Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

sobota, 29 kwietnia 2017
Jacek Kazimierski czyli dzieje jednego pocisku

KGrHqRHJCoFHK5fnHieBR3ErY8z60_35

To mogła być naprawdę wielka europejska kariera między słupkami. Jacek Kazimierski był bramkarzem zupełnie wyjątkowym, obdarzonym niezwykłym talentem, bardzo sprawnym fizycznie, wręcz spektakularnie wygimnastykowanym oraz interweniującym w sposób niezwykle efektowny i widowiskowy. Jednak, jak trafnie zauważył w swej nieocenionej „Encyklopedii piłkarskiej” Andrzej Gowarzewski: Obok znakomitych spotkań miał zbyt wiele nieudanych zagrań i nie zawsze do końca zrozumiałych, aby stać się legendą. Jedno z takich właśnie, delikatnie mówiąc, niezrozumiałych zagrań, które wywarło kolosalny wpływ nie tylko na całą sportową przyszłość Kazimierskiego, ale też na sposób, w jaki po upływie trzech dekad nadal jest on postrzegany przez piłkarskich kibiców w Polsce, miało miejsce dokładnie przed trzydziestu laty, w chłodny i wietrzny, kwietniowy wieczór na wypełnionym przez siedemdziesięciotysięczną widownię Stadionie Olimpijskim w Atenach.

Aby spróbować zrozumieć o jak wielkich umiejętnościach bramkarzem był Kazimierski, wsłuchajmy się w opinię człowieka po fachu, jednego z najlepszych polskich golkiperów lat 90., Macieja Szczęsnego, który w książce Piotra Jagielskiego „Legia Mistrzów”, tak wspomina swe zetknięcie z wychowankiem stołecznej Agrykoli: Jacek Kazimierski był ode mnie dziesięć razy lepszym bramkarzem. Nie dwa, nie trzy, tylko dziesięć. Pod każdym względem. Był silniejszy, sprawniejszy, szybszy. Technicznie po prostu mnie przerastał. Na treningach nakrywał mnie czapką. Nie istniałem przy nim. Jedyny nasz bramkarz, który dwukrotnie zagrał z polskim klubem w Champions League, a przy tym i sam kilkukrotnie dostąpił zaszczytu bronienia dla polskiej reprezentacji, wyraźnie przy tym zaznacza, że nie jest to jego subiektywny pogląd, lecz po prostu obiektywny fakt. Dotarło do nas, jak bardzo jesteśmy w jego towarzystwie nie na miejscu. Moglibyśmy we dwóch wejść do tej bramki i we dwóch łapać piłki, a i tak nie obronilibyśmy tego, co on w pojedynkę - kontynuuje Szczęsny swe wspomnienia o tym, jak wraz z Robakiewiczem podglądali na wspólnych treningach popisy Kazimierskiego między słupkami.

Jednak istnieje też inna perspektywa w obrazie postaci Jacka Kazimierskiego. Choćby taka, jaką nakreślił w swej autobiografii „Dziekan”, jego kolega zarówno z klubowej, jak i reprezentacyjnej szatni, Dariusz Dziekanowski, który potwierdzając ogólnie znane walory bramkarskie Kazimierskiego, takie jak skoczność, sprawność czy wyjątkowa dynamika, dodaje jednak również: Miał jedną wadę, która uniemożliwiła mu wspięcie się na najwyższy poziom: przed ważnymi spotkaniami adrenalina nie pozwalała mu na pokazanie wysokich umiejętności. Niestety, nie potrafił tego ukryć, a mało rzeczy działa bardziej deprymująco na drużynę niż bramkarz, który ma strach w oczach… Niesamowite interwencje przeplatał głupio puszczonymi babolami. W Legii nie pałaliśmy do siebie nadmierną sympatią; raziło mnie w nim nadmierne cwaniactwo (mam na myśli zachowanie poza boiskiem).

Andrzej Iwan w fascynującej autobiografii „Spalony”, spisanej przez Krzysztofa Stanowskiego, tak opisuje jednego ze swych najbliższych boiskowych przyjaciół: Jacek Kazimierski, pierwszy playboy stolicy, wyluzowany warszawiaczek, który żył w zbyt szarych dla siebie czasach. Ale na ile mógł, na tyle dodawał im kolorytu. Jest stare piłkarskie powiedzenie, że dwie pozycje w zespole zawsze obsadzone są przez ludzi niespełna rozumu – bramka i lewe skrzydło. Jacek w młodości grał na skrzydle i zgaduję, że musiało być właśnie lewe. W czasie zgrupowania kadry juniorów opowiadał kiedyś mnie i Krzyśkowi Budce:

- Grałem na skrzydle i... nagle w pobliskim kościele zabiły dzwony. Wtedy poczułem powołanie. Zrozumiałem, że muszę grać na bramce.

Czyli świr.

Rozmawiać można z nim było godzinami. Do Jacka – niczym do Don Juana – w młodości lgnęły dziewczyny, a on niezbyt stanowczo się bronił. Słuchaliśmy więc opowieści o jego miłosnych podbojach, a były to opowieści barwne.

Gdy 19-letni Jacek Kazimierski przechodził z macierzystej, stołecznej Agrykoli do prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua Legii, kończył w niej właśnie powoli swą przygodę, szykujący się do przenosin na Wyspy, Kazimierz Deyna. Wczesną piłkarską jesienią 1978 roku, młodziutki bramkarz zdąży jeszcze siedmiokrotnie wystąpić w barwach warszawskiej Legii wespół z legendą polskiego futbolu. W tym samym czasie Jacek Kazimierski wraz z prowadzoną przez trenera Zientarę polską kadrą juniorów wywalcza trzecie miejsce na turnieju UEFA, a rok później, na przełomie sierpnia i września 1979 roku, będzie jednym z bohaterów (w ćwierćfinałowej, zwycięskiej serii rzutów karnych obroni aż dwie jedenastki egzekwowane przez Hiszpanów - Joaquina i Tendillo) biało-czerwonej młodzieżówki, która podczas rozgrywanych na japońskich boiskach Mistrzostw Świata zajmie czwarte miejsce. Wraz z Maradoną, Zawarowem i kilkoma innymi graczami zostanie Kazimierski przez organizatorów imprezy wyróżniony mianem wschodzącej gwiazdy futbolu.

Opromieniony tymi sukcesami, już pod trenerskim okiem Lucjana Brychczego, na dobre wygryzie teraz z warszawskiej bramki Krzysztofa Sobieskiego i odtąd jego pozycja między słupkami stołecznego klubu stanie się niezagrożona na całe następne lata, bez względu na to, czy szkoleniowcem Legii będzie Kazimierz Górski, Jerzy Kopa czy Jerzy Engel. W czerwcu 1980 roku po uważanym za jedno z najlepszych spotkań w całej historii warszawskiej Legii, a jednocześnie naznaczonym tragicznymi wydarzeniami w Częstochowie zwycięstwie nad Lechem 5:0, Kazimierski wraz z kolegami zdobywa swe pierwsze klubowe trofeum - Puchar Polski. Tuż przed przerwą finałowego spotkania, bramkarz Legii obroni nawet egzekwowany przez Romualda Chojnackiego rzut karny. Rok później młody golkiper wzniesie w górę wspomniane trofeum raz jeszcze, po finałowej wiktorii nad Pogonią Szczecin.

