Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 22 października 2014
New York Cosmos - reaktywacja

Z sympatią przyjąłem informację o przenosinach Raula Gonzaleza do New York Cosmos. Reaktywacje, a raczej - reinkarnacje, starych zasłużonych dla futbolu firm, to jednak jest coś, co warto wspierać.

New York Cosmos to jeden z pionierów i zarazem największych propagatorów soccera w USA. Powstał w 1971 roku jako nowojorska odpowiedź na rosnącą popularność piłki kopanej i rozwój ligi NASL (North American Soccer League). Działalność klubu od razu pomyślana została z przytupem, bo dwójka bogatych założycieli ekipy - dwóch Amerykanów tureckiego pochodzenia: bracia Ahmet i Nesuhi Ertegunowie - szybko zaczęła ściągać do drużyny największe gwiazdy światowej piłki. Na początku były to asy lokalne, jak Randy Horton, reprezentant Bermud (to w ogóle ciekawa postać - Horton od stycznia 1998 jest posłem Parlamentu Bermudzkiego i zasiadał w tamtejszych Ministerstwach Spraw Wewnętrznych, Sportu, Edukacji, Pracy, Środowiska i Bezpieczeństwa Publicznego; w zeszłym roku został wybranym marszałkiem Izby Zgromadzenia).

W 1975 roku zespół zasilił legendarny Pele (tutaj film z jego debiutu), a rok później dołączył do niego Włoch Giorgio Chinaglia (jedyny zawodnik, który mógł krytykować Pelego i skrzętnie z tego korzystał).

W 1977 roku i później do drużyny dołączyli były kapitan Brazylii, Carlos Alberto Torres oraz Rivelino, były kapitan Niemiec Franz Beckenbauer, słynni Holendrzy Johan Neeskens i Wim Rijsbergen, Jugosłowianin Vladislav Bogicević, słynny Paragwajczyk Julio Cesar Romero czy Włoch Giuseppe Wilson.

Efekt? Pięć tytułów mistrzowskich! NY Cosmos zwyciężało w NASL w latach 1972, 1977, 1978, 1980 i 1982. Do tego cieszył się bezprecedensową popularnością (po 40 tysięcy kibiców na meczach, co jak na soccer w USA jest świetnym wynikiem), a jego mecze były transmitowane w najlepszym paśmie antenowym. Polecam poniższy filmik, gole padają naprawdę kosmiczne.

Upadek drużyny pokrył się z upadkiem całej ligi. Początek lat osiemdziesiątych to odwrócenie się telewizji od piłki nożnej (np. finał z 1981 roku był retransmitowany z wielogodzinnym opóźnieniem), a także niewydolność finansowa samego Cosmosu. Z finansowania ekipy wycofali się bracia Ertegunowie, a w zespole próżno już było szukać gwiazd światowego formatu. W 1984 roku NY Cosmos nie zakwalifikował się nawet do fazy play-off. Wtedy też zlikwidowano całą ligę NASL. Przez rok drużyna grała jeszcze w lidze halowej (Major Indoor Soccer League.), a w 1985 roku została ostatecznie rozwiązana.

W 2010 roku klub reaktywowano (choć formalnie - bez prawa do historii wielkiej drużyny z 70-80 lat). W akcję tę włączyli się byli zawodnicy zespołu, tacy jak Chinaglia (zmarły niedawno; dobry tekst o nim tutaj), Carlos Alberto czy Pele. Aktualnie team występuje on na drugim poziomie rozgrywek (nowa North American Soccer League, szczebel pod MLS, a szczebel nad USL Pro), choć ma ambicje na grę w MLS. Zasady awansu (a w zasadzie włączania) do amerykańskiej ekstraklasy są jednak bardzo uznaniowe (a niekoniecznie czysto sportowe) i pomimo zeszłorocznego zwycięstwa w Soccer Bowl NY Cosmos nie przebił się do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Trenerem drużyny jest Wenezuelczyk Giovanni Savarese, a w jej składzie można znaleźć takich piłkarzy jak Marcos Senna czy Danny Szetela. Wkrótce dołączy do nich Raul.

