Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.
Archiwum

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

piątek, 06 kwietnia 2018
"Przekręt" - a dziś co zostanie ustawione?

W okolicy świąt udało mi się nadrobić trochę braków książkowo-filmowych. Jedną z przeczytanych pozycji był wydany już cztery lata temu "Przekręt. Futbol i zorganizowana przestępczość" Declana Hilla.

http://www.officyna.com.pl/files/covers/220x300/book-65.jpg

Książka to sprawozdanie z dziennikarskiego śledztwa w sprawie korupcji przeprowadzonego przez Declana Hilla - kanadyjskiego dziennikarza i naukowca. To bardzo ciekawa postać - odsyłam na jego stronę internetową. Dla mnie to także kolega po fachu - w 2008 roku uzyskał doktorat z socjologii na Uniwersytecie w Oksfordzie - więc tym bardziej kibicuję jego działalności.

"Przekręt" to dość przygnębiająca książka o tym, że we współczesnym futbolu nie ma już w zasadzie meczów - ba, nie ma wydarzeń, bez względu na rangę - których nie można byłoby ustawić. W związku z tym kibic tak naprawdę nigdy już nie wie, czy przypadkiem nie emocjonuje się spotkaniem, którego wynik jest już gdzieś tam w Malezji znany.

Choć książka funkcjonuje w pewnym rozkroku - nie jest ani w pełni reportażem, ani płynnym zapisem działań śledczych; nie ma specjalnych walorów literackich i cechuje ją nieco szarpana narracja, a czytelnika zasypuje ciężarem faktów - to fanom futbolu dostarcza wielu bardzo ciekawych (przerażających!) historii na temat funkcjonowania świata profesjonalnych ustawiaczy meczów.

Jeżących włos na głowie opowieści jest wiele, więc tutaj w ramach zachęty wspomnę tylko o kilku z nich.

  • Jedną z dowiedzionych tez autora - dla osób z branży chyba mało odkrywczą - jest to, że większość lig azjatyckich, a w szczególności ligi Malezji, Tajlandii czy Singapuru, są w dużej mierze (a czasami w całości) kontrolowane przez mafiosów. Jednym z najprężniej ustawianych rozgrywek był Puchar Malezji. Głośne były sprawy meczów drużyny Singapore w 1993 i 1994 roku.

  • Autor wymienia z imienia i nazwiska, a często nawet spotyka się z nimi, głównych macherów od korumpowania i ustawiania - Ye Zheyun, Pietro Allatta, Ljubomir Barin, William Lim, Rajundar "Pal" Kurusamy, Wilson Raj Perumal
  • W jednym rozdziale Hill na podstawie przeprowadzonych wywiadów spisuje ciekawy manual - co muszą robić gracze na poszczególnych pozycjach, aby bez rzucania się w oczy sprzedać mecz? Np. chorwacki obrońca Vlado Kasalo w 1991 roku miał strzelić w Bundeslidze dwa samobóje w jednym meczu, by spłacić swoje długi hazardowe;
  • W książce pojawia się arcyciekawa historia Michala Vany. Ten czeski piłkarz był swego czasu gwiazdą ligi singapurskiej, jednym z najlepszych futbolistów, którzy kiedykolwiek występowali w tamtejszej lidze. Później okazało się jednak, że był on także po uszy zamoczony w procederze ustawiania spotkań. Ale...

14 sierpnia 1994 roku w nocy, tuż przed tym jak zespół Vany zdobył mistrzowski tytuł, do akcji wkroczyła policja. Piłkarz został zatrzymany - zarzucano mu, że na przekrętach zarobił setki tysięcy dolarów. Jego proces miał się rozpocząć miesiąc później. Zawodnik stawił się przed sądem 14 września 1994 roku. Wyznaczono za niego kaucję w wysokości pół miliona dolarów. Opuścił salę sądową i... rozpuścił się w powietrzu. Zniknął. Zwiał, gdzie pieprz rośnie. (...) W czasie, gdy Vana zniknął, na kontynent azjatycki z wyspy prowadził tylko jeden most, a w całym kraju był zaledwie jeden port lotniczy. I jedna linia kolejowa. Wjazd na wyspę i wyjazd z niej podlegał ścisłej kontroli. Tymczasem jednego dnia czeski piłkarz miał na głowie całą singapurską policję, a aresztu uniknął tylko dzięki kaucji, następnego zaś widziano go na trybunach w Pradze, gdzie wolny niczym ptak oglądał sobie mecz. (...) W jaki sposób udało mu się dotrzeć do ojczyzny? Jak wydostał się z singapurskiej twierdzy?

