Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 08 sierpnia 2018
Znikający Jaro

Przy Konwiktorskiej myśleli, że złapali Pana Boga za nogi. Łukasz Jarosiewicz (ur. 1981), dzisiejszy jubilat,

jaro

miał raptem 21 lat, gdy zaczął pobłyskiwać w solidnej ekipie Czarnych Koszul. Najpierw dobra wiosna 2003 roku (13 meczów - 1 gol), zaraz po transferze z Gwardii Koszalin. A potem solidny sezon 2003/2004 (21-1) i rewelacyjna jesień 2004 (8 meczów i 2 gole w lidze + 6 meczów i 5 goli w PP [w tym hat-trick z Koroną]). Trzeba mu oddać, że kibicom zaprezentował się pięknie, bo nie każdy strzela takie gole w derbach Warszawy (1:4), nominowane później przez C+ do tytułu "Bramki Roku"

i nie każdy potrafi tak dać zwycięstwo swojej drużynie w ostatnich minutach spotkania.

Diamencik, cudowne dziecko, bez dwóch zdań. W kalendarzu kończył się 2004 rok i wszystko wskazywało na to, że przed Jarosiewiczem świetlana przyszłość. Starać się o niego miały "kluby z dolnej półki Premiership, Holandii albo z dołu tabeli Bundesligi oraz Turcji". Transfer proponował również Sheriff Tyraspol.

Niestety nie było transferów, ani "nie było niczego". Piłkarz zaczął... znikać. Nie pojawiał się na treningach, miał zachorować na depresję. W tym sezonie już nie zagrał, w kolejnym zaliczył wiosną cztery ogony i... pożegnał się z poważną piłką. Pojawił się na chwilę w Anglii, na chwilę w Grecji, potem niższe ligi w Polsce, na moment zaplecze ekstraklasy w Kolejarzu Stróże (15-4), potem wyjazd do Szkocji, stamtąd do Anglii, następnie znowu niższe ligi Pomorza i okolic, a ostatnio regionalna liga w Niemczech. Sporo tych przeprowadzek, prawda?

To byłaby zwyczajna historia o tym, że kariera nie układa się tak jak powinna, gdyby nie to, że jest... kolejną historią o zmarnowanym na własną prośbę talencie. Według relacji dziennikarzy i byłych kolegów Jarosiewicza - przehulana, przepita i przegrana. O utracjuszowskim potencjale eks-polonisty z uznaniem wypowiadał się nawet Grzegorz Król, a to już musi budzić uznanie.

Trochę do poczytania o Jarosiewiczu:

Moja psychika nigdy nie była taka, jaka powinna być. Nadszedł czas, abym zmądrzał.

Wywiad - tutaj

Myślałem o samobójstwie, bo nie mogłem wytrzymać

Wywiad (zwróćcie uwagę na kontekst) - tutaj

Raz wziąłem udział w takim zdarzeniu (tj. handlu meczami). Ale wiem dużo. Mam w sumie spisanych sześć meczów, daty, nazwiska „naszych sędziów”. Jak będzie trzeba, to zostanę świadkiem. Sporo tego było, w tym czasie kiedy Polonia grała w pierwszej lidze i walczyła o utrzymanie.

Wywiad Marka Wawrzynowskiego - tutaj.

Po dobrych występach posypały się oferty z kilku klubów. Odbiło mi. Miałem spore pieniądze i nieodpowiednie towarzystwo. Najpierw było piwo, później wódeczka. Zabawy i beztroskie życie spowodowały braki treningowe.

Wywiad - tutaj.

Zostaliśmy bez pensji, bez odpowiedniej organizacji. Jakoś trzeba było odreagowywać frustracje, a Łukasz akurat lubił piwo.

Wywiad z Markiem Zubem - tutaj

Żeby jednak zakończyć jakoś pozytywnie, to warto wspomnieć, że Jarosiewicz z sukcesem się przebranżowił. Przerzucił się niedawno na trenerkę - prowadził Darłovię (do przeczytania - o początku pracy tutaj, o zakończeniu tutaj), a dobrze sobie radzi także w beach soccerze. Ba, gra nawet w reprezentacji Polski. Czyli jednak - sukces :)

P.

wtorek, 07 sierpnia 2018
Genk po polsku

Grzebiąc w archiwach w kontekście dwumeczu Lech - Genk trafiłem na miłe oku materiały. W tym belgijskim klubie występowało dotychczas czterech Polaków. Jakub Piotrowski gra tam obecnie, a transfer Grzegorza Sandomierskiego okazał się kompletnym fiaskiem i nasz golkiper nie zaliczył w KRC ani minuty. Lepiej zatem skupić się na pozostałej dwójce.

Pionierem w KRC był Krzysztof Bukalski (ur. 1970).

bukalski

Bukalski to przede wszystkim legendarna postać Hutnika Kraków (1986-1996). Występował w nim okrągłą dekadę, był kapitanem, strzelał masę goli. Dobrze grał także dla Wisły Kraków (1998-1999) oraz Górnika Zabrze (2003-2007), w międzyczasie zaliczając również kilka innych klubów. W latach 1995-1997 występował w reprezentacji Polski (17A-2), choć nigdy nie był w niej wiodącą postacią.

Do Genk trafił po fantastycznym sezonie 1995/1996, w którym Hutnik niespodziewanie wywalczył 3. miejsce w lidze i awansował do Pucharu UEFA, a sam Bukalski - pomocnik! - strzelił 11 goli. W Belgii od razu wskoczył do pierwszego składu, a pamiętajmy, że była to silna ekipa, z Bartem Goorem i Branko Struparem. W nowym otoczeniu radził sobie bardzo dobrze, a jedyny mecz w sezonie 1996/1997 opuścił ze względu na kartki. KRC Genk zajął ósmą pozycję w tabeli, a Bukalski dorzucił się do tego pięcioma golami - do wglądu poniżej:

gol z Germinal Ekeren (gol nr 3)

dublet z meczu z Cercle Brugge (gole Bukalskiego nr 1 i 4)

oraz Eendracht Aalst (gol nr 3 oraz asysta przy golu nr 2).

Jesień 1997 była również bardzo dobra w wykonaniu Polaka (dobra gra w Pucharze Belgii ukoronowana zdobyciem go w kolejnym roku), ale mimo to zimą zdecydował się na powrót do Polski - skusił się na ofertę budowanej właśnie wielkiej Wisły Kraków. Do poczytania o Bukalskim tutaj i tutaj.

Inaczej wygląda historia Ernesta Konona (ur. 1974). Ten piłkarz miał 21 lat, gdy wyjechał z kraju, by szukać szczęścia w Belgii. Najpierw grał w KVVO Overpelt-Fabriek, ale już po roku - dość zaskakująco - przeszedł do KRC Genk. W drużynie był tylko rezerwowym, ale i tak może pochwalić się tytułem wicemistrzowskim 1998 oraz dobrym bilansem: 10 meczów i 2 gole.

z Molenbeek (gol na 5:30)

i KAA Gent (gol nr 2, 1:33)

Konon potem występował m.in. w Cercle Brugge, KRC Harelbeke, KVK Tienen, na Cyprze, w polskiej ekstraklasie (Zagłębie Lubin, Jagiellonia, Korona Kielce) oraz na jej zapleczu (Jagiellonia, Śląsk, ŁKS). Swoją drogą to ciekawa postać, polecam ten i ten wywiad z nim.