Przy tej okazji jeszcze kilka ciekawostek:

* O NY Cosmos epoki Pelego nakręcono jeden z lepszych w historii filmów dokumentalnych w tematyce futbolu. To "Once in a Lifetime: The Incredible Story of the New York Cosmos". Bardzo bardzo polecam, bo to nie tylko historia drużyny, ale również pewnej epoki.

* Tutaj z kolei ciekawy tekst o złotej drużynie.

* Według obecnych władz MLS główną przeszkodą w awansie NY Cosmos jest.. kiepski stadion zespołu. Brzmi znajomo?

* Tutaj znajdziecie stronę drużyny. Stylowa, można też kupić sobie retro koszulki. Numery 9 i 10 zastrzeżone (Chinaglia i Pele).

* Mało kto wie, że członkami pierwszej drużyny NY Cosmos (rocznik 1971) było dwóch Polaków - bramkarz Konrad Kornek (15-krotny reprezentant Polski, były gracz Odry Opole i Legii Warszawa; my o nim wspominaliśmy tutaj) oraz obrońca Karol Kapciński (Górnik Zabrze i Śląsk Wrocław; Mistrz Polski [1963, 1964, 1971], Puchar Polski [1969, 1970]). Później byli to jeszcze Bronisław "Jerry" Sularz (grał razem z Pelem), Dieter Zajdel (kapitalny tekst o nich tutaj) oraz Władysław Żmuda i Stanisław Terlecki (1984).

* Przy okazji - pierwszy królem strzelców NASL (1968) był reprezentant Polski - Janusz Kowalik (były gracz Cracovii i klubów holenderskich)

* Tutaj znajdziecie kompleksowe zestawienie wszystkich zawodników NY Cosmos z lat 1971 - 1985.

* Na cześć NY Cosmos powstała w Polsce drużyna... Cosmos Nowotaniec (założony w 1947 roku, ale nazwę zmieniono w 1977). Obecnie gra w IV lidze podkarpackiej. Poza tym Cosmosy mamy także w Józefowie, Juszczynie, Milikowie i Radzimowie.

P.

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
MLS pisany obcą ręką

Za Oceanem trwa już piętnasty sezon rozgrywek MLS. Jakiś czas temu pisałem, że w 2009 roku nie było w nich specjalnie miejsca dla podstarzałych zagranicznych gwiazdek, a ostatnio - przy okazji przeprowadzki Thierry Henry'ego do Red Bulls Nowy Jork - przedstawiłem najciekawsze transfery obcokrajowców do MLS w ciągu ostatniej dekady. Żeby zamknąć wątek zagranicznej gwardii w USA należy jeszcze wspomnieć o międzynarodowych ruchach kadrowych sprzed 2000 roku oraz uzupełnić całe zestawienie o przenosiny mniej znanych - ale wciąż znanych! - grajków, którzy przewinęli się przez MLS w ciągu ostatniej dekady.

Profesjonalna liga piłkarska ruszyła w Stanach w 1996 roku. Liczono, że na fali całkiem udanego mundialu (MŚ 1994) fani przychylnym okiem spojrzą na soccer. Pojawiło się kilku amerykańskich kopaczy, dla ktorych kibice mogliby przychodzić na stadion. Alexi Lalas, Eric Wynalda, Tony Meola, Cobi Jones czy Marcelo Balboa mieli zachęcić gawiedź do uczęszczania na piłkarskie stadiony. Rodowici gracze to jednak było trochę za mało. Potrzeba było kilku zagranicznych gwiazd, którzy daliby swoją twarz do telewizyjnych reklam i promocyjnych folderów. W konsekwencji władze MLS zdecydowały, że inauguracyjny sezon MLS uświetni kilka "grubych" postaci. Tym sposobem do zespołu Dallas Burn trafił Hugo Sanchez, którego chyba nie trzeba przedstawiać.

