Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 30 kwietnia 2014
Ostatni taki bal

Kilka dni temu ucieszyliśmy się wszyscy radością szczerą, choć zatroskaną nieco o to, co dalej, z wywalczonego w niezłym stylu, awansu polskich hokeistów na zaplecze elity. Po trzech latach szamotania się w trzeciej lidze światowego hokeja, biało-czerwoni znów znajdą się za rok w gronie dwudziestu dwu najlepszych drużyn globu. Trochę na przekór skrzeczącej rzeczywistości, wciąż wielu z nas marzy o powrocie polskich Orłów do elitarnej szesnastki. Miara naszych marzeń jest bowiem zarazem miarą upadku polskiego hokeja, jaki dokonał się na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza i wiele mówi o tym, w jakim miejscu znajduje się obecnie ta piękna dyscyplina sportu w rodzimym wydaniu pośród światowej stawki. A przecież to właśnie dziś, w godzinach popołudniowych, minie dokładnie 25 lat od momentu, gdy biało-czerwoni po raz ostatni zagrali w ścisłej, ośmiodrużynowej światowej elicie. To właśnie wtedy rozpoczął się gwałtowny proces zmierzchu pewnej epoki w dziejach polskiego hokeja.

Biało-czerwoni jechali na szwedzki turniej o mistrzostwo świata w kwietniu 1989 roku, niczym na egzekucję. Niemal wszyscy spisują nas na straty, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo my jej tanio na pewno nie sprzedamy – odgrażał się niemal w przededniu inauguracyjnego spotkania, legendarny Henryk Gruth. Polski zespół, który jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej, aż do momentu dyskwalifikacji Jarosława Morawieckiego, nadspodziewanie dobrze spisywał się podczas igrzysk olimpijskich w Calgary, gdzie m.in. minimalnie przegrał z Kanadą (0:1) i sensacyjnie zremisował ze Szwecją (1:1), czekało naprawdę niełatwe zadanie przedłużenia swego bytu pośród hokejowej śmietanki. W porównaniu do olimpijskiego turnieju sprzed roku, Leszek Lejczyk zabierał teraz za Morze Bałtyckie kadrę, zdaniem wielu po prostu osłabioną, zmianą aż siedmiu nazwisk.

Już na dzień dobry, wieczorem 15 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, przyszło się zmierzyć Polakom, z broniącymi mistrzowskiego tytułu gospodarzami imprezy. Biało-czerwoni zagrali naprawdę bardzo przyzwoicie i jeszcze w połowie meczu sensacyjna powtórka z olimpijskiego remisu wydawała się być jak najbardziej realna. Co prawda na niespełna 150 sekund przed syreną kończącą pierwszą tercję, ówczesny napastnik New York Rangers, hokeista, który podczas swych piętnastu sezonów gry na lodowiskach NHL, w 1122 występach uzbiera łącznie blisko tysiąc punktów (w tym 426 goli), Tomas Sandstroem, wykorzysta okres gry w przewadze i na kilkanaście sekund przed powrotem z ławki kar Janusza Syposza, pokona bramkarza Naprzodu Janów - Andrzeja Hanisza, lecz podopieczni Lejczyka wcale nie złożą broni. W 27 minucie spotkania, debiutujący na wielkiej imprezie, napastnik GKS Tychy, Marian Drasyk, dobije potężny strzał Piotra Zdunka i wprawi w osłupienie, wypełnioną ponad trzynastotysięczną widownią, sztokholmską Globen Arena. Choć Polacy w drugiej tercji mają wręcz przewagę w strzałach na bramkę, to jednak gospodarze schodzą na kolejną przerwę z prowadzeniem 3:1. Gole uzyskane w końcówce drugiej tercji przez legendę Winnipeg Jets, Thomasa Steena (łącznie przez 14 sezonów gry dla Jets w NHL - 1006 występów i 861 zdobytych punktów, w tym 276 goli) oraz ponownie Sandstroema, a także trafienie w pierwszych sekundach ostatniej odsłony uzyskane przez Fredrika Olaussona (łącznie 16 sezonów w NHL, 1093 występy i 610 punktów) na dobrą sprawę, w niespełna cztery minuty przesądziły o losach spotkania. Wynik na 5:1 ustalił kolejny gwiazdor zza Oceanu, ówczesny gracz nowojorskich Rangers – Ulf Dahlen (14 sezonów w NHL, 1051 występów, 695 punktów w tym 316 goli). Warto przypomnieć, że w ekipie gospodarzy, podczas meczu przeciwko biało-czerwonym asysty przy golach zaliczyli m.in. Kent Nilsson (już wtedy mający na koncie 612 spotkań i 738 punktów w NHL) oraz Thomas Albelin (1033 występy w NHL), a w obronie wystąpił również, dobiegający już wówczas powoli do czterdziestki na karku, legendarny obrońca Borje Salming, członek panteonu Hall Of Fame NHL, który na lodowiskach za Oceanem spędził łącznie szesnaście sezonów (1229 występów, 836 punkty). Kilka lat temu Salming został wybrany, obok Tretiaka, Fietisowa, Charłamowa, Makarowa i Gretzkyego do piątki stulecia IIHF, All-Star Team. Celowo tak nachalnie przypominam te wszystkie imponujące cyfry, bilanse i osiągnięcia, by niemal łopatologicznie uzmysłowić nam wszystkim, z kim mieli okazję mierzyć się wówczas polscy hokeiści podczas szwedzkiego, lodowego mundialu przed ćwierćwieczem. I westchnąć z rozrzewnieniem.

Występ naszych hokeistów przeciwko naszpikowanym gwiazdami, broniącym mistrzowskiego tytułu, gospodarzom imprezy, mógł długimi chwilami nastrajać umiarkowanym optymizmem. Jednak już 24 godziny później, miny w polskiej ekipie zdecydowanie zrzedły. W pierwszej tercji swego drugiego spotkania, biało-czerwoni, wbrew zaleceniom sztabu szkoleniowego, po husarsku, lecz dość lekkomyślnie, zdecydowali się pójść na wymianę ciosów z kanadyjskimi gwiazdami. Po 20 minutach przegrywaliśmy z Klonowym Liściem 0:2, jednak druga odsłona była już istną katastrofą. Polscy hokeiści wycieńczeni morderczym tempem pierwszego starcia, drugie przegrali aż 0:7 i na niewiele zdała się nawet zmiana w bramce Gabriela Samoleja na Hanisza, po tym jak ten pierwszy w niespełna dwie minuty został pokonany aż trzykrotnie. W ostatniej tercji Kanadyjczycy znów nieco zwolnili tempo i poczęstowali nas zaledwie dwoma trafieniami. Biało-czerwoni niespecjalnie siali popłoch pod kanadyjską bramką, w której po pół godzinie gry Seana Burke zastąpił, pochodzący z Dąbrowy Białostockiej, Peter Sidorkiewicz. Ostatecznie skończyło się na pogromie 11:0. Dwa trafienia i dwie asysty Briana Bellowsa (łącznie 17 sezonów w NHL, 1188 występów i 485 goli) w ostatecznym rozrachunku będą stanowiły istotny wkład w wywalczenie przez niego tytułu najskuteczniejszego gracza tego mistrzowskiego turnieju. Aż o cztery bramkowe łupy wzbogacił się na Polsce Andrew McBain. Dwukrotnie Hanisza pokona też wielka legenda światowego hokeja, członek panteonu Hall of Fame NHL, jeden z najskuteczniejszych graczy tej ligi – Dale Hawerchuk (łącznie 16 sezonów w NHL, 1188 występów, 1409 punktów, w tym aż 518 goli). Swoje trafienie dołoży też Kirk Muller (19 sezonów w NHL, 1349 meczów, 959 punkty, w tym 357 goli), a przy asystach, zapunktują na tle biało-czerwonych również takie tuzy kanadyjskiego hokeja, jak Scott Stevens (członek Hall of Fame NHL, siódmy w tabeli wszechczasów, jeśli chodzi o największą ilość meczów w NHL - 1635, w której spędził aż 22 sezony i zdobył 908 punktów), John MacLean (18 sezonów w NHL, 1194 punktów) czy Randy Carlyle (18 sezonów w NHL, 1055 występów, członek All Star Team NHL z 1981 roku). Aż strach pomyśleć, co działoby się na lodzie, gdyby w meczu z Polską wystąpili również Mark Messier i Steve Yzerman, którzy wspierali już zespół Klonowego Liścia w następnych spotkaniach na szwedzkim turnieju. Cóż, w Kanadzie jest więcej lodowisk niż w Polsce wszystkich hokeistów, trzeźwo konstatowali obserwatorzy mistrzowskich zmagań.

Jeszcze gorzej było dwa dni później, gdy Polacy zostali rozbici przez Czechosłowację w stosunku 0:15. Bywały i takie momenty w tym meczu, kiedy biało-czerwoni w 77 sekund potrafili stracić aż trzy bramki. Poza tym rywale aż trzykrotnie strzelali nam gole, grając w liczebnym osłabieniu. Tradycyjnie już najbardziej zatrważająca w wykonaniu Polaków była druga tercja, którą przegraliśmy aż 0:8. Łaskawy okazał się za to dla nas skrzydłowy drugiego ataku naszych południowych sąsiadów, dzisiejszy trener GKS Tychy, Jiri Sejba. W festiwalu strzeleckim jaki urządził sobie kosztem biało-czerwonych zespół Czechosłowacji, ówczesny gracz Pardubic, były mistrz świata z 1985 roku, a przyszły skrzydłowy Buffalo Sabres, nie zapunktował. Reprezentanci Polski nie potrafili wykorzystywać nawet sytuacji sam na sam z Dominikiem Haszkiem, który po latach stanie się prawdziwą legendą światowego hokeja i aż sześciokrotnie będzie wybierany do All Star Team NHL. Jest mi wstyd, że nasz zespół gra tak słabo - było to jedyne zdanie, jakie po pogromie z Czechosłowacją zdołał wykrztusić z siebie Leszek Lejczyk. RFN wydaje się być poza zasięgiem. Fakt, że wciąż gramy w grupie A, należy uznać za wydarzenie będące absolutnie wbrew logice – pisał korespondent "Przeglądu Sportowego", Marek Suchy. Inni dodawali z sarkazmem, że w Szwecji lód jest po prostu zbyt śliski dla polskich hokeistów.

