Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 01 stycznia 2010
Polska 2000-2009: Wisła Kraków 2002 i Henryk Kasperczak (dzięki Mali)

NAJLEPSZA DRUŻYNA: WISŁA KRAKÓW 2002/2003

Po wielkich nadziejach i klapie na mundialu w Korei, mało kto mógł się spodziewać, że rok 2002 skończy się dla polskiej piłki tak optymistycznie. Grająca w Pucharze UEFA Wisła raczyła nas widowiskami znakomitymi lub wręcz wybitnymi. A co najważniejsze większość tych horrorów kończyło się radośnie.

Najpierw Wisła rozjechała Glentoran (2:0 i 4:0) i Primorje (2:0 i 6:1). Ale to wszystko nic.

Dobry, choć przegrany, był już wyjazdowy mecz z Parmą. W rewanżu, po doskonałej grze Kamila Kosowskiego, mistrzowskich strzałach Macieja Żurawskiego i bratniej pomocy Sebastiena Freya, Biała Gwiazda wyeliminowała Włochów - jako pierwszy polski zespół od Legii i Sampdorii (minęło dziesięć lat). A gola strzelił nawet Daniel Dubicki.

Krakowski zespół z tamtego okresu kojarzy mi się nie tylko z sukcesami, ale też z koszmarnym brakiem koncentracji na początku meczu i na początku drugiej połowy. Wiślacy krótko po pierwszych gwizdkach sędziego wydawali się tak śnięci, jakby na boisku odsypiali sylwestra. Na szczęście rywale rzadko to wykorzystywali, a szanse miał i Adriano w drugim meczu i grajcary z Schalke w pierwszym meczu (im ostatecznie pomógł Angelo Hugues - moim zdaniem jeden z dwóch najsłabszych, obok Jopa, punktów tamtej Wisły). Wyjątkowo w meczu w Gelsenkirchen, Kalu Uche postanowił nie drzemać na początku drugiej połowy, a jego gol praktycznie przesądzał już o awansie. A potem jeszcze kapitalna kontra Żurawski - Szymkowiak - Kosowski i skończyło się 1:4. I w lutym 3:3 z Lazio - najlepszy wyjazdowy mecz pucharowy polskiej drużyny, jaki widziałem na oczy.

Niespotykana była swoboda z jaką Wisła, zwłaszcza w drugiej połowie, grała na Stadio Olimpico. Uche, Kosowski, Kuźba, Żurawski. Byli niesamowici.

A pomimo wyeliminowania Parmy i Schalke, Wiśle nie dawano w Rzymie szans. Kursy u Williama Hilla: zwycięstwo Lazio - 1.36, remis - 4.00, zwycięstwo Wisły - 7.00.

Szkoda tego rewanżu. Jednak bardzo silna ofensywa nie zawsze wystarcza, gdy obrona daje sobie wbijać gole, których nie powinna. Ale i tak jest co wspominać, jest co z wielką przyjemnością oglądać.

 

NAJLEPSZY TRENER: HENRYK KASPERCZAK (mimo wszystko)

Wisłę uznałem za najlepszą drużynę, ale nie znaczy to wcale, że Henryka Kasperczaka uznałem za najlepszego trenera automatycznie. Wręcz przeciwnie. Dylemat w tej kategorii jest naprawdę spory, bo wszyscy moi kandydaci (Engel, Janas, Smuda, Kasperczak) obok sukcesów mają też wtopy okrutne. Dwaj pierwsi świetne wrażenie zrobione w eliminacjach, zaprzepaścili w finałach mistrzostw świata. Do tego Engel był najbliżej awansu do Ligi Mistrzów, by potem przerżnąć z przeciętnym Guimaraes. Smudę wyróżnić można by tylko za Lecha (ew. jeszcze trzecie miejsce z Zagłębiem), ale choć byłem zwolennikiem jego pozostania przy Bułgarskiej, to o zmarnowaniu szansy na mistrzostwo nie można zapomnieć. W końcu Kasperczak - twórca wyżej opisywanej Wielkiej Wisły, ale i osoba prowadząca zespół w blamażach z Vaalarengą czy Dinamem Tbilisi. No i ten dzwon w Zabrzu.

Wybór był więc trudno, ale za kryterium decydujące uznałem sukces międzynarodowy, jaki Henry odniósł w Mali, doprowadzając ten kraj do czołowej czwórki Pucharu Narodów Afryki. Kasperczak był też w tym dziesięcioleciu - choć bez sukcesów - selekcjonerem Maroka i Senegalu. W przypadku pozostałych szkoleniowców propozycje z czołowych reprezentacij - nawet afrykańskich - to tylko sfera marzeń. Engel podobno był poważnie rozpatrywany jako kandydat na selekcjonera Irlandii. Podobno. I to wszystko.

Informacja o zatrudnieniu którego innego polskiego szkoleniowca, w polskim klubie (!) znalazła by się w jednej z najważniejszych sportowych gazet świata? A o angażu Kasperczaka w Górniku była informacja w L'Equipe! Kasperczak, mimo wszystko Kasperczak.

Dla poparcia tezy - szerzej o Mali w Pucharze Narodów Afryki 2002

W eliminacjach mistrzostw świata 2002, Mali odpadło już w pierwszej fazie ze słabą Libią (w dalszej części Libia zdobyła tylko dwa punkty w ośmiu meczach). Co było zrobić, na trzy miesiące przed mistrzostwami kontynentu, gospodarze imprezy postanowili sięgnąć po białego czarownika.