Meksykanin miał wówczas 38 lat i skocznością nie przypominał już zawodnika Realu czy Atletico Madryt, ale na sześć bramek formy mu starczyło. Na podobnej zasadzie z Milanu do New Jersey Metro Stars (dziś Red Bulls Nowy Jork) przeniósł się Roberto Donadoni.

Słynny bramkarz Jorge Campos wybrał z kolei Los Angeles Galaxy, ale zastrzegł sobie, że będzie grał z "9" na plecach a trener pozwoli mu czasami pokopać w polu (w 1998 roku trafił on także do Chicago Fire). Do Stanów Zjednoczonych, konkretnie do Colorado Rapids, trafił również świeżo upieczony zdobywca Pucharu Narodów Afryki (1996) z RPA - Shaun Bartlett (potem również w NJ Metro Stars). Osobne słowa należą się zaś dwóm zawodnikom, którzy przybyli do MLS w 1996 roku i na długie lata stali się jej symbolami. Obydwaj panowie, to klasyczne "10", rasowi rozgrywający i na dodatek dysponujący bujnymi fryzurami. Mowa oczywiście o Boliwijczyku Marco Etcheverrym oraz Kolumbijczyku Carlosie Valderramie .

Ten pierwszy, zwany również El Diablo (tłumaczenie zbyteczne), przez osiem lat był kapitanem Washington DC United i przez początkowe cztery lata funkcjonowania MLS był rokrocznie wybierany do jedenastki sezonu, a w 1998 roku został MVP rozgrywek. Przez te cztery lata jego zespól trzy razy został mistrzem USA a raz był drugi. Tytuł MVP, tylko, że rok wcześniej (1997) zdobył również Valderrama. On jednak nie był wierny barwom tylko jednej ekipy - oprócz Tampa Bay Mutiny, gdzie święcił największe sukcesy, grał również w Miami Fusion oraz Colorado Rapids. Co ciekawe, dwie pierwsze drużyny już dziś nie istnieją.

W 1997 roku do MLS trafiło trzech innych ciekawych zawodników. Żeby było śmieszniej dwóch z nich kopało piłkę w nietypowych nakryciach głowy. Walter Zenga, wieloletni bramkarz reprezentacji Włoch oraz brązowy medalista MŚ 1990, w New England Revolution grał w odwróconej czapeczce z daszkiem. Biegał w niej przez trzy sezony.

Z kolei Szwajcar Alain Sutter (Dallas Burn), który dał się poznać podczas MŚ 1994, swoje długie włosy doprowadzał do ładu przy pomocy chusty.

Trzeci z zaciągu to mistrz świata z 1994 roku, Brazylijczyk Branco. Znany ze świetnie bitych rzutów wolnych defensor po roku gry w NY MetroStars musiał zakończyć karierę ponieważ.... miał problemy z utrzymaniem właściwej wagi.

Kolejnym uznanym europejskim golkiperem, który zdecydował się na przeprowadzkę do Stanów był Szwed Thomas Ravelli. W 1998 roku zasilił on drużynę Valderramy, czyli Tampa Bay Mutiny. Wraz ze Szwedem do ekipy z Wybrzeża trafił również nasz Jacek Ziober. Dzięki temu dziś może się pochwalić efektowną koszulką "ze Stanów".

Ziober nie był jednak jedynym Polakiem, który w 1998 roku zamienił europejską walutę na dolary. Chwilę po nim do Chicago Fire trafił bowiem Piotr Nowak. O Nowaku powstanie tu niedługo sążnisty elaborat, bo to zawodnik unikatowy w skali kraju nad Wisłą. Tymczasem interesują nas tylko jego relacje z MLS. A relacje te same w sobie są już bardzo interesujące. Krótko po przybyciu rozgrywającego reprezentacji Polski do Stanów dołączyli do niego Jerzy Podbrożny oraz Roman Kosecki. Razem sprawili, że rok 1998 wszyscy fani soccera w Chicago wspominają z rozżewnieniem. Strażacy bowiem dowodzeni na boisku przez Nowaka wywalczyli mistrzostwo USA! W finale pokonali DC United 2:0, jedna bramka padła po rykoszecie po uderzeniu Nowaka a drugą dorzucił Podbrożny.

