Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 02 lutego 2017
Turniej w Spodku. Złote lata i upadek

Przyznam, że to moje bardzo miłe wspomnienie z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Przerwa noworoczna, świąteczna atmosfera w domu, rodzinne lenistwo i... turnieje halowe w Niemczech :) Tak, miało to swój ogromny urok, oglądać tamte klimatyczne rozgrywki, gdzie największe gwiazdy Bundesligi czarowały na parkietach otoczonych bandami. Dodatkowo, w zawodach tych występowali często także piłkarze Widzewa Łódź (dzięki niemieckim koneksjom Andrzeja Grajewskiego), dzięki czemu kolejne imprezy z cyklu śledziło się z wypiekami na twarzy.

Popularność zawodów transmitowanych przez zagraniczne stacje telewizyjne sprawiła, że nad Wisłą także pojawił się pomysł organizacji spektakularnego turnieju halowego. Jak postanowiono tak zrobiono - turniej w katowickim Spodku miał się stać polskim Fussball Hallenmeisterschaft.

19970118_EB_Sport_Cup__Spodek

Pierwsza edycja Spodka odbyła się w styczniu 1995 roku. Oficjalnym sponsorem imprezy został browar EB, od razu też instalując się w nazwie, która w związku z tym brzmieć miała EB Cup. Do udziału zaproszono pięć ekip: Górnika Zabrze, ŁKS, Ruch Chorzów, GKS Katowice, Legia Warszawa. Formuła zakładała jedną grupę, w której gra każdy z każdym. Po zaciętych bojach zwyciężył Górnik Zabrze, który w decydującym spotkaniu zremisował z lokującym się zaraz za nim w tabeli GKS.

Wyniki spotkań wraz ze strzelcami goli znajdziecie tutaj i tutaj. Warto też wspomnieć, że za najlepszego zawodnika uznano Dariusza Kosełą.

Na trybunach siedem tysięcy kibiców (!!!), większość dopingująca GKS, ale także pozostałe drużyn. Mimo to było względnie spokojnie, pomijając jeden incydent.

Pomysł się sprawdził, kibice oczekiwali właśnie takiego wydarzenia. Trzeba było iść za ciosem.

*

Sukces pierwszej edycji sprawił, że EB Cup 1996 był jeszcze bardziej spektakularny. Do boju przystąpiło osiem drużyn podzielonych na dwie grupy: Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i GKS Katowice oraz Ruch Chorzów, ŁKS Łódź, Raków Częstochowa i Górnik Zabrze. Sensacyjnym zwycięzcą turnieju został Raków Częstochowa. Najpierw wygrał swoją grupę, potem po pięknym boju odprawił w półfinale GKS Katowice (3:2), by w finale, po jeszcze bardziej spektakularnych zawodach, pokonać Ruch Chorzów (6:5). Dla częstochowian to jeden z największych sukcesów w historii, którym chwalą się oni na swojej stronie. Co ciekawe, pierwotne zgłoszenie Rakowa do turnieju zostało odrzucone i dopiero po rezygnacji jednej z ekip zaproszono go do udziału.

Najlepszym piłkarzem turnieju został Marek Citko, bramkarzem Ryszard Kołodziejczyk, a strzelcem Damian Galeja. Relacja z turnieju tutaj.

Kibicowsko - pamiętajmy, że "kolorowe lata dziewięćdziesiąte" - turniej także wypadł dość spokojnie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy to dość niezwykłe, bo do wielkiej, ale ograniczonej wewnętrznie i zamkniętej przestrzeni wpuszczono 9000 kibiców zantagonizowanych zwykle klubów. Polecam tę relację.

*

Spodek 1997. Pierwsze błyskawice przed przyszłoroczną burzą. Na tym turnieju wystąpiły drużyny GKS-u Katowice, Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze, Widzewa Łódź, Rakowa Częstochowa, Odry Wodzisław oraz Lecha Poznań. Wraz z drużynami stawili się także ich fani: 2000 z GKS, 2000 z Ruchu, 1300 z Górnika. Było sporo drobnych zadym i zdecydowanych interwencji policji. Poczytacie o tym tutaj i tutaj. Swoją drogą, zobaczcie w poniższych filmikach jak "obklejona" jest hala kibicami. Oni wręcz wiszą na piłkarzach (a i na sobie nawzajem), uprasowani jak sardynki w puszce.