Po upływie 20 godzin, Polakom znów przyszło przełknąć kolejną dwucyfrową porażkę na szwedzkiej tafli. W spotkaniu z radziecką maszyną, biało-czerwoni na dobrą sprawę nawet nie podjęli walki, bardzo szybko rzucając ręcznik na lód. Podopieczni Lejczyka nie zdążyli nawet dotknąć krążka, gdy już w 30 sekundzie Władimir Krutow uzyskał prowadzenie dla ZSRR, a w połowie spotkania było już 10:0 dla podopiecznych Tichonowa. Po dziesiątym golu zjechał z bramki debiutujący właśnie na mistrzowskim turnieju bramkarz GKS Katowice – Dariusz Wieczorek. Niedługo potem, honorowe trafienie dla naszego zespołu, uzyskał Roman Steblecki, pokonując Artursa Irbe ładnym uderzeniem. Skończyło się na 1:12, a do polskiej bramki tamtym kwietniowym, wczesnym popołudniem, krążek posyłały takie gwiazdy, jak Krutow i Fiedorow po 2, a także Łarionow, Kasatonow, Chmyliew, Gusarow, Kwartalnow, Bykow (łącznie w swojej karierze strzelił biało-czerwonym dwa gole), Kamienski i Niemczinow. Trzema asystami musiał zadowolić się Makarow. Kilkanaście dni później podopieczni Tichonowa sięgną po swój kolejny tytuł mistrzowski. A biało-czerwoni już nigdy więcej nie zagrają przeciwko ZSRR na wielkim turnieju. W hokeju kończyła się powoli pewna epoka. Najpierw w samym wnętrzu tamtej, legendarnej ekipy. Rozpoczęło się od tarć pomiędzy Łarionowem i Fietisowem, a Tichonowem. Fietisowa odsunięto od kadry, lecz ujęli się za nim, grożąc bojkotem mistrzostw, pozostali członkowie wielkiej piątki – Krutow i Makarow, czyli wszyscy poza Kasatonowem, który uchodził za człowieka Tichonowa. W efekcie przywrócono Fietisowa do drużyny (w Szwecji był nawet jej kapitanem), lecz legendarna piątka uległa rozbiciu, gdyż koledzy nie chcieli już grać wespół z Kasatonowem w tej samej formacji. Odtąd Fietisow tworzył parę obrońców z Szirjajewem, a Kasatonow z Bjakinem. W dodatku na niespełna miesiąc przed sztokholmskim turniejem stała się rzecz historyczna – po raz pierwszy za zgodą radzieckiej federacji, rosyjski hokeista – Siergiej Priachin, podpisał kontrakt z zespołem NHL. Tuż po mistrzostwach świata na podobny krok, lecz bez oficjalnego stempla czerwonych satrapów, zdecydował się 20-letni Aleksandr Mogilny. Jego postępek nie wywołuje innego uczucia jak wstręt – sadził się na morały Tichonow. Jako, że Mogilny był graczem CSKA Moskwa, grożono mu nawet karą za dezercję z wojska. Sytuacja na świecie powoli się jednak zmieniała i z czasem okazało się, że na palcach jednej ręki można policzyć tych radzieckich graczy z meczu przeciwko Polsce z 19 kwietnia 1989 roku, którzy nie zostali potem gwiazdami w NHL (byli to Bykow, Chomutow, Szirjajew, Chalizow i S.Jaszyn). Wiele z filarów radzieckiej kadry ‘89 było już zbyt zaawansowanych wiekowo, by przez długie lata błyszczeć jeszcze za Oceanem, ale swoje wyraźne piętno na rozgrywkach NHL odcisnęli niemal wszyscy poza wymieniona piątką. Fietisow i Łarionow zdążyli sobie nawet jeszcze zapracować na miejsce w panteonie Hall Of Fame NHL. Największą szansę na piękną karierę na drugiej półkuli mieli oczywiście ci najmłodsi i najzdolniejsi, którzy zresztą na szwedzkim turnieju współpracowali ze sobą w trzeciej formacji radzieckiego ataku: Mogilny i Fiedorow - każdy z nich rozegrał w NHL grubo ponad tysiąc spotkań i strzelił ponad pół tysiąca bramek (Fiedorow występował w NHL przez aż 18 sezonów), obaj bywali też wybierani do zespołu Gwiazd NHL. Przeciwko biało-czerwonym na sztokholmskiej tafli zagrali radzieccy hokeiści, którzy w przyszłości na lodowiskach NHL będą autorami łącznie niemal dwóch tysięcy goli! Aż jedenastu z nich wystapiło dwa lata wcześniej, w lutym 1987 roku w Quebec, w słynnym dwumeczu Randevois Cup, pomiędzy gwiazdami NHL a reprezentacją ZSRR (pierwszy z nich podopieczni Tichonowa przegrali 3:4, drugi wygrali 5:3). Pamiętajmy też, że Wiaczesław Fietisow aż dziewięciokrotnie bywał wybierany do piątki All Star Team turniejów mistrzostw świata. Siergieja Makarowa ten zaszczyt spotykał aż ośmiokrotnie, Aleksieja Kasatonowa pięciokrotnie, Władimira Krutowa czterokrotnie, a Igora Łarionowa dwukrotnie. Fietisow i Makarow zostali również uhonorowani przez IIHF wyborem do najlepszej piątki stulecia All Star Team. Zespół radziecki to była po prostu absolutnie fenomenalna plejada gwiazd światowego hokeja, która wówczas, wiosną 1989 roku po raz ostatni skrzyżowała kije z reprezentantami Polski.


Hokej: Polska - ZSRR 1:12 (1989) przez numer10 

Po trzech z rzędu dwucyfrowych porażkach na szwedzkim turnieju, selekcjoner polskiej reprezentacji, 46-letni wówczas, prawnik z wykształcenia, w wywiadzie dla katowickiego "Sportu" nie owijał w bawełnę. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że między nami a hokejowymi potęgami istnieje przepaść. Dziś widzimy całą okrutną stronę tego faktu. Powiem szczerze, stojąc w boksie czułem się bezradny wobec rozwoju wypadków i było mi wstyd. Mam za sobą bezsenną noc, rozmowy z zawodnikami i kierownictwem ekipy. Mimo to, nadal po prostu nie wiem, co się stało z tą drużyną. Przegrywamy w katastrofalnych rozmiarach, w bezbarwnym stylu. Sądzę, że w meczach z Finlandią, USA czy RFN mamy minimalne szanse.

Nocne Polaków rozmowy w polskiej ekipie przynoszą jednak pewne ozdrowieńcze owoce. 21 kwietnia, wczesnym popołudniem, biało-czerwoni rozgrywają naprawdę dobry mecz przeciwko Finlandii. Przez pierwsze dwie tercje toczą z Suomi równorzędny, zażarty bój. Polacy zagrali mądrze taktycznie i potrafili stworzyć wiele groźnych sytuacji pod fińską bramką. Mogli objąć nawet prowadzenie, lecz napastnik Naprzodu Janów, Ludwik Czapka nie trafił w krążek będąc przed pustą bramką. Po kwadransie prowadzenie objęli więc Finowie, chwilę później podwyższył je były gracz Buffalo Sabres, Hannu Virta, lecz na 25 sekund przed końcem pierwszej tercji, jedyny obok Jerzego Potza (Eintracht Frankfurt) stranieri w naszej kadrze, grający we włoskim Fassa di Canazei – Jan Stopczyk, uzyskał kontaktową bramkę. W 28 minucie ówczesny gracz bytomskiej Polonii, Jerzy Christ znów wpakował krążek do bramki Jukki Tammiego i mieliśmy remis 2:2. Ostatecznie fińscy NHL-owcy: Jari Kurri, Esa Tikkanen, Hannu Jaervenpaa oraz Kari Eloranta przechylili szalę zwycięstwa na korzyść Suomi, ale sporo się przy tym natrudzili. Po raz pierwszy od meczu ze Szwedami, nawiązywaliśmy momentami walkę ze znacznie lepszym rywalem – nie ukrywał radości Leszek Lejczyk.

To, co najpiękniejsze dla polskiego hokeja na tym turnieju miało jednak nadejść dopiero dwa dni później. Niedzielnym wieczorem 23 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, biało-czerwoni po raz pierwszy od szesnastu lat pokonali na mistrzostwach świata RFN 5:3. A przecież podczas, gdy my zbieraliśmy dwucyfrowy łomot od Kanady, Czechosłowacji czy ZSRR, niemieccy podopieczni Xaviera Unsinna remisowali z tą samą Czechosłowacją oraz ze Szwecją. Polscy hokeiści wznieśli się jednak na absolutne wyżyny własnych umiejętności oraz ambicji i po wspaniałej walce pokonali swego odwiecznego rywala w elitarnym gronie. W pierwszej tercji padło aż pięć goli. Prowadzenie, już w 6 minucie spotkania, dał biało-czerwonym, ówczesny skrzydłowy Polonii Bytom, Marek Stebnicki. Niemcy odpowiedzieli trafieniami Gerda Truntschki i Haralda Birka, a na wyrównującą bramkę Krzysztofa Bujara odpowiedział ponownie Birk i schodziliśmy na pierwszą przerwę przegrywając 2:3. Druga tercja była jednak popisem podopiecznych Lejczyka. W 27 minucie wyrównał Roman Steblecki, a niemal równo dwie minuty później, uzyskując swe drugie trafienie, ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie napastnik Naprzodu Janów, który rok wcześniej niemal w ostatnim momencie wypadł z olimpijskiej kadry na Calgary – Krzysztof Bujar. Na niespełna sto sekund prze końcem drugiej tercji wynik meczu na 5:3 ustalił obrońca bytomskiej Polonii, Andrzej Kądziołka. Gdy w końcówce spotkania Unsinn wycofał bramkarza, Janusz Adamiec mógł jeszcze bardziej pogrążyć rywali, ale zabrakło mu nieco precyzji.

Jeszcze Polska nie zginęła! To największa sensacja tych mistrzostw! – krzyczała nazajutrz szwedzka prasa. W polskiej szatni panowała istna euforia. Leszek Lejczyk był po meczu skrajnie rozemocjonowany. Dopiero następnego dnia mógł udzielać składniejszych wypowiedzi. Mówiliśmy chłopakom, że Niemcy mają dwie mocne piątki, a pozostałe są znacznie słabsze. Mówiliśmy, że musimy grać do momentu kompletnej utraty sił. Zawodnicy rzeczywiście walczyli z niebywałą pasją. Mimo to, w zwycięstwo uwierzyłem dopiero w połowie ostatniej tercji – wyznawał polski selekcjoner. Zagraliśmy na maksimum swoich możliwości. Świetnie bronił Hanisz – dodawał asystent Lejczyka, Jerzy Mruk.

Polacy rzeczywiście zdawali się złapać wreszcie odpowiednią formę. Po udanych spotkaniach z Finlandią i RFN, również występ z USA mógł napawać optymizmem. Biało-czerwoni objęli prowadzenie po 10 minutach gry, gdy ówczesnego bramkarza New York Rangers, wybranego trzy lata wcześniej do All Star Team NHL, Johna Vanbiesbroucka (wspaniała kariera w NHL, łącznie blisko tysiąc spotkań), pokonał efektownym strzałem obrońca nowotarskiego Podhala – Robert Szopiński. Vanbiesbrouck udział w spotkaniu przeciwko Polakom przypłacił przykrą kontuzją szczęki. Minutę po golu Szopińskiego wyrównał legendarny Pat LaFontaine (Hall of Fame NHL; 1013 punktów, w tym 468 goli). Na cztery minuty przed końcem drugiej tercji prowadzenie dał naszym rywalom David Snuggerud, a 50 sekund po wznowieniu gry w ostatniej odsłonie bardzo ważną bramkę na 3:1 strzelił wybitny hokeista o polskich korzeniach Edward Olczyk (łącznie 16 sezonów i 1031 występów w NHL), na którego mecze tłumnie zjeżdżała swego czasu amerykańska polonia. Decydujący cios zadał Dave Christian (15 sezonów i ponad tysiąc spotkań w NHL) i ostatecznie Polska przegrała z USA 1:6, choć wynik ten nie do końca oddaje rzeczywisty obraz dość równorzędnej walki, jaką przez większą część spotkania toczyły ze sobą oba zespoły.


Hokej: Polska - Stany Zjednoczone 1:6 (1989) przez numer10

Polacy kończą więc zasadniczą fazę rozgrywek o mistrzostwo świata na siódmym miejscu, a zarazem plasują się na piątej pozycji w Mistrzostwach Europy (których klasyfikacja ustalana była właśnie na podstawie wyników grupowej fazy hokejowego mundialu), co stanowi niewątpliwe apogeum ówczesnych możliwości polskiego hokeja. Nieosiągalne już nigdy potem.

Nazajutrz zespoły polski i amerykański znów stanęły ze sobą oko w oko, lecz tym razem gra toczyła się już w rozgrywkach o miejsca 5-8. Polacy podświadomie oczekiwali już chyba na decydujący o utrzymaniu w ścisłej elicie bój z Niemcami i pojedynek z USA potraktowali nieco po macoszemu. Przewaga Amerykanów była teraz bardzo wyraźna, a Polacy znów najbardziej gościnni postanowili być dla rywali w drugiej tercji, przegrywając ją aż 0:5. Ostatecznie przegraliśmy ten mecz 2:11, a trafienia dla biało-czerwonych zaliczali wyłącznie napastnicy Naprzodu Janów – Piotr Kwasigroch (na 1:2) oraz Ludwik Czapka (na 2:9). Dla Amerykanów, poza dwiema bramkami Eda Olczyka, gole zdobywały m.in. takie sławy światowego hokeja, jak obrońcy: Brian Leetch (Hall of Fame NHL, dwukrotnie wybierany do pierwszej piątki NHL All Star Team, 18 sezonów, 1205 występów, 1028 punktów) czy Phil Housley (21 sezonów i 1495 występów w NHL, czyli o 8 meczów więcej od następnego, siedemnastego na liście wszechczasów, legendarnego Gretzkyego; 1232 zdobyte punkty), a aż trzykrotnie punktował za asysty w tamtym spotkaniu, znakomity Scott Young (17 sezonów i 1181 występów w NHL).