Dodatkowo pochodzący z Pabianic pomocnik został wybrany do jedenastki sezonu (potem zdarzyło mu się to jeszcze dwukrotnie). Zresztą pozostali Polacy również mogli nosić dumnie poniesione głowy - Kosa ustrzelił w sezonie dziewięć goli a Gumiś sześć. Najdłużej z całej ekipy w Stanach zabawił oczywiście Nowak. W Chicago występował przez pięć lat, potem jeszcze na sekundkę przeniósł się do Washington DC United, ale już tylko po to, żeby rozpocząć karierę trenerską. Jak na razie trenował właśnie ekipę DC United, był asystentem selekcjonera reprezentacji USA oraz sam prowadził młodzieżową reprezentację tego kraju na IO Pekin 2008. Jego najnowszym zajęciem jest trenowanie MLS-owych debiutantów z tego sezonu - zespołu Philadephia Union. Kosecki z Podbrożnym wytrzymali za Oceanem natomiast jeszcze jedną edycję rozgrywek i w 2000 roku wrócili do Polski.

Rok 1999 to posucha wśród zagranicznych transferów i jedynym ruchem, który warto odnotować jest przeprowadzka szwedzkiego internacjonała Andersa Limpara do Colorado Rapids.

Następny sezon z kolei przyniósł wielkie przeprowadzki - Lothara Matthaeusa do NJ MetroStars oraz Christo Stoiczkowa do Chicago Fire. Na tym tle wyjazd reprezentanta Danii Miklosa Molnara do Kansas City Wizards wygląda dość blado. A w sumie szkoda, bo Molnar to dwukrotny król strzelców ligi duńskiej oraz jednokrotny ligi szwajcarskiej, uczestnik MŚ 1998 (błyskawiczna czerwona kartka w meczu z RPA) oraz EURO 2000.

Kolejne dwa sezony nie rzucają na kolana. W 2001 roku MLS zasilił charyzmatyczny Meksykanin Luis Hernandez. Długowłosy napastnik jak ulał pasował do LA Galaxy - robił show, potrząsał koralikami i czasem też strzelał gole. W końcu o to chodzi w amerykańskiej piłce. Swoją drogą interesujace, że zawodnik, który świetnie sobie radził na mistrzostwach świata a w CV ma także tytuł króla strzelców Copa America 1997, nigdy nie spróbował zarobić na chleb w Europie. W ramach ciekawostki wspomnę jeszcze, że w tym roku z ligi akademickiej do MLS przeniósł się także obecny kapitan reprezentacji Nowej Zelandii. Ryan Nelsen, bo o nim oczywiście mowa, wzmocnił szeregi DC United.

Następne dwanaście miesięcy (rok 2002) to bieda wręcz ostentacyjna, w związku z czym na status bomby kadrowej wyrasta przeprowadzka zawodnika Arsenalu Londyn, Francuza Gillesa Grimandiego do Colorado Rapids. Nie lepiej było także w kolejnej edycji ligi (2003 rok). Do Miasta Aniołów zawitał wówczas kapitan kadry Korei Południowej - Hong Myung-bo. Była to typowa emeryturka, bo zawodnik drużyny, którą sędziowie niemiłosiernie przepychali na MŚ 2002, do Los Angeles trafił już po 34. urodzinach. Interesujący jest również fakt, że przez dwa miesiące za oceanem bawił wtedy również...  Andrzej Juskowiak! Nasz król strzelców IO 1992 podpisał krótkoterminowy kontrakt z NJ MetroStars. Jusko w MLS zagrał w pięciu meczach i strzelił jednego gola, po czym przeniósł się do Erzgebirge Aue.

