Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

poniedziałek, 08 sierpnia 2016
Czarnogóra, skreślam z listy

Jakiś czas temu stworzyłem mapę białych plam w Europie, czyli krajowych rozgrywek ligowych, w których jeszcze nie grał nigdy żaden Polak. Tutaj znajdziecie pierwszy zestawienie, a tutaj jego aktualizację z marca 2013 roku. Przez ostatnie 3,5 roku nic się nie zmieniało... aż do przedwczoraj. Wtedy to z niniejszego zestawienia wypadła Czarnogóra. Należy ten fakt odnotować skreśleniem z listy, co niniejszym czynię: Czarnogóra.

Powodem tej aktualizacji jest debiut Marcina Garucha w zespole FK Grbalj. Garuch (ur. 1988) to zawodnik związany przez niemal całą swoją karierę z Miedzią Legnica.

MARCIN_GARUCH

Tam często bywał kapitanem drużyny i ulubieńcem trybun, a poza tym piłkarzem bardzo charakterystycznym, bo dysponującym dość niezwykłymi jak na profesjonalny futbol warunkami fizycznymi: 154 cm i 55 kg. Tutaj, tutaj i tutaj znajdziecie bardzo ciekawe materiały na jego temat.

FK Grbalj to siódma drużyna poprzedniego sezonu czarnogórskiej ekstraklasy. Typowy ligowy średniak, choć Garuch zapowiada, że plany są poważniejsze.

W takim razie aktualna lista krajów, w których jeszcze nie grali Polacy wygląda następująco: Andora, Armenia, Bośnia i Hercegowina, Macedonia i San Marino oraz...

... No właśnie - aktualizacja stanu członków UEFA kazałaby dodać również tutaj Gibraltar i Kosowo. Okazuje się jednak, że w obu ligach występowali już obywatele Polski! Jak to? Jak to? Jak to?! Historie są faktycznie interesujące.

Adrian Wojcik to Polak urodzony (ur. 1994) i wychowany w Hiszpanii. Terminował przede wszystkim w juniorach Betisu Sewilla, a później w tamtejszych rezerwach.

Adrian-Wojcik1

Ma na swoim koncie również powołania do młodzieżowych reprezentacji Polski. Po wkroczeniu w wiek seniorski próbował szczęścia w różnych miejscach (m.in. w rezerwach i trzeciej drużynie Sevilla FC oraz w rezerwach West Ham, a mówiło się nawet o jego transferze do Legii), a jesienią 2014 rozegrał jeden mecz dla Lincoln Red Imps FC. Ten mecz dał mu osobisty mikrowkład w mistrzostwo Gibraltaru wywalczone później przez LRI FC, a nam odfajkował zachodni skrawek Europy jako zdobyty przez Polaków grunt. Wojcik pojawiał się niedawno w składzie rezerw Wisły Kraków (choć tutaj są rozbieżne informacje), a obecnie występuje w niższych ligach hiszpańskich i prowadzi konto na Twitterze.

Jeszcze bardziej niezwykły jest wątek kosowski. Choć Kosowo zostało członkiem UEFA w maju 2016 roku, to tamtejsza niezależna liga funkcjonuje od 1990 roku. Swego czasu zabłąkał się niej... Michael Sanni.

Kto to taki? Sanni, czy też Michael Olakitan Sanni, pochodzi z Nigerii. Urodził się w 1987 roku w Lagos. Szybko jednak wyemigrował z ojczyzny, by szukać w świecie futbolowego szczęścia. Grał w Indiach, na Malediwach, w Nepalu, a w 2007 roku trafił do Kosowa, do zespołu Trepca Mitrovice. Ale w tej chwili to jeszcze nic nie znaczy. Stamtąd, wiosną 2008 roku, przeniósł się jednak do Polski. Najpierw występował w rezerwach Stali Rzeszów, a potem reprezentował takie kluby jak Jarota Jarocin, Wigry Suwałki, Rominta Gołdap, KP Piaseczno, Unia Solec Kujawski, Bytovia Bytów oraz Orzeł Kolno. W grudniu 2012 roku otrzymał polskie obywatelstwo. Już z polskim paszportem występował w Kurdystanie (2013) oraz wiosną 2014 roku w Kosowie, znowu w zespole Trepca Mitrovice. Więc i tam mieliśmy już człowieka z orzełkiem w dokumentach!