I Kasperczak faktycznie poczarował. Mali nie trafiło może do grupy śmierci, ale wszyscy trzej rywale, w eliminacjach do PNA, zdecydowanie wygrali swoje grupy.

Pierwszy mecz to remis 1:1 z Liberią (strzelcami goli staruszek Weah i 22-letni Seydou Keita, wtedy zawodnik Lorient, obecnie Barcelony), uratowany na trzy minuty przed końcem. Druga konfrontacja ze stałym w tamtym czasie finalistą MŚ, Nigerią, zakończyła się bezbramkowo. O awansie z grupy decydował ostatni mecz z Algierią. Mamadou Bagayoko i Bassala Toure sprawili, że Mali oszalało ze szczęścia.

Z wywiadu Olgierda Kwiatkowskiego z Kasperczakiem (GW 30/01/2002):

Agencja AFP i francuski dziennik "L'Equipe" w reportażach po meczu z Algierią rozpisują się o euforii, jaka wybuchała na ulicach Bamako.

- Trudno mi to opowiedzieć. To był szał radości, jaką rzadko się spotyka. Jechaliśmy na stadion pół godziny, wracaliśmy trzy. Trudno było przebić się przez tłumy. Kibice zatrzymywali nas, krzyczeli, każdy chciał nas dotknąć.

Czy prezydent kraju obecny na ceremonii otwarcia mistrzostw gratulował Wam awansu?

- Jeszcze do mnie nie dzwonił, ale pewnie to zrobi. Znamy się przecież osobiście. Spotkaliśmy się przed rozpoczęciem turnieju i rozmawialiśmy po polsku. On i jego żona studiowali historię na Uniwersytecie Warszawskim. Oboje uważają Polskę za swoją drugą ojczyznę.

Awansował Pan poprzednio do ćwierćfinału Pucharu Narodów Afryki z Tunezją, Wybrzeżem Kości Słoniowej. Wtedy było łatwiej?

- Tak. Proszę dziś spojrzeć na moją drużynę. Grają w niej chłopcy. Przeciętna wieku 21 lat. A podczas meczu oni zachowywali się jak rutyniarze - jakby grali już w niejednym poważnym turnieju, a grają dopiero w pierwszym.

Skoro po zwycięstwie z Algierią euforia była tak potężna, to aż strach myśleć, co działo się po 2:0 z RPA i awansie do półfinału. Pamiętam ten mecz dość dobrze, RPA długo prowadziło grę, ale było dość bezradne pod bramką Mahamadou Sidibe. Z czasem gospodarze zaczęli się odgryzać prześladowcom z pańskiego dworu i w 60. min Toure dał Mali prowadzenie, a w doliczonym czasie gry kontrę wykończył Dramane Coulibaly. Szaleństwo.

W półfinale nadzieje 50 tysięcy kibiców w Bamako szybko rozwiał Salomon Olembe, który strzelił dwa gole jeszcze przed przerwą (trzeciego dorzucił śp. Marc-Vivien Foe). W spotkaniu o brąz Nigeria okazała się lepsza o gola Ayegbeniego.

Dla bardzo młodej reprezentacji Mali to był olbrzymi sukces. Pełna dokumentacja turnieju na RSSSF.

Mimo wszystko Kasperczak.

B.

czwartek, 31 grudnia 2009
Polska 2000-2009: Jacek Krzynówek i 2:1 reprezentacji z Portugalią

Już po północy cyfra dziesiątek w zapisie roku zmieni się z zera na jedynkę i choć pierwsza dekada XXI wieku minie dopiero za dwanaście miesięcy, niektórzy postanowili pokusić się o podsumowanie lat 2000-2009. No to siup. Najpierw o naszej pięknej ojczyźnie.

NAJLEPSZY PIŁKARZ: JACEK KRZYNÓWEK

Szanowne żury w składzie trzyosobowym, po przeanalizowaniu dokonań reprezentacyjnych i klubowych, punktowało w następujący sposób:

Tak naprawdę, wszystko co chciałbym tu napisać, zostało już napisane. Należy jednak podkreślić z całą stanowczością, że w latach 2000-2009, poczynając od kadencji Engela, a na Beenhakkerze kończąc, nikt przez te dziesięć lat nie zrobił dla kadry tyle co Jacek Krzynówek.

Najbardziej szkoda, że nie wychodziły mu turnieje mistrzowskie. W Korei, choć pamięta mu się głównie zmarnowaną sytuację z początku meczu z gospodarzami, był zdecydowanie najlepszym Polakiem obok Kryszałowicza. W Niemczech i Austrii było już naprawdę źle.

Jednak nim na tych dwóch imprezach zaprezentował się kiepsko, swoją grą w eliminacjach wprowadził na nie Polskę. Bo choć najpierw strzelał gole tylko towarzysko (Szwajcaria, Belgia, Kazachstan, Włochy), to z czasem regularnie zaczął trafiać w kluczowych momentach meczów o punkty. Trzy gole jesienią 2004 (Irlandia Północna, Austria, Walia). Trzy gole z Azerbejdżanem za Leo - jeden w meczu 5:0, ale przede wszystkim dwa, ratujące biało-czerwonym dupska zwycięstwo w Baku. I w końcu, ten z Portugalią.

