka_1maly

Czy sami rywale - przez Przegląd Sportowy nazywani „reprezentacją olimpijską Kuwejtu” - faktycznie byli tym zespołem, który potem na igrzyskach w Barcelonie przegrał z Polską (zresztą też 0:2)? To już temat na zupełnie inne śledztwo, bo nie znalazłem źródła, które podaje kuwejcki skład.

B.

Fot. z kolekcji Karola Rogackiego (dzięki!) + AG