Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 25 lipca 2017
Orły bez orzełka (cz. 7). Piłkarze urodzeni w latach 80-tych i później

Z większością niedoszłych reprezentantów, którzy urodzili się w latach osiemdziesiątych i później, jest taka zasada. Coś faktycznie musiało być z nimi nie tak, bo za czasów Beenhakkera i Fornalika w kadrze (choć głównie w meczach towarzyskich) grali niemal wszyscy ci, którzy wykonali w lidze dwa proste kopnięcia. Taki czas, dopiero za Nawałki sytuacja się zmieniła, choć i obecny selekcjoner zaczął od ostrego czesania zasobów.

Zacznijmy jednak od czasów nieco odleglejszych, czyli pierwszej dekady XXI wieku. Wtedy jeszcze bardzo trudno było przebić się do zespołu biało-czerwonych prowadzonego przez Jerzego Engela, a później Pawła Janasa. Nie udało się to zawodnikom, którzy byli solidnymi ligowcami, ale nie na tyle, żeby zagrać z orzełkiem na piersi.

Krzysztof Gajtkowski

Ur. 1980 - świetne lata 2001-2003, wielkie odkrycie w GKS Katowice, potem - z lekkim opóźnieniem - solidna gra w Lechu; jego ligowy bilans to 200-48

Zbigniew Zakrzewski

Ur. 1981 - popularny Zaki zawsze był w cieniu zdolniejszych kolegów, choć chłop orał jak dzik i stosunkowo dużo strzelał; 128-34

Aleksander Kwiek 

Ur. 1983 - wielki zadziora, wieloletni reprezentant młodzieżówek, jako młokos już grał w mistrzowskiej Wiśle; potem tu i ówdzie; 271-22

Adam Banaś 

Ur. 1982 - podpora defensywy Piasta i Zagłębia, kapitan i ostoja spadkowego Górnika; bramkostrzelny obrońca; 121-10

*

W gronie ligowców mamy także ogromne talenty, z których jednak po jednym-dwóch sezonach schodziło powietrze. To choćby Damian Nawrocik (świetne lata 2003-2005 w Lechu; 95-14), Dawid Jarka (mając 21 lat strzelił 11 goli dla Górnika w sezonie 2007/2008), Marcin Klatt (mocne wejście do Legii, potem już rozdrabnianie; 31-4), Kamil Oziemczuk (błyskawiczna kariera - świetna gra dla Górnika Łęczna, szybki transfer do Auxerre i... koniec poważnego grania; 17-3) czy Mariusz Zganiacz (nawet Wojciech Kowalczyk był pod wrażeniem jego talentu i pod wrażeniem tego, jaki z niego treningowy obibok; długo w Legii, potem niezły czas w Koronie; 177-12).

*

Sebastian Szałachowski

Osobne słowo należy się Sebastianowi Szałachowskiemu (ur. 1984). To kluczowy zawodnik Górnika Łęczna w sezonie 2004/2005 i jeden z najlepszych zawodników mistrzowskiej Legii Warszawa 2006. Przy Łazienkowskiej spędził sześć lat, ale permanentnie dokuczały mu kontuzje. Błysnął jeszcze w ŁKS, potem wrócił na Lubelszczyznę. Jego bilans w ekstraklasie to 170-31, strzelił też pięć goli w europejskich pucharach (trafiał do bramki Gomel x 2, FC Zurich i Olimpii Rustawi x 2). Leo Beenhakker powołał go nawet - w trybie awaryjnym - na pamiętny wyjazdowy mecz z Belgią (1:0) w el. MŚ 2006, ale Szałachowski przesiedział go na ławce.

Paweł Strąk

Na ławce w meczu kadry siedział także Paweł Strąk. Zbigniew Boniek zdążył go jeszcze powołać na spotkanie z Danią (0:2) w 2002 roku. Strąk ma na koncie wicemistrzostwo Europy U-16 1999 i występy w świetnej drużynie Wisły prowadzonej przez Henryka Kasperczaka. Był dwudziestolatkiem, gdy wywalczył mistrzostwo Polski, a potem mierzył się z Parmą, Schalke i Lazio. Potem w Bełchatowie, Zagłębiu, Górniku i Zawiszy. Pod koniec kariery znany głównie z tego, że mocno się zaokrąglił. Wszyscy liczyli na więcej.

*

Tradycyjnie mamy cały zastęp zawodników, którzy ze zdolnego juniora nie stali się (przesadnie) zdolnymi seniorami.

Głupota i chuligańskie zapędy zgubiły Kamila Kuzerę. Później odrodził się w Koronie Kielce, ale było już za późno na kadrę.

Piekielnie zdolnemu Sebastianowi Olszarowi w kluczowym momencie kariery los zgotował tragedię rodzinną, a później często dręczył kontuzjami. Niedawno został radnym w Świnoujściu. Wielu kibiców czekało także na eksplozję formy polskiego Overmarsa - Radosława Wróblewskiego. Nigdy jednak ona nie nastąpiła, a zdolny skrzydłowy do końca swojej kariery pozostał tylko zdolnym skrzydłowym. A na starość... No, sami zobaczcie.

Z marazmu nie wyrwie się też już chyba Maciej Korzym (ur. 1988). Zawodnik, który w swych szczenięcych latach określany był mianem złotego dziecka polskiego futbolu długo nie mógł się odnaleźć w dorosłym futbolu. Jego przebłyski w Legii naprawdę dawały nadzieję, że wyrośnie z niego super grajek. Zobaczcie tego i tego gola. Miał lepsze i gorsze momenty, w Kielcach okrzepł, w Podbeskidziu i Górniku mu nie szło, ale może jeszcze w rodzinnym Nowym Sączu jeszcze coś szarpnie.

Podobnie nie liczyłbym już też na Michała Janotę (ur. 1990). Genialny junior, jako osiemnastolatek grał już w Feyenoordzie, potem świetnie sobie radził w Eerste Division jako zawodnik Excelsioru i Go Ahead Eagles.

Im jednak dalej, tym gorzej. W Polsce Janota jeszcze dobrze grał w Koronie, później już średnio w Pogoni, słabo w Górniku Zabrze i ostatnio zupełnie nijak w I-ligowym Podbeskidziu. W chwili obecnej bez kontraktu.

Bardzo szkoda też zawodników, którzy byli członkami naszej kadry U-20 na MŚ 2007 w Kanadzie - Bartosz Białkowski, Jarosław Fojut, Krzysztof Król, Łukasz Janoszka i Tomasz Cywka. Każdy z nich miał potencjał, żeby grać w kadrze, ale z czasem albo się pogubili (Król), albo opóźniły ich złe decyzje transferowe (Cywka), albo wymęczyły ich kontuzje (Białkowski), albo spowszednieli (Janoszka), albo nie wiadomo (Fojut). Mnie osobiście szkoda najbardziej dwóch pierwszych.

*

Kilku piłkarzy grających za granicą zgłaszało bardziej albo mniej nieśmiały akces do kadry.

Mocną pozycję w ekstraklasie Rosji miał Krzysztof Łągiewka (Szynnik Jarosławl, Krylja Sowietow Samara), ale nie przełożyło się to na jego występ w kadrze (choć był on powołany na słynny mecz Polska - Portugalia [2:1]). Wywiad z nim - tutaj.

Tomasz Wisio spędził dekadę na boiskach austriackiej Bundesligi (SV Pasching, Linzer, Sankt Polen), do także rok w Niemczech (Arminia, RB Lipsk) i cztery w Grecji (AO Xanthi, Ergotelis). Był też wyróżniającym się piłkarzem reprezentacji młodzieżowych, a w 1999 roku z kadrą U-16 zdobył wicemistrzostwo Europy. Nigdy jednak nie zagrał w polskiej ekstraklasie. Wywiady i teksty - tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Zagraniczną ciekawostką jest Tomasz Gruszczyński. W lidze Luksemburga nazbierał grubo ponad sto goli, wywalczył siedem tytułów mistrzowskich i pięć pucharów, trafiał też w europejskich pucharach (dwa razy w niezwykłym meczu w Mostarze; raz przeciwko Rapidowi). Odgrażał się często, że należy mu się powołanie do kadry, ale nikt nie traktował zbyt poważnie tych deklaracji. Teksty o nim tutaj i tutaj.

Do tego grona można także zaliczyć Kamila Bilińskiego. Gdyby dalej występował w Rumunii (43 mecze i 15 goli dla Dinama Bukareszt), to może wreszcie doczekałby się szansy w kadrze. Zawodnik jednak wrócił do Polski i czar prysł.

