Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

czwartek, 09 marca 2017
Niedoszły Urbaniak

Można zaryzykować tezę, że to jeden z najbardziej pechowych... niedoszłych reprezentantów Polski. Choć zagrał w kadrze, to… w niej nie zagrał. Pech nie opuszczał go także w Lechu Poznań. Tam przez wiele lat piastował funkcję kapitana, ale działo się to w trudnym dla drużyny czasie. Gdyby występował w Kolejorzu dekadę wcześniej albo dekadę później, to być może zajmowałby inne miejsce w historii klubu. Tak się jednak złożyło, że dzisiaj kojarzy go niewielu kibiców. To PRZEMYSŁAW URBANIAK (ur. 9.03.1975).

trenerUrbaniakPrzemysaw

Mieszko, Mieszko, mój koleżko

Urbaniak to wychowanek Mieszka Gniezno. Urodził się jednak za późno, żeby załapać się na największy sukces swojego klubu, jakim był ćwierćfinał Pucharu Polski 1989/19990 (słynny dwumecz z Legią Warszawa). Młody zawodnik miał wówczas raptem 14 lat, choć już rok później zaczął terminować w drużynie seniorów gnieźnieńskiej ekipy. Występował w niej przez 3,5 roku (1990-1993), po czym przeniósł się do Kolejorza. Była wiosna 1994, a Urbaniak miał na karku 19 wiosen.

Za kogo tutaj wskoczyć?

Warto pamiętać, że Kolejorz, pomimo dość średnich wyników, dysponował wówczas bardzo silnym składem. Defensywę tworzyli tacy zawodnicy jak Waldemar Kryger, Jacek Bąk, Marek Rzepka czy Przemysław Bereszyński. O miejsce w wyjściowej jedenastce było bardzo trudno. Ten fakt tłumaczy dlaczego całą wiosnę 1994 Urbaniak spędził na ławce rezerwowych. W sezonie 1994/1995 także zagrał tylko w czterech spotkaniach. Dopiero po personalnych rewolucjach latem 1995 roku stał się pewnym punktem defensywy.

Pięć lat, w górę i w dół

To właśnie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych (1995-2000) Urbaniak był ważną postacią Kolejorza. W tym czasie zaliczył zarówno wspaniałe, jak i bardzo trudne chwile.

Do tych pierwszych z pewnością należy wywalczenie sobie przepustki do gry w Pucharze UEFA (4. pozycja w świetnym sezonie 1998/1999) oraz późniejsze mecze w tymże Pucharze (mecze z Metalurgsem Lipawa i IFK Goeteborg). Miłym wspomnieniem są również występy z kapitańską opaską na ramieniu. Urbaniak został liderem drużyny po tym, jak z klubem pożegnali się bardziej utytułowani koledzy – Piotr Reiss i Waldemar Kryger. Do bolesnych wspomnień zaliczyć zaś trzeba tragiczne w skutkach rozgrywki 1999/2000 i gorycz spadku z ekstraklasy. Urbaniak jako kapitan wyprowadzał zatem drużynę w międzynarodowych rozgrywkach, ale on też zgasił światło w lidze odprowadzając kolegów do szatni po ostatnim – zremisowanym 0:0 z Dyskobolią – meczu sezonu zakończonego degradacją.

Życie po Lechu

Po spadku Kolejorza Urbaniak pożegnał się z Poznaniem. Trafił do Widzewa Łódź (2 lata), później na pół roku do Grecji (AO Panserraikos), ale szybko wrócił do Widzewa (na rok). Wiosną 2004 roku rozegrał jeszcze 2 mecze w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki i to był koniec jego przygody z ekstraklasą. Łącznie wystąpił w 191 meczach (124 dla Lecha) i strzelił jednego gola (w meczu z ŁKS w 1997 roku).

Potem przez pół roku występował jeszcze w Widzewie, po czym wiosną 2005 roku wrócił w rodzinne strony – do Mieszka Gniezno. Grał tam przez 7 lat, wieszając buty na kołku dopiero w 2012 roku. Obecnie jest on trenerem Mieszka Gniezno, a do niedawna zawodnikiem tego klubu był jego syn – Dariusz (ur. 1994).

