Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

wtorek, 18 sierpnia 2015
Widziałem talent, czyli piłkarska nadzieja Lublina marzy o Lechu

Jeden z nas postanowił przesadzić na czas jakiś swe poznańskie korzenie i ostatni rok życia spędził w Lublinie. W mieście, przez które przewinęło się niegdyś kilka naprawdę wielkich nazwisk dla całej historii polskiego futbolu (Górski, Żmuda czy J.Bąk) i które w swych porywach świetności mogło się poszczycić reprezentantem Polski (L.Pisz), królem strzelców ekstraklasy (L.Iwanicki), dwukrotnym mistrzostwem Polski juniorów (Lublinianka - 1938 i Motor - 1971), łącznie kilkunastoma sezonami na najwyższym szczeblu rozgrywek (Lublinianka przed wojną i krótko po niej, Motor na przełomie lat 80. i 90.) i trzema ćwierćfinałami Pucharu Polski (Lublinianka 69/70 zastopowana dopiero przez wielkiego Górnika Zabrze, ówczesnego finalistę PEZP; Motor 78/79, 81/82) - dziś po wielkiej piłce pozostała raczej wyłącznie jeszcze większa tęsknota, a rozgrywane na całkiem efektownej, niespełna szesnastotysięcznej Arenie Lublin, miejscowe derby Motoru i Lublinianki, choć jakoś tam oczywiście nadal elektryzują miejscowych fanów, muszą zadowolić się kontekstem poziomu zaledwie czwartego frontu na naszej ligowej mapie.

Lubelskie murawy wydeptywali niegdyś naprawdę świetni piłkarze. W barwach Lublinianki czynili to choćby późniejsi wielokrotni reprezentanci Polski, a zarazem jej kapitanowie, jak Edmund Zientara (kapitańską opaskę przywdziewał również podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie w 1960 roku) czy Roman Korynt, a także Władysław Król, Leszek Jezierski, Władysław Soporek czy niedoszły mundialowicz Mexico '86 - Marek Kostrzewa. Z nowszej generacji futbolistów na szerokie wody zdołali również wypłynąć dwaj bramkarscy wychowankowie Lublinianki: srebrny medalista olimpijski z Barcelony '92 - Arkadiusz Onyszko oraz Jakub Wierzchowski, a także przywdziewający obecnie koszulkę stołecznej Legii Tomasz Brzyski.

Motor może się pochwalić jeszcze znamienitszym zastępem futbolowych nazwisk. To właśnie jego wychowankiem był czterokrotny mundialowicz, piłkarz, który aż 21 razy wystąpił na Mistrzostwach Świata, jeden z najwybitniejszych reprezentantów Polski w całej jej historii – Władysław Żmuda. Właśnie w barwach lubelskiego klubu Żmuda wywalczył Mistrzostwo Polski juniorów (1971) oraz zdobywał brązowy medal Mistrzostw Europy juniorów (1972). Po dwóch latach był już jednym z największych odkryć dorosłego mundialu w Niemczech i zarazem brązowym medalistą mistrzostw globu. Wyczyn ten powtórzył również podczas Espana ’82, a wcześniej przytulił jeszcze olimpijskie srebro w Montrealu. Nic dziwnego, że wielokrotnego kapitana polskiej reprezentacji i byłego piłkarza włoskiej Serie A dość powszechnie uznano przed dekadą najlepszym graczem w historii Motoru.

Innym wychowankiem tego lubelskiego klubu, który przez lata był filarem defensywnej formacji polskiej reprezentacji jest Jacek Bąk. Uczestnik dwóch mundiali i jednego turnieju Mistrzostw Europy, debiutował w pierwszoligowym Motorze już w wieku 17 lat. I z pierwszoligowego poziomu nie zszedł już do końca kariery, kolekcjonując na tym szczeblu rozgrywek w Polsce, Francji czy Austrii ponad czterysta występów.

Kolejnym, obok Żmudy, mundialowym medalistą z 1974 roku (choć przy rewelacyjnym Janie Tomaszewskim murawy wówczas nie powąchał), którego futbolowe szlaki przebiegły na pewnym etapie jego kariery przez Lublin, był bardzo ceniony bramkarz Zygmunt Kalinowski.

Obok Żmudy i Kalinowskiego, z legendarną reprezentacją Kazimierza Górskiego związany był również Krzysztof Rześny, który zadebiutował w biało-czerwonych barwach w słynnym, zwycięskim meczu przeciwko Anglii w Chorzowie (podczas którego pamiętnej kontuzji doznał Lubański). Co ciekawe, podczas gdy defensor, który u progu swej kariery spędził w Lublinie kilka lat, walczył na boisku dla polskiej reprezentacji (a zdarzyło się to sześciokrotnie), ta nigdy nie straciła gola.

Najskuteczniejszym graczem w pierwszoligowych dziejach lubelskiej piłki był natomiast późniejszy dwukrotny reprezentant Polski - Leszek Iwanicki (łącznie 26 goli na tym szczeblu), który w sezonie 1984/85 został nawet królem strzelców ekstraklasy, wyprzedzając wówczas w tej klasyfikacji nawet takich asów, jak Mirosław Okoński, Jan Urban, Dariusz Dziekanowski czy Włodzimierz Smolarek.

Czarujący przez lata znakomitym wyszkoleniem technicznym Leszek Pisz to prawdziwa legenda warszawskiej Legii, ale również piłkarz, który na trwałe zapisał się w dziejach lubelskiego futbolu. To właśnie filigranowy pomocnik, jako jedyny jak dotąd piłkarz przywdziewający barwy lubelskiego Motoru wystąpił równocześnie, i to aż pięciokrotnie, w koszulce z białym orłem na piersi.

Niewiele brakowało, by w annałach lubelskiej piłki, zamiast Pisza, jako ten pierwszy biało-czerwony zapisałby się kilka lat wcześniej Andrzej Łatka. Znakomity snajper, który przeszedł do historii polskiego futbolu strzelając fantastycznego gola na słynnym Camp Nou wielkiej Barcelonie, otrzymał co prawda od Wojciecha Łazarka w październiku 1986 roku powołanie do narodowej reprezentacji na towarzyski mecz z Koreą Północną, ale z występu w tym spotkaniu wykluczyła go kontuzja.