Piłkarsko turniej stał na bardzo wysokim poziomie. Sporo było ciekawych meczów w grupach, a w półfinałach kibice mogli obejrzeć wyjątkowo emocjonujące starcia. W finale Lech Poznań okazał się lepszy od GKS Katowice (6:3).

Najlepszym piłkarzem i strzelcem turnieju został Jan Furtok, a bramkarzem Marek Matuszek. Wyniki spotkań znajdziecie tutaj.

*

Spodek 1998. Terror, pożoga i śmierć imprezy. Jeden z punktów kulminacyjnych stadionowego chuligaństwa lat dziewięćdziesiątych. Totalna wojna między pseudokibicami podczas katowickiej imprezy stała się ikoniczną wręcz ilustracją kondycji polskich trybun u schyłku wieku. Oto fragment relacji z tamtych wydarzeń (zaczerpnięty stąd):

Na turnieju pojawiły się następujące ekipy: Ruch Chorzów – ok. 2000 osób; GKS Katowice – 1500 osób; Górnik Zabrze – 800 osób; Wisła Kraków - 200 osób (9 Jagiellonia, 3 Śląsk, 2 Lechia); GKS Tychy + ŁKS – 150 osób; Lech Poznań - 80 osób ( niewpuszczeni na halę przez brak wcześniejszego zamówienia biletów); Raków Częstochowa – 70 osób; Odra Wodzisław – 40 osób. Ponadto na sektorach Wisły obecne było Zagłębie Sosnowiec (15) a z Ruchem zasiadło 9 fanów Widzewa. Rozmieszczenie fanów na trybunach wyglądało następująco: Odra – Raków - Ruch - GKS - Górnik – Wisła a na dolnej kondygnacji tysko-łódzka koalicja. Lech podobno miał być między Rakowem a Ruchem.

Pierwsze zamieszki zaczęły się już przed wejściem do hali, a pierwsza bijatyka na trybunach miała miejsce przed rozpoczęciem pierwszego meczu. Na turnieju zgromadziło się blisko 7 tysięcy kibiców, na 7 zorganizowanych grup kibiców, 6 prowadziła między sobą regularną bitwę. W Spodku czuwało 300 ochroniarzy z chorzowskiej firmy Fosa. Stracili jednak kontrolę już podczas pierwszej bitwy kibiców GKS i Górnika. Tłum obrzucał się krzesełkami. Przeciwników zrzucano z wysokości kilku metrów na niższe sektory.

W trosce o własne zdrowie, z turnieju wycofała się drużyna Lecha Poznań, a inne drużyny były o krok od podjęcia identycznej decyzji. Organizatorzy próbowali wszelkimi sposobami załagodzić sytuację. Nie dały skutku wypowiedzi kapitanów drużyn, sędziów i oficjeli. Dopiero przemówienia "wysłanników" wszystkich obecnych w Spodku grup kibiców, przywróciły spokój na trybunach.

Ochroniarze znosili pokrwawionych ludzi do centrum prasowego. Sanitariusze opatrzyli ponad stu rannych, 47 zabrało pogotowie, pięciu hospitalizowano. Zniszczono tysiąc krzeseł i 14 szyb. Do Spodka wkroczyło 88 policjantów, którzy jednak nie wdawali się w bójki z kibicami. Mówiono, że nie chcieli prowokować kibiców, pamiętając o wydarzeniach słupskich. Raniono dwóch funkcjonariuszy. Zatrzymano jednego chuligana, który na ulicy zaatakował policjanta koszem na śmieci.

W sieci można znaleźć więcej kibolskich relacji ze spodkowych zamieszek, ja odsyłam przede wszystkim tutaj. Poza tym sporo jest również nagrań wideo - np. tutaj, tutaj i tutaj. Tutaj z kolei relacja prasowa.

Na tym tle zupełnie nieistotny jest sportowy wymiar wydarzenia. O ile mecze grupy A udało się jeszcze rozegrać "normalnie", o tyle grupa B już nie miała takiego komfortu. Jak już wspomniano Lech Poznań w ogóle wycofał się z turnieju, a w półfinale zagrały Wisła Kraków z Odrą Wodzisław (2:2 k. 5:6) i Ruch Chorzów z GKS-em Katowice (1:1 k. 1:2). W finale Odra wygrała z GKS po rzutach karnych (4:4 k. 3:4).

