Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

niedziela, 13 listopada 2016
Dariusz Skrzypczak i urodzinowa szansa na sukces
skrzypczak
 
Dariusz Skrzypczak był jednym z najlepszych i najefektowniej grających piłkarzy naszej ekstraklasy pierwszej połowy lat 90. Niekwestionowaną ikoną poznańskiego Lecha i niezastąpionym dyrygentem boiskowych poczynań Kolejorza w czasach jego świetności, kiedy to aż trzykrotnie zespół ten sięgał po mistrzowski laur na krajowym podwórku. Na jego grę patrzyło się z prawdziwą przyjemnością. Świetnie wyszkolony technicznie, bardzo kreatywny, dysponujący znakomitym uderzeniem z dystansu (kiedyś Wiśle Kraków strzelił gola niemal z 40 metrów), do tego poruszający się po boisku z pewną futbolową dystynkcją. Styl jego gry, dziś powiedzielibyśmy, iż nieco już archaiczny, ale jakże miły dla oka, nieodparcie przypominał mi zawsze, zachowując oczywiście odpowiednie proporcje, ten, który prezentowali tacy ówcześni czołowi playmakerzy globu, jak Giuseppe Giannini czy Carlos Valderrama. Choć czysto piłkarską klasą Skrzypczakowi niewątpliwie trochę do nich brakowało, to jednak i on stanął kiedyś przed wielką szansą, by zapisać się na trwałe w historii nie tylko polskiego futbolu. Bo są czasem takie mecze, które poprzez swoją wyjątkowość i niepowtarzalność decydują o czyimś piłkarskim być albo nie być. To taka szansa na sukces, która już nigdy więcej w życiu nie powie ci: dzień dobry. 25 lat temu, Dariusz Skrzypczak stanął przed taką właśnie szansą. W dniu swoich 24. urodzin, na tak bliskiej jego sercu murawie stadionu poznańskiego Lecha, miał Skrzypczak w meczu przeciwko jednej z czterech ówcześnie najsilniejszych drużyn świata (Anglicy zajęli 4 miejsce na MŚ Italia '90), jako reżyser gry polskiej reprezentacji, poprowadzić biało-czerwonych do zwycięstwa i pierwszego w historii awansu na Mistrzostwa Europy. Dziś, po upływie równo ćwierćwiecza, pragniemy znów na moment pochylić się nad tamtymi listopadowymi chwilami z Poznania.
 
Przyglądając się karierze Dariusza Skrzypczaka trudno oprzeć się wrażeniu, że może ona uchodzić wręcz za modelowy przykład systematycznego rozwoju piłkarza. Wypatrzony przez poznański klub i sprowadzony z Ravii Rawicz, której był wychowankiem, zadebiutował w ekstraklasie bardzo wcześnie, bo liczył sobie wówczas niewiele ponad szesnaście i pół roku życia. Jednak o obliczu gry Kolejorza decydowały wtedy takie postaci, jak Okoński, Pawlak czy Miłoszewicz, więc Skrzypczak powoli i stopniowo dojrzewał dopiero do przebicia się do podstawowego składu Lecha. Pierwszego gola w ekstraklasie osiemnastoletni pomocnik Kolejorza zdobywa wczesną wiosną 1986 roku w Łodzi, ustalając na kwadrans przed końcem spotkania wynik meczu z ŁKS na 2:2. Po latach, w wywiadzie dla katowickiego "Sportu", Skrzypczak wspominał, że gdyby u progu sezonu 1986/87 Henryk Miłoszewicz nie wrócił z Le Havre do Poznania, prawdopodobnie już wtedy on zadomowiłby się na stałe w pierwszym składzie, pełniąc rolę głównego rozgrywającego. "A tak ustawiano mnie z boku. Raz grałem, raz nie. Nie potrafię się zbyt wykłócać o swoje" - zwierzał się poznańskiemu dziennikarzowi Andrzejowi Kuczyńskiemu.
 
W tak zwanym międzyczasie Skrzypczak regularnie zalicza kolejne szczeble wtajemniczenia w temacie reprezentacji narodowej. W 1984 roku był członkiem ekipy prowadzonej przez Mieczysława Broniszewskiego, która na Mistrzostwach Europy U-18, rozgrywanych na terenie Związku Radzieckiego, zdobyła brązowy medal, zajmując trzecie miejsce (choć podczas turnieju finałowego pomocnik Lecha nie powąchał murawy, a na boisku brylowali raczej tacy gracze, jak Rudy, Cebula, Ziober, Kosecki czy Marciniak). W lecie 1988 roku przyszedł już pierwszy poważny sukces w seniorskiej piłce, kiedy to po łódzkim remisie 1:1 z Legią oraz zwycięskiej serii rzutów karnych, Kolejorz zdobył Puchar Polski (Skrzypczak pojawił się na boisku na początku dogrywki). Niestety, wychowankowi Ravii nie dane było spijać śmietanki z tego sukcesu w postaci jesiennych, legendarnych już pucharowych bojów przeciwko słynnej Barcelonie. A wszystko dlatego, że jakiś czas wcześniej, podczas ligowego meczu ze Stalą w Mielcu, pomocnik Lecha sfaulowany brutalnie od tyłu, chciał winowajcy sam wymierzyć sprawiedliwość (choć zarzekał się później, że nawet nie dotknął rywala), za co ukarany został czerwoną kartką i trzymiesięczną dyskwalifikacją. Absencji Skrzypczaka w tych pomnikowych dla Lecha spotkaniach z wielką Barcą nie mógł odżałować ówczesny szkoleniowiec Kolejorza - Henryk Apostel.
 
Dariusz Skrzypczak był teraz już kluczowym graczem młodzieżowej reprezentacji Polski Edmunda Zientary, która jednak bez powodzenia walczyła w eliminacyjnych bojach m.in. z Anglikami i Szwedami. Latem 1989 roku miało też miejsce dziś już nieco zapomniane zdarzenie. Nieco wcześniej bowiem przed jednym z meczów polskiej młodzieżówki w Wyszkowie do Skrzypczaka zgłosili się działacze warszawskiej Legii. Byli bardzo zainteresowani ściągnięciem utalentowanego rozgrywającego do stołecznego klubu i zgodzili się na wszystkie warunki stawiane przez gracza Lecha. Na te same, na które ponoć nie mieli najmniejszej ochoty przystać włodarze z ul. Bułgarskiej. Kontrakt piłkarza z Kolejorzem właśnie wygasał. W przerwie między sezonami Skrzypczak pojechał więc na zgrupowanie z zespołem Legii do Dębicy, gdzie jak sam się zwierzał, przyjęto go bardzo dobrze. Wtedy do akcji wkroczyli postawieni pod ścianą zarządcy KKS i ostatecznie przekonali Skrzypczaka, by nadal grał dla Lecha. Były kierownik warszawskiego klubu - Kazimierz Orłowski, tak podsumowywał po latach, na łamach "Piłki nożnej" całą tę sytuację: "Czasami Legia była skutecznym argumentem w różnych pertraktacjach. Zawodnik nie mógł wyegzekwować czegoś w klubie to zgłaszał się na Łazienkowską. To miał być sygnał, że nie żartuje. Później wracał do swego klubu i dostawał czego chciał. Tak było właśnie ze Skrzypczakiem. Pojechał z nami na obóz przygotowawczy. A kiedy wrócił do Poznania, łatwiej mu było rozmawiać o pozostaniu w Lechu". Skrzypczak swego pozostania w Lechu na pewno nie żałował, bo już po zakończeniu sezonu mógł świętować wraz z kolegami z zespołu zdobycie tytułu mistrzowskiego i szykować się do niezapomnianych europejskich bojów z Panathinaikosem oraz Olympique Marsylia, które to mecze stały się później jego wspaniałą wizytówką w futbolowym światku oraz przepustką do spełnienia marzeń o przywdzianiu trykotu pierwszej reprezentacji Polski.
 
