Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 27 czerwca 2015
Honduras - Brazylia 2:0. Duńczycy Karaibów na Copa America 2001

hqdefault

Copa America 2001 rozgrywana była w szczególnych okolicznościach. Na gospodarza tego turnieju kilka lat wcześniej namaszczono Kolumbię. Im bliżej było jednak imprezy, tym intensywniej krajem wstrząsała fala przemocy. Choć mieszkańcy przyzwyczajeni byli do różnych niepokojów, to lata 1998-2002 odznaczały się eskalacją groźną dla obywateli. Do "standardowych" aktów, takich jak potyczki narkotykowe, rywalizacja gangów, czy porwania dla okupów, dołączyła bowiem otwarta już wręcz wojna wojsk rządowych z partyzantką FARC, znanej m.in. z porwania działaczki Ingrid Betancourt w lutym 2002 roku. Ci pierwsi organizowali regularne szturmy na miejscowości zajmowane przez guerillas (np. oblężenie miasta Puero Leras w lipcu 1999 roku) oraz aresztowali trzech Irlandczyków mających współpracować z rebeliantami (tzw. sprawa trójki kolumbijskiej). Ci drudzy zaś wzmogli swoje działania atakując kolejne miasteczka, a nawet porywając samolot pasażerski.

W tych okolicznościach organizacja mistrzostw stanęła pod znakiem zapytania.

- Głupotą jest rozgrywać mistrzostwa w państwie, gdzie toczy się wojna domowa! - większość związków skupionych w CONMEBOL nawoływała do zmiany gospodarza imprezy. Władze się miotały. Najpierw CONMEBOL przekazała organizację imprezy Wenezueli (decyzja z 28 czerwca 2001), by chwilę później oddać ją Kolumbijczykom, z przesunięciem turnieju na 2002 rok (decyzja z 30 czerwca 2001).

W końcu jednak zdecydowano, że wszystko odbędzie się tak jak pierwotnie planowano, a więc Copa rozegrana zostanie na kolumbijskich stadionach w dniach 11-29 lipca 2001 (decyzja z 5 lipca 2001).

Po tej decyzji z turnieju wycofała się zaproszona na gościnne występy Kanada, a dzień przed startem turnieju - Argentyna. W trybie ekspresowym Kanadyjczyków zastąpiła Kostaryka. W stylu zaś turboekspresowym w miejsce Albicelestes ściągnięto reprezentację Hondurasu. Słowo „turboekspersowym” oraz „ściągnięto” nie są tutaj dętymi metaforami. Kadra Hondurasu została bowiem wręcz wyłapana z urlopów i przetransportowana samolotem kolumbijskich sił zbrojnych. Zespół znad Morza Karaibskiego dotarł do Medellin na kilka godzin przed swoim inauguracyjnym spotkaniem.

Pozostałe zespoły, które zdecydowały się jednak zagrać w Copa America 2001, w większości wydelegowały swój rezerwowy skład. Tak zrobiły choćby Brazylia, Urugwaj czy Paragwaj.

Pomimo tych zawirowań turniej rozpoczął się planowo, zawodnicy (choć słabsi niż na ostatnich Copach) grali naprawdę, a sędziowie gwizdali na serio. Wyniki trafiły do kronik, choć pewnie nie wszystkim krajom to się podobało. I tylko ci uzbrojeni po zęby żołnierze na trybunach stadionów przypominali, że jednak coś się dzieje w okolicy.

Wobec wytrzebienia faworytów zęby na tytuł ostrzyła sobie przede wszystkim Kolumbia (koniec końców go zdobyła) oraz Meksyk i Brazylia. Luis Felipe Scolari co prawda nie powołał swoich największych asów, ale piłkarze, których zabrał, w cuglach powinni rozprawić się z rywalami. W składzie znaleźli się bowiem tacy gracze jak Mario Jardel, Juninho Pernambucano, Emerson, Denilson, Alex, Fabio Rochemback, Belletti, Cris, Roque Junior czy Dida. Grupowe mecze Brazylijczyków potwierdzały, że mogą oni obronić zdobyte dwa lata wcześniej złoto. Choć na inaugurację przegrali z Meksykiem (0:1), to po zwycięstwach z Peru (2:0) i Paragwajem (3:1) wygrali grupę. W ćwierćfinale drabinka skojarzyła ich z Hondurasem. Spodziewano się tylko jednego - łatwego awansu wicemistrzów świata z 1998 roku.

Honduranie, po zamianie spodenek kąpielowych na sportowe, z czasem dochodzili do siebie. Jeszcze na inaugurację podopieczni Ramona Maradiagii wyraźnie byli gorsi od Kostaryki (0:1), ale w kolejnych meczach wygrali i z Boliwią (2:0), i z Urugwajem (1:0). Wszystkie trzy gole zdobył kapitan Amado Guevara.

Każdy strzelony gol, nie wspominając o awansie, musiał być szokiem dla kibiców z Karaibów. W składzie pozbieranym naprędce z okolicznych plaż brakowało większości piłkarzy Hondurasu grających w Europie, a nawet zawodników z czterech najlepszych klubów lokalnej ekstraklasy.

W 2001 roku kibicom Hondurasu naprawdę trudno było być optymistami. Tamtejszy futbol tkwił wtedy w głębokim kryzysie - nie pamiętał już sukcesów z lat 80. (udział w MŚ 1982), a na widnokręgu nie jawiły się jeszcze osiągnięcia z drugiej dekady XXI wieku. W ówczesnym rankingu FIFA Brazylia była druga, Honduras - 51.

Tej przepaści na boisku aż tak nie było widać. Choć Canarinhos mieli wyraźną przewagę, to ich rywale mądrze się bronili, dyrygowani przez bramkarza Noela Valladaresa. Z czasem zaczęło być gorąco też pod bramką Brazylii. Piorun z nieba uderzył w 57. minucie. Wtedy to gola głową dla ekipy znad Morza Karaibskiego strzelił Saul Martinez (niektóre źródła zapisują go jako samobójcze trafienie Bellettiego). Brazylijczycy rzucili się do odrabiania strat, a Honduranie raz po raz jednak groźnie kontrowali. Zdobyli nawet gola, którego arbiter niesłusznie nie uznał (błędnie twierdził, że przy podaniu piłka opuściła boisko). Sprawiedliwość uśmiechnęła się do nich jednak w 90. minucie, kiedy to popisową kontrę golem przypieczętował ponownie Martinez. 2:0!

Ośmiomilionowy Honduras oszalał po tej wiktorii.