*

Obecnie w ekstraklasie również występuje grono zawodników, którzy są (lub niedawno byli) jej jasnymi punktami, ale w kadrze chyba już im nie będzie dane wystąpić. Myślę tutaj o następujących piłkarzach: Maciej Makuszewski, Arkadiusz Malarz, Piotr Grzelczak, Grzegorz Kuświk, Arkadiusza Woźniaka i Mateusz Możdżeń. Gwiazdami jednego sezonu okazali się chyba Mateusz Piątkowski, Patryk Tuszyński (powołany), Łukasz Zwoliński i Piotr Tomasik.

*

Jest jeszcze nadzieja dla Jakuba Świerczoka (ur. 1992), Michała i Mateusza Maków (ur. 1991) oraz Bartosza Śpiączki (ur. 1991), ale i w ich przypadkach upływ czasu staje się coraz bardziej bezlitosny.

*

Na zakończenie wreszcie grono jeszcze bardzo młodych piłkarzy, w przypadku których wielką porażką byłoby to, gdyby nie udało im się wystąpić w reprezentacji w ciągu najbliższych trzech-czterech lat. Myślę tutaj o takich zawodnikach jak Dawid Kownacki (powołany już do reprezentacji Polski na eliminacyjny mecz z Gruzją oraz towarzyski z Grecją w 2015 roku), Jan Bednarek, Tomasz Kędziora (powołany), Bartłomiej Drągowski, Przemysław Frankowski, Jarosław Niezgoda, Michał Kopczyński, Krystian Bielik, Krzysztof Piątek czy Patryk Lipski.

*

I tyle, i koniec. Na tym zamykamy przegląd niedoszłych reprezentantów, orłów bez orzełka. Czy kogoś pominęliśmy?

P.

środa, 12 lipca 2017
Orły bez orzełka (cz. 6)

Po ponad trzech latach wracamy z naszą opowieścią o "orłach bez orzełka"! Dziś szósta, przedostatnia, część.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych to czas, kiedy mieliśmy bardzo dobrych zawodników w reprezentacji, ale za to kiepską reprezentację. Dlatego też ciężko było przebić się do kadry nawet wyróżniającym się graczom. Kompletnie nie do pomyślenia jest dziś także, żeby szansy w reprezentacji nie dostał król strzelców ekstraklasy.

Prawdziwą sensację stanowił tytuł dla Adama Kompały (sezon 1999/2000).

200pxAdam_Kompala_Gornik_Zabrze

W poprzednich rozgrywkach zawodnik występował na pomocy i niczym specjalnym się nie wyróżniał. Dlatego 19 goli nastukanych przez niego dla Górnika było sporą sensacją. Nie na tyle jednak, żeby zagrał w koszulce z orzełkiem. W reprezentacji Polski nigdy nie zagrał, ale... strzelił jej gola (w reprezentacji Śląska).

Ciekawostką jest to, że Kompała w ekstraklasie grał tylko pięć lat i dorobił się nieporażającego bilansu 140-40.

Bardzo blisko występu w reprezentacji był także Arkadiusz Klimek (bilans w ekstraklasie: 174-34). Ten silny, szybki i obunożny napastnik, związany przede wszystkim ze Stomilem i Zagłębiem Lubin, na przełomie 200/2001 roku wyrósł na jednego z najlepszych snajperów w ekstraklasie. Jerzy Engel powołał go nawet na eliminacyjne spotkanie z Armenią (4:0), dał mu też wystąpić w kilku sparingach. Klimek debiutu się jednak nie doczekał, ale fanom przypomniał się później dobrymi występami... w Grecji (w Pucharze UEFA zagrał przeciwko Barcelonie) i na Litwie (w Pucharze UEFA zagrał przeciwko Liverpoolowi).

Inny bramkostrzelny zawodnik, który nie otrzymał nigdy powołania do reprezentacji to Michał Chałbiński (215-75, GKS Katowice, Odra Wodzisław, Górnik Zabrze, Zagłębie Lubin, Polonia Warszawa; dwukrotnie wicekról strzelców ligowych). A strzelać potrafił ładnie, ot choćby tak.

*

Podobnie do napastników ma się sprawa z pomocnikami. Wielu z nich było mózgami swoich zespół i wyróżniającymi się zawodnikami ligowym, ale nigdy nie doskoczyli do poziomu kadry. To takie specyficzne grono "dziesiątek drugiego sortu" - błyszczących w swoich klubach i w całej lidze, ale jednak za słabych na kadrę.

Daniel Dyluś (Zagłębie, Miedź i Stomil) - mikry pomocnik i mózg drużyn, w których występował; z Miedzią sensacyjny zdobywca Pucharu Polski 1992 i król strzelców II ligi; próbował szczęścia we Francji, Belgii i Finlandii; w ekstraklasie bilans 120-31; fajne teksty o nim tutaj i tutaj.

Piotr Mandrysz (Pogoń Szczecin) - wieloletni spielmacher Pogoni, kapitalnie bił rzuty wolne. Dzisiaj znany jako trener i ojciec próbujących przebić się do ekstraklasy synów-piłkarzy.

Ryszard Wieczorek (Odra Wodzisław) - młodszym kibicom znany wyłącznie z ławki trenerskiej, ale kiedyś określany był mianem "Platiniego z Wodzisławia". Legenda Odry, jej wieloletni kapitan, strzelec jej pierwszej bramki w ekstraklasie, świetny wykonawca stałych fragmentów gry.

Jan Woś (Odra Wodzisław, Ruch Chorzów) - kolejny rozgrywający z Wodzisławia, ale chyba mniej charyzmatyczny od Wieczorka. Aż 11 sezonów z Odrą w ekstraklasie. W całej lidze potężny bilans 324 meczów i 32 goli. Filmowy pean na jego cześć tutaj. Najlepszy radny spośród piłkarzy, najlepszy piłkarz spośród radnych :)

Paweł Miąszkiewicz (Widzew Łódź, Petrochemia Płock) - zawsze w cieniu bardziej znanych kolegów, ale jak na ligowe warunki to zawodnik ponadprzeciętny. Na blogowym facebooku jakiś czas temu przetoczyła się bardzo ciekawa dyskusja o udziale Miąszkiewicza w meczu... reprezentacji świata.

Dariusz Jackiewicz (Stomil Olsztyn, Amica Wronki, Zagłębie Lubin) - ligowy wyjadacz ze świetnym uderzeniem i licznymi występami w europejskich pucharach. Grzegorz Król pisał o nim w swojej biografii, że w kasynie przegrał wszystkie swoje pieniądze i dziś pracuje gdzieś na budowie.

Dariusz Dźwigała (Polonia Warszawa, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin) - obecnie spełnia się jako trener, a kiedyś był pełnokrwistym liderem z prawdziwą petardą w nodze.

Radosław Biliński (Amica Wronki, Pogoń Szczecin) - choć sprawiał wrażenie powolnego, to gra silnej przecież Amiki przez długi czas kręciła się właśnie wokół niego. Powołany do reprezentacji B, siedział na ławce rezerwowych w meczu ze Szwecją (1997).

*

Mamy także sporą grupę zawodników dla których barierą nie do zaliczenia okazało się przeskoczenie z poziomu reprezentacji młodzieżowych do dorosłej kadry. To przypadek takich zawodników jak np.

Marcin Szulik (głównie Stomil i Górnik) - mistrz Europy U-16 z 1993 roku, strzelec gola w finale (1:0 z Włochami, w bramce przeciwnika Buffon). Przez wiele lat "utalentowany" pomocnik, pewny punkt młodzieżówki Janasa, ale nigdy nie przeskoczył pewnego poziomu. Ciekawa rozmowa z Szulikiem tutaj.

Daniel Dubicki (przede wszystkim ŁKS i Wisła) - etatowy reprezentant młodzieżówki, w dziwnym meczu Brazylia U-23 - Polska U-23 (3:1) strzelił nawet gola. W Łodzi miał 20 lat, gdy był już gwiazdą. W Pucharze UEFA strzelił gola m.in. Parmie i Omonii. W polskiej ekstraklasie uzbierał ponad 200 meczów, ale mam wrażenie, że nigdy nie mógł przewidzieć czy zagra w pomocy czy w ataku. Być może to oraz kontuzje sprawiły, że jednak się nie rozwinął tak jak mógł. Jeden z ostatnich przypadków w ekstraklasie, że w ciągu jednego sezonu zagrał w... trzech klubach (Wisła, Ruch i Zagłębie w sezonie 1999/2000). Super ciekawe wywiady z nim tutaj i tutaj.

