Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 09 grudnia 2016
Kazach Kuczi z Cichej

Choć Kazachstan jest jednym z grupowych rywali Polski w el. MŚ 2018, to przy okazji naszego pierwszego meczu osoba dzisiejszego jubilata nie pojawiała się specjalnie w mediach. A szkoda, bo Aleksandr Kuczma (ur. 9.12.1980), były zawodnik Ruchu Chorzów, to wieloletni kapitan drużyny Kazachstanu.

450_508b7b1a6e50f

Kuczma jako młody chłopak wyjechał z ojczyzny, by grać w piłkę w Niemczech. Sił i talentu starczyło mu jednak tylko na zespoły trzecio- i czwartoligowe (FC Rastatt 04, SG Sonnenhof Grossaspach, 1.FC Pforzheim). W Niemczech spędził jednak cztery lata i dorobił się tamtejszego obywatelstwa.

Dlatego też sporym zaskoczeniem był wiosną 2005 roku jego transfer do grającego wówczas na zapleczu ekstraklasy Ruchu Chorzów. Transfer na Cichą pilotował wówczas trener Jerzy Wyrobek (jak sam mówił, pilotował głównie przez telefon, ale do zespołu polecił go Dawid Bartos, piłkarz Ruchu, który grał z nim w lidze niemieckiej. Kuczma dołączył do "Niebieskich" prosto po testach w Torpedo Moskwa, co niewątpliwie dodało mu kilka punktów do lansu. Gdy Kazach zacumował w Chorzowie, to bardzo ciekawy tekst o nim napisał Wojciech Todur z "GW". Oto kilka wyimków:

Testy w Torpedo załatwił mi wujek, brat mamy. Nie uwierzysz, ale to prawdziwy mafioso. Obraca milionami.

Nie chcę się chwalić, ale napastnicy mają ze mną ciężkie życie. Zatrzymam ośmiu na dziesięciu.

W wolnym czasie Kuczma lubi słuchać muzyki. - Kazachskiej? - A co to, jak jestem z Kazachstanu, to nie mogę słuchać innej?! Hip-hop lubię. W czasie obozu koledzy puszczali mi polski hip-hop. Jeszcze nie wszystko rozumiem, ale już wiem, że mi się podoba. W Kazachstanie takiej muzyki nie ma. Brzdąkają na dwóch strunach i śpiewają o tym, co widzą, że góra wysoka, a to, że ptak płynie po niebie.

Całość do przeczytania tutaj.

Kuczma dał się poznać jako bardzo waleczny i ambitny obrońca. Jego pech polegał głównie na tym, że Ruch z nim w składzie... prezentował się fatalnie. Chorzowianie przędli na tyle kiepsko, że na koniec sezonu musieli być się w barażach o utrzymanie w II lidze. Dla naszego jubilata sama idea baraży była szokiem. Dorobek Kazacha wiosną 2005 do wglądu tutaj.

Jesienią, na skutek urazów, odmiennych wizji trenera i innych turbulencji, Kuczma zagrał już tylko w jednym meczu. Na koniec roku zaś spakował walizki i pożegnał się z Ruchem. Z jego pobytem wiąże też się anegdotka dotycząca... wożenia psa na zgrupowania.

Po przygodzie w Polsce Kuczma wrócił do ojczyzny. Od 2006 do 2014 roku występował w takich klubach jak FK Astana, Ordabasy Szymkent, Okżetpes Kokczetaw, Irtysz Pawłodar, FK Taraz czy Toboł Kostanaj. Z FK Astana został mistrzem kraju w 2006 roku i dzielnie walczył w el. LM 2007/2008 (strzelił nawet gola Rosenborgowi). Z Irtyszem Pawłodar dotarł zaś do 2. rundu Ligi Europy 2011/2012. W pierwszej turze wyeliminował... Jagiellonię Białystok (0:1 i 2:0).

Jego kariera klubowa jest jednak mniej interesująca niż dorobek reprezentacyjny. Kuczma do seniorskiej kadry Kazachstanu trafił właśnie podczas gry na Cichej (przedtem był etatowym reprezentantem młodzieżowych drużyn). Wtedy też zdobył swoją najważniejszą bramkę - w meczu z Danią (1:2) (a tutaj ciekawa rozmowa po tym spotkaniu). Łącznie wystąpił w 37 meczach i strzelił dwa gole. Grał w el. MŚ 2006 i 2010 oraz EURO 2008 (dwa mecze przeciwko Polsce).

photo_68046

Na koniec 2014 roku Kuczma zawiesił buty na kołku. W ojczyźnie cieszy się sporym uznaniem. A czy kibice Ruchu jeszcze go pamiętają?

P.

poniedziałek, 05 grudnia 2016
Pamiętniczek Ransforda

Dzień dobry, nazywam się Ransford Osei, urodziłem się w Ghanie i jestem piłkarzem.

Ransford-Osei-scored-in-debut-game-for-RoPS

Może o mnie słyszeliście? A może mnie jeszcze pamiętacie? Oto krótki wypis z mojego pamiętniczka.

5 XII 1990 - Przychodzę na świat w mieście Kumasi w Ghanie

VII 2005 - Mam piętnaście lat i zostaje włączony do zespołu seniorów drużyny Kessben FC.

III 2007 -  Razem z kolegami z kadry zajmuję 3. miejsce na mistrzostwach Afryki U-17. Ja osobiście zdobywam Srebrnego Buta dla drugiego strzelca imprezy.