Na przełomie stycznia i lutego 1981 roku, w dalekim Kraju Kwitnącej Wiśni, nieco niepostrzeżenie dla samego siebie Kazimierski zaliczy też pierwsze występy w polskiej reprezentacji A. Na skutek rezygnacji z wyjazdu na zakontraktowane wcześniej mecze do Japonii przez seniorską kadrę, udaje się tam wprawdzie młodzieżowa ekipa pod wodzą Waldemara Obrębskiego (m.in. z Ostrowskim, Matysikiem czy Okońskim na pokładzie), ale zgodnie z umową pomiędzy PZPN a japońską federacją, gra ona pod szyldem pierwszej reprezentacji Polski z pierwszą kadrą gospodarzy. Wszystkie te cztery mecze Polacy wyraźnie wygrywają, a Kazimierski zagra w aż trzech z nich, jedynego gola tracąc po strzale z rzutu karnego. Na „prawdziwy” debiut w dorosłej kadrze biało-czerwonych bramkarz Legii nie czeka zbyt długo, bo już w niespełna dwa miesiące po japońskiej eskapadzie wybiegnie na stadion w Bukareszcie, wystawiony do bramki przez debiutującego właśnie na selekcjonerskim stanowisku Antoniego Piechniczka. Polacy przegrają z Rumunami 0:2, a Kazimierskiego już do przerwy pokonają sławy tamtejszego futbolu: Rodion Camataru i Anghel Iordanescu. Po tym spotkaniu Kazimierski musi dłuższy czas poczekać na swoją kolejną szansę od Piechniczka. Ten stawia wyraźnie na Młynarczyka, a dla bramkarza Legii zaczyna brakować miejsca nawet na ławce rezerwowych, na której znacznie częściej siada teraz Piotr Mowlik.

Na hiszpański mundial Jacek Kazimierski zdołał się jednak załapać i we wszystkich spotkaniach (poza meczem o 3 miejsce, gdy ustępuje miejsca Mowlikowi) siada na ławce w swetrze z numerem 21, pełniąc rolę rezerwowego dla niezawodnego na tym turnieju w wymiarze sportowym Młynarczyka. Na boisko wybiegnie Kazimierski w reprezentacyjnym stroju jednak dopiero niespełna półtora roku po rumuńskim występie. W pierwszym pomundialowym meczu biało-czerwonych, bramkarz Legii będzie uczestnikiem powołanej przez Edmunda Zientarę, choć prowadzonej przez Piechniczka ekipy, która spektakularnie rozbije Francuzów na Parc des Princes aż 4:0. Dzięki temu 8 września 1982 roku Kazimierski po raz pierwszy dostanie swą szansę w meczu o punkty. W Kuopio Polacy, będący wówczas trzecią futbolową siłą na świecie, na inaugurację swych zmagań o udział w Euro ‘84 prowadzą już z Finami 3:0, ale w ostatnich dziesięciu minutach spotkania zamienia się ono w istny horror dla biało-czerwonych. Bramkarz Legii zostaje pokonany aż dwukrotnie w odstępie kilkudziesięciu sekund, a nasi reprezentanci ledwo dowożą do końcowego gwizdka szczęśliwe, choć jeszcze kilka chwil wcześniej wydawałoby się, pewne zwycięstwo.

Niewątpliwie moment ważnej próby w stroju z orzełkiem na piersi przychodzi dla Kazimierskiego 10 października 1982 roku. Wtedy to po raz pierwszy i ostatni zarazem ma miejsce sytuacja, że to Jacek Kazimierski stoi w reprezentacyjnej bramce, a na ławce rezerwowych w roli zmiennika siada Józef Młynarczyk. Eliminacyjny mecz z Portugalią ma naprawdę kluczowe znaczenie. Na wypełnionym przez siedemdziesiąt tysięcy kibiców słynnym lizbońskim Estadio da Luz, Kazimierski popełnia jednak jeden z większych błędów w całej swej bramkarskiej karierze. Już w drugiej minucie meczu w fatalnym stylu przepuszcza strzał Nene. Ów gol już na wstępie ustawia nie tylko przebieg tego arcyważnego spotkania, które Bohaterowie mórz wygrają ostatecznie 2:1, ale i w pewnym sensie całe dalsze eliminacyjne zmagania. Portugalczycy okażą się być wspaniałą drużyną, która z francuskiego Euro przywiezie później brązowe medale, będąc dosłownie o krok od czegoś znacznie więcej. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, iż był to jeden z istotniejszych momentów w reprezentacyjnej karierze Jacka Kazimierskiego, gdyż lizboński wieczór w ogromnej mierze przekreślił go w oczach Piechniczka jako potencjalnie wartościowego kandydata do rywalizacji o miejsce w bramce ze znakomitym Młynarczykiem. W wydanej całkiem niedawno książce Pawła Czado i Beaty Żurek „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, były selekcjoner mówiąc o tamtym wydarzeniu i samym bramkarzu Legii niespecjalnie bawi się w owijanie w bawełnę: Do dziś mam pretensje do Jacka Kazimierskiego. Pod nieobecność Młynarczyka wielokrotnie dawałem mu szansę, a on wielokrotnie mnie zawodził, wpuszczał głupie bramki, jakie nie przystoją reprezentantowi kraju. Tak było choćby w tym ważnym meczu z Portugalią. Potem się tłumaczył, że bark go bolał, choć przed meczem się nie skarżył. Zawiodłem się na nim. Każdy ceni bramkarza, który potrafi wygrać mecz. Jacek taki nie był. Nigdy się nie zdarzyło niestety, żeby Kazimierski wygrał nam jakiś mecz.

Bramka stracona na lizbońskim Stadionie Światła nie była pierwszym w karierze Kazimierskiego spektakularnym farfoclem przepuszczonym przez niego do bramki w ważnym meczu. Nieco ponad pół roku wcześniej, w obecności osiemdziesięciu tysięcy widzów na stadionie w Tbilisi, podczas ćwierćfinałowej batalii o Puchar Zdobywców Pucharów z miejscowym Dinamem, Gruzini wygrali 1:0 po golu strzelonym z połowy boiska. Nawet słynący ze spokoju i łagodności, prowadzący wówczas warszawską Legię Kazimierz Górski, żalił się po meczu polskiej prasie, że strata takiego gola mogłaby zdenerwować nawet anioła. Kazimierski się zagapił, za późno interweniował. Takich błędów nie może popełniać zespół nawet średniej klasy.