Przygoda na Bałkanach trwała jednak tylko kilka miesięcy i jesienią 2014 Sanni był z powrotem w Polsce. Od tego czasu można go było dojrzeć w ŁKS-ie Łomża i - ostatnio - w Puszczy Hajnówka.

No to jeszcze na sam koniec mała uwaga. Przy okazji poprzedniej aktualizacji pisałem o Hajduczuku, że jest on pierwszym piłkarzem w naszym kraju występującym w Kazachstanie, z zastrzeżeniem jednak, że jest to zaplecze ekstraklasy. W ciągu ostatnich trzech lat doczekaliśmy się jednak zawodników występujących również na najwyższym ligowym poziomie. Byli to Łukasz Gikiewicz (Toboł Kostanaj) i Przemysław Trytko (FK Atyrau).

P.

wtorek, 29 marca 2016
AJ Fiasko Auxerre

935px-AJ_Auxerre.svg

AJ Auxerre określany jest często jako "polski klub". Niewątpliwie piękne karty zapisali w nim piłkarze z naszego kraju. Wystarczy wymienić tutaj choćby Mariana Szeję, Andrzeja Szarmacha, Pawła Janasa, Henryka Wieczorka, Andrzeja Zgutczyńskiego, Waldemara Matysika, Zbigniewa Kaczmarka czy też z nowszych - Tomasza Kłosa, Dariusza Dudkę czy Ireneusza Jelenia.

Te postacie przesłaniają zastęp piłkarzy, którym w Auxerre, pomimo całej sympatii do Polaków, nie powiodło się. Pół biedy, gdy przygoda z francuskim klubem okazała się nieudanym epizodem w i tak udanej karierze. Tak mogą myśleć o epizodzie w AJ choćby Piotr Włodarczyk (2001/2002: 7 meczów - 0 goli; opowieść Włodara o tym czasie tutaj) czy Marcin Kuźba (1998/1999: 5 meczów - 0 goli; ciekawy tekst o nim tutaj).

Niezwykle ciekawy jest jednak los piłkarzy, dla których pobyt w Auxerre był szczytowym osiągnięciem. Szczytowym, mimo że nie wystąpili w żadnym ligowym meczu.

Tak się złożyło, że akurat dziś urodziny obchodzi Kamil Oziemczuk (ur. 29.03.1988). Wychowanek Górnika Łęczna z przytupem wkroczył w świat dorosłego futbolu. W ekstraklasie zadebiutował mając 17 lat. Sezon 2005/2006 kończył z dorobkiem 16 meczów i 3 goli. Jeden z nich strzelony Legii przy Łazienkowskiej! To wszystko wystarczyło, by okrzyknięto go jednym z największych polskich talentów i wytransferowano do Auxerre.

k,MzM4MTM1OTUsMTg0NjU5,f,6058

Tam jednak - kompletna klapa. Dwa lata ławki i trenowania z rezerwami oraz zmagania z kontuzją (2006-2008). Co gorsza po powrocie do Polski Oziemczuk już nigdy nie powrócił na poziom ekstraklasy. Długo grał w Łęcznej, a później w coraz słabszych klubach Lubelszczyzny. Obecnie występuje w III-ligowej Avii Świdnik. Wywiad o jego przygodzie we Francji można przeczytać tutaj i tutaj.

Więcej szczęścia miał Mateusz Szczepaniak (ur. 1991). Ten najlepszy obecnie piłkarz Podbeskidzia trafił do AJ z juniorów Zagłębia Lubin i przeżył tam trudne chwile (2008-2011). Główny bohater sporo o tym mówił w wywiadach, więc odsyłam choćby tutaj i tutaj. Wszystko wskazuje, że Szczepaniak po francuskim fiasku "Szczepan" się odbudował i pokaże jeszcze na co go stać.

Takiej szansy nie dostanie już raczej Arkadiusz Ryś (ur. 1988). Wieloletni zawodnik reprezentacji młodzieżowych aż cztery lata próbował przebić się do składu Auxerre - najpierw z juniorów, później z drużyny B (2005-2009). Na nic jednak jego trud - zawodnik nigdy nie zagrał w zespole seniorów. Po powrocie do Polski występował w I-ligowym GKS Katowice, później w jego rezerwach, a następnie w Okocimskim Brzesko. W obecnym sezonie występuje w IV-ligowym KS Raszyn. Teksty o Rysiu - tutaj, tutaj i tutaj.