- To wręcz nie do opisania! Nie potrafię nawet wyrazić co czuję w tym momencie! - krzyczał Lisandro Flores, prezes honduraskiej federacji.

Fani wylegli na plaże, by świętować historyczny triumf.

Trzy dni później wszyscy obywatele trzymali kciuki za swoich piłkarzy w półfinale turnieju. W nim lepsza okazała się Kolumbia (0:2), ale tę porażkę osłodził wygrany po karnych bój o brązowy medal z Urugwajem. Piłkarze zebrani z urlopów na podium mistrzostw kontynentu - komu jeszcze przypomina się Dania z Euro 1992?

A w Brazylii wrzało. Pozornie niska ranga zawodów nie ukoiła bólu tamtejszych fanów. Brazylijczycy byli zdruzgotani po porażce z tak nisko notowanym przeciwnikiem. Nikt nie wspominał o drugim garniturze kadry, nikt nie zasłaniał się brakiem Roberto Carlosa, Rivaldo, Ronaldo czy Romario. Dla cięgów zebranych od Hondurasu nie było żadnego usprawiedliwienia.

Podkreślano, że Brazylia utraciła swoją magię i wygrać z nią może już każdy. Przy okazji przypominano, że krótko przed Hondurasem potłukła ją także Australia i Ekwador. Tytuły gazet krzyczały: „To nie może być prawda”, „Historyczna porażka” i „Czy jeszcze może być gorzej?”.

Posada Scolariego, który raptem miesiąc wcześniej zmienił na stanowisku Emersona Leao, zawisła na włosku. Selekcjoner wziął winę na siebie. - Ja, Big Phil, przejdę do historii jako trener, który przegrał z Hondurasem. To okropne, ale Honduras grał lepiej od nas i zasłużył na zwycięstwo.

Brazylia po łomocie od Hondurasu podniosła się na tyle, że najpierw awansowała do mundialu w Korei i Japonii, a później w nim triumfowała.

A Honduras? Jego już nigdy więcej nie zaproszono do udziału w Copa America.

P.

czwartek, 25 czerwca 2015
Chile - triumf i hańba

rojas_tt

Trener Chilijczyków Orlando Aravena mógł zostać potraktowany jak ostatni wariat. Po tym, jak oświadczył, że jego zespół pokona Brazylię 4:0, Latynosi pewnie tylko z wrodzonej uprzejmości nie poprosili go o przebadanie się w odpowiednim gabinecie. Leczyć, ale z traumy, musieli się jednak po tym meczu „Canarinhos”. Przegrali dokładnie tyle, ile wieszczył trener rywali. Zapowiedział im 4:0 i było 4:0. W 1987 Brazylijczycy jedyny raz w historii nie wyszli z grupy na Copa America. Jak to możliwe? Trafili na dzień "Kondora".

Mali mieszkańcy Santiago od lat krzyczeli "Kondor!" i próbowali fruwać między słupkami jak on. Długo było tak, że dzieciaki w Chile chciały być jak Roberto Rojas. Przydomek, który dostał, zobowiązywał. Kondor to symbol Chile - silny i dumny ptak.

Ale swoją dumę Rojas stracił dokładnie dwa lata i dwa miesiące po wielkim triumfie Chile nad Brazylią - też w starciu z "Canarinhos". Jednym z tych, które w historii futbolu znajdują się w rozdziale pt. "Oszustwo".

Żeby zaliczyć naprawdę wielki upadek, najpierw trzeba być wysoko. Najpierw "Kondor" był bohaterem.

Mecz idealny. Chile - Brazylia 4:0 (1987)

Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy Chilijczycy nazywają "dziwnym rokiem w trudnych czasach", choć może bardziej pasuje tu określenie "ciekawy". Pielgrzymkę do kraju w Andach odbył - zaproszony przez dyktatora Augusto Pinocheta - papież Jan Paweł II. Dyskusje o wartościach już nie duchowych, a cielesnych, rozpaliła z kolei Cecilia Bolocco - Miss Universe tego roku rodem z Chile. Oba te wydarzenia mogły jednak zblaknąć przy tym, co zaczęła wyczyniać reprezentacja narodowa na mistrzostwach kontynentu.

Nie można powiedzieć, że pierwszy mecz z Wenezuelą to był falstart w wykonaniu Chilijczyków. Skoro jednak jeszcze 20 minut przed końcem spotkania z absolutnymi "luzerami" Ameryki Południowej, utrzymywał się remis 1:1 (skończyło się 3:1), trudno było oczekiwać sukcesu w boju z Brazylijczykami (ci przespacerowali się po słabeuszach 5:0).

Zacznijmy od tego, że jak nie wiadomo o co chodzi - zwłaszcza piłkarzowi - to chodzi o kasę. Jorge Contreras, numer 10 chilijskiej drużyny, tłumaczył, że w pierwszym meczu z Wenezuelą drużyna była rozkojarzona, bo nie miała ustalonych premii za turniej. Potem działacze obiecali całkiem sporo, więc można było myśleć tylko o graniu.

A jak grasz z Brazylią, musisz zacząć od myślenia (modlenia?) o obronie. W porównaniu z Mexico 1986 w kanarkowych koszulkach nie biegali już co prawda Socrates czy Edinho, którzy skarcili Polaków, ale nadal grali Josimar, Careca i Muller, a do głosu dochodzili już późniejsi mistrzowie świata - Rai i Romario. Żaden nie poradził sobie z Roberto Rojasem.

Gdy z kąta strzelał Muller, chilijski bramkarz jakby się przekomarzał, niemal przyklejając się do bliższego mu słupka. Brazylijczyk wybrał oczywiście drugi róg, w który „Kondor” błyskawicznie zdążył pofrunąć i odbić piłkę. Muller próbował też z woleja, a Careca był sam na sam. I nic. Brazylijczycy nie mogli uwierzyć w to, co się dzieje. A parady Roberto Rojasa to był dopiero początek rozdziawiania przez nich ust ze zdziwienia.

 

Chwilę przed końcem pierwszej połowy skuteczny strzał głową Basaya po rzucie wolnym i Chile z pierwszym golem. - Kiedy odpoczywali w przerwie, powiedziałem im, by zachowywali się tak samo, jak wcześniej. To była drużyna osobowości, więc wierzyłem, że prowadzenie uda się utrzymać - przekonywał trener Orlando Aravena.

Czy za chilijskich piłkarzy pomodlił się papież, czy ich Miss Universe - tego nie wiemy. Ale przewagę nie tylko utrzymali, a nawet pomnożyli.