Po porażce z Portugalią droga Jacka Kazimierskiego do reprezentacyjnej bramki znacznie się wydłużyła. Bramkarz Legii następnym razem stanął między słupkami w reprezentacyjnym stroju dopiero po upływie niespełna dwóch lat, kiedy to w lecie 1984 roku nasza kadra towarzysko zremisowała w Drammen z Norwegią 1:1. Kazimierski wystąpił też w dwóch kolejnych, zwycięskich tym razem towarzyskich spotkaniach z Finlandią i Turcją, zachowując w nich czyste konto, a 17 października 1984 roku po upływie ponad dwóch lat od feralnej lizbońskiej wpadki, znów dostał od Piechniczka szansę w meczu o punkty. Na inaugurację zmagań o meksykański mundial, Polacy podejmowali w Zabrzu Greków. Na przerwę goście schodzili z dość niespodziewanym prowadzeniem po trafieniu głową Mitropoulosa, ale Smolarek i Dziekanowski swymi golami, poprowadzili biało-czerwonych do zwycięskiego otwarcia. Dwa tygodnie później Kazimierski znów stanął między słupkami w kolejnym meczu o eliminacyjne punkty, zremisowanym w Mielcu z Albanią 2:2. Rok 1984 zamykała kadra Piechniczka prestiżowym, choć towarzyskim spotkaniem z Włochami. Na stadionie w Pescarze po czerwonej kartce dla Wdowczyka, Polacy niemal całą drugą połowę zmuszeni byli grać w liczebnym osłabieniu, dzięki czemu stojący w naszej bramce Jacek Kazimierski na bezczynność na pewno nie miał prawa narzekać. Bronił naprawdę nieźle, jednak w ostatnich kilkunastu minutach dwukrotnie dał się pokonać piłkarzom aktualnych wówczas mistrzów świata. Drugie trafienie, uzyskane już w doliczonych sekundach meczu przez Di Gennaro niewątpliwie obciąża bramkarskie sumienie Kazimierskiego. Włoch strzelał bowiem z dobrych 25 metrów w sam środek bramki, czyli dokładnie tam, gdzie stał nasz golkiper.

Niespełna dwa miesiące później, u progu lutego 1985 roku, miały miejsce kolejne wydarzenia, które podobnie jak wspomniany wcześniej lizboński wieczór, mocno skomplikowały sytuację Kazimierskiego w kadrze Piechniczka. Biało-czerwoni pojechali na kilkunastodniowe tournee po Meksyku i Kolumbii. Otwierające całą eskapadę spotkanie z przygotowującym się do roli organizatora przyszłorocznego mundialu Meksykiem, okazało się wielką klęską polskiego zespołu. Na właśnie otwartym stadionie w Queretaro, w obecności czterdziestotysięcznej widowni, podopieczni Piechniczka byli tylko tłem dla świetnie grających rywali, którzy rozbili ich 5:0. Kazimierski znów nie ustrzegł się kilku poważnych błędów, choć w sposób ewidentny zawinił raczej wyłącznie przy drugim golu, gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego po prostu wypuścił piłkę z rąk. A kiedy w 70 minucie Negrete strzelił głową piątego gola dla gospodarzy, polski selekcjoner tak się zdenerwował na bramkarza Legii, że w trybie pilnym zdjął go z boiska, zastępując debiutującym tego dnia w narodowej bramce, 30-letnim Eugeniuszem Cebratem. W następnych dwóch spotkaniach podczas meksykańsko-kolumbijskiego tournee między słupkami stawał już Cebrat (stracił w nich łącznie cztery gole), a Kazimierski choć wrócił jeszcze do polskiej bramki na ostatni mecz amerykańskiej eskapady, przegrany z Kolmbią w Cali 0:1, to nad jego dalszą reprezentacyjną karierą w kadrze Piechniczka znów zebrały się gęste czarne chmury. Odtąd to raczej Cebrat traktowany był jako zmiennik Młynarczyka w ważnych meczach o punkty oraz ten, na którego stawiał selekcjoner w towarzyskich potyczkach. Powołania dostawali też Bolesta, Jojko i Wandzik.

Jesienią 1985 roku o tym, jak ambiwalentne uczucia swą boiskową postawą potrafi wzbudzić pośród kibiców, sam golkiper Legii postanowił przypomnieć również w klubowym stroju. Na sekundy przed końcem rewanżowego spotkania rozgrywek o Puchar UEFA, przy premiującym warszawski zespół awansem kosztem Videotonu remisie 1:1, warszawski bramkarz zechciał zagrać na nerwach kibicom przy Łazienkowskiej. Kazimierski wdał się w drybling z jednym z węgierskich piłkarzy, jednak to bratanek przechytrzył polskiego golkipera i gdyby nie interwencja Kubickiego, który rozpaczliwie wybijał zmierzającą do pustej bramki piłkę, wysiłek całego zespołu w pucharowym dwumeczu zostałby zaprzepaszczony w jednym momencie.

Bardzo późną jesienią legioniści kontynuowali swą europejską przygodę tocząc niezapomniane boje z Interem Mediolan. Kapitan Legii dzielnie strzegący jej bramki, znakomicie zagrał szczególnie w listopadowym, zremisowanym bezbramkowo meczu na San Siro. Zresztą w obu spotkaniach z wielkim Interem Kazimierski w regulaminowym czasie nie dał się pokonać ani razu, mimo że przecież w barwach Nerazzurrich miał kto ukąsić, bo grały tam takie sławy, jak Altobelli, Rummenigge czy Brady. Dopiero na 10 minut przed końcem dogrywki Fanna strzałem głową z bliskiej odległości zaskoczył Kazimierskiego i przesądził o awansie faworyta.

Po powrocie z nieszczęśliwego meksykańsko-kolumbijskiego tournee Jacek Kazimierski zaliczył jeszcze tylko drugą połowę kwietniowej, wygranej 2:1, towarzyskiej potyczki z Finlandią w Opolu (przepuścił strzał głową Ukkonena) i na tym tak na dobrą sprawę zakończył swe czynne występy w reprezentacji prowadzonej przez Antoniego Piechniczka. Bramkarz Legii zasiadł co prawda na ławce rezerwowych (ale już w towarzystwie Cebrata) w eliminacyjnych, wyjazdowych potyczkach z Grecją i Albanią, ale na kluczowe mecze z Belgią nawet nie został już powołany. Mimo to, wiosną 1986 roku, w ostatniej fazie przygotowań do meksykańskiego mundialu, w towarzyskich potyczkach z Hiszpanią i Danią znów siedział już na ławce będąc jedynym potencjalnym zmiennikiem dla Młynarczyka. Wychowanek Agrykoli otrzymuje też upragnione powołanie na Mexico ’86. Podczas mundialu Jacek Kazimierski ubrany z bluzę z numerem 12 na plecach, dwukrotnie usiądzie na ławce rezerwowych, w otwierającym polskie zmagania na tym turnieju meczu z Marokiem oraz podczas dotkliwej porażki z Brazylią (w dwóch pozostałych spotkaniach rolę tę pełni Józef Wandzik), stając się jedynym w dziejach polskiego futbolu bramkarzem, który choć pojechał aż na dwa turnieje mistrzostw świata to jednak w żadnym z nich nie zagrał choćby przez sekundę. Kazimierski w meksykańskim słońcu mógł za to z całkiem bliska przyglądać się, jak zmierzch reprezentacyjnej kariery Młynarczyka znaczony jest bolesnymi błędami, nie mniej przecież spektakularnymi niż jego własne. Józef Młynarczyk zalicza straszne bramkowe wpadki już w przedostatnim meczu przed mundialem, przegranym z Hiszpanią 0:3, gdzie widowiskowo zawala dwa ostatnie gole. A bramka dopełniająca hat-trick Linekera oraz efektowny gol brazylijskiego obrońcy Josimara podczas polskich potyczek w trakcie Mexico ’86, również dobitnie przekonują, że piękna epoka Młynarczyka w reprezentacyjnej bramce dobiega nieuchronnego kresu. Gdy po mundialu z prowadzenia kadry rezygnuje Piechniczek, rywalizacja o miejsce między słupkami otwiera się na nowo, gdyż świeżo upieczony selekcjoner – Wojciech Łazarek, zasłużonego Młynarczyka nigdy już do prowadzonej przez siebie reprezentacji nie powoła.