Kolejorz miał wtedy naprawdę świetny zespół, dysponujący potężną, ofensywną siłą rażenia (z Juskowiakiem, Pachelskim i Trzeciakiem na czele), żyjącą z podań Skrzypczaka. Poznańska lokomotywa rozjechała faworyzowany Panathinaikos, a rewanżowy mecz w Atenach był wręcz fantastyczny w wykonaniu reżysera gry Lecha. Również w niezapomnianym zwycięskim meczu, rozgrywanym przy ul. Bułgarskiej przeciwko Olympique, być może najsilniejszej wówczas klubowej drużynie Europy, z takimi asami, jak Papin, Cantona, Waddle czy Tigana na pokładzie, Dariusz Skrzypczak grał pierwsze skrzypce, wodząc rej na boisku. W rewanżu niestety nie dane mu było wystąpić. Zmożony tajemniczą niedyspozycją przespał całe spotkanie w szatni na stole do masażu. "Wirowało mi w głowie, ściskało w żołądku, czułem ogromną niemoc" - wyzna po latach Enzo, jak nazywali go koledzy z zespołu na cześć urugwajskiego wirtuoza futbolu Enzo Francescolego. Bez swego lidera Lech nie był już sobą. Zresztą tego wieczoru w Marsylii sobą być po prostu nie mógł, bo niemal wszyscy piłkarze chodzili lub biegali jak struci. Trzeciak, który swoimi rajdami w Poznaniu robił z Erica Di Meco wiatrak, na Stade Velodrome poprosił o zmianę już po 20 minutach gry i zszedł do szatni, gdzie niemal natychmiast zapadł w sen. Znakomity Juskowiak mając przed sobą tylko Olmetę lub nawet pustą bramkę, potykał się o piłkę albo o własne nogi. Na tajemnicze bóle skarżył się Jakołcewicz. Bardzo głośno, choć nieoficjalnie, mówiło się wówczas, że piłkarze Lecha zostali po prostu podtruci, by nie utrudniać zespołowi miliardera Bernarda Tapie, marszu po wielkie trofea na europejskiej arenie. Sam Skrzypczak, po upływie niespełna roku od wspomnianych wydarzeń w Marsylii, w jednym z wywiadów, przyznał dość jednoznacznie: "Byliśmy podtruci, to pewne".
 
Latem 1991 roku przychodzi wreszcie w karierze Dariusza Skrzypczaka piękna chwila debiutu w pierwszej reprezentacji Polski. Rywal jednak jest bardzo silny, być może najsilniejszy wówczas w Europie. Francuzi w eliminacjach do Euro zgromadzą imponujący komplet zwycięstw, również nad tak mocnymi ekipami, jak Hiszpania czy Czechosłowacja. Gdy Skrzypczak, zmieniając dawnego kolegę z brązowej kadry juniorów - Romana Koseckiego, wbiega na murawę stadionu w Poznaniu, biało-czerwoni przegrywają 1:4 z podopiecznymi słynnego Michela Platiniego. Rozgrywający Lecha już z płyty boiska może przyjrzeć się jeszcze jednej bramce dla tricolores i stać się w swym reprezentacyjnym debiucie uczestnikiem blamażu kadry Strejlaua. Jednak już tydzień później, na stadionie w Gdyni, Skrzypczak posmakuje wreszcie pełni radości z gry w narodowych barwach. Polacy pokonują Szwedów 2:0, a Enzo notuje występ w pełnym wymiarze czasu i piękną asystę przy golu Trzeciaka. Andrzej Strejlau zabiera więc wychowanka Ravii na kluczowe mecze polskiej kadry o awans na Euro '92, które jesienią 1991 roku miały być rozegrane w stolicy Wielkopolski przeciwko Irlandii i Anglii. W spotkaniu z Eire biało-czerwoni grają naprawdę słabo, a Skrzypczak pojawia się na murawie na 10 minut przed końcowym gwizdkiem arbitra. I to właśnie w samej końcówce meczu udaje się Polakom doprowadzić do remisu 3:3 z podopiecznymi Jackie Charltona oraz przedłużyć tym samym swe nadzieje na historyczny awans na Euro.
 
Wieczorem 13 listopada 1991 roku przychodzi więc decydujący moment batalii o przepustki do Szwecji. Polacy muszą wygrać w Poznaniu z Anglią i liczyć na to, że Turcja (wówczas raczej jeszcze futbolowy outsider) urwie w Stambule choćby punkt Irlandii. Tuż przed meczem Strejlau przeprowadza istną rewolucję kadrową. Wandzik, Wdowczyk, Kubicki czy Tarasiewicz, piłkarze, którzy przez lata decydowali o obliczu gry biało-czerwonych, dość niespodziewanie idą teraz w odstawkę. Mają ich zastąpić w tym decydującym momencie gracze młodzi i głodni sukcesu. Wśród nich, kończący właśnie tamtego wieczoru 24 lata, Dariusz Skrzypczak. Angielscy dziennikarze nie dowierzają i jeszcze nawet tuż przed meczem wietrząc jakąś medialną zasłonę dymną ze strony polskiego sztabu, nachalnie dopytują o występ kapitana polskiej reprezentacji i reżysera jej poczynań w spotkaniu z Irlandią, rutynowanego Ryszarda Tarasiewicza. Ale Tarasiewicz w narodowych barwach już nigdy nie zagra. W Poznaniu swoją wielką szansę dostaje Dariusz Skrzypczak. Wielu kolegów z kadry, takich jak choćby Szewczyk, Ziober czy Kosecki, rozgrywający Lecha miał okazję poznać, przewijając się przez kolejne szczeble reprezentacji juniorskich i młodzieżowych. To ma być więc jego wielki, niezapomniany, urodzinowy wieczór, podczas którego poprowadzi biało-czerwonych do zwycięstwa nad Anglią i wykorzysta wraz z kolegami wspaniałą możliwość zapisania się w historii futbolu, wywalczając nasz pierwszy awans na Euro.
 
Podopieczni Strejlaua grają w Poznaniu naprawdę dobrze, ambitnie i są po prostu lepsi od Anglików, wśród których na boisku znajduje się ledwie czterech spośród piłkarzy, którzy stanowili o sile zespołu podczas bardzo udanego dla nich Il Mondiale Italia '90. Gdy Roman Szewczyk uzyskuje prowadzenie dla Polaków, a w Stambule na tablicy wyników widnieje rezultat 1:1, to właśnie biało-czerwoni ze Skrzypczakiem na pokładzie mogą czuć się finalistami szwedzkiego Euro! Owo szczęście jednak, wliczając w to czas przerwy w meczu, nie trwa niestety nawet pół godziny. Najpierw dwukrotnie kapitulują Turcy i to podopieczni Jackie Charltona cieszą się teraz tymczasowo z perspektywy własnego awansu na Mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni natomiast, przy znaczącym udziale austriackiego arbitra Huberta Forstingera, który nie podyktował bezdyskusyjnej jedenastki po ewidentnym faulu w polu karnym Woodsa na Furtoku, dają sobie wydrzeć prestiżowe zwycięstwo, skarceni golem bezlitosnego dla nas jak zawsze Linekera na 13 minut przed końcem spotkania.
 