Trzy minuty po przerwie daleki wykop piłki przez Roberto Rojasa. Co było dalej? - Okręciłem pomocnika rywali, zrobiłem zwód i znalazłem się sam na sam z bramkarzem. Piłka odbiła mi się niezbyt dogodnie, więc musiałem lobować bramkarza - wspominał strzelec Juan Carlos Letelier. To jego prawdziwa wypowiedź, choć z prawdą umiarkowanie się pokrywająca. W czasach skrótów historycznych meczów w serwisie YouTube, wiele opowieści piłkarzy można wsadzić między Grimmów a Andersena. W rzeczywistości ten gol wynikał bardziej z sabotażu obrony Brazylii (jeden pozwolił piłce pójść w kozioł, drugi nie odbił jej głową, trochę jak w kabarecie) niż kunsztu strzelca. Ale lob nad Carlosem był, to fakt.

 Sprawę Chilijczykom ułatwiła jeszcze czerwona kartka dla Nelsinho. Trzeciego gola - znów głową - zdobył Basay, a czwartego dołożył Letelier. - Ja zawsze grałem zwycięzcami, a szybcy i bardzo odważni Basay i Letelier nimi byli - pękał z dumy trener Aravena.

orlando_aravena

- Zagraliśmy mecz idealny. Brazylia często atakowała, ale powstrzymaliśmy ją, przede wszystkim dzięki grze Roberto Rojasa. W ataku zaś strzelaliśmy we właściwych momentach - tłumaczył łopatologicznie Koke Contreras.

Po wykopaniu Brazylii, Chile w półfinale Copa America ‘87 kontynuowało zwycięską passę: 2:1 z Kolumbią Rene Higuity i Carlosa Valderramy, po dramatycznym meczu rozstrzygniętym w dogrywce, dało finał. W nim lepszy o jedynego gola był Urugwaj, ale powrót Chilijczyków do ojczyzny i tak odbywał się w glorii i chwale.

Orlando Aravena: - Pamiętam, że przylecieliśmy około trzeciej w nocy, a na lotnisku i tak czekało na nas mnóstwo ludzi! Tamta drużyna dała wszystkim dużo radości. To jedna z najlepszych reprezentacji narodowych, jakie mieliśmy.

chile40brasil1989

Oszustwo niedoskonałe. Brazylia - Chile (1989)

Ćwierć wieku po trzecim miejscu na mundialu w swojej ojczyźnie, Chilijczycy znów mogli być dumni ze swoich piłkarzy. Roberto Rojas po swoich spektakularnych lotach w bramce zmienił klub - Colo Colo na Sao Paulo. W Brazylii poczuł się świetnie, uznał, że to jego miejsce na Ziemi do tego stopnia, że ciągle w niej mieszka. To wielki paradoks, bo właśnie ten rozkochany w futbolu kraj postanowił oszukać. Tyleż spektakularnie, co - ostatecznie - nieskutecznie.

W eliminacjach do mundialu Italia 90 'znów w jednej grupie spotkały się te same zespoły, co w pierwszej fazie na Copa America '87. Brazylia w dwóch meczach sprała Wenezuelę mocniej niż zrobiło to Chile. Z kolei w Santiago "Canarinhos" zremisowali 1:1. A to oznaczało, że Chile musiało wygrać ostatni mecz na Maracanie, by pojechać na Il Mondiale. - Brazylijczycy, pamiętając niedawną porażkę 0:4, naprawdę bali się Chile. Nie był to taki respekt, jaki wzbudzali wtedy Argentyńczycy, ale niewiele mniejszy - przypominał sobie w rozmowie z reporterem NY Times Fernando Duarte, autor piszący o reprezentacji Brazylii.

fernando_duarte_6_games_shock_world_cup

Według niego Chilijczycy już podczas remisowego spotkania zagrywali nieczysto: na tablicy świetlnej mieli wyświetlać hasła obrażające Brazylijczyków, a zgromadzeni dookoła boiska poplecznicy Pinocheta mieli zastraszać piłkarzy „Canarinhos”. Ale to nic przy niecnym planie Roberto Rojasa.

Bramkarz Chile wiedział, że w ok. 140-tysięcznym tłumie na Maracanie znajdą się chętni do rzucania racami na boisko. Mecz trwał - Brazylia prowadziła 1:0 - a on czekał na racę rzuconą w jego kierunku. Czekał, by wyciągnąć żyletkę schowaną w lewej rękawicy, przeciąć się i udawać, że zranił go przedmiot rzucony z trybun. W końcu, po ponad godzinie gry, nadarzyła się okazja. Kamery nie uchwyciły momentu rzucenia racy, załapały się dopiero na skulonego, zakrwawionego bramkarza Chile. Trener Araveno i kapitan Arengo nakazali Chilijczykom zejść z boiska. Mecz nie został wznowiony. Roberto Rojas był przekonany, że walkower da jego krajowi awans do mistrzostw świata.

Ale to, czego nie uchwyciły obiektywy kamer, złapały obiektywy aparatów fotograficznych. Na kilku zdjęciach fotoreporterów wyraźnie było widać, że raca wcale nie trafiła w Rojasa - ani w głowę, ani w ogóle! - a spadła parę metrów od niego. O ile najpierw FIFA postanowiła ukarać Chilijczyków za samowolne opuszczenie murawy i przerwanie meczu, to po wyjściu na jaw tego dowodu, była surowa jak rzadko kiedy: walkower i wyrzucenie z eliminacji do kolejnego mundialu.

Roberto Rojas, uznawany w swojej ojczyźnie za wzór, człowiek, który odwiedzał z dobrym słowem szkoły i więzienia, nagle okazał się oszustem. Choć wtedy uważał, że po prostu robi wszystko, co w jego mocy, by uszczęśliwić kibiców (czy nie przypomina to tłumaczeń niektórych trenerów skompromitowanych w aferze korupcyjnej w polskiej piłce?). - Widziałem, że awans nam się wymyka. Tak strasznie chcieliśmy zagrać na mistrzostwach. Wydawało mi się, że mój plan musi wypalić. Wiedział o nim tylko kapitan, Fernando Astengo - tłumaczył się "Kondor".

roberto_rojas

Roberto Rojas, będąc dzieciakiem, powtarzał, że wszystko co chce, to bronić bramki. Bronić bramki dla Chile. Gdy wspominał siebie ze skandalicznego meczu z Brazylią, powtarzał już co innego: - Wygrać. Robiłem wszystko, by awansować.

W końcu zrozumiał, że zrobił źle. Schował się, przez dwa lata nie pokazywał się publicznie. - Nie oczekuję przebaczenia - przyznawał.