A że nie samą reprezentacją żyje człowiek, Krzynówek grał z powodzeniem w Bundeslidze. I Lidze Mistrzów, w której zdobył trzy bramki - z Realem, Romą i Liverpoolem. Więcej trafień spośród Polaków ma tylko Krzysztof Warzycha (osiem), tyle samo - Emmanuel Olisadebe. Krzynówek jest jednym z zaledwie dziewiętnastu polskich futbolistów, którzy strzelali w LM. I jednym z sześciu w latach 2000-2009 (poza ww. jeszcze Hajto, Saganowski i Marcin Żewłakow).

Krzynówek to piłkarz, w podzięce za którego umiejętność (i siłę) uderzania piłki lewą nogą (i to w decydujących momentach) powinni zrzucić się na mszę trenerzy, zawodnicy i kibice reprezentacji. Amen.

 

NAJLEPSZY MECZ: POLSKA - PORTUGALIA 2:1 (11.10.2006)

Wojciech Kowalewski, Paweł Golański, Jacek Bąk, Arkadiusz Radomski, Grzegorz Bronowicki, Jakub Błaszczykowski, Mariusz Lewandowski, Radosław Sobolewski, Euzebiusz Smolarek, Maciej Żurawski i Grzegorz Rasiak w podstawowej jedenastce oraz Jacek Krzynówek i Radosław Matusiak, którzy weszli z ławki rezerwowych delegowani przez selekcjonera Leo Beenhakkera. Ci piłkarze stworzyli nie tylko najwspanialszy mecz reprezentacji Polski w ostatnich dziesięciu, ale nawet w ostatnich dwudziestu czy dwudziestu pięciu latach.

Bohater Smolarek, który dopadł futbolówki szybciej niż znajdujący się bliżej niej Nuno Valente a także wykorzystał z zimną krwią (to spojrzenie na asystenta sędziego, czy nie pokazuje spalonego) sytuację sam na sam z Ricardo, aż żal hattricka, bo okazja ku niemu była.

Bohater Lewandowski, który przy pierwszym golu najpierw przerwał kontrę Portugalczyków wślizgiem, a po chwili oddał strzał dobity przez Ebiego.

Bohater Żurawski, który choć bohaterem był pechowym, bo jego uderzenie trafiło w słupek, to on jednak on centrował piłkę w pole karne przy pierwszym golu; no i był kapitanem drużyny.

Bohater Błaszyczykowski, który bramkową akcję, wymianą podań z Żurawskim zainicjował, a niedługo potem minął obrońcę portugalskiego, by podać piłkę w pole karne do kapitana.

Bohater Rasiak, który wywalczył piłkę i wyłożył ją na tacy Smolarkowi przy drugim golu.

Bohater Bronowicki, chyba mój ulubiony, który wręcz ośmieszał tego dnia Simao, a to odbierając mu piłkę, a to zakładając mu siatkę.

Bohater Golański, który choć był znalazł się w cieniu wybitnego tego dnia Bronowickiego, również radził sobie dzielnie z Portugalczykami, a o czym mało kto chyba pamięta, po jego uderzeniu piłka uderzyła w słupek - choć od zewnętrznej strony.

Bohater Kowalewski, który został pokonany dopiero w 93. minucie, a wcześniej bronił naprawdę pewnie.

Bohaterowie Bąk, Radomski i Sobolewski, którzy w swej mrówczej pracy w defensywie osiągnęli tego dnia mistrzostwo, jak wszyscy wcześniej wymienieni byli o ułamek sekundy szybsi czy o centymetry dokładniejsi od Portugalczyków.

Złościć może chyba tylko to, że wynikiem właściwie oddającym przewagę naszej drużyny w tym spotkaniu byłoby 3:0 czy 4:0, a nie 2:1. To był tak dobry mecz reprezentacji Polski, że aż boję się, iż lepszego już nigdy nie zobaczę.

B.

RCD Mallorca - Schalke 04 Gelsenkirchen 0:4
sobota, 28 marca 2009
Chce się wyć, czyli trzy po trzy po meczu Irlandia Północna - Polska

P:

1. Diagnoza z września zeszłego roku okazała się trafna. Na drodze jakieś wstecznej ewolucji polska kadra zatraciła wszystkie swoje walory jakie pokazywała w eliminacjach do ME 2008. Mierny mecz ze Słowenią, słaby z San Marino, irracjonalnie świetny z Czechami i fatalny ze Słowenią. Brak ładu, brak składu, brak pomyślunku. Dzisiejsza potyczka to wszystkie te antywalory, tylko że podniesione do sześcianu. To jeden z bardziej żenujących popisów ostatnich lat. Trudno tu mówić o tym, że się nie kleiło, że się nie układało. Żeby coś kleić trzeba coś mieć, żeby się układało trzeba mieć jakieś klocki. A dziś nie było nic. Dwie zdobyte bramki tylko zaciemniają obraz gry. Polacy dziś nie potrafili:

- Przyjąć piłki - co druga akcja wyglądała tak samo: podanie, piłka leci do nogi, odbija się od niej, leci na wysokość uda, tam też następuje próba jej opanowania, dopiero wtedy futbolówka spada na murawę i można kontynuować grę

- Celnie podać - problemy z przyjęciem występowały w co drugiej akcji, ponieważ druga połowa zagrań była ordynarnie niecelna. Po autach, po przeciwnikach, nad głową, jak na lekcjach WF-u w podstawówce.