VIII - IX 2007 - Mistrzostwa Świata U-17 w Korei Południowej. Cóż to była za impreza! Zdobywamy z chłopakami czwarte miejsce, a półfinał przegrywamy po dogrywce z Hiszpanią (1:2). Ja strzelam sześć goli w siedmiu meczach i zgarniam Silver Boot dla wicekróla strzelców imprezy. Wybierają mnie do jedenastki mistrzostw i wszyscy nade mną cmokają. Zobaczcie jaką mam fotkę. A w meczu z Peru ładuję taką bramkę:

Chwilo trwaj!

13 XI 2007 -  Dostaję powołanie do seniorskiej reprezentacji Ghany od selekcjonera Claude'a Le Roy'a! I to jeszcze przed siedemnastymi urodzinami. Podobno to nagroda za to, że w juniorskiej kadrze ustrzeliłem właśnie hat-trocka. Nie wierzę własnym oczom! I uszom! Oczom i uszom!

18 XI 2007 - Debiutuję w kadrze w towarzyskim meczu z Togo (4:1). Wielka radość! Wielka!

XII 2007 - W kończących rok plebiscytach rozbijam bank komplementów. "World Soccer Magazine" zalicza mnie do '50 Most Exciting Teenagers on the Planet'. Do tego wywiady, filmiki, wizyty w zakładach pracy... Ech.

28 II 2008 - Zostaję wypożyczony do końca sezonu 2007/2008 do Legii Warszawa. Zawsze chciałem grać w Polsce! Przysięgam, będę w Legii.

18 III 2008 - Mój transfer negatywnie opiniuje FIFA! Działacze Legii na podstawie wytycznych FIFA dotyczących zawodników niepełnoletnich nie mogliby zarejestrować zawodnika do rozgrywek ekstraklasy. Myślałem, że jestem piłkarzem Legii, ale w zasadzie to nie jestem. Wracam do Ghany. Cieszę się, bo nigdy nie chciałem grać w Polsce.

I 2009 - Zostaję zawodnikiem Maccabi Hajfa. Tym razem jestem już pełnoletni, więc mogę zmienić klub. W Izraelu nie jest źle. Mój dorobek wiosną 2009 to 11 meczów i 2 gole oraz tytuł Mistrza Izraela 2009.

I-II 2009 - Mistrzostwo Afryki U-19 jest nasze! Ghana wygrywa turniej w cuglach, a ja kasuję wszystko, co jest do skasowania.Oto dowód filmowy.

Obok złotego medalu jeszcze Złota Piłka dla najlepszego zawodnika i Złoty But dla najlepszego strzelca (7 goli w 5 meczach!). Będę wielki!

VII 2009 - Tramtarataramtamtam! Przechodzę do Twente FC. Co prawda to roczne wypożyczenie, ale na reszcie jakaś topowa liga. Koniec z dziadowaniem! Nadchodzę!...

IX-X 2009 - Mistrzostwo świata U-20... Młodzieżowy mundial, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej! Jest tak jak zawsze, czyli jestem najlepszy! Zostajemy mistrzem świata, a ja znowu w zawodniczym topie. Strzelam cztery gole i gęsto asystuję. Trafiam we wszystkich meczach fazy grupowej (wygrywamy 4:0 z Anglią!), a później a ćwierćfinale z Koreą Południową (3:2). W finale wygrywamy z Brazylią po karnych (0:0 k. 4:3)! Czuję się cudownie! I taki ładny klip mam na pamiątkę.

I 2010 - Selekcjoner Milovan Rajevac widzi, że wymiatam. Zabiera mnie na Puchar Narodów Afryki 2010 do Angoli. Jadę tam, ale nie gram ani sekundy. Ghana za to zdobywa srebrny medal. Choć w klubie mi nie idzie (ani sekundy w Twente), to nie ukrywam, że liczyłem na kilka minut.

VIII 2010 - Zostaję zawodnikiem hiszpańskiej Granady CF, a dokładniej - jej rezerw. Hmm, widziałem to trochę inaczej.

11 VIII 2010 - Towarzyski mecz RPA - Ghana (1:0). Gram przez 20 minut. Do kadry - przynajmniej na razie - już nie wracam. Mój dorobek to dwa mecze. Gdy zaczynałem przed siedemnastką, to myślałem, że będzie ich dwieście.

I 2012 - Koniec z farsą w rezerwach Granady. Wędruję do RPA. Nowy pracodawca: Bloemfontein Celtic. Okazuje się jednak, że to kiepski wybór (4 mecz i 1 gol).

VII 2012 - Nie ma co się szarpać, wracam do ojczyzny. Klub: Asante Kotoko FC. Przy okazji udzielam takiego wywiadu.

VI 2013 - Mistrzostwo i superpuchar Ghany 2013. Bilans: 13 - 3. Heheszki, śmieszek.

VI 2014 - Mistrzostwo i superpuchar Ghany. Bilans: 6 - 0. Ale runda wiosenne już beze mnie w składzie, bo nie podoba mi się oferta nowego kontraktu.

I 2015 - Znowu RPA. Polokwane City FC. Znowu się nie udało, bo szybko łapię kontuzję i wypadam z obiegu. 3 mecze, bez goli.

II 2016 - Testy w Kazachstanie... Szachtior Karaganda... Czy tutaj w ogóle da się żyć? Uciekam!!!!1111....