Reprezentacyjne szlify w polskiej reprezentacji zdobywali też trzej gracze formacji defensywnej, którzy wcześniej lub później przewinęli się przez Motor: Ryszard Milewski, Modest Boguszewski (wychowanek lubelskiego klubu; młodzieżowy wicemistrz Europy z 1981 roku) czy Rafał Szwed. To zresztą właśnie głównie ze względu na tego ostatniego, którego pragnięto wówczas efektownie wytransferować do dobrego zachodniego klubu, doszło przed dwudziestu laty do zakończonej porażką 0:7, historycznej towarzyskiej potyczki w szwajcarskim Vevey – lubelskiego Motoru z Realem Madryt, na pokładzie którego błyszczały w tamtym meczu takie gwiazdy, jak Canizares, Hierro, Sanchis, Redondo, Raul, Michel, Luis Enrique, Alfonso, Zamorano czy Michael Laudrup.

Obok Żmudy, Bąka czy Onyszki z Lublina pochodził również inny gracz, który ma na swym koncie reprezentacyjny epizod – Jarosław Góra. W lipcu 1992 roku zagrał on w towarzyskiej potyczce przeciwko Gwatemali, jeszcze teoretycznie jako gracz Zagłębia Lubin, ale kilkanaście dni później przywdziewał już trykot drugoligowego wówczas Motoru. W Lublinie całkiem niedawno kończył swą karierę kilkunastokrotny obrońca polskiej reprezentacji - Grzegorz Bronowicki. A warto też nadmienić, że przez Motor, teoretycznie przynajmniej, przewinęły się również dwa inne głośne nazwiska późniejszych reprezentantów Polski. Zarówno jednak późniejszy gwiazdor Bundesligi - Piotr Nowak, jak i Kazimierz Węgrzyn, z różnych powodów, nie zaliczyli ani jednego ligowego występu w barwach lubelskiego klubu. W ramach ciekawostki przypomnijmy też, że na poziomie trzeciego szczebla naszych ligowych rozgrywek, barwy Motoru przywdziewał dwa lata temu ponad trzydziestokrotny reprezentant Ugandy - Vincent Kayizzi. Natomiast zasłużony bramkarz Motoru, Dariusz Opolski, w sezonie 1991/92 został przez katowicki "Sport" uznany najlepszym graczem naszej ekstraklasy. Gdy dodamy do tego, że w 1963 roku Lubliniankę do drugiej ligi wprowadzał wielki Kazimierz Górski, który siedem lat później, niemal w przededniu swej wspaniałej selekcjonerskie przygody był konsultantem i doradcą piłkarzy Motoru, a później, w różnych okresach, na trenerskiej ławce zespołu z Alei Zygmuntowskich zasiadały również tak głośne w futbolowym świecie nazwiska, jak krótkotrwały trener polskiej reprezentacji - Lesław Ćmikiewicz, czy srebrny medalista z Barcelony i mundialowicz z Korei - Piotr Świerczewski, to tworzy nam się naprawdę ciekawy, historyczny pejzaż lubelskiej piłki.

z14460125Q,Druzyna-Motoru---sezon-1991-92---od-lewej-gorny-rz

(zespół Motoru Lublin przed swym ostatnim, jak dotąd, sezonem w ekstraklasie 1991/92)

Czy można jednak wyżyć z samych tylko, choćby i najpiękniejszych futbolowych wspomnień przeszłości? Choć oba zasłużone lubelskie kluby, walczą obecnie dopiero na czwartym poziomie rozgrywkowym i raczej nieprędko ponownie zawitają w progi ekstraklasy, nie oznacza to jednak wcale, że Lublin nie wydaje już na świat piłkarskich talentów. Grze jednego z nich miałem okazję uważnie przyglądać się z bardzo bliska. Wychowanek Motoru - Jakub Futrzyński, powoływany przez trenera Roberta Wójcika do polskiej reprezentacji U-15, regularnie występujący w kadrze województwa, swoją mądrą, dojrzałą i świadomą grą naprawdę robi wrażenie. Arcysolidny środkowy obrońca, twardy, waleczny i nieustępliwy, o znakomitych warunkach fizycznych (już teraz wzrostem dorównuje Żmudzie), świetnie grający głową, wciąż czyni ogromne postępy, ale co najważniejsze jest bardzo wartościowym, poukładanym wewnętrznie chłopakiem, któremu napływ wody sodowej do mózgu absolutnie nie grozi. Kuba po cichu marzy, by śladem swego wielkiego poprzednika - Jacka Bąka, szlakiem przez Poznań, wypłynąć na szerokie piłkarskie wody. A że Lublin ma naprawdę solidną i wiarygodną tradycję wypuszczania w futbolowy świat wielce utalentowanych, znakomitych defensorów, świadczą przykłady Żmudy, Boguszewskiego czy Bąka. Bez względu jednak na to, czy Jakubowi Futrzyńskiemu dane będzie kiedykolwiek, jak jego wielkim poprzednikom, przywdziać trykot dorosłej reprezentacji Polski, bez względu na to, czy zagra w przyszłości dla Lecha lub jakiegokolwiek innego z czołowych polskich klubów, będę się jego karierze bardzo uważnie przyglądał, bo ma on wszelkie predyspozycje ku temu, by nie zmarnować swego ogromnego piłkarskiego potencjału i obok Żmudy czy Bąka, stać się kolejnym wychowankiem lubelskiej futbolowej krainy, przed którym wielkie stadiony staną kiedyś otworem. Czego mu zresztą szczerze życzę.

piątek, 22 sierpnia 2014
Przeszedłem wszystkie szczeble. Rozmowa z Tadeuszem Płotką

Tadeusz Płotka (ur. 1945) to dla Lecha Poznań postać dość wyjątkowa. Z jednej bowiem strony należy on do bardzo wąskiego grona przypadków w historii klubu, gdzie w niebiesko-białych barwach występował zarówno ojciec jak i syn. Z drugiej natomiast strony, może on pochwalić się występami w Kolejorzu aż na trzech poziomach rozgrywek - w I, II i III lidze.

Przemysław Nosal: Wyjątkowa jest pana saga rodzinna.

Tadeusz Płotka: Moja mama została wywieziona z Poznania jako siła robocza do bauera niemieckiego, a ojciec dostał się do niewoli w bitwie pod Warszawą i trafił – szczęśliwie! – do zakładu pracy, a nie do obozu koncentracyjnego. W Niemczech rodzice się zapoznali, wzięli ślub i w Wolmirstedt koło Magdeburga w 1943 roku urodziła się moja siostra, a dwa lata później, w kwietniu 1945 roku, czyli pod sam koniec wojny, urodziłem się ja.