W kolejnym swym meczu podopieczni Lejczyka jedynie przez pierwszą, przegraną zaledwie jedną bramką tercję, dzielnie wytrzymywali rywalizację z Finami, a znakomicie bronił Hanisz. Gdy w pierwszej części drugiej odsłony, w przeciągu nieco ponad pięciu minut, kolejne trafienia dokładali: dzisiejszy selekcjoner reprezentacji Finlandii, już wówczas z zawodniczą przeszłością w NHL – Kari Jalonen (asystował mu przy tym golu gwiazdor zza Oceanu, Esa Tikkanen), a także Virta oraz jedna z największych legend światowego hokeja, a zdaniem wielu najlepszy gracz szwedzkich mistrzostw – Jari Kurri (łącznie 1398 punktów zdobytych w NHL, w tym aż 601 goli!), biało-czerwoni znów poczęli oszczędzać siły na mecz o wszystko z Niemcami. Pojedynek z Suomi był to najkrótszy, bo trwający łącznie zaledwie 113 minut, mecz tych mistrzostw, a żaden z graczy nie otrzymał nawet jakiejkolwiek kary, co najlepiej świadczy o ewidentnym oszczędzaniu sił i kości. Zespół Lejczyka i tak zmuszony był przecież stawać do decydującego boju osłabiony brakiem kontuzjowanych Kwasigrocha i Stopczyka. A warto przypomnieć, że hokeiści RFN nie próżnowali i w czasie, gdy Polacy przegrywali z Finami, oni byli o włos od remisu z Amerykanami, którym dopiero gol Pata LaFontaine, zdobyty na 10 sekund przed końcową syreną, zapewnił zwycięstwo 4:3.

Dokładnie 25 lat temu, w niedzielę 30 kwietnia 1989 roku, na lodowej tafli sztokholmskiej Globen Arena, w obecności niespełna dziesięciu tysięcy widzów, miała się zadecydować przyszłość polskiego hokeja. W meczu, który rozpoczął się o godzinie 13, biało-czerwonym do spełnienia marzeń wystarczał remis. Reprezentacja RFN, będąca najbardziej zaawansowaną wiekowo drużyną na szwedzkim turnieju, musiała za wszelką cenę wygrać. Polacy wystąpili w składzie: Hanisz – Potz, Gruth, Bujar, Adamiec, J.Szopiński; R.Szopiński, Kądziołka, Steblecki, Christ, Stebnicki; Syposz, Teodorczak, Czapka, Copija, Podsiadło; Bryjak, Drasyk, Zdunek. Po pierwszej, bezbramkowej tercji, wciąż mogliśmy jeszcze cieszyć się perspektywą pozostania w gronie najlepszych. Dramat zaczął się tuż po wznowieniu drugiej odsłony. Nie upłynęła nawet minuta gry, gdy Kądziołka uwikłał się w niepotrzebny drybling, tracąc krążek, który Holzmann zagrał do Rona Fischera. Ten ostatni uderzył nieczysto, ale krążek wymknął się jednak z rękawic Hanisza i znalazł dla siebie miejsce w polskiej bramce. W 30 minucie Czapka staje przed dogodną szansą na wyrównanie, lecz jego strzał szybuje obok słupka Friesena. W początkowych minutach ostatniej tercji, gdy Polacy grają w przewadze, na 45 sekund przed końcem kary niemieckiego hokeisty, Hiemer przychwytuje krążek, zagrywa do Georga Franza, a ten w sytuacji sam na sam z Haniszem, pokonuje naszego bramkarza. Po tym ciosie biało-czerwoni już się nie podniosą. Jeszcze na sześć minut przed końcem, Bryjak znajdując się przed pustą niemiecką bramką, nie sięgnie krążka. Nigdy nie zapomnę poczucia wielkiego rozczarowania i uczucia głębokiego smutku, jakie jeszcze przez kilka następnych dni rozdzierały moje serducho nastoletniego kibica polskiej reprezentacji.

Cudu nie było. Polacy zdegradowani – doniesie nazajutrz krakowskie "Tempo". Niemcy, którzy 13 lat wcześniej, na mistrzostwach świata w Katowicach (tamten mecz pamiętała jeszcze para obrońców: Gruth-Potz, oraz kapitan rywali: Kiessling), strzałem Philippa na 21 sekund przed końcową syreną zrzucili Polaków do grupy B., teraz znów zafundowali nam spadek o poziom niżej. W Sztokholmie nasi hokeiści zagrali słabo, a w kilku meczach wręcz kompromitująco. Czuję się za to odpowiedzialny – mówił już po przylocie do kraju, Leszek Lejczyk, który złożył rezygnację z selekcjonerskiego stanowiska. Dymisja ostatecznie nie została jednak przyjęta, gdyż wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że to nie w Lejczyku tkwi problem rodzimego hokeja. Kapitan polskiego zespołu, Henryk Gruth, przyczyn porażki na szwedzkim turnieju upatrywał w braku kontaktów z silnymi przeciwnikami oraz absencji kilku czołowych graczy z olimpijskiej kadry z Calgary. Korespondent katowickiego "Sportu", Ryszard Szuster, na łamach swego pisma analizował: Siódme miejsce w Sztokholmie przyćmiłoby wiele spraw, których władze PZHL nie potrafią lub też nie chcą rozwiązać. Jeśli w decydującej fazie przygotowań do mistrzostw świata nie dochodzi do meczów kontrolnych, kadrowicze żywieni są w ramach jakiejś głodowej diety, do końca nie wiadomo, kto otrzyma paszport, a kto nie... Nie wiem czy pogrążona w błogim śnie centrala widzi niebezpieczeństwa. Myślę, że nie. Zawodnicy muszą wiedzieć, że mistrzostwo na krajowym podwórku nic nie znaczy. Aby zdali sobie z tego sprawę potrzeba jednak kontaktów z zagranicznymi rywalami. Ponadto nagminny u nas brak sprzętu, pieniędzy, dosłownie wszystkiego, a my chcemy walczyć z Kanadą czy RFN... Tego po prostu nie da się zrobić. Wkrótce ustąpimy miejsca Norwegom, Szwajcarom, a być może także i Włochom. Jakże proroczy charakter miało niestety wiele z tych refleksji...

Mimo wszystko, gdy dokładnie przed ćwierćwieczem, po szwedzkim turnieju, biało-czerwoni opuszczali ośmiozespołową, hokejową elitę (do której notabene zaliczały właśnie swój come back nasze reprezentacyjne zespoły U-20 i U-18), zapewne niewielu przypuszczało, że już nigdy do niej nie powrócą. Ba, że już nigdy potem nie uplasują się nawet w światowej pierwszej dziesiątce. Biało-czerwoni zagrali jeszcze trzykrotnie pośród najlepszych, ale zarówno w 1992 roku (turniej olimpijski w Albertville oraz mistrzostwa świata w Czechosłowacji), jak i w 2002 roku (mistrzostwa w Szwecji) było już to grono złożone z odpowiednio dwunastu i szesnastu ekip. Już nigdy więcej nie mieliśmy okazji, by konfrontować się na wielkim turnieju z zespołami ZSRR czy Kanady. Wraz ze zmianami geopolitycznymi kończyła się też ewidentnie pewna epoka w historii światowego hokeja. A nasz rodzimy, polski hokej wkroczył w ćwierćwiecze stopniowego ześlizgiwania się w przepaść, co opisywaliśmy na tym blogu szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku. Jeśli przyjrzymy się tabeli grupy B sprzed ćwierćwiecza, którą wygrała wówczas Norwegia, wkraczając w miejsce Polski do elity, to skonstatujemy, że wszystkie ekipy znajdujące się wówczas za plecami biało-czerwonych już dawno nas wyprzedziły. Czasy, gdy polscy hokeiści znaczyli cokolwiek w silnych ligach europejskich, a na turniejach mistrzowskich mogli skrzyżować kije z takimi legendami światowego hokeja, jak Kurri, Fietisow, Makarow, Łarionow, Krutow, Mogilny, Fiedorow, Kasatonow, Hawerchuk, LaFontaine, Hasek, Leetch, Bellows, Sandstroem czy Stevens pomieszkują już wyłącznie w krainie wspomnień. Dziś, w 25 lat od niedzielnej, sztokholmskiej porażki z RFN, hasło: Polska ósmą siłą na świecie i piątą na Starym Kontynencie brzmi, jak piękna bajka. Czy kiedykolwiek przemieni się ona jeszcze w rzeczywistość?

Przeczytaj także:

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.1

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.2

Awans i co dalej?

Pożegnanie z hokejowym świętem

Tak to się robi. Słoweńcy na medal

Olimpijskie blaski polskiego hokeja

Rosyjsko-fińska wojna zimowa na hokejowej tafli

Przełamując fale

Kolejne wielkie derby Poznania

piątek, 25 kwietnia 2014
Awans i co dalej?

To było ponad 21 lat temu. 25 marca 1993 roku, podczas mistrzowskiego turnieju grupy B na lodowisku w Eindhoven, stało się coś naprawdę istotnego i brzemiennego w skutki dla polskiego hokeja na całe następne lata. Tamten inauguracyjny mecz wciąż śni mi się po nocach – wyznawał, nieżyjący już dziś, ówczesny prezes PZHL, Bogdan Tyszkiewicz. Biało-czerwoni będący wówczas niemal stuprocentowym faworytem do natychmiastowego powrotu na elitarne salony, niewątpliwie zlekceważyli zespół Wielkiej Brytanii, który jeszcze rok wcześniej ślizgał się w grupie C.

Kto wie, co za kowboje przyjadą reprezentować Wielką Brytanię? Nikt ich nie widział, nikt ich nie zna – mówił na kilka dni przed odlotem na mistrzowski turniej, ówczesny drugi trener polskiej kadry, bohater legendarnego, zwycięskiego meczu z ZSRR z 1976 roku, Andrzej Tkacz. Brytyjczycy przywieźli wówczas do Holandii zespół na pokładzie z aż dziewięcioma graczami, którzy hokejowego rzemiosła uczyli się za oceanem. Choć jeszcze na kilkanaście minut przed końcem spotkania, Polacy prowadzili po golach Zdunka, Cholewy i Klisiaka 3:2, ostatecznie to jednak Wyspiarze zjeżdżali z lodu w glorii sensacyjnych zwycięzców. Kierownictwo polskiego hokejowego związku nawet nie ukrywało, że uznało Brytyjczyków za zespół niegodny podejmowania wysiłku rozpoznania rywala. O ich drużynie w naszym sztabie nie wiedziano kompletnie nic. Zaskoczenie było pełne. Przecież jeszcze w lutym, na miesiąc przed mistrzostwami świata, Brytyjczycy wyraźnie ulegli Holendrom. I to nas w pewnym sensie uspokoiło – przyznawał z rozbrajającą szczerością prezes Bogdan Tyszkiewicz. Inauguracyjnej wpadki nie udało się już biało-czerwonym nadrobić. Choć podopieczni Łotysza Ewalda Grabowskiego (jeszcze z legendarnym Henrykiem Gruthem w składzie, lecz bez Mariusza Czerkawskiego, walczącego wówczas w barwach drugoligowego, szwedzkiego Hammarby o awans do Elitserien) wygrali bardzo pewnie swoje wszystkie pozostałe mecze w turnieju, a Brytyjczycy mieli w kilku spotkaniach bardzo poważne problemy, to jednak właśnie Wyspiarze z kompletem punktów sensacyjnie awansowali do hokejowej elity. Cóż z tego, że sam selekcjoner szczęśliwych zwycięzców, Alex Dampier, uczciwie przyznawał: Reprezentacja Polski była najlepszą drużyną tych mistrzostw. Jednak to nam udało się awansować. Taki czasem jest sport. Szansa zaprzepaszczona na własne życzenie niosła ze sobą bardzo poważne konsekwencje dla polskiego hokeja. Na zapleczu elity ugrzęźliśmy bowiem na dobre kilkanaście lat (nie licząc jednorocznej efemerydy powrotnej do grona najlepszych w 2002 roku), a polski hokej ześlizgiwał się stopniowo po równi pochyłej, o czym pisaliśmy swego czasu znacznie szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku.

