Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 06 września 2017
Janusz Wójcik jako polski selekcjoner z trzema oskarżeniami. Najmocniejszymi, jakie się da

Janusz Wójcik - trener-selekcjoner reprezentacji Polski na treningu przed meczem z Hiszpanią w 1999

Gdy Janusz Wójcik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski, 6 września 1997 roku, wygranym po efektownym golu Krzysztofa Ratajczyka meczem z Węgrami w Warszawie, wydawało się, że nadchodzi nowa, złota era dla naszej piłki. Tak jak bogate były premie dla piłkarzy i sztabu, a głośna otoczka wokół kadry, tak w Europie miało być słychać o bogatym dorobku punktowym biało-czerwonych. Z perspektywy 20 lat kadencję trenerską Janusza Wójcika można ocenić jako najczarniejszą w historii Polski. I nie chodzi tu o sam wynik sportowy, o brak awansu do Euro 2000 i nadzieje rozbudzone wygranymi towarzyskimi oraz o punkty z Bułgarią. Pal licho, eliminacje przegrywaliśmy i w dużo gorszym stylu. Na byłym selekcjonerze ciążą jednak trzy potężne oskarżenia, sformułowane już po latach, przez osoby z różnych środowisk. Nic mi nie wiadomo, by cytowane słowa były potem w jakikolwiek sposób prostowane, by Janusz Wójcik wytaczał w ich sprawie procesy o zniesławienie. O tych zarzutach zapomina się, jakby oddzielając pracę z kadrą od jego wyczynów klubowych i wspominając kadencję Wójcika w roli selekcjonera najczęściej w tonie wręcz komediowym, cytując prostackie odprawy z „kiełbasami w górę”. Tymczasem mówimy tu, naprawdę, o zarzutach najcięższych z możliwych dla każdego trenera, a już dla selekcjonera reprezentacji narodowej - zwłaszcza.

1. Janusz Wójcik miał być pijany dzień przed meczem reprezentacji Polski

Januszowi Wójcikowi zdarzało się zachowywać nieodpowiedzialnie po alkoholu - powszechnie wiadomo to od stycznia 2006 r., gdy po Balu Mistrzów Sportu pod wpływem prowadził samochód w Warszawie. O tym, że miał promile w czasie wykonywania pracy selekcjonera, pisał Rafał Stec (w swojej książce „Piłka sss... kopana”, cytowanej też potem na blogu i stronach Wyborczej).

Prowadząc reprezentację, na 24 godziny przed meczem z Anglią, Wójcik zaordynował piłkarzom tak intensywny „rozruch”, że gdyby nie interwencja ówczesnego wiceprezesa PZPN Zbigniewa Bońka, nazajutrz ledwie powłóczyliby nogami. Tamtego dnia też był pijany. Boniek chciał go zwolnić, lecz działacze przekonali go, że skandal zaszkodziłby wszystkim.

W zawoalowany sposób mógł to potwierdzić obrońca Jacek Zieliński, w materiale Wyborczej przed swoją 60. grą w reprezentacji, stwierdzając, że Wójcikowi „udzielił się chyba entuzjazm” i „chodził nabuzowany”.

Anglicy byli rzeczywiście słabi, grali źle. Ale my jeszcze gorzej. Pamiętam, że dzień przed meczem dostaliśmy nieźle w d... Na przedmeczowym rozruchu trenerowi Wójcikowi udzielił się chyba entuzjazm. Pamiętam te wślizgi, starty do piłki, podekscytowanego selekcjonera, który chodził nabuzowany po murawie Wembley i krzyczał, żebyśmy zap... Rano mieliśmy lekkie zakwasy, ale i tak mogliśmy w Londynie pograć lepiej. Nie wiem, czy trener Wójcik wystraszył się Anglików, ale sądząc po liczbie obrońców, podszedł do meczu z nimi z dużym respektem (śmiech).

2. Janusz Wójcik miał negocjować grę piłkarza w meczu reprezentacji Polski z prezesem jego klubu

Fragment książki „Szamo”, Grzegorza Szamotulskiego i Krzysztofa Stanowskiego, też odnosi się do sytuacji sprzed meczu z Anglią:

Kolejna anegdota krążąca w środowisku. Zbliża się mecz Anglia - Polska. Dzień przed spotkaniem Artur Wichniarek w pokoju już rozmyśla o tym, jak będzie strzelał kolejne gole (...)

- A na pewno zagrasz? - pada całkiem logiczne pytanie.

- Jasne! Widziałeś mnie w sparingu? Widziałeś w gierce? Najlepszy! Numer jedenaście na placach i wychodzę zburzyć to całe Wembley!

Dzień meczu. Piłkarze schodzą do autokaru. Wichniarek idzie na końcu, w kurtce i bez torby.

- Grasz.

- Nie.

- Jesteś na ławce?

- Nie.

Kilka metrów dalej stoi selekcjoner Janusz Wójcik i prezes Widzewa (klub Wichniarka), Andrzej Pawelec. Słychać głośną kłótnię. Kilka wyrwanych z kontekstu zdań.

