Futbol jakiego nie znacie. Niepopularności, introwertyczne ciekawostki i rzeczy, które moglibyście wiedzieć o piłce, ale nie wiecie czy chce Wam się o nie spytać. Czterech braci, cztery pióra, cztery wizje.

Za tym blogiem stoją
bracia Nosalowie:

Bartek (1987) - fan Ruuda Gullita, którego pamięta z racji fryzury a nie gry, Leeds Utd, gdy prowadził je David O'Leary i Islandii, którą miał przyjemność objechać; trwające do dziś dzieciństwo spędza na fascynacji strojami piłkarskimi; za najwspanialszy uważa mundial we Francji, a do końca życia nie wybaczy reprezentacji Polski, że nie wyszła z grupy na Euro 2012

Przemek (1984) - przez pół życia próbujący łączyć sport z socjologią i socjologię ze sportem, wplatając w to technologię; jego rejestr Polaków grających za granicą, obcokrajowców grających w Polsce i największych piłkarskich obieżyświatów jest obecnie dwa razy dłuższy niż równik; mundial jego dzieciństwa odbył się w USA

Radek (1978) - jedyny żyjący fan mistrzostw świata Italia 1990 oraz największy kibic Giuseppe "Il Principe la Roma" Gianniniego; kapłan kultu charyzmatycznych rozgrywających z numerem 10 takich jak Gheorghe Hagi i Carlos Valderrama; tęskni za powrotem do świetności polskiego hokeja na lodzie

Sławek (1976) - gdy tylko zamknie oczy widzi Diego Maradonę mijającego rywali w Meksyku, kompendium o tamtych mistrzostwach jest jego piłkarską biblią; kultywuje pamięć o testach do Olimpii Poznań, do której można było się dostać kopiąc piłkę 10 razy w poprzeczkę

Wydawnictwo Kopalnia poprosiło ich o napisanie rozdziału o maluczkich na mistrzostwach świata, a Michał Okoński stwierdził, że czytają ich piłkarscy hipsterzy. Są z tego dumni.

Locations of Site Visitors

środa, 18 marca 2015
Oleśnica dream

Awans do półfinału Pucharu Polski Błękitnych Stargard Szczeciński to największe osiągnięcie zespołu z II ligi (trzeciego poziomu rozgrywek) w PP od czasu Pogoni Oleśnica. Pogoni Oleśnica... Siadam więc na chwilę i z rozrzewnieniem wspominam niezwykłą drogę oleśniczan w sezonie 1995/1996. Jakaż to była romantyczna historia!

Oleśnica to 36-tysięczne miasteczko z województwa dolnośląskiego. Tamtejsza Pogoń została założona w 1945 roku, ale całe dekady jej funkcjonowania to rubieże profesjonalnego futbolu. Małe sukcesy przyszły dopiero w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. W sezonie 1993/1994 Pogoń awansowała na zaplecze ekstraklasy (ówczesna II liga). Po roku jednak z hukiem z niej spadła (ostatnie, 18. miejsce; 14 punktów i aż 10 punktów straty do przedostatniej Arki Gdynia). Wydawało się więc, że piękny sen się skończył, gdy przyszedł sezon 1995/1996 i rozgrywki Pucharu Polski.

Oleśniczanie okazali się w nich prawdziwymi pogromcami faworytów. Pogoń po kolei eliminowała kolejne drużyny grające jedną lub dwie klasy rozgrywkowe wyżej od siebie. Najpierw - Śląsk Wrocław (1-0 po dogrywce; II runda), później Ślężę Wrocław (1-0; III runda), a następnie Olimpię Poznań (2-1; IV runda). Już wtedy o zespole zrobiło się głośno, bo w pokonanym polu zostawił przecież dwie ekipy z ekstraklasy. Prawdziwe eksplozje miały jednak dopiero przyjść.

W V rundzie PP Pogoń wyeliminowała trenowany przez Zbigniewa Franiaka Lech Poznań (1-0). W ćwierćfinale natomiast odstrzelony został Górnik Zabrze (1-0 po dogrywce). I to jak pięknie został odstrzelony! Dla autora trafienia, Krzysztofa Michalewskiego, to pewnie jedno z najprzyjemniejszych wspomnień w życiu. Zobaczcie te tłumy na trybunach! Tutaj relacja z wikigórnik.

Piękny sen oleśniczan skończył się dopiero w półfinale. Tam odpór trzecioligowcowi dał dopiero chorzowski Ruch (0-3), który później okazał się triumfatorem całych rozgrywek.

Wspominam to wszystko z uśmiechem na twarzy, bo to chyba ostatni w polskiej piłce taki duży sukces drużyny kompletnie anonimowej. Media wówczas nie działały przecież tak jak dzisiaj. Gazety miały problem, żeby w ogóle podać meczowy skład Pogoni. Jako kibic Lecha pamiętam, że nawet trudno było ustalić, kto strzelił bramkę dla oleśniczan w meczu z Kolejorzem. Dopiero od spotkania z Górnikiem piłkarze trzecioligowca stali się nieco bardziej popularni, a Krzysztofowi Michalewskiemu, zdobywcy gola w ćwierćfinale, "Piłka Nożna" poświęciła całe ćwierć strony. Dzisiaj natomiast można wyklikać, ba, często nawet obejrzeć, dowolny mecz z dowolnej ligi. Fajnie? Fajnie. Ale mgiełki magii już nie ma :)

P.

środa, 14 stycznia 2015
Brzeszcze znowu w centrum kraju

z16296783Q,Kopalnia--Brzeszcze-

Miasto Brzeszcze, które z racji górniczych protestów od wielu dni nie schodzi z pierwszych stron gazet, w przeszłości miało już swoje głośne dni. A wszystko, a jakże, za sprawą sportu.