P.

czwartek, 24 maja 2018
Żaba Cueto i jej jeden mecz

Dzisiejszy jubilat to zawodnik, w którym pokładano w Lechu wielkie nadzieje. Zaskakująco wielkie, mając na uwadze, że podkręcał je nieskory raczej do promowania cudzoziemców Franciszek Smuda. Anderson Cueto (ur. 24.05.1989), o niego chodzi.

1200px-Anderson_Cueto_2009

Franz bardzo wierzył w jego talent. Przyznam, że nie przychodzi mi do głowy żaden inny młody gracz, nad którym ten trener tak piałby z zachwytu. Faktycznie - Cueto był szybki jak wiatr, miał dobry drybling i dobrą lewą nogę. Jednocześnie miał także poważne słabości. O jego charakterze Smuda mówił tak: „Największy leń to ten mały Cueto. Ta żaba nie chce się uczyć”. Dotyczyło to zarówno nauki języka polskiego, jak i pracy na treningach.

Może była to kwestia zbyt dużej zmiany dla bardzo młodego wówczas piłkarza? Cueto trafił do Kolejorza na początku 2008 roku. Jak łatwo można policzyć miał wtedy 19 lat. Choć konkurencja w ofensywie Lecha była wówczas ogromna (Reiss, Rengifo, Quinteros, Zając), to Smuda chciał na niego stawiać. Już od początku wiosny wpuszczał go na ogony i równocześnie ogrywał w Młodej Ekstraklasie. W połowie kwietnia Cueto po raz pierwszy pojawił się w podstawowej jedenastce (mecz z Dyskobolią), a dwa tygodnie później rozegrał swój najlepszy mecz dla Lecha. Jedyny warty zapamiętania.

Lech - Jagiellonia 6:1 i dwa gole Peruwiańczyka. W 35. minucie otworzył wynik zawodów popisując się pięknym strzałem z powietrza z ostrego kąta.

W drugiej połowie zaś podwyższył na 3:1 - znowu z ostrego kąta, znowu lewą nogą, znowu bramkarz Jagiellonii bezradny.

Świetny mecz lechitów (choć trzeba pamiętać, że Jaga kończyła go w dziewiątkę, a jedna z czerwonych kartek została pokazana niesłusznie) i wspaniały występ Cueto. Wszyscy mieli więc prawo liczyć, że kolejne w jego wykonaniu równie dobre.

Ale nie były.

W dwóch ostatnich kolejkach sezonu 2007/2008 Cueto wychodził w pierwszym składzie, ale nic już nie wskórał. W kolejnych rozgrywkach był już tylko rezerwowym grającym końcówki spotkań - w ataku niepodzielnie rządzili Lewandowski z Reniferem. Rozegrał 16 meczów w ekstraklasie (15 jako rezerwowy, łącznie... 278 minut), 4 w Pucharze Ekstraklasy (tu wszystkie w pierwszym składzie i jeden gol!), 4 w Pucharze Polski, 3 w Pucharze UEFA (łącznie 14 minut) i 7 w Młodej Ekstraklasie. Bez szału, sami powiedzcie.

Mistrzowski sezon 2009/2010 był jeszcze gorszy. Jacek Zieliński nie pałał już takim uczuciem do Peruwiańczyka. W efekcie zaliczył on tylko 6 meczów w ekstraklasie (141 minut), ale za to aż 18 w Młodej Ekstraklasie. Chłopak poszedł w odstawkę i zdawał sobie z tego sprawę.

Dlatego też jesienią 2010 roku, po 2,5 roku pobytu w Poznaniu, Cueto postanowił wrócić do Peru. Umówmy się, że nikt specjalnie po nim w Poznaniu nie płakał. Pomimo niewątpliwych uzdolnień nie potrafił on odnaleźć się w bardziej zdyscyplinowanej rzeczywistości.

„Żaba” więc wrócił do ojczyzny i gra tam do dziś. Wielkiej kariery nie zrobił, nie wystąpił nigdy w reprezentacji swojego kraju, rzadko grywa w kontynentalnych pucharach (łącznie 8 meczów w Copa Libertadores - 4 z Juan Aurich w 2012 roku i 4 z Real Garcilaso w 2014), ale jest solidnym ligowcem (choć... na karku ma dopiero 29 lat, a znając żywotność andyjskich futbolistów, to jeszcze dekada kopania piłki przed nim  - wszystko jest zatem jeszcze możliwe).

Występował w Sportingu Cristal, Juan Aurich (mistrzostwo 2011), Alianza Lima Real Garcilaso, Sport Boys, Club Sport Victoria oraz ponownie w Juan Aurich.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Cueto trzy lata temu trafił na czołówki wielu sportowych gazet, ponieważ lekarz kazał mu występować na boisku… w okularach.

"Żaba w okularach", można byłoby napisać i byłaby to całkiem trafna puenta dla historii tego zawodnika.

P.

środa, 02 maja 2018
Derby Mankinka w Poznaniu - siedemdziesiąt pięć dni samotności

Makinka w Lechu

Dokładnie 25 lat temu, niedzielnym porankiem cała zapłakana Zambia chowała swych futbolowych herosów, członków narodowej reprezentacji, którzy kilka dni wcześniej u wybrzeży stolicy Gabonu Libreville zginęli w trakcie katastrofy lotniczej. Podczas uroczystej ceremonii pogrzebowej na stadionie Niepodległości w Lusace, prezydent kraju Fredrick Chiluba łamiącym się głosem, przechodzącym momentami w płacz, wygłosił niezwykle przejmującą przemowę-modlitwę, powierzając Bogu cały pogrążony w żałobie zambijski naród oraz jego tragicznie zmarłych futbolowych reprezentantów. Ci młodzi ludzie, nasi bracia, którzy odeszli, nie wiedzieli, że to był ich czas. Bo nie znamy naszego dnia. Wiemy też, że był człowiek – kontynuował Chiluba - zwany Hiobem, który jednego dnia stracił wszystkie swoje dzieci. Ale, o Boże, nawet wtedy Ci ufał. Więc i my w tej mrocznej chwili naszego narodu, powierzamy się Tobie.

Straciliśmy całe pokolenie światowej klasy piłkarzy, a z nimi mieliśmy spore szanse na awans do Mistrzostw Świata – mówił ówczesny zambijski minister sportu.

Spośród osiemnastu graczy, którzy zakończyli swe doczesne życie w wodach Atlantyku był też jeden szczególnie nam bliski. Derby Mankinka.