Gdy krótko po stracie gola, 24-letni rozgrywający Lecha, który miał tego listopadowego wieczoru poprowadzić biało-czerwonych do wielkiego sukcesu, opuszczał poznańską murawę, zastępowany przez Wojciecha Kowalczyka, nie mógł przypuszczać, że podobnej szansy w ważnym meczu o wielką stawkę w barwach narodowej reprezentacji już nigdy więcej nie otrzyma. Skrzypczak nie zagrał źle, ale jednak również nie na tyle odważnie, błyskotliwie i skutecznie, jak pragnęliby tego polscy kibice. Oczekiwano od niego tamtego wieczoru na pewno zdecydowanie więcej. W polskiej sportowej prasie pisano później, że piłkarz Lecha zbyt rzadko brał na siebie ciężar gry, zbyt szybko pozbywał się piłki i nie najlepiej radził sobie w destrukcji. Niemniej jednak oceniano grę Skrzypczaka jako poprawną, pożyteczną dla zespołu i na pewno nie gorszą niż ta, którą demonstrował ostatnio jego poprzednik na kluczowej pozycji rozgrywającego w kadrze biało-czerwonych, Ryszard Tarasiewicz. Dziś, oglądając raz jeszcze po latach tamto spotkanie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tego, czego najbardziej zabrakło tamtego listopadowego wieczoru przed ćwierćwieczem, ówczesnemu 24-letniemu Skrzypczakowi, to właśnie doświadczenia w podobnych meczach o stawkę, przeciwko rywalom z najwyższej półki. Szkoda, że była to pierwsza i zarazem ostatnia tego typu próba i szansa na sukces utalentowanego playmakera Kolejorza. Gdy przez tygodnik "Piłka nożna", Dariusz Skrzypczak został wybrany najlepszym polskim piłkarzem listopada '91, sam zawodnik przyznawał, że meczu z Anglią nie może zaliczyć do udanych.
 
 
Jednak Andrzej Strejlau, który przed laty, jeszcze jako szkoleniowiec Legii, czynił usilne starania o pozyskanie do wojskowego klubu wychowanka Ravii, po poznańskim remisie z Anglią absolutnie nie zapomniał o Skrzypczaku. Już niespełna miesiąc później zabrał go na wyjazdowe mecze z Egiptem i Kuwejtem. Następnej wiosny, w maju 1992 roku, pomocnik Lecha wybiegł po raz kolejny, w podstawowym składzie biało-czerwonych. Jednak na Rasundzie, będący niemal w przededniu Mistrzostw Europy, bardzo silni gospodarze tej imprezy, rozbili Polaków aż 5:0, już do przerwy aplikując Sidorczukowi trzy gole. Gdy holenderski sędzia zagwizdał na przerwę i Skrzypczak wraz z kolegami zszedł do szatni, jego reprezentacyjna przygoda już na zawsze dobiegła końca. Mimo, że był piłkarzem zespołu mistrza Polski, występującym regularnie w europejskich pucharach, a w sezonie potrafił teraz ustrzelić na ligowych boiskach nawet i 10 bramek (kilka tygodni po wspomnianym meczu ze Szwedami, Skrzypczak w spotkaniu przy ul. Bułgarskiej z Zagłębiem Sosnowiec skompletował swego jedynego hat-tricka w ekstraklasie), to jednak już nigdy nie znalazł uznania w selekcjonerskich oczach. U zmierzchu 1992 roku, oceniając na łamach miesięcznika "Piłka nożna. Plus" piłkarzy, którzy przewinęli się przez jego reprezentację, Andrzej Strejlau podsumował Skrzypczaka następującymi słowy: "Świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, dysponujący silnym strzałem z dystansu, dużo widzący na boisku. Ale grający za miękko, jak na dzisiejsze wymagania. Chyba zdaje sobie sprawę, że to, co wystarcza w lidze, to za mało na boiska Europy". W roli reżysera gry biało-czerwonych, zaczął więc teraz udanie zastępować Skrzypczaka, jego ówczesny partner z drugiej linii poznańskiego Lecha, opromieniony blaskiem olimpijskiego srebra, Jerzy Brzęczek.
 
Reprezentacyjna przygoda Dariusza Skrzypczaka trwała zatem niespełna dziewięć miesięcy i zamknęła się na ledwie siedmiu występach, w tym tylko dwóch rozegranych w pełnym wymiarze czasu oraz łącznie 390 minutach spędzonych na boisku w biało-czerwonym trykocie (półtoragodzinna partycypacja w meczach o punkty). Co ciekawe blisko połowa z tych spotkań, bo aż trzy z nich toczyły się na murawie poznańskiego Lecha, którą pomocnik Kolejorza wydeptywał na co dzień. Niestety również aż trzykrotnie udziałem Skrzypczaka były dotkliwe blamaże polskiej kadry, w meczach z Francją (1:5), Egiptem (0:4) czy Szwecją (1:5). Co ciekawe jednak, sam zawodnik, podsumowując przed kilku laty swą karierę na antenie telewizji WTK w programie "Grałem w Kolejorzu", poruszając aspekt własnego sportowego niespełnienia, mówił o nim wyłącznie w kontekście niezrealizowanych marzeń o udziale wraz z Lechem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Podejścia Kolejorza pod Champions League w latach 1992 i 1993 były bowiem rzeczywiście boleśne nieudane, a dotkliwe porażki z IFK Goeteborg czy Spartakiem Moskwa nie stanowią z pewnością najprzyjemniejszych wspomnień. Skrzypczak spędził więc w Poznaniu łącznie aż dziesięć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, dwukrotnie sięgał po Superpuchar, a raz po Puchar Polski. Ostatniego gola dla Kolejorza strzelił w swym pożegnalnym występie w barwach Lecha, w czerwcu 1994 roku przeciwko Siarce Tarnobrzeg. Kilka miesięcy później grał już dla szwajcarskiego FC Aarau, w którym zluzował Ryszarda Komornickiego i gdzie zakotwiczył na całą następną dekadę (u jego boku występowali tu w różnych okresach czasu m.in. Cezary Kucharski, Sławomir Wojciechowski czy Marek Citko), stając się jedną z największych legend klubu. Podczas dziewiętnastu sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach Polski i Szwajcarii uzbierał Skrzypczak łącznie blisko pół tysiąca spotkań oraz dokładnie pół setki zdobytych goli. Wielokrotnie mógł też zaprezentować swoje umiejętności na międzynarodowej arenie klubowej w rozgrywkach europejskich pucharów, również przeciwko tak znaczącym rywalom, jak choćby Borussia Moenchengladbach, Panathinaikos, Olympique Marsylia, IFK Goeteborg, Spartak Moskwa (w barwach Lecha) czy Broendby (to już w barwach Aarau). Zapamiętany w Poznaniu jako niezwykle miły, sympatyczny, otwarty, uśmiechnięty, życzliwy człowiek, który bardzo profesjonalnie podchodził do futbolu, co niekoniecznie bywało przecież zasadą wśród polskich piłkarzy początku lat 90. Pozostaje tylko żałować, że urodzinowa szansa na sukces sprzed ćwierćwiecza, nie została przez wychowanka Ravii w pełni wykorzystana, bo być może wówczas Dariusz Skrzypczak zostałby nie tylko ikoną poznańskiego Lecha i szwajcarskiego Aarau, ale również ważną postacią w historii polskiej reprezentacji.
 