Początkowo Łazarek planuje oprzeć polską bramkę na duecie Bolesta-Kazimierski, przy czym wydaje się, że nieco wyżej ceni jednak tego pierwszego. W swym selekcjonerskim debiucie popularny Baryła to właśnie Boleście pozwoli wyjść w stroju z numerem 1 na towarzyski mecz z Koreą Północną w Bydgoszczy. Po przerwie bramkarza Widzewa zmienia między słupkami Kazimierski (zakłada nawet opaskę kapitana) i dość szybko traci dwa gole. Tydzień później w otwierającej eliminacyjne zmagania o Euro ’88 potyczce z Grekami w Poznaniu mają miejsce osobliwe wydarzenia. Łazarek znów powołuje obu wspomnianych bramkarzy oraz na przyuczenie młodziutkiego Macieja Szczęsnego z drugoligowej stołecznej Gwardii, przy czym nie ukrywa, że zamierza postawić na Henryka Bolestę. Ten jednak doznaje kontuzji, ale Kazimierski uniesiony ambicją oświadcza, że w tej sytuacji nie zamierza robić za zapchajdziurę po Boleście i rezygnuje z występu w polskiej bramce przeciwko Grekom. Podczas obiadu przed meczem, Łazarek oznajmia więc Szczęsnemu, że to on, 21-letni wówczas golkiper drugoligowej Gwardii, stanie między słupkami podczas eliminacyjnej potyczki z Grecją w stolicy Wielkopolski. Wtedy do akcji wkracza jednak ówczesny prezes PZPN w randze generała milicji i skutecznie udaje mu się przekonać Kazimierskiego do zmiany decyzji w zamian za obietnicę wydania zgody na upragniony transfer zagraniczny po zakończeniu sezonu i wyrwanie się z peerelowskiej futbolowej rzeczywistości. Biało-czerwoni z Kazimierskim w składzie udanie inaugurują eliminacje do Mistrzostw Europy, pokonując Greków 2:1.

Krótko przedtem Kazimierski błyszczy w Pucharze UEFA. Być może mógłby błyszczeć w Pucharze Mistrzów, gdyby w kwietniu 1986 roku, sami legioniści najprawdopodobniej nie przehandlowali na rzecz Górnika Zabrze mistrzowskiego tytułu, o co po latach dość niedwuznacznie oskarżył ich ówczesny kierownik zespołu, sprawujący tę funkcję przez wiele lat – Kazimierz Orłowski. Zresztą nie on jeden publicznie wypowiadał się na ten temat. Jednak rozgrywki Pucharu UEFA i tak stanowiły całkiem atrakcyjne okno, by pokazać się w europejskim światku piłkarskim. A Kazimierski naprawdę znakomicie spisuje się w pojedynkach z Dnieprem Dniepropietrowsk i podczas całego dwumeczu zachowuje czyste konto, mimo że jego bramkę ostrzeliwują takie gwiazdy niedawno zakończonego mundialu, jak Litowczenko czy Protasow. Ten ostatni nie potrafi pokonać kapitana Legii nawet z jedenastu metrów. Bardzo barwnie wspomina tę sytuację ówczesny szkoleniowiec stołecznego klubu, Jerzy Engel w książce „Futbol na tak”, dopełniając ciekawego portretu warszawskiego bramkarza. Mecz w Krzywym Rogu to najlepszy mecz z udziałem polskiego zespołu na wyjeździe, jaki widziałem. Spotkanie tak twarde, tak agresywne – grane przez piłkarzy z niebywałą determinacją – tak krwawe, że rzadko się coś takiego ogląda. (...) Jacek Kazimierski przy wyskoku do piłki dostał uderzenie łokciem w oko. Spuchło mu, nic nie widział, ale prosił, żeby go nie zdejmować z boiska. Dowiedział się tylko od kolegów, że sfaulował go Protasow. (…) W pewnej chwili piłka poleciała po przekątnej w nasze pole karne. Jacek zobaczył jednym okiem, iż biegnie do niej Protasow i ruszył za nim. Nie zdążyłem nawet krzyknąć – Kazimierski wykonał wślizg i… nogi Protasowa znalazły się wyżej głowy. Rzut karny. Protasowa wynieśli, leżał za linią i wydawało się, że jest po zabawie. Opatrywany Protasow krzyknął do kolegów, żeby nikt nie ruszał piłki, ustawionej na jedenastym metrze, bo za chwilę wraca i strzeli „tej bladzi” bramkę z karnego. Jacek natomiast stał przy słupku i cały czas mu dogadywał: - No, chodź frajerze, chodź frajerze. Protasow wszedł na boisko, ale strasznie utykał. Wyglądało więc na to, że… kulawy strzela ślepemu. Protasow zrobił świetny zwód i Jacek poleciał w jedną stronę, a piłka w drugą, tyle że obok bramki. Kazimierski natychmiast się poderwał, podbiegł do rywala i opowiedział mu w krótkich słowach całą historię przyjaźni polsko-radzieckiej.

Dzięki wyeliminowaniu Dniepru, na przełomie października i listopada 1986 roku Jacek Kazimierski znów ma możliwość stanąć oko w oko z prowadzonymi przez słynnego Giovanni Trapattoniego gwiazdami Interu. W Warszawie polskiego bramkarza pokonują Ferri i Altobelli, ale to Legia ostatecznie wygrywa po fantastycznym zrywie na początku drugiej połowy 3:2. W Mediolanie znów jednak Fanna przesądza o awansie Nerazzurrich i zapewnia Włochom upragnione zwycięstwo 1:0.