W przypadku Pawła Hajduczka (ur. 1982) pobyt w Auxerre (2001/2002) można potraktować po prostu jako jeden z wielu zagranicznych klubów, w których ten utalentowany kiedyś zawodnik terminował. Gracz ten spalonej próbie w AJ i nieudanym podejściu do Polonii Warszawa występował w Grecji, na Ukrainie, a także... w Kazachstanie i w Gruzji. Pisałem o nim kilkukrotnie, m.in. tutaj.

Na zakończenie dwaj zawodnicy, których przygody z Auxerre należy rozpatrywać w nieco innych kategoriach. Obaj bowiem urodzili się i wychowali we Francji, więc wybór AJ był ich naturalną destynacją.

Remy Andreasik (ur. 1986) był synem polskich emigrantów we Francji. W Auxerre terminował jako junior (do 2002 roku). Nigdy jednak nie przebił się do seniorskiej drużyny. Stamtąd trafił nawet do Olympique Marsylia, ale również skończyło się na rezerwach. Pomimo codziennych występów we Francji stawiał się na zgrupowania reprezentacji Polski U-19. Dariusz Dziekanowski oceniał jego umiejętności na 4+. Po kilku kolejnych nieudanych transferach Andreasik jednak zakończył profesjonalną karierę.

Wreszcie Michael Lukasiewicz (ur. 1991). Przyszedł na świat w Carcassonne, przez kilka lat (do 2010 roku) występował w juniorskich drużynach AJ. Potem przez dwa lata pojawiał się w rezerwach FC Thun. Do kraju przodków zawitał jesienią 2012 roku. Wystąpił w pięciu meczach ówczesnej I-ligowej Bogdanki Łęczna po czym... słuch o nim zaginął.

Różnie układają się losy polskich piłkarzy nawet w "polskich klubach". Nie wszystkim powiodło się w Borussii, nie wszystkim udało się coś ugrać w Auxerre. Pozostaje tylko liczyć, że ci przegrani pójdą ścieżką Szczepaniaka a nie Oziemczuka czy Rysia.

P.

czwartek, 10 grudnia 2015
Transferowy ser szwajcarski

Dzisiejsze spotkanie Lecha z FC Basel przypomniało mi, że relacje polsko-szwajcarskie są kompletnie zaburzone jeśli chodzi o transfery piłkarzy między oboma krajami. Cały zastęp Polaków próbował swojego szczęścia w tamtejszej lidze, a tylko garstka Helwetów (dokładniej – dwóch) spróbowała chleba nad Wisłą. Jako, że dziś gra Kolejorz, to skupmy się jednak wyłącznie na lechitach.

Darko Jevtic jest pierwszym Szwajcarem w historii polskiej ekstraklasy i pierwszym w barwach Lecha Poznań. Na dodatek (ciągle niedysponowany) as poznańskiej drużyny to właśnie wychowanek FC Basel. W dorosłej drużynie z St. Jakob-Park zagrał tylko dwa mecze, ale może czuć się pełnoprawnym mistrzem Szwajcarii 2013. Jeśli zobaczymy go więc w wieczornej rywalizacji, to na pewno chłopakiem będą targały silne emocje.

2012_10_12_fcb_wohlen_0053

Obecnie odnotować jedynie należy, że drugim Szwajcarem na polskich boiskach został właśnie Aleksandar Prijovic. Nowy nabytek Legii, podobnie jak Jevtic, ma również serbskie korzenie. Urodził się w Santk Gallen, jako junior terminował w lokalnej drużynie, by potem pojeździć trochę po świecie i na krótko wrócić do Szwajcarii (FC Sion, Lausanne Sport). Wiemy już, że gwiazdą ekstraklasy raczej nie zostanie, ale ostatnio passę ma dobrą (cztery gole w pięciu meczach).

Polaków w lidze szwajcarskich trudno nawet zliczyć, ale zebrało się ich ponad pół setki. Samych lechitów było za to sześciu. Oto oni:

Dariusz Skrzypczak – w Lechu (1982-1994); w Szwajcarii – FC Arau (1994-2003), FC Hochdorf (2003-2004), FC Langenthal (2004-2005).