 
R.
poniedziałek, 08 lutego 2016
Niebiesko-biały ciężar dychy

Numer „10” - dla wielu piłkarzy i kibiców (w tym dla autorów tego bloga) to święty numer. Noszą go zwykle piłkarze wyjątkowi. W Poznaniu od początku obecnego sezonu nosi go Darko Jevtic - dzisiejszy jubilat (23. urodziny!). Czy wciąż jeszcze młody Szwajcar pójdzie którąś ze ścieżek wytyczonych przez swoich poprzedników?

Koszulkę Lecha z numerem 10 na plecach nosili naprawdę wybitni zawodnicy. Z takim oznaczeniem bowiem biegała po boisku litera „C” ze słynnego tercetu „A-B-C”, czyli Henryk Czapczyk. Jego następcą w przywdziewaniu „10” był z kolei Janusz Gogolewski. Później mityczny trykot przywdziewały takie legendarne postacie jak Roman Jakóbczak czy Mirosław Okoński. W ostatnich dwóch dekadach XX wieku tę szczególną koszulkę zakładali m.in. Ryszard Rybak, Jarosław Araszkiewicz, Jerzy Brzęczek, Jacek Dembiński, Piotr Prabucki i Krzysztof Piskuła.

Po powrocie do ekstraklasy w sezonie 2002/2003 strój z wyjątkowym numerem założył Waldemar Przysiuda.

waldek

Trzeba przyznać, że początkowo zadziałał on niczym szczęśliwy talizman. Lechita bowiem w inauguracyjnym spotkaniu z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (2:0) strzelił dwie bramki i został bohaterem całego miasta. To były jednak pierwsze i ostatnie bramki, które zdobył on w tamtych rozgrywkach. W efekcie zaraz po zakończeniu rundy jesiennej przeniósł się do Ceramiki Opoczno.

Zwolniony numer przejął po nim Krzysztof Gajtkowski.

0001CD3FKTFO6RCH-C116-F4

Piłkarz ten był wówczas gwiazdą GKS Katowice. Swoim strzeleckim instynktem miał pomóc Kolejorzowi utrzymać się w lidze. Gajtek jednak nie udźwignął ciężaru nowej koszulki. Choć miał dobre wejście (dwa gole w dwóch pierwszych meczach), to później błysnął tylko w jednym spotkaniu - z Pogonią Szczecin (6:0), gdzie wbił aż pięć goli. Po pół roku oddano go z powrotem na wypożyczenie do Katowic (choć później jeszcze do Kolejorza wrócił).

Od początku sezonu 2003/2004 koszulkę z „10” przywdziewał już Krzysztof Piskuła – nowy-stary playmaker Kolejorza.

piskula

On jednak również pożegnał się z klubem po zakończeniu rozgrywek. Zdążył jednak cieszyć się wraz z drużyną z wywalczenia Pucharu Polski.

Jego następcą w kolejce do zacnego oznaczenia został w sezonie 2004/2005 Damian Nawrocik.

z16252445Q,Damian-Nawrocik

Zawodnik, który przedtem niejednokrotnie już błysnął wielkim talentem miał tym samym nawiązać do postaci Mirosława Okońskiego – świetnego technika, ale i zawodnika nie grzeszącego zbytnim zdyscyplinowaniem. Sympatyczny skądinąd Nawrocik, chłopak z Łazarza, nie poradził sobie z presją oczekiwań kibiców i nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Choć potrafił zaimponować pojedynczą akcją, to nie przekładało się to na efekty bramkowe. Po półtora roku gry z „10” na plecach, na początku 2006 roku, został on wytransferowany do Arki Gdynia. Wiosną 2006 roku panował w Kolejorzu wakat na zagospodarowaniu najbardziej prestiżowej koszulki.

Sytuacja ta zmieniła się w sezonie 2006/2007. Wtedy to, po fuzji z Amiką Wronki, do Poznania powrócił Jacek Dembiński.

z4264292Q,Abraham-Loliga-i-Jacek-Dembinski

Choć miał już wówczas na karku 37 lat, to prestiżowy numer dodawał mu skrzydeł i „Dembina” wspierał jak mógł swoich młodszych kolegów. Wysoki snajper po zakończeniu rozgrywek jednak zakończył profesjonalną karierę.

Od tego czasu przez 2,5 roku żaden piłkarz Kolejorza nie zakładał koszulki z numerem „10”. Dość trudno w to uwierzyć, mając na uwadze, że w tym czasie występowali przecież w Lechu świetni playmakerzy (Henry Quinteros, Semir Stilic, Rafał Murawski) albo rewelacyjni snajperzy (Robert Lewandowski, Hernan Rengifo, Artjoms Rudnevs). Być może kierownictwo klubu uznało, że nikomu „dycha” się nie należy, może zawodnicy bali się presji związanej z tym numerem, a może po prostu zaważyły przyzwyczajenia poszczególnych piłkarzy. Faktem jest, że próżno było wówczas szukać „dziesiątki” w meczowej kadrze lechitów.

Dopiero przybycie Sergieja Kriwca sprawiło, że szacowny trykot został odkurzony. Białorusin zawitał do Poznania wiosną 2010 roku i od razu dostał „ciężką” koszulkę.

z7393389X,Siergiej-Kriwiec-zagra-w-Lechu-Poznan-z-numerem-10-

Trudno jednoznacznie ocenić jak sobie poradził z tym wyzwaniem. Na pewno zapamiętamy go z niezwykle ważnej bramki w meczu z Ruchem Chorzów (2:1) w mistrzowskim sezonie. Na pewno też nie można mu było odmówić zaangażowania w grę (szczególnie podczas pierwszego roku jego pobytu). Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że po Kriwcu spodziewano się więcej niż tylko żelaznych płuc. Latem 2012 roku odszedł do Chin.

Przez pół roku „10” znów leżała nieużywana (formalnie jej właścicielem był Kriwiec, zgłoszony jeszcze z tym numerem do europejskich pucharów). Wiosną 2013 roku przywdział ją jednak Łukasz Teodorczyk.

z13423340Q,Lukasz-Teodorczyk-przedstawiony-jako-gracz-Lecha-P

Wszyscy pamiętamy jego trudne początki przy ul. Bułgarskiej, ale później też świetne występy w sezonie 2013/2014. Choć wydawało się, że młody zawodnik nie udźwignie presji, to jednak „Teo” stanął na wysokości zadania. Jego gole windowały Kolejorza do europejskich pucharów, zaś jego transfer do Dynama Kijów był bardzo poważnym zastrzykiem finansów do klubowej kasy.

Teodorczyk zamienił Poznań na Kijów w sierpniu 2014 roku. Po niecałym roku, czyli na początku trwającego właśnie sezonu, Darko Jevtic zamienił noszoną dotychczas „16” właśnie na „10”. Dokąd poprowadzi Kolejorza nowy posiadacz magicznego numeru?