Paweł Sobczak - człowiek-legenda. Nie chodzi jednak o grę w piłkę, ale o zaprzepaszczony talent i hulaszcze życie. W młodzieżówkach - perła. Każdy, kto się z nim zetknął, mówił, że miał papiery na wielkie granie i smykałkę do wpadania w tarapaty. W seniorskiej piłce, może poza Płockiem, kompletnie pogubiony, ale i tak uzbierał 89 meczów i 16 goli. Bawił też (dosłownie) za granicą - np. w Genui, Austrii Wiedeń, Admirze Wacker czy Anorthossisie. Na pamiątkę została mu cudowna bramka strzelona angielskiej młodzieżówce. I ten gol strzelony w Poznaniu też niczego sobie. Do poczytania tutaj.

Tomasz Sokołowski II - sam liczebnik "II" stawiał go na starcie w nieco gorszej sytuacji. Był bowiem ciągle porównywany ze starszym Tomaszem Sokołowski, który przez momencik był nawet podstawowym piłkarzem reprezentacji. Młody Sokół wybiegał zatem wszystkie koszulki młodzieżowych kadr, ale w seniorskiej reprezentacji nigdy nie wystąpił. 7 lat w Amice, 3 w Legii, 4 w Arce, mecze w europejskich pucharach - niby sporo tego, ale zabrakło błysku na international level.

***

Często było również tak, że zawodnicy wyróżniali się w swoich zagranicznych klubach, ale mimo to żaden selekcjoner nie zaprosił ich do pierwszej reprezentacji.

Mirosław Spiżak dla Unterhaching trafiał w 1. Bundeslidze (w pamiętnym sezonie 2000/2001; zaliczył 23 mecze i strzelił 5 goli.),

i na jej zapleczu. Tylko w 2. Bundeslidze punktował także dla Uerdingen, Alemaanii Aachen, MSV Duisburg i Sportfreunde Siegen. O tym, co robi po zakończeniu kariery przeczytacie tutaj.

Krzysztof Bociek już jako 19-latek był gwiazdą pierwszoligowej Stali Mielec. Już wtedy błyszczał w młodzieżówce, byli tacy, którzy widzieli go w dorosłej kadrze. Potem strzelał gole w greckim PAOK Saloniki i w holenderskiej Eredivisie dla Volendam, AZ Alkmaar i NEC Nijmegen. Wykończyły go jednak kontuzje i w wieku 26 lat zakończył karierę. Co robi obecnie - nie wiadomo. Przy okazji poszukiwań informacji o Boćku trafiliśmy jednak na... jego stronę na Google Plus. Można tam znaleźć prawdziwe zdjęcia-perełki. Fajny tekst o Boćku tutaj.

Andrzej Kubica w barwach Maccabi Tel-Awiw został z kolei królem strzelców ligi izraelskiej w 1999 roku. No, ale Andrzej Kubica to w ogóle inna historia. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, gdy błysnął w Zagłębiu Sosnowiec. Razem z klubem spadł z ekstraklasy, by przenieść się do... Rapidu Wiedeń. Tam się wypromował (9 goli) i trafił do Austrii Wiedeń. Z Austrii wrócił do Legii, by zagrać (głównie jako rezerwowy w czerwonych korkach) w Lidze Mistrzów i po pół roku ruszyć dalej - Belgia (Waregem, Standard Liege), Francja (Nice - Puchar Francji), Izrael (Maccabi, Beitar, Ashdod) i Japonia (Urawa Red Diamonds, Oita Trinita). W Ziemi Obiecanej do dziś wspominają go z rozrzewnieniem. Na zakończenie kariery Kubica wrócił jeszcze do Polski - dwa lata grał w Górniku Łęczna, a później w... A-klasowych Błękitnych Sarnów. Kubicy nie byłoby w tym zestawieniu, gdyby... nie zdezerterował z lotniska przed zgrupowaniem kadry. Poza tym powoływany był także na mecze el. EURO 2000 z Bułgarią i Luksemburgiem. Więcej o tym przeczytacie tutaj.

Na tle bardzo silnej konkurencji w polskiej bramce kompletni przepadł Tomasz Bobel. Ten utalentowany swego czasu golkiper wyjechał z Polski jako 24-latek, mając już na koncie pięć lat występów dla Śląska Wrocław (dwa lata w ekstraklasie) i miano super utalentowanego zawodnika. Z tą etykietką trafił do 2. Bundesligi i... już w niej został niemal do końca kariery. Choć na zapleczu wyrobił sobie dobrą markę (niemal 200 meczów dla Fortuny Koeln, MSV Duisburg i Erzgebirge Aue; trafiał nawet do "drużyny sezonu"). Na starość został nawet bramkarzem Bayeru Leverkusen, ale dopiero trzecim, bez widoków na grę. Trochę chłopaka szkoda. Tutaj, tutaj i tutaj ciekawe wywiady z nim, a na dole piękny klip.

Chyba trochę niedocenionym piłkarzem był Rafał Niżnik.

200px-Rafal_Niznik_2

W Polsce kibice przyzwyczaili się do dobrego poziomu prezentowanego przez tego zawodnika w ŁKS. Jednak jego kapitalne dwa lata w duńskim Broendby (2001-2003) zakończone mistrzostwem, pucharem i występami w europejskich pucharach (dwa gole w meczu z Olimpią Ljubljana [4:2], potem też dwumecz przeciwko Parmie) przeszły kompletnie bez reprezentacyjnego echa. A przecież kadra po fiasku MŚ 2002 szukała świeżej krwi, za jednego z rywali mając właśnie Danię. Wywiad z Niżnikiem - tutaj.

I na zakończenie Łukasz Kubik - młodszy brat Arkadiusza. To ciekawy przypadek - zawodnik, który dobrze prezentował się w lidze belgijskiej, greckiej i rumuńskiej, ale... nigdy nie wystąpił w naszej ekstraklasie. Choć był piłkarzem młodzieżowej kadry, to nie uszczknął choćby minutki na najwyższym szczeblu w Polsce (ba, nawet w silniejszych klubach zaplecza mu nie szło - Cracovia, Jaga, Lechia). Ciekawe jest też to, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych miał swoją stronę internetową, gdzie wrzucał zdjęcia z kolejnych klubów. Jeśli macie wolne 10 minut to możecie również obejrzeć Łukasz Kubik show.

*

Wreszcie mamy też grupę solidnych ligowców, którzy - poza tymi już wymienionymi powyżej - zawsze imponowali równą formą, ale rzadko zaskakiwali. Dlatego też chyba w reprezentacji nigdy nie zagrali:

- bramkarze: Artur Sarnat (powołany; 181-0 i europejskie puchary) i Piotr Lech (powołany; wystąpił też w nieoficjalnym meczu kadry, kiedy to Ruch Chorzów jako "Polska" zmierzył się z Meksykiem; 357-0 i europejskie puchary)

- obrońcy: Piotr Mosór (powołany; 263-10 i europejskie puchary), Bartosz Jurkowski (265-12 + występy w europejskich pucharach), Krzysztof Sadzawicki (292-4; przez długi czas członek olimpijskiej kadry Wójcika; występy w reprezentacji B), Zdzisław Leszczyński (352-16), Rafał Pawlak (powołany; 355-35, kapitan ŁKS w mistrzowskim sezonie 1997/1998), Marcin Malinowski (458-13, mecze w europejskich pucharach i smykałka do pięknych goli), Wojciech Szala (262-1; przez 9 lat pewny punkt obrony Legii) i Piotr Dziewicki (138-4; wiele lat w Polonii, wiele w Amice, wiele w młodzieżówkach)

- pomocnicy: Michał Probierz (260-9 oraz 3 mecze w Bundeslidze w barwach Bayeru Uerdingen i dwa sezony w 2.Bundeslidze), Robert Wilk (294-24; powołany), Jacek Magiera (233-25; mistrz Europy U-16 w 1993 roku),  Piotr Szarpak (202-15, też: epizodycznie w olimpijskiej kadrze Wójcika), Piotr Rocki (291-44 i europejskie puchary [gol z Lens]), Igor Gołaszewski (222-35; lider mistrzowskiej Polonii w 2000 roku), Mateusz Bartczak (Polonia, Amica, Zagłębie, Cracovia; 283-16, etatowy reprezentant młodzieżówek, mistrz Polski z Polonią i Zagłębiem; gość z dobrym huknięciem), Remigiusz Sobociński (202-26 + występy w pucharach; Jerzy Engel się odgrażał, że już mu wysyła powołanie), Jacek Dąbrowski (powołany; 196-16; cztery sezony w greckiej ekstraklasie), Zbigniew Grzybowski (229-38; na koncie miano wicekróla strzelców 00/01), Marek Sokołowski (307-24) i Wojciech Grzyb (302-30)

- napastnicy: Grzegorz Niciński (251-41 i występy w europejskich pucharach), Bogdan Prusek (powołany; 191-32; z Dyskobolią pokazał się w Europie; warto wspomnieć, że to też król strzelców II ligi w 1999 roku), Maciej Bykowski (238-38; mistrz z Polonią, mecze w pucharach oraz zaskakująca kariera w Grecji okraszony efektownym bilansem w barwach Panathinaikosu [6-4; obejrzyjcie bramki tutaj]) i Mariusz Ujek (powołany; 108-19, świetny sezon zakończony wicemistrzostwem Bełchatowa w 2007 roku).