Sobotni, popołudniowy mecz z Brytyjczykami żadnymi przykrymi konsekwencjami na szczęście nam nie grozi. Od kilkudziesięciu godzin radujemy się już bowiem z powrotu naszych hokeistów na zaplecze światowej elity. Docenić wypada również fakt, iż podopieczni Igora Zacharkina zaprezentowali się na wileńskim lodzie naprawdę całkiem przyzwoicie. Kowalówka, Malasiński, Kolusz, Laszkiewicz, Łopuski, Chmielewski, Dziubiński i spółka potrafili zademonstrować na Litwie hokej ciekawy i poukładany. Trudno nie dostrzec dość wyraźnego postępu w grze tej drużyny, odkąd dostała się ona w ręce rosyjskiego duetu Zacharkin-Bykow. Biało-czerwoni w każdym ze swych spotkań udowodnili, że są zespołem lepszym, dojrzalszym i skuteczniejszym od rywala. Najtrudniejszym pojedynkiem okazał się być ten toczony przeciw gospodarzom imprezy, grającym twardo, nieustępliwie, dowodzonym na lodzie przez swego kapitana, występującego na co dzień w NHL – Zubrusa, a wspomaganym dopingiem własnych kibiców, dość żywo wyrażających swe niezbyt przychylne nastawienie do polskiej drużyny, by na eufemizmie poprzestać. Niewątpliwie cieszą również pewne zwycięstwa po mądrej grze nad Holendrami i Chorwatami. Przyznam szczerze, że gdzieś tam podświadomie, mimo naprawdę niezłej postawy naszego zespołu w poprzednich spotkaniach, obawiałem się możliwości powtórki z brytyjskiej wpadki sprzed dwóch dekad, tym razem z chorwacką flagą w tle. Oto znów przyjeżdża nieco lekceważony beniaminek z kilkoma naturalizowanymi graczami zza oceanu (Letang grywał przecież nawet w NHL), który odnosi niespodziewane, wysokie zwycięstwa nad teoretycznie wyżej notowanymi zespołami Wielkiej Brytanii i Holandii. Na szczęście Polacy okazali się być od Chorwatów po prostu lepsi. Awans jest więc dla biało-czerwonych premią jak najbardziej zasłużoną. Warto go docenić, bo przez ostatnie dwa lata biliśmy się o niego bezskutecznie. Warto się z niego ucieszyć. Warto też jednak zastanowić się co dalej z tym naszym polskim hokejem? Co z życiem po awansie, które na dobrą sprawę zacznie się już jutro?

Wciąż więcej pytań niż odpowiedzi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż  polska kadra będzie musiała pożegnać się z rosyjskimi szkoleniowcami, którzy na swój codzienny, petersburski chleb będą teraz pracować w KHL. Dobrze byłoby, gdyby w ich miejsce trafił do boksu polskiej reprezentacji trener gwarantujący swym nazwiskiem kontynuację marszu w słusznym kierunku.

Wciąż nie mamy rozsądnego, spójnego, szeroko zakrojonego programu szkolenia młodego, hokejowego narybku. Oczywistym wydaje się również postulat, iż wszystkie kluby z dwu najwyższych poziomów rozgrywkowych w naszym kraju powinny posiadać zespoły młodzieżowe. Warto też zdać sobie wreszcie sprawę, że bez w pełni profesjonalnej, zawodowej ligi, nie mamy co marzyć o stworzeniu podwalin pod progres polskiego hokeja.

Wreszcie dwie kwestie, które od dawna elektryzują wielu fanów lodowej dyscypliny sportu, a które w sposób nie tylko doraźny mogłyby podleczyć poziom naszego rodzimego hokeja. Kwestia naturalizacji zawodników do gry w reprezentacji oraz stworzenia zespołu, który mógłby występować w rosyjskiej KHL, austriackiej EBEL czy choćby w lidze słowackiej. Podczas igrzysk w Soczi zachęcaliśmy, by przyjrzeć się nieco bliżej fenomenowi słoweńskiego hokeja, na pierwszy rzut oka pozbawionego zasobów ludzko-infrastrukturalnych, a który w Rosji święcił triumfy wchodząc do olimpijskiego ćwierćfinału. Ale spójrzmy też choćby i nawet na Chorwatów. Jeszcze cztery lata temu na MŚ I Dywizji gr. B w Ljubljanie wysoko przegrali oni wszystkie swoje mecze i spadli z niej z hukiem. Dziś wyraźnie ogrywają Holendrów i Brytyjczyków, a i dla biało-czerwonych wcale nie byli wyłącznie tłem na lodowej tafli, jak bywało to jeszcze kilka lat temu. W kraju tym, posiadającym zaledwie dwa lodowiska, funkcjonuje zespół występujący w KHL. Nic to, że o sile Medvescaka Zagrzeb stanowią gracze z innymi niż chorwackie paszportami. Niedźwiedź z Zagrzebia jest bowiem sprawcą wspaniałej promocji hokeja w chorwackiej krainie. A to stopniowo, powolutku będzie napędzać koniunkturę, budować infrastrukturę, co z kolei niewątpliwie przełoży się z czasem również na konkretne wyniki. To prawda, że zaledwie czterech hokeistów Medvescaka (Letang, Waugh, Martinovic, Kostovic) grających na wileńskim turnieju, występowało w minionym sezonie w Lidze Kontynentalnej, lecz będzie ich zapewne systematycznie przybywać. Zgodnie z przepisami IIHF, chorwacki związek będzie naturalizował kolejnych graczy, którzy zaliczą wymagany, pełny, dwuletni zawodniczy staż w Zagrzebiu. W tak dobrym towarzystwie dojrzewać będą również talenty rodzimego narybku, to logiczne. Już teraz młody Rendulic jest znaczącą postacią w fińskim HPK. Dziś jeszcze Hrvatska z nami przegrywa, ale czy przegrywać będzie również za dwa, trzy lata, czy też raczej zasili liczne grono zespołów, takich jak choćby Austria, Słowenia, Dania lub Węgry, które niegdyś zbierały od nas cięgi, lecz na przestrzeni ostatnich dwóch dekad pokazały nam plecy? 

Po światowych lodowiskach jeździ ponad pół setki hokeistów o polskich korzeniach. Może warto byłoby wreszcie zainteresować się możliwością budowania, również w oparciu o nich, siły polskiego hokeja. Podjęcia próby stworzenia zespołu, który mógłby zahaczyć się o KHL czy choćby EBEL, mając możliwość regularnego ogrywania się z lepszymi od siebie. A w konsekwencji budowania silnej reprezentacji, która przecież zawsze jest najważniejszą wizytówką każdej dyscypliny sportu. Gdzieś tam po środowisku grasuje również myśl, by z najmłodszych, najzdolniejszych polskich hokeistów zbudować zespół, który przecierałby się i ogrywał w lidze słowackiej. Pomysłów bardziej i mniej ciekawych naprawdę nie brakuje. Wiele rzeczy rozbija się jednak o aspekt ekonomiczny oraz o wizję realizacji pewnych przedsięwzięć. Oby nowi sternicy polskiego hokeja, których za jakiś czas poznamy, byli ludźmi świadomymi celu i sposobu w jaki ów cel zamierzają zrealizować. A póki co, dla naszych hokeistów i sztabu szkoleniowego, za powrót na zaplecze hokejowej elity, po prostu wielkie dzięki!

niedziela, 16 marca 2014
Kolejne wielkie derby Poznania za nami

Całkiem niedawno, bo 4 lutego minęło dokładnie 80 lat od momentu, gdy Poznań cieszył się swym największym i niepowtarzalnym, jak dotąd, triumfem w hokeju na lodzie. Podczas rozgrywanego zimą 1934 roku turnieju finałowego we Lwowie, poznański AZS naprawdę miał pod górkę. A jednak wygrał wszystko, co było do wygrania.

Najpierw, w uważanym przez wielu za przedwczesny finał, pokonał aktualnych wówczas mistrzów kraju, grających na własnym lodowisku, hokeistów Czarnych Lwów 2:1. Poznańscy akademicy posiadali w swej ekipie zaledwie jednego rezerwowego i na dobrą sprawę grali przeciwko faworyzowanym gospodarzom przez cały mecz w tym samym składzie. Na domiar złego, wyśmienity bramkarz AZS, Józef Stogowski, który wystąpił aż na trzech igrzyskach olimpijskich, poturbowany przez napastnika Czarnych, wpadł z impetem na słupek bramki i na kilka minut stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, z obandażowaną głową kontynuował swą znakomitą grę. Bramki Zielińskiego i Warmińskiego pozwoliły poznańczykom odnieść bezcenne zwycięstwo w jaskini lwa. Nie było łatwo również przeciwko kolejnej drużynie występującej na własnej tafli. Akademicy wygrali jednak z miejscową Lechią 2:1, a oba zwycięskie trafienia były dziełem Warmińskiego. Kibice lwowscy bardzo ekspresyjnie demonstrowali swe niezadowolenie z kolejnej poznańskiej wiktorii na ich lodzie, ciskając na taflę nawet... kaloszami. Solidną porcję gwizdów zgarnął też od nich pod swoim adresem legendarny Wacław Kuchar, który był arbitrem tego spotkania. Również w ostatnim swym meczu na finałowym turnieju poznańscy hokeiści mieli przeciwko sobie dwutysięczną, lwowską publiczność. 4 lutego miejscowi kibice żywiołowo dopingowali graczy warszawskiej Legii, bo tylko zwycięstwo stołecznego zespołu pozwalało przedłużyć marzenia o obronie tytułu przez Czarnych. Akademicy z Poznania byli jednak nieugięci, po bramce Krzyżogórskiego na siedem minut przed końcem spotkania, przypieczętowali swój wspaniały sukces. Stogowski, Witalis Ludwiczak czy Zieliński to były ogromnie ważne nazwiska dla ówczesnego polskiego hokeja. Gracze ci występowali przecież na turniejach olimpijskich oraz w mistrzostwach świata, mając możliwość konfrontowania się z najlepszymi z najlepszych. Warto jednak przypomnieć, że swój bezcenny wkład w mistrzowski tytuł dla AZS mieli również tacy gracze, jak Stanek, Kazimierczyk, Urbański, drugi z Ludwiczaków, czy wspomniani już strzelcy bramek w finałowym turnieju: Warmiński i Krzyżogórski.

W epoce przedwojennej grało się w Poznaniu w hokeja nie tylko pod mistrzowskim szyldem AZS. Po lodowych taflach śmigali też zawodnicy takich klubów, jak Lechja, Stella, ŁKP (później jako Warta), Pogoń czy Czarni. Śmiało można by rzecz, że stolica Wielkopolski hokejem stała. Jednak po wspaniałym triumfie akademików z 1934 roku już nigdy później żaden poznański zespół nie znalazł się choćby na podium w krajowych rozgrywkach. W latach 80. proces dogorywania tej dyscypliny sportu w grodzie nad Wartą ostatecznie przypieczętował upadek zespołu Tarpan i zamknięcie lodowiska Bogdanka.