O Vanie poczytajcie więcej tutaj, tutaj i tutaj. A tutaj film do obejrzenia.

Polecam książkę Declana Hilla, choć po jej przeczytaniu nigdy już nie będziecie spokojni :)

A jeśli ktoś nie ma książki pod ręką, to może też poczytać teksty Hilla z gazet - np. [po polsku]  ten i ten; [po angielsku]. ten, ten albo ten; i jeszcze wywiady - ten albo ten.

P.

czwartek, 29 marca 2018
Nieuznawani, uznani przez siebie nawzajem (z pretensjami)

Smakowity rozdział dotyczący futbolu można znaleźć w książce Tomasza Grzywaczewskiego "Granice marzeń. O państwach nieuznawanych".

large_granice_marzen_okl

Reportaż dotyczy właśnie państw nieuznawanych, czyli terytoriów, które z perspektywy światowej polityki są problematyczne, nieakceptowane przez międzynarodową społeczność albo sporne z racji swojego niejasnego statusu. Mamy tutaj kraje separatystyczne, regiony autonomiczne lub różne enklawy mniejszości narodowych i etnicznych.

ConIFA World Cup

W tekście "Abchazja goooola!" część z nich obchodzi swoje szczególne święto - piłkarskie mistrzostwa świata państw nieuznawanych, ConIFA World Cup 2016.

Czytelnicy tego bloga wiedzą, że piłkarski los międzynarodowych wyrzutków to jest to, co tygrysy naprawdę lubią. Pojawiały się więc tutaj nieraz historie o Wyspie Jersey, Saharze Zachodniej i innych krainach. Tekst Grzywaczewskiego dodaje jednak kilku smaczków tym znanym już historiom.

Autor, a w zasadzie jego rozmówcy, zwracają bowiem uwagę, jak bardzo zróżnicowana jest zbiorowość "nieuznawanych". Część z państw traktuje siebie jako niezależne byty, które po prostu nie ma jeszcze podbitej pieczątki międzynarodowego uznania. To choćby Abchazja albo Cypr Północny. Dla innych to natomiast czysta zabawa, w sympatyczny sposób zamarkowana kulturowa autonomia, ale bez ciśnienia na separację i parcia na własne państwo - tutaj mamy choćby Recję albo Seklerszczyznę. Dowcip polega na tym, że dla Abchazów funkcjonowanie w jednym worku właśnie choćby z taką Recją, to prawdziwa zniewaga.

- Cieszycie się z tych mistrzostw? To chyba powód do domu, że Abchazja gości taką imprezę? - pytam koleżankę, która na spotkanie zaprosiła mnie do eleganckiej kawiarni na nadmorskiej suchumskiej promenadzie.

- Do dumy??? - Młoda, modnie ubrana kobieta aż prycha z z niezadowolenia. - a z czego mamy być niby dumni? Że gramy z Cyganami????

- Cyganie w ostatnim momencie wycofali się z turnieju. Z przyczyn organizacyjnych nie mogą dotrzeć do Abchazji - przekazuje jej najnowsze wieści z mundialowego pola bitwy.

- No tak, czyli pozostają nam pasjonujące starcia z takimi gigantami jak Somalia.

- Somaliland, mówiąc precyzyjnie.

- To jeszcze lepiej! Co to w ogóle jest Somaliland??? - Dziewczyna jeszcze bardziej się zaperza. - Podobno jesteśmy niepodległym państwem, a walczymy o mistrzostwo niby-świata z bananowymi pseudorepublikami, o których nikt normalny nie słyszał. Polska, zdaje mi się, gra w tym roku na prawdziwym Euro, a w Suchumi jakoś waszej reprezentacji nie widzę.

Mundial ConIFA dla każdego kraju jest czymś innym - dla jednych manifestacją wielkości i narzędziem do politycznego zaistnienia, a dla innych wesołą wycieczką i przygodą życia.