*

Wkrótce zamkniemy cykl ostatnią częścią poświęconą niedoszłym reprezentantom urodzonym w latach osiemdziesiątych (i później).

O wszystkich zawodnikach, którzy byli powołani, ale nie zagrali w meczu kadry oraz wszystkie poprzednie pięć części cyklu o orłach bez orzełka przeczytacie w tej zakładce.

P.

środa, 29 marca 2017
Tylko ławka (przykro mi)

Pisałem wczoraj na facebookowym profilu bloga o Piotrze Mosórze i o tym, że jest jednym z tych zawodników, którzy zasiadali na ławce rezerwowych reprezentacji Polski, ale nigdy w niej nie wystąpili. Gdy zauważyłem, że zestawienie ławkowiczów powstało już niemal osiem lat temu, to postanowiłem je zaktualizować.

Poniżej więc lista zawodników, którzy w spotkaniach kadry (od IX 2009 do III 2017) byli rezerwowymi, ale nie dane było im nigdy wybiec na murawę z orzełkiem na piersi.

Bartosz Kaniecki - [XII 2010] POL - BiH 2:2

Wojciech Kaczmarek - [III 2011] LIT - POL 2:0, GRE - POL 0:0; [V 2014] GER - POL 0:0

Tomasz Hołota - [XI 2013] POL - SŁO 0:2 i POL - IRL 0:0

z14965088QTomaszHolotaprzedmeczemreprezentacjiPolskize

Dariusz Trela - [I 2014] POL - NOR 3:0 i POL - MOL 1:0

Radosław Janukiewicz - [V 2014] GER - POL 0:0

Rafał Janicki - [XI 2014] POL - SZW 2:2; [III 2015, el.EURO] IRL - POL 1:1; [VI 2015] POL - GRE 0:0

11348314_1410041065991083_997591209_n1

Tomasz Kędziora - [VI 2015, el.EURO] PL - GRU 4:0

tomasz-k%C4%99dziora-393x393

Patryk Tuszyński - [VI 2015] POL - GRE 0:0

107cec612712e3a79102a15295da4991

Kilka wniosków nasuwa się po przejrzeniu powyższych nazwisk. Po pierwsze, jest ich niewiele. Oznacza to, że jeśli jakiś zawodnik jest w kręgu zainteresowań selekcjonera, to zwykle prędzej czy później doczeka się debiutu (przy okazji - analizując składy reprezentacji przypomniałem sobie o kilku "zaskakujących" reprezentantach w stylu Rafał Leszczyński, I-ligowy wówczas Maciej Wilusz albo Sebastian Małkowski czy Jakub Słowik). Po drugie, połowa towarzystwa (4 z 8) to bramkarze. Nie szło ich już upchnąć na boisku. Po trzecie, nie przed wszystkimi drzwi są już zamknięte. Jestem spokojny, że Tomasz Kędziora jeszcze zagra w kadrze. Po czwarte wreszcie, przykro musiało być Wojciechowi Kaczmarkowi i Rafałowi Janickiemu, którzy aż trzykrotnie obserwowali zawody z ławki.

To jeszcze czyniąc zadość kompletności aktualizacji zestawienie zawodników, którzy jako rezerwowi obejrzeli dwie ostatnie imprezy.

EURO 2012: Grzegorz Sandomierski, Marcin Kamiński, Artur Sobiech, Jakub Wawrzyniak, Grzegorz Wojtkowiak, Rafał Wolski

EURO 2016: Artur Boruc, Jakub Wawrzyniak, Bartosz Salamon, Karol Linetty, Mariusz Stępiński

Ciekawostka - Jakub Wawrzyniak pojechał na EURO 2012 i 2016, ale w żadnej z imprez nie zagrał ani minuty. Eurowiczem jednak może się mianować, ponieważ... wystąpił w jednym meczu EURO 2008 :)

P.

poniedziałek, 02 stycznia 2017
Jacka Magiery jedyny dublet w ekstraklasie: Raków - Lech 1996

magiera_rakow

Jacek Magiera w Nowy Rok obchodzi swoje urodziny, a gdy sylwestrowy zegar 2016/2017 wybił północ, mógł zaśpiewać "czterdzieści lat minęło...". Trener Legii Warszawa jako piłkarz długo był kojarzony jako talent, który nigdy ostatecznie nie eksplodował na miarę oczekiwań - mówimy w końcu o mistrzu Europy do lat 16 z 1993 roku. Nikt nie odmawiał mu pracowitości (świetnie scharakteryzowali go w książce Wojciech Kowalczyk i Krzysztof Stanowski: "Ja bym mu płacił podwójnie, bo nikt nie spędza w klubie tyle czasu, co on - przychodzi rano i do wieczora ogląda wszystkie możliwe mecze"), a i bez solidnych umiejętności nie byłby w stanie przez tyle lat utrzymać się na poziomie ekstraklasy, i to w Legii.

Natomiast trudno wskazać jedną boiskową cechę Jacka Magiery, którą zdecydowanie się wyróżniał. Najwięcej goli w sezonie ligowym strzelił jeszcze dla Rakowa Częstochowa. To była jego ostatnia runda w tym klubie przed odejściem do Legii. Jesienią 1996 roku zdobył sześć bramek. Z tego dwie - w meczu Raków - Lech Poznań. I to obie dzięki uderzeniom piłki głową.

Jacek Magiera na swojej stronie internetowej ma skan zdjęcia, zrobionego akurat w momencie, gdy strzela "szczupakiem" na 1:0, ale jeszcze ciekawszy jest wywiad z Andrzejem Kawką z Gazety Częstochowskiej, którego udzielił akurat po meczu z Kolejorzem. Te kilka zdań pokazuje, jakim był piłkarzem, ale też jakim jest człowiekiem (jeśli komuś mało, jego szerszą charakterystykę ukazaną przez inne rozmowy w mediach skreślił Leszek Milewski): magiera_tajemnica3

- Stałeś się najskuteczniejszym zawodnikiem Rakowa, 6 zdobytych bramek daje ci miejsce w ścisłej czołówce ligowych snajperów. Skąd wzięła się ta dobra skuteczność?
- Może stąd, że dwa razy w tygodniu przychodzę na boisko i trenuję strzały.
- Sam trenujesz?
- No tak. Biorę jakiegoś bramkarza z drużyny juniorów, kilka piłke i przez godzinę, czasami półtorej godziny trenuję strzały na bramkę.
- W meczu z Lechem obie bramki zdobyłeś głową. Takie strzały samemu trudno trenować. Ktoś musi przecież dośrodkować.
- Oczywiście, że nie mógłbym samemu sobie centrować i jeszcze strzelać. Jak są pod ręką jacyś juniorzy, to proszę ich o pomoc i w ten sposób ćwiczę ten element.
- Zdobycie drugiego gola w spotkaniu z poznaniakami towarzyszyły dość osobliwe okoliczności. Tuż przed oddaniem celnego strzału przewróciłeś się w polu karnym.
- Przewróciłem się, bo jeden z piłkarzy Lecha podłożył mi nogę. Krzyknąłem do sędziego, że powinien być rzut karny, ale arbiter nie zareagował. Kiedy się podnosiłem, zauważyłem, że leci w moim kierunku piłka. Wyskoczyłem i uderzyłem ją głową w kierunku bramki. Wpadła w samo okienko, ale to już czysty przypadek.


Jacek Magiera - dwa gole w meczu Raków Częstochowa - Lech Poznań 2:0

Co możemy powiedzieć o Lechu Poznań w tym meczu? Mimo niezłego składu, zwłaszcza mocnych nazwisk atakujących, to był obraz nędzy i rozpaczy. Fragmenty relacji Jacka Łuczaka w Gazecie Wyborczej Poznań, zatytułowanej "Wstrząśnięty Bocian" (Paweł Bocian musiał zejść z boiska ze wstrząśnieniem już w siódmej minucie):

Piłkarze Lecha już od 423 minut, czyli od meczu z Widzewem w Łodzi, nie strzelili gola w ekstraklasie. Lechici zagrali w Częstochowie beznadziejny mecz, a dwie najgroźniejsze sytuacje przez nich stworzone bardziej były wynikiem błędów obrońców Rakowa niż umiejętności poznaniaków. - Żałuję, że nie strzeliliśmy gola, to może nas podłamać. Tym bardziej, że w tym sezonie chyba nie zagramy już na własnym boisku [chodziło raczej o rok kalendarzowy i kary za burdy przy Bułgarskiej - przyp.] - mówił trener Ryszard Polak.