Najwięcej mówiono o małopolskim miasteczku latem 1992 roku. Wtedy to pięcioboista Arkadiusz Skrzypaszek zdobył dwa złote medale Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie - indywidualnie i drużynowo.

arkadiusz_skrzypaszek_1992Skrzypaszek co prawda urodził się w Oświęcimiu, ale całą młodość, aż do czasów liceum, spędził w właśnie w Brzeszcach. Swoje pierwsze sukcesy juniorskie odnosił właśnie jako zawodnik Górnika Brzeszcze. Po jego sukcesie w stolicy Katalonii hucznie świętowało całe miasteczko. Do poczytania o Skrzypaszku - tutaj, tutaj i tutaj, do pooglądania - tutaj.

Po raz kolejny oczy fanów - dość nieoczekiwanie - skierowały się na Brzeszcze niecały rok później. Oto bowiem 31 marca 1993 roku towarzyski mecz rozegrała prowadzona przez Andrzeja Strejlaua reprezentacja Polski. Rywalem była Litwa, a spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Gola dla dla nas strzelił Piotr Świerczewski, a dla rywali - Eimantas Poderis.

Lokalizacja spotkania w mieście bez większych tradycji piłkarskich (Górnik Brzeszcze występował co najwyżej w III lidze) może dziwić. Jednocześnie należy pamiętać, że biało-czerwoni intensywnie wówczas zwiedzali mniejsze ośrodki - Radom, Gdynię, Jastrzębie-Zdrój czy Iławę. Dodatkowo w Brzeszczach dopisała frekwencja i na "trybunach" obiektu zebrało się 7000 widzów.

Z ciekawostek piłkarskich związanych ze spotkaniem należy zwrócić uwagę, że to pierwszy w historii spotkanie obu reprezentacji. Kapitanem naszej kadry po raz pierwszy był Jerzy Brzęczek, zadebiutował w niej Jacek Bednarz, a ostatnie występy zaliczyli wówczas Dariusz Grzesik i Maciej Śliwowski. Interesujący jest również fakt, że dla Litwinów był drugi mecz w ciągu.. doby. Dzień wcześniej zagrali ze Słowacją (2:2). Wszystkie te informację przytaczam za Encyklopedią FUJI, a więcej o meczach Polski z Litwą można poczytać tutaj.

Miejmy zatem nadzieję, że o Brzeszczach wkrótce znów będzie można usłyszeć w sympatyczniejszym kontekście niż problemy polskiego górnictwa.

P.

środa, 26 listopada 2014
Czy Lubański mógł zginąć w Lokeren? "Włodek, był zamach"

lubanski+77
Trudno jest dziś zrozumieć realia rządzące polskim sportem w PRL. Trudno zrozumieć, że zamiast do któregoś z najlepszych klubów świata, Kazimierz Deyna ostatecznie trafił do przeciętnego wówczas Manchesteru City (gdzie nie radził sobie najgorzej, ale też nie najlepiej).  O ile jednak MC w ostatnich latach wyrósł na mocarza (przecież właśnie pobił Bayern), to belgijskiemu Lokeren, grupowemu rywalowi Legii, tego typu wzlotów nie dane było przeżyć. Ani ostatnio, ani w czasie, gdy przechodził do niego z Górnika Zabrze Włodzimierz Lubański.

Lubański w Lokeren dorobił się świetnego bilansu (82 gole w 192 meczach)...



ale to nie będzie wpis o tym, jak w czasach "belgijskich" był niebezpieczny dla rywali, a o tym jak przeciwnicy - terroryści! - byli niebezpieczni dla Lubańskiego. Piłkarz opowiedział o sprawie w książce "Ja, Lubański" Krzysztofa Wyrzykowskiego, co przytoczyła też jego druga biografia ("Włodek Lubański"). Relacjonował ją także "Dziennik Zachodni".

Najpierw - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - belgijska organizacja terrorystyczna próbowała wywieźć pewne dziecko z Polski ("DZ" ogranicza się do stwierdzenia "przestępstwo graniczne"). Próba okazała się nieudana, dwóch (niedoszłych) porywaczy zostało złapanych. W odpowiedzi polska ambasada w Brukseli usłyszała przez telefon, że jeśli towarzysze broni nie zostaną uwolnieni, to odwet zostanie wymierzony w Polaków. I nie było to gadanie po próżnicy. Wszystko mogłoby się skończyć naprawdę bardzo źle, gdyby na początku grudnia 1978 roku Włodzimierz Lubański nie zamienił apartamentu na domek.

Po przeprowadzce rodzina Lubańskich zachowała ten sam numer telefonu stacjonarnego. W ich dawnym mieszkaniu urządził się czechosłowacki trener Lokeren, Josef Vacenovsky.

- W moim domku trzykrotnie zadzwonił telefon. Nie mogłem się dowiedzieć, o co chodzi, ponieważ rozmówca ograniczał się tylko do jednego pytania: "Czy to Lubansky?". Ostatni raz zadzwonił o wpół do dwunastej. Pięć minut później, kiedy poszedłem na górę do sypialni, wokół naszego domu zrobiło się nagle jasno jak w dzień. Wozy policyjne, karetki pogotowania, zamieszanie. Ki diabeł? I wreszcie dzwonek do drzwi. Otwieram, a za nimi dwóch mocno zdenerwowanych policjantów, których znałem, bo tworzyli zazwyczaj obstawę na naszych meczach - opisuje piłkarz.

- Nic się nie stało? Nikt nie jest ranny? Wszystko w porządku - pytali.

- Oczywiście, że w porządku. Wszyscy w porządku. A cóż niby miało się stać - odpowiedział świetny kolega Mortena Olsena.