- Ale Janusz, nie rób jaj! Dam ci w poniedziałek! - błagalnym głosem mówi Pawelec.

- Dasz w poniedziałek, to zagra w poniedziałek - wzrusza ramionami „Wójt”.

Artur Wichniarek w rozmowie z Jakubem Białkiem na Weszło sprawę wspomina tak:

- To nie był mecz na Wembley, tylko w Warszawie. Nie wiem, ja nie byłem przy tej rozmowie. Faktem jest, że miałem grać i tydzień treningów na zgrupowaniu na to wskazywał. Realia tamtych lat były jak widać trochę inne i nie tylko Fryzjer zarabiał na ustawianiu pewnych rzeczy. Jeżeli tak było i miało to się odbyć na zasadzie zapłacenia za to, że zagram, to dobrze, że nie zagrałem. Zawsze byłem daleki od takich rzeczy, zawsze chciałem pokazać na boisku, że jestem przydatny. Jeśli nie byłem przydatny, to lepiej dla wszystkich, że nie zagrałem. Nie mogę tej historii ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Fakt faktem, że nie zagrałem w tym meczu, choć byłem w bardzo wysokiej formie. Generalnie, nigdy nie szukałem układów i grania za wszelką cenę. 

Janusz Wójcik podczas meczu Anglia - Polska 3:1 na Wembley - 1999 rok

3. Reprezentacja Polski Janusza Wójcika mogła grać w nieuczciwym meczu

W październiku 2008 roku, po zatrzymaniu ws. afery korupcyjnej w polskiej piłce, Weszło w tekście „Janusz Wójcik zatrzymany. Dość buty i chamstwa!” pisało:

Były selekcjoner kadry, co nie jest tajemnicą, nie miał żadnych hamulców. W środowisku piłkarskim do dziś opowiada się na przykład o meczu Polska - Hiszpania (1:2), kiedy to sędzia z Rosji nie uznawał prawidłowych bramek dla naszych rywali - miał za to dostać drogi zegarek, ale dostał podróbkę i następnego dnia odpadły wskazówki. Wspomina się też między innymi o spotkaniu Bułgaria - Polska 0:3...

Wróćmy do meczu z Hiszpanami, którzy w Warszawie przeżyli gorzki przedsmak tego, co trzy lata później spotkało ich na mundialu w Korei. Dwa normalnie zdobyte gole w nieprawidłowy sposób nieuznane przez sędziów. - Oczywiście, że sędzia się pomylił. To były dwa błędy arbitra - żałował autor obu skradzionych goli, Raul. Jakiś fan Hiszpana wyciął odpowiednie wideo i wrzucił na YouTube, więc są do zobaczenia (same gole można obejrzeć na skrócie TVP).

Z kolei, jako próbę umówienia się na wynik, można rozumieć opis w książce Jerzego Dudka, meczu Szwecja - Polska, decydującego o awansie do barażu o Euro 2000.

W ostatnim meczu ze Szwecją też potrzebny był nam remis, by zagrać w barażach. Ale to nieszczęsne spotkanie zakończyło się naszą porażką 0:2. Niestety dało znać o sobie chore myślenie, nawyki zakorzenione od lat. A może oni nam pomogą ten remis wywalczyć? (...) Okazało się, że Szwedzi zagrali bardzo spokojnie do momentu, kiedy nie zaczęliśmy ich brutalnie kopać. Nie dali się sprowokować do takiej kopaniny, co się dla nas źle skończyło. Zaczęli grać na serio i wygrali 2:0. (...) Nie chcę go [Janusza Wójcika] oceniać jako trenera. Mogę tylko ocenić, że menedżerem był doskonałym.

Wszystkich wspomnianych meczów pod wodzą Janusza Wójcika pewnie by nie było, gdyby został on zwolniony przez PZPN Mariana Dziurowicza jeszcze przed startem eliminacji Euro 2000. Meczem o być albo nie być selekcjonera okazało się spotkanie Polska - Rosja, rozegrane 27 maja 1998. Polacy w cudowny sposób wygrali z dużo wyżej notowanym rywalem, czym rozpoczęli cudowną serię zwycięstw (a potem meczów bez porażki), która trwała aż do wspominanego już Wembley. Wspólnym mianownikiem większości tych rywali jest to, że pochodzili z Europy Wschodniej (ew. centralnej) lub że byli do zwyczajni słabeusze:

Polska - Rosja 3:1 - 27.05.1998 (gole w skrócie TVP, więcej akcji w rosyjskiej TV)

Ukraina - Polska 1:2 - 15.07.1998 (niestety, nie było żadnej transmisji tego meczu; sędzia - Węgier Attila Juhos)

Polska - Izrael 2:0 - 18.08.1998 (sędzia - Czech Vaclav Krondl)

Bułgaria - Polska 0:3 - 6.09.1998 

Polska - Luksemburg 3:0 - 10.10.1998 (sędzia - Albańczyk Bujar Pregla)

Słowacja - Polska 1:3 - 10.11.1998 

Malta - Polska 0:1 - 3.02.1999

Polska - Finlandia 1:1 - 10.02.1999

Polska - Armenia 1:0 - 3.03.1999

 

B.

wtorek, 27 czerwca 2017
Ongiś smutny koszyk

 basket1

Spodziewane 6. miejsce w rankingu FIFA i domniemany pierwszy koszyk w losowaniu grupowym na MŚ 2018 przywołują u mnie bolesne wspomnienia, gdy nasza kadra była dnem dna. Wyznacznikiem tego był fakt, że przy okazji rozstawiania eliminacyjnych garnuszków lądowała ona w czwartym kubełku. Sytuacja taka miała miejsce dwukrotnie - w ramach boju o EURO 2000 oraz MŚ 2014.