Kolejne trzy sezony to ciąg dalszy transferowej drobnicy. Legenda reprezentacji Austrii, Andreas Herzog zasilił szeregi Los Angeles Galaxy (2004), Youri Djorkaeff przeniósł się do Nowego Jorku (2005), a zespół Chivas USA zasilili Meksykanie - Francisco Palencia (2005) oraz legendarny kapitan reprezentacji Claudio Suarez (2006). Na przeprowadzkę za Ocean zdecydował się również znany kolega z reprezentacji Herzoga - Markus Schopp (2006). Wybrał on grę dla NY Red Bulls. Trykot Colorado Rapids zaczął natomiast przywdziewać... obecny asystent Jose Mourinho w Realu Madryt a przedtem wieloletni zawodnik tej drużyny, czyli Aitor Karanka (2006).

O ile lata 2001-2006 były słabe, jeżeli chodzi o zagraniczne transfery, o tyle okres 2007-2010 to czas prawdziwej prosperity. Rok 2007 to prawdziwy "Rok MLS". David Beckham, Cuauthemoc Blanco, Denilson, Schelotto i Abel Xavier a także Juan Pablo Angela - poziom gry tych zawodników oraz ich ilość nakazywały chyba już ostatecznie przestać mówić o MLS jako o lidze dla piłkarskich niedorozwojów. Jednocześnie jednak w tej powodzi gwiazd umknęło kilkua również bardzo interesujących przenosin. Do NY Red Bulls przeniósł się Ronald Waterreus. Ten holenderski bramkarz długo wyczekiwał na zwolnienie miejsca w reprezentacyjnej bramce przez Van Der Sara, ale się nie doczekał (był na EURO 2004, ale nie zagrał podczas niego ani razu, głównie zaliczał w kadrze towarzyską drobnicę). Odbijał to sobie w piłce klubowej. Przez 10 lat bronił barw PSV Eindhoven i z tą drużyną czterokrotnie zostawał mistrzem Holandii oraz występował w Lidze Mistrzów. Po opuszczeniu Niderlandów jeszcze dwa lata grał w Glasgow Rangers. Drugim ciekawym piłkarzem, który zawitał wówczas do MLS był Kostarykańczyk Paul Cesar Wanchope. Pobyt w Chicago Fire był ostatnim etapem kariery byłej gwiazdu Derby County, West Hamu oraz Manchesteru City. Po opuszczeniu Anglii Wanchope co roku zmieniał ligę - hiszpańską (Malaga) na katarska (Al-Gharrafa), potem na kostarykańską (Herediano), argentyńską (Rosario Central), japońską (FC Tokio) oraz wreszcie na amerykańską (Chicago). W międzyczasie Wanchope - który swoją drogą długo myślał, że zostanie koszykarzem - zaliczył także dwa mundiale (2002 i 2006).

Największą gwiazdą, która przybiła do Ameryki w 2008 roku był oczywiście Argentyńczyk Claudio Lopez. W jego cieniu skryła się natomiast inna - niespełniona nigdy - nadzieja argentyńskiej piłki. Marcello Gallardo miał być jednym z wielu następców Maradony. Złote dzecko, gracz, który debiutował w dorosłej kadrze mając 18 lat, a rok później występował już z magiczną "10" na Copa America 1995. Potem występował na IO 1996 i MŚ 1998, był również w kadrze na MŚ 2002. W sumie w reprezentacji Argentyny uzbierał 44 mecze i 13 goli, ale trudno powiedzieć, żeby podbił serca rodaków grą w biało-błękitnej koszulce. Przez większą część klubowej kariery występował natomiast tylko i wyłącznie w River Plate (gra tam do dziś). W Europie występował 6 sezonów we Francji - 4 w AS Monaco i 2 w PSG. W Stanach Zjednoczonych zakładał przez rok koszulkę DC United.