Jacek Przybylski - w Lechu (1991-1995); w Szwajcarii – FC Winterhur (1999-2000)

Jacek Dembiński - w Lechu (1991-1995, 1996, 2006-2007); w Szwajcarii – Lausanne Sport (1995)

Mirosław Trzeciak - w Lechu (1988-1994, 1995-1996); w Szwajcarii – Young Boys Berno (1995)

Piotr Tyszkiewicz - w Lechu (2000); w Szwajcarii – FC Baden (1994-1995)

Zbigniew Zakrzewski - w Lechu (2000-2001, 2003-2007); w Szwajacarii – FC Sion (2007, 2009), FC Thun (2008).

Do tego zestawienia można byłoby jeszcze dodać asystenta niedawnego jeszcze trenera Macieja Skorży - Tomasza Rząsę.

Tomasz Rząsa - w Lechu (2014- ); w Szwajcarii – Grasshopper Zurych (1994-1995, 1996), FC Lugano (1995-1996), Young Boys Berno (1997).

Zdecydowanie największą renomą wśród Helwetów cieszy się Dariusz Skrzypczak. Pomocnik Kolejorza mieszka tam już od 20 lat. Po zakończeniu pięknej piłkarskiej kariery rozpoczął tam pracę trenera.

skrzyp

Również Tomasz Rząsa dał się poznać Szwajcarom z dobrej strony. Choć jechał do nich jako napastnik, to wkrótce przerobiony został (z dobrym skutkiem) na obrońcę. Z Grasshopper Zurych występował w Lidze Mistrzów w 1995 i 1996 roku.

rzasa1

Z kolei Zbigniew Zakrzewski z FC Sion grał nawet w europejskich pucharach, ale tamtejszej ligi nie podbił.

z4447811Q

Zdecydowanie najgorzej wypad do Szwajcarii wspomina Jacek Dembiński. Najpierw pojawiły się problemy z transferem. Zespół z Lozanny nie zapłacił kwoty odstępnego, bo menedżer piłkarza obiecał Helwetom, że nie ma takiej konieczności. Okazało się jednak, że taka konieczność była, bo o swojego piłkarza upomniał się Lech Poznań, udowodniając, że transfer był bezpodstawny. Lech ostatecznie otrzymał sporą wówczas sumę za wypożyczenie piłkarza. Sam pobyt poznaniaka również zakończył się katastrofą. Dembiński został wyrzucony z klubu pod zarzutem kradzieży i paserstwa. Miał się bowiem dopuścić kradzieży… torebki z sklepu. Choć piłkarz wyjaśnił sprawę, to na pewno ze Szwajcarią ma niemiłe wspomnienia.

Tekst na podstawie

tekstu z Programu Meczowego Lecha Poznań

P.

czwartek, 01 października 2015
Warzycha i Kowalczyk - też 5 goli w meczu zagranicą [WIDEO]

infomala

Robert Lewandowski i jego pięć goli w meczu Bayern - Wolfsburg, trochę jak nokaut Brazylia-Niemcy w półfinale mundialu, przesuwają granicę tego, co wydawało nam się w futbolu niemożliwe - a może po prostu ostatecznie ją rozwalają. Strzelanina Polaka przyczyniła się do powstania masy tekstów o jego fenomenie, takich interaktywnych grafik, czy w końcu zatrzęsienia rankingów dwóch rodzajów: największe strzeleckie popisy na świecie oraz największe popisy polskich piłkarzy. W zestawieniach pod flagą biało-czerwoną znalazłem "pięciopaki" z naszej ekstraklasy, ale nigdzie nie natknąłem się na wspomnienie dwóch poprzednich przypadków, gdy Polak strzelił pięć goli w zagranicznej lidze najwyższego szczebla. Pewnie sam bym o tym nie pamiętam, a może nawet nie wiedział, gdybym nie rzucił okiem do książki "Piłkarscy Gastarbeiterzy" Witolda Łastowieckiego.