II 2016 - Finlandia! Szaleństwo! Śnieżne szaleństwo! Przechodzę do Rovaniemen Palloseura. Na dwa lata! I gram! I strzelam!

14 VII 2016 - Debiutuję w europejskich pucharach. Gram w meczu 2. rundy LE między Rovaniemi a Lokomotiva Zagreb (1:1). Wchodzę w 81. minucie. W 87. minucie tracimy gola i odpadamy.

5 XII 2016 - Mam 26. urodziny. Może jeszcze będę znanym piłkarzem? Może jeszcze kiedyś wrócę do Legii? Nie, raczej nie.

P.

wtorek, 29 listopada 2016
Boguś wyparty

Kiedy czasem zastanawiam się nad najbardziej bezsensownym transferem w ramach naszej ekstraklasy przełomu XX i XXI wieku to wychodzi mi, że to ten. Transfer dzisiejszego jubilata (42. lata!) Bogusława Wyparły z ŁKS do Legii Warszawa. Bodzio W. został wypożyczony do stołecznego klubu na rundę wiosenną sezonu 1999/2000. I to wszystko było naprawdę dziwne.

wyp11

Wyparło był wówczas jednym z najlepszych golkiperów naszej ligi. Wciąż był jeszcze młody (25 lat), ale już bardzo doświadczony (9 sezonów w ekstraklasie!) i utytułowany (mistrz Polski 1998, 3-krotny reprezentant Polski). Transfer do Legii wydawał się więc awansem sportowym i przyczółkiem do dalszego podboju świata. Taki był plan Bodzia. Na Łazienkowskiej uległ on jednak bolesnej dekonstrukcji.

Pod koniec września 1999 trenerem Legii został Franciszek Smuda. Po nieudanym sezonie 1998/1999 (3. miejsce i 17 punktów straty do mistrzowskiej Wisły) władze klubu odprawiły Stefana Białasa, a po falstarcie w kolejnym (12 punktów w 9 meczach) błyskawicznie (po 2,5 miesiącach pracy) pogoniły Dariusza Kubickiego. Nowym szkoleniowcem ogłoszono Franza. Miał stać się zbawcą.

Smuda szybko zarządził wzmocnienie składu. Ściągnięto m.in. Łapińskiego, Wojtalę, Siadaczkę, Citkę i właśnie Wyparłę. Obaj panowie znali się jeszcze z czasów wspólnej w Stali Mielec. Bodzio miał w legijnej bramce zastąpić Szamotulskiego, który właśnie powędrował do PAOK Saloniki. Jego rywalem do miejsca między słupkami był 33-letni Zbigniew Robakiewicz.

Szybko okazało się jednak, że to właśnie Robakiewicza Smuda widzi w podstawowym składzie. A jak wiemy, gdy Franz kogoś nie widzi, to nie widzi go zupełnie. Efekt? Wiosną 2000 roku Wyparło nie wystąpił w żadnym ligowym meczu Legii. Żadnym! Z "elką" na bluzie ma na koncie raptem trzy występy - dwa w Pucharze Ligi, nazywanym przez Smudę mianem "pasztetowej" (dwumecz z Pogonią Szczecin, 4:0 i 1:1) oraz jeden w Pucharze Polski (3:2 z Amiką Wronki). Po zakończeniu rundy Wyparłę odprawiono bez żalu.

Ten sezon okazał się porażką dla wszystkich. Bodzio W. wypadł po nim z ligowego obiegu. Najpierw trafił do Ceramiki Opoczno, później zaliczył fatalny epizod w Radomsku, później Pogoń Leżajsk, Piotrcovia, Pogoń i ŁKS. Między listopadem 2001 a lipcem 2006 grał poza ekstraklasą. Stracone pół dekady.

Legia zajęła w końcowej tabeli wstydliwe czwarte miejsce (za Polonią, Wisłą i Ruchem), a sam Smuda również szybko wyleciał z Legii (marzec 2001).

Bodzio jednak pokazał charakter. W latach 2004-2012 grał w ŁKS (cztery lata w ekstraklasie), a później jeszcze grał w Stali Mielec. Ba, niedawno nawet wrócił do składu i w wieku 41 lat wystąpił w pożegnalnym II-ligowym spotkaniu z Olimpią Zambrów.

Twardy chłop. Ciekawe jak potoczyłaby mu się kariera, gdyby nie sparzył się tak na Legii. Ciekawe wywiady z nim tutaj, tutaj i tutaj. Natomiast tutaj kompilacja jego parad.

P.

Czytaj także:

Stalowe nostalgia

Niepodległościowe salwy (z Bogusiem na zdjęciu)

piątek, 18 listopada 2016
Willer, barwne wspomnienie z Suwałk

To jeden z najciekawszych obcokrajowców, którzy w Polsce nie wybili się ponad poziom II ligi. I o których w ogóle mało kto słyszał i mało kto pamięta. Willer (ur. 18.11.1979, dziś zatem urodziny) w pogrążonych wówczas w futbolowym marazmie Suwałkach zabawił raptem cztery miesiące, ale do dziś się go tam wspomina. Najpierw bowiem uwiódł publikę, potem ją zawiódł, a na koniec porzucił.