Wybrane wyniki turnieju znajdziecie tutaj.

*

Wszyscy wiedzieli, że wydarzenia z 1998 roku oznaczają w zasadzie śmierć turnieju. Zbyt mocno ludziom utkwił w głowach obraz osób lecących z trybun, wyrywanych krzesełek, okładania się pałkami, bitwy z policją. Nie było szans, żeby wrócić do punktu zero i zacząć imprezę od nowa. Ale...

... Mało kto o tym pamięta (ja też o tym nie pamiętałem), lecz rok później, w styczniu 1999 roku odbyła się kolejna edycja "Spodka". O wiele mniejsza, o wiele mniej spektakularna, o wiele mniej medialna, bez Ruchu Chorzów. Wystąpiły drużyny następujące drużyny: Ruch Radzionków, Widzew Łódź, Górnik Zabrze, GKS Katowice, Odra Wodzisław, GKS Bełchatów oraz czeskie Slezsky Opawa i FK Teplice. W finale wygrały Cidry pokonując GKS Katowice 3:2. Wybrane wyniki tutaj.

Z czasem okazało się jednak, że to epitafium dla katowickiego turnieju, lub - jak kto woli - respiracja trupa. Choć jeszcze kilkukrotnie przymierzano się do organizacji "piłkarskiego Spodka", to nigdy nie doszedł już on do skutku.

*

Krótka, ale intensywna historia turnieju w Spodku to dla mnie fascynujący przykład potransformacyjnych paradoksów lat dziewięćdziesiątych. Zachodnia idea (biznesowa, bo oparta na chęci generowania zysków z futbolu również zimą, ale i festiwalowa, wręcz biesiadna, dająca rozrywkę całym rodzinom) spotkała się z ówczesną bolesną rzeczywistością polskich trybun - pozbawioną jakichkolwiek polityki bezpieczeństwa i opartą na fanatyzmie, antagonizmach oraz publicznej przemocy. To chyba musiało tak się skończyć (?).

P.

środa, 10 sierpnia 2016
Super-modern-puchar

Choć Superpuchar Europy jest imprezą nieszkodliwą, z gruntu sympatyczną, a czasami wręcz interesującą (jak choćby wczoraj), to mnie osobiście w ostatnich latach kompletnie on nie interesuje.

Nie chodzi nawet o to, że te mecze o posrebrzaną pietruszkę są nudne, bo nie są (kto pamięta SP sprzed roku?). Po prostu średnio mnie bawi oglądanie po raz kolejny "europejskich" meczów dwóch drużyn hiszpańskich (trzy ostatnie Superpuchary lata 2014-2016) albo spektakle Hiszpania vs. reszta świata (na 17 meczów o SpE z lat 1997-2013 aż 11 razy brała w nich udział drużyna z Hiszpanii). Mecze o Superpuchar Europy są dla mnie jedną z kwintesencji modern football - ładnie opakowanym przejawem kiszenia się we własnym sosie możnych piłkarskiego świata.

Westchnąłem więc sobie nostalgicznie i zadumałem się nad czasami, gdy Superpuchar był wydarzeniem, które przyciągało mnie przed telewizor. Paradoksalnie działo się to w czasach, gdy SpE miał bardzo oldskoolową formułę, tzn. rozgrywano mecz i rewanż. a na dodatek wydarzenie odbywało się na przełomie... stycznia i lutego (formułę zmieniono dopiero w 1998 roku)! Z listy wielu takich oglądanych przeze mnie spotkań najsilniej wyryło mi się w pamięci starcie Juventus Turyn - PSG rozgrywane na początku 1997 roku (choć formalnie to SpE 1996). Z jednej strony to początki mojej fascynacji piłką klubową, a z drugiej - dość niezwykły dwumecz. Bianconeri łącznie roznieśli bowiem swoich rywali aż 9:1! Najpierw wygrali 6:1 w Paryżu,

a potem 3:1 we Włoszech.

Warto odnotować, że w pierwszym meczu swój geniusz pokazał Zinedine Zidane zaliczając w zasadzie aż cztery asysty przy trafieniach kolegów. Po tym spotkaniu jakiś fan zmontował mu taki oto śliczny filmik dokumentujący niemal każdy jego kontakt z piłką.

Te fryzury Włochów, ten klimacik... Czasy były wtedy faktycznie kolorowe.