Zajęło to trochę czasu, ale w czeluściach greckich i cypryjskich stron internetowych znalazłem nagrania z wyczynami Polaków (greka, umówmy się, poszukiwań nie ułatwiała). Dotarłem też do relacji prasowych i wywiadów z samymi bohaterami (tu wystarczyło tylko - i aż - przejrzeć stare gazety w bibliotece). "Pięciopaki" Krzysztofa Warzychy i Wojciecha Kowalczyka na taki splendor, jaki spłynął na Roberta Lewandowskiego, oczywiście nie zasłużyły. Ale na takie, niemal całkowite zapomnienie, z jakim mamy do czynienia - też nie! Stąd ten wpis - by ocalić te dwa popisy od zapomnienia.

Krzysztof Warzycha - 5 goli
23.09.1995 Panathinaikos (Ateny) - Panionios Ateny 5:3
minuty: 17', 45', 54', 57', 89' [w ciągu 72 minut]

warzycha_razem

Festiwal Roberta Lewandowskiego kibice i fachowcy oglądali dzięki bezpośredniej transmisji, od razu komentowali na Twitterze, a zaraz po ostatnim gwizdku zaczęła się lawina pochwał i analiz. Gdy Krzysztof Warzycha zdobył pięć goli dla ateńskiego Panathinaikosu, czytelnicy prasy sportowej w Polsce przeczytali z nim rozmowę dopiero w środowej gazecie (a na dodatek, "Przegląd Sportowy" i "Sport", do wielu regionów, w tym do Poznania, przychodziły z jednodniowym opóźnieniem!).

"Gucio" w rozmowach dał słowo honoru, że pięć goli strzelił, dokładnie opowiedział o każdym z nich i wyraził nadzieję, że o koronę króla strzelców ligi greckiej będzie się bił z Andrzejem Juskowiakiem, wtedy atakującym Olympiakosu Pireus. Krzysztof Warzycha zapewnił też, że śledzi, jak radzi sobie Ruch, bo ma Polsat i TV Polonia, więc wie o wygranej ze Stilonem Gorzów. Takie to czasy.

Prawdę mówiąc, najciekawszym wątkiem rozmów, które przeprowadzili Michał Zaranek i Dariusz Czernik, była opowieść o meczu Ligi Mistrzów z Dynamem Kijów, chwilę potem wyrzuconym z rozgrywek za próbę przekupstwa hiszpańskiego sędziego. Na sąsiedniej stronie mamy rozmowę z Cezarem Kucharskim, który dopiero co mógł strzelić pięć goli w lidze, a właśnie czeka go pojedynek ze Stanisławem Czerczesowem ze Spartaka Moskwa. Ot koincydencja: co nie udało się Cezaremu Kucharskiemu w Legii, udało się jego klientowi Robertowi Lewandowskiemu w Bayernie. A sam Stanisław Czerczesow ma właśnie zostać trenerem Legii.

warzycha_sport_

warzycha_przyciety

O pechu może mówić napastnik Panioniosu, który strzelił w drugiej połowie trzy gole na Panathinaikosie, a i tak znalazł się w cieniu Krzysztofa Warzychy.

Wojciech Kowalczyk - 5 goli
27.04.2002 Anorthosis Famagusta - Ermis Aradippou 8:0
minuty: 7', 12', 32', 70', 78' [w ciągu 71 minut]

kowal_razemO ile o wyczynie Krzysztofa Warzychy z Panioniosem znalazłem w jego biografii jedno zdanie, to w książce "Kowal" o pięciu golach Wojciecha Kowalczyka w meczu Anorthosis Famagusta - Ermis Aradippou nie ma ani słowa. To była ostatnia kolejka ligi, Polak walczył o koronę króla strzelców ze Słowakiem Jozefem Kozlejem. Te pięć goli zapewniło Kowalczykowi tytuł najlepszego strzelca na Cyprze.

W rozmowie z Krzysztofem Stanowskim w Przeglądzie Sportowym mamy trochę niezbędnego w takich okolicznościach samozachwytu: Trzeci [gol] - stadiony świata! Wierzcie lub nie, ale strzał był niekiepski. Wyskoczyłem do wrzutki i uderzyłem głową z piętnastu metrów. Strzał był mocny, a piłka wpadła w same "widły". Sam byłem zaskoczony, bo rzadko zdarzają się strzały głową z takiej odległości. Publika lekko oniemiała.