- Wygrać pojedynek główkowy - każdy jeden pojedynek główkowy na połowie Irlandczyków był przegrany. Każdy jeden. Nie mówię już o sytuacjach przy rzutach rożnych pod naszą bramką, bo to wszyscy widzieli. Krótko po golu na 2-1 zaraz mógł też gol na 3-1, bo Bosacki Wasilewski "myślał, że nie będzie".

- Przyśpieszyć - wszystko było baaaardzo wolne, ślamazarne do potęgi. Kółeczka Krzynówka chyba jeszcze nigdy nie były tak irytujące.

- Uderzyć - gdyby Taylor miał dzisiaj więcej szans wykazania się, to wielce prawdopodobne, że to właśnie on a nie Boruc byłby jutro na wszystkich Youtubach

- Powalczyć - to w tym wszystkim było najbardziej smutne: Polakom się nie chciało. I to już od pierwszych minut. Snuli się po boisku w Belfaście jak Biała Dama po zamku w Kórniku. Do końca meczu 10 minut - zamiast dusić, szarpać, gryźć i kopać, na boisku pełen wersal. Auty powolutku, wolne nonszalancko, podania do przeciwnika.

Nie było dziś żadnego elementu piłkarskiego rzemiosła, pod którym można by było wpisać ocenę większą niż "2".

2. Artur Boruc. Powoli Boruc staje się karykaturą samego siebie. Abstrahuję tu już od jego barwnego życia pozaboiskowego, wolałbym się skupić na postawie między słupkami. Leo wręcz znęca się nad nim wystawiając go w bramce. Chłopak, który kiedyś miał psychikę konia, odporną na jakiekolwiek napięcia i turbulencje, dziś zachowuje się jakby ktoś mu podłączył dynamit do kołnierza. Kłębek nerwów, głupie decyzje kryte buńczucznymi deklaracjami, śmierć w oczach na widok zbliżającej się piłki. Żeby było śmieszniej, najwięcej stresu dostarczali mu dziś jego obrońcy, jak na złość podawający mu co rusz piłkę. Leo pogubił się przy okazji meczu w Bratysławie, dziś pogubił sie po raz drugi. Raz pomylić się może każdy, dwa razy robi to tylko nieuk.

3. Reszta zespołu. Byłoby dużą niesprawiedliwością oskarżać o porażkę tylko Boruca. Może z wyjątkiem Jelenia, Rogera i Saganowskiego na stadionie w Belfaście każdy jeden z zawodników osiągnął praktycznie dno swoich możliwości. Dno. Wystawienie Bandrowskiego było chyba sabotażem. Dudka w przeciągu pierwszych 10 minut już dwa razy pokazał, że przesiadywanie na ławce w Auxerre, to nie przypadek. Wasilewski zachowywał się jak pijany osiłek w wiejskiej dyskotece - jak nie udaje się poderwać panny, to po ryju. Wawrzyniak to klasa sama w sobie, co tu dużo mówić, prawdziwy international level. No i trójka Krzynówek, Lewandowski, Żewłakow. Dziękujemy panowie, przez wiele lat dawaliście kadrze dużo serca, zaangażowania i umiejętności. Teraz pora już chyba skończyć. Lewandowski wręcz ostentacyjnie pokazywał, że nie daje rady, Krzynek człapał po boisku jakby ktoś mu założył na plecy wypełniony po brzegi plecak ze stelażem, a Żewłak gubił się przy co drugiej akcji. Pora zrobić miejsce młodszym, kimkolwiek by oni nie byli. Przykład Jelenia pokazał jak bardzo Leo myli się często w swoich decyzjach. Saganowski też powinien wejść wcześniej a Roger zagrał jak to Roger - żył sobie nie wypruwał, ale w jego przypadku czasem wystarczą dwa podania, dwa dryblingi i i tak jest najlepszym zawodnikiem drużyny.

Ech, szkoda gadać.

B:

1. Straszne jest to, że Irlandczycy chyba bardziej się wynikiem zdziwili niż ucieszyli. Ten mecz dla nich był jak egzamin, w którym odpowiedź poprawną wybiera się z dwóch możliwych odpowiedzi, przy czym jedna jest tak koszmarnie debilna, że nawet ostatni matoł by jej nie zaznaczyłem. Polska kadra zagrała DRAMATYCZNIE SŁABO. Już nie chodzi o to, że dobrych zagrań uzbierałoby się na palce jednej ręki. Mało tego - zagrań, w których zawodnik w biało-czerwonym stroju wykazałby się elementarnym pomyślunkiem było w ilościach śladowych. Od Boruca myślenia na boisku chyba nie możemy już wymagać - po prostu wiadomo, że taki proces ostatnimi czasy u niego nie zachodzi. Ale Żewłak podający w światło bramki, po tym jak każde poprzednie wybicie naszego bramkarza wywoływało stany przedzawałowe? Ale Roger, który pacnął futbolówkę ręką po uprzednim wyrżnięciu się na glebę? A to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady.