Ale mu odpuszczono. Kibice i środowiska piłkarskie i w Chile, i w Brazylii, zrobiły to dość szybko - po pierwszych przeprosinach, które wyglądały na szczere.

FIFA zdjęła dożywotni zakaz działania w piłce po 12 latach, w 2001 roku. Brazylijczycy powierzyli mu prowadzenie Sao Paulo - najpierw bramkarzy (pod jego okiem szkolił się Rogerio Ceni), a za namową słynnego Tele Santany, całej drużyny.

Gdy rok temu, na mundialu w Brazylii, Chile pokonało mistrzów z Hiszpanii, bramkarz Claudio Bravo zadedykował ten triumf Roberto Rojasowi słowami "To dla ciebie, przyjacielu!".

W 1/8 finału Chile spotkało się z Brazylią - nie było ani triumfu, ani skandalu.

Roberto Rojas potrzebuje teraz przede wszystkim zdrowia i spokoju. Na początku kwietnia tego roku przeszedł transplantację wątroby, ma też problemy z płucami. Wzdychanie musi mu sprawiać kłopoty.

B.

PS Roberto Rojas i jego oszustwo już było przez nas opisywane na blogu.

wtorek, 09 września 2014
Roberto Rojas - zabójca Chile, samobójca

Urlop uniemożliwił trzymanie się daty dziennej, więc wrzucam z opóźnieniem...

Jeśli poszczególne narody obchodziłyby rocznice najsmutniejszych dni w historii swojego futbolu, to 3 września czarne flagi łopotałyby nad każdym domostwem w Chile. W tym roku wspomnienie minionej rozpaczy niewątpliwie by się spotęgowało, bo swój okrągły - 25-lecie! - jubileusz miało właśnie wydarzenie, przez którego swego czasu płakało całe piłkarskie Chile. Z żalu, z bólu, z bezsilności i z głupoty. Jego "bohaterem" był oczywiście ROBERTO ROJAS.

Rojas był podstawowym golkiperem reprezentacji Chile w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Dzięki efektownym paradom dorobił się ksywki "Kondor". Oto próbka jego możliwości (tutaj, tutaj, tutaj i tutaj inne filmiki).

To jednak nie umiejętnościom piłkarskim zawdzięcza on swoje miejsce na kartach historii.

3 września 1989 roku Chile toczyło ostatni grupowy, decydujący o awansie do MŚ 1990, bój z reprezentacją Brazylii. Obie ekipy miały taką samą liczbą punktów, więc zwycięzca logował się na włoski mundial. Canarinhos wygrywali już 1:0 (po golu Careki), gdy w 67. minucie Rojas udał, że został zraniony rzuconą przez kibica gospodarzy racą. Zakrwawionego Rojasa koledzy znieśli z boiska, a cały zespół Chile zszedł wraz z nim do szatni na znak protestu.

Dopiero później okazało się, że cała akcja była starannie przygotowaną mistyfikacjo-prowokacją. Analiza nagrań wideo dowiodła, że Rojas ranił się sam! Z wydarzeniem tym nie miała nic wspólnego rzucona na boisko raca, ale... ukryty w rękawicy bramkarskiej nóż. Golkiper wykorzystał moment i sam się nim pokaleczył. W toku śledztwa przyznał, że tym sposobem chciał ratować wynik meczu i sprawić, by mecz przeniesiono na neutralne boisko.

Afera po tym wydarzeniu była naprawdę potężna. Brazylia otrzymała walkowera za mecz z Chile i to oczywiście ona pojechała do Włoch na MŚ 1990. Dodatkowo, drużyna La Roja, ku rozpaczy swoich kibiców, została także usunięta z eliminacji do MŚ 1994 w USA.

Sam Roberto Rojas został dożywotnio zdyskwalifikowany i w wieku 32 lat musiał zakończyć karierę. W 2001 roku FIFA cofnęła karę. Były golkiper pracuje dziś jako trener bramkarzy w południowoamerykańskich klubach (uwaga - głównie w Brazylii!).

Wraz z Rojasem dyskwalifikacją obłożono także współpracujących z nim trenera Orlando Aravenę oraz lekarza Daniela Rodrigueza. Ten drugi kontaktował się z bramkarzem przez walkie-takie ukryte w... noszach. Poza tym pięcioletni zakaz kopania piłki otrzymał także zastępca kapitana reprezentacji Fernando Astengo za to, że zaordynował zejście drużyny z boiska.

Cała historia to jeden z największych skandali w historii światowej piłki. Powstało o niej sporo materiałów telewizyjnych (np. ten, a tutaj i tutaj wywiady z samym Rojasem; uwaga - trzeba znać hiszpański) i dużo ciekawych tekstów (np. ten, ten, ten i ten). Samo Chile długo lizało rany (kompromitacje - ostatnie miejsca w grupach - na Copa America 1993, 1995 i 1997!) i dopiero występ na mundialu we Francji tchnął nowe życie w zranione ostrzem Rojasa ciało La Roja.

P.

piątek, 04 lipca 2014
Teraz oni? Kolumbia u złotego progu

To było dwadzieścia lat temu. Kolumbijscy podopieczni Francisco Maturany, opromienieni blaskiem efektownego i piorunującego nokautu, jaki w przeciągu niespełna trzech tygodni eliminacyjnych zmagań zafundowali wciąż przecież aktualnym wówczas wicemistrzom świata z Argentyny, rozbijając ich w dwumeczu łącznie aż 7:1, jechali na amerykański World Cup '94, jako jedni z cichych faworytów turnieju. Pokolenie piłkarzy, które podczas Copa America '87 po raz pierwszy w swej nielichej krasie objawiło się piłkarskiemu światu miało teraz go podbić na dobre. Valderrama, Rincon, Alvarez, Asprilla i spółka, grający tak, jak we wrześniu 1993 roku na murawie w Buenos Aires, gdy argentyńscy rywale byli kompletnie bezbronni, mogąc jedynie podziwiać ich kunszt, mieli teraz sięgnąć po najwyższe laury. Skończyło się jednak wielkim rozczarowaniem, którego pokłosiem były potem nawet ludzkie tragedie. Dziś Kolumbia znów jednak wraca do gry. Znów jest wielka, ba, zapewne nigdy nie była większa niż teraz. I być może już nigdy nie będzie miała tak wielkiej szansy jak właśnie tu i teraz na brazylijskiej ziemi, by podbić futbolowy świat. Jestem głęboko przekonany, że dzisiejszego wieczoru, na Arena Castelao w Fortalezie, poznamy zespół, który za dziewięć dni będzie radował się tytułem mistrza świata. Czy będzie to Kolumbia?