Żeby ta saga była ciekawsza, to powiem, że tę strefę wyzwolili Amerykanie. Kto chciał mógł więc jechać na zachód, do USA albo Kanady, a kto chciał mógł wrócić do Polski. Przez rok rodzice jeszcze mieszkali w strefie i zastanawiali się co zrobić. Uznali jednak, że nie należy rozdzielać rodziny, bo w Poznaniu została ciocia i babcia, więc postanowili, że pojedziemy do Polski. To był początek 1947 roku.

Pan miał wtedy 2 lata.

Nic z tego okresu nie pamiętam, ale rodzice mi opowiadali, że już wtedy miałem ciągotki do ruszania się. Ponoć tyle biegałem po pokładzie statku, którym wracaliśmy do kraju, że o mało co nie wypadłem za burtę. Ktoś mnie jednak w ostatniej chwili złapał za kołnierz.

Ojciec przed wojną grał w Sanie Poznań.

Z tego Sanu wraz z trzema kolegami trafił do Lecha, ówczesnego KPW. W tym zespole grał między innymi mój późniejszy trener – Edmund Białas. Wszyscy zawodnicy wtedy normalnie pracowali, a w piłkę grali hobbystycznie. Mimo to zespół prezentował się świetnie i była spora szansa, żeby awansować. Niestety wojna przerwała rozgrywki.

Po wojnie ojciec wrócił do futbolu.

Ojciec kontynuował karierę w Sanie Poznań. Najpierw jako zawodnik, a później jako działacz. To on namówił mnie na treningi w tym klubie, choć nie było łatwo. Mieszkaliśmy jednak na ul. Jarochowskiego, a wokół były wówczas tylko pola, szkoły i… boiska. Wtedy na Łazarzu były cztery kluby sportowe – San, Admira, Surma i Energetyk! Początkowo jednak wolałem uprawiać koszykówkę i piłkę ręczną. Dopiero później tata wziął mnie, jak to mówią, za szorty i powiedział: „Jutro jest trening seniorów Sanu i idziesz ze mną na ten trening”. I tak zacząłem. Potem grając w Sanie załapałem się do reprezentacji Wielkopolski juniorów. Dałem się poznać z dobrej strony w okolicy i wtedy odezwał się Lech.

Szok?

Dla mnie to był przede wszystkim zaszczyt. Lech wtedy grał w ekstraklasie, choć lokował się już w strefie spadkowej. Mimo to zaproszenie na obóz zimowy do Szklarskiej Poręby, które dostałem wraz z czterema innymi kolegami z juniorskiej kadry, było wielkim wyróżnieniem. Do dziś wspominam ten obóz. Zima stulecia, śnieg po pas, a my biegaliśmy po 15-20 km! Dla młodych chłopaków to była gehenna. Mnie uratowało to, że mam bardzo wydolny organizm, ale i tak przez pół roku nie mogłem jeszcze się pozbierać.

Droga do pierwszego składu była jednak jeszcze daleka.

Mogliśmy trenować z pierwszym zespołem, ale o grze jeszcze nie marzyliśmy. Występowaliśmy w rezerwach albo w juniorach. Zresztą moja droga do składu była wyjątkowo długa, bo w międzyczasie złapałem jeszcze bardzo ciężką kontuzję. Występując w finałach mistrzostw Polski juniorów, podczas jednego z pojedynków główkowych, zderzyłem się tak niefortunnie z przeciwnikiem, że miałem podwójne pęknięcie czaszki. Przez 1,5 miesiąca leżałem w szpitalu w Sosnowcu, schudłem prawie 20 kg, a lekarze powiedzieli mi, że to już raczej koniec ze sportem.

Brzmi naprawdę groźnie.

Przez rok faktycznie odpoczywałem od piłki, ale w końcu wróciłem do drugoligowego Kolejorza. Stamtąd poszedłem jeszcze odbudować się do Grunwaldu. Lech występował wówczas w trzeciej lidze, a Olimpia Poznań w drugiej. Olimpia namawiała mnie na transfer, ale zdecydowałem się jednak na powrót do Lecha, mimo że skład był bardzo silny i szanse na grę niepewne. Tata przekonał mnie, że lepiej grać dla Kolejorza. Nie żałuję, choć przez rok walczyłem o miejsce w składzie, ale się udało.

Lech wtedy spadał z drugiej ligi.

Mój debiut przypadł właśnie na spektakularną porażkę w Łodzi ze Startem – 1:8! Ratowaliśmy się wtedy jeszcze przed spadkiem, ale do przerwy było już 0:6! Trener Marczyk w przerwie wziął mnie na bok i mówi „ratuj!”. A ja na to: „trenerze, ale co ja tutaj mam ratować!?”.

Zespół wtedy cały czas krążył między drugą a trzecią ligą.

Skład mieliśmy naprawdę dobry, ale niestety nie brakowało wówczas animozji w zespole. Nie stanowiliśmy zgranej paczki, nie było atmosfery, nie było jedności. A żeby odnosić sukces, to musi istnieć kolektyw, ekipa do tańca i do różańca.

Inna sprawa, że trzecia liga była wtedy bardzo mocna. Stworzono tylko cztery grupy trzecioligowe na całą Polskę. Z każdej grupy tylko jeden zespół awansował do drugiej ligi. A my tutaj mieliśmy bardzo silnych rywali – Szczecin, Koszalin, Gdańsk, Gdynia, Bydgoszcz. W tym pierwszym sezonie to jeszcze nam nie szło zbyt dobrze, ale za to spore szanse na awans miała wówczas Warta. Ale myśmy ją ugotowali! Na stadionie 22 Lipca wygraliśmy z nią 1:0, a mecz oglądało około 30 tysięcy ludzi. I to w deszczową pogodę! Potem już nie przegraliśmy meczów. W sumie nie przegraliśmy aż 61 spotkań!

Aż do słynnego meczu w Bydgoszczy.