P.

środa, 27 lipca 2016
Ryszard Wieczorek - Platini Wodzisławia. 20 lat od debiutu Odry w ekstraklasie

wieczorek21

Odpowiedź na pytanie "jakim piłkarzem chciałeś być w dzieciństwie?" jest fundamentalna. Jeden był Romanem Ogazą, inny Patem Bonnerem, całe pokolenie chciało być Zbigniewem Bońkiem, a Zbigniew Boniek był Gunterem Netzerem. Ja chciałem być Holendrami, Gullita w reprezentacji prawie nie widziałem, wybierałem więc między Overmarsem a Kluivertem, od triumfu Ajaxu w Lidze Mistrzów, przez magiczny mundial '98, po fantastyczne Euro 2000. Spośród Polaków - wiadomo - Juskowiakiem z eliminacji do Euro '96 za Apostela. Między wielkimi turniejami a meczami reprezentacji narodowej trzeba było jednak jakoś żyć, szukać sobie mniejszych, lokalnych idoli, nie tylko w Poznaniu (tu, wiadomo, na początku tylko Piotr Prabucki). Znając na pamięć wszystkie ligowe składy gdzieś od 1995 roku poczynając, człowiek wypatrywał nowości jak marynarz lądu. A creme de la creme nowości w piłce ligowej jest beniaminek, a zwłaszcza - absolutny beniaminek.

Takim właśnie w 1996 roku była Odra Wodzisław. Swój pierwszy mecz w ekstraklasie zagrała 27 lipca 1996, a zanim do tego doszło - z racji skąpego dostępu do informacji - znałem tylko kilku jej graczy. Z czego jeden zdobył mój szacunek nim w ogóle zobaczyłem go na boisku. Wszem i wobec ogłaszano, że Ryszard Wieczorek świetnie umie strzelać rzuty wolne i to mi absolutnie wystarczało. Wakacje 1996 upłynęły mi pod znakiem strzelania na dość krzywą - zbitą przez nas z desek - bramkę na wsi, na polu wuja, między przeganianymi krowami. W te wakacje byłem Ryszardem Wieczorkiem, a moje strzały bronił Paweł Primel. Takie czasy.

Odra swój inauguracyjny mecz z Polonią Warszawa - innym beniaminkiem, ale już nie absolutnym - wygrała pewnie, 3:1. Oto pierwszy gol wodzisławian w historii występów w ekstraklasie. Nie z rzutu wolnego, a z rzutu karnego.

Autorem - oczywiście - Ryszard Wieczorek. Komentującym w tv - nie mam pojęcia.

odra_pierwszy_golNa radość Odry patrzy z zazdrością - tak, właśnie - młody Michał Żewłakow

- Jeśli w pięciu sytuacjach sam na sam nie potrafimy strzelić bramki, to musimy przegrać. Kogo bym wyróżnił w swoim zespole? Nikogo, moi piłkarze to zawodowcy. Wychodząc na boisko mają za zadanie wygrywać, bo biorą za to duże pieniądze - pieklił się trenujący wtedy Polonię, Stefan Majewski.

- Wiedziałem, że bramkarz nie wytrzyma i rzuci się w drugi róg. Żałuję, że wcześniej nie zagrałem w I lidze, ale już szkoda na ten temat gadać. Myślę, iż jeszcze pokażę się z dobrej strony. Dziś moje marzenia się spełniły. Przeżyłem kilka wspaniałych chwil. Ten debiut po prostu mi wyszedł - mówił potem Wieczorek, cytowany przez klubowe wydawnictwo na 80-lecie Odry.

odra_80lat1

W historii Odry zapisał się jeszcze dziewięcioma golami w ekstraklasie. Najpiękniejszego - z rzutu wolnego - strzelił Sokołowi, wtedy już tyskiemu. Trener Marcin Bochynek od dłuższego czasu opowiadał dziennikarzom, że ma w zespole swojego Platiniego i Platini w końcu pokazał, na co go stać. - Są takie momenty, że człowiek czuje, że coś musi mu się udać. Tak było i dzisiaj. Staliśmy obok piłki z Piotrkiem Jegorem, ale w jednej chwili zdecydowałem się, że będę strzelał - komentował potem Wieczorek.