Warto też zwrócić uwagę, że federacja ConIFA i organizowane przez nią imprezy stanowią obecnie najtrwalsze struktury skupiające nieuznawane państwa. Przeżyły one takie inicjatywy jak FIFI World Cup czy VIVA World Cup (wyjątkiem są tutaj Island Games, ale one mają inny - wyspiarski - profil). Abchaski turniej był drugą edycją mundialu (edycja 2014 odbyła się w Laponii), a już wkrótce czeka nas ConIFA World Cup 2018 w Baraawie (Somalia). Na dodatek ConIFA organizuje również piłkarskie Euro - odbyły się już dwa turnieje (w 2015 roku na Seklerszczyźnie; w 2017 roku na Cyprze Północnym - tutaj highlights), a za rok będzie trzeci (jeszcze nie wiadomo gdzie).

Abchazja do boju!

Przy okazji tego wszystkiego Grzywaczewski relacjonuje również przebieg samego turnieju i reakcje Abchazów na niego. Wspomina - a jakże - o przepłaconym na potęgę stadionie w Suchumi.

Władze uparły się jednak, by przywrócić blask rodzimej piłce i w 2015 roku z pompą otworzyły w okolicach centrum Suchumi nowy stadion na ponad cztery tysiące widzów. Samozadowolenie decydentów nieszczególnie szło w parze z opiniami obywateli, którzy powszechnie uznali obiekt za jedną z najbardziej kretyńskich inwestycji w krótkich dziejach państwa. Dróg nie ma, fabryk nie ma, bloki mieszkalne się sypią, ale za to arena futbolowych zmagań błyszczy nowoczesnością. Oto i miś na miarę abchaskich możliwości.

Abchascy gospodarze początkowo byli więc sceptycznie nastawieni do mundialowych wydarzeń. Wraz jednak z kolejnymi zwycięstwami swojej reprezentacji zainteresowanie rosło. Po gładko zaliczonej fazie grupowej przyszły bowiem szarpiące nerwy mecze z Laponią (2:0) oraz półfinałowy bój z bardzo silnym Cyprem Północnym (2:0). Finał z lekceważonym Pendżabem miał być spacerkiem, ale okazał się rozgrywanym przy pełnych trybunach thrillerem, w którym Abchazowie najpierw wyrównali stan rywalizacji w ostatnich minutach spotkania (1:1), a później byli już na widelcu rywali w konkursie rzutów karnych, by ostatecznie triumfować (k. 6:5).

Tutaj znajdziecie też fajny dokument o ConIFA WC 2016, tutaj ciekawy tekst z "The Financial Times", tutaj z "Guardiana", tutaj z "The Independent", a tutaj polskojęzyczne omówienie eventu. I jeszcze tutaj pasjonujący materiał o Kurdach. Tutaj z kolei komplet wyników mundialu 2016.

Warto też wspomnieć, że piłkarski poziom wielu reprezentacji (nie wszystkich) jest dość wysoki, a dojrzeć w nich można profesjonalnych piłkarzy. W ekipie Armenii Zachodniej przym wiódł Hirac Yagan z Servette Genewa, a asem gospodarzy był Anri Khagush - młodzieżowy reprezentant Rosji, były zawodnik BATE Borysow i wielu klubów rosyjskiej ekstraklasy. Do tego cały zastęp zawodników z profesjonalnej w zasadzie ligi Cypru Północnego oraz reprezentanci Padanii z doświadczeniem w Serie B.

Obserwując różne procesy, które dzieją się na świecie, to można wnioskować, że ranga takich turniejów będzie coraz większa. Dla wielu państw (albo "państw") będą one platformą do wystawienia swoich politycznych reprezentacji; dla innych zaś okazją do zamanifestowania swojej kulturowej odrębności; dla pozostałych wreszcie fajnym wydarzeniem podróżniczo-towarzyskim.