Tak, przegraliśmy dopiero w Bydgoszczy (sezon 1971/1972), ale powiem dlaczego. Wygrywaliśmy do przerwy 1:0, ale to był ostatni mecz na jesieni i nagle złapała zima – mokro i lód. Buty szyto wówczas kolarskie, do których szewc dokładał skóry. W takim obuwiu graliśmy jak na łyżwach. A Zawisza, pamiętam jak dziś, gwoździe sobie powbijał w podeszwy, bo mieli szewca pod ręką.

Takich pamiętnych meczów mieliśmy więcej. Przy awansie z III do II ligi graliśmy słynny mecz z Lechią Gdańsk. Lechia miała jeden punkt przewagi nad nami. Musieliśmy więc wygrać. Tutaj na Dębcu dwie godziny przed meczem na stadionie zasiadał już komplet ludzi, około 25 tysięcy. Poza tym kibice rozłożyli się na dachach i wisieli na drzewach. Niezapomniane uczucie. Wygraliśmy 1:0, a bramkę zdobył Zbyszek Franiak.

A potem ostatni mecz z Budowlanymi Bydgoszcz. Wygraliśmy 2:0, ale na boisku krew się lała. To była wojna o każdy metr kwadratowy. Wszyscy zagraliśmy mecz życia.

Trzecia liga była mocna, ale druga była wtedy naprawdę wyjątkowo silna. Przecież jak z Arką Gdynia graliśmy o awans do ekstraklasy, to u nich występował Andrzej Szarmach. W każdym zespole grało po dwóch albo trzech świetnych zawodników.

W takim razie nie tylko Szarmach musiał Panu napsuć krwi.

Ja jako kryjący obrońca grałem zawsze przeciwko tuzom. Ruch Chorzów – Marx, Wisła Kraków – Kmiecik, Stal Mielec – Domarski, Gwardia – Markiewicz, Legia – Pieszko. Ale najwięcej pojedynków miałem z Szarmachem. Powiem tylko, że bramki mi nie strzelił. Miałem też przyjemność grać jeden mecz przeciwko Górnikowi Zabrze z Lubańskim. Człowiek był nie do zatrzymania! Miał takie przyśpieszenie w polu karnym... W Kolejorzu na treningach w grach jeden na jeden Włodek Wojciechowski dawał popalić. Rysiu Szpakowski podobnie. W takich gierkach to dawali w kość.

W obronie za to miał Pan swoich ulubionych partnerów?

Tworzyliśmy naprawdę dobrą parę z Jasiem Kaczmarkiem. On bardzo szybki i sprawny, a ja od czarnej roboty. Oczywiście z innymi kolegami też mi się fajnie grało, ale z Jasiem najlepiej wspominam współpracę.

Inaczej chyba wyglądało wówczas życia piłkarza.

Myśmy wszyscy byli zatrudnieni na kolei. W różnym charakterze, to oczywiście się zmieniało. W III lidze pracowaliśmy do południa, a potem zwalniali nas na trening, czyli ok. 12-13. Później, jak awansowaliśmy do II ligi, to pierwsze pół roku jeszcze pracowaliśmy, ale potem zatrudniono nas w rejonie ogrodniczym, w tzw. działce Dębiec. Działka, czyli boisko, do tego dwóch ogrodników, a my im pomagaliśmy. A w I lidze już nie pracowaliśmy, tylko mieliśmy codziennie treningi.

W ogóle my wtedy jakoś bliżej ludzi żyliśmy. Prawie wszyscy dojeżdżaliśmy tramwajem na treningi. Jak wygrywaliśmy, to tylko klepanie po plecach i chwalenia, a jak porażki, to musieliśmy się chować albo pieszo chodzić. Takie były czasy, inne niż teraz. Poznałem wszystkie szczeble ligowe, grałem w ekstraklasie. Niczego nie żałuję.

TADEUSZ PŁOTKA (ur. 1945) - zawodnik Lecha Poznań w latach 1965 - 1976. Z zespołem spadał do III ligi, dwukrotnie awansował do II ligi i raz dostał się z nim do ekstraklasy. W najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrał dla Kolejorza 70 meczów i strzelił jednego gola.

Wywiad przeprowadzony dla programu meczowego "Heej Lech!"

nr 241 na mecz z Wisłą Kraków

poniedziałek, 25 listopada 2013
Światowy sport rozrywkowy. Rozmowa z prof. Michałem Buchowskim

Przemysław Nosal: Real Madryt płaci za Garetha Bale’a 100 milionów euro. Kluby mają długi sięgające swoją wysokością PKB niejednego państwa, a mimo to w najlepsze występują w swoich ligach. Najlepsi piłkarze zarabiają pieniądze, które dla przeciętnych śmiertelników są nawet trudne do wyobrażenia. Świat piłki staje się coraz bardziej wirtualny/umowny. Czy to czeka również inne sfery – np. rozrywkę?

Michał Buchowski: Ależ dzisiejsza piłka nożna – ta, do której należy Bale – jest rozrywką, tak jak film, estrada, kabarety. Jest częścią sportowego przemysłu rozrywkowego. Rządzi się ona swoimi prawami, lecz nie są one aż tak bardzo różne od innych współczesnych rodzajów dostarczania wrażeń i emocji. To interes, jak każdy inny, oparty na rachunku dochodów i wydatków. Inwestuje się po to, by osiągnąć zyski. Taką inwestycją może być np. Bale. Podejmuje się ryzyko w nadziei na zysk. Są kluby, które nie ryzykują, ale potem np. przegrywają z europejskimi słabeuszami w rozgrywkach kontynentalnych. Tak jak w rozrywce, dochody piłkarzy bywają kosmiczne, wręcz abstrakcyjne dla zwykłych zjadaczy chleba. To jeden z paradoksów współczesnego świata. Inżynierowie ułudy zarabiają na tym krocie, ale nie ma pewności, czy w przewidywalnej przyszłości ta koniunkturalna bańka nie pęknie, tak jak bańka inwestycyjna w 2008 roku. I tutaj ponownie wrócić można do problemu potencjału piłki nożnej i kibicowania, dzięki którym tworzyć się może wspólnota, realizowane mogą być lokalne cele, pielęgnowane wartości i która nie musi kręcić się tylko wokół reklamy, pieniądza i gadżetów. Od klubów i jego kibiców zależy, jakie one będą i czy będą mieć moc jednoczącą, budującą, czy raczej będą dzielić.  