Derby Mankinka - najlepszy technik w Seulu, Piłkarz Roku w Zambii, gwiazd Pucharu Narodów Afryki 

Derby Mankinka na igrzyskach olimpijskich w Seulu '88 został uznany najlepszym technikiem imprezy, a legendarny włoski komentator Bruno Pizzul zachwycał się jego błyskotliwymi zagraniami, gdy z uśmiechem na ustach zakładał siatki bezradnym piłkarzom Italii, spośród których przecież aż dziewięciu sięgnie w swej karierze po medale mistrzostw świata czy Europy. Rok później, pomimo faktu, iż to sławni krajanie - Kalusha Bwalya oraz Charles Musonda błyszczeli odpowiednio w PSV Eindhoven czy brukselskim Anderlechcie, to właśnie on, głównie dzięki świetnej grze i ważnym trafieniom w eliminacjach do mundialu, został wybrany Piłkarzem Roku w Zambii. Na senegalskim Pucharze Narodów Afryki w 1992 roku swoją boiskową postawą zaimponował na tyle, że umieszczono go w jedenastce All Stars tego turnieju. Gdy jednak niewiele ponad miesiąc później zawitał do Poznania, pomimo najszczerszych chęci nie udało mu się wywalczyć miejsca w ekipie Kolejorza. Dlaczego? Na pewno nie wskutek braku futbolowej klasy, bo Mankinka był niewątpliwie jednym z najsłynniejszych i najlepszych piłkarsko obcokrajowców, jacy kiedykolwiek trafili do naszej ligi.

W 1988 roku, gdy nie miałem jeszcze dziesięciu lat, a wieści o futbolu pozakontynentalnym nie spływały, jak dziś wartkim i szerokim internetowym strumieniem, piłkarski Czarny Ląd spowity był dla mnie gęstą mgłą tajemnicy. Z całej Afryki poza autorem dwóch olimpijskich trafień z Seulu - Makinką, znałem nazwiska może jeszcze ledwie kilku piłkarzy. Na pewno byli w tym gronie Bwalya, Madjer czy Bouderbala, ale już raczej niewielu więcej. Wiosną 1992 roku przyjeżdżał więc do Poznania piłkarz nie tylko znakomity, ale i po prostu rozpoznawalny w piłkarskim świecie. Mankinka miał już na swoim koncie kilkadziesiąt występów w reprezentacji Zambii, trzy turnieje Pucharu Narodów Afryki, w tym jeden okraszony brązowym medalem (1990), igrzyska olimpijskie z legendarnym pogromem Italii jako znakiem firmowym (poza Mankinką w katastrofie zginie jeszcze trzech uczestników tego spotkania) oraz istotne trafienia w ważnych meczach o punkty swojego kraju. Tylko całkowity ignorant mógłby sądzić, że ktoś z tak bogatym bagażem futbolowych doświadczeń, ale przede wszystkim szerokim wachlarzem piłkarskich argumentów, w normalnych warunkach nie miałby szans na podjęcie rywalizacji o miejsce w składzie Kolejorza z graczami pokroju Ryszarda Remienia, Dariusza Kofnyta czy Mariusza Szeflera. A jednak Mankinka tych szans nie miał.

Zambijczycy w Pamirze Duszanbe - egzotyka w Wyższej Lidze ZSRR 

Prawdą jest jednak i fakt, że poznańska przygoda Mankinki nie była pierwszym podejściem zambijskiego pomocnika do podboju futbolowej Europy. Oczywiście o ile piłkarskim Starym Kontynentem można nazwać tadżycki Pamir Duszanbe. Jesienią 1989 roku Derby Mankinka wraz z dwoma kolegami z narodowego zespołu - Wisdomem Chansą i Pearsonem Mwanzą już samym swym pojawieniem się na boiskach bardzo mocnej przecież Wyższej Ligi ZSRR wywołali prawdziwą sensację, sprawiając że radzieccy kibice aż przecierali oczy ze zdumienia nie dowierzając temu, co widzą. Fakt, że trzej Zambijczycy zaczęli kopać piłkę za naszą wschodnią granicą odbił się echem również w Polsce. Tygodnik "Piłka nożna" z wypiekami na twarzy informował o tym niezwykłym wydarzeniu, bo zaiste zambijski tercet stanowił historyczny, pierwszy legalny zagraniczny zaciąg w lidze Związku Radzieckiego. Dzielni przybysze z Afryki przyjechali do stolicy Tadżykistanu na cztery kolejki przed końcem rozgrywek, by pomóc Pamirowi w walce o utrzymanie się w Wyższej Lidze.

Debiut Mankinki w ZSRR przypadł 2 października na stadionie moskiewskiego Torpeda. Tadżycki zespół przegrał aż 0:4, a w zespole zwycięzców grali m.in. znani potem z polskich boisk Wadim Rogowskoj i Władimir Greczniew. Ten ostatni strzelił zresztą w tym meczu dwie bramki. Było to pierwsze i zarazem ostatnie 90 minut Mankinki w lidze radzieckiej. Dlaczego zambijski pomocnik nie dostanie już więcej szansy w pełnym wymiarze gry, skoro tamtejsza prasa sportowa chwaliła występ zarówno jego, jak i Chansy? „Sowietskij Sport” boiskową postawę zambijskiego rozgrywającego podsumował wymownym stwierdzeniem: „sowsiem niepłocho”. W następnej kolejce Mankinka nie wybiegł już jednak na murawę choćby na chwilę. 22 października w Wołgogradzie, w przegranym 0:1 meczu z Rotorem pojawił się na placu na ostatni kwadrans. A kilka dni później 27 października 1989 roku, w kończącej sezon kolejce, zaprezentował się po raz pierwszy i ostatni zarazem przed własną publicznością w Duszanbe. Pamir w obecności 26000 widzów zremisował bezbramkowo z Metalistem Charków (w jego barwach wybiegło wtedy wielu późniejszych piłkarzy naszej ekstraklasy: Kołokołow, Derwinskij, Susło, Raljuczenko czy Tarasow) i osiągnął upragniony cel, jakim było utrzymanie się w lidze. Mankinka opuszczając boisko w stolicy Tadżykistanu w 53 minucie spotkania z Metalistem, pożegnał się z radzieckimi murawami już na zawsze. Łącznie zaliczy na nich podczas swych trzech występów zaledwie 158 minut gry. Wieloletni trener zespołu z Duszanbe Chabi Josifowicz uzna, że zambijski zaciąg z Mankinką na czele swą misję wypełnił, ale dalej Pamir zamierza radzić sobie bez niego.

Gdy po dwu i pół roku Derby Mankinka znów podejmuje próbę podboju kolejnej z europejskich lig, czyni to w glorii jednego z najlepszych graczy, obok takich gwiazd jak Abedi Pele, Yeboah czy Yekini, dopiero co zakończonego Pucharu Narodów Afryki. A kiedy sportowe media w Polsce informują o sensacyjnym transferze poznańskiego Lecha staje się jasne, że naszą ekstraklasę zasili naprawdę świetny piłkarz.

Noel Sikhosana z Wisły Kraków - pierwszy piłkarz z Afryki w ekstraklasie

Obok utytułowanego i najsłynniejszego cudzoziemca, jaki kiedykolwiek pojawił w naszej ekstraklasie, a grającego wówczas dla łódzkiego Widzewa Anatolija Demjanienki, Mankinka był z pewnością najbardziej znanym obcokrajowcem, jaki wylądował w tamtym czasie w polskiej lidze. A przy tym drugim, po efemerycznym przelocie przez naszą ekstraklasę urodzonego w Zambii Noela Sikoshany, ciemnoskórym piłkarzem z Afryki. Okazało się to jednak brzemieniem na tyle w ówczesnych realiach przytłaczającym, że najprawdopodobniej uniemożliwiło Derby Mankince zarówno pełną aklimatyzację, jak i zaprezentowanie choć niewielkiej części swego imponującego piłkarskiego talentu w stolicy Wielkopolski.