Bardzo dobrze pamiętam, jak u progu lat 90. bez reszty zafascynowany tą lodową dyscypliną sportu, z tęsknotą spoglądałem w kierunku Torunia, który był najbliżej od stolicy Wielkopolski położonym ośrodkiem z hokejem na pierwszoligowym poziomie. Nie mówiąc już o tym, jak bardzo zazdrościłem kuzynom mieszkającym w Tychach, którzy tuż pod nosem, na wyciągnięcie ręki mieli to, od czego mnie dzieliły setki kilometrów. W Poznaniu zionęło w tym temacie wielką, ciemną, głęboką, beznadziejną dziurą. Hokej nam się roztopił i ulotnił. Wyparował po prostu i tyle go widziano.

A dziś? A dziś mamy w grodzie Przemysława aż cztery zespoły i przy pomyślnych wiatrach szansę, by załapać się nawet na kilkanaście w sezonie pojedynków derbowych. Nic to, że dzieje się to wszystko na trzecioligowym froncie w kraju, który sam pałęta się gdzieś tam w trzecim sorcie światowego hokeja. Nic to, że hokejowe występy w stolicy Wielkopolski śledzi zazwyczaj niespełna 23 widzów. PTH, HCP, Mamuty czy Dzikie Krokodyle zapewne nieprędko powtórzą sukcesy sprzed ośmiu dekad, które były udziałem AZS. Gdy jednak przez całe dziesięciolecia nie ma się kompletnie nic, potrafi się docenić nawet to bardzo niewiele. Czasem małe rzeczy naprawdę potrafią cieszyć. Choćby takie, jak to, że podczas dzisiejszych, ćwierćfinałowych, poznańskich derbów PTH-Mamuty, co najmniej kilku naszym graczom (takim, jak m.in. Łukasz Steciuk, Tomasz Ludwinek, Michał Woźnica czy Aleksander Weinert), ani lód, ani łyżwy, ani kije, ani krążek absolutnie nie przeszkadzały w grze. Na dobry początek to już coś. Reszta, być może, przyjdzie później. Krok po kroku. Czy raczej kroczek po kroczku.

No i najważniejsze, że nie grano wyłącznie do jednej bramki. PTH wygrało 15:2 ;)

R.

PS. Mimo wszystko to jednak niesamowite, że na polskim, trzecioligowym froncie grają zawodnicy z Kanady, Szwecji, Finlandii, Słowacji, Islandii czy Japonii... :)

niedziela, 23 lutego 2014
Pożegnanie z hokejowym świętem w cieniu Klonowego Liścia i Trzech Koron, czyli na kilka chwil przed wielkim finałem

Z całego serca życzyłem Finom niedzielnej szansy na zdobycie upragnionego olimpijskiego złota, które wciąż pozostaje dla nich niespełnionym marzeniem. Czyż nie byłoby to piękne, gdyby kończący właśnie swą wspaniałą, lodową przygodę, niespełna 44-letni Teemu Selanne, występujący na swych szóstych już igrzyskach (szkoda, że uciekło mu Lillehammer, bo byłoby tych turniejów aż siedem), mógł wreszcie zawiesić na szyi ten najcenniejszy z kruszców? A jednak trzeba powiedzieć uczciwie - dziś na soczijskiej tafli obejrzymy pojedynek dwóch reprezentacji, które okazały się być podczas tych olimpijskich zmagań zespołami po prostu najlepszymi.

Doskonale zorganizowana szwedzka maszyna już od samego początku pierwszego, grupowego meczu z Czechami funkcjonowała znakomicie. Również wtedy, gdy w półfinałowym boju przeżywała trudne chwile, wielokrotnie grając w liczebnym osłabieniu przeciwko Suomi, wychodziła obronną ręką z największych nawet opresji. Mając bowiem bramkarza pokroju Henrika Lundqvista śmiało można planować największe nawet sukcesy.

Kanadyjczycy, choć bardzo długo nie zachwycali na rosyjskich lodowiskach, to jednak, podobnie jak Trzy Korony, wygrali przecież wszystkie swoje spotkania, a w decydującym pojedynku przeciwko Amerykanom pokazali niemal pełnię swej klasy. Ich półfinałowy rywal, który dotąd prezentował się na soczijskim turnieju z naprawdę jak najlepszej strony, w piątkowej potyczce bardzo często był na lodzie po prostu kompletnie bezradny wobec całkowicie panujących nad sytuacją hokeistów Klonowego Liścia.

W niedzielnym meczu o złoto, Kanadyjczycy skrzyżują więc swe kije ze Szwedami. Nie pierwszyzna to dla obu ekip, iż spotykają się ze sobą w finałowym o boju o wielką stawkę.

Po raz pierwszy reprezentacje spod znaku Klonowego Liścia i Trzech Koron zmierzyły się w bezpośrednim starciu o najcenniejszy z kruszców podczas letnich igrzysk olimpijskich w Antwerpii. 26 kwietnia 1920 roku na belgijskim lodzie, kanadyjski zespół, oparty w głównej mierze na zawodnikach, w których żyłach krążyła krew islandzkich emigrantów, rozgromił Szwedów 12:1. Aż siedem goli dla zwycięskiej ekipy strzelił w tamtym meczu Sigurdur 'Frank' Fredrikson.

 

Na kolejną wzajemną konfrontację o podobnej randze, przyszło obu krajom czekać dość długo. Dopiero po sześćdziesięciu czterech lat, Kanadyjczycy i Szwedzi znów stanęli ze sobą oko w oko, w kontekście batalii decydującej o zwycięstwie w ważnym turnieju. 30 lat temu, w finałowym dwumeczu niezwykle prestiżowego i uchodzącego wówczas za nieoficjalny hokejowy mundial z prawdziwego zdarzenia (bo tylko tu mogli wtedy zagrać w komplecie dla swych narodowych drużyn najlepsi hokeiści z NHL), turnieju Canada Cup, swą wyższość nad rywalem ponownie okazali zawodnicy spod znaku Klonowego Liścia. W pierwszej odsłonie finałowego starcia na tafli w Calgary, 16 września 1984 roku, Kanada wygrała ze Szwecją 5:2. A dwa dni później na lodowisku w Edmonton, po meczu, który był pasjonującym, niezapomnianym widowiskiem, przypieczętowała swój triumf, pokonując Szwedów 6:5. Gospodarze wygrywali już w pewnym momencie aż 5:0 (jedną z bramek zdobył legendarny Wayne Gretzky), lecz reprezentanci Trzech Koron nie zamierzali składać broni i napsuli tego dnia ojczyźnie światowego hokeja sporo krwi. Co ciekawe, najskuteczniejszym strzelcem tamtego turnieju był Szwed Thomas Steen. Parający się dziś w Kandzie polityką, były hokeista, który przez kilkanaście lat strzelił w NHL dla Winnipeg Jets blisko trzy setki goli, to ojciec obecnego zawodnika St. Louis - Alexandra Steena, którego dzisiejszym wczesnym popołudniem zobaczymy w finałowym pojedynku na tafli w Soczi.

Po raz drugi od czasu Antwerpii, w ścisłym olimpijskim finale, hokeistom Kanady i Szwecji przyszło skrzyżować ze sobą kije 20 lat temu, podczas igrzysk w Lillehammer. 27 lutego 1994 roku na norweskiej tafli jesteśmy świadkami naprawdę emocjonującego widowiska. Szwedzi bardzo długo prowadzą po golu Jonssona, lecz w ostatniej tercji, po bramkach Kariyi i Mayera, zwycięstwo wymyka im się z rąk. Trzy Korony przywraca do gry, swym wyrównującym, a uzyskanym na dokładnie 109 sekund przed końcową syreną trafieniem, Magnus Svensson. W serii rzutów karnych bohaterem okażą się, efektownie i skutecznie strzelający Peter Forsberg oraz bramkarz Tommy Salo, na którego sposobu nie będzie potrafił znaleźć w decydującym momencie Paul Kariya.

Był to jedyny, jak dotąd, triumf Szwedów nad Kanadyjczykami podczas ich bezpośrednich starć w ścisłym finale wielkich turniejów. A spotkają się ze sobą obie ekipy w finałowych okolicznościach jeszcze dwukrotnie z rzędu przy okazji mistrzostw świata.

11 maja 2003 roku, w finałowym meczu na lodowisku w Helsinkach, oba zespoły znów serwują nam porywający spektakl. W regulaminowym czasie gry, podobnie jak w Lillehammer znów pada remis 2:2. Gdy dobiega końca czternasta minuta dogrywki, w bardzo ciekawych okolicznościach, trafieniem na wagę 'golden goal', zapewniającym Kanadyjczykom tytuł mistrzów świata, popisuje się ówczesny gracz New York Rangers, ciemnoskóry Anson Carter. Powrót do równowagi emocjonalnej po tym meczu zajmie mi zapewne dobry miesiąc - wyznał tuż po szczęśliwym zwieńczeniu finałowych trudów, trener Kanadyjczyków, Andy Murray.

Niemal dokładnie rok później, ponownie jesteśmy świadkami finałowego pojedynku na mistrzostwach świata pomiędzy reprezentacjami Kanady i Szwecji. Choć 9 maja 2004 roku na praskiej tafli, Trzy Korony jeszcze po pół godzinie gry prowadzą 3:1 (jedną z bramek zdobył Daniel Alfredsson, którego i dziś zobaczymy na lodzie), to jednak finisz zdecydowanie należy już do rywali, którzy pokonują Lundqvista raz za razem i Szwedzi ostatecznie przegrywają z Kanadyjczykami 3:5.

Poza dwoma wspomnianymi olimpijskimi finałami z Antwerpii 1920 i Lillehammer 1994, od czasu gdy na zimowych igrzyskach biorą udział również najlepsi hokeiści z NHL, reprezentacje Kanady i USA wpadły na siebie dotąd dwukrotnie.

14 lutego 1998 roku na tafli w Nagano, Szwedzi objęli prowadzenie po golu Lidstroema, lecz Nieuwendyk, MacInnis i Blake, wyprowadzili dyrygowany na lodzie przez Gretzkyego zespół na prowadzenie. Kontaktową bramkę uzyskał na 10 minut przed końcem Sundin, a potem już żadnej z drużyn nie udało się skierować krążka do siatki rywala i Kanadyjczycy wygrali 3:2.

Osiem lat później, podczas igrzysk w Salt Lake City, Szwedzi zemścili się całkiem srogo, dość niespodziewanie pokonując, już na dzień dobry, późniejszych triumfatorów całej imprezy 5:2 (m.in. dwa trafienia Matsa Sundina).

Czeka nas zatem wczesnym niedzielnym popołudniem kolejne starcie o najwyższą stawkę pomiędzy dwoma hokejowymi gigantami. Gdy weźmie się pod uwagę doskonale zorganizowaną grę w defensywie obu zespołów, a przede wszystkim postać Lundqvista w szwedzkiej bramce, być może na nadmiar bramek nie ma co liczyć, ale już na nadmiar emocji jak najbardziej. Warto w tym miejscu raz jeszcze przypomnieć, że od igrzysk w Oslo z 1952 roku minęły aż 62 lata, zawierające w sobie osiem kolejnych hokejowych turniejów olimpijskich, organizowanych na Starym Kontynencie, podczas których zespołowi spoza Europy nie udało się zgarnąć złota. Czy igrzyska w Soczi dopiszą się do tej listy jako dziewiąte z kolei, czy też Kanadyjczycy przełamią wreszcie passę olimpijskiej niemocy na europejskim lodzie? Dowiemy się wszyscy już niebawem.