2. Nie wiem co będzie z Beenhakkerem, nie wiem co będzie z tą kadrą. Z taką grą, nie czarujmy się, o awansie do RPA nie mamy prawa nawet śnić. Nie mamy. Pytanie brzmi co dalej. Wiem, że kilku zawodnikom zawdzięczamy wiele, wiem, że cholernie ciężko będzie ich zastąpić. Ale mam wrażenie, że starsze chopaki, jak Żewłak, Lewy czy Krzynek już tej kadry nie uciągną. Że pora na zmianę warty. Że już się z kadrą w ważnych momentach tyle naprzegrywali, że tkwi w nich jakiś brak sportowej złości, odpowiedniej reakcji na porażkę. Przecież po takich golach, jak te stracone dzisiaj, to kapitan powinien defensywę zrypać jak szmaciarz konia. Tego nie było i obawiam się, że nie będzie. A jeśli tak - trzeba się przyzwyczajać do myśli, że kadra na Euro 2012 będzie musiała sobie poradzić bez nich. I postawić na następców.

3. Napadalce: R. Lewandowski - niewidoczny, ale wiemy, że następny taki talent objawi nam się za 20 lat, więc zbytnich żalów nie wylewajmy, bo się chłopak zamknie w sobie. Irek Jeleń - nikt mi nie powie, że gość, który ma jedną sytuację i strzela z tego gola, nie powinien grać w pierwszej składzie. I powinien grać, kurna, na szpicy. Saganowski - już przy tej główce od razu się człowiekowi nasunęła myśl, że jak przychodzi ważny moment, to Sagan chyba - minimalnie, ale chybia. Gol bardzo ładny, ale co nam po nim, jak już było po ptokach. No co?!

R:

Żałość nad żałościami. A wszystko razem - żałość.

Nie chcę znęcać się nad Arturem Borucem. O konieczności odstawienia go od podstawowego składu reprezentacji pisałem na tym blogu już po jesiennym meczu z Czechami, gdy jego karygodna nieinterwencja na szczęście nie zagroziła jeszcze naszemu bilansowi punktowemu. Potem nastały popisy polskiego golkipera w meczu ze Słowacją, teraz z Irlandczykami z Północy. Po prostu żałość.

Nie chcę znęcać się nad formacją obronną naszej drużyny, której członkowie pomimo wiedzy o stanie murawy oraz cokolwiek niegenialnej dyspozycji Boruca z uporem maniaka zagrywali do niego piłki wydatnie pomagając mu w osiągnięciu miana antybohatera tego, jakże smutnego, marcowego wieczoru.

Nie chcę znęcać się też nad Leo Beenhakkerem wypominając jak to Jeleń nigdy nie pasował mu do koncepcji, aż tu nagle ni z tego ni z owego przypasował i strzelił nawet gola (choć bądźmy szczerzy – swym występem również absolutnie nie zachwycił).

Ale też nie życzę sobie, by nasza reprezentacja znęcała się w ten sposób nad takim biednym żuczkiem, jak ja – kibic polskiej reprezentacji. Przeżyłem Ćmikiewiczowską Norwegię (0:3), Apostelowy Izrael (1:2), Bońkową Łotwę (0:1), bydgoską Finlandię (1:3), przeżyję jakoś i te żałosne podrygi biało-czerwonych w Belfaście. I nie zgadzam się z tymi, którzy pogrzebali już nasze szanse na mundialowe afrykańskie safari. Ta grupa jest tak słaba, że drużyny, które nie wydostaną się z niej na imprezę w RPA powinny być z miejsca zdyskwalifikowane na całą dekadę za okaleczanie tak pięknej dyscypliny sportu jaką jest piłka nożna. Szansa więc wciąż istnieje. Ale wiarę w niezwykły charyzmat Leo Beenhakkera straciłem już chyba bezpowrotnie. I gdybym przypadkowo znalazł się na miejscu, gdy Grzesiu Betafens Lato i jego dzielna kamanda będą wbijać na pożegnanie holenderskiemu szkoleniowcowi dobrze wystrugane oszczepy w plecy, własną piersią już bym go chyba nie zastawił...

sobota, 11 października 2008
Najazd Brzetysława pomszczony, czyli trzy po trzy po Polska-Czechy

R:

Choć nie wiem jak bardzo by się chciało, trudno jednak uniknąć porównań z wydarzeniami sprzed dwóch lat. Bo znów mamy nasz chorzowski 11 października. Znów mamy nasze 2:1. I to prawda, że gra biało-czerwonych tylko momentami (głównie w drugiej połowie meczu) przypominała tę natchnioną z potyczki z Portugalią. Ale jest zwycięstwo. Ogromnie ważne. Nie do przecenienia. Dla gromadki ludzi, którzy czekają na każde potknięcie Beenhakkera i jego drużyny to solidny cios. Zaś w serca prawdziwych kibiców naszej reprezentacji sobotni wieczór wlał wiele pogody i radości. Pokonaliśmy Czechów, zespół który wydaje się być najgroźniejszym konkurentem w walce o awans na najważniejszą futbolową imprezę na świecie.