Wspomniany filigranowy Sikoshana, który przybył do Polski poprzedniej wiosny, zagrał w krakowskiej Wiśle zaledwie raz, więc trudno w tym przypadku mówić o jakimkolwiek przecieraniu przez niego szlaków w ekstraklasie graczom z Afryki. Robert Gaszyński, który sprowadzał Sikoshanę do Krakowa, tak opowiadał Michałowi Zichlarzowi na Afrykagola.pl o przyczynach błyskawicznego przelotu Zambijczyka przez Polskę: Noel był świetnie wyszkolonym graczem. To był taki typowy playmaker. Pamiętam jego mecz w rezerwach na boisku AGH. Drużyna wygrała sparing 3:0, a on strzelił wszystkie trzy bramki. Po przyjeździe od razu wpadł w normalny rytm treningowy. Szkoleniowcem był wtedy Adam Musiał. Noel nie był przygotowany fizycznie i psychicznie do tego, co zastał na miejscu. To był dla niego szok. Na początku lat 90. niewiele osób mówiło u nas po angielsku. Do tego dochodziła tęsknota za domem, żoną i małym dzieckiem. Starałem mu się pomóc, jak umiałem, ale szybko stwierdziliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do RPA do najbliższych. Potrzebował wtedy więcej czasu, żeby pokazać na co go naprawdę stać.

To ważne słowa, bo wiele z nich można będzie niestety odnieść rok później również do sytuacji Derby Mankinki, próbując diagnozować przyczyny jego wręcz zdumiewającego niepowodzenia w poznańskim Lechu. Przytłaczająca samotność, trudności aklimatyzacyjne, poczucie własnej obcości i inności. Nie wolno nam bowiem patrzeć na poznański epizod Mankinki przez pryzmat obecnego, zglobalizowanego niemal do cna świata. Pamiętać musimy, że żyjemy dziś w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą zastał zambijski piłkarz przyjeżdżając do stolicy Wielkopolski na początku lat 90. Jesteśmy przecież niemal dwie dekady po występach Emmanuela Olisadebe w polskiej reprezentacji, a przez naszą ekstraklasę i niższe ligi rozgrywkowe przewinęły się już setki kolejnych piłkarzy z Afryki. Całkiem niedawno kapitanem Kolejarza był ciemnoskóry Aziz Tetteh. Jednak wtedy, wiosną 1992 roku afrykański piłkarz na polskich boiskach stanowił istną sensację już nawet nie futbolową, ale społeczno-kulturową. I wobec efemerydy jaką okazał się być pobyt w Krakowie Sikoshany to właśnie Mankinka, chcąc nie chcąc, musiał wziął na własne barki niewdzięczne zadanie bycia pionierem animowania procesu oswajania się polskich kibiców z widokiem ciemnoskórego zawodnika na boiskach ekstraklasy. A umówmy się, że jakimś nadmiernie łatwym zadaniem z pewnością to nie było, by na eufemizmie poprzestać.

Nasz ceniony pięściarz - Izu Ugonoh, który urodził się i wychowywał w Polsce, a miał zaledwie sześć lat, gdy Mankinka przyjechał do naszego kraju, niejednokrotnie opowiadał o tym, jak momentami mało przyjemnym doświadczeniem było dla niego jako ciemnoskórego chłopaka, funkcjonowanie w polskiej rzeczywistości początku lat 90. Sam zresztą pamiętam z dzieciństwa, że gdy u schyłku lat 80. przez jeden z peronów poznańskiego dworca szedł ciemnoskóry mężczyzna (zapewne student jednej z tutejszych uczelni) to oglądali się za nim dosłownie wszyscy. Tak głęboko nieoswojony był to widok w komunistycznej, a potem świeżo postkomunistycznej Polsce. I nie chodziło tu przecież o żaden prymitywny rasizm żywiący się nienawiścią. Po prostu zwykła ciekawość, pobudzona bliskością czegoś, co tak bardzo obce i nieznane.

Derby Mankinka przyciągnął tłumy na sparing Lecha Poznań z Górnikiem Konin

Przyglądając się więc nieudanej przygodzie Mankinki w polskim futbolu nie wolno nam nawet na moment zapomnieć o całym tamtym kontekście społeczno-kulturowym. Bez niego bowiem zrozumiemy mniej niż niewiele z tamtej rzeczywistości. Dziś gdy wszyscy wytresowani jesteśmy niemal do szpiku kości w poprawności politycznej, ów kontekst dość zawstydzająco daje o sobie znać już choćby podczas zetknięcia z lekturą ówczesnej prasy, nie tylko sportowej zresztą. Właściwie wszystkie ówczesne tytuły, z "Gazetą Wyborczą" na czele, musiałyby się dziś długo rumienić i kajać za swe notatki prasowe związane z pojawieniem się Mankinki w Poznaniu.

I choć o przyjeździe Zambijczyka do stolicy Wielkopolski mówiło się już od stycznia, to ostatecznie piłkarz dotarł do Polski dopiero w pierwszych dniach marca 1992 roku. 6 marca odbył swój pierwszy trening w Kolejorzu, który następnego dnia skrzętnie zrelacjonowała na swych łamach „Gazeta Poznańska”, podsumowując całą sprawę konkluzją: „Trudno wydać jakieś ostateczne opinie po kilkunastu zagraniach. Jedno jest pewne. ‘Czarna perła’ dysponuje silnym strzałem z obu nóg”. I namawiając do wybrania się nazajutrz, w sobotnie południe na ostatni przed wiosenną inauguracją sparing z Górnikiem Konin, zachęcała: „Warto jutro wybrać się na stadion. Ciemnoskóry gracz w Lechu, tego jeszcze nie było!”.

Derby Mankinka Makinka Zambia Lech Poznan

I rzeczywiście, pierwszy Afrykańczyk w historii wielkopolskiego futbolu wśród poznańskich kibiców wzbudził „olbrzymie zainteresowanie” – jak relacjonował dla ogólnopolskiego, katowickiego „Sportu” Andrzej Kuczyński w tekście zatytułowanym „Murzyn Mankinka”: „Aż kilka tysięcy przyszło na ostatni sparing Lecha z trzecioligowym Górnikiem Konin. Wielu tylko dlatego, by zobaczyć w akcji Murzyna. Mankinka udowodnił, że jest wszechstronnym, nietuzinkowym piłkarzem. I choć w spotkaniu wygranym przez Lecha aż 9:0 gola sam nie strzelił, jego współudział przy kilku bramkach był znaczny”. Afrykański piłkarz, jako jeden z nielicznych przebywał na boisku pełne 90 minut. Jak się później okaże będzie to jedyne pełne spotkanie, jakie Zambijczyk rozegra dla Kolejorza.