- Włodek, był zamach. Na twoje dawne mieszkanie. Postrzelono Vacenovsky'ego.

Słysząc nazwisko "Lubański" w domofonie, Czech spokojnie otworzył drzwi. Był przekonany, że Polak złożył mu późną wizytę. Zamachowiec natomiast, mówiąc "Lubański", chciał się jeszcze upewnić, czy na pewno trafił pod właściwy adres.

1980grootw środkowym rzędzie: pierwszy z lewej trener Josef Vacenovsky, trzeci z prawej Grzegorz Lato, czwarty Włodzimierz Lubański

Vacenovsky otworzył drzwi do mieszkania i zamiast na uśmiechniętego Polaka natknął się na lufę pistoletu. Jak opisywała belgijska strona organizacji VMO (która odcięła się od akcji - miała ona być indywidualną inicjatywą jej członków): "Zaskoczony trener zobaczył napastników z bronią i zatrzasnął drzwi. Padły cztery strzały, kule przebiły drzwi. Vacenovsky miał szczęście. Był tylko raniony [w rękę] przez drzazgi. Na pomoc pospieszyli sąsiedzi, napastnicy uciekli do białego volkswagena".

- Przyszli zdeterminowani, żeby mnie porwać, miałem być zakładnikiem w momencie negocjacji. Jeden z tej bandy został przyłapany na przemycie i był zamknięty w Polsce, druga część chciała w jakiś sposób zmusić władze naszego kraju, żeby tego łobuza wypuszczono - opowiadał w "Dzienniku Zachodnim" Włodzimierz Lubański. 

 - Myślałem, co by było, gdybym to ja znalazł się na miejscu trenera. Nie wiem, jak by to się skończyło, ale znając siebie, na pewno wyszedłbym bez obaw z mieszkania i w ten sposób wystawiłbym się im do porwania - przyznawał Lubański. 

Według jednej wersji przestępcy zostali schwytani, według innej - sami zgłosili się na policję w drugi dzień Bożego Narodzenia. W maju 1979 roku doszło do procesu, który trwał tylko kilka godzin. Werner van Steen i Josef de Jonghe odpowiedzieli za próbę uprowadzenia Lubańskiego, najście na mieszkanie trenera Vacenovsky'ego, oddanie strzałów i nielegalne posiadanie broni. Przyznali, że przez porwanie polskiego piłkarza chcieli wymusić na władzach PRL zwolnienie z aresztu ich przyjaciela.

Prokurator żądał kary wieloletniego pobytu w więzieniu. Ale sąd skazał napastników na dwa i pół roku, w tym 20 miesięcy w zawieszeniu. Do tego grzywna w wysokości 8 tys. franków. W sumie, odliczając ich pobyt w areszcie śledczym, po wyroku spędzili za kratkami tylko pięć miesięcy.

B.

Włodzimierz Lubański na banderoli od papierosów

piątek, 10 października 2014
Maratoński genderyzm

Już za 2 dni 15. Poznań Marathon, a na jego starcie stanie około siedmiu tysięcy biegaczy. Będą wśród nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety, co jeszcze pół wieku temu było trudne do zaakceptowania przez część społeczeństwa.

Pierwszą kobietą, która pokonała dystans maratoński była Roberta "Bobbi" Gibb. W 1966 roku przebiegła ona Maraton Bostoński (organizowany od 1897 roku!), ale... nie została oficjalnie sklasyfikowana jako uczestniczka zawodów. Nie mogąc bowiem normalnie startować podłączyła się do biegaczy chwilę przed startem. Powód? Kobiety nie mogą startować w maratonie. Dlaczego? Bo kobiety nie biegają, tylko siedzą w kuchni. Gibb chciała sobie pobiec? OK. Ale niech wie, że robiła to na własną rękę, "obok" imprezy (o Gibb czytajcie też tutaj, tutaj i tutaj).

Pierwszą kobietą, która została "oficjalnie" zgłoszona do udziału w maratonie (również bostońskim) i ukończyła zawody była Kathrine Switzer w 1967 roku.

 

Musiała w tym celu posłużyć się jednak pewnym wybiegiem. Otóż zapisała się na listę startową jako nie budzący podejrzeń "K.V. Switzer". Nikt nie protestował, więc maratonka mogła "legalnie" przystąpić do biegu. Sprawa jednak wyszła na jaw i wokół zawodniczki zrobił się szum. Nieprzychylność gawiedzi była tak duża, że nawet podczas samego biegu próbowano zedrzeć jej numer i zepchnąć ją z trasy (co ciekawe akcję tę podjął inny były biegacz - Jock Semple)!

Mimo to bieg ukończyła (czas: 4 godz. 20 min.) i dziś - podobnie jak Bobbi Gibb - jest legendą (o Switzer poczytajcie też na jej stronie i tutaj). Również organizatorzy Maratonu Bostońskiego dali za wygraną i od 1972 roku kobiety mogą normalnie brać udział w zawodach.

Historia udziału kobiet w maratonie to dla mnie piękna ilustracja "ideologii gender", czy też jeszcze bardziej przerażającego "genderyzmu", którym to straszą innych niedouczone (albo zwyczajnie cyniczne) zastępy stróżów porządku moralnego. Kiedyś rolą chłopca było "biegać!", a dziewczynki "nie biegać! sprzątać! gotować!". Genderystyczna bestia wychyliła jednak swą paskudną głowę z ciemnych czeluści i kobiety zaczęły stawać na starcie maratonu.

Upadek moralny i agonia społeczeństwa cywilizowanego człowieka trwa, końca nie widać.