Oczekując na pierwsze uderzenie krążka podczas finałowej batalii, znajdujemy się u progu szczytu i kresu zarazem, olimpijskiego turnieju. Można więc pozwolić już sobie na kilka refleksji podsumowujących powoli imprezę, którą mogliśmy przeżywać przez ostatnie kilkanaście dni. I właśnie warto przede wszystkim pamiętać o specyfice tego turnieju, nazywanego przez niektórych wręcz błyskawicznym. 12 dni to naprawdę niewiele czasu na rozegranie hokejowej imprezy na tak wysokim poziomie sportowym. Nie ma tu oczywiście nad czym kruszyć kopii, bo warunki podyktowane zostały, w ogromnej mierze, wymaganiami szefostwa NHL, które wyłącznie na tak krótki okres zgodziło się puścić za Ocean swych najlepszych graczy. Dyskutować zaś już można, i moim zdaniem jak najbardziej należy, nad samą formułą olimpijskiego turnieju. Nie jest chyba do końca zdrowym rozwiązaniem, że zespół, który przegrywa swoje wszystkie mecze w fazie grupowej, wciąż jeszcze ma szanse bić się o medale. Oczywiście, jak zawsze i we wszystkim – są tacy, którzy na tym stracą (w Soczi byli to choćby Szwajcarzy), jak i tacy, którzy zdecydowanie zyskają (vide Łotwa), ale generalnie sam pomysł tak ogromnego osłabienia znaczenia rozgrywek grupowych nie należy chyba do najlepszych. Uważam, że znacznie korzystniejszym rozwiązaniem byłoby po prostu dopuszczenie do igrzysk szesnastu hokejowych ekip i powielenie schematu piłkarskiego Euro z ostatnich lat, czyli zorganizowanie rozgrywek z czterema czterodrużynowymi grupami, z których wychodziłyby po dwie najlepsze, bijące się już potem systemem pucharowym (oczywiście bez rewanżów;) o olimpijskie medale.

Gdzieś w pamięci zagnieździ się zapewne wiele wspomnień z tego turnieju. Myślę jednak, że poza dzisiejszymi finalistami, szczególne słowa uznania należą się również Finom. W ćwierćfinałowym boju, pewnie pokonali, wyrzucając z turnieju gospodarzy igrzysk. Również w półfinale mieli swoje szanse przeciwko Szwedom. Kilkukrotnie grali przecież w przewadze, przez jakiś czas nawet w pięciu na trzech, prowadzili 1:0 i mieli kilka naprawdę niezłych okazji do zadania kolejnego, być może decydującego ciosu. Szwedzi okazali się jednak być w piątek, zespołem lepszym, bardziej wyrachowanym i mającym nieco więcej szczęścia. Kto wie jednak, jak potoczyłyby się losy półfinałowego pojedynku, gdyby bramkę Suomi tego dnia, mógł zamurować swoim zwyczajem, znakomity na tej imprezie Tuukka Rask. Tego niestety nigdy się już nie dowiemy. Znamienne jednak, że w sobotnim meczu o brąz, już z Raskiem między słupkami, który obronił aż dwa karne egzekwowane przez Amerykanów, Finlandia nadspodziewanie gładko rozbiła USA 5:0. Nie ukrywam, że cieszyłem się wraz z Finami, gdy niespełna 44-letni, wcielony hokejowy fenomen, który zwie się Teemu Selanne, będący najlepszym europejskim strzelcem w dziejach NHL, uzyskując w meczu o brąz swe kolejne trafienia, przechodził do historii również jako najskuteczniejszy gracz w całych dziejach igrzysk olimpijskich.

Duże wrażenie zrobił też na mnie styl i pewność amerykańskiego marszu w drodze do najlepszej czwórki turnieju. I choć tam, podopieczni Bylsmy ponieśli już dwie dość wyraźne porażki, to jednak z Soczi mogą z pewnością wyjeżdżać z podniesionymi głowami. Zawiedli za to na pewno gospodarze, których Owieczkin, Daciuk czy Małkin mieli wprowadzić co najmniej do strefy medalowej, a na dobrą sprawę zespół ten, poza całkiem niezłą grą w grupowym, przegranym zresztą meczu przeciwko USA, niespecjalnie miałby się czym pochwalić. Niedosyt z pewnością towarzyszy także występowi Czechów, których barwy - co jest wydarzeniem godnym odnotowania nie tylko z kronikarskiego punktu widzenia - reprezentowali w Soczi m.in. 42-letni Jaromir Jagr oraz rok starszy Petr Nedved, który jeszcze na igrzyskach w Lillehammer grał... dla Kanady. Słowacy, poza dzielną postawą, zaprezentowaną w meczu z gospodarzami igrzysk, zawiedli bodaj najbardziej spośród wszystkich ekip jeżdżących po rosyjskich lodowych arenach. Zdecydowanie większe oczekiwania wobec występu swej reprezentacji mieli też z pewnością szwajcarscy kibice. Helweci w pojedynkach grupowych (pokonali Czechów i Łotyszy, minimalnie ulegli Szwedom) zdawali się potwierdzać swe medalowe aspiracje oraz przekonywać, że wywalczony zeszłej wiosny tytuł wicemistrza świata nie był dziełem przypadku. Gdy jednak przyszło do decydującego boju o ćwierćfinał, niespodziewanie zostali w pokonanym polu (o absurdalnej formule rozgrywek, w myśl której, Helweci mając 6 punktów na koncie, musieli w ogóle taki pojedynek toczyć z Łotwą, której konto punktowe świeciło pustką - już pisałem). Inna sprawa, że fakt, iż Szwajcarzy w swych czterech olimpijskich występach strzelili zaledwie dwa gole, powodów do jakiejś nadmiernej dumy im nie przynosi. Warto jednak zauważyć, że w ogóle, we wszystkich trzech spotkaniach fazy grupowej, z udziałem Szwajcarii, padły łącznie zaledwie trzy gole! Łotyszom, którzy urządzili wspomnianym Szwajcarom wieczorek pożegnalny z igrzyskami w Soczi, uśmiech z ust po tym turnieju, usuwać zapewne trzeba będzie operacją chirurgiczną, bo i niewątpliwie mają oni dość istotne powody do zadowolenia. Już w fazie grupowej, choć zdobyczą punktową się nie skalali, to jednak absolutnie wstydu nie przynieśli, ponosząc minimalne porażki. Potem jednak mieli swoje wielkie chwile w meczu przeciwko Szwajcarom, a i w ćwierćfinałowym boju bardzo dzielnie walczyli z Kanadyjczykami, psując im mnóstwo krwi i będąc naprawdę całkiem blisko sprawienia ogromnej sensacji. Na długo zapamiętam fantastyczną postawę w łotewskiej bramce Gudlevskisa oraz niespotykanie widowiskowy, brawurowy i wręcz heroiczny sposób, w jaki ocalił swój zespół od utraty gola obrońca Kristaps Sotnieks (niewykluczone, że kiedyś, po wielu latach, właśnie tylko ów wyczyn defensora z Rygi będzie żył jeszcze w katalogu mej pamięci, w szufladce pod hasłem: "hokej na igrzyskach Soczi 2014"). Austriackie trio zza Oceanu wsławiło się głównie specyficznym sposobem koncentrowania się przed decydującym meczem ze Słowenią, ale tak czy inaczej, muszę przyznać, że ogromne wrażenie robiła na mnie snajperska klasa Grabnera, który grając przecież w jednym z najsłabszych na tym turnieju zespołów, zdołał mimo wszystko uzbierać pokaźną liczbę trafień. Nieoczekiwaną i niekwestionowaną zarazem rewelacją olimpijskich zmagań była reprezentacja Słowenii. Zwycięski mecz przeciwko Słowakom wyszedł im niemal perfekcyjnie. Kopitar i spółka wznieśli się wówczas na prawdziwy szczyt swoich możliwości. Ale nadspodziewanie dzielnie walczyli oni również w meczach z Rosją, USA czy Szwecją. Austriaków rozstrzelali niemal bezlitośnie, sensacyjnie zapewniając sobie ćwierćfinał. Z tymi ostatnimi poległa na tym turnieju tylko Norwegia. Trudno jednak powiedzieć, by przyniosła ona swym kibicom wstyd na tych igrzyskach, a w meczu z Rosją czy Kanadą, jej gra momentami naprawdę mogła się podobać. Zresztą w ogóle należy podkreślić, że poziom zespołów biorących udział w soczijskim turnieju był bardzo wyrównany. Dawno już do lamusa odeszły czasy, gdy któraś z hokejowych potęg mogła sobie pozwolić na pastwienie się podczas igrzysk nad którąś ze słabszych drużyn, aplikując jej dwucyfrową różnicę bramek. Na rosyjskich taflach najwyższym zwycięstwem było 7:1, które już na dzień dobry Amerykanie zaserwowali... Słowacji. Mieliśmy też w Soczi jeden wynik zakończony bezbramkowym remisem w regulaminowym czasie gry oraz aż cztery spotkania, w których padła zaledwie jedna bramka.

Coraz częściej i coraz mocniej odzywają się niestety głosy, że turniej w Soczi, to szósty z rzędu, lecz zarazem być może, ostatni już taki zajazd hokejowej śmietanki pod szyldem pięciu olimpijskich kół. Dlatego tym bardziej należy docenić tę wspaniałą ucztę, którą przez ostatnich dwanaście dni mieliśmy możliwość się raczyć. Hokej na zimowych igrzyskach, z udziałem tych najlepszych z najlepszych, to niewątpliwie najwspanialsza światowa promocja i afirmacja tej pięknej, fascynującej i porywającej dyscypliny sportu. 

R.

piątek, 21 lutego 2014
Przełamując fale. Czy Amerykanom się uda? Czy Finowie zdołają?

Bywały całe, długie epoki w hokejowych dziejach, gdy każde zerknięcie na dzisiejsze, półfinałowe pary w oczywisty sposób pachniałoby nieuniknioną finałową rozgrywką o olimpijskie złoto pomiędzy zespołami Kanady i Szwecji. A jednak, zarówno amerykańscy, jak i fińscy, młodsi bracia swych niegdysiejszych, surowych nauczycieli lodowego rzemiosła spod znaku kija i krążka, wcale nie zamierzają oddawać im pola w piątkowych potyczkach i skrzętnie planują własny udział w meczu o najcenniejszy z kruszców, będących do zdobycia na zimowych igrzyskach. Czekają nas dziś zatem na soczijskich taflach dwa wspaniałe, hokejowe klasyki, a zarazem zapewne fascynujące sportowe widowiska na poziomie najwyższym z możliwych.

Przyznam szczerze, że zespół USA zrobił na mnie, jak dotąd, zdecydowanie najlepsze wrażenie spośród wszystkich ekip, uczestniczących na hokejowym turnieju olimpijskim, rozgrywanym w Rosji. Amerykanie grają naprawdę z polotem i niesłychanym zaangażowaniem, prezentując coś, co śmiało można by zdefiniować jako hokej totalny. Podopieczni Bylsmy są na tych igrzyskach niemal bliscy perfekcji. Przyznam się bez bicia, że pomimo, iż zespół spoza Europy, na igrzyskach rozgrywanych na Starym Kontynencie, sięgnął ostatnio po olimpijskie złoto aż 62 lata temu w Oslo, to jednak znakomita dyspozycja reprezentantów USA na rosyjskich taflach, skłoniła mnie nawet do tego, by po fazie grupowej, po raz pierwszy od dawna zaryzykować drobną kwotę mamony w trybach bukmacherskich młynów (dzieci, nie róbcie tego same, hazard to bardzo niebezpieczna zabawa) i postawić na ich końcowe zwycięstwo w turnieju. A przecież na tych igrzyskach, los ich wcale nie rozpieszczał. Najpierw trafili do 'grupy śmierci', a potem i w ćwierćfinale, i teraz w półfinale również przydzielono im rywali z najwyższej półki. To jednak nie przypadek, że Amerykanie pozostawili w pokonanym polu zespoły tej klasy, co Słowacja, Rosja czy Czechy. Teraz czeka ich konfrontacja z aktualnymi mistrzami olimpijskimi z Vancouver. Kanadyjczycy jednak przypominają nieco w Soczi głęboko uśpionego tygrysa, który niekoniecznie musi zdążyć przebudzić się na czas. Wygrali, co prawda, grupowe zmagania z Finami, ale męczyli się w meczach, w których absolutnie nie mieli prawa tego robić (przeciwko Norwegom czy Łotyszom) i jeśli podobnie niemrawą dyspozycję zaprezentują w boju o finał przeciwko Amerykanom, nie wróżę im łatwej przeprawy.