Z całostronicowej rozmowy z Józefem Walawko w Piłce Nożnej dowiadujemy się m.in., że w czasach drugoligowych miał oferty z Jastrzębia i Warty Poznań, a chciał go też Górnik Zabrze. Został przy Odrze, z Wodzisławia - jako piłkarz - wyjechał tylko na krótko w 1993 roku, gdy miał problemy z pieniędzmi i wybrał pracę w Niemczech (plus amatorskie kopanie piłki). Zaledwie pół roku przerwy między 1984 i 1998 rokiem - to się nazywa wierność! Gdy w wywiadzie mówi, że Odra "w latach 80. nie była przygotowana organizacyjnie na awans do pierwszej ligi", to z perspektywy czasu nie brzmi do dwuznacznie, a wręcz... jednoznacznie. 

Za awansem Odry do ekstraklasy poszedł od razu awans do europejskich pucharów i to na tyle zaskakujący, że wodzisławianie tego samego lata wystartowali w Pucharze Intertoto i Pucharze UEFA. Tak rozpoczął się drugi i ostatni sezon Platiniego Wodzisławia w ekstraklasie. W sumie zaliczył w niej tylko 50 meczów i 10 goli. Ale sentyment jest.

A oto i siedem z dziesięciu goli (licząc powyższy, premierowy, w sieci nie udało mi się znaleźć tylko drugiego gola z Polonią i bramki z mistrzowskim wtedy Widzewem Łódź z karnego, już w pierwszej minucie).


(jeśli nie widzisz wideo - kliknij tutaj - Ryszard Wieczorek - Odra Wodzisław przez numer10)

B.

niedziela, 17 lipca 2016
Hutnik Kraków - Chazri Buzowna Baku 9:0 i gol Siergieja Szypowskiego

hutnik_panini

Dwadzieścia lat temu (co do dnia!) krakowski klub nie tylko nie przyniósł wstydu w europejskich pucharach, nie tylko zagrał powyżej oczekiwań, ale nawet wyrównał rekord - polski rekord (Legia - Valur) najwyższego klubowego zwycięstwa w rozgrywkach UEFA. Tym zespołem był Hutnik Kraków, za który - zgodnie ze swoim piłkarskim wychowaniem - trzymałem kciuki w pucharach jak za każdy inny polski zespół w pucharach.

Już to kiedyś pisałem: start w kibicowanie miałem trudne. Pierwszy mecz reprezentacji Polski, jaki pamiętam, to bęcki od Izraela. Potem były emocje podczas remisów z Francją i Rumunią, ale ostatecznie Henryk Apostel i jego drużyna swoją szansę przegrali. Jako niespełna ośmiolatek, gorąco wierzyłem jednak, że w ostatnim meczu eliminacji Polacy spiorą Azerbejdżan tak samo, jak zrobili to Francuzi. Że wygrają 10:0. Po żenującym meczu w Trabzonie było jednak 0:0, a mnie zwyczajnie było wstyd.

A jednak! - Co się odwlecze, to no właśnie! - jak powiedziałby redaktor Dariusz Szpakowski. Minęło zaledwie osiem miesięcy, polski zespół znów mierzył się z azerskim i tym razem już go rozgromił! Do dwucyfrówki zabrakło tylko jednego gola, a najlepiej manto, jakie Hutnik spuścił Chazri (Chazriemu?) Buzowna Baku, obrazuje to, że gola z karnego strzelił Siergiej Szypowski.

Słuchałem meldunków z Suchych Stawów w radiu, pewnie w Jedynce i nie mogłem uwierzyć, że bramkarz, ba! bramkarz polskiego zespołu strzeli karnego. 1996 rok był jeszcze przecież przed erą takich łapaczo-kopaczy jak Jorge Camposa czy Rogerio Ceni.

Tak się składa, że strzał Szypowskiego to jedyny gol z tego meczu, jaki ostał się na wideo.


Hutnik Kraków - Chazri Buzowna Baku 9:0... przez numer10

Sam mecz pokazywała Telewizja Wisła, której kilku mocnych słów nie oszczędził w "Piłce Nożnej" Roman Hurkowski:

Debiut TV Wisła okazał się równie mało udany, co debiut Azerów. Dominował fatalny obraz, albo jego brak. Marek Koźmiński (przed odejściem do Udinese grał w Hutniku) występujący jako komentator tracił tylko czas i nerwy, stracili telewidzowie. Dobrze przynajmniej, że półgodzinny skrót o 23.00 był już poprawny. Natomiast do poziomu piłkarzy Hutnika dostroili się dyskutujący w studiu redaktorzy związani z krakowskim "Tempem" - Jerzy Cierpiatka i Ryszard Niemiec. Tak jak w swych publikacjach prasowych, mieli do przekazania mństwo interesujących spostrzeżeń. Dla nich naprawdę warto oglądać "Wisłę"!