P.

wtorek, 22 lipca 2014
Kiedy Mieszko rusza w bój, czyli ćwierć wieku po gnieźnieńskim, futbolowym cudzie

W przepięknej Złotej Kaplicy poznańskiej Katedry, gdzie biją źródła polskiej państwowości, oczy przechodnia już od pierwszego wejrzenia bezlitośnie absorbuje niesamowity obraz Januarego Suchodolskiego: "Mieczysław kruszy bałwany", przedstawiający historycznego władcę, który na niełatwej drodze wszczepiania naszego kraju w nurt wielkiego dziedzictwa chrześcijańskiej kultury europejskiej, dziarsko bierze się za bary z resztkami pogańskiej graciarni. Po upływie przeszło dziesięciu stuleci godnymi naśladowcami mieszkowej odwagi, który niegdyś chwacko obijał Niemca pod Cedynią i zwycięsko wkraczał do czeskiej Pragi, postanowili zostać gnieźnieńscy piłkarze, grający dla klubu, któremu patronuje wspomniany pierwszy historyczny polski władca. Oni również, w myśl przytaczanej przez naszych wybitnych historyków wieków dawnych - Jana Długosza i Wincentego Kadłubka, etymologii mieszkowego imienia, mającego oznaczać "zamieszanie" albo "poruszenie", postanowili zasiać nieco i zamieszania, i poruszenia na naszej futbolowej mapie. Mija właśnie dokładnie 25 lat od momentu, gdy zespół z ligi okręgowej rozpoczął na szczeblu centralnym Pucharu Polski swą sensacyjną, niezwykłą przygodę, która doprowadziła go aż do ćwierćfinałowych, niezapomnianych batalii, z naszpikowaną gwiazdami polskiej reprezentacji - warszawską Legią. Legią, która kilkadziesiąt dni wcześniej po wspaniałej grze zremisowała na Camp Nou z wielką Barceloną i omal nie wyrzuciła Katalończyków z europejskich rozgrywek...

Gdy 22 lipca 1989 roku piłkarze Mieszka Gniezno inaugurowali w Gorzowie swe zmagania na szczeblu centralnym Pucharu Polski, mieli już za sobą sześć zwycięskich, pucharowych batalii na szczeblu okręgowym. Na dzień dobry pokonali w Pobiedziskach miejscowy Huragan 4:1 i to właśnie gnieźnieńscy piłkarze z huraganowym impetem przetaczali się dalej ku następnym rundom rozgrywek. Nieco problemów sprawiła po drodze piłkarzom z historycznej stolicy Polski Sparta Szamotuły, ale summa summarum i ona poległa dwukrotnie (2:3, 1:2). 14 czerwca 1989 roku w rozgrywanym na poznańskim stadionie noszącym dziś imię Edmunda Szyca, okręgowym finale PP, podopieczni Mariana Pokładeckiego, po golach strzelanych w drugiej części meczu przez Roberta Cieślewicza i Janusza Kustrę, dość nieoczekiwanie pokonali Wartę 2:0.

Również trafienia duetu Cieślewicz-Kustra umożliwiły zwycięstwo 2:1, we wspomnianym wcześniej Gorzowie, nad rezerwami Stilonu. Zaledwie kilka dni później trzeba już było zmagać się z rywalem bez porównania silniejszym, będącym świeżo upieczonym spadkowiczem z drugoligowego frontu, zespołem Ślęzy Wrocław. W Gnieźnie przy ulicy Strumykowej, kibice otrzymali naprawdę sporą porcję emocji. Mieszko objął nieoczekiwane prowadzenie po 'golu do szatni', najlepszego na boisku Tomasza Kurowskiego. Cieślewicz mógł zapewnić gospodarzom sukces, lecz jego strzał głową trafił w poprzeczkę. Niepewnie bronił golkiper miejscowych - Jaśniewicz. Wrocławianie wyrównali po bramce Grzegorza Kowalskiego. W dogrywce to piłkarze Mieszka zadali jednak decydujący cios. W 110 minucie spotkania sfaulowany w polu karnym Ślęzy został Cieślewicz, a Kurowski zamienił jedenastkę na gola, dającego gospodarzom zupełnie nieoczekiwany awans do kolejnej rundy.

O ile pojedynek ze Ślęzą buzował od emocji i zakończył się wielkim sukcesem Mieszka, o tyle 16 sierpnia 1989 roku przy Strumykowej w Gnieźnie stało się coś wręcz niebywałego. I gdyby tylko na tym wydarzeniu zakończyła się wówczas pucharowa przygoda miejscowych piłkarzy już należałoby mówić o wielkiej sensacji. O ile po zwycięstwie nad Ślęzą trener Pokładecki mógł jeszcze starać się tonować nastroje mówiąc, że dla niego zdecydowanie ważniejsze są rozgrywki ligowe, to po sierpniowej, niezapomnianej batalii z warszawską Gwardią, trudno mu już było przebić się ze swą tezą poprzez świeżo nadmuchane na fali sukcesu, piękne gmachy gnieźnieńskiej futbolowej euforii. W historycznej stolicy Polski wszyscy czuli już bardzo namacalnie, że właśnie dzieje się na ich oczach coś wielkiego, być może największego w całych dziejach tamtejszego futbolu. Hasłem: "W Polskę idziemy" zaczynało powoli przesiąkać powietrze w całym pięknym gnieźnieńskim grodzie. Jednak po kolei.