723732006

Samo pojawienie się Brazylijczyka w II-ligowych wówczas Wigrach było sporą niespodzianką. Pofarbowany na blond pomocnik miał bowiem w CV juniorskie występy ligach brazylijskich, ale również w znanym argentyńskim CA Independiente. W wieku 23 lat trafił do Rosji. Ściągnęło go Anży Machaczkała, które broniło się przed spadkiem z ekstraklasy. Brazylijczyk nie pomógł w utrzymaniu (11 meczów i 1 gol), a później nie pomógł w awansie. W efekcie oddawano go do słabszych klubów z zaplecza - Dinama Briańsk, Łucz-Eniergiji Władywostok oraz FK Orioł. Wyrobił sobie dobrą markę, choć wystarczyła ona jedynie na przenosiny... na Litwę.

To właśnie 1,5 roku (2007-2008) spędzone w zespole Suduva Marijampole jest chyba najlepszym okresem w karierze Willera. Strzelał tam sporo goli i szybko stał się gwiazdą ligi, czego potwierdzeniem stał się tytuł piłkarza sezonu 2008 w lidze litewskiej.

Nagroda? Transfer do... Białorusi :) Jesień 2008 spędzona w FK Smorgoń na tyle przybiła Brazylijczyka, że postanowił wrócić do ojczyzny. Bawił tam w klubach z niższych lig, z krótką przerwą na pobyt w Salwadorze.

Tym bardziej niespodziewanie pojawił się w lipcu 2011 roku na treningu Wigier Suwałki. Za jego transferem stał ówczesny trener zespołu Donatas Vencevicius i piłkarz Grażvydas Mikulenas, którzy znali Brazylijczyka z występów w swojej rodzimej lidze. Zresztą sami suwalscy kibice mogli go kojarzyć z występów w Suduvie Mariampol. Willer zagrał bowiem przeciwko Wigrom w meczu sparingowym w marcu 2008 roku. Suduva wygrała wówczas 6:2, a dwa piękne gole z rzutów wolnych zdobył właśnie Brazylijczyk. Dodatkowo blondwłosy rozgrywający oczarował wszystkich w grze kontrolnej z Jagiellonią, więc w Suwałkach szybko zaparafowano jego transfer (ba, na fali entuzjazmu ściągnięto jeszcze jednego Canarinho, jednak Yago Ribeiro okazał się kompletną pomyłką).

Choć Willer początkowo prezentował się świetnie (z numerem 10 na plecach, a jakże!), to nie przekładało się to na wyniki zespołu (bilans pierwszych sześciu meczów z udziałem Willera: 1 remis - 5 porażek; bilans: 2-10). Z czasem powietrze zeszło z Brazylijczyka i choć - jak donoszą media - dawał jeszcze próbki swojego talentu, to z każdym spotkaniem zależało mu jakby mniej. Po zakończeniu rundy jesiennej szybko spakował manatki i wyjechał z Polski. Jego dorobek w Wigrach to 19 meczów i 2 gole (oba z karnych). Do wglądu tutaj. Lokalna prasa nie miała wątpliwości, że jego gra w Suwałkach nie podniosła jakości gry drużyny.

Klip podsumowujący występy zawodnika na Litwie i w Polsce wygląda tak:

Potem zaczęła się ciekawa wędrówka Willera po świecie. Najpierw Salwador (wiosna 2012), potem Gwatemala (jesień 2012). Później 1,5 roku w Tadżykistanie. I to jest też - podobnie jak na Litwie - interesujący okres. Bo tam Willer znowu wszedł na swoje wyżyny. Wraz z zespołem Istikłoł Duszanbe sięgnął po krajowy puchar 2013, superpuchar 2014, a później pośrednio także mistrzostwo 2014 (choć te akurat Willer zdobył zaocznie, ponieważ opuścił zespół przed końcem sezonu 2014).

isti

Sam zawodnik dorobił się zaś tytułu Piłkarza Maja 2013 :) W Azji jednak nie zagrzał miejsca zbyt długo. Jesienią 2015 był już z powrotem w Gwatemali, a od 1,5 roku występuje w brazylijskim Itapipoca, którego jest wychowankiem.

Willer to z pewnością barwna postać, barwniejsza niż ówczesna rzeczywistość polskiej II ligi. Z całościowym dorobkiem jego kariery można zapoznać się tutaj i tutaj. Tutaj znajdziecie jego profil na fcbk. Tutaj jego topowe akcje. "Zapierające dech w piersiach" popisy Willera z czasów gry w Gwatemali zobaczycie tutaj (zaparzcie kawę, film trwa 11 minut). Inne kolaże - m.in. tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Nigdzie jednak nie znalazłem ciekawe wywiadu z bohaterem. Jeśli ktoś zna jakiś - dajcie znać. Poza tym jeśli ktoś widział Willera na żywo w Suwałkach, to również niech się wypowie :)

P.

niedziela, 13 listopada 2016
Dariusz Skrzypczak i urodzinowa szansa na sukces
skrzypczak
 