Swe pierwsze mundialowe kroki Kolumbijczycy stawiali podczas mistrzostw rozgrywanych na własnym kontynencie. Na turnieju w Chile, udało im się uciułać zaledwie jeden punkcik, choć uczynili to w sposób nad wyraz efektowny, kiedy to w spotkaniu z ZSRR w dwadzieścia minut z beznadziejnego 1:4 wyciągnęli końcowy rezultat na 4:4. Warto zwrócić uwagę, iż trafienie Marcosa Colla uzyskane bezpośrednio z rzutu rożnego to istny ewenement w całych dziejach mundialowych zmagań.

Następny istotny sukces kolumbijskiego futbolu przyszedł w 1975 roku, kiedy to piłkarze z tego kraju wywalczyli srebro podczas turnieju Copa America, ulegając w finałowym trójmeczu reprezentantom Peru. Ernesto Diaz został współkrólem strzelców tej imprezy, dzięki czemu był bodaj pierwszym kolumbijskim graczem wytransferowanym do Europy, konkretnie do belgijskiego Standardu Liege.

Dwanaście lat później piłkarze z kraju upamiętniającego swą nazwą postać Krzysztofa Kolumba znów przygarnęli medal na mistrzostwach Ameryki Południowej. Sukces był o tyle cenniejszy, że nie jednorazowy. Francisco Maturanie udało się bowiem zebrać grupę naprawdę niezłych piłkarzy i na ponad dekadę wejść do najściślejszej futbolowej elity na własnym kontynencie. Latem 1987 roku podczas turnieju w Chile, Kolumbia naprawdę pokazała się jako zespół z polotem, o fantastycznym potencjale. W grupowych rozgrywkach aż 3:0 rozbiła Paragwaj - uczestnika niedawnego meksykańskiego mundialu. Walkę o wielki finał Kolumbijczycy przegrali co prawda w dogrywce, po zaciętym boju z gospodarzami imprezy, lecz w meczu o trzecie miejsce na tle aktualnych wówczas mistrzów świata, z Maradoną na czele, zaprezentowali się wyśmienicie i zasłużenie triumfowali. Królem strzelców, głównie dzięki hat-trickowi ustrzelonemu przeciwko Paragwajowi, został Arnoldo Iguaran. Futbolowy świat zachwycił się tym znakomitym zespołem, w którym prym wiedli czupryniaści, lecz zarazem finezyjni piłkarze: Rene Higuita i Carlos Valderrama. Obaj czarowali swą grą i już wtedy byli jednymi z najlepszych zawodników na swych pozycjach na przestrzeni całego globu. Pozostaje tylko żałować, że tym piłkarzom z przyczyn ogólnie rzecz ujmując organizacyjnych, nie dane było kilkanaście miesięcy wcześniej, wystąpić na mundialu 1986, którego gospodarzem pierwotnie miała być właśnie Kolumbia.

Gdy w październiku 1989 roku podczas międzykontynentalnego barażowego dwumeczu z Izraelem podopieczni Maturany zapewnili sobie mundialowe przepustki na Italia '90, cała Kolumbia niemal oszalała ze szczęścia. Co ciekawe, piłkarz, który zdobył jedyną, złotą bramkę, na wagę wymarzonego awansu, późniejszy zawodnik m.in. Malagi czy Independiente, zapowiadający się na rewelacyjnego gracza, Albeiro Usuriaga, ostatecznie z przyczyn pozasportowych na mistrzostwa do Włoch nie pojechał. Jedyną wielką imprezą, jaką zaliczył była Copa America '91, choć skala posiadanego talentu predysponowała go do znacznie większych rzeczy. Jednak bramki uzyskanej w Bogocie przeciwko Izraelowi, Kolumbia już nigdy mu nie zapomni.

Na kilkanaście dni przed tym, gdy podczas włoskiego mundialu kolumbijski zespół miał wreszcie okazję, by zaprezentować całemu światu własne, ciekawe oblicze, zawitał do Poznania, by tu zmierzyć się w towarzyskim meczu z Lechem. Kolejorz absolutnie nie ustępował pola rywalom, Juskowiak pokonał Higuitę, Skrzypczak nie dał się przyćmić Valderramie i spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Remis ten nabrał w oczach poznańskich kibiców znaczenia, gdy kilka tygodni później, ten sam kolumbijski zespół, uzyskał identyczny rezultat przeciwko podopiecznym Franza Beckenbauera i jako jedyny, obok Anglii, na włoskim mundialu nie dał się pokonać przyszłym, niemieckim mistrzom świata.

Jak całkiem niedawno przy okazji wspominania Il Mondiale Italia '90, pisaliśmy na blogu: "Kolumbijczycy niewątpliwie dodawali włoskim mistrzostwom swoistego kolorytu. Wprowadzali pewien powiew świeżości. Ekscentryczny Higuita, groźny Alvarez, bajeczny technicznie Valderrama przebojem wdarli się do kanonu herosów podczas podwórkowych rozgrywek męskiej gawiedzi młodszej. Ten boiskowy, kolumbijski kartel długowłosych facetów z wąsem naprawdę potrafił grać w piłkę". Na dzień dobry chłopcy Maturany, po golach Redina i Valderramy, planowo pokonali ZEA 2:0. Potem przegrali mecz z Jugosławią 0:1 i o ich ewentualnym awansie z grupy miało decydować starcie z rozpędzonym niemieckim czołgiem Beckenbauera. 19 czerwca 1990 roku na mediolańskim San Siro bardzo długo wydawało się, że Kolumbijczykom uda się dopiąć swego i dowieźć bezbramkowy remis. Na półtorej minuty przed końcem spotkania popsuć im święto postanowił Littbarski. Zaczynała już płynąć trzecia minuta doliczonego czasu gry, gdy wywalczoną przez Alvareza przed własnym polem karnym piłkę, otrzymał na środku boiska Carlos Valderrama. Genialny 'El Pibe' rzucił na wolne pole do Rincona jedno z tych swoich cudownych zagrań, a ten ostatni posyłając futbolówkę do bramki między nogami Illgnera, wprawił całą Kolumbię w stan nieokiełznanej euforii. To były naprawdę wzruszające, niezapomniane chwile.

Kolumbijczycy mogli na tym mundialu naprawdę ugrać więcej niż tylko 1/8 finału. Na tym, że tak się nie stało zaważył oczywiście w głównej mierze słynny błąd Higuity w dogrywce spotkania z Kamerunem, bezlitośnie wykorzystany przez Rogera Millę. A jednak podopieczni Maturany i tak zaprezentowali się we Włoszech z jak najlepszej strony. Nazwiska kolumbijskich piłkarzy błyskawicznie nabierały na znaczeniu w futbolowym światku.