Raków Częstochowa - Lech Poznań 2:0 (0:0)

Gole: Jacek Magiera (46. i 66. minuta)

Raków: Matuszek - Skrzypek, Wróblewski, Bodzioch Ż, Sieja, Wilk, Spychalski, Magiera (90. Synoradzki), Kugiel (65. Bański), Załęski, Skwara (85. Stępień).

Lech: Onyszko - Bosacki Ż, Bocian (7. Augustyniak), Zawadzki, Kryger, Drame, Majewski, Reiss, Prabucki (60. Bekas), Piskuła, Wichniarek (83. Drajer).

Widzów: 3 tys.

Wszystkie gole Jacka Magiery w ekstraklasie

Raków Częstochowa - Stal Mielec 2:0 (16.09.1995)
Górnik Zabrze - Raków Częstochowa 1:2 (22.05.1996)
Legia Warszawa - Raków Częstochowa 2:1 (3.08.1996)
GKS Bełchatów - Raków Częstochowa 1:1 (7.09.1996)
Raków Częstochowa - Hutnik Kraków 1:0 (15.09.1996)
Raków Częstochowa - Ruch Chorzów 1:0 (12.10.1996)
Raków Częstochowa - Lech Poznań 2:0 (23.10.1996 - dwa gole)
Ruch Chorzów - Legia Warszawa 3:2 (4.04.1998)
Dyskobolia Grodzisk Wlkp. - Legia Warszawa 2:1 (11.04.1998)
Amica Wronki - Legia Warszawa 0:1 (9.05.1998)
Legia Warszawa - Amica Wronki 3:1 (22.08.1998)
Legia Warszawa - GKS Bełchatów 3:0 (13.09.1998)
Odra Wodzisław - Legia Warszawa 1:2 (26.05.1998)
Petro Płock - Legia Warszawa 3:1 (29.08.1999)
Widzew Łódź - Petro Płock 4:3 (17.05.2000)
Legia Warszawa - Pogoń Szczecin 3:0 (7.09.2001)
Legia Warszawa - Amica Wronki 3:2 (1.03.2002)
Górnik Zabrze - Legia Warszawa 2:3 (23.08.2002)
Legia Warszawa - Wisła Kraków 4:1 (19.09.2003)
Legia Warszawa - Odra Wodzisław 2:1 (12.03.2004)
Legia Warszawa - Wisła Płock 2:0 (8.05.2004)
GKS Katowice - Legia Warszawa 2:4 (11.06.2004)
Legia Warszawa - Wisła Kraków 5:1 (22.05.2005)
Legia Warszawa - GKS Katowice 2:0 (9.06.2005)

B.

czwartek, 30 stycznia 2014
Przedostatnia część niespełnionych marzeń o kadrze. Podręczny rejestr orłów bez orzełka (cz.5)

Krzysztof Iwanicki. Prawdziwy futbolowy brylant na boiskach polskiej ekstraklasy. Znakomicie wyszkolony technicznie, niezwykle efektownie i błyskotliwie grający piłkarz. Do pierwszoligowej piłki wprowadzał go w warszawskiej Legii, Jerzy Engel. Za czasów Andrzeja Strejlaua, był w stołecznym zespole największym pewniakiem. Iwanicki jako jedyny, przez półtora roku prowadzenia Legii przez słynnego Narko, rozegrał pełen zestaw wszystkich – ligowych i pucharowych spotkań. A jednak, gdy nastały rządy tego trenera nad narodową reprezentacją, Iwanicki był dla odmiany, jednym z naprawdę niewielu graczy podstawowego składu strejlauowej Legii, któremu ów selekcjoner nie dał w swojej kadrze nawet symbolicznej szansy występu. Znałem go dobrze z prowadzonej przeze mnie Legii. Był naprawdę bardzo ciekawym, świetnie wyszkolonym technicznie graczem o wysokim potencjale. Ale bądźmy szczerzy, przy Jacku Zioberze nie miałby jednak większej możliwości zaistnienia w mojej reprezentacji  - tłumaczy nam, po latach, Andrzej Strejlau. Na ligowych boiskach Iwanicki często błyszczy, a choć nie uda mu się nigdy wywalczyć tytułu mistrzowskiego, to jednak aż dwukrotnie (1989, 90) ma szansę wznieść w radosnym geście ku górze Puchar Polski. Mogła ta seria wyglądać jeszcze efektowniej, ale w 1988 roku Legia przegrała w rzutach karnych łódzki finał z Lechem Poznań. Mimo to, Krzysztof Iwanicki jest jednym z nielicznych polskich graczy, którzy strzelali bramki w aż dwóch z rzędu finałach krajowego pucharu (przeciwko Lechowi w 1988 i Jagielloni w 1989). Udziałem pomocnika warszawskiej Legii była też piękna, rozciągnięta na kilka lat przygoda w europejskich pucharach, podczas trwania której miał okazję grać przeciwko naprawdę wielkim klubom, takim jak Inter Mediolan, Bayern, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria czy Manchester United. Gol strzelony przez Iwanickiego Bayernowi, we wrześniu 1988 roku na Stadionie Olimpijskim w Monachium, to zapewne jedna z najpiękniejszych polskich bramek w rozgrywkach europejskich pucharów.

W rewanżowym meczu na Łazienkowskiej, Iwanicki także miał znakomitą okazję by z bliskiej odległości wpakować piłkę do siatki, jednak zabrakło mu nieco szczęścia i jej nie wykorzystał. Do dzisiaj, jak się nieraz gdzieś spotkamy, przypominam mu tamtą sytuację. Kto wie, może gdyby wtedy wpadło, tamten feralny dla nas mecz ułożyłby się zupełnie inaczej – wspomina po latach z uśmiechem Andrzej Strejlau. Piłkarz Legii wykorzysta za to, kilkadziesiąt miesięcy później, znacznie trudniejszą sytuację i dzięki przytomnemu, sprytnemu lobowi nad bramkarzem Aberdeen, zaserwowanemu na sześć minut przed końcem spotkania, zapewni legionistom awans do ćwierćfinału PEZP, a ostatecznie stołeczni zatrzymają się dopiero w półfinale rozgrywek na podopiecznych Alexa Fergusona.

Po zakończeniu sezonu, 28-letni Iwanicki przenosi się do drugoligowego, francuskiego Perpignan, gdzie przez jakiś czas gra razem z Pachelskim. Podczas swojego pierwszego roku gry na ojczystej ziemi potomków Karola Wielkiego robi prawdziwą furorę, uchodząc w oczach francuskich dziennikarzy za jednego z najlepszych graczy na pierwszoligowym zapleczu. Iwanicki pogra w Perpignan, a potem w Cherbourgu kilka ładnych lat, a potem wróci do ojczyzny, by na poziomie niższych lig pobawić się jeszcze troszkę piłką.

Zenon Burzawa. Kolejny w dziejach naszego futbolu król strzelców polskiej ekstraklasy, który nigdy nie dostąpił zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski. Często mówi się o nim, że był to piłkarz jednego sezonu, który niczym meteor przeleciał przez naszą ekstraklasę w bardzo dojrzałym już piłkarsko wieku (32 lata na karku w chwili pierwszoligowego debiutu), uzyskując tytuł króla strzelców z dorobkiem 21 goli. Warto jednak pamiętać, że nim wdarł się na krótko na futbolowe salony, temu wiernemu przez lata gorzowskiemu Stilonowi napastnikowi, zabrakło zaledwie dwóch trafień do skompletowania setki zdobyczy bramkowych na drugoligowym froncie. Szkoda, że wrota ekstraklasy otworzyły się przed tym skutecznym snajperem tak późno. W sezonie 1993/94, gdy grając dla Sokoła Pniewy sięgał po strzelecką koronę, skompletował na pierwszoligowych boiskach aż trzy hat-tricki, w tym jeden czterobramkowy przeciwko Polonii Warszawa. W 1991 roku na boisku we Wrześni zagrał w sparingowym meczu reprezentacji Polski B prowadzonej wówczas przez asystenta Strejlaua – Lesława Ćmikiewicza, przeciwko poznańskiej Olimpii i strzelił nawet bramkę, ale możliwości występu w tej prawdziwej, pierwszej kadrze nigdy nie dostał. Na pewne rzeczy było już po prostu za późno. Wyjechał za to pograć sobie przez sezon we francuskim trzecioligowym Lyon-Duchere.