Są też - kontynuowane następnego dnia w Przeglądzie Sportowym - plotki transferowe. Wojciecha Kowalczyka miał chcieć AEK Ateny. I to za 300 tys. euro. Co poza tym? Oczywiście, temat powrotu do reprezentacji. Może jeszcze nie na rozpoczynający się lada moment mundial w Korei (dwa dni później Jerzy Engel ogłosił kadrę), ale na następne eliminacje - jak najbardziej! Teraz już wiemy, że zarówno temat "Kowalczyk i AEK Ateny", jak i "Kowalczyk i powrót do kadry", nie wypalił. Ale co pięć goli strzelił, to jego.

kowal_ps_13_

(o ile się nie mylę, jako MATI podpisywał się Mateusz Borek)

Gole można zobaczyć na blogowym kanale na DailyMotion.

B.

 

poniedziałek, 02 lutego 2015
Nie tylko Deyna, Warzycha i Wasyl. 24 polskie gole w elicie w Anglii

warzycha_wasilewski

Wydawać by się mogło, że to niemożliwe, by polski futbol czekał na coś wcześniej równie długo, jak na gola naszego człowieka w Premier League. 8200 dni, bo po takim czasie Marcin Wasilewski powtórzył wyczyn Roberta Warzychy i zdobył gola z Manchesterem United, to faktycznie - cholernie długo. Ale ja wychowałem się na meczu Anglia - Polska z 1996 roku z golem Marka Citki i wiem, że takie czekanie już przecież raz się odbyło. Ba! Było nawet dłuższe, bo na zdobycie bramki na Wembley - od Jana Domarskiego do Citki właśnie - minęły 8393 dni, czyli całe pół roku więcej.

Do gola Roberta Warzychy cofano się często - sam robiłem to wręcz nałogowo, żałując, że Jakub Błaszczykowski nie poszedł do Manchesteru City. W powszechnej świadomości kibica na pewno jest też, że Anglia nigdy nie była dla Polaków piłkarską ziemią obiecaną. Gra na Wyspach nie leżała przecież nawet samemu Kazimierzowi Deynie. To dobry moment, by przypomnieć mój ulubiony cytat z okresu gry tego wielkiego piłkarza w MC (z książki Stefana Szczepłka):

- Wiesz, oni nie bardzo wiedzą gdzie powinienem grać. Szukają mi pozycji i nie mogą znaleźć. Ja się z tego śmieję, ale czasami mam już tych głupków dość.

Deyna-223x300

Ostatnio wymyślili, że będę środkowym napastnikiem. Widzisz mnie tutaj w tej roli? Zadaniem środkowego napastnika na Wyspach jest rozpędzenie się w kierunku bramki przeciwnika, na jego polu karnym wyskoczenie w górę i walnięcie łokciem stopera w twarz. Temu stoperowi mówią żeby to samo zrobił z tobą.

Kiedy dochodzi do starcia, to jakby zderzyły się dwie lokomotywy. To dlatego wielu brytyjskich napastników, obrońców i bramkarzy zostawia sztuczne szczęki w szatni. Ja nie zamierzam tego robić. Wyjeżdżam stąd niedługo, nie wiem tylko gdzie. Mogę jeszcze pograć we Francji lub w Stanach. Zastanowię się - opowiadał.

Czytaj więcej: Kazimierz Deyna i Manchester City, piękny gol na dzień dobry

"Deyna w Anglii" - to hasło kojarzone jest z totalnym niewypałem. A przecież kapitan reprezentacji Polski w samej tylko angielskiej ekstraklasie zanotował przyzwoity bilans: 38 meczów i 12 goli.

Deyna, Warzycha, teraz jeszcze Wasilewski - często wymienia się polskich strzelców w angielskiej elicie, zapominając o dwóch innych piłkarzach. W tym samym sezonie co Deyna w Manchesterze City, w angielskiej ekstraklasie debiutował Tadeusz Nowak.

tadeusz_nowakDo Boltonu Wanderers odszedł z Legii Warszawa, gdzie ze względu na swoją szybkość miał pseudonim Ferrari. "Nowak Tadeusz, to Legii jest Prometeusz" - śpiewano na trybunach przy Łazienkowskiej. Jarosław Fojut, gdy w młodym wieku przenosił się do Boltonu, mówił: - Tadeusz Nowak opowiadał mi, że w 1978 roku Legia nie chciała za niego gotówki, tylko strzykawki i sterydy. Bolton jednak chciał być czysty, uparł się na gotówkę. Tym między innymi Anglia różni się od Polski (cytat za Dziennikiem).