Ale wróćmy do karnego - oto jak o tej sytuacji sam Siergiej Szypowski opowiadał Grzegorzowi Ignatowskiemu z RetroFutbol:

- Gol z karnego zawsze zostanie mi w pamięci. Pamiętam też, że ludzie obawiali się tego meczu, ale ja znałem ten futbol. Grałem przeciwko klubom z Azerbejdżanu, Gruzji czy Armenii i wiedziałem, że oni grali do pierwszej bramki. Na początku atakowali, ale jak tracili gola, to potem była już anarchia. No i tak też było w meczu Hutnika z Chazri Buzowna. Strzeliliśmy bramkę i potem poleciały kolejne, a później był ten rzut karny. Cały stadion krzyczał "Siergiej, Siergiej", więc ja biegnę do tego karnego, a trener Kasalik na to "a ty gdzie?", na co odpowiedziałem: "trenerze, ludzie chcą". No i strzeliłem tego gola. Wygraliśmy 9:0 i do tej pory ten wynik jest rekordem, bo żaden inny polski klub nie wygrał wyżej.

W Baku było bardzo gorąco. Pamiętam, że menedżerka z Baku powiedziała mi, żebyśmy nie strzelali dużo bramek, bo jeszcze ludzie przestaną przychodzić na mecze, albo jeszcze gorzej – sponsor zrezygnuje. Piłkarze bali się tego wyjazdu, ale mówiłem jeszcze przed wejściem do autobusu, że na zachodzie nie przyjmą nas tak dobrze, jak tam. Przylecieliśmy, a tam podstawiony autokar szybko zawiózł nas do hotelu. Kolacja już czekała, a na niej kawiory, piwo czeskie, dziewczyny wykonujące taniec brzucha, dosłownie wszystko. Oni byli bardzo gościnni. My mieliśmy jednak jedno życzenie. Chcieliśmy spędzić trochę czasu bez trenera Kasalika. Pogadaliśmy więc z organizatorami i oni zabrali trenerów na jakiś bankiet z menedżerami, a my mieliśmy dwa dni odpoczynku.

W Krakowie - powtórzmy to - goli było w sumie dziewięć. W to 9:0 do dziś dość trudno mi uwierzyć. Jak to w ogóle możliwe?! Może parę relacji prasowych trochę lepiej naświetli, że mistrz Azerbejdżanu 1996 mógłby azerskiemu czempionowi z 2015-2016 roku co najwyżej sznurować buty.

Po pierwsze, dla Azerów był to pierwszy międzynarodowy mecz w historii (jako dwumecz okazał się ostatnim, bo klub rychło przestał istnieć, teraz, o ile dobrze sobie przetłumaczyłem, został wskrzeszony i szkoli młodzież).

Po drugie, goście w Polsce spędzili w sumie tydzień (!), chyba w większym stopniu zwiedzając Kraków, Rzeszów i okolice (plus bawiąc z kibicami, przyleciało ich z klubem siedmiu), co trenując. Do Baku wrócili tego samego dnia, w którym przylecieli do niego hutnicy.

Po trzecie, Azerowie zwyczajnie mogli zlekceważyć hutników. Afganov Talibov, kapitan Chazri, przyznał, że o Hutniku nic nie wie, ale nie może być za mocny, bo "poza Widzewem i Legią, polskie zespoły nie prezentują ostatnio wysokiego poziomu". Jasne, sztab Hutnika zaraz po losowaniu też wydawał się zdezorientowany (trenerzy powtarzali, że o Chazri "muszą popytać rosyjskich menedżerów"), ale ostatecznie o gościach chyba czegoś się dowiedział.

Samo słowo Chazri znaczy "południowy wiatr", a Bukowna to dzielnica Baku, w której znajdują się kąpieliska i uzdrowisko. Goście do specjalnego wysiłku może więc nie byli przyzwyczajeni, a gdy stracili trzeciego gola - tak jak przypuszczał Szypowski - całkowicie stracili też ochotę do gry.