Marian Janoszka. W Radzionkowie - człowiek legenda. Dla tamtejszego Ruchu strzelał gole w ilościach hurtowych (przez całe lata, niestety, głównie w niższych klasach rozgrywkowych). Choć połowę ze swych pierwszoligowych trafień uzyskał już w barwach GKS Katowice. W 1994 roku napastnik katowickiego klubu wywalczył tytuł wicekróla strzelców ekstraklasy, a rok wcześniej sięgnął po krajowy puchar. Wielka szkoda, że debiutował w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej dopiero w wieku 32 lat. Mimo to, zdołał uzbierać na pierwszoligowym poziomie blisko pół setki trafień. Załapał się jeszcze na kawałek wielkiej piłki, gdy mógł zagrać w europejskich pucharach przeciwko takim firmom, jak Benfica czy Bayer Leverkusen. Na reprezentację niestety było już za późno. 

Sławomir Chałaśkiewicz. Ciekawa postać. W polskiej ekstraklasie grał i strzelał przez kilka lat dla Widzewa i Śląska. W 1992 roku wyjechał szukać swej szansy na karierę do Niemiec. I trzeba przyznać, że udało mu się tam wyrobić sobie naprawdę solidną markę. Na boiskach Bundesligi dla Hansy Rostock, gdzie rywalizował o miejsce w składzie z piłkarzami tej klasy, co Neuville, Akpoborie, Beinlich czy Barbarez, w latach 1995-97 rozegrał Chałaśkiewicz blisko pół setki spotkań. Swego jedynego gola na pierwszoligowych niemieckich boiskach strzelił w sierpniu 1995 roku Stefanowi Klosowi z mistrzowskiej Borussi Dortmund. Zaliczył również blisko półtorej setki występów (dla Hansy, Carl Zeiss Jena oraz Babelsbergu) oraz 22 trafienia w 2.Bundeslidze, a także jednego gola w Pucharze Niemiec.

Bogusław Cygan. W całych dziejach polskiego futbolu, Cygan to jeden z zaledwie sześciu król strzelców polskiej ekstraklasy, którzy nigdy nie dostąpili zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji Polski. Snajper o naprawdę bardzo wysokiej skuteczności. Gdy grając dla mieleckiej Stali, sięgnął po koronę króla strzelców, był już piłkarzem po trzydziestce. Na polskich pierwszoligowych boiskach zabrakło mu jedynie jednego trafienia do łącznej liczby siedmiu dziesiątek goli (zdobywał je dla Szombierek, Górnika, Stali i Śląska). A przecież kilkadziesiąt bramek uzyskał też na zapleczu ekstraklasy, aż dwukrotnie zostając wicekrólem strzelców na drugoligowym froncie. Dwukrotnie miał szansę skonfrontować się z Juventusem grając dla zabrzan w europejskich pucharach. Jesienią 1993 roku wyjechał spróbować szczęścia w Lausanne, ale na szwajcarskich, pierwszoligowych boiskach strzelił tylko jednego gola. W latach 90. grywał i zdobywał bramki dla polskiej reprezentacji B, ale w tej pierwszej kadrze biało-czerwonych nigdy nie dostał swej szansy.

Joachim Klemenz. Zapowiadał się naprawdę niekiepsko. Na rozegranych w 1983 roku meksykańskich Mistrzostwach Świata do lat 20, wywalczył wraz z polską ekipą brązowy medal, a indywidualnie uzyskał miano wicekróla strzelców tej imprezy. Dość powiedzieć, że na skompletowanie hat-tricka w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej potrzebował dokładnie 51 minut. Dołożył potem jeszcze gola z Urugwajem oraz bezcenne, zwycięskie, ćwierćfinałowe trafienie przeciwko Szkocji. W przeciwieństwie jednak do sławnych partnerów z tamtej drużyny trenera Broniszewskiego – Wandzika, Bako czy Leśniaka, Klemenz nigdy nie przeniósł się w koszulce z białym orłem na piersi na szczebel seniorski. Z Górnikiem Zabrze wywalczył cztery tytuły mistrzowskie, strzelił też bardzo ważną bramkę w Pireusie podczas potyczki o Puchar Mistrzów z Olympiakosem. Jesienią 1988 roku następuje bodaj ostatni znaczący akcent na międzynarodowej arenie w karierze Joachima Klemenza, któremu dane jest zagrać na Stadionie Śląskim w meczu II rundy Pucharu Mistrzów z wielkim Realem Madryt i ma nawet znakomitą okazję do strzelenia gola, lecz niestety nie wykorzystuje jej. W 1989 roku jest już na zapleczu Bundesligi we Freiburgu (gdzie dołącza do byłego klubowego kolegi – Marka Majki) i to właśnie w Niemczech zakończy swoją niespełnioną reprezentacyjnie, piłkarską karierę.

Stefan Machaj. Przez kilkanaście lat występów na boiskach polskiej ekstraklasy, przywdziewając trykoty Śląska, Zagłębia Lubin i Pogoni Szczecin, uzbierał łącznie aż 349 występów i 32 gole. Z wrocławskim zespołem wywalczył w 1987 roku Puchar Polski, a z Zagłębiem triumfował w lidze w 1991 roku. W europejskich pucharach grywał przeciwko takim rywalom jak choćby Real Sociedad, FC Bologna czy Broendby. Na dobre zapisał się w kronikach Pucharu UEFA w 1995 roku. Najpierw strzelił w Armenii zwycięską bramkę na wagę awansu przeciwko Szirakowi Gumri. A potem uzyskał też efektownego gola na San Siro, podczas pojedynku z wielkim AC Milan. Niestety, w tym ostatnim przypadku, było to trafienie samobójcze. Będąc już dojrzałym graczem po trzydziestce, spróbował jeszcze przez trzy sezony smaku pierwszoligowej piłki w Izraelu, gdzie grał dla Hapoelu Jerozolima. Jeszcze u progu lat 80. Stefan Machaj niejednokrotnie przywdziewał reprezentacyjną koszulkę, grywając w polskiej kadrze juniorów, lecz do pierwszego oddziału biało-czerwonej husarii nigdy się nie przedostał.

Zdzisław Strojek. Choć zaczynał w Igloopolu Dębica, a pierwszoligową karierę inaugurował w barwach krakowskiej Wisły, to jednak najpiękniejsze karty swej piłkarskiej przygody zapisał grając dla GKS Katowice. Aż 21 razy występował wraz z tym klubem w europejskich pucharach, mierząc się z takimi firmami jak Bayer Leverkusen, FC Brugge, Galatasaray czy Benfica. Jego nazwisko nieco szerszym echem odbiło się po futbolowych zakątkach Starego Kontynentu, gdy w październiku 1994 roku, Strojek swym strzałem życia w samej końcówce spotkania z naszpikowanym gwiazdami, faworyzowanym Bordeaux, zapewnił katowickiej drużynie niespodziewane zwycięstwo.

Dariusz Kofnyt. Bardzo solidny (ponad 200 występów w ekstraklasie) i na dobrą sprawę bodaj jedyny spośród ważnych graczy znakomitego, mistrzowskiego Lecha Poznań z początku lat. 90, o którego nigdy nie zapytała dorosła reprezentacja Polski. Swój romans z biało-czerwonym strojem zakończył zatem Kofnyt na występach w narodowej kadrze juniorów. Przeżył za to fantastyczne pucharowe przygody w barwach Kolejorza w europejskich pucharach, w których łącznie zaliczył 13 występów.

Dariusz Czykier. Tajemnicą poliszynela w szeroko pojętym piłkarskim światku jest odpowiedź na pytanie dlaczego zawodnik o tak wysokich umiejętnościach piłkarskich, kojarzony z pierwszoligowych boisk głównie w kontekście Jagielloni i Legii, nie zrobił znacznie efektowniejszej kariery. Jednak całościowy bilans i tak uciułał całkiem niekiepski: mistrzostwo kraju (1994), dwa Puchary Polski (90, 97), 230 występów w ekstraklasie i 33 gole. Do tego aż osiemnaście przetarć w europejskich pucharach, w tym dotarcie wraz z Legią aż do półfinału Pucharu Zdobywców w 1991 roku. A warto też pamiętać o dwóch bramkach wbitych na międzynarodowej arenie takim zespołom, jak Sampdoria Genua czy Panathinaikos Ateny. W koszulce z białym orłem na piersi grywał w reprezentacji młodzieżowej pod koniec lat 80., lecz progów pierwszej kadry biało-czerwonych nigdy nie przestąpił.