I nic to, że owi Czesi są już tylko cieniem znakomitego zespołu, który przez całe ostatnie lata siał popłoch w Europie. Reprezentacja naszych południowych sąsiadów sprawia wrażenia drużyny pozbawionej jakiejkolwiek iskry, wypalonej, bezbarwnej, ociężałej. Myślę, że mecz z Turcją na ME w Szwajcarii był w pewnym sensie momentem przełomowym w najnowszej historii ich futbolu. Coś pękło, rozsypało się, i teraz troszkę czasu zajmie Czechom pozbieranie tego wszystkiego do kupy i posklejanie znów w sensowną całość. Nie twierdzę, że podopieczni Rady nie awansują na najbliższy Mundial. Ale po prostu nie da się ukryć, że pewna epoka po prostu się skończyła. Może czeka nas nawet kilka lat bez czeskiego udziału w wielkich imprezach, kto wie? Tym, którym scenariusz takowy wydaje się niewiarygodny przypomnę, że przez całe niemal lata 80-te wszelkie mistrzostwa świata i Europy czescy piłkarze oglądali wyłącznie w telewizorze. W 1990 roku jeszcze jako Czechosłowacja powrócili na moment na piłkarskie salony. Potem, już jako samodzielny kraj zaistnieli Czesi dopiero w 1996 roku, gdzie pod wodzą Dusana Uhrina wywalczyli 2 miejsce w Europie. Ostatnie 8 lat to już wspaniały dla nich okres i ścisła czołówka światowa. Teraz potomkowie groźnego Brzetysława znów wydają się być w odwrocie. Ale to już nie nasz problem.

Naszym jest, choć przykro to pisać, obecna psycho-fizyczna dyspozycja Artura Boruca. Choć w pierwszej połowie wybronił on kilka sytuacji, to jednak zdecydowanie obciąża go dziś fatalna bramka, która sprawiła, że końcówka meczu znów była strasznie nerwowa. I jeśli mam o coś pretensje do Beenhakkera, to właśnie o to, że Boruc wyszedł dziś w ogóle na boisko. Nie wiem, czy to fair w stosunku do Łukasza Fabiańskiego, który w poprzednich dwóch spotkaniach pokazał klasę. Pokazał ją także i dzisiaj. Myślę, że tym co mi zostanie w pamięci po sobotnim meczu jest również obrazek, jaki uchwyciła kamera telewizyjna tuż po spotkaniu. Uśmiechnięty Fabiański wchodzi na płytę boiska i gratuluje kolegom z zespołu. Cieszy się ze wspólnego zwycięstwa i jest w tym ogromna szczerość. Nawet jeśli dla niego zabrakło dziś (choć moim skromnym zdaniem nie powinno) miejsca w składzie.

Cieszy mnie gra i bramka Pawła Brożka. Od dawna jestem zdania, że bez względu na wszystko warto na niego stawiać. Mam nadzieję, że dzisiejszym golem napastnik krakowskiej Wisły rozpocznie już na dobre swą przygodę z kadrą Beenhakkera. Jestem zbudowany postawą w chorzowskim spotkaniu Błaszczykowskego (ale to już tradycja), Rogera a także Murawskiego i Smolarka. Z przodu było dziś momentami naprawdę ciekawie.
Mamy wreszcie naszą złotą jesień. Wygraliśmy niezwykle ważny mecz. Zdobyliśmy ogromnie cenne 3 punkty. Ubogaciliśmy się też nadzieją, że może znów rodzi się coś ciekawego. I choć do końca zmagań jeszcze dłużej niż długo, to może właśnie tego wieczoru po raz pierwszy delikatnie zapachniało afrykańskim Mundialem...

 

B.

1. Hau hau hau hau hau. Odszczekuję wszystkie złe rzeczy, które kiedykolwiek powiedziałem na temat Brożka.

Oczywiście, nie zachwycam się jego grą, ale (cytując Z czuba) "wybaczam i proszę o przebaczenie" z powodu faktu, że strzelił gola w naprawdę ważnym meczu. Gola, w zwycięskim ważnym meczu. Mam nadzieję, że zmazał piętno plączących się nóg w kluczowych spotkaniach.

2. Brożek i Błaszczykowski, Błaszczykowski i Brożek. Tak, chyba pamiętam...

 

Motyla noga, jaki ten Błaszczykowski jest dobry! :) Żeby tylko ci wszyscy boiskowi bandyci nie złamali mu kariery, to doczekamy się wreszcie Polaka w jednym z zespołów TOP 8 legendarne kluby świata (do takowych zaliczam: Real, Barca, MU, Liverpool, Bayern, Inter, Milan i Juve - z tym, że do tych ostatnich nie chciałbym, by trafił :)

3. TVP :) Nie wiem, czy to było za wiedzą Robcia Korzeniowskiego (który jutro biegnie w poznańskim maratonie) czy nie, w każdym razie za wpieprzanie się z napisem "już za chwilę w Jedynce 'Maksimum ryzyka' i Jean Claude Van Damme" - ktoś powinien zebrać cięgi. Filmweb o filmie: " W Nicei ginie młody człowiek, ścigany przez gangsterów. Władze próbują ustalić jego tożsamość. Okazuje się, że zmarły jest bliźniaczo podobny do jednego z miejscowych policjantów.
Dalsze poszukiwania prowadzą do Ameryki, zmarły był członkiem mafii." Po prostu tak głupie, że aż śmieszne. I fabuła i TVP :)

Aha, zły księciunio Brzetysław wyglądał podobno tak:


A równo 970 lat temu zrobił w Wielkopolsce naprawdę ciężką rozróbę. Mało tego, w drodze powrotnej przyłączył do Polski Śląsk i Małopolskę. Po latach, ale zemsta jest słodka ;)

P:

1. Magiczna różdżka. Wiara w sukcesy polskiej reprezentacji to coś z pogranicza romantycznego uczucia, magii, sensacji oraz programu "Strefa 11". Po meczach, po których nawet nie chce się wstać, żeby wyłączyć telewizor, przychodzą spotkania natchnione, niezwykłe i zupełnie zaskakujące. Wiktorię 3-1 w Kijowie za Engela poprzedził ciąg meczów, których nie powstydziłaby się co najwyżej reprezentacja Wysp Cooka albo inna kadra z kilkutysięcznego archipelagu. Przed awansem ekipy Janasa były bęcki od Szwecji i od Danii (do dziś jeszcze słyszę huk w uszach). A Portugalię Leo odprawił po meczu z Finlandią, który miernością bił najmierniejsze mecze futbolowe. Teraz Słowenia i Czechy. Wniosek - nie wierzyć to błąd.