W olimpijskim finale 1996 Gallardo miał za przeciwnika m.in. Nigeryjczyka Celestina Babayaro. On po długiej i owocnej karierze (gra na MŚ 1998 i 2002, poza tym trzy lata w Anderlechcie, osiem w Chelsea i trzy lata w Newcastle) również podjął wyzwanie za Oceanem. Zdecydował się na Los Angeles Galaxy, głównie po to, aby osobiście poćwiczyć z Becksem, bo w oficjalnych rozgrywkach ligowych nie zagrał ani razu. Warto również pamiętać, że podczas tego sezonu do MLS zawitał nasz Tomasz Frankowski oraz mniej znani reprezentanci europejskich potentatów - Lauernt Robert (Francja, znany głównie z PSG i Newcastle, w USA grał w Toronto FC), Victor Sikora (Holandia, w Europie głównie Ajax i Breda, w Stanach Dallas Burn) oraz Raphael Wicky (Szwajcaria, związany przede wszystkim z Werderem Brema i HSV, za Oceanem występy dla Chivas USA)

Rok później MLS wzięło głębszy oddech i zaprosiło do siebie Freddy'ego Ljunberga (kilka dni temu zamienił on właśnie Seattle Sounders na Chicago Fire), a także litewskiego internacjonała Edgarasa Jankauskasa (New England Revolution) oraz byłego gracza Barcelony i Realu Madryt Alberta Celadesa (Red Bulls Nowy Jork; ostatnio widziany w... lidze Hong-Kongu).

Jak na tym tle prezentuje się obecne okienko transferowe? Nie najgorzej. Oczywiście największą jego gwiazdą jest Thierry Henry, który przeniósł się do Red Bulls Nowy Jork. Poza tym bardzo ciekawie wyglądają przenosiny wiecznego meksykańskiego talentu Nery'ego Castillo do Chicago Fire (już widzę te imprezy pod pachę z Blanco), kapitana reprezentacji Czarnogóry Branko Boskovicia (występował m.in. w PSG) do DC United oraz szwajcarskiej legendy Twente Enschede (195 meczów i 100 goli) Blaisa Nkufo do Seattle Sounders.

P.

niedziela, 13 czerwca 2010
MŚ 2010. Podobał mi się.... Paul Aguilar

To w sumie zabawne, bo ani Meksyk nie zachwycił, a zawodnik, który mi się spodobał zszedł z boiska w 56. minucie (za niego na boisku pojawił się Andres Guardado, co samo w sobie uważam za pomyłkę - pomocnik Deportivo, to najbardziej kreatywny piłkarz ekipu Aguirre i trzymanie go na ławce to strzelanie sobie w kolano). Ale mimo to gra Paula Aguilara bardzo przypadła mi do gustu.

Ten urodzony w 1986 roku prawy obrońca reprezentacji Meksyku dobrze sobie radził w defensywie, ale przede wszystkim furiacko nacierał prawym skrzydłem na bramkę RPA. W przeciągu pierwszych 20 minut meczu wykonał chyba cztey dośrodkowania. Jako zawodnik grający na prawej stronie bloku defensywnego zapuszczał się w takie miejsca na boisku, o których jego odpowiednik z reprezentacji Polski - Jakub Rzeźniczak - słyszał tylko od znajomego dozorcy. Słowem, bardzo ciekawy zawodnik, bardzo szybki, dobry technicznie.

Obecnie występuje w barwach meksykańskiego klubu w CF Pachuca. W jego barwach pokazuje się nie tylko jako struś pędziwiatr, ale również jako niezły strzelec.

W reprezentacji Meksyku na dobrą sprawę występuje od roku i w sumie można powiedzieć, że jest wynalazkiem Javiera Aguirre. Tam jednak też dał się poznać jako chłopak, który lubi spędzać czas na polu karnym przeciwnika. W jedenastu występach strzelił też dwa gole.