(Prawie) biało-czerwony

Z Urbaniakiem wiąże się także bardzo ciekawa reprezentacyjna historia. Otóż gracz Kolejorza otrzymał w czerwcu 1999 roku powołanie do kadry. Prowadzona przez Janusza Wójcika drużyna sposobiła się do wyjazdu do Tajlandii na Puchar Króla. Termin eskapady był bardzo nieszczęśliwy i większość podstawowych zawodników odmówiła udziału w zgrupowaniu. Urbaniak do Azji jednak poleciał. Kadra najpierw miała się tam zmierzyć z reprezentacją Brazylii, a później – jak się okazało na miejscu – z Nową Zelandią.

Obrońca Lecha wystąpił w tym pierwszym spotkaniu z Brazylijczykami (0:2). Otrzymał w nim jednak czerwoną kartkę, która zdyskwalifikowała go z udziału w kolejnym meczu. Do debiutu jednak doszło, dobre i to.

Wkrótce jednak ustalono, że „kadra Canarinhos” to wyłącznie czwartorzędna reprezentacja jednego z brazylijskich stanów i nie ma ona nic wspólnego z pierwszą reprezentacją Kraju Kawy. Mecz z Polakami uznano więc za nieoficjalny i jedynie spotkanie biało-czerwonych z Nowozelandczykami trafiło do kronik. Tym samym jedyny występ Urbaniaka z orzełkiem na piersi został „anulowany”! Lechita zatem nie jest reprezentantem Polski, mimo że zagrał w meczu reprezentacji.

Na blogu o Urbaniaku wspominaliśmy kiedyś również tutaj.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

Lecha Poznań

P.

czwartek, 02 marca 2017
Generał to mniej świrnięty Świr

Podobno był zdolniejszy, (prawie) na pewno rozsądniejszy. Podobno bardziej utalentowany, na pewno na boisku godniejszy. Pomimo to zdecydowanie bardziej pamiętamy obecnie jego młodszego brata - Piotra. To jednak MAREK ŚWIERCZEWSKI dzisiaj świętuje swoje pięćdziesiąte urodziny.

wir

Miał ksywkę "Generał" i coś było na rzeczy. Jego grę cechowała elegancja i rozwaga. Rzadko zbierał żółte kartki, czerwone - prawie nigdy. Świetnie wyprowadzał piłkę i celnie podawał. Większość kibiców może nie pamiętać, że swoją karierę zaczynał jako utalentowany napastnik. Później zresztą, już grając na obronie, również często trafiał do bramki przeciwnika. Świetnie grał głową, pewnie wykonywał rzuty karne.

W Polsce związany był przede wszystkim z dwoma klubami - Wisłą Kraków i GKS Katowice (a na samym początku - krótko z Hutnikiem Kraków). W tym pierwszym załapał się na kapitalny skład, z którym... spadł z ligi. W tym drugim był wieloletnim kapitanem i już żywą legendą. Kto wie czy jednak jeszcze bardziej ceniony nie był w Austrii, gdzie święcił triumfy w Sturmie Graz (dwa razy krajowy puchar),

indeks

notował dobre występy w Austrii Wiedeń i Admirze Wacker (w pewnym momencie była ich tutaj piątka - obok Świra także Iwan, Ledwoń, Szamo i Olszar), a potem przez wiele lat występował w klubach z niższych lig. Nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu, zawsze był liderem drużyny, w której występował.

Nie powiodło mu się natomiast w reprezentacji Polski. Choć ma na koncie sześć spotkań w kadrze prowadzonej przez Henryka Apostela, a część z nich w ramach el. EURO 1996 (z Francją, Rumunią, Izraelem i Azerbejdżanem), to nigdy nie był w niej podstawowym graczem. To dość interesujące, bo defensywa nie była wówczas mocną stroną biało-czerwonych, choć w jej środku występowali zwykle Łapiński, Zieliński i Wałdoch.

Przy tej okazji bardzo polecam ten wywiad, a w ramach wspominek również ten tekst o byłych graczach GKS z czasów Świra. Ciekawostką zaś jest to, że córka Świerczewskiego - Sandra - to austriacka gwiazda pływania.