Dariusz Skrzypczak był jednym z najlepszych i najefektowniej grających piłkarzy naszej ekstraklasy pierwszej połowy lat 90. Niekwestionowaną ikoną poznańskiego Lecha i niezastąpionym dyrygentem boiskowych poczynań Kolejorza w czasach jego świetności, kiedy to aż trzykrotnie zespół ten sięgał po mistrzowski laur na krajowym podwórku. Na jego grę patrzyło się z prawdziwą przyjemnością. Świetnie wyszkolony technicznie, bardzo kreatywny, dysponujący znakomitym uderzeniem z dystansu (kiedyś Wiśle Kraków strzelił gola niemal z 40 metrów), do tego poruszający się po boisku z pewną futbolową dystynkcją. Styl jego gry, dziś powiedzielibyśmy, iż nieco już archaiczny, ale jakże miły dla oka, nieodparcie przypominał mi zawsze, zachowując oczywiście odpowiednie proporcje, ten, który prezentowali tacy ówcześni czołowi playmakerzy globu, jak Giuseppe Giannini czy Carlos Valderrama. Choć czysto piłkarską klasą Skrzypczakowi niewątpliwie trochę do nich brakowało, to jednak i on stanął kiedyś przed wielką szansą, by zapisać się na trwałe w historii nie tylko polskiego futbolu. Bo są czasem takie mecze, które poprzez swoją wyjątkowość i niepowtarzalność decydują o czyimś piłkarskim być albo nie być. To taka szansa na sukces, która już nigdy więcej w życiu nie powie ci: dzień dobry. 25 lat temu, Dariusz Skrzypczak stanął przed taką właśnie szansą. W dniu swoich 24. urodzin, na tak bliskiej jego sercu murawie stadionu poznańskiego Lecha, miał Skrzypczak w meczu przeciwko jednej z czterech ówcześnie najsilniejszych drużyn świata (Anglicy zajęli 4 miejsce na MŚ Italia '90), jako reżyser gry polskiej reprezentacji, poprowadzić biało-czerwonych do zwycięstwa i pierwszego w historii awansu na Mistrzostwa Europy. Dziś, po upływie równo ćwierćwiecza, pragniemy znów na moment pochylić się nad tamtymi listopadowymi chwilami z Poznania.
 
Przyglądając się karierze Dariusza Skrzypczaka trudno oprzeć się wrażeniu, że może ona uchodzić wręcz za modelowy przykład systematycznego rozwoju piłkarza. Wypatrzony przez poznański klub i sprowadzony z Ravii Rawicz, której był wychowankiem, zadebiutował w ekstraklasie bardzo wcześnie, bo liczył sobie wówczas niewiele ponad szesnaście i pół roku życia. Jednak o obliczu gry Kolejorza decydowały wtedy takie postaci, jak Okoński, Pawlak czy Miłoszewicz, więc Skrzypczak powoli i stopniowo dojrzewał dopiero do przebicia się do podstawowego składu Lecha. Pierwszego gola w ekstraklasie osiemnastoletni pomocnik Kolejorza zdobywa wczesną wiosną 1986 roku w Łodzi, ustalając na kwadrans przed końcem spotkania wynik meczu z ŁKS na 2:2. Po latach, w wywiadzie dla katowickiego "Sportu", Skrzypczak wspominał, że gdyby u progu sezonu 1986/87 Henryk Miłoszewicz nie wrócił z Le Havre do Poznania, prawdopodobnie już wtedy on zadomowiłby się na stałe w pierwszym składzie, pełniąc rolę głównego rozgrywającego. "A tak ustawiano mnie z boku. Raz grałem, raz nie. Nie potrafię się zbyt wykłócać o swoje" - zwierzał się poznańskiemu dziennikarzowi Andrzejowi Kuczyńskiemu.
 
W tak zwanym międzyczasie Skrzypczak regularnie zalicza kolejne szczeble wtajemniczenia w temacie reprezentacji narodowej. W 1984 roku był członkiem ekipy prowadzonej przez Mieczysława Broniszewskiego, która na Mistrzostwach Europy U-18, rozgrywanych na terenie Związku Radzieckiego, zdobyła brązowy medal, zajmując trzecie miejsce (choć podczas turnieju finałowego pomocnik Lecha nie powąchał murawy, a na boisku brylowali raczej tacy gracze, jak Rudy, Cebula, Ziober, Kosecki czy Marciniak). W lecie 1988 roku przyszedł już pierwszy poważny sukces w seniorskiej piłce, kiedy to po łódzkim remisie 1:1 z Legią oraz zwycięskiej serii rzutów karnych, Kolejorz zdobył Puchar Polski (Skrzypczak pojawił się na boisku na początku dogrywki). Niestety, wychowankowi Ravii nie dane było spijać śmietanki z tego sukcesu w postaci jesiennych, legendarnych już pucharowych bojów przeciwko słynnej Barcelonie. A wszystko dlatego, że jakiś czas wcześniej, podczas ligowego meczu ze Stalą w Mielcu, pomocnik Lecha sfaulowany brutalnie od tyłu, chciał winowajcy sam wymierzyć sprawiedliwość (choć zarzekał się później, że nawet nie dotknął rywala), za co ukarany został czerwoną kartką i trzymiesięczną dyskwalifikacją. Absencji Skrzypczaka w tych pomnikowych dla Lecha spotkaniach z wielką Barcą nie mógł odżałować ówczesny szkoleniowiec Kolejorza - Henryk Apostel.
 