W koszykówce przez wiele lat zespół Harlem Globetrotters – taki koszykarski cyrk. Poza tym organizowane są regularnie konkursy wsadów i rzutów za trzy punkty. W piłce jakoś nie widać podobnych trendów. Dlaczego?

Każdy sport ma swoją specyfikę. Niemniej są przecież formy uprawiania piłki na modłę Globetrotters. Za takie uznać możemy objazdowe mecze najlepszych zespołów w rodzaju Barcelony, Realu czy Manchesteru do Chin, Japonii i… Polski. Faktycznie, w piłce nożnej nie urządza się wśród zawodników konkursów na najlepszy strzał w okienko bramki itp., ale widać nie bardzo organizatorów imprez ten rodzaj atrakcji pociąga.

Można jednak pomyśleć o czymś innym, czymś dla kibiców – oczywiście zależy to też od tego, jakich kibiców chce mieć klub. Do niedawna w przerwach meczów na Bułgarskiej urządzano konkurs rzutów karnych wśród wylosowanych kibiców. Nie wiem, dlaczego ich zaprzestano, bo dla wielu była to wielka frajda. Gdyby na przykład urządzać konkurs na strzał bezpośrednio z rzutu rożnego do bramki lub na trafienie w poprzeczkę z szesnastki, a do tego podnieść stawkę dla zwycięzcy do przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych, to emocji w przerwie byłoby nie mniej niż w trakcie meczu.

Możemy obecnie obserwować bardzo ciekawe zjawisko w światowym futbolu reprezentacyjnym. Z jednej strony, swoje reprezentacje narodowe mają coraz mniejsze kraje i terytoria – ostatnio choćby Gibraltar. Z drugiej strony, na igrzyskach w Londynie nie oglądaliśmy kadry Anglii a zjednoczone zespoły pod szyldem Wielkiej Brytanii. Jednoczymy się w ramach piłki czy wręcz przeciwnie?

To zależy od kontekstu. W różnych momentach do głosu dochodzą odmienne tendencje. Piłka bez wątpienia może pełnić funkcje jednoczące. Wspomniane klubowe rozgrywki europejskie przyczyniają się do wytwarzania wspólnej przestrzeni „Europy”, do europeizacji. Ludzie oglądają mecze drużyn z innych krajów, kibice jeżdżą za swoimi drużynami i odwiedzają inne miasta. Spotykamy osoby z innych krajów i natychmiast wielu z nas znajduje z nimi wspólny temat do rozmowy – to piłka nożna, mecze i piłkarze (choć kibice mają tendencję do przesadzania z powszechnością zainteresowania tymi tematami). W tym sensie piłka bez wątpienia jednoczy. Co zastanawiające, owo ujednolicanie zachodzi dzięki temu, ze jednocześnie kibicujemy różnym drużynom i mamy różne piłkarskie upodobania. W odniesieniu do mnożenia lub redukowania liczby drużyn narodowych to nie ma to specjalnego znaczenia. Wielka Brytania to, iż ma cztery różne federacje i reprezentacje zawdzięcza faktowi, że jest ojczyzną futbolu. Ten układ nie zgadza się z logiką państwa narodowego. Teraz dochodzi do tego Gibraltar. Dlaczego w takim razie swojej reprezentacji nie ma np. federalny land Niemiec Bawaria ze stolicą w Monachium? Myślę, że obecnie liczyłby się on bardziej na mapie piłki niż wiele innych znanych nam reprezentacji narodowych, np. Polski.

Kiedyś piłka nożna była dla wielu chłopców szansą na szybką karierę i wyjście z ubóstwa. Dzisiejsze gwiazdy sportu to zwykle długofalowe inwestycje rodziców, którzy przez wiele lat opłacają najlepszych trenerów, fizjoterapeutów, obozy szkoleniowe i odpowiednie wyżywienia, po to, aby ich pociecha wybiła się z tłumu rówieśników. Sport nie jest już ścieżką szybkiego awansu społecznego? Coś może go w tym kontekście zastąpić?

Tu dotykamy istoty sprawy. Z jednej strony sport to demokratyczna dziedzina, w której każdy może awansować dzięki swym indywidualnym talentom i pracowitości. W tym sensie to ideał indywidualistycznego społeczeństwa kapitalistycznego, ponieważ każdy, wykorzystując swe zdolności, może się wybić. Zarazem wiemy, że aby być najlepszym sam talent dziś już nie starcza. Trzeba inwestować, by w wyścigu talentów prześcignąć innych równie zdolnych, trzeba też mieć po prostu sporo szczęścia. Lubimy historie karier „od pucybuta do milionera”, ale chyba nawet w Ameryce początku XX wieku były one raczej wyjątkiem, niż regułą; w dzisiejszych czasach wcale nie jest łatwiej pokonywać bariery klasowe i środowiskowe. Ideał równości szans, którym nadal karmią nas media, zaczyna się chwiać. Ale nadal twierdziłbym, że, zwłaszcza ze względu na swą masowość, piłka nożna pozostaje wciąż względnie demokratyczna. Nadal na szczyty potrafią wypływać chłopcy z faveli w Sao Paulo, z afrykańskich wsi, przedmieść Neapolu, z Zenicy czy z Sarajewa w Bośni, z Bonaventury w Kolumbii, z Szolnoku na Węgrzech, z Wildy czy z Dębca. Mogą to być dzieci artystów, jak van Persie, czy kucharki i ogrodnika, jak Ronaldo. Oczywiście, na każdą taką historię mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu przypada kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy historii porażek, często bardzo dramatycznych, niemniej jednak, zwłaszcza gdy wiemy, o jakich stawkach i zarobkach rozmawiamy, nadal łatwiej jest chłopcu z afrykańskiej wioski dorobić się na grze w piłkę, niż na grze na giełdzie.

Profesor dr hab. Michał Buchowski, antropolog społeczny, dyrektor poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Koordynuje w Polsce międzynarodowy projekt „FREE: Football Project in an Enlarged Europe”. Jego głównym celem jest naukowa analiza fenomenu piłki nożnej jako potencjalnego źródła tożsamości europejskiej, przede wszystkim w ujęciu socjologicznym, historycznym, politycznym i antropologicznym. Strona internetowa projektu: http://free-project.eu/Pages/Welcome.aspx

P.