P.

wtorek, 29 listopada 2016
Boguś wyparty

Kiedy czasem zastanawiam się nad najbardziej bezsensownym transferem w ramach naszej ekstraklasy przełomu XX i XXI wieku to wychodzi mi, że to ten. Transfer dzisiejszego jubilata (42. lata!) Bogusława Wyparły z ŁKS do Legii Warszawa. Bodzio W. został wypożyczony do stołecznego klubu na rundę wiosenną sezonu 1999/2000. I to wszystko było naprawdę dziwne.

wyp11

Wyparło był wówczas jednym z najlepszych golkiperów naszej ligi. Wciąż był jeszcze młody (25 lat), ale już bardzo doświadczony (9 sezonów w ekstraklasie!) i utytułowany (mistrz Polski 1998, 3-krotny reprezentant Polski). Transfer do Legii wydawał się więc awansem sportowym i przyczółkiem do dalszego podboju świata. Taki był plan Bodzia. Na Łazienkowskiej uległ on jednak bolesnej dekonstrukcji.

Pod koniec września 1999 trenerem Legii został Franciszek Smuda. Po nieudanym sezonie 1998/1999 (3. miejsce i 17 punktów straty do mistrzowskiej Wisły) władze klubu odprawiły Stefana Białasa, a po falstarcie w kolejnym (12 punktów w 9 meczach) błyskawicznie (po 2,5 miesiącach pracy) pogoniły Dariusza Kubickiego. Nowym szkoleniowcem ogłoszono Franza. Miał stać się zbawcą.

Smuda szybko zarządził wzmocnienie składu. Ściągnięto m.in. Łapińskiego, Wojtalę, Siadaczkę, Citkę i właśnie Wyparłę. Obaj panowie znali się jeszcze z czasów wspólnej w Stali Mielec. Bodzio miał w legijnej bramce zastąpić Szamotulskiego, który właśnie powędrował do PAOK Saloniki. Jego rywalem do miejsca między słupkami był 33-letni Zbigniew Robakiewicz.

Szybko okazało się jednak, że to właśnie Robakiewicza Smuda widzi w podstawowym składzie. A jak wiemy, gdy Franz kogoś nie widzi, to nie widzi go zupełnie. Efekt? Wiosną 2000 roku Wyparło nie wystąpił w żadnym ligowym meczu Legii. Żadnym! Z "elką" na bluzie ma na koncie raptem trzy występy - dwa w Pucharze Ligi, nazywanym przez Smudę mianem "pasztetowej" (dwumecz z Pogonią Szczecin, 4:0 i 1:1) oraz jeden w Pucharze Polski (3:2 z Amiką Wronki). Po zakończeniu rundy Wyparłę odprawiono bez żalu.

Ten sezon okazał się porażką dla wszystkich. Bodzio W. wypadł po nim z ligowego obiegu. Najpierw trafił do Ceramiki Opoczno, później zaliczył fatalny epizod w Radomsku, później Pogoń Leżajsk, Piotrcovia, Pogoń i ŁKS. Między listopadem 2001 a lipcem 2006 grał poza ekstraklasą. Stracone pół dekady.

Legia zajęła w końcowej tabeli wstydliwe czwarte miejsce (za Polonią, Wisłą i Ruchem), a sam Smuda również szybko wyleciał z Legii (marzec 2001).

Bodzio jednak pokazał charakter. W latach 2004-2012 grał w ŁKS (cztery lata w ekstraklasie), a później jeszcze grał w Stali Mielec. Ba, niedawno nawet wrócił do składu i w wieku 41 lat wystąpił w pożegnalnym II-ligowym spotkaniu z Olimpią Zambrów.

Twardy chłop. Ciekawe jak potoczyłaby mu się kariera, gdyby nie sparzył się tak na Legii. Ciekawe wywiady z nim tutaj, tutaj i tutaj. Natomiast tutaj kompilacja jego parad.

P.

Czytaj także:

Stalowe nostalgia

Niepodległościowe salwy (z Bogusiem na zdjęciu)

wtorek, 20 września 2016
Bonini do kadry (już był)

Natchniony mecz w wykonaniu Grzegorza Bonina (Górnik Łęczna - Korona Kielce 4:0) i zdobyte przez niego dwie fenomenalne bramki (do obejrzenia tutaj i tutaj) wywołały u niektórych fanów znane - choć tym razem okraszone uśmiechem - hasło: "Do kadry go!". Bonin jednak w kadrze... już był!