Niespełna tydzień po rewanżowym meczu na San Siro, bramkarz Legii zagra jeszcze pierwszą połowę, zwycięskiego towarzyskiego meczu z Irlandią, zachowując czyste konto, a wreszcie 19 listopada 1986 roku rozegra bodaj swoje najlepsze spotkanie w reprezentacyjnym stroju. Na stadionie Olimpijskim w Amsterdamie sześćdziesiąt tysięcy widzów jest świadkiem jak Ruud Gullit, Marco van Basten czy inne wielkie gwiazdy wschodzącej holenderskiej potęgi, prowadzonej przez legendarnego Rinusa Michelsa, nie są w stanie sforsować bramki pilnie strzeżonej przez imponującego instynktem, sprawnością i refleksem Jacka Kazimierskiego. Tamten amsterdamski bezbramkowy remis z przyszłymi Mistrzami Europy to chyba najlepsze spotkanie, jakie kiedykolwiek rozegrała prowadzona przez Łazarka w jego trzyletniej kadencji reprezentacja, a Kazimierski miał w tym sukcesie niemały udział. Jego pozycja w wyjściowym składzie narodowej reprezentacji powoli staje się raczej niezagrożona. Wydaje się, że właśnie teraz, po latach oczekiwania i terminowania u boku bezkonkurencyjnego Młynarczyka, nadchodzi wreszcie w polskiej bramce epoka Kazimierskiego. Bramkarz Legii ma przecież dopiero 27 lat, a już solidne doświadczenie za sobą. Gdy 12 kwietnia 1987 roku na przypominającej raczej kartoflisko murawie stadionu Lechii Gdańsk, kadra Łazarka w sposób kompromitujący remisuje bezbramkowo z Cyprem, Kazimierski jest bodaj jedynym naszym graczem, do którego nie można mieć pretensji, bo przecież strzelania goli nikt od niego nie wymagał. Jednak dokładnie dwa tygodnie później przychodzi ten pamiętny wieczór, który w sportowym życiu Jacka Kazimierskiego zmieni, jeśli nie wszystko, to bardzo wiele.

Abstrahując od feralnego remisu biało-czerwonych z Cyprem, zarówno Polacy jak i Grecy spisywali się dotąd w eliminacyjnych zmaganiach o Euro ’88 całkiem przyzwoicie. Biało-czerwoni pokonali synów Hellady w Poznaniu 2:1 oraz wywieźli cenny bezbramkowy remis z Amsterdamu. Grecy, w przeciwieństwie do nas, bez większych problemów uporali się na wyjeździe z Cyprem, ale również dość zaskakująco pokonali u siebie Węgrów, a na miesiąc przed batalią z Polakami w Atenach, urwali też na wyjeździe punkt Holendrom, niespodziewanie remisując 1:1. Grecy zdecydowanie nie byli już tą samą drużyną, która dwa lata wcześniej dała się ograć na tym samym stadionie podopiecznym Piechniczka 1:4.

Jak na schyłek kwietnia w Atenach jest tego wieczoru zadziwiająco zimno. W temperaturze 8 stopni Celsjusza oraz przy porywistym wietrze to raczej Polacy lepiej wchodzą w mecz. Najpierw jugosłowiański sędzia pozostaje nieugięty, gdy Furtok zostaje chyba jednak sfaulowany w polu karnym rywala, a potem Dziekanowski nie trafia do niemal pustej bramki. Z czasem inicjatywę przejmują jednak gospodarze, choć nie sieją zagrożenia pod bramką Kazimierskiego. Na przerwę oba zespoły schodzą z bezbramkowym remisem. W drugiej połowie to gospodarze grają z wiatrem, a ich optyczna przewaga jest już coraz bardziej zauważalna. Wreszcie przychodzi 58 minuta spotkania i moment, który w życiu i karierze Jacka Kazimierskiego zmienił bardzo wiele. Wiodąca postać w greckiej ekipie, dziś już prawdziwa legenda tamtejszego futbolu, Dimitris Saravakos, decyduje się na strzał zza pola karnego, który teoretycznie nie ma najmniejszych szans powodzenia. A jednak wpada do bramki powodując eksplozję radości siedemdziesięciotysięcznej widowni na Stadionie Olimpijskim w Atenach. Kazimierski podczas zatrważająco mało finezyjnej symulacji interwencji, sprawia wrażenie, jakby grał w dwa ognie. Ta jego interwencja, czy raczej jej brak, sprowadza się do jakiejś nieprzekonująco nieudolnej próby pacnięcia piłki przedramieniem, jak by właśnie przed chwilą doznał paraliżu obu kończyn górnych, nie mogąc nimi poruszyć, albo po prostu nie znając przepisów nie wiedział, że wolno mu jako bramkarzowi użyć także dłoni. Z prawdziwym i nieprzemijającym zażenowaniem ogląda się powtórki tego zwycięskiego dla Greków gola sprzed trzydziestu lat.

Ktoś mógłby zapytać: Ale właściwie w czym problem? Przecież Kazimierski przyzwyczaił nas wszystkich przez lata do przeplatania świetnych interwencji (już przy stanie 1:0 dla Greków wybronił sytuacje sam na sam z Anastopoulosem i Kofidisem) puszczaniem żałosnych farfocli. A jednak ten ateński był pośród nich wszystkich zupełnie wyjątkowy i niepowtarzalny. Wyjątkowy i niepowtarzalny był też kontekst całej sprawy. I to właśnie on jest tu kluczowy. Wojciech Łazarek wiedział swoje i niedwuznacznie sugerując, że motywacje Kazimierskiego w tym meczu były delikatnie mówiąc mało szlachetne, nie zamierzał bawić się w dyplomatę. W swym barwnym stylu, choć duszony łzami gniewu i bezradności, wyznał, że on sam złapał by taki strzał do kapelusza, trzymając równocześnie w drugiej ręce filiżankę z herbatą. A Kazimierskiego odstawił od swej kadry ze skutkiem natychmiastowym i nigdy więcej już go do niej nie powołał, choć raczej miał świadomość, że lepszego od niego bramkarza w Polsce na pewno nie znajdzie. Wandzik, Szczech, Jojko czy Jankowski, na których odtąd zdany był selekcjoner, w aspekcie sportowym na pewno niczego wartościowszego do zaoferowania kadrze, niż odstawiony od niej Kazimierski, absolutnie nie mieli, o czym Łazarek przekonał się bardzo szybko. Stracili więc na tym wszyscy. I dopiero, gdy po kilkunastu miesiącach zaczął powoli przebijać się do reprezentacyjnej bramki Jarosław Bako (który przecież w Legii mógł przy Kazimierskim jedynie wygrzewać ławę) pojawiło się jakieś światełko w tunelu na tej newralgicznej przecież pozycji.