Jacek Kot. Najskuteczniejszy gracz w historii pierwszoligowych występów bydgoskiego Zawiszy. Do tego blisko pół setki trafień również na drugoligowym froncie. W ekstraklasie o Jacku Kocie szczególnie głośno było w sierpniu 1989 roku, kiedy to na stadionie w Poznaniu strzelił Lechowi aż cztery gole. Awans do kadry wydawał się być wówczas kwestią czasu, lecz ostatecznie Kot nigdy w biało-czerwonych barwach nie zagrał. W 1993 roku strzelał gole również Rapidowi Wiedeń oraz duńskiemu Broendby w ramach Pucharu Intertoto.

Sławomir Suchomski. Kilkanaście lat na boiskach polskiej ekstraklasy, 271 występów i 64 trafienia dla poznańskich: Olimpii i Lecha, a także Lechii/Olimpii, Bełchatowa, Dyskobolii i Widzewa. Na początku lat 90. grał dla polskiej reprezentacji B, ale do upragnionej literki A nigdy nie udało mu się przeskoczyć.

Jacek Cyzio. Na przestrzeni całych dziejów polskiego futbolu tylko kilku naszym graczom udało się strzelić gola na szczeblu półfinałowym któregoś z europejskich pucharów. Jednym z nich, obok m.in. Lubańskiego, Kowalczyka, Warzychy czy Lewandowskiego  jest właśnie Cyzio, którego trafienie przeciwko Manchesterowi United dało przy Łazienkowskiej 50 sekund nadziei na spełnienie marzenia o wielkim finale PEZP. W polskiej ekstraklasie Jacek Cyzio grał i strzelał głównie dla Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Z tą ostatnią sięgnął w 1990 roku po Puchar Polski, zdobywając zresztą gola w finale. A potem przeżył w stołecznych barwach wspaniałą przygodę w Pucharze Zdobywców, eliminując wielką wówczas Sampdorię oraz tocząc bój o finał z MU. Dorobek Cyzio w europejskich pucharach jest w ogóle bardzo bogaty. Rozegrał w nich łącznie 21 spotkań, strzelając dwa gole. Miał okazję potykać się z takimi zespołami jak Verona, Barcelona, Aberdeen, Sampdoria, Manchester United, a potem, reprezentując już barwy tureckiego Trabzonsporu, wyrzucił z Pucharu UEFA Olympique Lyon Domenecha oraz grał przeciwko Atletico Madryt Luisa Aragonesa. W Turcji, Cyzio wywalczył z Trabzonem puchar kraju w 1992 roku, często trafiając w lidze przeciwko takim tamtejszym potęgom jak Galatasaray, Besiktas czy Fenerbahce. U progu lat 90. Jacek Cyzio niejednokrotnie grywał w kadrze młodzieżowej. Jeszcze w lutym 1988 roku, selekcjoner pierwszej reprezentacji, Wojciech Łazarek, powołał napastnika Pogoni na mecze z Rumunią i Izraelem, lecz oba spotkania Cyzio przesiedział na ławce rezerwowych przyglądając się debiutowi swego późniejszego klubowego kolegi - Romana Koseckiego. Jego własny debiut w biało-czerwonych barwach nigdy nie nastąpił.

Piotr Prabucki. Uchodzący za ogromny talent wychowanek Goplanii Inowrocław był zawodnikiem skutecznym, walecznym i ambitnym. Przygniatającą większość spośród swoich 53 goli na boiskach ekstraklasy, strzelił dla poznańskich: Warty i Lecha, choć na pierwszoligowym poziomie trafiał również dla Lechii Gdańsk, Jagielloni i GKS Katowice (wywalczył tu Puchar Polski w 1991 roku). W połowie lat 90. przez aż trzy sezony z rzędu należał do ścisłej czołówki strzelców w ekstraklasie. W kwietniu 1995 roku w poznańskich derbach pomiędzy Wartą i Olimpią, uzyskał dla Zielonych bramkowego hat-tricka. Wielokrotnie grywał w polskich kadrach juniorskich oraz w młodzieżówce (strzelił nawet gola Anglikom w eliminacyjnym meczu w Jastrzębiu). Występował również w polskiej reprezentacji B, będącej ścisłym zapleczem pierwszej kadry biało-czerwonych. Tego najważniejszego z reprezentacyjnych trykotów nigdy jednak nie przywdział.

Przemysław Bereszyński. Wychowanek poznańskiego Lecha, z którym zdobywał nie tylko Mistrzostwo Polski juniorów (1987), ale sięgał również dwukrotnie po triumfy w dorosłej ekstraklasie (1990, 92; ma też na koncie tytuł przyznany Lechowi w 1993). Solidny obrońca, który trafił w Poznaniu na wspaniałe chwile Kolejorza, dzięki czemu zaliczył aż 12 występów w europejskich pucharach. Brał udział również w tych najbardziej legendarnych pucharowych bataliach poznańskiej lokomotywy z FC Barceloną, Olympique Marsylia czy Panathinaikosem Ateny. We wrześniu 1992 roku selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, powołał go na rozgrywany w stolicy Wielkopolski eliminacyjny do World Cup ’94 mecz z Turcją, ale poznański defensor nie powąchał murawy w koszulce z białym orłem. Musi zadowolić się faktem, że udało się to po latach jego synowi.

Adam Grad. Cudowne dziecko ŁKS. Wielki talent. Selekcjoner biało-czerwonych, Andrzej Strejlau, z niecierpliwością i wielką nadzieją oczekiwał aż piłkarz dojrzeje by stać się filarem polskiej reprezentacji. Miał być jednym z pierwszych olimpijczyków Wójcika, którzy zmienią szyld i pojadą dalej, i to jeszcze przed igrzyskami w Barcelonie. Od samego początku istnienia kadry olimpijskiej ’92, Grad był wiodącą siłą ofensywnych poczynań tej drużyny. Strzelał dla niej mnóstwo bramek, miał niepodważalne miejsce w linii ataku. To właśnie on w listopadzie 1990 roku na kilka minut przed końcem spotkania strzelił bezcennego, zwycięskiego gola w eliminacyjnym pojedynku z Turcją w Stambule. Niespełna rok później, 15 października 1991 roku w Bydgoszczy miało jednak miejsce dość istotne wydarzenie. W przedostatnim, grupowym meczu eliminacji do igrzysk w Barcelonie, Polacy strasznie męczyli się z Irlandczykami. Potrzebowali za wszelką cenę zwycięstwa, a wynik wciąż był bezbramkowy. W 70 minucie Wójcik zdejmuje z murawy Grada. Wchodzi Juskowiak i strzela dwa decydujące gole. W następnym meczu z Anglią to już Jusko wyjdzie w pierwszym składzie i znów trafi dwukrotnie. Grad traci miejsce w ataku na rzecz imponującego formą napastnika Lecha. Jakiś czas później, na własne życzenie, zaprzepaści też swą życiową szansę na olimpijski medal. W dwudziestą rocznicę barcelońskiego srebra, w rozmowie z Pawłem Grabowskim dla Onet.pl, Janusz Wójcik wspominał: Przed jednym zgrupowaniem powiedziałem, że o tej i o tej wszyscy mają wrócić do hotelu w normalnym stanie. Adaś Grad nie posłuchał. Wrócił późno, w stanie dalekim od normy. Na drugi dzień było "do widzenia". Gdyby nie jakieś tam bzdury, które wpadły mu do głowy, najpewniej pojechałby na igrzyska. Nie wiem, czy w pierwszym składzie, bo Kowal i Jusko byli wtedy w formie, ale pewnie by wchodził. Miałby jakieś tam miejsce. Być może był to moment zwrotny dla piłkarskiej przygody Grada. To, że na własne życzenie wypadł z kadry olimpijskiej na ostatnim wirażu przeżył ponoć bardzo mocno. Zresztą tajemnicą poliszynela jest, iż zawodnik ten nie pomagał swojej karierze również i potem. Utonął w naszej pierwszoligowej przeciętności, grywając dla ŁKS, Olimpii Poznań czy Sokoła Tychy. Przeplótł to wszystko krótką przygodą w lidze tureckiej, gdzie jesienią 1994 roku strzelił dla Kayserispor cztery gole. Po barcelońskiej traumie Grada, temat reprezentacji nigdy już dla niego nie zaistniał.