Bonin_LIT

"Boniniego" do reprezentacji powołał już bowiem Paweł Janas ponad dekadę temu. Rosły zawodnik w barwach Korony Kielce rozgrywał wówczas swój debiutancki sezon (2005/2006) w ekstraklasie. Radził sobie na tyle dobrze, że selekcjoner postanowił go spróbować w koszulce z orzełkiem. Raczej nie myślał o nim w kontekście zbliżających się MŚ 2006, bardziej chyba planował zobaczyć jak 23-letni piłkarz wypadnie w konfrontacji z bardziej utytułowanymi kolegami.

indeks2

Debiut wypadł na towarzyski mecz z Litwą. Nieoczekiwanie Polacy go przegrali (0:1). Bonin rozegrał całą pierwszą połowę, a po przerwie został zmieniony przez Radosława Sobolewskiego.

Pierwszy mecz okazał się jednak zarazem ostatnim i Bonin nigdy więcej nie zagrał już w reprezentacji. Nie oznacza to jednak, że nie był do niej powoływany. W 2007 roku trafił na grudniowe zgrupowanie w Turcji, ale w towarzyskim meczu z reprezentacją Bośni i Hercegowiny (1:0) nie zagrał. Natomiast we wrześniu 2010 roku został powołany przez selekcjonera Franciszka Smudę na mecze towarzyskie z USA (2:2) i Ekwadorem (2:2), ale też nie pojawił się na murawie.

Bonin to przykład niezwykle solidnego ligowca. Stosunkowo późno trafił do ekstraklasy (22 lata), ale gdy już to zrobił, to mocno się w niej zakorzenił. Zwykle występuje w średnich drużynach z aspiracjami (Korona, Górnik Zabrze, ŁKS, Pogoń, Łęczna), a próby zawojowania świata w barwach Polonii Warszawa do dziś jeszcze wspomina ze ściśniętym żołądkiem.

Kto wie, jeśli Bonin dalej będzie strzelał takie bramki, to jeszcze go zobaczymy w kadrze? :)

P.

środa, 18 maja 2016
Każdy miał być Okońskim albo Juskowiakiem...

W Lechu jak co (pół) roku trwają gorączkowe poszukiwania napastnika. Przy tej okazji warto przypomnieć sobie kilka postaci, które miały stać wielkimi poznańskimi goleadorami, ale... się nie stały.

Każdy z nich miał zostać nowym Okońskim albo Juskowiakiem – gwiazdą Lecha i asem ataku reprezentacji Polski. Łączy ich jednak to, że w ogóle nie wywalczyli sobie miejsca w składzie Kolejorza, a później ich kariery biegły po bardzo dziwnych ścieżkach. Wymienieni w tekście zawodnicy trafiali do pierwszego zespołu Lecha zwykle w podobnych okolicznościach. Byli młodzi i zdolni, ale już z dorobkiem w niższych ligach albo imponującymi osiągnięciami juniorskimi. Większość z nich regularnie występowało także w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Nie byli od razu przewidziani od podstawowej jedenastki, ale pokładano w nich spore nadzieje. Najpierw mieli okrzepnąć i dopiero z czasem zacząć seryjnie strzelać bramki. Życie potoczyło się jednak inaczej.

Marcin Klatt jako junior trafiał dla Lecha seriami i kwestią czasu wydawało się, kiedy tylko podbije ekstraklasę. W Kolejorzu debiutował jeszcze przed osiemnastymi urodzinami. Do końca sezonu 2002/2003 siedmiokrotnie wbiegał na boisko w końcówkach spotkań. Bramki jednak nie zdobył. Dość nieoczekiwanie po zakończeniu rozgrywek wytransferowano go do Kujawiaka Włocławek. Klatt na tyle dobrze radził sobie w III i II lidze, że sidła na niego zarzuciła… Legia Warszawa. Wejście do nowego zespołu zaliczył wspaniałe. W swoim trzecim meczu z „L” na piersi ustrzelił hat-tricka (3:0 z GKS Bełchatów),

a później trafił jeszcze do siatki Wisły Płock. Sezon zakończył z czterema golami i mógł się czuć pełnoprawnym mistrzem Polski 2006. Z czasem jednak „Klacik” mocno obniżył loty, a do tego doszły liczne kontuzje. Piłkarz krążył między kolejnymi klubami (Korona, Zawisza, ŁKS, Pogoń), ale nigdzie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Dobrze czuł się tylko w Warcie Poznań, gdzie przypomniał sobie jak się strzela bramki. Kolejne urazy sprawiły jednak, że mając 28 lat zakończył profesjonalną karierę. Obecnie prowadzi firmę budowlaną.