Dariusz Skrzypczak był teraz już kluczowym graczem młodzieżowej reprezentacji Polski Edmunda Zientary, która jednak bez powodzenia walczyła w eliminacyjnych bojach m.in. z Anglikami i Szwedami. Latem 1989 roku miało też miejsce dziś już nieco zapomniane zdarzenie. Nieco wcześniej bowiem przed jednym z meczów polskiej młodzieżówki w Wyszkowie do Skrzypczaka zgłosili się działacze warszawskiej Legii. Byli bardzo zainteresowani ściągnięciem utalentowanego rozgrywającego do stołecznego klubu i zgodzili się na wszystkie warunki stawiane przez gracza Lecha. Na te same, na które ponoć nie mieli najmniejszej ochoty przystać włodarze z ul. Bułgarskiej. Kontrakt piłkarza z Kolejorzem właśnie wygasał. W przerwie między sezonami Skrzypczak pojechał więc na zgrupowanie z zespołem Legii do Dębicy, gdzie jak sam się zwierzał, przyjęto go bardzo dobrze. Wtedy do akcji wkroczyli postawieni pod ścianą zarządcy KKS i ostatecznie przekonali Skrzypczaka, by nadal grał dla Lecha. Były kierownik warszawskiego klubu - Kazimierz Orłowski, tak podsumowywał po latach, na łamach "Piłki nożnej" całą tę sytuację: "Czasami Legia była skutecznym argumentem w różnych pertraktacjach. Zawodnik nie mógł wyegzekwować czegoś w klubie to zgłaszał się na Łazienkowską. To miał być sygnał, że nie żartuje. Później wracał do swego klubu i dostawał czego chciał. Tak było właśnie ze Skrzypczakiem. Pojechał z nami na obóz przygotowawczy. A kiedy wrócił do Poznania, łatwiej mu było rozmawiać o pozostaniu w Lechu". Skrzypczak swego pozostania w Lechu na pewno nie żałował, bo już po zakończeniu sezonu mógł świętować wraz z kolegami z zespołu zdobycie tytułu mistrzowskiego i szykować się do niezapomnianych europejskich bojów z Panathinaikosem oraz Olympique Marsylia, które to mecze stały się później jego wspaniałą wizytówką w futbolowym światku oraz przepustką do spełnienia marzeń o przywdzianiu trykotu pierwszej reprezentacji Polski.
 
Kolejorz miał wtedy naprawdę świetny zespół, dysponujący potężną, ofensywną siłą rażenia (z Juskowiakiem, Pachelskim i Trzeciakiem na czele), żyjącą z podań Skrzypczaka. Poznańska lokomotywa rozjechała faworyzowany Panathinaikos, a rewanżowy mecz w Atenach był wręcz fantastyczny w wykonaniu reżysera gry Lecha. Również w niezapomnianym zwycięskim meczu, rozgrywanym przy ul. Bułgarskiej przeciwko Olympique, być może najsilniejszej wówczas klubowej drużynie Europy, z takimi asami, jak Papin, Cantona, Waddle czy Tigana na pokładzie, Dariusz Skrzypczak grał pierwsze skrzypce, wodząc rej na boisku. W rewanżu niestety nie dane mu było wystąpić. Zmożony tajemniczą niedyspozycją przespał całe spotkanie w szatni na stole do masażu. "Wirowało mi w głowie, ściskało w żołądku, czułem ogromną niemoc" - wyzna po latach Enzo, jak nazywali go koledzy z zespołu na cześć urugwajskiego wirtuoza futbolu Enzo Francescolego. Bez swego lidera Lech nie był już sobą. Zresztą tego wieczoru w Marsylii sobą być po prostu nie mógł, bo niemal wszyscy piłkarze chodzili lub biegali jak struci. Trzeciak, który swoimi rajdami w Poznaniu robił z Erica Di Meco wiatrak, na Stade Velodrome poprosił o zmianę już po 20 minutach gry i zszedł do szatni, gdzie niemal natychmiast zapadł w sen. Znakomity Juskowiak mając przed sobą tylko Olmetę lub nawet pustą bramkę, potykał się o piłkę albo o własne nogi. Na tajemnicze bóle skarżył się Jakołcewicz. Bardzo głośno, choć nieoficjalnie, mówiło się wówczas, że piłkarze Lecha zostali po prostu podtruci, by nie utrudniać zespołowi miliardera Bernarda Tapie, marszu po wielkie trofea na europejskiej arenie. Sam Skrzypczak, po upływie niespełna roku od wspomnianych wydarzeń w Marsylii, w jednym z wywiadów, przyznał dość jednoznacznie: "Byliśmy podtruci, to pewne".
 
Latem 1991 roku przychodzi wreszcie w karierze Dariusza Skrzypczaka piękna chwila debiutu w pierwszej reprezentacji Polski. Rywal jednak jest bardzo silny, być może najsilniejszy wówczas w Europie. Francuzi w eliminacjach do Euro zgromadzą imponujący komplet zwycięstw, również nad tak mocnymi ekipami, jak Hiszpania czy Czechosłowacja. Gdy Skrzypczak, zmieniając dawnego kolegę z brązowej kadry juniorów - Romana Koseckiego, wbiega na murawę stadionu w Poznaniu, biało-czerwoni przegrywają 1:4 z podopiecznymi słynnego Michela Platiniego. Rozgrywający Lecha już z płyty boiska może przyjrzeć się jeszcze jednej bramce dla tricolores i stać się w swym reprezentacyjnym debiucie uczestnikiem blamażu kadry Strejlaua. Jednak już tydzień później, na stadionie w Gdyni, Skrzypczak posmakuje wreszcie pełni radości z gry w narodowych barwach. Polacy pokonują Szwedów 2:0, a Enzo notuje występ w pełnym wymiarze czasu i piękną asystę przy golu Trzeciaka. Andrzej Strejlau zabiera więc wychowanka Ravii na kluczowe mecze polskiej kadry o awans na Euro '92, które jesienią 1991 roku miały być rozegrane w stolicy Wielkopolski przeciwko Irlandii i Anglii. W spotkaniu z Eire biało-czerwoni grają naprawdę słabo, a Skrzypczak pojawia się na murawie na 10 minut przed końcowym gwizdkiem arbitra. I to właśnie w samej końcówce meczu udaje się Polakom doprowadzić do remisu 3:3 z podopiecznymi Jackie Charltona oraz przedłużyć tym samym swe nadzieje na historyczny awans na Euro.
 