P. (& B.)

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

"Heeej Lech!"

niedziela, 30 września 2012
Dariusz Dziekanowski

dd

Już sam dźwięk tych słów elektryzował przed laty, z różnych zresztą powodów, polskiego kibica, a i dla choćby średnio zorientowanego fana piłki kopanej na Starym Kontynencie niósł ze sobą pewne istotne znaczenie. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać z jakąkolwiek poważną opinią dotyczącą Dziekanowskiego, a wyrażaną przez ludzi znających się na futbolu, na szkoleniu, której osią i fundamentem zarazem nie byłby zachwyt nad olbrzymią skalą talentu, jakim dysponował popularny Dziekan. Przyznają to wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z tym piłkarzem, mając okazję biegać z nim wspólnie po zielonej murawie, w tej samej lub przeciwnej drużynie, razem trenować,  tudzież przyglądać się z bliska jego boiskowym wyczynom. Mówią o tym selekcjonerzy, trenerzy, piłkarze. Chwilę potem pojawia się nieodłączne „ale” i litania „gdybań”, dlaczego kariera Dziekanowskiego potoczyła się tak, a nie inaczej. Uważam, że pisanie zwykłej, blogowej notki, poświęconej byłemu reprezentantowi Polski, któremu dzisiejszej niedzieli stuknie półwiecze na naszym pięknym świecie – nosi znamiona pewnej profanacji, bo Dziekanowski to solidny materiał na dobrą, naprawdę ciekawą literaturę oraz nie gorsze kino. A jednak nie napisać o nim choćby kilku linijek, i to na blogu ochrzczonym Numerem 10, byłoby jednak zaniechaniem godnym pożałowania.

Dariusz Dziekanowski jest niewątpliwie dzieckiem piłkarskiej Warszawy. Tu się urodził, tu się wychował, swym unikalnym futbolowym talentem obdarował aż trzy zespoły ze stolicy i to chyba właśnie w niej przeżył najpiękniejsze chwile swej piłkarskiej kariery. Kariery, która wystartowała niezwykle obiecująco. Dziekanowski zaczyna swą przygodę z dorosłym futbolem w drugoligowej Polonii, dla której debiutancką bramkę uzyskuje późną jesienią 1978 roku. Trenerem Czarnych Koszul jest wówczas Jerzy Engel, z którym Dziekanowski spotka się jeszcze na ścieżkach swej kariery, w murach tego samego miasta, choć już w zupełnie innym klubowym budynku. Na razie jednak Poloniści spadają do trzeciej ligi, ale zdolny Dziekanowski pozostaje na drugoligowych murawach, znajdując zatrudnienie w lokalnym rywalu – Gwardii Warszawa. Tam wychowanek Czarnych Koszul tworzy legendarny już dziś, a wówczas kipiący młodością i entuzjazmem, niesamowity ofensywny tercet wespół z Krzysztofem Baranem i Markiem Banaszkiewiczem. Przez dwa sezony gwardziści przypuszczają szturm na pierwszą ligę i w końcu, latem 1981 roku udaje się ów awans wywalczyć (Dziekanowski we wspomnianych obu sezonach na zapleczu Ekstraklasy zdobywa dla Gwardii 20 goli).

O nieprzeciętnym talencie piłkarza znad Wisły robi się coraz głośniej. Piłkarz Gwardii kroczy na czele wspaniałego pokolenia 1962 (byli tam też Urban, Tarasiewicz, Furtok, Wdowczyk i jeszcze wielu, wielu innych), które miało, jak wierzono, popchnąć w przyszłości nasz futbol do wielkich sukcesów. Dziekanowski jest niekwestionowaną gwiazdą reprezentacji Polski do lat 18. Dwukrotnie zdobywa z tą drużyną wicemistrzostwo Europy. Na finałowym turnieju, rozgrywanym na boiskach we wschodnich Niemczech, Dziekan trafia trzykrotnie do siatki rywali. Najważniejszą bramką jest ta uzyskana w ścisłym finale na stadionie w Lipsku, a dająca Polakom prowadzenie w 34 min. meczu przeciwko Anglikom. Ostatecznie jednak Synowie Albionu, po golach Allena i Gibsona w ostatniej fazie spotkania, przechylają szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po roku, na wiosnę 1981, znów Polacy grają znakomicie (Dziekanowski strzela na turnieju aż 5 goli) i docierają do ścisłego finału. Tam jednak, na stadionie w Dusseldorfie, muszą uznać wyższość gospodarzy, ulegając zespołowi RFN 0:1.

Wydaje się, że dla Dziekanowskiego bramy do wielkiej piłkarskiej kariery stają otworem. Zaledwie 2 miesiące po wywalczeniu drugiego z rzędu młodzieżowego wicemistrzostwa Europy, w sierpniu 1981 r., Dariusz Dziewanowski wdziera się przebojem na boiska Ekstraklasy. Ówczesny gwardzista strzela dla swojego klubu jesienią 6 ligowych bramek, a 15 listopada 1981 r., na stadionie olimpijskim we Wrocławiu, w meczu eliminacyjnym do hiszpańskiego Mundialu przeciwko Malcie zalicza swój debiut w dorosłej reprezentacji Polski. W 68 min. tego spotkania, 19-letni wówczas piłkarz, zastępuje na boisku Smolarka, a już 12 min. później strzela Maltańczykom gola. Wszystko toczy się jak w bajce.

Dla wielu wydaje się oczywistym, iż dla młodziutkiego warszawskiego brylantu powinno znaleźć się miejsce w mundialowej ekipie na Espana ‘82. Dziekanowski zagra jeszcze w lutowym, towarzyskim meczu kadry z reprezentacją Mediolanu (wygrany przez biało-czerwonych 2:1), ale piękny sen o udziale w hiszpańskim Mundialu przerywa mu swą decyzją Antoni Piechniczek. Dziekan zostaje w domu, a Mistrzostwa świata obejrzy tylko w telewizji. Szkoda. Dla młodego, ponadprzeciętnie utalentowanego gracza ten turniej mógł być prawdziwą trampoliną do wielkiej futbolowej przygody. Tym bardziej, że Polacy odnieśli na hiszpańskim turnieju niewiarygodny wręcz sukces. Szlify nabrane na imprezie tej rangi, każda minuta spędzona na murawie, mogły w przyszłości bardzo wyraźnie zaprocentować. To jeden z ważniejszych momentów w jego karierze. To jeden z istotniejszych kluczy do zrozumienia, dlaczego potoczyła się ona później tak, a nie inaczej. Niespełna dwa miesiące po Mundialu, kadra biało-czerwonych rozgrywa towarzyski mecz na paryskim Parc de Princes, gdzie miażdży gospodarzy, gromiąc Francuzów w stosunku 4:0. To jest już drużyna, której pewnym punktem staje się Dziekanowski. Wywalcza sobie niepodważalne miejsce w podstawowej jedenastce. Strzela ważną bramkę w eliminacyjnym spotkaniu do Euro ‘84 przeciwko Finlandii. Można więc zaryzykować twierdzenie, że do występu na hiszpańskim Mundialu zabrakło mu zaledwie kilkudziesięciu dni lub też po prostu dobrej woli i odwagi selekcjonera.