Kiedy kilkadziesiąt dni po fatalnej interwencji z Aten Jacek Kazimierski przechodził do Olympiakosu Pireus można się już było tylko smutno uśmiechnąć, że były bramkarz Legii zgodę na transfer wywalczył sobie przed pierwszym meczem z Grekami, a konkretny kierunek transferowy zrealizował podczas rewanżowej potyczki z błękitnymi synami Hellady. A o tym, że Grecy potrafili zadbać o swoje interesy opowiadał po latach w „Spalonym” Andrzej Iwan, wspominając, jak kilka miesięcy po eliminacyjnym wieczorze w Atenach, przedstawiciele Olympiakosu czynili pod niego podchody przed rewanżowym meczem PKME z Górnikiem Zabrze. Olympiakos był wtedy mocny, ale czuł przed nami respekt. Na tyle, że… chciał ode mnie ten mecz kupić, przy czym nie miała to być korupcja w klasycznym rozumieniu tego słowa. W restauracji czekali na mnie przedstawiciele Olympiakosu, wraz z trenerem. I się zaczęło – że jestem superpiłkarzem, że oni bardzo mnie chcą, że mają dla mnie kontrakt, że będę żył jak w bajce, że mam murowane miejsce w podstawowej jedenastce i tak dalej. Czarowanie. Warunek był tylko jeden – dzień później mam zagrać najgorzej, jak potrafię. Powiedziałem, że przemyślę, a potem władowałem gola. Iwan do Olympiakosu nigdy nie trafił, ale gdy kilka lat po opisywanej sytuacji przechodził do Arisu Saloniki, trenerem tego klubu był Alketas Panagoulias. Ten sam, z którym niegdyś rozmawiałem, gdy chciał kupić ode mnie mecz Górnik-Olympiakos. Nigdy do owej rozmowy nie nawiązywał i udawał, że nie miała miejsca. Panagaoulias to bardzo znany trener. Jako pierwszy selekcjoner wprowadził Greków zarówno na Mistrzostwa Europy (1980) jak i na Mistrzostwa świata (1994). Był też trenerem Olympiakosu w czasie, gdy przechodził do niego i grał w nim Jacek Kazimierski.

Wydawało się być może, że chwila hańby i wstydu warta będzie tego wszystkiego, co potem. A jednak chyba nie była warta. Już nigdy więcej Kazimierski nie został powołany do polskiej reprezentacji. Nigdy już nie dostał możliwości zmazania ateńskiej plamy. Pożegnał się z kadrą w momencie, gdy wydawało się, że stoi właśnie u progu własnej epoki w reprezentacyjnej bramce. Ostatni mecz w rodzimej ekstraklasie rozegrał niespełna dwa miesiące po niechlubnym występie w Atenach. Bywało, że podczas wiosennych meczów na naszych ligowych boiskach słyszał z trybun ironicznie skandowane przez kibiców drużyny przeciwnej nazwisko: „Saravakos!”. Kazimierski wyjeżdżał z Polski mając niespełna 28 lat, więc teoretycznie miał jeszcze troszkę czasu na podbój Europy. Jednak nic z tego nie wyszło. Z Olympiakosem zdążył co prawda zdobyć Superpuchar Grecji oraz dwukrotnie zagrać przeciwko Górnikowi w PKME (ów dwumecz jest zresztą znakomitą egzemplifikacją całej kariery Kazimierskiego, który potrafił wygrać pojedynki sam na sam z Baranem czy Cyroniem, by chwilę później wypuścić piłkę z rąk nie będąc przez nikogo atakowanym lub przepuścić pod ręką do bramki strzał Iwana z ponad dwudziestu metrów), ale na greckich boiskach zanotował ledwie siedem ligowych występów. Po zwolnieniu Panagouliasa, został wraz z kilkoma innymi graczami po prostu wyrzucony z klubu, który miał być przecież jego wymarzoną i wywalczoną kosztem własnego dobrego imienia przystanią na lata. Andrzej Iwan twierdzi w „Spalonym”, że to właśnie on swoim pucharowym golem strzelonym w Zabrzu Olympiakosowi przyczynił się do kłopotów swego przyjaciela. Drugą bramkę zdobyłem kończąc praktycznie karierę Jacka Kazimierskiego w Pireusie. Strzał nie był najgorszy, ale chyba faktycznie znajdował się w zasięgu bramkarza i Jacek mógł zareagować lepiej. Jacek puścił, co mu wypominano.

W Grecji bardzo szybko się go pozbyli, jeszcze przed końcem jesiennego sezonu – opowiada o Kazimierskim Maciej Szczęsny w „Legii Mistrzów” – Grudzień i styczeń spędził już w Warszawie. Ciężko przeżył to rozczarowanie. W lutym zapytał Strejlaua, naszego klubowego trenera, czy mógłby przychodzić na treningi, poćwiczyć, bo chciałby spróbować wrócić do piłki. Strejlau się zgodził, ale w klubie jasno zakomunikowano Kazimierskiemu, że choć na kilka treningów przyjść może, to nie powinno to jednak trwać za długo. I że o powrocie do Legii ma zapomnieć. W polskiej piłce Jacek Kazimierski był już ewidentnie spalony i przekreślony. Ale on powoli szykował się do kolejnego wyjazdu. Udało się zakotwiczyć w drugoligowym belgijskim KAA Gent. W zespole z Gandawy spędzi łącznie trzy sezony, z czego dwa ostatnie już w czubie pierwszoligowej stawki. W sezonie 1990/91 Kazimierski prezentuje się w bramce zespołu z Gandawy na tyle dobrze, że w polskich mediach sportowych zaczęły nawet podnosić się głosy, by ponownie dać szanse wychowankowi stołecznej Agrykoli na grę między słupkami w reprezentacyjnym swetrze. Jednak latem 1991 roku w całkiem młodym jak na golkipera wieku, niespełna 32-letni były „bramkarz przyszłości” (jak określano go nad Wisłą), który miał podbić Europę, zdejmuje na dobre bramkarskie rękawice.

Gdy myślimy o tak wspaniałych naszych reprezentacyjnych bramkarzach jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk, Jerzy Dudek czy Artur Boruc, odruchowo wręcz przewijamy w pamięci najpiękniejsze z ich najważniejszych interwencji. A przecież każdy z nich na jakimś etapie swej kariery miewał straszliwe wpadki, popełniał katastrofalne błędy i wpuszczał do własnej bramki farfocle z pewnością nie mniej spektakularne od tych, jakie przytrafiały się Jackowi Kazimierskiemu. Bramkarzowi wcale nie najskąpiej utalentowanemu spośród wymienionego zacnego grona. Jaka szkoda, że wspominając karierę wychowanka stołecznej Agrykoli myśli samoistnie nie biegną do jego znakomitej postawy w ważnych meczach w Amsterdamie czy na San Siro, do wielu wybronionych przez niego karnych i liczniejszych niż gwiazdy na niebie efektownych parad bramkarskich, lecz podążają niestety zawsze, przyciągane niczym siłą magnesu, ku tej jednej feralnej chwili, podczas tamtego chłodnego, wietrznego, kwietniowego wieczoru w Atenach przed trzydziestu laty.