Czytaj także:

Imperium kontratakuje

Kochać gwiazdy

poniedziałek, 23 września 2013
Moja historia kibicowania: Zawisza po Bońku

Zawisza Bydgoszcz 1979

[ten wpis miał pojawić się wcześniej, najpierw po awansie do ekstraklasy, potem przed pierwszym meczem w niej, aż w końcu po pierwszym zwycięstwie - z Cracovią; tydzień później, po spotkaniu z Lechią też nie jest jednak terminem najgorszym, bo gościnna na tym blogu opowieść kibic(owani)a Zawiszy Bydgoszcz zaczyna się właśnie w Trójmieście]

Pamiętam awans do ekstraklasy w 1979 roku. Zawisza walczył o niego z Lechią Gdańsk i Bałtykiem Gdynia. Właśnie w Gdyni bydgoszczanie grali ostatni mecz. Do awansu wystarczał remis i remisem się skończyło [0:0]. Pierwszy raz wtedy płynąłem łódką, u brata w Chojnicach. I na tej łódce było radio, w którym słuchałem relacji z Bałtyku. To była euforia połączona z zauroczeniem.

Na Zawiszę chodziłem od 1978 roku. Zbigniew Boniek już wtedy w Bydgoszczy nie grał, choć jego duch, wspomnienie jego gry, ciągle krążyło po stadionie. Po awansie w 1979 obejrzenie każdego meczu na stadionie w Bydgoszczy stało się dla mnie obowiązkiem.

Z wypełnieniem tego obowiązku nie było łatwo. Studiowałem i mieszkałem w pokoju małżeńskim w akademiku. Na weekend zjeżdżaliśmy do domu, do rodziny. Jakoś od piątku człowiek żył w strachu, że znowu będzie musiał tłumaczyć żonie i teściowej, że w niedzielę do południa wybierze mecz w Bydgoszczy zamiast ich towarzystwa. Za pierwszym razem dosłownie to z siebie wydukałem, co spotkało się oczywiście z wielkim zdziwieniem. A potem, nie wiem jakim cudem, została przyjęta wersja "a niech głupi gania oglądać tę piłkę". I tak odbywałem swój rytuał: w niedzielę ok. 9 rano leciałem jak na skrzydłach na autobus, by dotrzeć do Bydgoszczy na mecz, który zaczynał się najczęściej o 11 albo 12.

Pamiętam te tasiemcowe kolejki po bilety na Zawiszę. Po te zwykłe-niezwykłe kartki z bloczku.

bilet na mecz Zawisza Bydgoszcz - Wisła Kraków (1992)

Zdarzały się na stadionie nadkomplety, chyba po 25 tysięcy osób. Układy na trybunach z innymi grupami kibicowskimi? Z Lechem Poznań było ok, ale już z Ruchem Chorzów - niedobrze, a z Wisłą Kraków po prostu źle. Takich mordobić jak później (patrz: film na końcu wpisu) nie było, choć z trasy na stadion były usuwane samochody, bo zdarzały się pobite szyby i połamane drewniane ławki.

Już wtedy na trybunach Zawiszy wisiała flaga Nakła. Znaczące grupy przyjeżdżały też z Mogilna i Barcina.

W Czarnych Nakło przed Zawiszą grał Adam Kensy, mój kolega, reprezentant Polski, ważna postać w Pogoni Szczecin. Od zawsze było widać, że ma wielki talent. Swój talent szlifował na boisku Czarnych. Normalnie nikt oprócz drużyny nie miał na nie wstępu, ale na nasze szczęście konserwatorem był tam ojciec kolegi, więc spędziliśmy na tej murawie pół dzieciństwa.

Adam Kensy

Na Czarnych też się chodziło oglądać mecze. Taki Andrzej Szostak był powoływany do młodzieżówki, a potem go Lech wziął. Najwyżej byli w trzeciej lidze, ale to już w latach 90. [sezon 1997/1998]. W szczytowym okresie na mecze przychodziło jakieś 1,5 tys. A i tak największą atrakcją było jak na swój koncert na Czarnych zespół Varius Manx przyleciał helikopterem. To najlepiej zapamiętała moja córka.

Nakielaninem był też Krzysztof Arndt (kliknij, by zobaczyć gola z Olimpią w Poznaniu), ten z kolei grał też w LKS Sadki. Jego brat mieszkał w tym samym bloku co moja siostra, czasem się go więc widywało, to była duża sprawa. Potem spotkałem go na rybach na Noteci, ale to już było jak odszedł z Zawiszy.

Którzy piłkarze najbardziej zapadli mi w pamięć? Wiadomo, w bramce Andrzej Brończyk, instytucja. Poza tym Dariusz Durda (niesamowity skrót z jego golem z Hutnika Kraków), Jan Stypułkowski, Stefan Majewski, którego gol strzelony głową chyba ze Śląskiem Wrocław jakoś szczególnie zapadł mi w pamięć. Dariusz Pasieka długo było postrzegany jako taki "młot", ale później piłkarsko się wyrobił. Był Jacek Kot, ten co strzelił Lechowi w Poznaniu jak było 5:1 (na tym wideo w meczu 2:2 w Poznaniu w 1993 r. strzela karnego w ostatniej minucie jak Panenka; wcześniej też gol Durdy). Czy się dawniej mówiło o kupionych i sprzedanych meczach? Szeptało się. A o faktach wiedzieli tylko zainteresowani i najbardziej wtajemniczeni. 

Piotr Nowak był ulubieńcem trybun, tak jak wcześniej Mariusz Modracki. Za to Bierwagen był mało lubiany, bo wszyscy uważali, że gra w Zawiszy tylko dzięki ojcu.

Człowiek się tym Zawiszą interesował już od dzieciaka, zbierał wycinki z gazet - z poniedziałkowej Pomorskiej - nawet jak grał w trzeciej lidze. Z końca lat 60. kojarzę takie nazwiska jak Szaryński i Unton - oni grali w ataku. Był też Polakow. Jak byłem mały miałem hopla na punkcie bramkarzy. W Pomorskiej była taka stała grafika rzucającego się bramkarza. W Zawiszy bronił wtedy Zembrzuski.

W pierwszym sezonie po następnym powrocie do pierwszej ligi [sezon 1989/1990] Zawisza skończył sezon na czwartym miejscu w tabeli. Szkoda, że nie udało się wejść do normalnych pucharów [tylko do Pucharu Intertoto]. Ale przez lata człowiek miał takie wrażenie, że hierarchia wśród wojskowych klubów jest ustalona, a klub z Bydgoszczy jest w niej za Legią i Śląskiem. I zwłaszcza przez Legię był drenowany. A czasem też demolowany.