2. Zagrać świetnie. Tak zagrali Polacy. Dynamicznie, odważnie, kombinacyjnie. Mieli cały czas przewagę nad niemrawo szurającymi po boisku Czechami. Walka o każdą piłkę (pierwszy gol...), serce, płuca - to główne atuty polskiej ekipy, to jest to, czym możemy wygrywać. Gdy tego braknie - vide mecz ze Słoweńcami - praktycznie nie istniejemy. Do tego dochodzi talent Błaszczykowskiego. Niesamowite. To będzie jego sezon, jestem o to spokojny. Ten ciąg na bramkę, ten drybling, wreszcie to wyrachowanie! Gdy wychodził na sam na sam z Cechem stanęła mi przed oczami bramka z meczu z Rosją - fałszem w długi róg.

 

 

Myślę sobie - zrobi to samo. A tu pyk. Mało jeszcze wiem o talencie Kuby:)

3. Nie dobijać konającego. Praktycznie ta sama śpiewka co w zwycięskim meczu z Portugalią. Prowadzenie 2-0, przewaga, kontola gry, rywal na kolanach ledwo dyszy. Aż się prosi, żeby z pełnym wyrachowaniem wbić osikowy kołek prosto w jego serce (czyli bramkę) i zwycięsko postawić nogę na jego zwłokach. Zamiast tego niepotrzebna bramka z niczego, nerwowa końcówka i wynik zamazujący faktyczny przebieg meczu. Przydałaby się kadrze taka namiastka Frankowskiego albo nawet Koniarka, z zimną krwią trafiająca z każdej dogodnej pozycji.

niedziela, 14 września 2008
Jesienne truskawki czyli trzy po trzy po hicie jesieni

P:

1. Spektakularny mecz. Spektakularne to było spotkanie i spektakularne rozstrzygnięcie. Zniszczyć mistrza kraju, liderującego w tabeli, mieniącego się jeszcze blaskiem wiktorii nad Barceloną, to nie takie fiki miki. A Kolejorz dziś nie wygrał z Wisłą, on ją po prostu zmiótł. Fakt, że szybko zdobyte bramki ustawiły dalszy przebieg spotkania, ale Lech cały czas kontrolował przebieg gry. Biała Gwiazda ani na sekundę nie zagroziła poważniej poznaniakom. Gra krakusów była szarpana, nierówna, niecelna. Część zawodników miotała się nerwowo (Baszczynski, Głowacki, Sobolewski), część próbowała szarpać trochę do przodu (Diaz, Brożek) a część po prostu nie robiła nic (Łobodzinski, Zieńczuk, Cantoro). Mistrz Polski chyba nie spodziewał się takiego obrotu spotkania i tak agrsywnie i skutecznie zarazem grających lechitów. Egzekucja była więc szybka i fachowa. Co bynajmniej nie znaczy, że bezbolesna.
2. Psychika Kolejorza. Kiedy Lech chce to gra jak natchniony. To fakt znany od dawna. Ale kiedy mu się zbytnio nie chce, to nie sili się na grzeczność wobec kibiców, tylko oddaje punkty przeciwnikom. W zeszłym sezonie poznaniacy wygrali m.in z Legią w Warszawie i Groclinem u siebie, by pogubić punkty na własnym boisku z ŁKSem i na wyjazdach w Sosnowcu, Bytomiu i w Białystoku. Jeśli w obecnych rozgrywkach uda się Franzowi wyeliminować tą psychologiczną dysfunkcję u swoich podopiecznych, to mistrzem Polski będzie Lech Poznań.
3. Powtarzanie się. Któryś raz już piszę o tych dwóch zawodnikach, ale nigdy mało.
A/ Pawełek - nie wiem czy to przez transferową "sprawność" Bednarza czy przez zaślepienie tytułem, ale Wisła po zeszłym sezonie nie zakupiła nowego bramkarza. Mimo że już wtedy Mario P. był najsłabszym punktem drużyny. Obecnie jego występy przypominają już kierowcę PKS-u, który każdy kurs kończy rozbiciem pojazdu na drzewie. Pytanie tylko ile autobusów musi rozbić, aby wreszcie szefostwo zorientowało się, że on się nie nadaje. Jeśli Wisła myśli o jakiś sukcesach, to PAWEŁEK MUSI ODEJŚĆ!!!
B/ Lewandowski - będzie kiedyś wielki, stawiam dolary na orzechy, że tak będzie. Jego pierwsze trafienie do spółki ze Stilicem przypomniało mi pierwszą bramkę w pewnym meczu jego starszego kolegi, liska-chytruska jakich mało...


B:

1. Początek Lecha po prostu miażdżył. Komentatorzy przypomnieli mecz Groclinu w Krakowie z 2003 roku. Wówczas błyskawiczne prowadzenie rywali Wisły nie skończyło się ich tryumfem. Istniało ryzyko, że i dziś - jak mówił Jacek Laskowski - w Krakowie to tak szybko nie można prowadzić.