*

Na mętną lokację przed imprezą w Belgii i Holandii solidnie zapracowaliśmy beznadziejnymi wynikami pod wodzą Apostela i Piechniczka. W efekcie spadliśmy z trzeciego do czwartego koszyka (co prawda na sam jego szczyt, ale to nic nie zmieniło). Tam bawiliśmy się w gronie innych ówczesnych wielkich: Węgier, Irlandii Północnej, Bośni i Hercegowiny, Łotwy, Macedonii, Cypru, Walii i Islandii. Dość napisać, że szczebel wyżej ulokowały się m.in. Litwa, Słowacja, Izrael, Finlandia czy Gruzja.

Choć z drużyną prowadzoną przez Janusza Wójcika jakoś trudno mi wielce sympatyzować, to trzeba jej oddać, że dzięki kilku zwycięstwom odniesionym w el. EURO 2000 udało się wygrzebać z czwartego dołka w losowaniu, co - moim zdaniem - znacznie przyczyniło się do późniejszego awansu do MŚ 2002.

*

Eliminacje do MŚ 2014 jawią się mi jako senny koszmar. Nie tylko dlatego, że szybko znaleźliśmy się poza grą. Stawaliśmy do nich bowiem z piętnem katastrofalnych eliminacji do MŚ 2010 (a zaczynaliśmy z drugiego koszyka) oraz fatalnego EURO 2012. I cały ten kiepski wizerunek został potwierdzony na boisku.

O skali naszej ówczesnej zapaści niech świadczy fakt, że w losowaniu trafiliśmy do czwartego koszyka, ale - wiem, że to technicznie nieistotne - na samo jego dno! Towarzystwo w dołku mieliśmy takie: Bułgaria, Rumunia, Gruzja, Litwa, Albania, Szkocja, Irlandia Północna i Austria. Niewiele jednak brakowało, a spadlibyśmy do piątego (!!!) koszyka kosztem Armenii. Ówczesne popisy kadry Fornalika kazały sądzić, że taka degradacja byłaby uzasadniona.

*

Dziś te smutne czasy wspominam bez sentymentu. Jak zawsze w tego typu przypadkach potrzebny był... cud. Polacy eliminację do EURO 2016 zaczynali z samego dołu trzeciego koszyka i awansowali. Spodziewana kwalifikacja do MŚ 2018 odbędzie się także z trzeciego koszyka, ale już z jego wierzchołka. Bez względu zatem czy w bój o EURO 2020 będziemy ruszać z pierwszej czy drugiej grzędy - również wszyscy liczymy na awans. Ot, choćby po to, żeby skutecznie wymazać wspomnienia z dawnych czasów :)

P.

czwartek, 01 czerwca 2017
Nie dzień, ale cała runda dziecka

Sezon 2002/2003 był w polskiej ekstraklasie dość nietypowy. Dwie jej drużyny kończyły bowiem rozgrywki na granicy bankructwa, ratując się od połowy sezonu juniorami. Były to Pogoń Szczecin i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Obie wiosną 2003 roku puściły w bój nieopierzonych młodzieżowców, czasem wręcz dzieciaków.

*

W przypadku Portowców sprawy już jesienią wyglądały fatalnie. Zespół miał na koncie sześć punktów (jedno zwycięstwo z... KSZO) i był kompletnie rozbity na skutek tragikomicznych rządów Lesa Gondora (vel Leszka Gondorowicza, eks-taksówkarza z Lipian). O ile jednak w pierwszej części sezonu w składzie występowali całkiem uznani zawodnicy (m.in. Dźwigała, Choto, Kosmalski, Paweł Sobczak), o tyle w drugiej odsłonie za piłką uganiali się przede wszystkim piłkarze poniżej 20 roku życia, wspomagani kilkoma bardziej doświadczonymi zawodnikami (np. Biliński, Rafał Pawlak, Szubert). Oto młodziaki (tj. urodzeni w 1982 i później) z Pogoni, którzy w jej barwach zagrali w ekstraklasie wiosną 2003 roku: Tomasz Michałowicz (18 lat), Rafał Rogowski (18 lat), Marcin Całko (20 lat), Dawid Kamrowski (20 lat), Łukasz Żebrowski (21 lat), Łukasz Bednarek (21 lat), Michał Niedźwiedzki (18 lat), Przemysław Węgier (21 lat).