Wieczorem 13 listopada 1991 roku przychodzi więc decydujący moment batalii o przepustki do Szwecji. Polacy muszą wygrać w Poznaniu z Anglią i liczyć na to, że Turcja (wówczas raczej jeszcze futbolowy outsider) urwie w Stambule choćby punkt Irlandii. Tuż przed meczem Strejlau przeprowadza istną rewolucję kadrową. Wandzik, Wdowczyk, Kubicki czy Tarasiewicz, piłkarze, którzy przez lata decydowali o obliczu gry biało-czerwonych, dość niespodziewanie idą teraz w odstawkę. Mają ich zastąpić w tym decydującym momencie gracze młodzi i głodni sukcesu. Wśród nich, kończący właśnie tamtego wieczoru 24 lata, Dariusz Skrzypczak. Angielscy dziennikarze nie dowierzają i jeszcze nawet tuż przed meczem wietrząc jakąś medialną zasłonę dymną ze strony polskiego sztabu, nachalnie dopytują o występ kapitana polskiej reprezentacji i reżysera jej poczynań w spotkaniu z Irlandią, rutynowanego Ryszarda Tarasiewicza. Ale Tarasiewicz w narodowych barwach już nigdy nie zagra. W Poznaniu swoją wielką szansę dostaje Dariusz Skrzypczak. Wielu kolegów z kadry, takich jak choćby Szewczyk, Ziober czy Kosecki, rozgrywający Lecha miał okazję poznać, przewijając się przez kolejne szczeble reprezentacji juniorskich i młodzieżowych. To ma być więc jego wielki, niezapomniany, urodzinowy wieczór, podczas którego poprowadzi biało-czerwonych do zwycięstwa nad Anglią i wykorzysta wraz z kolegami wspaniałą możliwość zapisania się w historii futbolu, wywalczając nasz pierwszy awans na Euro.
 
Podopieczni Strejlaua grają w Poznaniu naprawdę dobrze, ambitnie i są po prostu lepsi od Anglików, wśród których na boisku znajduje się ledwie czterech spośród piłkarzy, którzy stanowili o sile zespołu podczas bardzo udanego dla nich Il Mondiale Italia '90. Gdy Roman Szewczyk uzyskuje prowadzenie dla Polaków, a w Stambule na tablicy wyników widnieje rezultat 1:1, to właśnie biało-czerwoni ze Skrzypczakiem na pokładzie mogą czuć się finalistami szwedzkiego Euro! Owo szczęście jednak, wliczając w to czas przerwy w meczu, nie trwa niestety nawet pół godziny. Najpierw dwukrotnie kapitulują Turcy i to podopieczni Jackie Charltona cieszą się teraz tymczasowo z perspektywy własnego awansu na Mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni natomiast, przy znaczącym udziale austriackiego arbitra Huberta Forstingera, który nie podyktował bezdyskusyjnej jedenastki po ewidentnym faulu w polu karnym Woodsa na Furtoku, dają sobie wydrzeć prestiżowe zwycięstwo, skarceni golem bezlitosnego dla nas jak zawsze Linekera na 13 minut przed końcem spotkania.
 
Gdy krótko po stracie gola, 24-letni rozgrywający Lecha, który miał tego listopadowego wieczoru poprowadzić biało-czerwonych do wielkiego sukcesu, opuszczał poznańską murawę, zastępowany przez Wojciecha Kowalczyka, nie mógł przypuszczać, że podobnej szansy w ważnym meczu o wielką stawkę w barwach narodowej reprezentacji już nigdy więcej nie otrzyma. Skrzypczak nie zagrał źle, ale jednak również nie na tyle odważnie, błyskotliwie i skutecznie, jak pragnęliby tego polscy kibice. Oczekiwano od niego tamtego wieczoru na pewno zdecydowanie więcej. W polskiej sportowej prasie pisano później, że piłkarz Lecha zbyt rzadko brał na siebie ciężar gry, zbyt szybko pozbywał się piłki i nie najlepiej radził sobie w destrukcji. Niemniej jednak oceniano grę Skrzypczaka jako poprawną, pożyteczną dla zespołu i na pewno nie gorszą niż ta, którą demonstrował ostatnio jego poprzednik na kluczowej pozycji rozgrywającego w kadrze biało-czerwonych, Ryszard Tarasiewicz. Dziś, oglądając raz jeszcze po latach tamto spotkanie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tego, czego najbardziej zabrakło tamtego listopadowego wieczoru przed ćwierćwieczem, ówczesnemu 24-letniemu Skrzypczakowi, to właśnie doświadczenia w podobnych meczach o stawkę, przeciwko rywalom z najwyższej półki. Szkoda, że była to pierwsza i zarazem ostatnia tego typu próba i szansa na sukces utalentowanego playmakera Kolejorza. Gdy przez tygodnik "Piłka nożna", Dariusz Skrzypczak został wybrany najlepszym polskim piłkarzem listopada '91, sam zawodnik przyznawał, że meczu z Anglią nie może zaliczyć do udanych.
 