Ale Lech grał mądrze i - mimo wszystko - skutecznie. Piękny mecz, Lech bez słabych punktów (Tanevski! :) Nie ma co mówić hop... chociaż w sumie dlaczego? W Poznaniu będzie majster. A wcześniej faza grupowa Pucharu UEFA.

2. Franz Smuda. Oj będą przeprosiny od kibiców. W każdym razie powinny być.

W czwartek na konferencji prasowej trener mówił, że jedzie do Krakowa grać w piłkę i wygrać, bo tam granie na remis źle się kończy. Naprawdę w porządku, że nie skończyło się na tak częstej wśród polskich szkoleniowców czczej gadaninie i murowaniu bramki. Mówił też, że cały czas wbija Stiliciowi do głowy, że samą techniką niczego nie osiągnie, na boisku trzeba biegać, biegać i jeszcze raz biegać. Co prawda, to prawda. Jak powiedział bośniacki dziennikarz "w Lechu jest zawodnik, który może grać jak Zinedine Zidane". Oby Franz go odpowiednio oszlifował. A poza tym: przejście Austrii = Trener Roku dla Franza

3. A jak już tak patrzymy bardziej perspektywicznie... Jeśli Lech chce, by tak cudowne mecze nie zdarzały mu się od święta, a regularnie, musi moim zdaniem sprowadzić jeszcze klasowych zawodników na pozycję bramkarza (może będzie takim Turina?) i - mimo wszystko - lewego obrońcy. Jednak Djurdjević i Henriquez mnie do końca nie przekonują. Reszta, jeśli będzie się odpowiednio piłkarsko rozwijać, ma przed sobą świetlaną przyszłość.

R:

STOLICA PRZENIESIONA. Z KRAKOWA.

Niedzielne, późne popołudnie 14 września 2008 roku ma wszelkie predyspozycje ku temu, by stać się datą przełomową ostatniej dekady w polskiej ligowej piłce. Być może to właśnie dzisiejszego dnia na naszych oczach rozpoczął się już na dobre nieunikniony proces przenoszenia piłkarskiej stolicy Polski z Krakowa do Poznania. Oglądając pojedynek Wisły i Lecha nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że dane mi jest uczestniczyć w symbolicznym niemal przekazaniu pałeczki lidera ligowego peletonu. Stary mistrz zmęczony i znudzony już odgrywaniem swej roli powoli schodzi ze sceny. Schodzi przygaszony, wypalony i chyba pogodzony z koniecznością własnego zejścia. Po tym co dziś obejrzałem na murawie przy ul. Reymonta jestem głęboko przekonany, że niemal dziesięcioletni okres dominacji krakowskiej Wisły na naszym ligowym podwórku niechybnie zmierza ku swemu zmierzchowi. Ustępowaniu starego mistrza z piedestału niewątpliwie powinno towarzyszyć uczucie wielkiego niedosytu. Najważniejszy cel jaki wytyczono przed krakowską Wisłą niemal dekadę temu - awans do wymarzonej Ligi Mistrzów niestety nie został zrealizowany. To przykre, ale momentami można było odnieść wrażenie, że pod Wawelem robiono wszystko by się do wspomnienej Champions League nie dostać. Rozwalono m.in. znakomity zespół z 2003 roku, który w pokonanym polu zostawiał Parmę, Schalkę i walczył jak równy z równym z rzymskim Lazio. Będę się upierał, że to właśnie wtedy zaprzepaszczono największą szansę na zaistnienie w Champions League. Zespół, który tak dzielnie walczył w Pucharze UEFA wzmocniony jeszcze dwoma-trzema piłkarzami zdołałby zapewne uporać się w eliminacjach z Anderlechtem Bruksela. Potem brakowało też nieco szczęścia w losowaniu, gdy Wiśle przychodziło się mierzyć z Realem Madryt czy FC Barceloną. Wreszcie niepowtarzalna okazja na sforsowanie bram piłkarskiego raju w konfrontacjach z Panathinaikosem Ateny - tu z kolei krakowian skrzywdził sędzia nie uznając prawidłowo zdobytej bramki przez Marka Penksę na 2:2 w meczu wyjazdowym. Dziś Stary Mistrz ustępuje powoli miejsca wygłodniałemu amatorowi królewskiej korony. Poznańska lokomotywa z przytupem podjechała na peron w Krakowie. Lech był dziś zespołem o klasę lepszym. Filozofia futbolu otwartego, konstruktywnego, radosnego i pełnego polotu wyznawana od lat przez Franciszka Smudę znów święci swoje triumfy. Kolejorz jest obecnie zdecydowanie najmądrzej budowaną drużyną na naszym piłkarskim rynku. Zwycięstwo z Grashoppersem 6:0, oraz dzisiejsze sponiewieranie aktualnego Mistrza Polski sprawiają, że naprawdę można uwierzyć, iż w 20 lat po słynnych bojach z Barceloną, znów w Poznaniu rodzi się zespół, którego nie będziemy się wstydzić w Europie. Zespół, który dopiero rozpoczyna swój marsz i który dziś w Krakowie pokazał, że era Wisły powoli dobiega końca. Idzie nowe. Kibicujmy mu z nadzieją. Umarł król. Niech żyje król!

 
1 , 2