Dla całej tej ferajny ówczesny w ekstraklasie były jedyny w czasie kariery i po tym krótkim wiosennym epizodzie bezpowrotnie przepadli. (Na marginesie warto wspomnieć, że w klubowej kadrze przebywał wówczas także Piotr Celeban, ale nie dane mu było zadebiutować wówczas w lidze).

Uzupełnienie tej młodzieży zawodnikami rezerw dało bardzo niewybuchową mieszankę. Cała Pogoń zdobyła zaszczytny tytuł najsłabszej drużyny w XXI wieku. Wiosną zdobyła tylko trzy punkty (z... KSZO, a jakże), strzelając trzy gole i zaliczając takie wyniki jak 1:7 z Odrą, 0:9 z Górnikiem czy 0:6 z Lechem (pięć goli Gajtkowskiego), a ostatni mecz sezonu (z Ruchem Chorzów) oddając walkowerem.

Żeby uświadomić sobie jakim składem grała wówczas Pogoń - oto drużyna z ostatniego rozegranego meczu (ze Szczakowianką): Olszewski - Pawlak, Godras, Walburg, Misiura, Żebrowski, Liszczak (Węgier), Szubert, Kułkiewicz, Radziwon (Bednarek), Kotula (Makowski).

I na zakończenie małe wspomnienie

*

O ile miecz zagłady wisiał od dawna nad Pogonią, o tyle w KSZO kibice zostali nieco zaskoczeni astralną katastrofą. Zespół po rundzie jesiennej zajmował bowiem 13. miejsce, z względną przewagą nad strefą spadkową (13 m. - KSZO - 15 p.; 14 m - Zagłębie - 13; 15 m. - Widzew - 12; 16 m. - Pogoń - 6 p.).

Drużyna może nie była naszpikowana gwiazdami, ale takie nazwiska jak Piątek, Lasocki, Pietrasiak, Sokołowski, Małocha czy Żelazowski dawały nadzieję na spokojne utrzymanie w ekstraklasie. Tym bardziej, że KSZO zanotowało niezły początek rozgrywek (8 punktów w sześciu meczach, w tym remis z Legią). Z czasem jednak pojawiły się kłopoty finansowe i konflikt między piłkarzami a zarządem. W efekcie, w przerwie zimowej większość zawodników podstawowego składu odmówiła gry, przedstawiając zwolnienia lekarskie (tzw. afera grypowa). Klub nie doszedł z nimi do porozumienia i przed rozpoczęciem rundy wiosennej musiał kompletować skład z juniorów, często zupełnych dzieciaków. O ile więc Pogoń uzupełniała skład młokosami, o tyle KSZO go na nich opierała. Oto młodzieżowcy (ur. 1982 i później), którzy zagrali wówczas w ekstraklasie: Kamil Bąk (19 lat), Klaudiusz Łatkowski (18), Kamil Kutryba (19), Łukasz Leszczyński (18), Radosław Mikołajek (17), Przemysław Ryński (18), Grzegorz Sadłowski (19), Paweł Madej (18), Marcin Szczygieł (19). Najmłodszy w tym gronie Mikołajek miał w chwili debiutu 16 lat i 87 dni. Nikt z tego towarzystwa nie pojawił się już później na najwyższym szczeblu (ale - ciekawostka - Mikołajka w kadrze KSZO możemy znaleźć także dzisiaj!). Efekt tej pajdokracji był jednak kiepski, bo KSZO przegrało wiosną wszystkie (!) mecze i z hukiem spadło z ekstraklasy.

z1419686QWiosna2003AndrzejNiedzielanwmeczuKSZOOstro

Jak widać Dzień Dziecka może trwać całą rundę. Pytanie jednak czy dzieci zaprzęgnięte nagle do występów w ekstraklasie cieszyły się z tego faktu, czy też - co może sugerować przebieg ich karier - zostały skrzywdzone taką gwałtowną, bolesną i przedwczesną inicjacją.

P.

piątek, 28 kwietnia 2017
Baraże (westchnienie), lepiej nie

Rozpoczynająca się właśnie batalia o utrzymanie w ekstraklasie (w "grupie spadkowej") przypomniała mi o kolorowych latach 2001-2006, kiedy to o jednym albo dwóch miejscach na najwyższym szczeblu rozgrywkowym decydowały baraże.

Szczególne to były dwumecze, wedle dzisiejszej wiedzy ponad połowa była ustawiano, a połowa "problematyczna". Wiele się wówczas działo, choć niekoniecznie na boisku. Zapraszam więc do przeglądu barażowych spotkań (dane za - oczywiście - 90minut.pl).

indeks3

BARAŻE 2001

Górnik Polkowice 0-0 Stomil Olsztyn 20 czerwca, 18:00 (5000)

Stomil Olsztyn 0-0 Górnik Polkowice 24 czerwca, 16:30 (6000)
pd. k. 5-4

To zdecydowanie najnudniejszy baraż w historii Polski, a ja osobiście dodam, że pierwszy mecz jest zarazem najnudniejszym meczem, jaki kiedykolwiek widziałem (drugie miejsca zajmuje). Na boisku nie działo się absolutnie nic, a wyróżniał się jedynie Andrzej Słowakiewicz - wyróżniał się połączeniem łysiny z wąsem :) W rewanżu (według relacji prasowych) było podobnie, a o utrzymaniu zadecydowały rzuty karne. Ciekawą relację z rewanżu można przeczytać tutaj.