Strzelaninę rozpoczął Moussa Yahaya, dla którego był to debiut w Hutniku. Potem strzelali "imponujący świetną formą" - to komplement "Piłki Nożnej" - Jerzy Wojnecki, a na 3:0 zastępujący Krzysztofa Bukalskiego w roli reżysera gry - Dariusz Romuzga. Kolejne gole w relacji Jacka Przybyło z Gazety Wyborczej Kraków wyglądały tak:

W 65. min po rzucie rożnym Adamczyka Wojnecki zdobył gola głową, później popisał się wolejem. Piękny był strzał Romuzgi na 4-0 - bardzo mocny, prawie z 30 metrów. Następnie dwukrotnie udanie główkował Zając. Kiedy padł faulowany Zając, kibice wymogli, aby karnego strzelał bramkarz Szypowski - zrobił to udanie. Również silny strzał Jamroza zakończył się golem. Azerski bramkarz i tak robił co mógł.

Gdy spytałem kolegę Radka Nawrota, który był na tym meczu i ma z niego taki bilet...

hutnik_chazri_bilet

zaczął mi mówić o... lekarzach Chazri, którzy dostali owację za opatrywanie gracza Hutnika (to i tak lepiej niż Piotrek Jawor, bo on zapamiętał, że ciężko było zaparkować i że po 9:0 wydawało się, że Hutnik rozjedzie Monaco :).

Faktycznie, pod koniec meczu był taki moment, że dwóch graczy Hutnika leżało kontuzjowanych. A wtedy "piękny gest wykonali lekarz i masażysta Azerów. Kiedy ich krakowscy koledzy zajmowali się kontuzjowanym Yahayą, oni udzielili pomocy Wojneckiemu. Za to słusznie dostali brawa".

A najbardziej podoba mi się pomeczowa wypowiedź trenera Jerzego Kasalika:

- Trochę żal było zawodników z Azerbejdżanu, dla których krakowianie nie mieli na boisku litości. Jednak każdego przeciwnika trzeba traktować poważnie, czego wymaga nawet szacunek dla rywala.

Chciałbym, by polskie zawsze częściej okazywały ten szacunek dla rywali taką skutecznością i takimi pogromami.

B.

PS Obrazek z góry do kawałek wydobytego z szafy albumu Panini Liga Polska 1996/1997. Plan jest taki, by wokół niego wskrzesić blog i popisać więcej retro-opowieści. Zobaczymy, czy czas pozwoli.

panini9697

czwartek, 28 stycznia 2016
Niedorosłe dzieci azjatyckiego mundialu

Tak się złożyło, że dziś urodziny obchodzi Senegalczyk Papa Bouba Diop (38.), a wczoraj czterdziestkę świętował Koreańczyk Ahn Jung-hwan. Obaj eks-zawodnicy to gwiazdy MŚ 2002 rozgrywanych w Korei i Japonii. Obaj po turnieju już w sumie nic nie wskórali w światowej piłce.

Występ na mundialu sprzed 14 lat sprawił, że Ahn Jung-hwan stał się w ojczyźnie postacią wielbioną, ikoną popkultury, obiektem westchnień wszelkich.

Ahn-Jung-hwan_1549301c

Koreańczyk strzelił dwa bardzo ważne gole dla swojej reprezentacji - w meczu z USA (1:1) oraz w 1/8 finału z Włochami (2:1 po dogrywce; wszyscy pamiętamy jak wyglądało tamto spotkanie). Po każdym z trafień całował swoją obrączkę ślubną (szybko nadano mu przydomek "Władca Pierścieni"), a że chłopak był piękny jak z obrazka, to szybko wkroczył na towarzysko-społeczny piedestał.

Papa Bouba Diop z kolei zapisał się w pamięci fanów golem dającym Senegalowi sensacyjne zwycięstwo w meczu otwarcia nad mistrzem świata - Francją (1:0).

RTRW1ML

Później zaś dorzucił kolejne dwa trafienia w meczu z Urugwajem (3:3, do wglądu tutaj i tutaj) i był ostoją drużyny, która dotarła aż do ćwierćfinału.

Co łączy tych panów? Wydawać by się mogło, że po świetnych występach na mistrzostwach piłkarski świat stoi przed nimi otworem. Tymczasem żaden z nich nie podbił specjalnie klubowej piłki.