Gdy zażarcie walcząca jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej o awans do ekstraklasy warszawska Gwardia (ostatecznie zabrakło jej ledwie czterech punktów do bydgoskiego Zawiszy), przyjeżdżała mierzyć się z Mieszkiem w ramach 1/32 Pucharu Polski, wydawała się być przy miejscowym zespole niemal futbolowym gigantem. Dość powiedzieć, że z trenerskiej ławki stołeczny zespół prowadził Lesław Ćmikiewicz, ówczesny już asystent selekcjonera reprezentacji Polski, Andrzeja Strejlaua. Teoretycznie więc, pukająca nachalnie do drzwi ekstraklasy, Gwardia powinna stłamsić rywala z Wielkopolski nie przepacając nadmiernie koszulek, nawet biorąc poprawkę na trzydziestostopniowy upał tamtego sierpniowego popołudnia. Jednak piłkarze klubu szczycącego się patronatem Mieszka I, który nie zwykł trząść portkami z byle powodu, postanowili godnie go naśladować i dzielnie stawić czoła temu, co zafundował im pucharowy los. Jeśli o meczu ze Ślęzą napisaliśmy, iż buzował on od emocji, to 16 sierpnia 1989 roku piłkarze Mieszka i Gwardii zafundowali kibicom przy Strumykowej istny piłkarski horror. Już w 11 minucie Kustra po błyskotliwej, indywidualnej akcji trafił piłką w poprzeczkę. W 70 minucie zadrżała dla odmiany poprzeczka gnieźnieńskiej bramki po strzale Aleksandrowicza. Gdy na osiem minut przed końcem spotkania Przybysz silnym uderzeniem z daleka dał gościom prowadzenie, wydawało się, że faworyzowany stołeczny zespół, w którego barwach biegali wówczas po gnieźnieńskiej murawie m.in. Miąszkiewicz, Dźwigała, Rajkiewicz czy Szeliga, dopnie swego. Uboga w nadzieję część publiczności, która nie była świadoma jak długa pucharowa przygoda jeszcze ją czeka, zaczęła już nawet opuszczać stadion (zawsze i wszędzie znajdą się tacy cierpliwi-inaczej, nigdy tego zjawiska nie zrozumiem), lecz w ostatniej minucie spotkania Ireneusz Furmaniak po zamieszaniu w polu karnym na skutek egzekwowania rzutu rożnego, z kilku metrów wpakował piłkę do bramki Wiesława Rutkowskiego, czym spowodował istną eksplozję radości gnieźnieńskich trybun. W emocjonującej dogrywce bohaterem znów postanowił zostać Kurowski. Po otrzymaniu piłki od Wiesława Poltaszewskiego, kilkoma zwodami wymanewrował bramkarza i w 103 minucie meczu przesądził o sensacyjnym awansie Mieszka do następnej rundy. Znakomity występ zaliczył gnieźnieński bramkarz - Wiesław Kaczmarek, będący dla zespołu rywali istną zaporą. "Był to naprawdę wielki mecz Mieszka, w którym wszyscy zasługują na wyróżnienie. Ten mecz jeszcze raz potwierdził, że Mieszko wcale nie musiał spadać z trzeciej ligi” - pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich "Przemian" Jerzy Kałwak.

Wyeliminowanie takich zespołów, jak Warta, Ślęza czy Gwardia miało być jednak tylko preludium do tego wszystkiego, co zaczęli wyprawiać rozochoceni piłkarze Mieszka na następnych szczeblach pucharowych rozgrywek. 8 września 1989 roku na Strumykową przyjechał prowadzony przez Romualda Szukiełowicza zespół wrocławskiego Śląska. Stadion Mieszka pękał w szwach. Aby obejrzeć konfrontację gospodarzy z klubem z ekstraklasy, stawiło się około siedmiu tysięcy widzów, co było niewątpliwym, choć jak się niebawem okaże, zaledwie chwilowym rekordem frekwencji w piętnastoletnich podówczas dziejach klubu. Warto wspomnieć, że wspomagać dopingiem gospodarzy w ich boju ze Śląskiem, wpadli po sąsiedzku, nie ostatni zresztą raz w tamtej edycji Pucharu Polski, kibice poznańskiego Lecha. W faworyzowanym zespole gości zabrakło co prawda, jeszcze do niedawna pełniącego wówczas rolę kapitana polskiej reprezentacji, Waldemara Prusika, lecz i tak gnieźnieńską murawę wydeptywało tego dnia kilka nader istotnych postaci z naszego rodzimego futbolowego światka. Roman Szewczyk, Janusz Góra, Mandziejewicz, Tęsiorowski, Boguszewski, Twardygrosz, Drączkowski czy Chałaśkiewicz ostatecznie musieli jednak uznać wyższość piłkarzy Mieszka. Na boisku optyczną przewagę posiadali oczywiście występujący na co dzień kilka klas rozgrywkowych wyżej gracze Śląska, lecz gnieźnieński zespół grał niezwykle ambitnie, konsekwentnie i pomysłowo. Najpierw po efektownej akcji z Romanem Adamskim, Kirszę pokonał Janusz Kustra. Nie upłynęło nawet pół godziny gry, gdy po zagraniu Dariusza Kuryło, do tańca z piłką, sfinalizowanego trafieniem na 2:0, zaprosił wrocławskich obrońców i bramkarza Tomasz Kurowski. Co prawda kilka minut później Socha strzeli kontaktową bramkę, ale pomimo rozpaczliwych prób piłkarzy Śląska (m.in. Tęsiorowski trafił piłką w słupek) aż do końcowego gwizdka Wojciecha Rudego (byłego polskiego mundialowicza '78, strzelca pamiętnej pięknej, eliminacyjnej bramki przeciwko Holandii w 1979 roku) sensacyjny wynik nie ulegnie już zmianie. Wiesława Kaczmarka, który jak w transie bronił całe serie strzałów Chałaśkiewicza, Góry, Drączkowskiego czy Gila, kibice znosili po meczu z murawy na rękach. Gnieźnieńscy gracze wzruszeni do łez, zgodnie twierdzili, że "warto było trenować przez lata, żeby rozegrać taki mecz". W Gnieźnie trwało prawdziwe święto. Piłkarski Dawid zwyciężał kolejnych futbolowych Goliatów i wydawał się być nienasycony w uprawianiu tego procederu.