BARAŻE 2002

Tutaj zaczynamy już działalność jawnie przestępczą :)

Szczakowianka Jaworzno 2-0 RKS Radomsko 8 maja, 15:00 (1800)
Łukasz Błasiak 66, Robert Sztandera 76 (k)
Górnik Łęczna 0-1 KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 8 maja, 17:15 (4500)
Marek Sokołowski 90
 
RKS Radomsko 1-0 Szczakowianka Jaworzno 12 maja, 14:30 (6500)
Bogdan Jóźwiak 90
KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 2-1 Górnik Łęczna 12 maja, 16:45 (7500)
Jarosław Popiela 15 (k), Daniel Grębowski 68 - Dariusz Solnica 19

Dwumecz Szczakowianki z Radomskiem to przygrywka do wydarzeń, które rok później śledziła cała Polska. W 2002 roku było jeszcze kulturalnie. Ekipa z Jaworzna wygrała u siebie 2:0, by w rewanżu ulec bezpiecznie 0:1. Tutaj relacja z pierwszego meczu (warto zwrócić uwagę na "wątpliwości" dotyczące pracy sędziego), a tutaj "relacja z awansu". Od tego dwumeczu rozpoczęła się słynna na całą Polskę "sprawa Rasica". Do poczytania tutaj, tutaj i tutaj. Tutaj fotorelacja z dwumeczu, a fajny tekst o upadku ekipy RKS - tutaj.

W drugim barażu było spokojniej, a na pewno... ciszej. KSZO w obu meczach pokonało Łęczną (relacja z pierwszego spotkania - tutaj, z drugiego - tutaj), choć zdobywane przez zwycięzców gole były dość wyjątkowe.

Ryszard M., ówczesny działacz Górnika, o swoich doświadczeniach z arbitrem:

W 2002 uczestniczyliśmy w barażach o pierwszą ligę z KSZO Ostrowiec. Były to baraże przegrane. Pamiętam, że mecz barażowy w Ostrowcu sędziował G., kto sędziował w Łęcznej nie pamiętam. Pamiętam, że ten mecz w Ostrowcu przegraliśmy 2:1. To był mecz, który sędziował G. Utkwiło mi w pamięci, że w tym meczu w Ostrowcu nie mogliśmy wyjść ze swojej połowy. Tam sędzia odgwizdywał co chwile faule przeciwko nam. Pamiętam, że w tym meczu w Ostrowcu technicznym był F. On mówił w trakcie meczu żebyśmy się nie denerwowali. (...) Ja po paru latach zapytałem G. dlaczego ten baraż z KSZO sędziował tak, że nie mogliśmy przejść na połowę przeciwnika. G. powiedział, że ten mecz dawał mu awans na sędziego międzynarodowego. Tam musiał być ktoś mocny jeśli chodzi o obserwatora. Ten mecz grało nam się bardzo dobrze jeśli chodzi o sędziowanie do czasu kiedy nie strzeliliśmy bramki. Po tym uaktywnił się G. i nie dał nam grać. (...)

BARAŻE 2003

A tutaj zaczyna się już czysty kryminał z wyrokami :)

Świt Nowy Dwór Mazowiecki 1-0 Szczakowianka Jaworzno 14 czerwca, 17:30 (2500)
Krzysztof Przytuła 51 (s)
Górnik Łęczna 1-0 Zagłębie Lubin 15 czerwca, 18:00 (4500)
Paweł Bugała 40

Szczakowianka Jaworzno 0-3 Świt Nowy Dwór Mazowiecki 22 czerwca, 17:00 (7000)
(wo)
Michał Karwan 42 (s), Krzysztof Przytuła 68, Maciej Iwański 84
na boisku 3-0, zweryfikowany w związku z przekupstwem piłkarzy Świtu
Zagłębie Lubin 1-2 Górnik Łęczna 21 czerwca, 17:00 (7500)
Arkadiusz Klimek 20 - Paweł Bugała 43, 83

O dwumeczu Świtu ze Szczakowianką napisano już wszystko, więc tylko odeślę tutaj, tutaj, tutaj, tutaj albo tutaj.

Natomiast o rywalizacji Zagłębia Lubin z Górnikiem Łęczna wspominałem już na blogu w kontekście jej bohatera - Pawła Bugały. Odsyłam zatem tutaj. Więcej do poczytania o tym - niepozbawionym wątpliwości - dwumeczu można znaleźć tutaj i tutaj oraz tutaj i tutaj.