Jakby jeszcze tego było mało, to nasz bohater był również wyjątkowo uzdolniony w dziedzinie... baseballu! Dopiero w wieku 12 lat przerzucił się na futbol. No cóż, Paulu Aguilarze - będę miał na ciebie oko.

P.

sobota, 17 kwietnia 2010
MLS to nie jest liga dla starych ludzi (z zagranicy)

Czasy, w których piłkarscy emeryci wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych dorobić trochę do sportowych emerytur chyba już bezpowrotnie odeszły. Dziś w modzie są raczej tryskające petrodolarami przyczółki szejków oraz kraje Dalekiego Wschodu. Nie trzeba szczególnie się przemęczać, a wszyscy i tak ciebie czczą jak boga na Olimpie. No dobrze, ale co z MLS? A MLS sobie radzi. Właśnie rozpoczął się w niej kolejny sezon. Mamy w nim nawet swoich reprezentantów, ponieważ w krajowych rozgrywkach debiutuje zespół Philadelphia Union, którego trenerem jest Piotr Nowak a Krzysztof Król, który nie mieścił się w składzie Jagiellonii Białystok, przeniósł się do Chicago Fire i ponoć jest tam chwalony. Poza tym występuje w niej sporo reprezentantów USA, śmiem nawet zaryzykować tezę, że reprezentacja oparta wyłącznie na ligowym potencjale też dobrze by sobie radziła. Mnie natomiast zainteresowało coś zupełnie innego. Zaintrygowało mnie na ile soccerowy show jest  jeszcze atrakcyjny dla (w miarę) uznanych zagranicznych graczy. I okazało się, że... zbyt atrakcyjny nie jest.

Oczywiście w MLS gra wielu reprezentantów różnych krajów. Jest sporo towarzystwa z Hondurasu, Jamajki, Kostaryki, Salwadoru i innych okolicznych wysp-wysepek/państw-państewek. Silny zastęp tworzą przedstawiciele Trynidadu i Tobago. W Los Angeles Galaxy występuje Chris Birchall, którego gol wprowadziły ekipę prowadzoną przez Leo Beenhakera do MŚ 2006. Blondwłosy napastnik był pierwszym w historii białoskórym reprezentantem T&T. A miał z tym krajem mniej więcej tyle wspólnego, że jego matka urodziła się w Port of Spain (stolicy T&T). On sam przez całe życie rezydował na Wyspach Brytyjskich, by niedawno przenieść się w okolice Holywood. Natomiast koszulkę San Jose Earthquake przywdziewa Cornell Glen, zapamiętany przeze mnie z racji waleczności prezentowanej na niemieckich boiskach oraz faktu, że oświadczył się swojej żonie... za pośrednictwem telewizji.

Ciekawy status mają przedstawiciele Kanady. Wydawać by się mogło, że gdzie jak nie w lidze sąsiada zawodnicy Kraju Klonowego Liścia mogą podnosić swoje umiejętności. Tym bardziej, że w MLS mają oni swoją drużynę - Toronto FC - a wkrótce będą mieli kolejną (z Vancouver). Tak jednak nie jest. Kanadyjczycy jeśli decydują się już na profesjonalne uprawianie futbolu, to przenoszą się do Europy. W kadrze powołanej na mecz z Polską znalazło się raptem dwóch jej przedstawicieli (de Guzman i Jakovic). Ba, w samej kadrze Toronto FC Kanadyjczyków naliczyłem... czterech. Trzeba jednak oddać, że jeśli któryś z krajanów Bryana Adamsa decyduje się na grę w MLS, to zwykle jest jej gwiazdą. Julien de Guzman, grający jeszcze niedawno w Deportivo La Coruna, stanowi jedną z twarzy całej ligi. Jest drugim po Beckhamie  jej najlepiej zarabiającym zawodnikiem.

Błyszczą również m.in.  Dwayne De Rosario (również Toronto FC) oraz 42-letni (!) bramkarz Pat Onstad (Dynamo Houston).