Zagadnięty po sparingu przez poznański „Express” o przydatność piłkarza do drużyny, szkoleniowiec Lecha – Henryk Apostel odparł, że jest jeszcze za wcześnie, by wyrażać o nim ostateczne opinie, dodał jednak, że dobrych zawodników, a takim Mankinka z pewnością jest, nigdy w zespole za wiele. Nieco bardziej wylewny był Apostel podczas wywiadu dla „Przeglądu Sportowego”, gdzie dzielił się własnymi przemyśleniami dotyczącymi afrykańskiego pomocnika. Poznański szkoleniowiec doskonale zdawał sobie sprawę również z marketingowych walorów Mankinki: Z pewnością jest to magnes, który przyciągnie kibiców. Apostel miał też oczywiście świadomość piłkarskich umiejętności Zambijczyka, dzielił się jednak szczerze własnymi wątpliwościami, wynikającymi między innymi z faktu nie przepracowania przez niego wraz z drużyną okresu przygotowawczego do rundy wiosennej. Derby naprawdę dużo umie, ale nie wyobrażam sobie bym mógł po jego kilkunastodniowym pobycie w klubie stawiać w ciemno na piłkarza, którego mało znam, którego solidnie nie sprawdziłem. Na razie nie wiem tak na sto procent, czy będzie u mnie grał czy też nie. Trzeba poczekać trochę na rozwój wydarzeń. Choć jeszcze raz podkreślam – Mankinka to chłopak, który czuje futbol – wie, kiedy wrócić, pomóc kolegom z obrony. W porównaniu z próbowanym wcześniej w Lechu Argentyńczykiem Rodriguezem - to znakomitość. Żałuję tylko, że przyjechał do Polski tak późno. Miał być w Poznaniu pod koniec stycznia.

Olimpia Poznań i Bolesław Krzyżostaniak wchodzą do gry o Mankinkę

Gdy w połowie marca Lechici inaugurowali rundę wiosenną meczem z Zagłębiem Lubin przy Bułgarskiej, Mankinka wciąż jeszcze nie został potwierdzony do gry w Kolejorzu. „Snuł się z nieodłącznym walkmanem na uszach po klubowym budynku, szczerzył białe zęby w kierunku pozdrawiających kibiców” – pisał wysłannik „Przeglądu Sportowego” Janusz Basałaj. „Kiedy półtorej godziny przed meczem – czytamy dalej w relacji „PS” - Wywrot nienaganną angielszczyzną wezwał go na przedmeczową odprawę, pomyślałem że Afrykanin zadebiutuje w Lechu. Mankinka jednak szybko wyprowadził mnie z błędu: - ‘Jeszcze nie dziś. Nie dotarł do Poznania mój menedżer i nie załatwiono transferu do Lecha. Czekam…’. Pytany o wstrętną – wietrzną i deszczową pogodę w Polsce, odparł, że aura wcale nie jest taka straszna. – ‘Kilka lat temu byłem w ZSRR. Tam to było zimno…’.

makinka2

Gdy czas nieubłaganie upływał, a kolejne ligowe mecze ze Śląskiem i Górnikiem Mankinka znów musiał przesiedzieć na trybunach, korespondent „Przeglądu” – Marek Lubawiński donosił o wielkim „rozgoryczeniu” piłkarza faktem, że wciąż nie może występować na boisku, bo opóźnia się przyjazd do Poznania jego menedżera, a tym samym dopięcie formalności transferowych.

Wreszcie jednak w stolicy Wielkopolski pojawił się długo wyczekiwany Wiesław Grabowski i od razu rozwój wydarzeń nabrał błyskawicznego tempa. U progu kwietnia „Express Poznański” informował nawet o zupełnie nieoczekiwanym zwrocie w sprawie transferu Mankinki, gdyż do gry o pozyskanie Zambijczyka włączyli się również operatywni działacze poznańskiej Olimpii. Jak donosił „Express” „ponad dwugodzinne rozmowy przyniosły skutek” i Zambijczyk miał zadebiutować w broniącym się przed spadkiem gwardyjskim zespole już na dniach, w meczu przeciwko Zagłębiu Sosnowiec. A prezes Olimpii Bolesław Krzyżostaniak niemal rozpływał się ze szczęścia: Aż trudno mi uwierzyć, że za tak niewielką kwotę można pozyskać gracza tak dobrej klasy.

Derby Mankinka w Lechu za 20 tys. dolarów. "Murzyn umówiony"

Lech nie zamierzał jednak biernie się przyglądać jak po kilku tygodniach trzymania w klubie Mankinki to rywal zza miedzy sprząta im sprzed nosa gwiazdę afrykańskiego futbolu. Działacze Kolejorza wkroczyli do akcji i ostatecznie w rozmowach z Grabowskim dopięli swego, więc „Przegląd Sportowy” mógł triumfalnie zakrzyknąć w tytule na swych łamach: „Murzyn umówiony”. Nieco więcej światła na sprawę zakontraktowania Zambijczyka do Lecha rzucił Leszek Gracz, a obszerne fragmenty jego tekstu „Bezpieczny transfer” pisanego dla „Głosu Wielkopolskiego” warto przytoczyć, bo jest on naprawdę bardzo istotny i znakomicie obrazuje ofiarą jak dziwacznej konstrukcji transferowej stał się Mankinka w Poznaniu i dlaczego jego los był przesądzony niemal już na starcie. „Duże brawa należą się działaczom Lecha” – pisał Gracz. - „Tak korzystnego i bezpiecznego transferu nie załatwił chyba w Polsce nikt dotychczas. Etatowy reprezentant Zambii, czarnoskóry Derby Mankinka podpisał wreszcie kontrakt z KKS Lech. Kwota transferowa jest śmiesznie niska, bo wynosi zaledwie 20 tysięcy dolarów. Za taką kwotę nie można kupić żadnego pierwszoligowego gracza nawet w Polsce. A przy tym działaczom Lecha udało się zawrzeć w umowie klauzulę bezpieczeństwa i zarazem opóźniony termin płatności. Mankinka już teraz, od meczu z Pegrotourem może grać w Lechu, ale zapłacić trzeba będzie za niego dopiero po 5 maja. A można i wcale nie płacić, jeśli trener Apostel uzna, iż nie jest to zawodnik przydatny dla jego drużyny. W ten sposób Zambijczyk może rozegrać w polskiej lidze pięć meczów a potem spakować walizki i wrócić do domu a Lech nie straci ani złotówki na transfer. Gdyby jednak Kolejorz zdecydował się na Mankinkę, to podpisany kontrakt gwarantuje jego występy w Poznaniu do 20 czerwca. Czy jednak Lech zechce zapłacić za następnych dziewięć meczów Afrykanina 20 tysięcy dolarów? Trochę w to wątpię, tym bardziej, że działacze Lecha okazali się bardzo przebiegli w negocjacjach i nie bez powodu poszukali takich wentyli bezpieczeństwa. Chyba, że Derby Mankinka będzie rewelacją polskiej ekstraklasy, czego jednak nie należy się spodziewać” – kończy swój wywód dziennikarz „Głosu”.  