R.

czwartek, 09 marca 2017
Niedoszły Urbaniak

Można zaryzykować tezę, że to jeden z najbardziej pechowych... niedoszłych reprezentantów Polski. Choć zagrał w kadrze, to… w niej nie zagrał. Pech nie opuszczał go także w Lechu Poznań. Tam przez wiele lat piastował funkcję kapitana, ale działo się to w trudnym dla drużyny czasie. Gdyby występował w Kolejorzu dekadę wcześniej albo dekadę później, to być może zajmowałby inne miejsce w historii klubu. Tak się jednak złożyło, że dzisiaj kojarzy go niewielu kibiców. To PRZEMYSŁAW URBANIAK (ur. 9.03.1975).

trenerUrbaniakPrzemysaw

Mieszko, Mieszko, mój koleżko

Urbaniak to wychowanek Mieszka Gniezno. Urodził się jednak za późno, żeby załapać się na największy sukces swojego klubu, jakim był ćwierćfinał Pucharu Polski 1989/19990 (słynny dwumecz z Legią Warszawa). Młody zawodnik miał wówczas raptem 14 lat, choć już rok później zaczął terminować w drużynie seniorów gnieźnieńskiej ekipy. Występował w niej przez 3,5 roku (1990-1993), po czym przeniósł się do Kolejorza. Była wiosna 1994, a Urbaniak miał na karku 19 wiosen.

Za kogo tutaj wskoczyć?

Warto pamiętać, że Kolejorz, pomimo dość średnich wyników, dysponował wówczas bardzo silnym składem. Defensywę tworzyli tacy zawodnicy jak Waldemar Kryger, Jacek Bąk, Marek Rzepka czy Przemysław Bereszyński. O miejsce w wyjściowej jedenastce było bardzo trudno. Ten fakt tłumaczy dlaczego całą wiosnę 1994 Urbaniak spędził na ławce rezerwowych. W sezonie 1994/1995 także zagrał tylko w czterech spotkaniach. Dopiero po personalnych rewolucjach latem 1995 roku stał się pewnym punktem defensywy.

Pięć lat, w górę i w dół

To właśnie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych (1995-2000) Urbaniak był ważną postacią Kolejorza. W tym czasie zaliczył zarówno wspaniałe, jak i bardzo trudne chwile.

Do tych pierwszych z pewnością należy wywalczenie sobie przepustki do gry w Pucharze UEFA (4. pozycja w świetnym sezonie 1998/1999) oraz późniejsze mecze w tymże Pucharze (mecze z Metalurgsem Lipawa i IFK Goeteborg). Miłym wspomnieniem są również występy z kapitańską opaską na ramieniu. Urbaniak został liderem drużyny po tym, jak z klubem pożegnali się bardziej utytułowani koledzy – Piotr Reiss i Waldemar Kryger. Do bolesnych wspomnień zaliczyć zaś trzeba tragiczne w skutkach rozgrywki 1999/2000 i gorycz spadku z ekstraklasy. Urbaniak jako kapitan wyprowadzał zatem drużynę w międzynarodowych rozgrywkach, ale on też zgasił światło w lidze odprowadzając kolegów do szatni po ostatnim – zremisowanym 0:0 z Dyskobolią – meczu sezonu zakończonego degradacją.

Życie po Lechu

Po spadku Kolejorza Urbaniak pożegnał się z Poznaniem. Trafił do Widzewa Łódź (2 lata), później na pół roku do Grecji (AO Panserraikos), ale szybko wrócił do Widzewa (na rok). Wiosną 2004 roku rozegrał jeszcze 2 mecze w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki i to był koniec jego przygody z ekstraklasą. Łącznie wystąpił w 191 meczach (124 dla Lecha) i strzelił jednego gola (w meczu z ŁKS w 1997 roku).

Potem przez pół roku występował jeszcze w Widzewie, po czym wiosną 2005 roku wrócił w rodzinne strony – do Mieszka Gniezno. Grał tam przez 7 lat, wieszając buty na kołku dopiero w 2012 roku. Obecnie jest on trenerem Mieszka Gniezno, a do niedawna zawodnikiem tego klubu był jego syn – Dariusz (ur. 1994).

(Prawie) biało-czerwony

Z Urbaniakiem wiąże się także bardzo ciekawa reprezentacyjna historia. Otóż gracz Kolejorza otrzymał w czerwcu 1999 roku powołanie do kadry. Prowadzona przez Janusza Wójcika drużyna sposobiła się do wyjazdu do Tajlandii na Puchar Króla. Termin eskapady był bardzo nieszczęśliwy i większość podstawowych zawodników odmówiła udziału w zgrupowaniu. Urbaniak do Azji jednak poleciał. Kadra najpierw miała się tam zmierzyć z reprezentacją Brazylii, a później – jak się okazało na miejscu – z Nową Zelandią.

Obrońca Lecha wystąpił w tym pierwszym spotkaniu z Brazylijczykami (0:2). Otrzymał w nim jednak czerwoną kartkę, która zdyskwalifikowała go z udziału w kolejnym meczu. Do debiutu jednak doszło, dobre i to.

Wkrótce jednak ustalono, że „kadra Canarinhos” to wyłącznie czwartorzędna reprezentacja jednego z brazylijskich stanów i nie ma ona nic wspólnego z pierwszą reprezentacją Kraju Kawy. Mecz z Polakami uznano więc za nieoficjalny i jedynie spotkanie biało-czerwonych z Nowozelandczykami trafiło do kronik. Tym samym jedyny występ Urbaniaka z orzełkiem na piersi został „anulowany”! Lechita zatem nie jest reprezentantem Polski, mimo że zagrał w meczu reprezentacji.

Na blogu o Urbaniaku wspominaliśmy kiedyś również tutaj.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

Lecha Poznań

P.

czwartek, 02 marca 2017
Generał to mniej świrnięty Świr

Podobno był zdolniejszy, (prawie) na pewno rozsądniejszy. Podobno bardziej utalentowany, na pewno na boisku godniejszy. Pomimo to zdecydowanie bardziej pamiętamy obecnie jego młodszego brata - Piotra. To jednak MAREK ŚWIERCZEWSKI dzisiaj świętuje swoje pięćdziesiąte urodziny.

wir

Miał ksywkę "Generał" i coś było na rzeczy. Jego grę cechowała elegancja i rozwaga. Rzadko zbierał żółte kartki, czerwone - prawie nigdy. Świetnie wyprowadzał piłkę i celnie podawał. Większość kibiców może nie pamiętać, że swoją karierę zaczynał jako utalentowany napastnik. Później zresztą, już grając na obronie, również często trafiał do bramki przeciwnika. Świetnie grał głową, pewnie wykonywał rzuty karne.

W Polsce związany był przede wszystkim z dwoma klubami - Wisłą Kraków i GKS Katowice (a na samym początku - krótko z Hutnikiem Kraków). W tym pierwszym załapał się na kapitalny skład, z którym... spadł z ligi. W tym drugim był wieloletnim kapitanem i już żywą legendą. Kto wie czy jednak jeszcze bardziej ceniony nie był w Austrii, gdzie święcił triumfy w Sturmie Graz (dwa razy krajowy puchar),

indeks

notował dobre występy w Austrii Wiedeń i Admirze Wacker (w pewnym momencie była ich tutaj piątka - obok Świra także Iwan, Ledwoń, Szamo i Olszar), a potem przez wiele lat występował w klubach z niższych lig. Nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu, zawsze był liderem drużyny, w której występował.