P.

piątek, 12 stycznia 2018
F****** Onyszko

Tyle razy powtarzałem sobie, że muszę o tym napisać, ale jakoś zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dzisiaj jednak urodziny obchodzi Arkadiusz Onyszko (ur. 12.01.1974), więc lepszej okazji już nie będzie. Tak więc, chciałem ogłosić, że jego (auto)biografia "Fucking Polak. Nowe życie", która wyszła spod ręki Izabeli Koprowiak to jedna z najciekawszych piłkarskich biografii polskich piłkarzy.

fuckingpolaknowezyciebiext40548215

Przyznam, że nie jestem fanem (auto)biografii zawodników urodzonych w latach 80-tych czy 90-tych. Zwykle są one tłuczone według jednego szablonu, ich wartość poznawcza jest zerowa, a literacka - nawet ujemna. Uwaga, oto uniwersalny wzór piłkarskiej biografii:

1) dorastałem w: biedzie/ trudnej dzielnicy/ niepełnej rodzinie

ale

2) posłuchałem: mamy/ taty/ starszego kolegi/ dziadka/ nauczyciela trenera

i wtedy

3) zawziąłem się i: ciężko trenowałem + poświęciłem wszystko piłce + wracałem do domu po zmroku na miękkich nogach + na tych miękkich nogach jeszcze wyciągałem piłkę z szafy i obijałem ją o ścianę,

więc

4) pojawiły się pierwsze sukcesy + stałem się gwiazdą drużyny + zostałem dostrzeżony w całym kraju

i wtedy

5) doznałem strasznej kontuzji/ wydarzyła się tragedia rodzinna/ przyszedł zły trener/ odbiła mi sodówka/ zaczął pić, palić, grać w karty

ale wkrótce się opamiętałem i

6) osiągnąłem sukces, pojechałem na mistrzostwa, trafiłem do super klubu, strzeliłem sto goli

więc nie zapominajcie:

7) nigdy się nie poddawajcie/ ciężko pracujcie/ uczcie się na moich błędach/ róbcie to co kochacie/ miłość ocala.

koniec.

Dziękuję, poproszę 39,90 zł, jak na czytnik, to trochę mniej.

Na tle tych wszystkich papierowych komunałów dość ciekawie prezentują się (auto)biografie polskich piłkarzy urodzonych w latach 70-tych. Z jednej strony, to pokolenie bez spektakularnych sukcesów sportowych, raczej bliższa im etykietka generacji zmarnowanych szans. Nie silą się więc zwykle na heroiczny epos, opiewający zdobycie futbolowego Olimpu. Z drugiej zaś strony, to właśnie oni doświadczyli pełni przemian społecznych zachodzących na przełomie lat 80-tych, 90-tych i 2000-ych: od komuny w czasach juniorskich, po kolorową transformację, po zderzenie z zagranicą. Dlatego też książki Onyszki, Króla, Kałużnego, Sypniewskiego czy nawet Kowalczyka są dla mnie o niebo bardziej interesujące niż kolejne tomiszcza na temat Messiego albo Lewandowskiego.

Ale wróćmy do Onyszki. Ta pozycja posiada wszystko to, co powinna posiadać krwista opowieść o piłkarskim światku - bebechy, informacje z pierwszej ręki, spojrzenie pod podszewkę. Prawdziwa uczta dla kibica, który chce dowiedzieć się czego więcej niż papka serwowana z gazet. Kilka próbek twórczości na temat Lecha i Widzewa.

W Lechu poznałem też Waldka Krygera, fana leków homeopatycznych. Wciąż mi powtarzał, że jeśli zacznę je brać, moje interwencje będą lepsze. Chyba nawet coś kupiłem, ale nie pamiętam, by szczególnie mi pomogło. [s. 132]

Najbardziej narwanym zawodnikiem Widzewa był Maciek Terlecki. Tejpował dłonie, by były lepiej ukrwione. Na treningach atakował wślizgami, w tunelu krzyczał jak orangutan. Wydzierał się na wszystkich, był przepełniony agresją, nikt nie rozumiał, po co i dlaczego/ [s. 136]

Do Smudy Grajewski zazwyczaj zwracał się per "głąbie". [s. 137]

I jeszcze wiele podobnych spostrzeżeń, również na temat innych klubów.

Dodatkowo jednak Onyszko, ani chybi za sprawą również Izabeli Koprowiak, dzieli się wieloma - niemal socjologicznymi! - spostrzeżeniami, na temat tego, jak funkcjonuje życie społeczne. Najbardziej wciągnęły mnie jego spostrzeżenia na temat Danii.