Co się tyczy innych uznanych nazwisk, to oczywiście absolutnym numerem jeden całego MLS jest David Beckham, ale rozpisywanie się o nim tutaj, to jak pisanie o tym, że U2 to znany zespół muzyczny. Warto więc skupić się na innych.

Znany z angielskich boisk Juan Pablo Angel gra w New York Red Bulls. Kolumbijczyk w przeszłości był królem strzelców ligi argentyńskiej (Apertura w River Plate) oraz reprezentował Aston Villa. W MLS jest prawdziwą gwiazdą, w każdym sezonie strzela po kilkanaście bramek.

 

W jedenastce ligi ostatniego sezonu znalazł się także świetnie znany wszystkim kibicom Boca Juniors Guillermo Barros Schelotto. W światowym futbolu zaistniał przede wszystkim jako  idol kibiców z Buenos Aires, kapitan Żółto-Niebieskich oraz partner z ataku Martina Palermo. Zwykle Schelotto podawał a Palermo strzelał. Obecnie Argentyńczyk broni barw trenowanego przez Roberta Warzychę zespołu Columbus Crew.

Za prawdziwego obieżyświata w tym towarzystwie uchodzi Litwin Edgaras Jankauskas. W Stanach ugania się za piłką w koszulce New England Revolution, ale liczba klubów i krajów jakie przedtem zwiedził jest doprawdy imponująca. Więc w kolejności: Litwa (Żalgris Wilno), Rosja (CSKA i Torpedo Moskwa), Belgia (Club Brugge), Hiszpania (Real Sociedad), Portugalia (Benfica, Porto - z występów w Porto też jest najbardziej znany, Belenenses), Francja (OGC Nice), Szkocja (Hearts), Cypr (AEK Larnaka) i Łotwa (Skonto Ryga). Podczas swoich piłkarskich peregrynacji znalazł chwilkę, aby kunsztownie skarcić defensywę Polonii Warszawa.

Wreszcie przystanek w USA znalazło także dwóch, choć nieco już leciwych, prawdziwych gwiazdorów światowej piłki. Freddy Ljunberg po niemal dziesięciu latach gry w Arsenalu oraz sezonie spędzonym w West Ham United zacumował w ekipie Seattle Sounders FC. Ma teraz przynajmniej więcej czasu na pielęgnowanie swojej strony internetowej.

Natomiast w Colorado Rapids występuje Argentyńczyk Claudio Lopez. Jemu pewnie należałby się cały osobny wpis. Popularny El Piojo w swych najlepszych latach siał postrach w koszulce Valencii. Nie wiem czy istnieje jakiś inny piłkarz, na dźwięk  nazwiska którego zimnym potem oblewali się wszyscy pracownicy FC Barcelona. Claudio Lopez karcił katalończyków regularnie, bezwzględnie i to zwykle seriami. Podczas swojego pobytu na Estadio Mestalla był jednym z lepszych napastników grających w Europie.

Potem przeniósł się do Włoch i przez cztery lata świetnie grał w Lazio (tutaj z kolei pracownicy Szachtara jąkają się na wspomnienie Argentyńczyka). Po zakończeniu kontraktu przeniósł się do Meksyku (America), potem do ojczyzny (Racing Club), skąd trafił wreszcie do USA - najpierw do Kansas City Wizards a potem do Colorado.

I to by było na tyle. Prawda, że niezbyt wielu tych piłkarskich gwiazdorów w MLS? Głównych przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w dwóch czynnikach. Po pierwsze, poziom rywalizacji na przestrzeni ostatniej dekady (nie wspominając nawet o dwudziestoleciu) drastycznie poszedł w górę. Już nie wystarczy być dobrym wyszkolenym techniczne i dodatkowo duży brzuch, żeby w Ameryce błyszczeć. Teraz trzeba tyroć:) Po drugie, i co dość często umyka, MLS nie jest atrakcyjna pod kątem finansowym. Zarobki tam porównywalne są bowiem z... naszą ekstraklasą:)

P.