I tak wszystko fajnie, fajnie, ale stosowne wyjaśnienia złożył po latach Ryszard M., ówczesny działacz Górnika:

Teraz wyjaśnię o meczu barażowym o pierwszą ligę po sezonie 2002/2003. Był to Górnik Łęczna - Zagłębie Lubin z 15 czerwca 2003 zakończony wynikiem 1:0. Sędziował sędzia K.  Nie pamiętam okoliczności złożenia mu propozycji korupcyjnej. Nastąpiło to jak zwykle na polecenie prezesa. Prawdopodobnie rozmawiałem z nim przed meczem. Chodziło prawdopodobnie o kwotę 30 tys. On przyjął tę propozycję. Poinformowałem prezesa o przyjęciu propozycji przez sędziego. Mecz został wygrany bez żadnej pomocy sędziego, a powinien być wygrany 4:0, jeśli drużyna by grała dokładniej. Prawdopodobnie pieniądze zapłaciłem sędziemu po meczu, ale tego nie jestem pewien. Pieniądze pochodziły od prezesa, ale z jakiego źródła nie wiem.

BARAŻ 2004

Wydawało się, że po gorączce z poprzedniego roku baraże 2004 na pewno będą spokojne. Ale nie do końca były :)

Cracovia 4-0 Górnik Polkowice 19 czerwca, 15:30 (12 000)
Piotr Giza 6, 22, Łukasz Skrzyński 57, Piotr Bania 79

Górnik Polkowice 0-4 Cracovia 26 czerwca, 17:00 (2000)
Marcin Bojarski 32, Krzysztof Przytuła 51, 89, Łukasz Szczoczarz 69

Pasy bezapelacyjnie zwyciężyły oba mecze, ale wątpliwości budziła końcówka otoczka spotkań. Do poczytania tutaj i tutaj oraz tutaj i tutaj.

Tutaj klip z backstage'u pierwszego spotkania. Cały rewanż do obejrzenia w kawałkach tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. W czwartej części zobaczcie gdzie stoją kibice Cracovii :)

Po latach zaś pojawiło się takie info na temat drugiego meczu:

W pierwszym meczu barażowym o pozostanie w pierwszej lidze Górnik odniósł klęskę. Mariusz J. nie znał sędziego tego spotkania Roberta Małka z Zabrza. O pomoc poprosił Ryszarda F. zaznaczając, że ma na ten mecz 50 tys. zł. za zwycięstwo i 25 tys. za remis. Fryzjer wziął na siebie kontakt z arbitrem. O pomoc poprosił jednak Mariana D., wówczas szefa kolegium śląskich sędziów. Jak wynika z analizy połączeń telefonicznych - Ryszard F. trzy razy rozmawiał z Małkiem. Według prokuratury wywiązał się ze złożenia propozycji korupcyjnej. Prokuratura nie ujawnia jednak jaka była reakcja sędziego.

Okazało się, że Górnik walczył do końca :)

BARAŻ 2005

W 2005 roku emocje zdecydowanie opadają.

Widzew Łódź 1-3 Odra Wodzisław Śląski 16 czerwca, 20:00 (8000)
Rafał Pawlak 61 - Michał Stasiak 55, Mariusz Zganiacz 82, 90 (k)

Odra Wodzisław Śląski 0-1 Widzew Łódź 19 czerwca, 19:00 (5000)
Frank Egharevba 43

Odra zdecydowanie wygrywa z Widzewem i utrzymuje się w ekstraklasie. Co ciekawe, trenerem, który pogrążył łodzian był... Franciszek Smuda. Na osłodę RTS-owi - ładny gol Pawlaka z pierwszego spotkania.

BARAŻ 2006

Wreszcie ostatni jak na razie baraż.

Jagiellonia Białystok 0-2 Arka Gdynia 15 czerwca, 17:00 (7000)
Grzegorz Pilch 28, Maciej Zając 87 (s)

Arka Gdynia 2-1 Jagiellonia Białystok 18 czerwca, 15:00 (11 000)
Olgierd Moskalewicz 1, Grzegorz Niciński 3 - Jacek Chańko 76 (k)

Arka spokojnie ograła w obu spotkaniach Jagę i utrzymała się w lidze. Pierwszą bramkę w dwumeczu strzelił Grzegorz Pilch, który rok później trafił do więzienia. Cały pierwszy mecz do obejrzenia tutaj. Ten dwumecz jednak też pojawił się w kontekście meczów ustawionych.

***

Trzeba przyznać, że formuła barażowa, choć w intencjach może i szlachetna, stała się zwyczajnym konkursem kopert. Szkoda, bo systemowo to rozwiązanie sprawiedliwe i bardzo emocjonujące. Nie wstrzeliło się jednak kompletnie w czas i miejsce :)

P.

czwartek, 02 lutego 2017
Turniej w Spodku. Złote lata i upadek

Przyznam, że to moje bardzo miłe wspomnienie z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Przerwa noworoczna, świąteczna atmosfera w domu, rodzinne lenistwo i... turnieje halowe w Niemczech :) Tak, miało to swój ogromny urok, oglądać tamte klimatyczne rozgrywki, gdzie największe gwiazdy Bundesligi czarowały na parkietach otoczonych bandami. Dodatkowo, w zawodach tych występowali często także piłkarze Widzewa Łódź (dzięki niemieckim koneksjom Andrzeja Grajewskiego), dzięki czemu kolejne imprezy z cyklu śledziło się z wypiekami na twarzy.