Ahn zaliczył dwa podejścia do europejskiej piłki. Oba spalone. Jesienią 2005 występował we francuskim Metz (16-2), a wiosną 2006 w niemieckim Duisburgu (12-2). Co ciekawe, po MŚ 2002 nie szło już mu nawet specjalnie w azjatyckich klubach (koreańskich i chińskich). Mundial to jego Mount Everest.

Przypadek Diopa jest trochę inny. On bowiem nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu. We Francji był bardzo cenionym ligowcem i jednym z asów RC Lens. W 2004 roku przeniósł się do Fulham, gdzie przez dwa lata był kapitanem i liderem zespołu. Potem jednak zaczęły gnębić go kontuzje. Przeniósł się do Portsmouth, następnie do greckiego AEK Ateny, by u schyłku kariery wrócić jeszcze do Anglii (West Ham i Birmingham City). Trener Diopa z okresu występów w Fulham, Lawrie Sanchez, mówił, że Diop ma wszelkie dane, żeby na długie lata zostać najlepszym środkowym pomocnikiem Premiership. Nie został nim, i choć pewnie nie żałuje swojej kariery, to może czuć pewien niedosyt.

Obaj piłkarzy łączy również to, że, pomimo perypetii klubowych, długo i wiernie przywdziewali narodowe koszulki. Bilans Ahna to 71-17 (lata 1997-2010, strzelił jeszcze gola na MŚ 2006), a Diopa: 63-11 (2002-2008).

Przy okazji warto zauważyć, że azjatycki mundial, jak chyba żaden inny w historii, wykreował grupę gwiazd/ gwiazdek, które potem kompletnie nie potwierdziły swoich umiejętności w dalszej karierze.

Moim prywatnym numerem jeden w tym rankingu byłby Turek Ilhan Manzis. Cóż to był za grajek! Kapitalny technicznie, szybki, pomysłowy...

Po mundialu został jeszcze chwilę w Besiktasie. Następnie przeniósł się do Japonii (3 mecze w Vissel Kobe), potem do Herthy Berlin (ciągłe kontuzje i tylko 1 mecz w 2005 roku), by gnębiony urazami wrócić do Turcji i wkrótce zakończyć karierę. W ramach ciekawostki wypada napisać, że po zawieszeniu piłkarskich butów na kołku, na nogi założył... łyżwy! Tak, to łyżwiarstwo figurowe stało się jego pasją. Najpierw wygrał turecką wersję "Gwiazdy tańczą na lodzie", a później mocno walczył o kwalifikację olimpijską do Soczi 2014 i awans do mistrzostw Europy w 2014. Obie próby skończyły się fiaskiem, ale Ilhan deklaruje, że się nie poddaje.

Kompletną klapą okazała się europejska kariera jednego z ówczesnych liderów reprezentacji Japonii - Junichiego Inamoto. Choć próbował on swoich szans w takich klubach jak Arsenal, Fulham, West Bromwich, Cardiff City, Galatasaray, Eintracht czy Stade Rennes, to nigdzie nie stał się on graczem większego kalibru.

Pewnym punktem złotej drużyny Canarinhos był Kleberson. Później wielu fanów obwołało go najgorszym w historii transferem Manchersteru United.

Wiceliderem (do spółki z trzema innymi zawodnikami) klasyfikacji asystentów był Hiszpan Javier de Pedro. Oto jego bilans po odejściu z Realu Sociedad w 2004 roku:

2004 Blackburn Rovers 2 (0)
2005 Perugia 5 (0)
2005–2006 IFK Göteborg 0 (0)
2006 Ergotelis 0 (0)
2006–2007 Burgos 5 (0)
2007 Vera 0 (0)

Senegalczyk El Hadji Diouf to zupełnie inna i długa opowieść, więc odsyłam choćby tutaj. Też wydawało się, że rozerwie futbolowy nieboskłon.

Tę wyliczankę jeszcze można by ciągnąć i ciągnąć... Wiele osób (w tym ja!) uważa, że turniej w Korei i Japonii nie tylko miał skandaliczną oprawę sędziowską, ale także rozgrywany był na jakiejś koszmarnej żyle wodnej. To by uzasadniało dlaczego niektórym asom światowej piłki szło w Azji jak po grudzie, a błyszczeli na nim piłkarze, po których nikt by się tego nie spodziewał.

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5