"Kto zatrzyma Mieszka z Gniezna?" - krzyczał w tytule "Przegląd Sportowy" w swym wydaniu z 19 października 1989 roku. Pytanie było jak najbardziej zasadne, bo stawiane nazajutrz po tym, jak podopieczni Pokładeckiego znów odprawili ze Strumykowej z kwitkiem kolejnych faworytów. Tym razem ofiarą Mieszka padł świeżo upieczony wówczas spadkowicz z ekstraklasy, zespół Szombierek Bytom. Rozgrywany w środku tygodnia (środowe bardzo wczesne popołudnie) mecz z Szombierkami wywołał w dawnej stolicy Polski ogromne zainteresowanie. Jak donosiła miejscowa prasa, załogi pracownicze kilku wielkich zakładów, takich, jak choćby "Polania" czy "Zremb" prowadziły żmudne pertraktacje z pracodawcami, by móc obejrzeć mecz i odrobić pracownicze zaległości innego dnia. Wielu się to udało i zapewne po dziś dzień tego nie żałują. Sensacyjne zwycięstwo nad faworyzowanym, bytomskim rywalem absolutnie nie było bowiem dziełem przypadku, lecz po prostu skutkiem znakomitej gry Mieszka. To gospodarze mieli więcej stuprocentowych sytuacji do zdobycia gola. Uzyskać upragnione trafienie udało im się jednak dopiero na siedem minut przed końcem spotkania. Wówczas to Robert Sytek oddał mocny strzał sprzed pola karnego rywali. Do odbitej od poprzeczki piłki dopadł niezawodny Kurowski i głową umieścił ją w siatce. Jeszcze sześć minut wcześniej Świstek trafił w słupek gnieźnieńskiej bramki. Próbował dwoić się i troić Andrzej Orzeszek, ale Wiesław Kaczmarek znów był bohaterem Gniezna. I znów gnieźnieńscy kibice, gromko skandując: "Puchar dla Mieszka!", znosili po końcowym gwizdku swych piłkarzy i trenera Pokładeckiego na rękach. Piękna bajka wciąż trwała i wydawała się nie mieć końca. "Niezłomny Mieszko" - tytułował swą relację dla katowickiego "Sportu", poznański dziennikarz Andrzej Kuczyński.

"Całe Gniezno czeka na Legię" – krzyczała polska prasa sportowa w dniu pierwszego ćwierćfinałowego meczu o Puchar Polski pomiędzy Mieszkiem Gniezno i Legią Warszawa. To było niesłychane, niepowtarzalne spotkanie dwóch piłkarskich światów. Pamiętam, gdy jako nastolatkowie, na kilka dni przed tym meczem, wyrwawszy się na spacer po ciepłej herbatce u niezastąpionej cioci Maryli, mroźnym, listopadowym przedpołudniem, poszliśmy z bratem i kuzynem popatrzeć na znajdującą się nieopodal, owianą chłodem, pustą murawę stadionu przy Strumykowej. Za kilka dni będzie tu biegał Kosecki, będzie biegał Terlecki, Kubicki, Kaczmarek i inni reprezentanci Polski. I z kimż to oni przyjadą się tu mierzyć? Ano, z Mieszkiem Gniezno! To działało na wyobraźnię. To było naprawdę coś.

Nagle wszyscy zainteresowali się Gnieznem. O Mieszku zaczęło się mówić. Do dawnej stolicy Polski zjechały ekipy telewizyjne. Pamiętam długi reportaż w głównym wydaniu dziennika. Swoje pięć minut mieli piłkarze, dotąd dla przygniatającej większości polskich kibiców, kompletnie anonimowi, jak przecież większość graczy biegających po czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju. Trener Pokładecki nie nadążał z udzielaniem wywiadów. Na kilka dni przed historyczną batalią z Legia wyznał szczerze: "Awansu na tym etapie rozgrywek nie można zakładać. Legia to w końcu klasowy zespół, który nie pozwoliłby sobie na takie 'wisty'. Dlatego my musimy myśleć o tym, żeby zagrać jak najlepiej, dostarczyć widzom dobrego widowiska. Jak już spadać to z wysokiego konia. Ten przeciwnik jest wymarzony, a ten mecz to wspaniały prezent dla sympatyków futbolu w Gnieźnie”. Trener Mieszka nie pozostawiał tez wątpliwości, jak ogromnym wysiłkiem okupione było odniesienie przez jego podopiecznych owego nieoczekiwanego przez nikogo sukcesu: "Po meczu ze Śląskiem zawodnicy odczuwali zmęczenie przez następne dwa tygodnie. W dogrywkach nogi naszych piłkarzy robiły się miękkie, były skurcze i wybicia piłki na uwolnienie. To dzięki niebywałej ambicji piłkarzy Mieszko osiągnął największy sukces w swojej historii. To może nie powtórzyć się przez następne 20 lat. Ale przecież nie samą ambicją pokonali Wartę, Ślęzę, Stilon, Gwardię, Śląsk czy Szombierki. Ci chłopcy, w każdym razie niektórzy z nich, wcale nie grają gorzej niż zawodnicy z pierwszej czy drugiej ligi. Według mnie najwięcej w tym sezonie, i w lidze, i w pucharach pokazał Kurowski". Trener gnieźnieńskiej drużyny zaraz jednak dodawał: "Wolałbym, żeby zespół nawet odpadł z pucharów w eliminacjach, lecz wygrywał w lidze. Szkoda tej drużyny na czwartą ligę. Powinna awansować". Ciężko dziś oczywiście zgodzić się z ówczesną argumentacją Pokładeckiego. Znakomitej postawy piłkarzy Mieszka, choćby i na trzecioligowym froncie, nikt by już dziś zapewne nie pamiętał. A legenda ćwierćfinałowych bojów z Legią zapewne przeżyje w sercach gnieźnieńskich kibiców przez całe następne dziesięciolecia.