Popularność zawodów transmitowanych przez zagraniczne stacje telewizyjne sprawiła, że nad Wisłą także pojawił się pomysł organizacji spektakularnego turnieju halowego. Jak postanowiono tak zrobiono - turniej w katowickim Spodku miał się stać polskim Fussball Hallenmeisterschaft.

19970118_EB_Sport_Cup__Spodek

Pierwsza edycja Spodka odbyła się w styczniu 1995 roku. Oficjalnym sponsorem imprezy został browar EB, od razu też instalując się w nazwie, która w związku z tym brzmieć miała EB Cup. Do udziału zaproszono pięć ekip: Górnika Zabrze, ŁKS, Ruch Chorzów, GKS Katowice, Legia Warszawa. Formuła zakładała jedną grupę, w której gra każdy z każdym. Po zaciętych bojach zwyciężył Górnik Zabrze, który w decydującym spotkaniu zremisował z lokującym się zaraz za nim w tabeli GKS.

Wyniki spotkań wraz ze strzelcami goli znajdziecie tutaj i tutaj. Warto też wspomnieć, że za najlepszego zawodnika uznano Dariusza Kosełą.

Na trybunach siedem tysięcy kibiców (!!!), większość dopingująca GKS, ale także pozostałe drużyn. Mimo to było względnie spokojnie, pomijając jeden incydent.

Pomysł się sprawdził, kibice oczekiwali właśnie takiego wydarzenia. Trzeba było iść za ciosem.

*

Sukces pierwszej edycji sprawił, że EB Cup 1996 był jeszcze bardziej spektakularny. Do boju przystąpiło osiem drużyn podzielonych na dwie grupy: Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i GKS Katowice oraz Ruch Chorzów, ŁKS Łódź, Raków Częstochowa i Górnik Zabrze. Sensacyjnym zwycięzcą turnieju został Raków Częstochowa. Najpierw wygrał swoją grupę, potem po pięknym boju odprawił w półfinale GKS Katowice (3:2), by w finale, po jeszcze bardziej spektakularnych zawodach, pokonać Ruch Chorzów (6:5). Dla częstochowian to jeden z największych sukcesów w historii, którym chwalą się oni na swojej stronie. Co ciekawe, pierwotne zgłoszenie Rakowa do turnieju zostało odrzucone i dopiero po rezygnacji jednej z ekip zaproszono go do udziału.

Najlepszym piłkarzem turnieju został Marek Citko, bramkarzem Ryszard Kołodziejczyk, a strzelcem Damian Galeja. Relacja z turnieju tutaj.

Kibicowsko - pamiętajmy, że "kolorowe lata dziewięćdziesiąte" - turniej także wypadł dość spokojnie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy to dość niezwykłe, bo do wielkiej, ale ograniczonej wewnętrznie i zamkniętej przestrzeni wpuszczono 9000 kibiców zantagonizowanych zwykle klubów. Polecam tę relację.

*

Spodek 1997. Pierwsze błyskawice przed przyszłoroczną burzą. Na tym turnieju wystąpiły drużyny GKS-u Katowice, Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze, Widzewa Łódź, Rakowa Częstochowa, Odry Wodzisław oraz Lecha Poznań. Wraz z drużynami stawili się także ich fani: 2000 z GKS, 2000 z Ruchu, 1300 z Górnika. Było sporo drobnych zadym i zdecydowanych interwencji policji. Poczytacie o tym tutaj i tutaj. Swoją drogą, zobaczcie w poniższych filmikach jak "obklejona" jest hala kibicami. Oni wręcz wiszą na piłkarzach (a i na sobie nawzajem), uprasowani jak sardynki w puszce.

Piłkarsko turniej stał na bardzo wysokim poziomie. Sporo było ciekawych meczów w grupach, a w półfinałach kibice mogli obejrzeć wyjątkowo emocjonujące starcia. W finale Lech Poznań okazał się lepszy od GKS Katowice (6:3).

Najlepszym piłkarzem i strzelcem turnieju został Jan Furtok, a bramkarzem Marek Matuszek. Wyniki spotkań znajdziecie tutaj.

*

Spodek 1998. Terror, pożoga i śmierć imprezy. Jeden z punktów kulminacyjnych stadionowego chuligaństwa lat dziewięćdziesiątych. Totalna wojna między pseudokibicami podczas katowickiej imprezy stała się ikoniczną wręcz ilustracją kondycji polskich trybun u schyłku wieku. Oto fragment relacji z tamtych wydarzeń (zaczerpnięty stąd):

Na turnieju pojawiły się następujące ekipy: Ruch Chorzów – ok. 2000 osób; GKS Katowice – 1500 osób; Górnik Zabrze – 800 osób; Wisła Kraków - 200 osób (9 Jagiellonia, 3 Śląsk, 2 Lechia); GKS Tychy + ŁKS – 150 osób; Lech Poznań - 80 osób ( niewpuszczeni na halę przez brak wcześniejszego zamówienia biletów); Raków Częstochowa – 70 osób; Odra Wodzisław – 40 osób. Ponadto na sektorach Wisły obecne było Zagłębie Sosnowiec (15) a z Ruchem zasiadło 9 fanów Widzewa. Rozmieszczenie fanów na trybunach wyglądało następująco: Odra – Raków - Ruch - GKS - Górnik – Wisła a na dolnej kondygnacji tysko-łódzka koalicja. Lech podobno miał być między Rakowem a Ruchem.