Marcin Pontus trafił do Lecha za sprawą swojego ojca – Janusza Pontusa, w przeszłości piłkarza Kolejorza (występy jesienią 1981). Rosły snajper strzelał sporo bramek w sparingach, ale nie był w stanie wygryźć ze składu Zakrzewskiego, Gajtkowskiego ani Nawrocika. Dla Kolejorza w ekstraklasie zagrał raptem kwadrans. Ciekawie ułożyła się jednak jego dalsza przygoda z piłką. Oprócz polskich klubów z niższych lig występował on również w hiszpańskim czwartoligowcu UD Horadada oraz drużynach z Cypru, Czech i Słowacji.

Przy okazji warto wspomnieć, że zdecydowanie najbardziej egzotyczny kierunek obrał piłkarz, którego trudno traktować jako pełnoprawnego lechitę, ale jednak rozegrał jeden oficjalny mecz w niebiesko-białych barwach w Pucharze Ekstraklasy. Jacek Magdziński nie zyskał jednak uznania trenera Smudy, a przez kolejne lata grał w takich klubach jak Flota Świnoujście, Zawisza Bydgoszcz, Chojniczanka Chojnice, Gwardia Koszalin, kluby z niższych lig angielskich, a po powrocie do Polski jeszcze Puszcza Niepołomice i Promień Kowalewo Pomorskie. W Ekstraklasie nie zadebiutował i dziś zapewne nikt by o nim nie pamiętał, gdyby nie to, że w wieku 28 lat zdecydował się na kontynuowanie kariery w… Angoli. W zeszłym roku grał w Académica Petróleos Clube do Lobito, zdobył dla tego klubu 10 goli i pomógł w utrzymaniu w tamtejszej Ekstraklasie, a zimą zmienił barwy klubowe na Progresso Associação do Sambizanga. W internecie można znaleźć relacje Magdzińskiego z jego afrykańskiej przygody.

Miał być talentem czystej wody wyciągniętym ze słynnej szkółki Gwarka Zabrze - Marcin Sobczak, dobrze zapowiadający się junior i młodzieżowy reprezentant Polski. Gdy jednak przyjechał do Poznania, to szybko się okazało, że to zbyt wysokie progi dla niego. W ciągu całego sezonu 2006/2007 grał tylko w meczach Pucharu Ekstraklasy. Po odejściu z Kolejorza próbował szczęścia w drużynach ekstraklasy (Ruch, GKS Bełchatów) i niższych lig (Zawisza, GKS Tychy) oraz w zagranicznych ekipach (w Grecji i Niemczech). Ostatnio Sobczak występował w Pniówku Pawłowice Śląskie (III liga).

Maciej Kononowicz miał – teoretycznie – lepsze warunki do odnoszenia sukcesów w Lechu.

z11467296Q,Maciej-Kononowicz

Był on bowiem liderem młodzieżowych drużyn Amiki Wronki, a gdy ta połączyła się z Lechem, to Kononowicz również przeniósł się do Poznania. Pomimo personalnych zawirowań dostał się do pierwszego zespołu „nowej” drużyny. Konkurencja jednak była dla niego za silna. Kononowicz wystąpił jesienią 2007 w dwóch spotkaniach ligowych. W obu wbiegł na boisko w… 90. minucie. Piłkarz pojawiał się potem w różnych wielkopolskich klubach (Polonia Środa Wielkopolska, Unia Swarzędz), miał też epizody w Chrobrym Głogów i Sandecji Nowy Sącz. W sezonie 2015/2016 gra w Sprotavii Szprotawa (IV liga).