Na trzech kolejnych turniejach Copa America w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych reprezentacja Kolumbii wchodziła teraz do finałowej czwórki, dwukrotnie (1993 i 95) wracając z brązowymi medalami zawieszonymi na szyi. W eliminacyjnych zmaganiach o przepustki na World Cup '94 Kolumbijczycy rozbili w pył Argentynę. 5 września 1993 roku na murawie w Buenos Aires tradycyjnie już, swoim zwyczajem, każdą kolejną efektowną akcję własnej drużyny ostemplowywał swym geniuszem Valderrama, a Rincon, Asprilla i Valencia kolejno uciszali argentyński stadion, fundując gospodarzom ciężki nokaut w zatrważających rozmiarach 5:0!!! To była istna afirmacja kolumbijskiej, futbolowej mocy.

Nic dziwnego, że po tak grającej Kolumbii dość powszechnie spodziewano się wszystkiego, co najlepsze oraz zaspokojenia apetytu na najcenniejsze z mundialowych kruszców. W Stanach Zjednoczonych marzenia chłopców Maturany dość szybko rozwiał jednak swym fenomenalnym strzałem Gheorghe Hagi (inna sprawa, że gdyby w bramce miast Cordoby stał wówczas Higuita, zrobiłby z pewnością wszystko, by wybronić to choćby skorpionem). Rumuni dość nieoczekiwanie wypunktowali piłkarzy z Ameryki Południowej, zasłużenie wygrywając 3:1 i jak się później okazało, to właśnie Hagi, Raducioiu, Dumitrescu i spółka, sprzątnęli sprzed nosa Valderramie i jego kolegom rolę rewelacji turnieju. Kolumbijczycy po rumuńskim laniu grali już teraz o życie i jak się później okazało, należało to traktować jak najbardziej dosłownie. Przegrali jednak z gospodarzami turnieju 1:2 (znów honorowe trafienie Adolfo Valencii) i na dobrą sprawę na tym mistrzostwa dla nich się skończyły. Wygrali jeszcze pożegnalny mecz ze Szwajcarią 2:0 i mogli wracać do domu. A w domu huczało. Apetyty kolumbijskich kibiców zostały zbyt wyostrzone po eliminacyjnym koncercie, by teraz móc łatwo przełknąć tak wielkie rozczarowanie. Śmierć kolumbijskiego obrońcy Andresa Escobara już na zawsze położy się tragicznym cieniem na tym wszystkim, co związane jest z World Cup '94, ukazując, że futbol potrafi poruszać również te najmroczniejsze struny w zakamarkach ludzkiej duszy.

Cztery lata później, na trenerskiej ławce kolumbijskiej reprezentacji nie siedział już Francisco Maturana (choć powróci jeszcze na to stanowisko, które łącznie obejmował aż czterokrotnie), lecz Hernan Dario Gomez, a w tamtejszym futbolu bezlitośnie nadciągał nieuchronny zmierzch pewnej wspaniałej epoki. Na otwarcie francuskiego mundialu znów była porażka z Rumunią (0:1), potem jeszcze wymęczone w końcówce zwycięstwo z Tunezją (1:0, gol Preciado) oraz porażka w meczu o wszystko z Anglikami 0:2. Valderrama i Rincon, obaj zaliczający swój trzeci mundial z rzędu, powoli gasili za sobą światło. Ich piękna, opromieniona sukcesami epoka, która rozsławiła futbolową Kolumbię na cały świat powoli odchodziła do przeszłości. Przyszedł czas, by zrobić miejsce nowemu. To nowe oczywiście rodziło się w bólach. Piłkarze tacy, jak Valderrama nie rodzą się bowiem codziennie. I jak przedtem Kolumbijczycy zaliczyli trzy mundiale z rzędu, tak teraz przyszło im aż trzy kolejne takie turnieje (2002-2010) oglądać wyłącznie w roli telewidzów. Choć oczywiście nie wolno zapominać, że 29 lipca 2001 roku na stadionie w Bogocie, po golu Ivana Cordoby w finałowym meczu przeciwko Meksykowi, podczas rozgrywanego na własnym terenie turnieju Copa America, podopiecznym Maturany udało się odnieść sukces i zdobyć upragnione złoto.

Królem strzelców tamtej imprezy został Aristizabal, a jednym z filarów kolumbijskiej defensywy był już wówczas Mario Alberto Yepes, kapitan zespołu, który kroczy dziś od zwycięstwa do zwycięstwa podczas brazylijskiego mundialu.

Porównywanie dzisiejszej reprezentacji Pekermana z drużyną Maturany z przełomu lat 80. i 90., czy obu ikon tych zespołów: Carlosa Valderramy i Jamesa Rodrigueza, to oczywiście fascynujący proces, pytanie tylko czy wielce sensowny. Jedno jest pewne. Tamtym piłkarzom podbić Starego Kontynentu się nie udało. Tak znakomici gracze, jak Valderrama, Higuita, Rincon czy Alvarez, predysponowani do tego, by biegać po boisku w koszulkach największych klubowych zespołów świata, przywdziewali w Europie barwy drużyn pokroju Realu Valladolid czy Montpellier - z całym szacunkiem dla tych ekip. Rincon, owszem grywał dla Napoli, zaliczył też nawet kilkanaście występów w madryckim Realu, lecz furory absolutnie nie zrobił. Strzelec dwóch mundialowych goli podczas Italia '90, Bernardo Redin, mógł liczyć jedynie na egzotyczny wówczas transfer do bułgarskiego CSKA Sofia. Nieco lepiej wiodło się może Asprilli czy Valencii, ale to było już nieco młodsze pokolenie kolumbijskich graczy. Dziś James Rodriguez, Jackson Martinez i spółka, by o nie grającym na mundialu Radamelu Falcao nie wspominać, znaczą na europejskim rynku naprawdę sporo, co niewątpliwie może być ich wielkim atutem podczas imprezy rangi brazylijskiego mundialu.