Sezon 1982/83 jest ostatnim spędzonym przez Dziekana w gwardyjskich barwach. Jego klub spada z ekstraklasy, ale po Dziekanowskiego wyciąga ręce potężny wówczas łódzki Widzew. Dziekan przechodzi do Łodzi za niebotyczną jak na ówczesne polskie warunki kwotę. W Widzewie gra i strzela bramki w europejskich pucharach, jako piłkarz tego klubu strzela też kolejne gole dla reprezentacji. Ale nie czuje się dobrze w przemysłowym mieście. Udziela słynnego wywiadu, w którym zwierza się, że łódzkie powietrze mu nie służy, że sytuacja w klubie i atmosfera wewnątrz zespołu jest wręcz fatalna, że dochodzi nawet do tego, iż podczas meczów koledzy celowo unikają podawania mu piłki. Wraca więc do ukochanej Warszawy. Miejsca, które zawsze wita go z otwartymi rękami. Tym razem zachwyca kibiców stołecznej Legii. Już w debiucie strzela bezcenną bramkę w końcówce meczu z gdyńskim Bałtykiem. Swoją grą, swym piłkarskim kunsztem, wspaniałym, niespotykanym na naszych boiskach dryblingiem, znakomitym wyszkoleniem technicznym – rozkochuje w sobie bez opamiętania kibiców przy Łazienkowskiej. Na pozostałych polskich, ligowych boiskach jest najczęściej, najmocniej i najgłośniej wygwizdywanym graczem, jako właśnie symbol, nielubianej Legii. Dziekanowski był w tym kontekście takim ówczesnym, polskim, ligowym Cristiano Ronaldo. Gwizdano na niego przeraźliwie, ale wszyscy i tak doceniali jego ogromną piłkarską klasę, jego olbrzymie umiejętności.

W Legii Dziekanowski rzeczywiście odżył. Został wybrany piłkarzem roku w Polsce w 1985 roku. To właśnie tu, znów pod wodzą Jerzego Engela, przyszło Dziekanowi stoczyć cztery niezapomniane, pucharowe boje z mediolańskim Interem. To były prawdziwe piłkarskie wojny, porywające, emocjonujące, dramatyczne. W obu z nich nieznacznie lepsi okazali się być ostatecznie Włosi, ale Dariusz Dziekanowski (strzelił jedną bramkę) swoją znakomitą grą wywarł na włodarzach klubu z Mediolanu piorunujące wrażenie. W tak zwanym międzyczasie dołożył jeszcze na stadionie Śląskim w Chorzowie fantastyczne trafienie, dzięki któremu Polacy pokonali włoskich mistrzów świata 1:0. Wszystko to sprawiło, że zaczęto mówić o transferze legionisty do wielkiego Interu, gdzie mógłby stworzyć wspaniały ofensywny tercet wespół z Altobellim i Rummenigge (i powiedzmy to otwarcie: potencjałem czysto piłkarskim, Dziekanowski obu wspomnianym gwiazdorom światowego futbolu na pewno nie ustępował). Temat odżywał i powracał nie raz. Ale piłkarzowi po prostu nie pozwolono na ten transfer. Zablokowano mu tę szansę. Podarto w strzępy marzenia o pięknej karierze w najwspanialszej i najmocniejszej wówczas lidze świata. Inter spasował, nie miał zamiaru się szarpać z beznadziejną polską, czerwoną rzeczywistością. Sam Dziekanowski wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreślał potem, że był to decydujący, przełomowy moment w jego karierze. Temat odżył jeszcze na chwilę w lecie 1987 roku, kiedy to bardzo zapragnęła Dziekanowskiego w swych szeregach Pescara, która właśnie wkroczyła do Serie A. Piłkarzowi pozwolono nawet pojechać na trzydniowe testy do Włoch, ale tylko po to, by i tak ostatecznie zablokować mu ten transfer. Kilkadziesiąt dni później, po jesiennym, towarzyskim meczu z reprezentacją Czechosłowacji w Bratysławie, ucieczkę do lepszego świata proponował Dziekanowskiemu Bayer Leverkusen. Wszystko ze strony Niemców było już ponoć gotowe, dopięte na ostatni guzik, ale Dziekanowski uciekać nie chciał.

Dariusz Dziekanowski był wówczas, wciąż przecież młodym jeszcze, 25-letnim zawodnikiem, ale mentalnie był już graczem, którego kariera, tak na dobrą sprawę dobiegła w pewnym sensie końca. Wydaje się, ze wszelkie sportowe ambicje i motywacje wyparowały z niego niemal bezpowrotnie. Stracił wszelkie złudzenia. Przypuszczał, że do końca swych piłkarskich dni ugrzęźnie w naszej ligowej szarzyźnie. Jego postawa coraz częściej przypominała pewien rodzaj wcale nie słodkiej, lecz bardzo świadomej, beznadziejnej zemsty na tych, którzy uniemożliwili mu spełnienie najpiękniejszych piłkarskich marzeń. Grał chimerycznie, egoistycznie, irytująco, z aż nazbyt rzucającym się w oczy brakiem jakiegokolwiek zaangażowania, często przechodząc obok meczu. Przebłyski niezwykłego kunsztu wciąż jeszcze się zdarzały, ale już coraz rzadziej Dziekanowskiemu chciało się je ujawniać. Sprawiał wrażenie cynicznego, ironicznego, zobojętniałego na wszystko człowieka Doszło nawet do tego, że gdy jesienią 1988 roku, polscy ligowcy mieli zagrać w Mediolanie towarzyskie spotkanie z reprezentacją ligi włoskiej, Dziekanowi będącemu wówczas królem strzelców Ekstraklasy, zablokowano możliwość wyjazdu na ten mecz, odsuwając go od kadry. Uczyniono to na wniosek Strejlaua, który chciał w ten sposób ukarać zawodnika, nie stawiającego się od kilku dni na treningi Legii bez żadnego usprawiedliwienia.

Gdy wreszcie pozwolono mu wyjechać na kontrakt do Celtiku Glasgow w 1989 roku, Dariusz Dziekanowski miał 27 lat, czyli wciąż był jeszcze w bardzo dobrym piłkarsko wieku. Ale to nie był już ten Dziekanowski. Mimo to, Billy McNeill niemal piał z zachwytu nad nowym nabytkiem Celtów: Dziekanowski był wspaniały, miał niesamowity talent. Był świetnie wyszkolony technicznie. W Celtiku przez dwa sezony Dziekan ustrzelił 22 gole (w tym 10 ligowych), ale nie zawsze zachwycał. Choć pucharowej batalii z Partizanem Belgrad, w którym Polak strzelił 4 gole, a jednego wypracował, nie zapomną w Glasgow jeszcze przez dziesięciolecia. To był ten prawdziwy Dziekanowski, który rzeczywiście podejmuje trud ujawnienia swego olbrzymiego talentu, którym został tak hojnie obdarowany.

Potem była jeszcze gra na zapleczu Premier League – w zespole Bristol City, gdzie dojrzewał w cieniu Dziekana późniejszy gwiazdor MU i reprezentacji Anglii, Andy Cole. Polak jest tam po dziś bardzo ciepło wspominany i uchodzi za prawdziwą legendę klubu. A potem jeszcze tułaczka po niższej lidze niemieckiej w barwach Alemanii Aachen oraz bezskuteczna próba przebicia się choć raz do podstawowego składu FC Koeln, prowadzonego przez Mortena Olsena. Na koniec jeszcze powrót do Polski, oczywiście do Warszawy, by zakończyć karierę w barwach, w których ją rozpoczął, czyli w czarnej, polonijnej koszuli.