Wczesną popołudniową porą, 8 listopada 1989 roku, kto żyw pędził na stadion przy Strumykowej. Stanęło wiele zakładów pracy. Na odpracowanie zaległości przyjdzie czas kiedy indziej. Piłkarskie święto ogarnęło dawną stolicę Polski. Całe Gniezno z pełną podekscytowania nadzieją zastygło na kilka godzin w tym niepowtarzalnym dla całej jego futbolowej historii momencie. Czas w tym mieście po prostu się zatrzymał, a chłodne listopadowe powietrze zdawało się przeszywać faustowe westchnienie z poematu Goethego: "Chwilo, trwaj!". Życie całego Gniezna tętniło teraz na Strumykowej. Powiedzieć o gnieźnieńskich trybunach, że pękały w szwach, to nic nie powiedzieć. Doliczono się łącznie niemal aż 15 tysięcy widzów!

"W pierwszej połowie wydawało się, że po boisku biegają dwie równorzędne drużyny. Piłkarze Mieszka nie tylko umiejętnie bronili się, ale podejmowali sporo całkiem nieźle wiązanych, widowiskowych akcji. Obrońcy Mieszka świetnie dawali sobie radę z Koseckim, Cyzio czy Łatką" – pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich "Przemian", Jerzy Kałwak. Niezmiernie istotny moment nadszedł na minutę przed zejściem obu ekip do szatni na przerwę. Kurowski, Kustra i Sytek wyprowadzili składny kontratak, lecz Kustra znajdujący się w znakomitej sytuacji strzeleckiej sam przed bramkarzem Legii, trafił wprost w Macieja Szczęsnego, a dobitka Sytka była nieskuteczna. Gnieźnieńscy piłkarze nie zdążyli jeszcze ochłonąć po tak wspaniałej, a zaprzepaszczonej szansie na objęcie sensacyjnego prowadzenia, gdy w kilkadziesiąt sekund później, nie upilnowany przez obrońców Mieszka, Łatka dośrodkował w pole karne i Jacek Cyzio, ten sam, który strzeli za jakiś czas gola Manchesterowi United, głową skierował piłkę do siatki gospodarzy. Mogło być wspaniałe, wymarzone, wyśnione zejście do szatni z upragnionym prowadzeniem nad Legią, a było dość pechowe 0:1. "Zdobyty w odpowiednim momencie gol, często potrafi ustawić przebieg meczu" – snuł swą refleksję, relacjonujący wówczas to spotkanie dla "Przeglądu Sportowego", Janusz Basałaj.

Druga część meczu to już wyraźna dominacja grającej teraz spokojnie i swobodnie warszawskiej Legii. Na błotnistym boisku, w towarzystwie mżawki i chłodu, podopieczni Rudolfa Kapery strzelali kolejne gole Wiesławowi Kaczmarkowi. Warszawski zespół rozruszał Stanisław Terlecki, który od momentu pojawienia się na placu gry, był zdecydowanie pierwszoplanową postacią całego widowiska. Dwa efektowne trafienia (w 58 i 86 min.) zaliczył uczestnik meksykańskiego mundialu, późniejszy obrońca Aston Villi, Dariusz Kubicki. Po godzinie gry, zdobytą bramką postanowił zapisać się w pamięci gnieźnieńskich kibiców również Roman Kosecki. W 69 minucie podyktowanego dla Legii karnego bardzo chciał wykorzystać bramkarz wojskowych – Maciej Szczęsny. Ostatecznie jednak do swoich racji zdołał go przekonać, co z pewnością nie było łatwe, Stanisław Terlecki. Ten jednak egzekwując jedenastkę z nieskrywaną nonszalancją, dość dziwacznym, tanecznym krokiem podbiegł do piłki ustawionej na wapnie, chcąc ośmieszyć gnieźnieńskiego golkipera. Skończyło się na tym, że Wiesław Kaczmarek obronił strzał legionisty, czym na chwilę popsuł nieco humor stołecznym graczom, a gnieźnieńscy kibice zgotowali swemu bramkarzowi fantastyczną owację. Dwie minuty później były piłkarz nowojorskiego Cosmosu, zrehabilitował się jednak, uzyskując swoje trafienie na stadionie Mieszka. Szansę na uzyskanie honorowego gola dla gospodarzy miał jeszcze Wiesław Poltaszewski, lecz sposobiący się właśnie do przejęcia kapitańskiej opaski w polskiej reprezentacji, Zbigniew Kaczmarek zdołał uchronić legionistów od utraty gola. Choć momentami, głównie w pierwszej połowie, na Strumykowej rozgrywał się porywający piłkarski spektakl, to jednak ostateczny wynik 0:5 nie pozostawiał złudzeń, w którym miejscu na futbolowej mapie Polski znajduje się Mieszko Gniezno, a w którym Legia Warszawa. Mimo to, sam fakt, iż drużyna zajmująca podówczas trzynaste miejsce na czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju, zmierzyła się w ćwierćfinałowej fazie Pucharu Polski z zespołem, który kilkadziesiąt dni wcześniej walczył jak równy z równym z wielką Barceloną Johanna Cruyffa, a za kilkanaście miesięcy dobrnie aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (eliminując po drodze m.in. Aberdeen czy Sampdorię) już sam w sobie jest swoistym fenomenem.