Tomasz Mikołajczak – to miał być pewny transfer. Zawodnik o dobrych warunkach fizycznych, na dodatek długo obserwowany w barwach Nielby Wągrowiec, w której radził sobie znakomicie (18 i 16 goli w kolejnych sezonach). W Kolejorzu jednak kompletnie się zablokował. Nie tylko nie sprawdził się jako partner Roberta Lewandowskiego, ale nie sprawdził się nawet jako jego zmiennik. Jeśli trzeba byłoby wskazać jeden jego dobry mecz, to pewnie byłoby to spotkanie z Koroną (2:0, a Mikołajczak strzelił obie bramki).

Z Lecha trafił do Bytomia, później do Wągrowca, a od czterech lat gra w Chojniczance Chojnice.

Transfer Krzysztofa Chrapka już od samego początku poddawany był w wątpliwość przez wielu kibiców.

z14042346Q,Krzysztof-Chrapek-w-barwach-Lecha-Poznan

Zawodnik ten przed przybyciem do Kolejorza mógł się pochwalić występami dla Podbeskidzia Bielsko-Biała na drugim i trzecim szczeblu rozgrywek. Co prawda sezon poprzedzający przenosiny na Bułgarską (2008/2009) miał świetny (31 meczów i 18 goli), ale pamiętać należy, że było to tylko zaplecze ekstraklasy. Faktycznie pobyt Chrapka w Poznaniu to jedno pasmo porażek. W mistrzowskim sezonie (2009/2010) rozegrał 12 spotkań, w żadnym nie trafiając do siatki. Później zaś rozpoczęła się fatalna seria jego kontuzji, która wyłączyła go z gry niemal na trzy lata. Choć próbował jeszcze wrócić do profesjonalnej piłki, to kolejne próby okazały się nieudane. Dziś Chrapek gra w III-ligowym BKS Stal Bielsko-Biała.

O Patryku Wolskim w ostatnio sporo się mówiło z racji bardzo ciekawego artykułu, który pojawił się w „Przeglądzie Sportowym”. Urodzony w Radomiu zawodnik najpierw terminował w tamtejszych klubach, by później zasilić zespół Młodej Ekstraklasy Lecha. Radził w nim sobie na tyle dobrze, że jeszcze jako osiemnastolatek zadebiutował w ekstraklasie. Wiosną 2012 roku Wolski rozegrał trzy mecze, jesienią dorzucił trzy kolejne. Do tego zdobył pięknego gola w spotkaniu z Piastem Gliwice (4:0). Później jednak nabawił się fatalnej w skutkach kontuzji, po której nie wrócił już do zdrowia. Próbował jeszcze odbudować się w rodzinnym Radomiu oraz rezerwach Kolejorza, ale nie dał już rady rywalizować na wyższym poziomie. Po zawieszeniu butów na kołku został… trenerem! W wieku 22 lat objął występujący w A klasie zespół Centrum Radom.

Ostatnim zawodnikiem w tej wyliczance jest Michał Jakóbowski. Jego historia jest zupełnie świeża i niewykluczone, że zawodnik ten jeszcze kiedyś wróci do Lecha. Choć do Kolejorza był dokooptowany pod kątem drugiego zespołu, to jego świetne występy w rezerwach, a przedtem także w Warcie Poznań, dawały nadzieję, że młody zawodnik szybko zostanie zmiennikiem Ślusarskiego. Jakóbowski zagrał jednak tylko trzy „ogony” i pożegnał się z zespołem. Obecnie występuje w Bytovii.

Zawodnik

Wiek, gdy trafił do Lecha

Okres pobytu w Lechu

Dorobek w lidze dla Lecha

Marcin Klatt

18

Wiosna 2003

7-0

Marcin Pontus

19

Jesień 2004

1-0

Marcin Sobczak

19

2006/2007

0-0

Maciej Kononowicz

19

Jesień 2007

2-0

Tomasz Mikołajczak

22

2009-2010, wiosna 2011

32-5

Krzysztof Chrapek

24

2009/2010

12-0

Patryk Wolski

19

2012

6-1

Michał Jakóbowski

21

Jesień 2013

3-0

Gdy trafiali do Kolejorza wierzono, że na trwałe zapiszą się w klubowej historii. Dzisiaj ich nazwisk przeciętny sympatyk Lecha już nie pamięta.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

"Heej Lech!"

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18