Szansa na udział w wielkiej piłkarskiej imprezie nie przepadła Dziekanowskiemu bezpowrotnie wraz z brakiem powołania na hiszpański Mundial. Reprezentacja Piechniczka awansuje bowiem również i na następne Mistrzostwa świata, rozgrywane w Meksyku. Zresztą Dziekanowski położył w tym awansie ogromne zasługi strzelając trzy bramki w dwumeczu przeciwko Grekom. Szczególnie jego dwa trafienia, uzyskane w zabrzańskim pojedynku były trudne do przecenienia. W tym spotkaniu Dziekanowski ujawnił wiele ze swego piłkarskiego kunsztu.

Sam meksykański Mundial 1986, był dla Dziekana, jak i zresztą dla całej naszej ekipy, wielkim rozczarowaniem. Ale w przypadku Dziekanowskiego zawód był tym sroższy, że to w nim pokładano największe nadzieje i to na jego dobrą postawę liczono najbardziej. Dość powiedzieć, że po pierwszym meczu z Maroko (0:0), Piechniczek otwarcie skrytykował boiskową postawę właśnie Dziekanowskiego, zarzucając mu, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla bramki rywala, ściągając z boiska już w 55 min. meczu oraz odgrażając się, że jeśli Dziekan jeszcze na tym turnieju w ogóle zagra, to już wyłącznie w drugiej linii, a nie w ataku, gdzie jest bezproduktywny. Dziekanowski obraził się na selekcjonera za te słowa, ale w kolejnych spotkaniach zagrał już pełne 90 minut na pozycji, jaką wyznaczył mu Piechniczek. Szczególnie udany był występ przeciwko Portugalii, podczas którego Dziekanowski kilka razy popisał się udanymi akcjami, zagraniami i dryblingami, a także zaliczył efektowną, bezcenną asystę przy jedynym na tym Mundialu, golu dla naszej drużyny. Po zakończonym turnieju, suchej nitki na Dziekanowskim nie zostawił kapitan naszej reprezentacji Zbigniew Boniek, który bardzo głośno wyrażał swoje zdumienie, że tak ogromnie utalentowany gracz, jak Dziekanowski nie wykorzystał tak wspaniałej okazji jak Mundial, by wobec całego świata ujawnić eksplozję swego nieprzeciętnego potencjału. To miał być Mundial Dziekanowskiego, tak jak poprzedni Mundial był Mundialem Bońka – mówił piłkarz Serie A.

Po Mexico ’86 stery kadry objął Wojciech Łazarek. W przegranych pod jego wodzą eliminacjach do Euro ’88, Dziekanowski uzyskał trzy trafienia. Potem próbował postawić na niego jeszcze Andrzej Strejlau, który doskonale znał Dziekana z pracy w Legii. W wywiadzie dla „France Football” nasz selekcjoner nazwał kiedyś swego podopiecznego „polskim Cantoną” oraz prawdziwym „enfant terrible” polskiego futbolu. Porównanie, trzeba przyznać, całkiem trafne. W nowej drużynie Strejlaua, Dziekanowski, już jako piłkarz Celtiku rozegrał naprawdę znakomity mecz z Anglią w Chorzowie. Po raz ostatni, wybiegł na murawę w narodowych barwach, jesienią 1990 roku, strzelając zresztą Turkom jedynego, zwycięskiego dla naszej drużyny gola. Rozpoczął więc swą przygodę z reprezentacją od strzelania bramki i na strzeleniu gola ją zakończył.

Dariusz Dziekanowski w opinii wielu był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy na całym Starym Kontynencie w latach 80. Na naszym, rodzimym podwórku, być może nie było w historii piłkarza o większym potencjale niż on. Jeszcze jesienią 1993 r., gdy Dziekanowski po długiej przerwie znów zawitał do Legii, będąc już przecież ledwie cieniem gracza sprzed lat, tak wspominał go Wojciech Kowalczyk. Wolałem grać z Dziekanem, niż z nim nie grać, bo to był świetny zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał taki Rataj, czy Beret na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. Dziekan miał mnóstwo wyćwiczonych piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Na zimowym zgrupowaniu były piłkarz Bristol został jednak karnie wyrzucony z zespołu.

Bardzo cenne wydaje się być to spojrzenie na osobę i karierę Dziekanowskiego, jakie pozostawił po sobie jego partner zarówno z widzewskiego, jak i reprezentacyjnego ataku ś.p. Włodzimierz Smolarek (w wartościowej książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”). Darek był zawodnikiem z zupełnie innej epoki. Był elokwentny, pewny siebie i nie miał kompleksów. Często miał własny punkt widzenia, który głośno artykułował. (…) Może rzeczywiście zbyt często mecze dobre przeplatał meczami słabymi. Te wahania formy były zadziwiające dla wszystkich. (…) Największym mankamentem Darka było, że kiedy przejął piłkę, zrobił technicznie kilka zwodów, nie szedł za ciosem z piłką do przodu. Wydawało się, że był za miękki. Kiedy pilnowano go, czy wokół niego kręcili się mocni, twardzi i zdecydowani piłkarze, on jakby pasował, odpuszczał, rezygnował z walki. Darek często szybko się zniechęcał, jeśli coś nie szło po jego myśli. Czasami obrażał się i irytował na cały świat, a tego nikt nigdy nie lubi. Wyglądało to tak, jakby stał z boku drużyny. Nie lubił, kiedy ktoś go pouczał lub powiedział coś niemiłego. (…) Ach ten Dziekan. Te jego zwody, dryblingi, tańce z piłką naprawdę były świetne. Często być może za szybko zadowalał się w meczu tym, co już zrobił i później odpuszczał, grał nonszalancko. Pod tym względem przypominał mi Węgra Lajosa Detari, z którym grałem razem w Eintrachcie. O Detarim przez cały czas trwania jego kariery mówiło się, że to wielki talent, który kiedyś wreszcie eksploduje i pokaże, na co go stać. Zmieniał kluby, zmieniał ligi, ale nigdy do końca nie błyszczał tak, jak powinien. Potrafił w meczu zagrać kilka fenomenalnych piłek, a później usunąć się w cień na zasadzie – ja już dzisiaj swoje zrobiłem, niech inni pokażą, co potrafią. Z Dziekanem było chyba podobnie. Miał zbyt duże wahania formy, i to w czasie jednego meczu. Szkoda.