Po kilku tygodniach treningów w Lechu oraz oczekiwania na upragnione przyklepanie transferu do Kolejorza, dla Mankinki wreszcie zaświeciło się zielone światło. Teraz jego występy na Bułgarskiej uzależnione były już tylko i wyłącznie od decyzji Henryka Apostela. Poznański szkoleniowiec na łamach lokalnego „Expressu” wyznał bez entuzjazmu: W obecnej sytuacji kadrowej, wobec kontuzji Gębury czy Korniejca, nie wykluczam jego występu w meczu z Pegrotourem. Po to go wzięli działacze do naszej drużyny, by grał, a nie siedział na ławce. Zaakcentowanie faktu, że to nie on - trener, a działacze „wzięli” Mankinkę do zespołu, jest tu bardzo wymowne.

Lech Poznan - Pegrotour Dębica. Mankinka przekreślony u Apostela po debiucie

Nadszedł wreszcie 11 kwietnia 1992 roku. Lider tabeli poznański Lech podejmuje w stolicy Wielkopolski zdecydowanego outsidera - Pegrotour Dębica. Aż dwanaście tysięcy widzów zjawia się na Bułgarskiej głównie po to, by zobaczyć w akcji gwiazdę afrykańskiego futbolu. Kolejorz niemal miażdży rywala (statystyki strzałów celnych 11:0 mówią wiele). W 54 minucie spotkania, przy bezpiecznym prowadzeniu 2:0, Apostel decyduje się umożliwić Mankince debiut w ekstraklasie. Reprezentant Zambii zastępuje Jacka Dembińskiego. Kilka minut później Kolejorz podwyższa na 3:0 i jakiekolwiek resztki emocji związanych z tym pojedynkiem praktycznie wygasają. „Może na nieszczęście dla Mankinki – lechitów trzybramkowe prowadzenie zupełnie zadowoliło i mecz praktycznie się skończył. Stąd – przy najlepszych nawet chęciach – trudno ocenić grę Zambijczyka, a także dostrzec jego walory” – pisał dla krakowskiego „Tempa” w swej relacji pod nieco żenującym tytułem: „Nie bać się czarnego luda” Wojciech Michalski.

Derby Mankinka Makinka Zambia Lech Poznań

Ogólnopolski „Sport” piórem Andrzeja Kuczyńskiego swą relację z meczu Lecha z Pegrotourem opatrzył tytułem „Debiut Zambijczyka”. „Mimo, iż Pegrotour – czytamy dalej - nie stawiał wysokich wymagań, Mankinka nie pokazał nic szczególnego. Zdziałał jedno: przyciągnął ludzi na trybuny. A to też sukces organizacyjny Lecha”. W sposób chyba najbardziej plastyczny historyczny debiut pierwszego ciemnoskórego gracza w barwach Kolejarza starał się zrelacjonować na łamach lokalnej prasy Krzysztof Szczesiak z „Poznaniaka”: „Poznańscy kibice powitali Mankinkę burzą oklasków. Pierwsze nieudane zagranie 'Czarnego' wzbudziło salwę śmiechu. Później nie było lepiej. Najlepszy technik seulskiej olimpiady nie pokazał nic nadzwyczajnego. Wyróżniał się tylko… kolorem skóry. Zmarnował nawet okazję do strzelenia gola. Wydawał się zagubiony. Po jednym z fauli sędzia Mikołajewski wezwał Mankinkę do siebie. Być może miał mu coś do powiedzenia, ale nie mogli znaleźć wspólnego języka. Zwięzły instruktaż gry w piłkę nożną arbiter wyraził rękami”.

Również pozostałe lokalne tytuły nie oceniły pochlebnie jego niespełna czterdziestominutowego występu. Stanisław Garczarczyk konkludował w „Gazecie Poznańskiej”, że „Czarnoskóry piłkarz wyraźnie ustępował partnerom, zaledwie raz włączając się do akcji ofensywnej. Trudno oczekiwać jego udziału w poważniejszych pojedynkach”. Zdecydowanie najostrzej potraktował piłkarza autor wcześniejszego tekstu o „bezpiecznym transferze” - Leszek Gracz, który w „Głosie Wielkopolskim” nie przebierał w słowach, pisząc o Zambijczyku, iż ten „pętał się po boisku całkowicie zagubiony". "Zawiódł publikę całkowicie. Ciekawe, kto z ramienia klubu jest odpowiedzialny za jego ściągnięcie. Na szczęście za Mankinkę nie trzeba będzie płacić” – starał się dostrzec światełko w tunelu dziennikarz. „Gazeta Wyborcza” zauważała, iż w grze Zambijczyka „widać było zaległości treningowe”.

Najbardziej wyrozumiały w ocenie debiutu wciąż przecież aklimatyzującego się z trudem w zupełnie nowych dla niego warunkach piłkarza z Afryki, był korespondent „Przeglądu Sportowego” Tomasz Jaroński: „Widać było, że jest trochę zagubiony, ale pokazał kilka ładnych dryblingów, a i mógł nawet strzelić gola, lecz piłka po lobie w 72 minucie nie trafiła do bramki”. Natomiast ten, który był najważniejszym jurorem boiskowych poczynań reprezentanta Zambii, czyli sam szkoleniowiec Lecha – Henryk Apostel, w swej pomeczowej wypowiedzi na łamach poznańskiego „Expressu” wystawił piłkarzowi ocenę bardzo zdawkową acz jeszcze bardziej wymowną: Jak grał Mankinka każdy widział, a ja nie mam nic do dodania. To znów ważne i brzemienne w skutki słowa Apostela, bo jak przyszłość pokaże, po swym debiucie Mankinka właściwie został przez szkoleniowca skreślony na dobre i już nigdy nie miał dostać w Lechu prawdziwej szansy.

Derby Mankinka Makinka Lech Poznań Zambia

Mankinka bez podań i pomocy od piłkarzy Lecha 

A jednak, gdy tydzień po meczu z Pegrotourem, podczas wyjazdowego spotkania w Mielcu z tamtejszą Stalą, już po 20 minutach gry boisko z powodu złamania kości piszczelowej musiał opuścić Jacek Dembiński, Apostel chcąc nie chcąc znów zmuszony był, aby w roli jego zmiennika wysłać na murawę Derby Mankinkę. Zambijczyk dostał więc niespodziewanie aż 70 minut gry i wykorzystał ten czas nie tylko na podziwianie z bliska efektownych czarnych wąsów czołowej gwiazdy rywali - Adama Fedoruka, lecz i sam wypadł piłkarsko całkiem nie najgorzej. Spotkanie to jednak pokazało również jak mało akceptowany jest przez swoich klubowych kolegów piłkarz z Afryki. Ludzie, którzy byli bardzo blisko poznańskiego zespołu wspominali po latach, że w Mielcu Mankinka momentami dawał próbkę naprawdę sporych umiejętności i mógł nawet uzyskać jakiś bramkowy łup, ale koledzy nie bardzo chcieli z nim grać, więc w kluczowych momentach nie otrzymywał od partnerów podań, ze szkodą zresztą dla całej drużyny. Lech wygrał jednak ze Stalą i wzbogacił się o cenne punkty na drodze do mistrzowskiego tytułu.