Gdy facet otwiera im drzwi, uznają to za obelgę. Podczas podróży samolotem zobaczyłem kiedyś drobną dziewczynę, która siłowała się z walizką. Chciałem jej pomóc włożyć ten podręczny bagaż do luku. Spojrzała na mnie jak na ostatniego chama i się obraziła [s. 37]

Duńska kultura jest inna. Kobiety w tym kraju chcą być całkowicie niezależne, wyzwolone. Nie do końca mi to odpowiada. (…) Dunki nie chcą być postrzegane jako słabsza płeć. Seks nie jest tam tematem tabu. Poderwanie Dunki to również nic trudnego, zwłaszcza gdy jest się popularnym, jak ja wówczas [s. 37-38].

W ogóle fascynujące dla mnie były wywody autora na temat roli mężczyzn i kobiet, ich kulturowych cech i miejsca w świecie. Jest tego w książce naprawdę dużo, a jawi się to wszystko szczególnie interesująco w kontekście skazania golkipera za pobicie żony. Bramkarz w pewnym momencie stwierdza:

Striptiz jest ok, ale burdele mnie nie kręcą. Może to i wygodny sposób, ale nie wiąże się z tym żadne wyzwanie: idziesz, płacisz, kobieta musi robić wszystko, czego sobie zażyczysz. Co w tym podniecającego? Co innego podryw w klubie: spojrzenie, uśmiech, zastanawiasz się, kiedy podejść, co powiedzieć. Przyglądasz się, działasz, zdobywasz. Jesteś zwycięzcą [s. 144].

I jeszcze na zakończenie - jak na rasowego samca alfa i zarazem osobę, która straciła pracę ze względu na to, że publicznie zadeklarowała "niechęć" do gejów przystało, Onyszko poświęca również sporo miejsca... No, sami zobaczcie czemu:)

Czasem można było jednak poczuć się w ich towarzystwie dość niekomfortowo… Nie przypadkiem mówią, że faceci z tamtego regionu mają czym się pochwalić. Utaka był tego najlepszym dowodem. W szatni – wiadomo – wszyscy chodzą na golasa. A jak Murzyn się rozbierze, reszta nie czuje się zbyt pewna siebie. Wchodząc do basenu, musiałem się najpierw porządnie rozgrzać, żeby nie było wstydu się przy nim pokazać. Najpierw myłem się w tym jednym, konkretnym miejscu, potem, już odważniejszy, stawałem przed Utaką. ‚Zobacz, nie jest tak najgorzej’ – mówiłem i zaczynaliśmy się ganiać po szatni z nagimi ‚szablami’. Ależ on miał zaganiacza… [s. 153].

Oczywiście to nie jest tak, że książka skupia się wyłącznie na sprawach płciowych albo innych szeroko rozumianych społecznych poboczach. Akurat im jednak poświęcono w niej wyjątkowo dużo miejsca. A to zaś - w mojej ocenie - czyni ją szczególnie interesującą.

Wizja świata, którą roztacza Onyszko, z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu (ja akurat zaliczam się do tej grupy, którym zdecydowanie nie przypadła), ale warto się z nią zapoznać, bo jest - moim odczuciu - bardzo autentyczna, w przeciwieństwie do PR-owych projekcji pojawiających się w większości pozostałych książek.

Jeśli miałbym więc zarekomendować komuś tylko jedną (auto)biografię polskiego piłkarza, to - wiedząc, że jest jeszcze kilka innych naprawdę dobrych - zarekomendowałbym właśnie tę.

Onyszko pojawił się na naszym blogu jeszcze tutaj, tutaj i tutaj.

P.

wtorek, 04 lipca 2017
Ślizgawka w tropikach

Dokładnie 10 lat temu rosyjski kurort Soczi został wybrany gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. Właśnie 4 lipca 2007 roku w głosowaniu podczas 119. sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Gwatemali wygrał on w drugiej turze wyborów z południowokoreańskim Pjongczangiem, wynikiem głosów 51:47. W pierwszej turze wyeliminowany zaś został austriacki Salzburg.

Same igrzyska to już historia stara, ale ciekawą perspektywę i głosy na temat samego wyboru znalazłem w dwóch książkach-reportażach, które niedawno czytałem.