Dariuszowi Dziekanowskiemu, jednemu z najzdolniejszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek pojawili się między Odrą a Bugiem, niewątpliwie zablokowano olbrzymią szansę na właściwy i adekwatny do skali posiadanego talentu, rozwój jego piłkarskiej kariery. Dziś możemy już tylko pogdybać, jak wyglądałaby piłkarska przygoda Dziekanowskiego, gdyby dano mu szansę na hiszpańskim Mundialu, czy przede wszystkim, gdyby pozwolono mu spróbować swych sił w najsilniejszej wówczas na świecie Serie A. Być może boiskowa rywalizacja z takimi graczami jak Maradona czy Platini oraz wdrożenie w profesjonalne funkcjonowanie poważnego klubu, wyzwoliłyby w młodym i wciąż jeszcze kształtującym wówczas swój piłkarski charakter zawodniku, niezbędną motywację i ambicję. Ale z drugiej strony, warto też pamiętać i o tym, że również sam Dziekanowski nader często przeszkadzał własnej karierze, zarówno swoją postawą boiskową, jak i pozaboiskową. Oczywiście, można żałować, że nie znalazł się trener czy selekcjoner, który w odpowiednim momencie dotarłby do tego niełatwego na pewno zawodnika. Ale wypada również użalić się i nad tym, że dotrzeć do Dziekanowskiego nie udało się chyba nawet jemu samemu. Nie ulega wątpliwości, że polski futbol miał w osobie Dariusza Dziekanowskiego jednego z najznakomitszych piłkarzy w całej swej historii. Tak, jak nie ulega wątpliwości, że mógł mieć najlepszego z najlepszych. 

R.

piątek, 13 stycznia 2012
Mecz, którego nie obejrzał sąsiad Amelii

Minęło dziesięć lat, gdy do kin weszła ''Le Fabuleux destin d’Amelie Poulain'' (''Niezwykłe przeznaczenie Amelii Poulain''), czyli ''Amelia''. Podczas filmu można podzielać rozczarowanie dziewczyny, że w starych amerykańskich filmach, kierowcy nie patrzą na drogę prowadząc samochód. W zadumę może wprawić ewentualna przyjemność płynąca ze skrzyżowania pracy dziurkacza z liśćmi wawrzynu. W końcu można rozważać, co znalazłoby się w naszym Magicznym Pudełku Z Dzieciństwa.

W takim jak to, które Dominique Bretodeau znów trzymał w swoich rękach dzięki Amelii.

O ile nazwisko kolarza Federico Bahamontesa, jako bohatera chłopca zostało przedstawione, to narrator milczy o tym, kto jest na zdjęciu, które pozwala podglądać ciotkę Josette. A jest to, oczywiście, legenda francuskiej piłki, Just Fontaine. Król strzelców mistrzostw świata w 1958 roku, a jednocześnie z 13 golami rekordzista pod względem bramek zdobytych na jednym mundialu. Nie sądzę, by kiedykolwiek ten rekord został pobity. Przy okazji: to niesamowite, że dwa lata później, na pierwszych w historii mistrzostwach Europy (i to rozegranych we Francji), napastnik nie dostał choćby minuty gry w turnieju finałowym.

Zagadkę Justa Fontaine'a można było rozwikłać dość szybko. Dłużej męczyłem się, by odkryć, jakiego to meczu Amelia nie pozwoliła obejrzeć w spokoju swojemu wrednemu sąsiadowi. Temu, który winę za stłuczkę samochodową zwalił na dziewczynkę i jej ukochany aparat fotograficzny.

Wszystko wskazuje na to, że liga francuska właśnie stoi u progu dominacji bogatego Paris Saint-Germain. W 1983 roku, bo do tego roku się cofniemy, PSG bronił swojego pierwszego trofeum w historii - Pucharu Francji. Naprzeciw paryżan stanął rychło potem koronowany mistrz kraju, FC Nantes. Wyszedł z tego kawał widowiska, więc nic dziwnego, że widz transmisji przerywanej był wściekły.

Już w trzeciej minucie po rzucie wolnym huknął z daleka Pascal Zaremba i było 1:0 dla PSG. Jeszcze w pierwszej połowie prowadził już jednak Nantes: najpierw z obrony rywali nic nie zrobił sobie Bruno Baronchelli, a naprawdę przepięknego gola zdobył Jose Toure. Raz, dwa, trzy i bach! - Extraordinaire! - krzyczy komentator. I ma rację, bo to była nadzwyczajna akcja.

Tego dnia wygrać miał prawo tylko ten zespół, który miał w składzie Safeta Susicia. A Jugosłowianin grał dla PSG. Jego gol na 2:2 to kolejny w tym meczu majsterszyk. Okrzyki komentatorów o nadzwyczajności znów są w pełni uzasadnione.

Na osiem minut przed końcem meczu podanie od obecnego selekcjonera reprezentacji Bośni i Hercegowiny dostał Nabantingue Toko i wykorzystał okazję. Czad - to kraj, w którym urodził się Toko i stan euforii w który wpadli kibice z Paryża.

Po pięknym meczu z pięknymi golami 3:2 i Puchar Francji dla PSG. Nie dziwię się, że w 2010 roku Safet Susić został wybrany przez France Football na najlepszego piłkarza w historii tego klubu.

Finał Pucharu Francji, Parc des Princes, Paryż, 11 czerwca 1983 r.
Paris Saint-Germain - FC Nantes 3:2 (1:2)

Bramki:
1:0 Pascal Zaremba (3. minuta)
1:1 Bruno Baronchelli (17.)
1:2 Jose Toure (40.)
2:2 Safet Susic (65.)
3:2 Nambatingue Toko (82.)

PSG: Dominique Baratelli - Franck Tanasi, Jean-Marc Pilorget, Dominique Bathenay (50. Mustapha Dahleb), Jean-Claude Lemoult - Pascal Zaremba, Luis Fernandez, Safet Susić - Nabatingue Toko, Dominique Rocheteau, Michel N'Gom
Trener - Georges Peyroche.

Nantes: Jean-Paul Bertrand-Demanes - William Ayache, Patrice Rio, Maxime Bossis, Michel Bibard (83. Fabrice Picot) - Seth Adonkor, Thierry Tusseau (73. Oscar Muller), Jose Toure - Bruno Baronchelli, Vahid Halilhodzic, Loic Amisse.
Trener - Jean-Claude Suaudeau.

B.

Czytaj też: Lisbon Story a mecz, którego nie było 

wtorek, 19 stycznia 2010
Ostatni gol Kazimierza Deyny

W Danii w dniach 23-30 lipca 1989 roku rozegrano piłkarskie I Mistrzostwa Europy ''over 34'' (pierwsze i chyba też ostatnie). Wzięło w nich udział 8 drużyn podzielonych na dwie grupy. W pierwszej grupie wystąpiły Anglia, Holandia, Szwecja i Dania, a w drugiej ZSRR, RFN, Włochy i Polska.

W pierwszym meczu Polacy przegrali 2:4 z ZSRR. Bramki dla Polski zdobyli Andrzej Szarmach i Kazimierz Deyna.

Deyna trafił do siatki również w meczu z Włochami. I to był jego ostatni gol w życiu.

(filmik zamieszczony przez doskonałego VolleyPretoriana)

Nawet kiedy pojechał w lipcu do Danii na europejskie mistrzostwa oldboyów i spotkał się z kolegami sprzed lat, nie mówił nikomu o swoich problemach. Jak dawniej, jak zawsze. Wspólnie pity Carlsberg, teraz już w ilościach znacznie większych niż dawniej, też nie rozwiązał języka. A po ''polskiej'' nocy wychodził na boisko znów jako kapitan drużyny i znów, jak przed laty, grał na nich pierwsze skrzypce. Chłopcy mówili mu - ''Kaka'', masz godzinę lotu do Warszawy. Wsiadaj z nami. Nie byłeś w Polsce dziesięć lat.

Odpowiedział tylko - nie mogę. Może nie miał pieniędzy, może były jakieś inne powody.

Już się nie dowiemy.

(Stefan Szczepłek, Deyna)

 
1 , 2 , 3