Następne trzy spotkania Zambijczyk znów przesiedział na ławce rezerwowych. Na początku maja pojawiła się nawet informacja o możliwości przejścia Mankinki do drugoligowej Warty Poznań, mającej wówczas naprawdę ciekawy zespół, ale kierownictwo „Zielonych” natychmiast podniosło dementi. 9 maja 1992 rokuna stadionie w Nowej Hucie Mankinka wybiega więc na ostatnie 10 minut meczu Kolejorza przeciwko Hutnikowi. Zambijski pomocnik pojawił się na murawie, gdy lechici przegrywali 1:2, ale już kilka minut po jego wejściu Trzeciak uzyskał bardzo efektowne wyrównujące trafienie. Gdy Mankinka opuszczał boisko na krakowskich Suchych Stawach chyba jeszcze nie przypuszczał, że będą to jego pożegnalne minuty w polskiej lidze.

Mankinka obok zespołu: karty w autokarze po Legia - Lech, "sprzedawczyki" po derbach z Olimpią

Kilka dni później pojedzie jeszcze do Warszawy na arcyważny mecz przeciwko Legii. Reporter „Poznaniaka” uwiecznił w swej relacji wciąż jeszcze żywe nadzieje Zambijczyka na otrzymanie wreszcie prawdziwej szansy w ważnym meczu Lecha. Jestem tu pierwszy raz. Jeszcze nigdy nie grałem w Warszawie. Może dziś trener da mi szansę – zwierzał się Mankinka. Owej upragnionej szansy przy Łazienkowskiej jednak nie otrzymał. Kolejorz po bramkach Kowalczyka i Kopcia przegrał 0:2. Opisana w reportażu scenka z drogi powrotnej lechitów autokarem do Poznania, gdy koledzy z zespołu razem grają w karty, a Zambijczyk nakłada nieodłączne słuchawki od walkmana na uszy i nakrywa się bluzą z kapturem, również wiele mówi o jego pozycji w zespole i braku asymilacji z resztą drużyny. To z pewnością smutny obrazek. Tym bardziej, że nawet z wewnątrz tamtej ekipy dochodzą po latach głosy, że zespół traktował Mankinkę jak ciało obce – zarówno na boisku, jak i poza nim. Afrykański piłkarz po prostu nie miał szansy, by przebić ten mur. Nie dostał jej ani od kolegów, ani od trenera. Zabrakło z ich strony zwykłej refleksji, że Lech z Mankinką na pokładzie może wiele zyskać i być po prostu lepszą drużyną.

16 maja Mankinka już z wysokości trybun po raz ostatni śledzi na żywo grę Lecha. I w tym akurat przypadku być może lepiej, że nie znalazł się na murawie, bo poznańskie derby z Olimpią kończą się podziałem punktów i całym gradem epitetów zaserwowanych przez kibiców Kolejorza swym piłkarzom, z których „sprzedawczyki” należały do zdecydowanie najłagodniejszych. Jeszcze przed spotkaniem w klubowej kawiarence dziennikarz „Głosu” usłyszał od Zambijczyka, że ten jest już spakowany i za kilka dni z żalem opuszcza nasz kraj - „z żalem, bo bardzo liczył na grę w polskiej lidze”. Lokalny „Express” dodaje jeszcze, że odchodzącym z Lecha afrykańskim pomocnikiem zainteresowanie wyraził francuski Montpellier, podsumowując całą sprawę Mankinki cokolwiek lapidarnie: „Tak więc z krajobrazu zniknie egzotyka. Trochę szkoda”.

Mankinka "niepożyteczny dla zespołu"?

Już po zakończonym sezonie i wywalczonym tytule Mistrza Polski, zagadnięty przez tygodnik „Piłka nożna” o Mankinkę, Henryk Apostel powiedział krótko: Był taki. I dodał: Oceniliśmy w gronie trenerskim, że nie jest pożyteczny dla zespołu. Dlatego z niego zrezygnowaliśmy i na tym bym skończył. Natomiast kilkunastu dziennikarzy, głównie lokalnych, wybierze Mankinkę w swym plebiscycie największym rozczarowaniem sezonu w barwach Kolejorza.

We wtorek 19 maja 1992 roku Derby Mankinka rozgoryczony nieudaną poznańską przygodą wylatuje z Polski.

Rok później, jego młodziutka żona będzie już wdową, a małe dzieci nie będą miały ojca.

Dlaczego nie udało się Mankince w Lechu? A może raczej dlaczego nie udało się Lechowi z Mankinką? Powodów na pewno było wiele, ale myślę, że zambijski pomocnik po prostu nie dostał swej prawdziwej szansy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że został skreślony już na starcie. Najpierw potraktowany jakimś uwłaczającym jego sportowej klasie para-kontraktem przez działaczy, a potem wypluty przez kolegów z zespołu i trenera. Być może jako czarnoskóry piłkarz przyjechał Mankinka do Polski po prostu jeszcze zbyt wcześnie. A bycie pionierem i przecieranie szlaków zawsze boli i kosztuje. Pamiętajmy też, że problemy pierwszych afrykańskich graczy w poszczególnych ligach europejskich nie były wyłącznie polską specyfiką. Aklimatyzacja zazwyczaj przebiegała topornie. Szczególnie w Europie postkomunistycznej. Potwierdzają to przykłady choćby z ligi czechosłowackiej czy węgierskiej. Reprezentacyjny kolega Mankinki – Timothy Mwitwa, który również zginie u wybrzeży Gabonu, uciułał w praskiej Sparcie niewiele więcej występów niż ten w Lechu.

Zresztą również za naszą zachodnią granicą przecieranie szlaków przez afrykańskich futbolowych prekursorów nie było wcale łatwiejsze. Pierwsi ciemnoskórzy gracze w Bundeslidze – Ibrahim Sunday czy Etepe Kakoko na przełomie lat 70. i 80. uzbierali razem półtorej występu. Dopiero w połowie lat. 80. Anthony Baffoe potrafił przebić się na dobre w RFN. Również u nas Sikoshana i Mankinka odgrywali niewdzięczną rolę pionierów. Następnym było już znacznie łatwiej. To oczywiście paradoks, że występujący w Kolejorzu zaledwie kilka lat po Mankince – Gwinejczyk Sekou Drame, choć piłkarsko z pewnością prezentował niższą jakość od Zambijczyka, znaczył dla Lecha znacznie więcej. Ktoś jednak wcześniej musiał przetrzeć mu szlaki. W połowie lat 90. Mapeza, Lambo, Tetteh, Yahaya, Zeigbo czy wreszcie Olisadebe byli już w naszej lidze prawdziwymi gwiazdami. Czy jednak udałoby im się nimi zostać, gdyby to oni byli tymi pierwszymi afrykańskimi graczami na naszej ziemi, jak Derby Mankinka? Prawda bowiem jest taka, że przecież żaden z nich nie znaczył w reprezentacji swego kraju nawet połowy tego, co pomocnik Lecha w swej ojczyźnie. Warto też zdać sobie sprawę z faktu, że minęło przecież ponad ćwierćwiecze, a z kontynentu afrykańskiego już nigdy potem nie przyjechał do Polski piłkarz o podobnej renomie i rozpoznawalności w futbolowym świecie, co zambijski olimpijczyk z Seulu.