Nowak w sezonach 1978/1979 i 1979/1980 zagrał 22 razy i zdobył jednego gola.

Dekadę później do Anglii przyjechał Zbigniew Kruszyński, przez kibiców Wimbledonu kojarzony jako Detsi lub Detzi Kruszyński. W gazetowym archiwum z 2001 roku znalazłem dość dramatycznie zatytułowany tekst o nim ("Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" - Gazeta Wyborcza Trójmiasto, Łukasz Pałucha). Oto najciekawsze fragmenty:

"Zbigniew Kruszyński, piłkarz Lechii Gdańsk, pod koniec lat 70. wyjechał na Zachód. Według ówczesnych władz - uciekł. W 1988 roku dotarł do Londynu i grał nawet w angielskiej ekstraklasie. Dwa lata temu wyjechał do Stanów Zjednoczonych i słuch o nim zaginął. Nie kontaktuje się nawet z najbliższą rodziną. (...)

Kruszyński pierwsze piłkarskie kroki stawiał w swoim rodzinnym mieście Tczewie w drużynie Wisły. W 1977 został piłkarzem Lechii Gdańsk. - Typ twardego zawodnika - wspomina Kruszyńskiego kolega z Lechii Józef Gładysz. W 1978 roku wywalczył z kadrą Polski do lat 18, prowadzoną przez Edmunda Zientarę, brązowy medal mistrzostw Europy. Rok później w ramach międzynarodowej wymiany stworzono tzw. Most Gdańsk - Brema. Kruszyński ze swoją przyszłą żoną pojechał zwiedzić Bremę. - Dziewczyna nie wróciła z wycieczki. Zbyszek nie wytrzymał rozłąki i wkrótce też zdecydował się na wyjazd - tłumaczy Krzysztof Kruszyński, jeden z pięciu braci Zbigniewa, obecnie mieszkający w Saarbruecken.
zbigniew_detzi_kruszynski

 

(...) Świat akurat wtedy usłyszał o Wimbledonie, który niespodziewanie w finale Pucharu Anglii pokonał słynny Liverpool. Klub z Plough Lane [teraz Wimbledon gra na stadionie Crystal Palace Selhurst Park - red.] nie pokazał się na europejskiej arenie. Tragedia na belgijskim stadionie Heysel, gdzie podczas meczu Liverpool - Juventus wybuchła panika i zginęło ponad 40 kibiców spowodowała, że angielskie kluby na kilka lat zawieszono w europejskich pucharach. Mimo tego Wimbledon, po raz pierwszy w historii, sprowadził wtedy piłkarzy z zagranicy. Właśnie Kruszyńskiego i holenderskiego bramkarza Hansa Segersa. Polak i Holender zostali przyjaciółmi, a ich rodziny spędzały razem wiele czasu.

Kruszyński długo nie mógł się przyzwyczaić do specyficznego stylu gry Wimbledonu. Archaicznego już wtedy nawet na Wyspach "kick and rush", czyli kopnij i biegnij. - Stałem na środku pomocy i oglądałem szybujące nade mną piłki - skarżył się znajomym. Nie został jednak zapomniany przez kibiców Wimledonu, czyli popularnych The Dons (z ang. Belfry). (...) Bungowomble, pisze: - To on tak zakręcił reprezentantem Anglii Trevorem Francisem z Quens Park Rangers, że ten siadł na tyłku na środku boiska. - Only one Detsi Kruszyński!!! (Ten niepowtarzalny Kruszyński) - dodaje fan.

Kruszyński chwalił sobie życie w Londynie. - Jeździł porsche i obracał się w eleganckim towarzystwie, głównie polskim - mówi Mochliński. Był częstym gościem Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, gdzie zbiera się emigracyjna śmietanka. Wobec mediów był jednak nieufny. Pewnego dnia odmówił nawet wywiadu telewizji BBC - mówi Mirosław Gołek, londyński korespondent "Przeglądu Sportowego"

Kruszyński odnalazł się i nawet porozmawiał z Mateuszem Kaliną z serwisu kopnijbiegnij.com:

"Detzi" - skąd wziął się Pana pseudonim? Nie mam żadnego pomysłu, pod co można by to było podciągnąć.