Nie powiodło mu się natomiast w reprezentacji Polski. Choć ma na koncie sześć spotkań w kadrze prowadzonej przez Henryka Apostela, a część z nich w ramach el. EURO 1996 (z Francją, Rumunią, Izraelem i Azerbejdżanem), to nigdy nie był w niej podstawowym graczem. To dość interesujące, bo defensywa nie była wówczas mocną stroną biało-czerwonych, choć w jej środku występowali zwykle Łapiński, Zieliński i Wałdoch.

Przy tej okazji bardzo polecam ten wywiad, a w ramach wspominek również ten tekst o byłych graczach GKS z czasów Świra. Ciekawostką zaś jest to, że córka Świerczewskiego - Sandra - to austriacka gwiazda pływania.

P.

wtorek, 29 listopada 2016
Boguś wyparty

Kiedy czasem zastanawiam się nad najbardziej bezsensownym transferem w ramach naszej ekstraklasy przełomu XX i XXI wieku to wychodzi mi, że to ten. Transfer dzisiejszego jubilata (42. lata!) Bogusława Wyparły z ŁKS do Legii Warszawa. Bodzio W. został wypożyczony do stołecznego klubu na rundę wiosenną sezonu 1999/2000. I to wszystko było naprawdę dziwne.

wyp11

Wyparło był wówczas jednym z najlepszych golkiperów naszej ligi. Wciąż był jeszcze młody (25 lat), ale już bardzo doświadczony (9 sezonów w ekstraklasie!) i utytułowany (mistrz Polski 1998, 3-krotny reprezentant Polski). Transfer do Legii wydawał się więc awansem sportowym i przyczółkiem do dalszego podboju świata. Taki był plan Bodzia. Na Łazienkowskiej uległ on jednak bolesnej dekonstrukcji.

Pod koniec września 1999 trenerem Legii został Franciszek Smuda. Po nieudanym sezonie 1998/1999 (3. miejsce i 17 punktów straty do mistrzowskiej Wisły) władze klubu odprawiły Stefana Białasa, a po falstarcie w kolejnym (12 punktów w 9 meczach) błyskawicznie (po 2,5 miesiącach pracy) pogoniły Dariusza Kubickiego. Nowym szkoleniowcem ogłoszono Franza. Miał stać się zbawcą.

Smuda szybko zarządził wzmocnienie składu. Ściągnięto m.in. Łapińskiego, Wojtalę, Siadaczkę, Citkę i właśnie Wyparłę. Obaj panowie znali się jeszcze z czasów wspólnej w Stali Mielec. Bodzio miał w legijnej bramce zastąpić Szamotulskiego, który właśnie powędrował do PAOK Saloniki. Jego rywalem do miejsca między słupkami był 33-letni Zbigniew Robakiewicz.

Szybko okazało się jednak, że to właśnie Robakiewicza Smuda widzi w podstawowym składzie. A jak wiemy, gdy Franz kogoś nie widzi, to nie widzi go zupełnie. Efekt? Wiosną 2000 roku Wyparło nie wystąpił w żadnym ligowym meczu Legii. Żadnym! Z "elką" na bluzie ma na koncie raptem trzy występy - dwa w Pucharze Ligi, nazywanym przez Smudę mianem "pasztetowej" (dwumecz z Pogonią Szczecin, 4:0 i 1:1) oraz jeden w Pucharze Polski (3:2 z Amiką Wronki). Po zakończeniu rundy Wyparłę odprawiono bez żalu.

Ten sezon okazał się porażką dla wszystkich. Bodzio W. wypadł po nim z ligowego obiegu. Najpierw trafił do Ceramiki Opoczno, później zaliczył fatalny epizod w Radomsku, później Pogoń Leżajsk, Piotrcovia, Pogoń i ŁKS. Między listopadem 2001 a lipcem 2006 grał poza ekstraklasą. Stracone pół dekady.

Legia zajęła w końcowej tabeli wstydliwe czwarte miejsce (za Polonią, Wisłą i Ruchem), a sam Smuda również szybko wyleciał z Legii (marzec 2001).

Bodzio jednak pokazał charakter. W latach 2004-2012 grał w ŁKS (cztery lata w ekstraklasie), a później jeszcze grał w Stali Mielec. Ba, niedawno nawet wrócił do składu i w wieku 41 lat wystąpił w pożegnalnym II-ligowym spotkaniu z Olimpią Zambrów.

Twardy chłop. Ciekawe jak potoczyłaby mu się kariera, gdyby nie sparzył się tak na Legii. Ciekawe wywiady z nim tutaj, tutaj i tutaj. Natomiast tutaj kompilacja jego parad.

P.

Czytaj także:

Stalowe nostalgia

Niepodległościowe salwy (z Bogusiem na zdjęciu)

wtorek, 20 września 2016
Bonini do kadry (już był)

Natchniony mecz w wykonaniu Grzegorza Bonina (Górnik Łęczna - Korona Kielce 4:0) i zdobyte przez niego dwie fenomenalne bramki (do obejrzenia tutaj i tutaj) wywołały u niektórych fanów znane - choć tym razem okraszone uśmiechem - hasło: "Do kadry go!". Bonin jednak w kadrze... już był!

Bonin_LIT

"Boniniego" do reprezentacji powołał już bowiem Paweł Janas ponad dekadę temu. Rosły zawodnik w barwach Korony Kielce rozgrywał wówczas swój debiutancki sezon (2005/2006) w ekstraklasie. Radził sobie na tyle dobrze, że selekcjoner postanowił go spróbować w koszulce z orzełkiem. Raczej nie myślał o nim w kontekście zbliżających się MŚ 2006, bardziej chyba planował zobaczyć jak 23-letni piłkarz wypadnie w konfrontacji z bardziej utytułowanymi kolegami.

indeks2

Debiut wypadł na towarzyski mecz z Litwą. Nieoczekiwanie Polacy go przegrali (0:1). Bonin rozegrał całą pierwszą połowę, a po przerwie został zmieniony przez Radosława Sobolewskiego.

Pierwszy mecz okazał się jednak zarazem ostatnim i Bonin nigdy więcej nie zagrał już w reprezentacji. Nie oznacza to jednak, że nie był do niej powoływany. W 2007 roku trafił na grudniowe zgrupowanie w Turcji, ale w towarzyskim meczu z reprezentacją Bośni i Hercegowiny (1:0) nie zagrał. Natomiast we wrześniu 2010 roku został powołany przez selekcjonera Franciszka Smudę na mecze towarzyskie z USA (2:2) i Ekwadorem (2:2), ale też nie pojawił się na murawie.

Bonin to przykład niezwykle solidnego ligowca. Stosunkowo późno trafił do ekstraklasy (22 lata), ale gdy już to zrobił, to mocno się w niej zakorzenił. Zwykle występuje w średnich drużynach z aspiracjami (Korona, Górnik Zabrze, ŁKS, Pogoń, Łęczna), a próby zawojowania świata w barwach Polonii Warszawa do dziś jeszcze wspomina ze ściśniętym żołądkiem.

Kto wie, jeśli Bonin dalej będzie strzelał takie bramki, to jeszcze go zobaczymy w kadrze? :)

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19