Mankinka "był dla Zambii tym, czym Steven Gerrard dla Liverpoolu"

Derby Mankinka był blisko stukrotnym reprezentantem swego kraju. Strzelał piękne i cenne bramki w najważniejszych meczach o punkty. I choć ma w dorobku cztery istotne turnieje to na pewno zabrakło tego najważniejszego – mundialu. A reprezentacja, w której grał, naprawdę nie była daleka od osiągnięcia tego upragnionego celu. Zawsze jednak brakowało trochę szczęścia, a eliminacji do amerykańskiego World Cup '94 Mankince oraz osiemnastu jego kolegom niestety nie dane było dokończyć. Na zambijskich forach kibiców były piłkarz Lecha wspominany jest jako najlepszy defensywny pomocnik w historii tego kraju: Silny, utalentowany, niestrudzony, z bardzo mocnym i precyzyjnym strzałem z obu nóg. W innej z opinii czytamy: Mógł sam odmienić losy meczu. Jego styl był prosty, ale zawsze niesamowicie wydajny. Był dla Zambii tym, czym Steven Gerrard dla Liverpoolu. Jedyna różnica, że Bóg wziął go za wcześnie!

Mankinka, który choć reprezentował Zambię to jednak urodził się w Zimbabwe i uważany jest za prawdziwą legendę tamtejszej ligi, być może nawet najlepszego gracza w całej jej historii. Stewart Murisa zaliczany kiedyś do czołowych futbolistów w Zimbabwe, a przymierzany swego czasu do Sokoła Pniewy (choć nie zagrał w nim nawet minuty), uważa Mankinkę za najznakomitszego piłkarza z jakim kiedykolwiek grał: Derby był kompletnym graczem, całkowitym profesjonalistą i prawdziwym cudem, któremu mogłem przypatrywać się bez końca zarówno podczas meczu, jak i na treningu.

Ponad ćwierć wieku temu Derby Mankinka odnalazł w Poznaniu jedynie żal, niezrozumienie i siedemdziesiąt pięć dni samotności. W historii Lecha zapisał się jednak na stałe. Nikt go już z niej nie wymaże. Pozostanie niestety, jak to trafnie ujął niedawno Radosław Nawrot, „czarnoskórym wyrzutem sumienia” na kartach dziejów Kolejorza.

Derby Mankinka Makinka Zambia Lech Poznań

Minęło tyle lat, ale jego nieobecność wciąż boli, każdego dnia – wyznaje dorosła już dziś córka Mankinki.

Spoczywaj w pokoju, Derby.

czwartek, 12 kwietnia 2018
Trzeciak - jasność z czasów bryndzy i gość od spławiania Lewego?

Półwiecze stuknęło wczoraj Mirosławowi Trzeciakowi (ur. 11.04.1968), a mnie naszła taka refleksja, że dość niesprawiedliwie obchodzi się z nim najnowsza historia.

trzeciak

Młodsi kibice kojarzą go bowiem niemal wyłącznie z aktywności dyrektorsko-technicznej (w latach 2007-2010 był wiceprezesem zarządu Legii Warszawa oraz dyrektorem ds. rozwoju sportowego). Aktywności o niskiej jakości - powiedzmy to sobie od razu. W dziejach najświeższych Trzeciak zapisał się przede wszystkim jako człowiek, który spławił z Legii dzisiejszego kapitana reprezentacji Polski - "Możecie sprzedawać Lewandowskiego, mamy Arruabarrenę". Historia znana i lubiana, poczytać można o niej choćby tutaj, tutaj i tutaj.

Trzeciak nie był wybitnym działaczem, nie był też dobrym trenerem. Ale w mojej pamięci pozostaje jednak piłkarzem, który w kompletnej bryndzy drugiej połowy lat 90-tych był jednym z nielicznych efektownych punktów reprezentacji Polski.

Mirosław Trzeciak - reprezentacja Polska, nr 11

Choć w kadrze zadebiutował w 1991 roku jako gracz Kolejorza (3 mecze towarzyskie - ze Szwecją [piękny gol!], Egiptem i Kuwejtem), to na kolejne powołania czekał sześć lat. Okres 1997-1999 to jednak jego czas w reprezentacji. Załapał się jeszcze na finisz Piechniczka (mecz ze Szwecją) i epizod Pawlaka (strzelił nawet gola Gruzji), ale tak naprawdę dał mu pograć dopiero Wójcik. Trzeciak odpłacał mu jak mógł. Choć ofensywa nie była mocną stroną "taktyk" Wuja i generalnie królowała defensywna toporność, to Trzeciak orał jak mógł i często udawało mu się coś ugrać. W el. EURO 2000 trafił do bramki Luksemburga (3:0), asystował też przy golu Brzęczka na Wembley (1:3) i przy kilku innych golach (m.in. pierwszym golu Czereszewskiego z Bułgarią czy Juskowiaka z Luksemburgiem).

Jeszcze bardziej hulał w towarzyskim meczach. Z Rosją (3:1) ratował skórę Wójcikowi. Trafiał też z Ukrainą (2:1), Izraelem (2:0), Armenią (1:0) i Czechami (2:1).

Świetnie się zastawiał, kapitalnie dryblował, celnie podawał, był bardzo pożyteczny, dobrze współpracował z Juskowiakiem. Naprawdę dobry grajek. Jego epoka skończyła się jednak wraz ze zwolnieniem Wuja. Engel nie dał mu już szansy, mimo że swój debiut zaliczył z Hiszpanią (0:3), w której lidze występował wówczas Trzeciak.

Trzeciak - Lech, ŁKS, Osasuna

Pomijam w tym całym wywodzie fakt, że Trzeciak to postać wybitna na poziomie naszej ekstraklasy (cztery mistrzostwa, tytuł króla strzelców, bilans 246-78) i jest - a przynajmniej powinien być - legendarną postacią dla dwóch polskich klubów. W Lechu Poznań spędził osiem lat i wywalczył w tym okresie mistrzostwo Polski 1990, 1992 i 1993, Puchar Polski 1988 i 1993 (choć ja pamiętam go tylko z sezonu 1995/1996, gdzie na tle kiepsko grających kolegów był absolutnie wyróżniającym się graczem). Z ŁKS sięgnął natomiast po mistrzostwo Polski 1998 oraz koronę króla strzelców 1997 (w ogóle dla ŁKS Trzeciak ma piękny bilans - 56 meczów i 27 goli). A ciepło wspominają go także kibice Osasuny Pampeluna (1998-2001), bo to jego trafienie w dramatycznych okolicznościach dało drużynie awans do Primiera Division (ironia - w kolejnym sezonie, już na najwyższym szczeblu, Trzeciak rozegrał tylko 10 meczów, bez gola; w sezonie 1998/1999 - był tam gwiazdą; 1999/2000 - częściej zmienianym; 2000/2001 - rezerwowym).

*

Także szkoda mi nieco Trzeciaka, że dzisiaj jest wyłącznie obiektem heheszek. Dla mnie to świetny piłkarz, jasny punkt lat 90-tych. A na to, co robił po zakończeniu kariery staram się po prostu nie zwracać uwagi :)

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21