Książka Wacława Radziwinowicza "Soczi. Igrzyska Putina" (2014)

indeks4

w całości poświęcona jest temu przedsięwzięciu. Warto się z nią zapoznać, tym bardziej, że mieści się w kieszeni i można ją podczytywać nawet w tramwajowym tłoku. O samych okolicznościach wyboru Soczi autor pisze na przykład tak:

W stolicy tego środkowoamerykańskiego państwa Kreml kupił spory budynek. 120-osobowa ekipa sprowadzonych z Moskwy fachowców wykonała tam ekspresowo "jewroremont", czyli solidny remont, jak to w Europie. Wstawiła też luksusowe meble, a we wspaniałych wnętrzach zaczął działać "Ruski Dom", w którym karmiono kogo trzeba, pojono, a rosyjscy artyści tańczyli i śpiewali. (...) Do Gwatemali samolot przetransportował aparaturę do produkcji śniegu i lodu. Pod "Ruskim Domem" zrobiono ślizgawkę, na której w 30-stopniowym upale, w krajobrazie rosyjskiej zimy przeniesionym pod palące zwrotnikowe słońce, kręcił piruety mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym Jewgienij Pluszczenko. (s. 18)

[...] Moskwa pomagała losowi, czym mogła, hurtem kupując głosy małych państw. Taki na przykład Timor Wschodni (15 tysięcy km2 i 1,2 mln mieszkańców) okazał się tani - premierowi tego państwa Xananie Gusmao wystarczyło to, że Rosjanie przetłumaczyli i wydali tomik jego wierszy "Moje morze". (s. 20)

Genialny Wojciech Górecki w swojej "Abchazji" (2013)

gorecki_abchazja

igrzyskami zajmuje się mniej, ale na ich temat odbywa ciekawą rozmowę z Ławrikiem Achbą - komendantem suchumskiego portu wojennego i... aktorem teatralnym.

Aktor Ławrik Achba ma olimpiadę w nosie. Chodzi o zimowe igrzyska, które odbędą się w 2014 roku w Soczi. Rzut beretem, z Suchumi to dwie godziny jazdy, z granicy - w ogóle nie ma o czym mówić. Lipcową relację z Gwatemali, gdzie MKOl przyznawał Rosji organizację zawodów, oglądała cała Abchazja. Ławrik też.

Inaczej niż większość rodaków, wcale się nie ucieszył. Wizja turystycznego boomu raczej go przeraziła (Abchazowie natychmiast uznali, że wszyscy kibice przyjadą tu na wycieczkę, a część będzie w Abchazji mieszkać), w eldorado nie wierzył (przeczuwał, że na dostawach abchaskich cegieł, z których, jak ogłoszono, powstaną obiekty olimpijskie, zarobi jak zwykle kilka rodzin). Bał się, że przy okazji Moskwa znowu zamknie granicę albo przeciwnie - tak mocno zacieśni kontakty z Abchazją, że jakakolwiek niezależność stanie się fikcją.

Po decyzji MKOl ceny nieruchomości poszły ostro w górę i rząd zdecydował, że nie można ich sprzedawać obcokrajowcom. Nic to nie dało. Rosjanie, którzy mieli więcej pieniędzy niż miejscowi, dalej brali wszystko jak leci. Jedni załatwiali w tym celu abchaskie obywatelstwo, inni - pełnomocnictwa od formalnego właściciela. Po drodze do Aczandary Ławrik mijał coraz więcej domów z płachtami ogłoszeń: "Sprzedam. Chętnie Rosjanom".

Krezusi dogadywali się bezpośrednio z rządem. Mer Moskwy Jurij Łużkow kupił w Gagrze sanatorium Ukraina, zmienił nazwę na "Moskwa" i właśnie rozpoczął remont. Kompleks turystyczny w Suchumi i hotel w Oczamczirze przejął biznesmen z Niżnego Nowogrodu. Miliarder Oleg Deripaska w ostatniej chwili wycofał się z kipana jednej z willi Stalina - ale też miał już w ręku wydane "w drodze wyjątku" zezwolenie. Po kilku takich przypadkach Ławrik zrozumiał, że Rosjanie nigdy stąd nie wyjdą. Za dużo by stracili". (s. 149-150)

Jak wyglądały igrzyska, to już wszyscy wiemy. Nasz polski paradoks polega na tym, że impreza odbywająca się w tak wątpliwych okolicznościach (inna sprawa, że które coraz mniej w ostatnich latach imprez, w przypadku których nie pojawiałyby się problemy natury etycznej) dostarczyła nam tylu miłych wspomnień.