 
Jednak Andrzej Strejlau, który przed laty, jeszcze jako szkoleniowiec Legii, czynił usilne starania o pozyskanie do wojskowego klubu wychowanka Ravii, po poznańskim remisie z Anglią absolutnie nie zapomniał o Skrzypczaku. Już niespełna miesiąc później zabrał go na wyjazdowe mecze z Egiptem i Kuwejtem. Następnej wiosny, w maju 1992 roku, pomocnik Lecha wybiegł po raz kolejny, w podstawowym składzie biało-czerwonych. Jednak na Rasundzie, będący niemal w przededniu Mistrzostw Europy, bardzo silni gospodarze tej imprezy, rozbili Polaków aż 5:0, już do przerwy aplikując Sidorczukowi trzy gole. Gdy holenderski sędzia zagwizdał na przerwę i Skrzypczak wraz z kolegami zszedł do szatni, jego reprezentacyjna przygoda już na zawsze dobiegła końca. Mimo, że był piłkarzem zespołu mistrza Polski, występującym regularnie w europejskich pucharach, a w sezonie potrafił teraz ustrzelić na ligowych boiskach nawet i 10 bramek (kilka tygodni po wspomnianym meczu ze Szwedami, Skrzypczak w spotkaniu przy ul. Bułgarskiej z Zagłębiem Sosnowiec skompletował swego jedynego hat-tricka w ekstraklasie), to jednak już nigdy nie znalazł uznania w selekcjonerskich oczach. U zmierzchu 1992 roku, oceniając na łamach miesięcznika "Piłka nożna. Plus" piłkarzy, którzy przewinęli się przez jego reprezentację, Andrzej Strejlau podsumował Skrzypczaka następującymi słowy: "Świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, dysponujący silnym strzałem z dystansu, dużo widzący na boisku. Ale grający za miękko, jak na dzisiejsze wymagania. Chyba zdaje sobie sprawę, że to, co wystarcza w lidze, to za mało na boiska Europy". W roli reżysera gry biało-czerwonych, zaczął więc teraz udanie zastępować Skrzypczaka, jego ówczesny partner z drugiej linii poznańskiego Lecha, opromieniony blaskiem olimpijskiego srebra, Jerzy Brzęczek.
 
Reprezentacyjna przygoda Dariusza Skrzypczaka trwała zatem niespełna dziewięć miesięcy i zamknęła się na ledwie siedmiu występach, w tym tylko dwóch rozegranych w pełnym wymiarze czasu oraz łącznie 390 minutach spędzonych na boisku w biało-czerwonym trykocie (półtoragodzinna partycypacja w meczach o punkty). Co ciekawe blisko połowa z tych spotkań, bo aż trzy z nich toczyły się na murawie poznańskiego Lecha, którą pomocnik Kolejorza wydeptywał na co dzień. Niestety również aż trzykrotnie udziałem Skrzypczaka były dotkliwe blamaże polskiej kadry, w meczach z Francją (1:5), Egiptem (0:4) czy Szwecją (1:5). Co ciekawe jednak, sam zawodnik, podsumowując przed kilku laty swą karierę na antenie telewizji WTK w programie "Grałem w Kolejorzu", poruszając aspekt własnego sportowego niespełnienia, mówił o nim wyłącznie w kontekście niezrealizowanych marzeń o udziale wraz z Lechem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Podejścia Kolejorza pod Champions League w latach 1992 i 1993 były bowiem rzeczywiście boleśne nieudane, a dotkliwe porażki z IFK Goeteborg czy Spartakiem Moskwa nie stanowią z pewnością najprzyjemniejszych wspomnień. Skrzypczak spędził więc w Poznaniu łącznie aż dziesięć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, dwukrotnie sięgał po Superpuchar, a raz po Puchar Polski. Ostatniego gola dla Kolejorza strzelił w swym pożegnalnym występie w barwach Lecha, w czerwcu 1994 roku przeciwko Siarce Tarnobrzeg. Kilka miesięcy później grał już dla szwajcarskiego FC Aarau, w którym zluzował Ryszarda Komornickiego i gdzie zakotwiczył na całą następną dekadę (u jego boku występowali tu w różnych okresach czasu m.in. Cezary Kucharski, Sławomir Wojciechowski czy Marek Citko), stając się jedną z największych legend klubu. Podczas dziewiętnastu sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach Polski i Szwajcarii uzbierał Skrzypczak łącznie blisko pół tysiąca spotkań oraz dokładnie pół setki zdobytych goli. Wielokrotnie mógł też zaprezentować swoje umiejętności na międzynarodowej arenie klubowej w rozgrywkach europejskich pucharów, również przeciwko tak znaczącym rywalom, jak choćby Borussia Moenchengladbach, Panathinaikos, Olympique Marsylia, IFK Goeteborg, Spartak Moskwa (w barwach Lecha) czy Broendby (to już w barwach Aarau). Zapamiętany w Poznaniu jako niezwykle miły, sympatyczny, otwarty, uśmiechnięty, życzliwy człowiek, który bardzo profesjonalnie podchodził do futbolu, co niekoniecznie bywało przecież zasadą wśród polskich piłkarzy początku lat 90. Pozostaje tylko żałować, że urodzinowa szansa na sukces sprzed ćwierćwiecza, nie została przez wychowanka Ravii w pełni wykorzystana, bo być może wówczas Dariusz Skrzypczak zostałby nie tylko ikoną poznańskiego Lecha i szwajcarskiego Aarau, ale również ważną postacią w historii polskiej reprezentacji.
 
 
R.