Przypięto mi tę ksywkę zaraz po transferze do Wimbledonu, tuż pod koniec 1988 roku. Z początku wołali na mnie „Zbyszek”, „Zbigi”. Pewnego dnia człowiek prowadzący konferencję, na której byłem obecny, przedstawił mnie w ten sposób. Później tłumaczył mi, że takie określenie znalazł w jakimś słowniku słowiańskim. Nie wiem naprawdę, skąd on to wyciągnął! Przyjęło się i posługuje się tym określeniem do dziś.

Na stronie ftbpro.com stworzono nawet listę piłkarzy Premier League, którzy sprawiali najwięcej problemów komentatorom. Zajął Pan zaszczytne pierwsze miejsce.

Rzeczywiście, pewnie trochę krwi im przez to napsułem (śmiech). Po przybyciu do Anglii nie chciałem z początku udzielać wywiadów. Przekazałem dziennikarzom, żeby najpierw nauczyli się wymawiać moje nazwisko, albo żeby chociaż starali się to robić.

Wracając do Wimbledonu, już wtedy na ten zespół mówiono „Szalony Gang”. Zasłużenie?

O, człowieku, to nie jest temat na telefon (śmiech). Musiałbym przyjechać na kilka dni, żeby opowiedzieć te ciekawsze historie. Pamiętam, jak Gould na zajęcia przyniósł piłki do rugby, te jajowate, i zarządził dwugodzinny trening z nimi. Wyobraź sobie, co się wtedy działo. Innym razem graliśmy w lidze z Liverpoolem. W pewnym momencie Vinnie Jones złapał za większych rozmiarów młot i rozwalił nim drzwi do ich szatni. Tak po prostu. Określenie „Crazy Gang” jak najbardziej pasowało do tego zespołu. Była to grupa naprawdę szalonych ludzi takich jak właśnie Vinnie, Dennis Wise, John Fashanu. Ja należałem do tej spokojniejszej części drużyny.

Pytany o najlepszych rywali wymienia takich piłkarzy jak John Barnes, Kenny Dalglish, Peter Beardsley, Ian Rush, Tony Adams, Ian Wright, czy młody Paul Gascoigne. Przypomina też, że jego przeciwnikiem z boiska był również Robert Warzycha.

Kruszyński załapał się nawet na parę gier w Premier League, w Coventry, ale gole strzelał tylko wcześniej w Wimbledonie - w sumie cztery.

Wszystkie 24 polskie gole w angielskiej elicie:

Kazimierz Deyna - Manchester City

1) 24.04.1979 Manchester City - Middlesbrough 1:0

2) 3) 1.05.1979 Manchester City - Birmingham City 3:1

4) 5.05.1979 Manchester City - Bristol City 2:0

5) 6) 15.05.1979 Manchester City - Aston Villa 2:3

7) 29.09.1979 Leeds Utd. - Manchester City 2:1

8) 10.10.1979 Manchester City - Middlesbrough 1:0

9) 13.10.1979 Manchester City - Nottingham Forest 1:0

10) 1.12.1979 Manchester City - Wolverhampton 2:3



11) 2.04.1980 Manchester City - Everton 1:1

13) 19.04.1980 Manchester City - Bristol City 3:1


Tadeusz Nowak - Bolton Wanderers

12) 7.04.1980 Bolton Wanderers - Middlesbrough 2:2


Zbigniew Kruszyński - Wimbledon FC

14) 22.09.1989 Luton Town - Wimbledon 1:1

15) 25.12.1989 Wimbledon - Charlton Athletic 3:1

16) 21.09.1990 Wimbledon - Sunderland 2:2

17) 14.12.1990 Arsenal - Wimbledon 2:2

Robert Warzycha - Everton FC

18) 19) 29.03.1991 Aston Villa - Everton 2:2

20) 6.09.1991 Everton - Crystal Palace 2:2

21) 1.11.1991 Luton Town - Everton 0:1

22) 20.12.1991 Arsenal - Everton 4:2

23) 18.08.1992 Manchester United - Everton 0:3



Marcin Wasilewski - Leicester City

24) 31.01.2015 Manchester United - Leicester City 3:1

 

 

B.

PS Pomoc przy szukaniu kolejnych wideo na yt bardzo mile widziana!

 
1 , 2 , 3 , 4