P.

środa, 22 lutego 2017
Socjologia sportu - red. Honorata Jakubowska i Przemysław Nosal

Niezręcznie jest w pisać o książkach, które się współtworzy. Tym razem jednak nie ima się mnie nieśmiałość. Z jednej bowiem strony, to dzieło zbiorowe, powołane do życia przez trzynastu świetnych autorów, a każdy z nich wycisnął ze swojego tematu miód, maliny, smakołyki i wisienki na torcie. Z drugiej zaś, nie boję się tego napisać :), to jedna z najlepszych socjologicznych książek o sporcie napisanych po polsku.

Proszę Państwa, oto "Socjologia sportu" pod redakcją Honoraty Jakubowskiej i Przemysława Nosala, czyli moją.

socj

Wymyśliliśmy sobie tę książkę jako reader - spójny i przemyślany zbiór tekstów, które mają możliwe wyczerpująco opisać daną dziedzinę. Jest to zatem coś na kształt rozbudowanego słownika, gdzie różne wymiary współczesnego sportu analizowane są przez pryzmat najważniejszych zjawisk życia społecznego.

Oddajemy więc czytelnikom zbiór 20 haseł dotyczących takich sportowych fenomenów jak doping, emocje, globalizacja, kibice, klasy społeczne, media, mniejszości seksualne, naród, niepełnosprawność, organizacje sportowe, płeć, polityka, postkolonializm, praca, rasa, religia, sztuki wizualne, technologia, wielkie imprezy sportowe czy zwierzęta. Sorry, ale w tej książce jest naprawdę wszystko, co o socjologicznych/ społecznych aspektach sportu warto wiedzieć.

"Socjologia sportu" powstała bowiem z myślą o osobach interesujących się sportem. Po prostu. Porusza szereg tematów, z którymi każdy fan sportu spotyka się, a nie zawsze postrzega je jako pewien społeczny konstrukt. Doping? Jasne, ale co za nim stoi? Zmiany reprezentacji narodowych? OK, ale w imię czego? Religia na stadionach? Dlaczego tak i dlaczego nie? Wątki można mnożyć.

To publikacja, która nie jest zatem limitowana do środowiska socjologicznego. Nie adresujemy jej wyłącznie do naukowców albo studentów. Choć oczywiście operuje kluczowymi dla tej nauki kategoriami to nie jest hermetyczna, nikt nie połamie sobie na niej czytelniczych zębów. Każdemu natomiast ułatwi - a przynajmniej chcielibyśmy, aby tak było - zrozumienie najważniejszych zjawisk, które sprawiają, że współczesny sport wygląda tak, jak wygląda.

Wielką wartością książki są także liczne przykłady opisywanych zjawisk. Niektóre to prawdziwe perełki z wykopalisk, ilustrujące określone fenomeny. Posłużę się przykładem ze swojego poletka. Pisząc o niehumanitarnym traktowaniu zwierząt w sporcie trafiłem na przykład na relacje mówiące, że na Igrzyskach Paryż 1900 jedną z konkurencji było strzelanie z ostrej amunicji do ptaków albo o gołębiach płonących podczas otwarcia IO 1988 w Seulu. To oczywiście tylko wybrane obrazki z jednego tekstu, a znaleźć je można w każdym z artykułów.

"Socjologię sportu" można traktować jako socjologiczne kompendium, encyklopedię albo słownik świata sportu. Jako komentarz i uzupełnienie tego, co oglądamy na boisku. Jako pewien społeczny fundament, na którym odlane zostały później szczegółowe elementy piłki nożnej, lekkiej atletyki, wioślarstwa, boksu czy koszykówki.

Zatem - jeśli chcielibyście spojrzeć na sport inaczej niż zwykle i dowiedzieć się o nim czegoś, o czym nie przeczytacie w gazetach, to polecam "Socjologię sportu".

P.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8