Gdy porówna się całościowy dorobek obu ekip na igrzyskach olimpijskich, czy mistrzostwach świata, nie ma wątpliwości, czyja gablotka mieni się większym blaskiem, bijącym od zdobytych trofeów. Kanadyjczycy aż ośmiokrotnie zdobywali olimpijskie złoto, dokładając do tego, cztery srebrne i dwa brązowe medale wywalczone na igrzyskach. Reprezentanci USA natomiast stawali na najwyższym olimpijskim podium dwukrotnie, zresztą czynili to tylko wówczas, gdy rzecz rozgrywała się na ich lodowiskach, w Squaw Valley (1960) oraz Lake Placid (1980). Ośmiokrotnie bywali też na olimpiadzie nagrodzeni srebrem i raz brązem. Na hokejowych mistrzostwach świata, Kanadyjczycy triumfowali aż 24 razy (wywalczając w latach 1920-32 aż sześć tytułów z rzędu), trzynastokrotnie zadowalali się wicemistrzostwem świata, a dziesięć razy zgarniali brąz i aż do początku lat 60. byli niekwestionowanym hegemonem światowego hokeja, oddając potem pałeczkę pierwszeństwa na mistrzowskich turniejach ekipie ZSRR. Dość powiedzieć, że na swe kolejne tytuły mistrzowskie, przyszło hokeistom spod znaku Klonowego Liścia czekać bardzo długo. Olimpijskie złoto wróciło do nich dopiero w 2002 roku, po oczekiwaniach trwających dokładnie pół wieku, a tytuł mistrza świata przytulili w 1994 roku, po upływie przeszło trzech dekad od momentu, gdy uczynili to poprzednim razem. Amerykanie natomiast uzyskiwali tytuł mistrza świata dwukrotnie, dziewięć razy zadowalali się wicemistrzostwem globu, a sześciokrotnie nagradzani bywali brązem. Na jeden z dwóch najcenniejszych kruszców podczas hokejowego mundialu, kibice w USA czekają już od 54 lat. Warto jednak pamiętać, że ze względu na bardzo ograniczony udział zawodników z NHL - hokejowym mistrzostwom świata daleko swym prestiżem do rozgrywek toczonych podczas igrzysk olimpijskich.

Hokeiści Kanady i USA po raz pierwszy w ważnych turniejowych okolicznościach skrzyżowali ze sobą kije na... letnich igrzyskach olimpijskich w Antwerpii. W półfinałowym spotkaniu, rozegranym 26 kwietnia 1920 roku, reprezentanci kraju uznawanego za ojczyznę i kolebkę hokeja na lodzie, po golach Fredricksona i Johanessona, pokonali USA 2:0. Cztery lata później, już na zimowej olimpiadzie we francuskim Chamonix, Kanadyjczycy wygrali 6:1. W 1932 roku na własnym lodzie, podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, reprezentanci Stanów Zjednoczonych, postawili się już rywalom bardzo mocno. Pierwszy mecz przegrali dopiero w dodatkowym czasie 1:2, a w drugim nawet trzy dogrywki nie przyniosły rozstrzygnięcia i spotkanie zakończyło się remisem 2:2. 26 lutego 1933 roku, w ścisłym finale rozgrywanych w Czechosłowacji mistrzostw świata, po trzynastu latach od pierwszej wzajemnej, konfrontacji o dużą stawkę, Amerykanom udaje się wreszcie, po raz pierwszy w historii, pokonać po dogrywce (2:1) na ważnym turnieju zespół Klonowego Liścia. Niespełna rok później, 11 lutego 1934 roku, drogi hokeistów obu ekip znów przetną się ze sobą w ścisłym finale mistrzostw świata, lecz na mediolańskiej tafli, pomimo uzyskania prowadzenia przez USA, ostatecznie po zwycięstwie 2:1 triumfować będzie Kanada. To ważna data, bo choć od tamtego czasu minęło dziesięć dni temu dokładnie 80 lat, Amerykanie i Kanadyjczycy już nigdy więcej nie zagrali ze sobą w meczu ścisłego finału mistrzostw świata. I choć już od bardzo dawna turnieje te odbywają się co roku, to na przełomie ostatniego stulecia, Amerykanom udało się zaledwie sześciokrotnie pokonać na nich odwiecznego rywala. Łupnia dostawali za to bardzo często, bo łącznie blisko pół setki razy. Niejednokrotnie były to porażki w zatrważających rozmiarach, takich jak choćby 2:16 (na MŚ w 1951 roku) czy 1:12 (MŚ '55 i '58). Choć warto przypomnieć, że ostatnie starcie na mistrzostwach z 2012 roku, wygrali po dogrywce właśnie Amerykanie (5:4).

Na olimpijskim szlaku dochodziło za to niejednokrotnie do zaciętych, wyrównanych bojów. Po nieznacznie przegranym przez USA 0:1 spotkaniu z 1936 roku na IO w Garmisch Partenkirchen, po wojnie jeszcze dwunastokrotnie obie reprezentacje stawały naprzeciw siebie podczas zimowych igrzysk. Do 1994 roku cztery te spotkania wygrali Kanadyjczycy (St. Moritz 1948 - 12:3, Innsbruck 1964 - 8:6, Grenoble 1968 - 3:2, Sarajewo 1984 - 4:2), w dwóch padł remis (Oslo '52 - 3:3, Lillehammer '94 - 3:3), a dwukrotnie triumfowali Amerykanie (Cortina d'Ampezzo '56 - 4:1, Squaw Valley '60 - 2:1).

Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, że nim u schyłku XX wieku, na zimowe igrzyska znów zaczęli przyjeżdżać zawodnicy najlepsi z najlepszych, rolę swoistego hokejowego mundialu, podczas którego można było zweryfikować rzeczywistą siłę poszczególnych narodowych ekip (gdyż grały tam one po prostu w swych najsilniejszych składach, opartych na jeżdżących po lodowiskach NHL graczach) pełnił turniej Canada Cup. To właśnie tam mogły stanąć naprzeciw siebie reprezentacje Kanady i USA w swym pełnym rynsztunku. Pomiędzy 1976 a 1991 rokiem odbyło się pięć takich turniejów, a zarazem siedem pojedynków kanadyjsko-amerykańskich. Trudno byłoby wyłowić spośród nich choćby jeden taki, który nie byłby porywającym, fascynującym i emocjonującym do granic możliwości, hokejowym spektaklem. Co prawda aż sześć z tych spotkań wygrał zespół Klonowego Liścia, a reprezentacji USA udało się zaledwie jeden z nich zremisować (w 1984 roku, 4:4), ale wszystkie te pojedynki były niezwykle wyrównane.

Gdy we wrześniu 1991 roku, Kanadyjczycy podczas finałowej rozgrywki, dwukrotnie pokonali USA (w Montrealu 4:1, w Hamilton 4:2), euforii w kraju Klonowego Liścia nie było końca.

W 1996 roku turniej Canada Cup został formalnie zastąpiony tworem o nazwie Puchar Świata, który ze względu na udział w nim całej hokejowej śmietanki, swym prestiżem bił oczywiście na głowę rozgrywane corocznie mistrzostwa świata. Turnieje World Cup odbyły się jednak zaledwie dwukrotnie - w 1996 oraz 2004 roku.

Na World Cup '96 hokeistom Kanady i USA przyszło skrzyżować ze sobą kije aż czterokrotnie, i aż trzykrotnie triumfowali wówczas Amerykanie! Najpierw w rozgrywkach grupowych, pokonali zespół Klonowego Liścia 5:3 (m.in. po dwa trafienia zaliczyli w tym spotkaniu Gretzky i Hull; ten ostatni zdobył piątą, przypieczętowującą zwycięstwo gospodarzy bramkę w ostatnich sekundach meczu). W pierwszym, niezwykle dramatycznym meczu finałowym na filadelfijskim lodowisku lepsi okazali się jednak być goście. Choć Le Clair na siedem sekund przed końcem regulaminowego czasu uratował Amerykanom remis, to jednak ostatecznie Kanadyjczycy wygrali 4:3, a decydującą bramkę zdobył dopiero w jedenastej minucie dogrywki niezawodny Steve Yzerman. Dwa dni później w Montrealu lepsi okazali się jednak reprezentanci USA, którzy zwyciężyli 5:2. W trzecim, decydującym i porywającym, finałowym pojedynku na montrealskiej tafli, Amerykanie, choć jeszcze na kilka minut przed końcem, po efektownym golu Adama Foote, przegrywali z gospodarzami 1:2, dzięki swemu fantastycznemu finiszowi (w ostatnich siedmiu minutach padło łącznie aż pięć goli!) oraz dwóm trafieniom uzyskanym w ostatnich czterdziestu sekundach spotkania, ponownie pogrążyli rywali w identycznych rozmiarach 5:2, triumfując w całym turnieju. Był to ogromny i niezwykle prestiżowy sukces amerykańskiego hokeja. Mam wciąż żywo przed oczami widok smutnego, zrezygnowanego Wayne Gretzkyego, przyglądającego się z boksu swego zespołu, szalonej euforii amerykańskich graczy po końcowej syrenie.

Osiem lat później, w montrealskiej hali, podczas drugiej i ostatniej edycji Pucharu Świata, Kanadyjczycy pokonają USA 2:1.

W Nagano w 1998 roku, rozpoczęła się dla hokeja na igrzyskach zupełnie nowa era. Wraz z pojawieniem się na olimpijskim turnieju wszystkich najlepszych graczy z NHL, hokejowy spektakl spod znaku pięciu olimpijskich kół nabrał posmaku wydarzenia absolutnie wyjątkowego, które pośród gier zespołowych można porównać chyba wyłącznie do futbolowego mundialu.

16 lutego 1998 roku, już podczas fazy grupowej, wyjechały do wzajemnej konfrontacji na japońskim lodzie, ekipy Kanady i USA naszpikowane największymi gwiazdami tej dyscypliny sportu. Z jednej strony Gretzky, Yzerman, Shanahan, Sakic, Recchi, z drugiej Hull, Tkachuk, Modano, Roenick. Kanadyjczycy, dyrygowani na lodzie przez największą legendę światowego hokeja - Wayne Gretzkyego okazali się tego dnia silniejsi od rywali. Na cztery trafienia Primeau (dwa gole), Zamunera i Sakica, skromną odpowiedź znalazł wyłącznie jeden z najskuteczniejszych snajperów w dziejach NHL - Brett Hull. Zespół Klonowego Liścia zwyciężył dość wyraźnie 4:1.

Cztery lata później, 24 lutego 2002 roku, stawką toczonego podczas igrzysk w Salt Lake City pojedynku odwiecznych rywali było już olimpijskie złoto. Oba zespoły w finałowym meczu znów zaserwowały nam niezapomniane, genialne widowisko, demonstrując hokej niemal z innej planety. Upragnione prowadzenie dla gospodarzy uzyskał Amonte, doprowadzając halę do euforii. Lodowe święto popsuł jednak Amerykanom Joe Sakic, który najpierw wyprowadził gości na prowadzenie 3:2, a 20 sekund przed końcem meczu, dobił USA, ustalając wynik finałowej rozgrywki na 5:2 dla Klonowego Liścia. Tego dnia, dowodzona na lodzie przez gwiazdy pokroju Mario Lemieux czy Yzermana, światowa ojczyzna hokeja, świętowała wywalczenie swego pierwszego od półwiecza, olimpijskiego złota.

Amerykanie postanowili zemścić się na słodko i 21 lutego 2010, podczas grupowej fazy olimpijskiego turnieju w Vancouver, popsuli radość z igrzysk gospodarzom imprezy, wygrywając z nimi 5:3. Choć na 3 minuty przed końcem meczu, Crosby sprawił swym trafieniem, że gospodarze igrzysk przegrywali już zaledwie jedną bramką, to jednak Ryan Kesler na 45 sekund przed końcową syreną zadał decydujący cios, posyłając krążek do pustej, kanadyjskiej bramki i ustalając wynik spotkania na 5:3 dla USA.