Pierwsze zamieszki zaczęły się już przed wejściem do hali, a pierwsza bijatyka na trybunach miała miejsce przed rozpoczęciem pierwszego meczu. Na turnieju zgromadziło się blisko 7 tysięcy kibiców, na 7 zorganizowanych grup kibiców, 6 prowadziła między sobą regularną bitwę. W Spodku czuwało 300 ochroniarzy z chorzowskiej firmy Fosa. Stracili jednak kontrolę już podczas pierwszej bitwy kibiców GKS i Górnika. Tłum obrzucał się krzesełkami. Przeciwników zrzucano z wysokości kilku metrów na niższe sektory.

W trosce o własne zdrowie, z turnieju wycofała się drużyna Lecha Poznań, a inne drużyny były o krok od podjęcia identycznej decyzji. Organizatorzy próbowali wszelkimi sposobami załagodzić sytuację. Nie dały skutku wypowiedzi kapitanów drużyn, sędziów i oficjeli. Dopiero przemówienia "wysłanników" wszystkich obecnych w Spodku grup kibiców, przywróciły spokój na trybunach.

Ochroniarze znosili pokrwawionych ludzi do centrum prasowego. Sanitariusze opatrzyli ponad stu rannych, 47 zabrało pogotowie, pięciu hospitalizowano. Zniszczono tysiąc krzeseł i 14 szyb. Do Spodka wkroczyło 88 policjantów, którzy jednak nie wdawali się w bójki z kibicami. Mówiono, że nie chcieli prowokować kibiców, pamiętając o wydarzeniach słupskich. Raniono dwóch funkcjonariuszy. Zatrzymano jednego chuligana, który na ulicy zaatakował policjanta koszem na śmieci.

W sieci można znaleźć więcej kibolskich relacji ze spodkowych zamieszek, ja odsyłam przede wszystkim tutaj. Poza tym sporo jest również nagrań wideo - np. tutaj, tutaj i tutaj. Tutaj z kolei relacja prasowa.

Na tym tle zupełnie nieistotny jest sportowy wymiar wydarzenia. O ile mecze grupy A udało się jeszcze rozegrać "normalnie", o tyle grupa B już nie miała takiego komfortu. Jak już wspomniano Lech Poznań w ogóle wycofał się z turnieju, a w półfinale zagrały Wisła Kraków z Odrą Wodzisław (2:2 k. 5:6) i Ruch Chorzów z GKS-em Katowice (1:1 k. 1:2). W finale Odra wygrała z GKS po rzutach karnych (4:4 k. 3:4).

Wybrane wyniki turnieju znajdziecie tutaj.

*

Wszyscy wiedzieli, że wydarzenia z 1998 roku oznaczają w zasadzie śmierć turnieju. Zbyt mocno ludziom utkwił w głowach obraz osób lecących z trybun, wyrywanych krzesełek, okładania się pałkami, bitwy z policją. Nie było szans, żeby wrócić do punktu zero i zacząć imprezę od nowa. Ale...

... Mało kto o tym pamięta (ja też o tym nie pamiętałem), lecz rok później, w styczniu 1999 roku odbyła się kolejna edycja "Spodka". O wiele mniejsza, o wiele mniej spektakularna, o wiele mniej medialna, bez Ruchu Chorzów. Wystąpiły drużyny następujące drużyny: Ruch Radzionków, Widzew Łódź, Górnik Zabrze, GKS Katowice, Odra Wodzisław, GKS Bełchatów oraz czeskie Slezsky Opawa i FK Teplice. W finale wygrały Cidry pokonując GKS Katowice 3:2. Wybrane wyniki tutaj.

Z czasem okazało się jednak, że to epitafium dla katowickiego turnieju, lub - jak kto woli - respiracja trupa. Choć jeszcze kilkukrotnie przymierzano się do organizacji "piłkarskiego Spodka", to nigdy nie doszedł już on do skutku.

*

Krótka, ale intensywna historia turnieju w Spodku to dla mnie fascynujący przykład potransformacyjnych paradoksów lat dziewięćdziesiątych. Zachodnia idea (biznesowa, bo oparta na chęci generowania zysków z futbolu również zimą, ale i festiwalowa, wręcz biesiadna, dająca rozrywkę całym rodzinom) spotkała się z ówczesną bolesną rzeczywistością polskich trybun - pozbawioną jakichkolwiek polityki bezpieczeństwa i opartą na fanatyzmie, antagonizmach oraz publicznej przemocy. To chyba musiało tak się skończyć (?).

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6