Pewnym jest natomiast, że Kolumbijczykom jak dotąd nigdy nie udało się pokonać Canarinhos na ich terenie. Choć warto zaznaczyć, że dominacja Brazylii w tym względzie uległa dość wyraźnemu przytępieniu, a ich wzajemne zmagania rozgrywane na terenie Kraju Kawy, oscylują w ostatnich latach zdecydowanie wokół remisu. Tak było choćby podczas eliminacyjnych meczów do mistrzostw świata: w 2008 roku w Rio de Janeiro i w 2004 roku w Maceio padły bezbramkowe remisy. Podobny rezultat oba zespoły osiągnęły też, niemal dokładnie 25 lat temu, na stadionie Fonte Nova w Salvadorze, podczas turnieju Copa America, którego gospodarzem byli Canarinhos. Również ostatnie towarzyskie starcie obu ekip, 14 listopada 2012 roku w Nowym Jorku zakończyło się wynikiem 1:1. Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę całość dziejów futbolowych zmagań reprezentacji Brazylii i Kolumbii, gospodarze bieżącego mundialu biją rywali na głowę. Dwukrotnie jednak musieli uznać wyższość piłkarzy z kraju rozsławiającego pamięć Krzysztofa Kolumba. Najpierw 15 maja 1985 roku zostali towarzysko ograni w Bogocie przez gospodarzy 1:0, a 13 lipca 1991 roku w chilijskim Vina Del Mar, podczas rozgrywek grupowych Copa America, udało się Kolumbijczykom po raz jedyny jak dotąd ograć Canarinhos w ważnym mistrzowskim turnieju.

Kroczący na brazylijskim mundialu od zwycięstwa do zwycięstwa Kolumbijczycy stoją dziś u progu gigantycznej szansy na sukces. Świadomi tego, że stać ich na wiele, że stać ich na wszystko. Pekerman, Rodriguez i Ospina są co najmniej godnymi następcami Maturany, Valderramy i Higuity. Czy uda im się jednak wywalczyć upragnione mistrzostwo świata, które przed dwiema dekadami okazało się być dla piłkarskiej Kolumbii jedynie pięknym, niespełnionym marzeniem? Jestem przekonany, że dziś późnym wieczorem w Fortalezie poznamy zespół przyszłych mistrzów świata. Czy będą nim jednak Kolumbijczycy? Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się wskazywać, że tak. Nie ukrywam, że chciałbym znów posłuchać kolumbijskiego komentatora wykrzykującego do utraty tchu, łamiącym się ze wzruszenia głosem, jak po golu Rincona: "Viva Colombia!". Wierzę, że w futbolowym świecie nadchodzi właśnie czas Kolumbii. Oto stoi u drzwi i kołacze.

 

PS. Marzy mi się finał Kolumbia-Kostaryka. Choć rozum podpowiada, że to Holendrzy przytulą srebro.

PS 2. Kolumbia kojarzy nam się w ogromnej mierze z krajem brudnych interesów, karteli, mafijnych porachunków, uprowadzeń i zabójstw. Na szczęście jest też i inna, jaśniejsza strona tego kraju.

R.

czwartek, 27 sierpnia 2009
Urugwaj 1999 - dekada minęła i już chyba nic z tego nie będzie cz. II. Carini i Magallanes

Leonel Pilipauskas zabawił w Europie tylko chwilkę (cztery mecze dla Atletico Madryt), ale warto o nim wspomnieć, ponieważ strzelił jedną z piękniejszych bramek jakie ostatnio widziałem.

Antonio Pacheco to legenda Penarolu Montevideo, ale w Europie również mu się nie wiodło. W 2000 roku trafił do Interu Mediolan (zagrał tam jeden mecz), skąd był regularnie wypożyczany (Espanyol, Albacete i Alaves). Rezerwowy bramkarz Alvaro Nunez zaraz po Copie przeniósł się do Hiszpanii, gdzie przez dziewięć sezonów bronił barw Numancii i ostatnio Guadalajary. Fernando Picun przez dwa sezony grał w Feyenoordzie Rotterdam. Wyjątkowo wierny barwom Danubio Montevideo pomocnik Christian Callejas na starość spadł wyjątkowo nisko i występuje w maltańskim Hiberniansie Paola. Bergara, del Campo, Pumar, Gabriel Alvez i Vespa nigdy nie zdecydowali się na przeprowadzkę do Europy.

Zaryzykuję jednak twierdzenie, że żaden z wyżej wymienionych zawodników nie dorównywał talentem dwójce Fabian Carini i Federico Magallanes.

Ten pierwszy rokował na golkipera najwyższej próby. Na Copie 1999 bronił wręcz niesamowicie. Obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi (190 cm), kapitalnym refleksem i kocią wręcz zwinnością bramkarz przyprawiał o wrzody piłkarzy Paragwaju i Chile. Jeśli do tego dodać niezwykłą intuicję przy bronieniu rzutów karnych wychodzi, że już w wieku 20 lat był zawodnikiem kompletnym.

Mimo że w seniorskiej piłce grał na dobrą sprawę dopiero od pół roku (w Danubio Montevideo)! Rok po udanym turnieju postanowił przenieść się do Europy. W kolejce po niego ustawiły się największe kluby tej części globu, ale przetarg wygrał Juventus Turyn. I tak w wieku 21 lat Carini przywdział elegancką bluzę Starej Damy.

Nie dane mu jednak było zagrać w niej w lidze. Po dwóch sezonach siedzenia na ławce został wypożyczony do belgijskiego Standardu Liege. Tam chyba przeżył najlepsze lata swojej klubowej kariery. Grał w każdym meczu, bronił świetnie, ba, zdobył nawet bramkę (pierwsza scena poprzedniego filmiku). Na fali świetnych występów przeniósł się latem 2004 do Interu Mediolan.

Tam jednak przerabiał scenariusz turyński - praktycznie wcale nie grał (4 mecze) i po roku wypożyczono go do Cagliari (gdzie też się nie zagrywał - 8 meczów). Po upływie kolejnych 12 miesięcy wrócił do Mediolanu. Przez cały sezon ani razu nie pojawił się na murawie. Wreszcie latem 2007 został sprzedany do grającego w Primiera Division Realu Murcia.

Zagrał w niej 11 spotkań i wraz z resztą towarzystwa spadł do Segunda Division. W minionym sezonie zagrał raptem dwukrotnie, więc trudno go winić o fatalne wyniki Murcii na zapleczu ligi hiszpańskiej. Faktem natomiast jest, że liczyłem, że Carini zrobi dużo większą karierę. Miał ku temu możliwości, ale jakoś zabrakło racjonalnego podejmowania decyzji. Gdyby zamiast ugniatać ławki silnych klubów (w sumie trzy lata takiego stanu) wolał grać w choć trochę słabszych ekipach może dziś byłby na szczycie. Na osłodę zostaje mu jeszcze reprezentacja Urugwaju. Tu jest niezastąpiony. Rozegrał w niej jak na razie 74 mecze, był na MŚ 2002 (świetny mecz z Francją) i dwóch Copach. W grudniu będzie miał dopiero 30. urodziny - jak na bramkarza wciąż nie jest jeszcze stary.