Najwyższa porażka w sezonie spadkowym 1993/1994 - Zawisza - Legia 0:6 plus awantury na trybunach. Od 0:34 widać flagę Nakło.

W trwającym sezonie aż szkoda słów na to, jak ten Zawisza dawał sobie wyrywać punkty z rąk. Z Widzewem - prowadził i przegrał. W Gliwicach - zmarnowany karny przy remisie na pięć minut przed końcem. Z Podbeskidziem - 2:0 na niecały kwadrans przed końcem i 2:2. Z Cracovią w końcu zagrał już mądrzej i wygrał. A w Gdańsku zdobył punkt chyba po najsłabszej grze z tych wszystkich meczów. To drużyna, która spokojnie powinna się kręcić wokół dziesiątego miejsca w tabeli.

Roman

Polecamy też:

Pyszny tekst Ofensywnych o Zawiszy lat 90.

Kibicowska historia Zawiszy na kibice.net

Bydgoska jedenastka wszech czasów według Gazety Wyborczej

Strzelcy goli dla Zawiszy

 

Profilu Numer10 na facebooku nie zapomni o żadnych ciekawych urodzinach,

a na twitterze chętnie poutyskuje nad niektórymi komentatorami.

piątek, 14 września 2012
Przez PZPN z ludzi wyłaziły zwierzęta. Więcej kas było na Malcie

Nie miałem ochoty wracać myślami do tego tematu, ale Gazeta Wyborcza Wrocław podała, w ilu kasach naprawdę były sprzedawane bilety bezpośrednio przed meczem Polska - Mołdawia. Nie w jednej, w co nie chciało mi się wierzyć (jak twierdził np. czytelnik w tym liście), ale było ich niewiele więcej. Trzy jest tą liczbą i liczbą tą jest trzy.

- Naszym zadaniem było tylko przygotowanie Związkowi miejsca pracy, czyli kas z dostępem do prądu. Poprosił o cztery i tyle dostarczyliśmy, choć sugerowaliśmy już wcześniej, że to może być za mało - wyjaśnia Adam Burak, rzecznik spółki Wrocław 2012, która zarządza stadionem.

Mimo tego PZPN nie zdecydował się na więcej kas, nie otworzył też wszystkich, które dostarczyła spółka. Bilety przed meczem można było kupować tylko w trzech okienkach. Na prośbę spółki Wrocław 2012 na terenie stadionu stanęła jeszcze jedna, piąta kasa, w której sprzedawano bilety na mecz Brazylia - Japonia, który 16 października odbędzie się we Wrocławiu. - Chcieliśmy wykorzystać fakt, że na stadionie będzie wielu kibiców - dodaje Burak.

(z tą brazylijsko-japońską kasą nasuwa mi się od razu ''Nie chce pan do Tokio, to ja radzę niech pan bierze do Melbourne. To bardzo rzadki bilet, jeszcze aktualny. Samolot odleciał trzy dni temu, nawet jeszcze nie wrócił'', ale to w tej sprawie wątek poboczny)

Zaraz po meczu - gdy było wiadomo, że pod kasami zebrało się narodu jak na pielgrzymce do Częstochowy - rzecznik PZPN Agnieszka Olejkowska powiedziała Gazecie Wrocławskiej:

- Wiele osób nie chciało skorzystać z opcji kupna biletu przez internet i można było przewidzieć, że będą kolejki. Zakup biletu trochę trwa - trzeba pokazać dokument tożsamości, wpisać PESEL. Zdarza się przecież jeszcze, że jedna osoba kupuje kilka biletów - tłumaczyła zaraz po zakończeniu meczu Polska Mołdawia Agnieszka Olejkowska, rzecznik Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Olejkowska nie była pewna, czy w trzech otwartych kasach oprócz kupowania biletów można było też odbierać wejściówki zamówione przez internet. - Tak chyba było, ale nie jestem pewna, musiałabym to sprawdzić. Może faktycznie otworzyliśmy za mało kas.

Ostatnie zdanie brzmi niemal jak przyznanie się do błędu, czyli ciało obce w ustach pani rzecznik, ale już dzień po meczu wróciła nam dobrze znana Agnieszka Olejkowska:

- Ilość stanowisk kasowych wydawała się wystarczająca.

A także dodała (z wyżej cytowanego tekstu GW):

Olejkowska zapewnia, że kibice mogli kupić bilety wcześniej. - W pierwszym etapie sprzedaży internetowej, od 6 sierpnia do 2 września, taką szansę mieli tylko członkowie Klubu Kibica, ale potem sprzedaż była otwarta dla wszystkich - od 3 do 9 września. Kasy na wrocławskim stadionie były czynne także w dni poprzedzające mecz - twierdzi rzeczniczka PZPN.

Dlaczego przed meczem działało tak mało kas? - Przy organizacji dużych imprez odchodzi się od sprzedaży biletów tuż przed samym wydarzeniem - mówi rzeczniczka PZPN Agnieszka Olejkowska. - Nie możemy brać odpowiedzialności za kibiców, którzy nie czytają komunikatów organizacyjnych. Apelowaliśmy, żeby do kas przychodzić najpóźniej do godz. 17, tymczasem niektórzy przychodzili nawet o godz. 20. Tacy kibice pretensje mogą mieć tylko do siebie.

Otóż, droga pani rzecznik, choć nie przybyłem pod stadion o godzinie 20, faktycznie mam do siebie pretensje. Te największe. Ale też wymienię swoją listę zarzutów pod adresem Polskiego Związku Piłki Nożnej, zarządcy stadionu - i uwaga - innych kibiców.

Na zakup biletu w necie miałem jeden dzień.

Nie miałem i nie mam zamiaru być okradzionym przez tzw. Klub Kibica, nie uiściłem haraczu za możliwość nabycia wejściówki w sprzedaży zamkniętej (do 2 września). W dniach 4-11 września byłem na zagranicznych wywczasach. Na kupno biletu w sieci miałem więc poniedziałek 3 września. Nie zdążyłem się zdecydować i mam za swoje. Z tyłu głowy kołatała mi myśl, że jeśli jednak - pokrzepiony wynikiem/grą w Czarnogórze - będę chciał obejrzeć ekipę Waldemara Fornalika przeciw Mołdawii po przylocie do Wrocławia, stawienie się pod stadionem trzy godziny przed szpilem wystarczą do wejścia na mecz. O naiwności!