22 listopada 1989 roku, dokładnie cztery miesiące po rozpoczęciu zmagań na szczeblu centralnym, zakończyła się piękna pucharowa przygoda piłkarzy Mieszka Gniezno. W Warszawie mecz pomiędzy Legią i Mieszkiem toczył się na grubej warstwie wciąż padającego śniegu. Na niewiele zdało się spontanicznie powołane do życia odśnieżeniowe pospolite ruszenie, złożone ze służb porządkowych, wojskowych i kibiców, którzy próbowali choć w niewielkim stopniu uwolnić murawę przy Łazienkowskiej spod dominacji białego puchu. Jedynym wymiernym efektem wspomnianych syzyfowych prac okołofutbolowego kolektywu było opóźnienie momentu rozpoczęcia spotkania o niemal pół godziny. Kapera posłał w bój wszystkich swych najlepszych graczy poza kontuzjowanym Szczęsnym. "Kibice Legii dawali podczas meczu popis wyjątkowego chamstwa" - relacjonował dla stołecznego "Przeglądu Sportowego", Maciej Polkowski, nazywając ich "hołotą" oraz zwracając uwagę nie tylko na wulgarne przyśpiewki, lecz również na rzucanie przez warszawskich fanów w gnieźnieńskich piłkarzy śnieżkami. Z wysokości trybun konfrontacji Legii i Mieszka przyglądał się ówczesny selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, w zacnym towarzystwie dawniejszych sterników narodowej kadry - Kazimierza Górskiego i Ryszarda Kuleszy.

A na tonącym w śniegu boisku, Kosecki już w 4 minucie znalazł się w sytuacji oko w oko z Wiesławem Kaczmarkiem, lecz golkiper Mieszka wyszedł z tego widzenia obronną ręką. Minutę później odgryzł się Sytek oddając pierwszy strzał na bramkę Legii. W 7 minucie Roman Kosecki zostaje sfaulowany w polu karnym Mieszka i sam poszkodowany zamienia jedenastkę na gola. Gnieźnieńscy piłkarze postanawiają nie być dłużni. Bramkę Robakiewicza ostrzeliwują Sytek i Kurowski. Dobre spotkanie zalicza Kustra, którego strzał z kilku metrów w 36 minucie minimalnie mija bramkę Legii. Minutę po nieudanej próbie Kustry wynik meczu podwyższa Kosecki. Kilkadziesiąt sekund później Mieszko świętuje jednak swoje wielkie chwile na stadionie Legii. Rajd Kustry warszawscy defensorzy zdołali powstrzymać dopiero faulem w polu karnym. Tomasz Kurowski z wapna uzyskuje kontaktowe trafienie na 2:1. Radość po tym golu jest w gnieźnieńskim zespole ogromna. Przed przerwą głową trafi jeszcze Cyzio. W kilku sytuacjach z opresji ratuje swój zespół wspaniałymi interwencjami Wiesław Kaczmarek. Przy golach Łatki i Nowickiego (najpiękniejsza brama meczu) jest jednak bezradny. Swoje szanse na kolejne gole dla Mieszka przy Łazienkowskiej ma jeszcze Kurowski. Efektowne akcje przeprowadzają Sytek i Zajkowski. "Nie było to jednostronne widowisko. Drużyna z Gniezna pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Zawodnicy nie mogą się wstydzić swojej gry. Zagrali tak, jak potrafili najlepiej. Należą im się olbrzymie brawa i podziękowania" - relacjonowały "Przemiany" piórem Pawła Ruszkiewicza. "Wbrew temu, co mógłby sugerować wynik, nie była to wcale gra do jednej bramki. Mieszko wypadł lepiej niż w pierwszym spotkaniu. Przegrał honorowo" - przyznawał na łamach "Przeglądu Sportowego" Maciej Polkowski.


Legia Warszawa - Mieszko Gniezno (1989) przez numer10

Jesiennym zmierzchem 22 listopada 1989 roku zakończył się piękny pucharowy sen piłkarzy Mieszka Gniezno. Na swym wspaniałym szlaku rozegrali oni trzynaście spotkań, odnieśli wiele sensacyjnych, efektownych zwycięstw, porażek doznając dopiero w bojach o półfinał Pucharu Polski. Ćwierćfinałowy dwumecz z warszawską Legią był niezapomnianym zetknięciem się ze sobą dwóch futbolowych światów. Jak gigantyczna przepaść dzieliła oba zespoły świadczy choćby fakt, iż wśród podopiecznych Kapery toczących listopadowe boje z Mieszkiem znalazło się aż dziesięciu piłkarzy (Szczęsny, Robakiewicz, Kubicki, Budka, Kruszankin, Kaczmarek, Gmur, Jóźwiak, Terlecki, Kosecki), którzy dostąpili zaszczytu występów w reprezentacji Polski, podczas gdy w gnieźnieńskim zespole nie było ani jednego zawodnika, który zagrałby choć minutę na boiskach naszej ekstraklasy (Robert Cieślewicz, który uciułał łącznie szesnaście występów bez gola, na szczeblu centralnym PP ’89 zagrał dla Mieszka tylko w dwóch pierwszych fazach rozgrywek). Na skutek mieszkowych podbojów sprzed ćwierćwiecza, gnieźnieński futbol przeżył swoje wielkie, niezapomniane chwile, o których wspomnienie będzie jeszcze przez długie lata rozjaśniać serca tamtejszych kibiców. Do czasu, gdy Mieszko znów ruszy w bój, a całe Gniezno zastygnie w niepowtarzalnych, sportowych emocjach.

R.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10