Trudno natomiast wierzyć w powrót do wielkiej piłki Federico Magallanesa.

Ten długowłosy playmaker dysponował świetnym przeglądem pola i inteligencją w grze. Nie bał się wziąć na siebie ciężaru rozgrywania, gdy ekipie nie szło. Miał dużo pewności siebie, która czyniła z niego naturalnego lidera zespołu. A pamiętać należy, że świetny występ na Copie 1999 zaczął nieszczególnie - od czerwonej kartki w pierwszym meczu z Kolumbią. Pauzował więc w zwycięskiej potyczce z Ekwadorem, a w spotkaniu z Argentyną, grali głównie Albiceleste. Magallanes wypłynął więc przede wszystkim na pucharowych zwarciach z Paragwajem i Chile. Rozdzielał piłki, kontrolował tempo gry, groźnie uderzał na bramkę. W reszcie w obu spotkaniach nie zadrżała mu noga podczas wykonywania decydujących rzutów karnych. W efekcie 23-letni Urus trafił do jedenastki turniej obok takich tuzów jak Ronaldo, Rivaldo czy Roberto Carlos.

Warto podkreślić, że Magallanes podczas paragwajskiego turnieju nie był już postacią anonimową. W lidze urugwajskiej debiutował nie mając jeszcze 18 lat. Już w drugim sezonie swoich występów został prawdziwą gwiazdą Penarolu i całej ligi. W 22 meczach zdobył 7 goli i walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa przez żółto-czarne pasiaki.

Krótko po tym wyczynie zdecydował się przenieść do Europy. Trafił do Atalanty Bergamo. Tam wojował przez dwa sezony, ale cudów nie uczynił (24 m. - 3 gole). Wtedy trochę nieoczekiwanie sięgnął po niego... Real Madryt! Urus w drużynie Królewskich nigdy jednak nie zagrał, więc po roku postanowił przenieść się do Racingu Santander. I tutaj jednak nie grał na miarę swoich możliwości (17 m. - 1 gol, złapał za to aż 5 żółtych kartek). Wtedy na szczęście przyszła Copa i świetne występy. Południowoamerykański klimat spodobał mu się tak bardzo, że postanowił wrócić do ojczyzny. Uprosił kierownictwo Racingu, aby go wypożyczyło do Defensora Montevideo. Tam grał naprawdę wybornie (13 goli w 22 meczach). Na tyle wybornie, że upomniał się po niego klub z Kantabrii. Chcąc nie chcąc Magallanes musiał wracać do Hiszpanii. Tam zabawił jednak tylko sezon (15-3) i po raz pierwszy (bynajmniej nie ostatni) brał udział w spuszczeniu zespołu do drugiej ligi. W konsekwencji przeniósł się do słonecznej Italii. W barwach Venezii miał wreszcie zacząć grać na wysokim poziomie.

I faktycznie radził sobie całkiem nieźle (23 - 5), choć nie na tyle dobrze, żeby uratować Wenecjan przed spadkiem do Serie B. Rozochocony dobrą grą Federico przeniósł się więc do Torino FC.

Tam jednak kopał już nieco mniej (18-1) i... znowu przeżył gorycz spadku do Serie B. Przeniósł się więc do Sevilli CF, ale tam praktycznie nie powąchał piłki (5-1). Wkrótce znalazł przystanek w drugiej drużynie Albacete. Był rok 2004 i właśnie wtedy długowłosy Urus praktycznie zakończył poważną grę w piłkę. W pierwszym odruchu chciał zakończyć ją w ogóle. Zniechęcony ciągłymi problemami zdrowotnymi i częstymi zmianiami otoczenia postanowił zawiesić buty na kołku. Całą drugą połowę 2005 roku odpoczywał. W lutym 2006 dał się skusić SD Eibar. Zagrał tam jedną rundę, po czym znowu wziął się za odpoczynek. Na początku 2007 roku nieoczekiwanie trafił do francuskiego drugoligowca Dijon FCO.

Jednak po nieudanym pobycie w kraju bagietek postanowił definitywnie zakończyć karierę. Tym większe było zdziwienie, gdy po półtora roku obijania się postanowił jeszcze raz założyć piłkarskie buty i poczuć zapach murawy. Wybór padł na grający w Tercera Division zespół Merida UD.

I choć 33-letni Magallanes wygląda obecnie jakby pracował w fabryce pączków, to fajnie, że jeszcze postanowił pokopać. Do wielkiego futbolu jednak już na pewno nie wróci.

Śmiało można także powiedzieć, że, poza Copą 1999, urugwajski playmaker jest również graczem niespełnionym reprezentacyjnie. Po świetnym turnieju wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie La Celestes, ale pewnym punktem drużyny był tylko przez dwa lata. Na MŚ 2002 był już tylko rezerwowym (zagrał końcówki spotkań z Danią i Francją). Po nieudanym Mundialu zakończył reprezentacyjną karierę. W sumie w błękitnej koszulce rozegrał 26 spotkań i strzelił 6 goli.

Trudno jednoznacznie osądzić, co spowodowało, że srebrnym wychowankom Puy nie powiodło się na europejskich boiskach. Może jak to czasem się zdarza, turniej to był wyskok, a potem sytuacja wróciła do normy? Siłą drużyny Urugwaju był monolit a nie poszczególne indywidua, ale jednak tak gramialne fiasko  karier utalentowanych przecież zawodników musi zastanawiać. Na pewno w kilku przypadkach zaszkodził zbyt duży przeskok, przenosiny od razu do bardzo silnego klubu. Gdzie indziej zabrakło talentu i zwykłej ciężkiej pracy. Paradoksalnie najbardziej zaistnieli wyrobnicy, zawodnicy ciężko harujący a niekoniecznie bajecznie zdolni - np. Pablo Garcia, Romero czy Diego Lopez. O niewykorzystania potencjału przez tych chłopaków może świadczyć fakt, że na odbywające się trzy lata później MŚ 2002 w Korei i Japonii pojechało sześciu członków srebrnej ekipy (Carini, Pablo Garcia, Guigou, Lembo, Magallanes, Romero), na Copa America 2004 żaden (!), a na ostatni ten turniej (2007) dwóch (Carini, Pablo Garcia). Stracone pokolenie? Skąd my to znamy.

P.

 
1 , 2