Mirosław Waligóra. Aż dziw, że tej klasy napastnik nigdy nie dostał swej reprezentacyjnej szansy. Trafiał do bramki niemal na zawołanie. W barwach krakowskiego Hutnika, wystarczyły mu cztery pierwszoligowe sezony do zgromadzenia pokaźnej liczby 61 goli (w sezonie 1990/91 był jeszcze wiceliderem w końcowej klasyfikacji najlepszych snajperów ekstraklasy, lecz już w 1992 roku na skutek swych dwudziestu bramkowych zdobyczy, mógł włożyć na skronie koronę króla strzelców). W 1994 roku wyjechał do Lommel i przez osiem sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach w Belgii, zgromadził na swym koncie łącznie 60 goli. Do tego należy doliczyć kilkadziesiąt trafień uzyskanych na drugoligowym, zarówno polskim, jak i belgijskim froncie, bramki zdobywane w krajowych pucharach itd. Waligóra strzelał również w reprezentacji olimpijskiej. Miał nawet ogromną szansę na zdobycie swego gola na igrzyskach w Barcelonie. 24 lipca 1992 roku w Saragossie, podczas pierwszego meczu Polaków na turnieju przeciwko Kuwejtowi, Wójcik wpuścił na końcowe kilka minut Waligórę, zdejmując z boiska bohaterskiego autora obu zwycięskich trafień – Juskowiaka. Napastnik krakowskiego Hutnika egzekwował rzut karny, lecz nie zdołał zamienić go na bramkę. Więcej już od Wójcika szansy na igrzyskach nie otrzymał. Nigdy nie dostał też zaproszenia do pierwszej kadry biało-czerwonych, a wydaje się, że w pełni na nie zasłużył.

Dariusz Koseła. Nasz polski „Gazza”, czyli gracz przypominający swym wyglądem słynnego angielskiego gwiazdora. Koseła bardzo długo był filarem, na którym opierała się gra olimpijskiej reprezentacji Wójcika. Z czasem zaczął tracić miejsce w podstawowym składzie, ale w szerokiej kadrze trzymał się mocno. Na igrzyska do Barcelony  pojechał i wrócił stamtąd ze srebrnym medalem, lecz należał do grona tych zawodników, którzy nie zagrali w turnieju ani sekundy. To był naprawdę ciekawy gracz drugiej linii, dysponujący niezłym uderzeniem, choć niewątpliwie jeszcze pod koniec lat 80. wydawało się, że zrobi znacznie większą karierę. Miał swój drobniutki udział (kilkunastominutowy występ) w wywalczeniu mistrzowskiego tytułu przez Górnika Zabrze w 1988 roku, który zamykał epokę dominacji tego zespołu na polskim podwórku. Koseła wystąpił łącznie w dziewięciu meczach w europejskich pucharach (m.in. przeciwko HSV), strzelając w nich trzy bramki. Najwięcej radości, 19-letniemu wówczas pomocnikowi Górnika, sprawiło zapewne efektowne trafienie głową, uzyskane we wrześniu 1989 roku przeciwko Juventusowi w Turynie. Latem 1995 roku strzelił też honorowego gola podczas potyczki w Pucharze Intertoto z Karlsruhe. Aż przez jedenaście sezonów był wierny pierwszoligowemu Górnikowi, a w ekstraklasie grał też dla Ruchu Radzionków. Dariusz Koseła należał do etatowych reprezentantów Polski, zarówno w kategoriach juniorskich, jak i młodzieżowych. Pozostał jednak jednym z trzech polskich graczy, którzy przywieźli z Barcelony srebrny medal olimpijski, a którym nigdy nie dane było zagrać w pierwszej kadrze biało-czerwonych.

Marek Bajor. Jedyny spośród polskich uczestników olimpijskiego półfinału w Barcelonie, który nigdy nie wystąpił w pierwszej reprezentacji biało-czerwonych. Na igrzyskach rozegrał łącznie trzy spotkania (przeciwko Włochom, USA i Australii). Aż czternaście sezonów z rzędu spędzonych na boiskach ekstraklasy, podczas których zagrał łącznie w 325 spotkaniach (dla Igloopolu, Widzewa i Amiki). Dwukrotnie z rzędu wywalczał mistrzostwo kraju (Widzew 1996 i 97), trzy raz pod rząd przytulał Puchar Polski (z Amiką w latach 1998-2000), a do zdobytych trofeów może zaliczyć również trzy polskie superpuchary (97, 99, 00). Ponadto jesienią 1996 roku trzykrotnie zagrał w barwach łódzkiego Widzewa w elitarnych i nieosiągalnych dziś dla polskich piłkarzy rozgrywkach Champions League. W ogóle Bajor zdobył ogromne doświadczenie w europejskich pucharach, w których łącznie wystąpił aż 34 razy (w tym przeciwko takim zespołom, jak Eintracht, Broendby, Borussia Dortmund, Atletico, Steaua, Heerenveen, Hertha czy Malaga). Zabrakło tylko biało-czerwonego stempla pierwszej reprezentacji.

Robert Dymkowski. Jeszcze gdy młodziutki napastnik szczecińskiej Pogoni biegał po drugoligowych murawach (w 1991 roku, w wieku 21 lat, został królem strzelców na pierwszoligowym zapleczu), kibice tego klubu zwykli już skandować: Robert Dymkowski, najlepszy napastnik Polski! No i wywróżyli, Dymkowski bowiem przez całe lata należał do grona czołowych napastników ekstraklasy. Na naszych pierwszoligowych boiskach strzelił łącznie aż 78 goli (w tym sześć trafień dla Widzewa; reszta uzyskana w portowych barwach). Był to naprawdę wyjątkowo skuteczny snajper o niesamowitym wręcz instynkcie strzeleckim. W sezonie 1995/96 należał do najściślejszej czołówki strzelców ekstraklasy. Miał też w swej karierze epizod grecki, gdy w sezonie 1996/97 wyjechał pograć nieco w towarzystwie późniejszych mistrzów Europy – Zagorakisa i Vryzasa dla PAOK Saloniki (16 meczów i 2 gole). Jeszcze na dwa miesiące przed igrzyskami w Barcelonie w 1992 roku, próbował Dymkowskiego w ataku swej olimpijskiej reprezentacji Janusz Wójcik, ale ostatecznie na udział w srebrnej ekipie napastnik Pogoni się nie załapał. Do pierwszej reprezentacji kraju nigdy się nie przebił. A chyba zasłużył na swoją szansę.

Adam Kucz. Mało, który polski piłkarz lat 90. potrafił tak imponować bajecznym wyszkoleniem technicznym, jak filigranowy pomocnik rodem z Tychów. Niewielu futbolistom na świecie udaje się też strzelić gola bezpośrednio z rzutu rożnego na słynnym Estadio Da Luz, wielkiej Benfice Lizbona, jak uczynił to Adam Kucz w europejskich pucharach, choć bramki tej, prowadzący tamto spotkanie arbiter, postanowił z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, po prostu nie uznać. Gdy w meczu rewanżowym w Katowicach, pomocnik GKS znów zagrał wspaniale, uzyskując trafienie dla swego zespołu, Benfica już na poważnie zainteresowała się polskim graczem, a jej wysłannicy tułali się nawet po Stalowej Woli, podpatrując podczas naszej ligowej młócki obiekt swych zainteresowań. Do transferu ostatecznie jednak nie doszło, podobnie zresztą, jak do występu Kucza w narodowej reprezentacji (choć po meczach przeciwko Bordeaux, selekcjoner Henryk Apostel rozpływał się w zachwytach nad grą filigranowego pomocnika GKS). Mimo, że finezją kopania futbolówki na polskich murawach dorównywało w tamtym czasie Adamowi Kuczowi naprawdę niewielu, to jednak parametry fizyczne, niekoniecznie były jego sprzymierzeńcem w walce o koszulkę z białym orłem na piersi.

Grzegorz Król. Zdecydowanie jeden z najzdolniejszych naszych piłkarzy ostatnich kilkunastu lat, który nigdy nie wystąpił w polskiej reprezentacji. Niesamowity instynkt strzelecki. W siedemnastu spotkaniach europejskich pucharów w barwach Amiki Wronki uzyskał aż 12 goli (pokonywał bramkarzy m.in. Heerenveen, Ałanii Władykawkaz, Herthy, Servette czy Malagi). Przeciwko walijskiemu Llansantfraid skompletował hat-tricka, w Maladze strzelił bramkę już w 54 sekundzie spotkania. W polskiej ekstraklasie zanotował łącznie 41 trafień w niespełna dwustu spotkaniach. Był autorem dwóch pierwszoligowych hat-tricków. Z Amiką wywalczył trzykrotnie z rzędu Puchar Polski, a dwukrotnie superpuchar kraju. Testowany za młodu przez słynny Ajax, swego czasu bliski przejścia do PSV Eindhoven, a w 2004 roku był też o krok od przywdziania trykotu poznańskiego Lecha (w którym grał już kiedyś u progu swej futbolowej przygody). Nie tylko jednak transfer do Kolejorza, ale i szansę na zrobienie naprawdę efektownej piłkarskiej kariery przegrał w nierównej potyczce z hazardowym nałogiem (o czym potrafi po latach w sposób mądry i bardzo otwarty opowiedzieć). Jest czego żałować.

 

cdn...

R.

 
1 , 2 , 3