Przy okrągłym kiosku z biletami od strony ulicy Królewieckiej byłem ok. 17.40. Jak wyliczył Tygodnik Kibica to ponad trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Szok spowodowany długością kolejki i liczbą kas dającą się wyrazić za pomocą paluchów jednej dłoni złagodziła chłodna kalkulacji. Zbliżałem się do mety powoli, ale systematycznie. Zwłaszcza po tym, jak jeden szkrab stojący kawałek przede mną podał do wiadomości swojego taty i wszystkich w okolicy liczbę osób, jaką naliczył - a było to ok. 150 (brakowało tylko ''czuwaj!'') - miałem przeświadczenie graniczące z pewnością, że bilet będzie mój. O naiwności!

Paradoksalnie, uformowaną i karnie stojącą jeden za drugim kolejkę rozwaliła... obsługa meczu (stewardzi lub ochroniarze, raczej ci drudzy). Ogonek stał tuż przed wejściem bramkami na stadion i uznano, że tak być nie może. Nastąpił tyleż skomplikowany co nieudany proces przesunięcia kolejki w inne miejsce. To nie mogło się dobrze skończyć dla tych, którzy uczciwie swoje odstali. Moje miejsce w peletonie pogorszyło się o circa 50 miejsc. Spadochroniarze z końcowych miejsc nagle zaczęli lądować w czołówce, jak gdyby nigdy nic. Wyglądało to mniej więcej tak.



Po tej akcji dywersyjnej do moich uszu dotarł taki dialog: - Tatusiu, skoro inni się wpychają, to my też tak zróbmy - jęczała dziewczynka stojąca z ojcem tuż za mną. - Nie możemy, trzeba stać uczciwie - odpowiadał ojciec stojący tuż za mną.

Ale z czasem było już tylko gorzej. Nie tylko dlatego, że kończył się prowiant zdobyty w pobliskiej żabce przez lubą ;)

Ludzie wpierniczali się w kolejkę na różne sposoby. Jedni jak na powyższym fragmencie Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, przystawali bezszelestnie, jak gdyby nigdy nic, jakby stali w danym miejscu od przedwojny. Inni próbowali przekupywać osoby ze ścisłej czołówki: w pakiecie był pesel/dowód osobisty, kasa na bilet i bonus na ''małe co nieco''. Moim ulubionym typem był jednak bezczel-gaduła. Przystanął taki parę metrów za mną i szybko znalazł interlokutora. - Ja p... ale kolejka! J... PZPN. Długo już stoisz? - Dwie godziny. - Ja p.... co za skandal. Ktoś powinien coś z tym zrobić. Ile jest tych kas?! Czemu musimy tu stać?! PZPN, PZPN... - i tak po 5-10 minutach wygadał sobie miejsce w kolejce.

Im bliżej było meczu, tym nerwów było więcej. W zapadających ciemnościach cichociemni mnożyli się na potęgę i przylatywali w okolice kas jak ćmy do światła. Robiło się coraz tłoczniej, zaczęły się wyzwiska, a nawet przepychanki. Kolejka zrobiła się szeroka na 5-10 osób (bo długa była jak stąd do wieczności), samozwańczy pilnujący szyku robili więcej złego niż dobrego, a policja/ochrona (nie widziałem, tylko słyszałem krzyk z frontu) reagowała tylko wtedy, gdy napór na czołówkę był za duży.

Uświadomiłem sobie, że reguły ostatecznie przestały obowiązywać, a ludzie zaczęli się kierować - jak zwierzęta - instynktem, gdy spostrzegłem, że pan z córeczką, wcześniej uczciwie pilnujący kolejki, cudownym sposobem znaleźli się przede mną.

To skandal, że PZPN sprzedawał bilety na mecz eliminacji mistrzostw świata w trzech kasach. Ale mnie, który dotarł na stadion trzy godziny przed spotkaniem, obejrzenie go uniemożliwiła też (a może przede wszystkim) rozpychająca się tłuszcza i obsługa, która nie przypilnowała kolejki.

Czytam, że dopiero o godz. 20.30 ustawiono barierki, które miały uniemożliwić oskrzydlające ataki intruzów. Czy żaden wrocławski bystrzak nie mógł wpaść na to wcześniej? Czy nikt nie przewidział, że po bilety ustawi się - co za niespodzianka - kolejka? Czy żaden ze stewardów/ochroniarzy nie mógł tego ogonka od początku pilnować?

Czy to naprawdę jest takie trudne?

Niecałe 10 minut przed pierwszym gwizdkiem, nie mając ochoty dalej uczestniczyć w tych dantejskich scenach i płacić 80 lub 120 zł za obejrzenie części meczu, wyszedłem z kolejkowej imprezy.

Aha, na wakacjach byłem na Malcie. Na stadionie narodowym w Ta'Qali obejrzałem spotkanie eliminacyjne z Armenią (0:1). Sprzedaż biletów była prowadzona przez parę tygodni w sieci, tak jak w Polsce. Ale większość osób z 3,5 tys., które ten mecz obejrzało, tak jak ja, kupiło bilet w kasach przed spotkaniem. W jednej z pięciu otwartych kas.

Kasy biletowe przed meczem Malta - Armenia 0:1

A o Malcie, dla ukojenia nerwów, w następnych wpisach.

B.

O zmaganiach z kupnem biletu na mecz kadry już na tym blogu można było poczytać:

PZPN sprzedaje bilety na mecz Polska - Wybrzeże Kości Słoniowej 

W menu także:

Jak PZPN nie rozmawiał z zagranicznymi kandydatami na selekcjonera 

Polityka pamięci PZPN  

Gdzie PZPN ma polskie godło, czyli orzełkowym skrytożercom mówimy nie! 

Gdzie PZPN mógłby wysłać faks z pytaniem o mecz towarzyski?

 

PS Podejmuję się rozkręcenia strony fejsa dla bloga, więc jakby co, można lubić. Pierwsza myśl jest taka, by wrzucać tam zdjęcia (jak galerię z Malty) i krótkie ciekawochy dręczące każdego z nas, typu: ilu piłkarzy występujących swego czasu na Gozo grało w polskiej lidze...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11