Siedem dni później, 28 lutego 2010 roku, obu zespołom znów przyszło skrzyżować ze sobą kije. Tym razem stawką było już olimpijskie złoto. Jonathan Toews i Corey Perry wyprowadzili gospodarzy na dwubramkowe prowadzenie. Kontaktową bramką odpowiedział Kesler, a na 25 sekund przed końcem finałowego spotkania, Zach Parise uciszył halę w Vancouver, wyrównując stan meczu na 2:2. Ostatnie słowo należało jednak do Kanadyjczyków. Gdy dochodziła ósma minuta dogrywki Sidney Crosby zdobył gola na wagę złota. Końcowy triumf, podobnie jak osiem lat wcześniej w Salt Lake City, stał się więc udziałem Kanadyjczyków. Warto też nadmienić, że wszystkich pięciu strzelców goli z finałowej potyczki w Vancouver, zobaczymy podczas dzisiejszej, półfinałowej batalii w Soczi, co z pewnością gwarantuje moc wrażeń.

Jak Kanadyjczycy dla Amerykanów, tak równie wymagającym starszym bratem i srogim nauczycielem hokejowego rzemiosła, byli niegdyś dla Finów, Szwedzi. Pierwsze wzajemne widzenia na lodowej tafli przyprawiały zapewne kibiców Suomi o porządny ból zębów. Rozpoczęło się podczas mistrzostw świata w 1949 roku od prawdziwego szwedzkiego potopu i porażki fińskich adeptów hokejowej sztuki aż 1:12. Dwa lata później było już nieco lepiej, bo tylko 3:11. Przez niemal dwie dekady scenariusz kolejnych, wzajemnych konfrontacji wyglądał mniej więcej tak samo – Szwedzi bili i patrzyli czy równo puchnie. Fińscy hokeiści solidnie obrywali, lecz obrywając postanowili przy tym nie próżnować i powolutku uczyli się nabywania umiejętności, jak sprawiać swym szwedzkim rywalom coraz więcej problemów na tafli. W 1959 roku na mistrzowskim turnieju udaje im się, po raz pierwszy w historii, zremisować z zespołem Trzech Koron 4:4. A po 21 latach od pierwszego fińsko-szwedzkiego pojedynku w meczu o stawkę, Suomi odnoszą wreszcie swe pierwsze historyczne zwycięstwo nad Ruotsi, jak nazywa się w Finlandii Szwedów. By smak zwycięstwa był jeszcze słodszy, fińscy hokeiści dokonują tego wyczynu w jaskini lwa, czyli podczas mistrzostw świata rozgrywanych na sztokholmskim lodowisku. Sensacyjne i efektowne zwycięstwo 3:1 rekompensuje Finom blisko dwie dziesiątki, poniesionych dotąd, często bardzo dotkliwych klęsk, podczas wzajemnych widzeń na lodzie. Dwa lata później, 12 marca 1972 roku, w trakcie igrzysk w Sapporo, hokeiści Suomi znów okażą się lepsi od Szwedów, wygrywając 4:3, a kilkadziesiąt dni później, wygrają również na praskich mistrzostwach 5:4.

Od lat 70. kiełkuje powoli nowy etap w dziejach lodowych zmagań pomiędzy reprezentacjami Finlandii i Szwecji. Choć Suomi wciąż jeszcze częściej przegrywają niż wygrywają w ważnych meczach ze swym potężnym sąsiadem, to jednak jest to już rywalizacja zdecydowanie bardziej wyrównana. Finom udaje się odnieść kilka niezwykle spektakularnych zwycięstw w tych najbardziej prestiżowych pojedynkach z ekipą Trzech Koron. W 1976 roku Suomi wygrywają z nimi mecz w Canada Cup 8:6, a wiosną 1985 roku, podczas mistrzostw świata w Pradze aż dwukrotnie gromią odwiecznych rywali 5:0 i 6:1. Wysoko wygrają również na wiedeńskich mistrzostwach dwa lata później (4:1). Podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, Calgary i Albertville aż trzy ich spotkania z rzędu kończą się remisem. Finowie triumfują za to 3:1 na lodowisku w Toronto, podczas rozgrywanego w 1991 roku turnieju Canada Cup.

10 maja 1992 roku na praskim lodowisku, Finom i Szwedom, po raz pierwszy w historii przychodzi zmierzyć się ze sobą w finale mistrzostw świata. Choć tydzień wcześniej, w rozgrywkach grupowych Suomi zwyciężają 3:1, w pojedynku o złoto górą będą Ruotsi, którzy wygrają 5:2.

Trzy lata później sytuacja się powtórzy. Tym razem jednak to Finowie będą górą. Ćwierć wieku po pierwszej, historycznej wiktorii odniesionej w jaskini szwedzkiego lwa, Suomi zdobędą Sztokholm aż dwukrotnie w trakcie jednego turnieju. Najpierw pokonają gospodarzy w rozgrywkach grupowych 6:3, a dwa tygodnie później, 7 maja 1995 roku, na lodowej tafli w stolicy Szwecji, pokonają w finałowym spotkaniu o mistrzostwo świata odwiecznych rywali 4:1. Bohaterem spotkania zostanie Ville Peltonen, który zdobędzie aż trzy pierwsze trafienia i będzie asystował przy golu na 4:0, którego uzyska Timo Jutila.

Szwedom i Finom bardzo przypadną do gustu cykliczne, co trzyletnie, wzajemne konfrontacje na finałowym szczeblu mistrzostw świata. Co ciekawe, wiosną 1998 roku, podczas światowego czempionatu na szwajcarskim lodzie, oba zespoły zmierzą się ze sobą aż trzykrotnie i łącznie padną w tych spotkaniach zaledwie... dwa gole, a żadnego z nich nie zdobędzie zespół Suomi. W rozgrywkach fazy grupowej Trzy Korony wygrają 1:0. W finałowym dwumeczu, rozegranym 16 i 17 maja 1998 roku na lodowisku w Zurychu, najpierw pada bezbramkowy remis, a nazajutrz Szwedzi, dzięki jedynemu trafieniu Tomberga na dziesięć minut przed końcem spotkania, zapewniają sobie triumf.

Po raz czwarty i ostatni, jak dotąd, Suomi i Ruotsi zmierzyli się w finale mistrzostw świata niespełna trzy lata temu. 15 maja 2011 roku, na tafli w Bratysławie, aż do 40 minuty meczu Finlandia przegrywała tę potyczkę 0:1, by ostatecznie, w końcowych dwudziestu minutach spotkania, zdecydowanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i efektownie rozgromić Szwedów aż 6:1! Immonen, Nokelainen, Kapanen, Pesonen, Pyorala, Philstrom ładowali kolejno gumowy krążek do bramki rywala.

Co warte podkreślenia, łącznie aż piętnastu hokeistów z tamtego finałowego spotkania (dziewięciu Finów i sześciu Szwedów) wyjedzie dziś zapewne na lodowisko w Soczi, by powalczyć o olimpijski finał.

Od momentu, gdy w igrzyskach biorą udział najlepsi hokeiści z NHL, aż do dzisiejszego piątku, reprezentanci Finlandii i Szwecji trzykrotnie skrzyżowali ze sobą kije na olimpijskich turniejach. 18 lutego 1998 roku, podczas ćwierćfinałowej potyczki w Nagano na dwa trafienia fińskiego supersnajpera Teemu Selanne, odpowiedział tylko Peter Forsberg, strzelając dwanaście sekund przed końcem spotkania kontaktową bramkę. Spośród dwóch legendarnych graczy NHL, którzy stanęli wówczas przeciwko sobie na lodzie, to Jari Kurri triumfował więc nad Matsem Sundinem. Co ciekawe, w tamtym, rozegranym aż przed ponad szesnastu laty pojedynku, obok Selanne, wystąpił również inny hokeista, który będzie miał dziś okazję zagrać w półfinałowym boju na tafli w Soczi - Szwed Daniel Alfredsson.

Osiem lat po ćwierćfinałowej batalii z Nagano, 26 lutego 2006 roku, na lodowisku w Turynie Suomi i Ruotsi spotykają się w wielkim olimpijskim finale. Początek jest wymarzony dla Finów. Na skutek pięknej bramki Timmonena kończą oni pierwszą tercję prowadząc 1:0. W drugiej odsłonie Zetterberg i Kronwell wydzierają Suomi upragnione złoto. Nadzieję przywraca im przytomne, wyrównujące trafienie Peltonena, lecz dziesięć sekund po rozpoczęciu ostatniej tercji Lidstroem, swym znakomitym strzałem z dystansu przesądzi o końcowym triumfie Szwedów 3:2. Finowie nigdy dotąd nie byli tak blisko olimpijskiego złota, jak wówczas na turyńskiej tafli, lecz znów musieli obejść się smakiem. Na najcenniejszy z kruszców polują na igrzyskach do dziś. Warto również nadmienić, iż w pamiętnym olimpijskim, turyńskim finale sprzed ośmiu lat, wystąpiło łącznie aż ośmiu graczy, których zobaczymy dziś zapewne na soczijskim lodzie. Poza Selanne i Alfredssonem, są to również: Timmonen i O.Jokinen u Finów oraz Lundqvist, Kronwall, Zetterberg i D.Sedin u Szwedów.

  

Ostatni jak dotąd szwedzko-fiński pojedynek, który odbył się pod szyldem pięciu olimpijskich kół, rozegrany został cztery lata temu w Vancouver. Tam, jeszcze w fazie grupowej, zespół Trzech Koron dość gładko rozprawił się z Finlandią w stosunku 3:0.

Również ostatnie ważne spotkanie o stawkę, z udziałem obu ekip - zeszłoroczny, sztokholmski bój o finał mistrzostw świata, wygrali Szwedzi 3:0. A nazajutrz sięgnęli na swym lodowisku po złoto i noszą obecnie zaszczytny tytuł aktualnych mistrzów świata.

Gdyby spojrzeć na całościowy dorobek obu ekip, podobnie jak Kanadyjczycy Amerykanów, również i Szwedzi wciąż jeszcze biją Finów na głowę. Dwa olimpijskie złota, dwa srebra, sześć brązów, a do tego aż dziewięć tytułów mistrza świata i dziewiętnaście wicemistrzowskich na koncie Trzech Koron, a przede wszystkim, przeszło dwukrotnie większa ilość zwycięstw odniesionych nad Finlandią w bezpośrednich starciach na ważnych turniejach - robi wrażenie. Również i na turnieju w Soczi Szwedzi grają naprawdę znakomicie. Finowie są jednak niesłychanie głodni najcenniejszego z hokejowych trofeów, którym jest olimpijskie złoto, a którego nigdy, jak dotąd, nie dane im było posmakować. Ten głód sukcesu, w połączeniu ze szczególnym ładunkiem motywacyjnym, jaki w obu opisanych przypadkach, wyzwalają zawsze w zespołach Suomi i USA spotkania, rozgrywane przeciwko swym dawnym nauczycielom hokejowej sztuki, a przede wszystkim, znakomita dyspozycja prezentowana i przez Finów, i przez Amerykanów podczas obecnych igrzysk, sprawiają, że żaden z tych zespołów, w swej walce o spełnienie złotego, olimpijskiego marzenia, absolutnie nie stoi na straconej pozycji. Wszystko to daje nam chyba gwarancję doświadczenia dziś ogromnej dawki hokeja na poziomie najwyższym z możliwych. Wydaje mi się przy tym, że w niedzielnym olimpijskim finale, na tafli w Soczi, nie zmierzą się ze sobą Kanada i Szwecja. Choć oczywiście mogę się mylić ;) Za kilkanaście godzin wszyscy będziemy znacznie mądrzejsi :)

 
1 , 2